p
Od Autorki
W książce występują tematy, które mogą wywołać nieprzyjemne wspomnienia
lub wpłynąć na samopoczucie Czytelnika. Należą do nich: poronienie,
przemoc psychiczna, dyskryminacja kobiet, trudne relacje z rodziną,
śmierć, żałoba, problemy zdrowotne.
Zbieżność osób, imion, nazwisk czy nazw jest przypadkowa. Nazwy drużyn
zostały wymyślone na potrzeby książki. Podobieństwa w nazewnictwie do
tych istniejących w rzeczywistości są niezamierzone.
Aby uniknąć nieporozumień: do sceny z pierwszej interakcji Arlee i Kane'a zainspirowało mnie wydarzenie z 2021 roku. Caroline McLain
poświęciła swój telefon, aby pomóc Tomowi Wilsonowi, hokeiście z Washington Capitals, w uwolnieniu kija uwięzionego między ściankami
pleksy.
Akcja Goalie rozgrywa się w Kanadzie. Drużyna, do której należy główny
bohater, ma siedzibę w Montrealu, w prowincji Quebec. W książce
występują sceny zbliżeń.
Jeśli śledzisz moje social media, to być może wiesz, że choruję na
endometriozę. Od pojawienia się pierwszych objawów do postawienia
diagnozy minęło ponad dziesięć lat. Przez dekadę cierpiałam z powodu
bólu, braku wsparcia ze strony lekarzy i ciągłych komentarzy "taki twój
urok", "po ciąży przejdzie". Dlatego, kiedy po tylu latach wreszcie
została mi postawiona diagnoza, której sama się domyślałam,
zdecydowałam, że muszę coś zrobić, aby chociaż spróbować zwiększyć
świadomość tego, jak ważne jest słuchanie własnego ciała i intuicji. Bo
przecież to my najlepiej wiemy, jak się naprawdę czujemy. Nikt nie powinien godzić się na
zbywanie słowami "taki twój urok". Niezależnie od płci czy wieku. Ta
książka powstała między innymi po to, aby zwrócić większą uwagę na
endometriozę. Liczba wiadomości prywatnych od Czytelniczek, które
przeczytały szkic Goalie na Wattpadzie i zmagają się z niezrozumieniem
ze strony lekarzy czy otoczenia z powodu towarzyszącemu im bólu, była
zatrważająca.
Pamiętaj, aby się regularnie badać. <3\
A jeśli masz chociaż cień podejrzeń, że coś jest nie tak - udaj się do
lekarza. Jeśli pierwszy nie pomoże, idź do drugiego. Walcz o siebie do
skutku - to może uratować Ci życie.
Część mojego wynagrodzenia ze sprzedaży Goalie zostanie przeze mnie
przekazana na rzecz Fundacji Pokonać Endometriozę. Fundacji, której
misją jest niesienie pomocy wszystkim cierpiącym na endometriozę, ale
również ich bliskim.
Rozdział 1
1
Arlee
Na przestrzeni ostatnich miesięcy moją
relację z hokejem można określić tylko w jeden sposób: hate-love.
Chociaż ten sport jest dla mnie niemal świętością, to równocześnie
nienawidzę go tak bardzo, że mam ochotę wyprowadzić się do miejsca, w którym nikt go nie uprawia. Dawno temu sądziłam, że nigdy nie będę
chciała wyrzucić hokeja ze swojego życia, ale oczywiście się myliłam.
Jak w wielu kwestiach. Wystarczył jeden dupek, Thomas Collins, żebym
straciła serce do tego sportu. Ten sam dupek, który właśnie rozpędzony
wjeżdża w mojego starszego brata, kierującego się z krążkiem w stronę
bramki Florida Piranhas. Sekundę później obaj dobijają do bandy, a ludzie siedzący przy pleksie aż wstają z krzeseł.
Po arenie roznoszą się odgłosy krzyczących, buczących i piszczących
ludzi. Gdybym była laikiem, pewnie pieniłabym się na sędziego za to, że
nie rozdzielił hokeistów, ale nie jestem i po prostu patrzę ze
zmarszczonymi brwiami na tłukących się na lodzie facetów. Obaj zrzucili
rękawice i kaski, a teraz po prostu próbują napieprzać się pięściami. Są
za daleko, abym mogła dostrzec wyraźnie ich twarze, ale gdybym miała się
założyć... mina mojego brata najpewniej wyraża z trudem hamowaną
wściekłość. Gdybym powiedziała mu przed meczem, jak dokładnie skończył
się mój związek z Thomasem, prawdopodobnie Lucas wylądowałby na ławce
kar na znacznie dłużej niż tylko dwie minuty.
Walki na lodzie są nieodłącznym elementem gry w hokeja. Napompowani
adrenaliną, przepełnieni testosteronem faceci chyba tylko w ten sposób
potrafią spuścić z siebie nagromadzoną w trakcie meczu parę.
Lucas zjeżdża z tafli na ławkę, w ogóle się nie rozglądając. Po wejściu
za bandę natychmiast rzuca kaskiem o podłogę.
Na ten widok parskam śmiechem.
Nerwus.
Przez chwilę przyglądam mu się z oddali, ale szybko skupiam spojrzenie
na rozgrywanym meczu. Montreal Hunters i Florida Piranhas idą łeb w łeb.
Dawno nie widziałam, aby drużynie mojego brata tak dobrze szło. To ich
pierwsze play-offy1 od... chyba dziesięciu lat.
Co jakiś czas czuję na sobie czyjś wzrok, ale gdy tylko zaczynam się
rozglądać, nie zauważam nikogo, kto mógłby na mnie patrzeć. Zrzucam to
więc na karb mojego zmęczenia.
Z chwilą, gdy Lucas wraca na lód, skupiam się na jego grze. Obserwuję go
niczym jastrząb ofiarę. Koncentruję się wyłącznie na dolnych partiach
ciała, a konkretnie prawej nodze. Próbuję doszukać się jakichkolwiek
pozostałości po zeszłorocznej kontuzji. Robię to właściwie od początku
meczu i - ku mojej uldze - nie dostrzegam zupełnie nic. Jego ruchy są
płynne, a postawa stabilna. Najwyraźniej nie kłamał, kiedy mówił mi w trakcie naszej ostatniej rozmowy telefonicznej, że wszystko jest w porządku. Nie do końca mu wierzyłam, bo niejednokrotnie przyłapywałam go
w przeszłości na kłamstwie odnośnie do jego zdrowia i tylko dlatego tu
dziś jestem. Żeby zobaczyć na żywo, czy na pewno wrócił do pełnej
sprawności. Oglądanie transmisji w telewizji nie było do tego
wystarczające.
Poprawiam czapkę z daszkiem i sięgam do kieszeni bluzy po wibrujący
telefon, po czym na oślep odbieram połączenie. Mój brat właśnie próbuje
przeszkodzić środkowemu Florida Piranhas w ataku na bramkę i nie
zamierzam tego przegapić.
- Halo?! - odzywam się głośno, próbując przekrzyczeć wrzawę.
Bramkarz bezbłędnie blokuje strzał, a krążek chwilę później zostaje
przejęty przez Granta, lewego skrzydłowego Montreal Hunters.
- Jesteś w Montrealu i do nas nie przyjechałaś?
Spinam się w tym samym momencie, w którym rozpoznaję dzwoniącą. Urażony
głos matki brzmi tak, jakbym co najmniej zhańbiła dobre imię naszej
rodziny, a przecież tylko się nie odezwałam. No, dobra, nie rozmawiałam
z nimi od miesięcy, ale to nie moja wina.
Zresztą, mam przecież dwadzieścia jeden lat, nie powinnam musieć jej się
z czegokolwiek tłumaczyć.
- Skąd...? - Głos grzęźnie mi w gardle w tej samej chwili, w której tuż
przede mną pojawia się przyciśnięta do pleksy twarz Thomasa.
Nie mam pojęcia, co się stało kilka sekund temu, bo przez matkę
przestałam skupiać się na meczu, ale cokolwiek to było, wywołało niemałe
zamieszanie. Mężczyzną, który zaatakował Thomasa, jest bramkarz Montreal
Hunters i teraz...
Nim zdołam ogarnąć, co ja tak właściwie robię, zrywam się z krzesła i rzucam w stronę bandy. Pomiędzy dwiema częściami pleksy utknął
jasnoniebieski kij i bramkarz właśnie próbuje go wyszarpnąć. Nie myślę,
tylko działam. Ściskam mocniej telefon w ręce i uderzam nim o końcówkę
kija. Jedno, drugie, trzecie uderzenie i... hokeista aż cofa się ślizgiem;
najwyraźniej naprawdę mocno ciągnął za uchwyt.
Czuję na sobie spojrzenia ludzi siedzących na trybunach. Wwiercają się
we mnie jak pieprzone śruby. Ktoś nawet to nagrał. Szlag. Im więcej
czasu mija od mojego niezbyt genialnego pomysłu, tym bardziej do mnie
dociera, że mam nierówno pod kopułą. Bramkarz przecież mógł sobie wziąć
nowy kij, ale nie... Arlee stwierdziła, że musi pomóc.
Taa... nienawidzę hokeja, nie?
No, właśnie widać.
Wracam na swoje miejsce i zerkam na komórkę. Na widok roztrzaskanego
ekranu nie odczuwam nawet minimalnej złości, właściwie... spływa po mnie
ulga. Może jednak moje zachowanie nie było takie głupie? Teraz
przynajmniej mam wymówkę, dlaczego nie kontynuuję rozmowy z matką. Co
prawda telefon niby działa, ale niewiele na nim widzę.
Reszta meczu jest względnie spokojna. Względnie, bo oczywiście Thomas
dalej próbuje rozpychać się łokciami i atakuje każdego hokeistę z Montreal Hunters, który jest aktualnie w posiadaniu krążka, ale próby
odwetu nie są zbyt ostre. Niemniej wreszcie trener Florida Piranhas
dokonuje zmiany, a Thomas - ku mojej nieskrywanej uciesze - zjeżdża z lodu.
Oddycham z ulgą, gdy tylko tracę go z oczu.
Po zakończonym meczu, wygraną drużyny mojego brata, natychmiast ruszam w stronę wyjścia. Czapkę z daszkiem naciągam bardziej na czoło i przepycham się przez tłum ludzi, co jakiś czas tylko rzucając
"przepraszam". Nie rozpycham się łokciami, nie jestem tego typu
człowiekiem, ale moje zdecydowane ruchy mogą wyglądać z boku niezbyt
kulturalnie. Nie powinnam się tym przejmować, ale mimo to z tyłu mojej
głowy pojawia się myśl, że najpewniej będę to później analizować. Czy
kogoś przypadkiem nie uderzyłam? Może ktoś poczuł się zaatakowany?
Nadmierne myślenie doprowadza mnie czasem do istnego szaleństwa.
Przy rozwidleniu skręcam w prawo i zatrzymuję się tuż za rogiem. Ściągam
z ramienia mały plecak i wkładam do środka rękę. Próbuję wygrzebać z niego plakietkę z wejściówką. Lucas pewnie już wie, przez moją akcję z telefonem, że tu jestem. Powinnam może chociaż spróbować do niego
zadzwonić, ale kiedy przed końcem gry chciałam zerknąć na skrzynkę
pocztową, mój telefon kompletnie odmówił posłuszeństwa. Zaskoczę go
więc, czekając przed szatnią.
Mój ambitny plan jednak szybko się rozpada.
Nie potrafię znaleźć cholernej plakietki.
Kucam i bez większego namysłu wysypuję zawartość plecaka na posadzkę.
Opakowania leków przeciwbólowych i awaryjny termofor natychmiast wrzucam
z powrotem do środka. Oprócz tego mam chusteczki, portfel, powerbank i kluczyki do auta, ale nigdzie nie dostrzegam pieprzonej wejściówki.
Niemal walę się dłonią w czoło, gdy przypominam sobie, że zostawiłam ją
w samochodzie z myślą "żeby nie zapomnieć". Że też cholerna mgła mózgowa
musiała mnie dopaść akurat dzisiaj. Przysięgam, że szlag mnie kiedyś
trafi z moim organizmem.
Wciskam pospiesznie do plecaka wszystkie klamoty, po czym wstaję i oddycham głęboko. Okej, muszę wymyślić coś innego. Może powinnam wrócić
do auta? Poruszam ustami na boki. Nie, nie ma szans, że zdążę.
Zaparkowałam tuż obok wjazdu, więc przebicie się teraz przez tłum zajmie
mi co najmniej pół godziny. A gdzie dojście do samochodu i powrót?
Przekręcam się w stronę barierek oddzielających ogólnodostępny korytarz
od tej części, do której mogą wchodzić tylko drużyny, personel areny i cała reszta obsługi. Gdy to robię, niemal natychmiast natrafiam na
uważne spojrzenie wysokiego i wyglądającego jak trzydrzwiowa szafa
ochroniarza. Odnoszę wrażenie, że koleś obserwuje mnie jak podejrzaną o napad z bronią w ręce.
Bez przesady, to nie Stany Zjednoczone.
Ruszam w jego stronę i z całej siły staram się uśmiechnąć słodko,
chociaż raczej wychodzi z tego cholernie niezadowolony grymas. Nie moja
jednak wina, że moim naturalnym wyrazem twarzy jest "resting bitch
face".
- Dzień dobry - rzucam lekko i wygrzebuję z tylnej kieszeni bilet.
Widnieje na nim kod kreskowy i mam cichą nadzieję, że jakimś cudem po
zeskanowaniu wyskoczy informacja o posiadanej przeze mnie wejściówce "za
kulisy". - Zapomniałam swojej plakietki, a chciałabym zrobić
niespodziankę bratu.
Nienawidzę. Takich. Sytuacji.
Po pierwsze typ podnosi brew i posyła mi jedno z tych spojrzeń, które
sugerują, że nie zamierza nabierać się na moje kłamstewka. Po drugie
przesuwa swoje ciemne oczy po moim ciele i nie umyka mojej uwadze fakt,
że jego usta wykrzywiają się w kpiącym uśmieszku.
Przysięgam, jeśli rzuci komentarzem o tym, że jako puck bunny2
powinnam się bardziej skąpo ubrać, to kopnę go w jaja, nie zważając na
konsekwencje. Kojarzycie te wszystkie TikToki o tym, że "każda rodzina
potrzebuje takiej córki, która jest wytatuowana, ma wszystko gdzieś,
najpierw robi, potem myśli, i kiedy przyjeżdża pod dom policja, to
wszyscy pytają: co tym razem zrobiłaś?". To właśnie jestem ja.
- Bez wejściówki nie wejdziesz - odpowiada wreszcie chłodno.
W ogóle mnie to nie zaskakuje. Właściwie... przewidziałam to w tym samym
momencie, w którym otworzyłam usta, żeby zacząć się tłumaczyć. Czasem to
nadmierne myślenie do czegoś się przydaje. Przynajmniej mam plan
zapasowy. Irracjonalny i odrobinę infantylny, ale jest.
- Jasna sprawa! - rzucam luźno, po czym salutuję mu i robię w tył zwrot.
Naprawdę powinnam iść po prostu do auta. Tak zrobiłby każdy, racjonalnie
myślący dorosły. Ale ja i racjonalność to jak powiedzenie, że gracz NHL
jest zajebistym łyżwiarzem figurowym.
Nie jest.
Skręcam w główny korytarz i chociaż ludzi jest tu już trochę mniej, to i tak idę wzdłuż ściany. Przesuwam po niej palcami, próbując wyczuć
niewielką szczelinę. Dawno temu, w naprawdę zamierzchłych czasach, kiedy
jako nastolatka grałam w dziewczęcej drużynie hokejowej, spędzałam na
tej arenie tyle czasu, że poznałam chyba wszystkie tajne przejścia. Więc
to nie szczęście sprawia, iż wreszcie udaje mi się znaleźć wyjście z sytuacji. Po prostu wiem, czego szukać.
Uśmiecham się do siebie triumfalnie, kiedy wreszcie natrafiam na
nierówność. Rozglądam się powoli na boki i gdy tylko przechodzi obok
mnie grupka kibiców, napieram ramieniem na ścianę. Ukryte drzwi
odskakują delikatnie, a ja natychmiast wślizguję się do wąskiego
korytarza. Oczywiście, że jest tu ciemno i gdyby nie rozwalony telefon,
mogłabym sobie rozświetlić drogę, ale cóż. Cierp ciało, skoroś chciało.
Kiedy udaje mi się dotrzeć do wyjścia, odszukuję w ciemności małą wajchę
i podważam ją palcem. Zanim jednak wychodzę z korytarzyka, wyglądam
przez szparę. Znajduję się dosłownie trzy metry od ochroniarza, z którym
rozmawiałam. Na szczęście koleś nie ogląda się przez ramię, więc czym
prędzej wychodzę na główny hol i pospiesznym krokiem kieruję się w stronę szatni.
Zdążam na czas. Dosłownie. Gdy tylko zatrzymuję się kilka kroków przed
drzwiami z logo Montreal Hunters, w przejściu staje barczysty mężczyzna.
Jego zielone oczy niemal natychmiast spoglądają wprost w moje, a ciemne
brwi marszczą się w skupieniu.
Kane Tremblay. Dwudziestosześcioletni bramkarz. Urodził się w Vancouver
i od dzieciaka gra w hokeja. Miłością do tego sportu zaraził go siedem
lat starszy od niego brat, Lincoln, środkowy Vancouver Coyotes...
Pewnie jeszcze mogłabym wymienić w myślach jego statystyki z zeszłego
sezonu, ale - ku mojemu zaskoczeniu - przerywa mi w tym sam Kane.
- Nie żal ci było telefonu? - Zatrzymuje się tuż przede mną z przewieszoną przez ramię błękitną torbą z logo Montreal Hunters.
Przez naprawdę krótką chwilę nie mam pojęcia, o czym on mówi. Dopiero po
kilku sekundach przypominam sobie, że przecież użyłam swojej komórki
jako młotka. Jak kretynka.
- Nie szkoda - odpowiadam luźno, wzruszając ramionami. - A tobie nie
szkoda było rzucać się na Collinsa, odsłaniając bramkę?
Mężczyzna przez chwilę przygląda mi się ze skupieniem, jakby się nad
czymś zastanawiał. Wreszcie uśmiecha się nieznacznie kącikiem ust i poprawia czapkę, przekręcając daszek do tyłu. Wciska dłoń do kieszeni
spodni dresowych i przechyla z zaciekawieniem głowę.
- Czekasz na kogoś?
- Ja? - Przytykam dłoń do piersi, udając zdziwienie. - Nieee, wydaje ci
się. - Uśmiecham się słodko i wachluję rzęsami. - Tak sobie tutaj stoję
i czatuję, aż szatnia będzie pusta, żeby móc niepostrzeżenie wejść do
środka i wciągać nosem zapach przepoconych ciał hokeistów.
Mężczyzna mruga kilkakrotnie, odchylając nieznacznie głowę, a na jego
twarzy przez zaledwie ułamek sekundy widać zdumienie.
- Żartujesz?
- Oczywiście, że żartuję. - Przewracam oczami i przestaję się uśmiechać.
Naprawdę mam nadzieję, że koleś zrozumie moją aluzję, czytaj: "Idź sobie
stąd", ale albo jest niedomyślny, albo naiwny, albo... W sumie nie
powiedziałam mu wprost, nie? A do takich jak on, typowych
puckboyów3, trzeba mówić wielkimi literami.
Otwieram usta, żeby go spławić, ale zanim zdołam się odezwać, on robi to
pierwszy.
- Masz ochotę na drinka?
- Co? - wykrztuszam z trudem, kompletnie zbita z pantałyku.
- Chciałbym ci postawić drinka w ramach podziękowania - wyjaśnia,
uśmiechając się łagodnie. W oczach błyszczy mu jeszcze euforia po udanym
meczu, ale oprócz tego dostrzegam również błysk zaciekawienia.
Nie. Podoba. Mi. Się. To.
- Nie jestem zainteresowana - odpowiadam oschle i spoglądam w bok.
Błagam, idź sobie, człowieku, i daj mi spokój. Już byłam z jednym
hokeistą, kolejnego dupka nie potrzebuję. I tak, wiem, ludzie są różni,
ale nie zamierzam ryzykować. Zbyt długo leczyłam serce i umysł po
Collinsie.
Nie mam pojęcia, czy Kane chce coś jeszcze powiedzieć, bo w ogóle nie
zwracam na niego uwagi, ale nawet jeśli tak jest, to przeszkadza mu w tym mój brat, który właśnie wychodzi z szatni. Z chwilą gdy jego
jasnoniebieskie oczy spoglądają w moje, jego usta rozchylają się w szoku, a torba niemal ześlizguje mu się z ramienia. Zaledwie sekundę
później rzucam się na niego z piskiem jak totalna wariatka. Obejmuję go
rękami za kark i nogami w pasie, ściskając tak mocno, że gdybym była
bardziej odpowiedzialna, pewnie zaczęłabym się martwić, iż mogłabym go
uszkodzić.
Lucas sapie głośno. Jego torba upada na posadzkę, a on zatacza się w tył. W ostatniej chwili łapie równowagę i również mnie obejmuje.
- Co ty tu robisz?
Śmieję się cicho i odchylam nieznacznie, po czym uśmiecham się słodko i wachluję rzęsami.
- Przyjechałam zobaczyć, jak gra mój ulubiony brat.
- Jestem twoim jedynym bratem - mówi powoli, marszcząc brwi.
Odrywam prawą dłoń od jego karku i macham nią lekceważąco.
- Nomenklatura - prycham, przewracając oczami. - Byłeś świetny. Twoje
zagrania, te wszystkie uniki i zmyłki, a najbardziej podobało mi...
- Okej, okej - przerywa mi i powoli odstawia na podłogę. - Co chcesz?
Prycham po raz kolejny.
- Od razu tam, że coś chcę...
Posyła mi znaczące spojrzenie.
- Arlee, ty jesteś miła tylko wtedy, kiedy czegoś chcesz. Im milsza
jesteś, tym prośba jest poważniejsza - wyjaśnia tym swoim tonem
starszego brata, który niejednokrotnie doprowadzał mnie do wściekłości.
- Od pół roku zapraszam cię na moje mecze, a ty pojawiłaś się dopiero
teraz, i to jeszcze na meczu z Florida Piranhas, więc... - Oddycha
głęboko, a jego spojrzenie mięknie. - Co się dzieje?
Nienawidzę tego, jak ten człowiek potrafi analizować moje zachowanie.
Nienawidzę, że jako chyba jeden z nielicznych bezbłędnie potrafi
odgadnąć, iż się z czymś zmagam. Po prostu nie-na-wi-dzę.
- Od wczoraj jestem bezrobotna i potrzebuję noclegu - wyrzucam z siebie
na jednym wydechu i składam dłonie jak do modlitwy. - Kilka dni, maks.
Lucas kręci głową i wzdycha głośno.
- Chyba chciałaś powiedzieć kilka tygodni, o ile nie miesięcy.
Otwieram usta, jednak zanim zdołam cokolwiek powiedzieć, tuż obok mnie
rozbrzmiewa głos Kane'a:
- Możesz z nami zamieszkać. Mamy wolny pokój na piętrze.
Rozdział 2
2
Arlee
Możesz z nami zamieszkać. Mamy wolny pokój na piętrze. Te dwa zdania
tłuką się w mojej głowie przez całe dwadzieścia minut drogi z Centre
Bell do Brossard, miasta położonego na wschód od Montrealu. Z jednej
strony to bardzo miłe, że Kane nie ma nic przeciwko mojej obecności i właściwie zgodził się na nią, zanim Lucas to zrobił, ale z drugiej... Od
kiedy mój brat ma współlokatorów? Mówił mi o tym, a ja zapomniałam? Nie
no, akurat to raczej bym zapamiętała.
Pocieram palcami czoło, skręcając w Aleję de Lugano. Zgodnie ze
wskazówkami na nawigacji objeżdżam dookoła niewielki Park Étang ze
stawem, wjeżdżam na podjazd piętrowego domu z czerwonej cegły i kieruję
się na tył posesji.
Nie mam pojęcia, czy Lucas i Kane pojechali jednym autem, czy może busem
z drużyną, ale gdy tylko wejdę do domu, nie zamierzam go opuszczać aż do
rana, więc parkuję wysłużoną hondę z daleka od szerokich drzwi
garażowych. Tak na wypadek, gdyby faceci nie chcieli zostawiać swoich
szpanerskich wozów pod chmurką. Mimo że Domaines de la Rive-Sud to
ekskluzywna okolica z ogromnymi posiadłościami, na próżno szukać tutaj
ogrodzeń czy chociażby bramy wjazdowej ze szlabanem. Stawiam więc, że
chłopcy chowają swoje cacka w garażu. Przynajmniej ja bym tak zrobiła na
ich miejscu.
Wysiadam z auta i z całej siły trzaskam drzwiami. Oczywiście, że
natychmiast odskakują. Robię więc to po raz kolejny. I jeszcze raz.
Dopiero za piątym odnoszę sukces.
- Przerobię cię na żyletki - odgrażam się, kierując kroki do tyłu auta.
Sięgam po walizkę, która waży co najmniej dwadzieścia kilo, i sapię
głośno, kiedy wreszcie udaje mi się ją wyciągnąć. Stawiam ją na kostce,
po czym przez chwilę zastanawiam się, czy torbę również teraz wziąć, ale
w końcu potrząsam głową i zamykam z hukiem bagażnik. Jutro to zrobię.
Poprawiam plecak na ramieniu i zaciskam dłoń wokół rączki walizki, ale
zanim zdołam ją pociągnąć w stronę tylnego wejścia do domu, podjazd
rozświetlają światła samochodu. Warkot silnika i głośne dudnienie basów
sprawiają, że natychmiast unoszę brew. Czerwone porsche wjeżdża
gwałtownie na posesję, a w tym czasie brama garażowa zaczyna się
podnosić. Chwilę później auto znika mi z pola widzenia i właśnie ten
moment wybieram na to, aby wreszcie się poruszyć. Mój brat jeździ
czarnym mercedesem klasy G, który - ku jego utrapieniu - nazywam
g-wagonem, więc zakładam, że to sportowe cacko należy do Kane'a.
Jestem mniej więcej w połowie drogi do wejścia, już nawet stoję na
drugim stopniu, gdy z okolicy garażu dociera do mnie nieznany, męski
głos.
- Skarbie, co ty myślisz, że robisz?
Odwracam się w stronę faceta i ściągam w niezrozumieniu brwi.
- Co? - pytam niezbyt inteligentnie, wciągając walizkę o stopień wyżej.
Koleś się porusza i dopiero, gdy jego twarz rozświetla lampa zawieszona
nad tylną werandą, rozpoznaję w nim Damiena Johnsona,
dwudziestotrzyletniego prawego obrońcę Montreal Hunters. Jego ciemne
oczy wwiercają się w moją twarz z czymś na wzór zaciekawienia i irytacji
równocześnie.
- Pytałem, co tu robisz - wyjaśnia oschle. - Kojarzę cię, więc zakładam,
że byłaś u nas na jakiejś imprezie, ale sorry, dzisiaj żadnej nie
organizujemy, więc zmykaj.
Rozchylam wargi w zdumieniu, co on chyba opacznie rozumie, sądząc po
jego następnym komentarzu.
- Na szybki numerek również nie mam ochoty.
Zaciskam mocno szczęki i obrzucam go kpiącym spojrzeniem.
- Sorry, koleś, ale nie dałabym ci się przelecieć nawet gdybyś był
ostatnim facetem na Ziemi, a ode mnie zależałoby przedłużenie gatunku -
informuję obojętnie, po czym stabilizuję kolanem walizkę, żeby nie
spadła. Następnie opieram dłonie na biodrach i spoglądam wyczekująco na
mężczyznę. - Będziesz tak stać jak sopel lodu, czy może pokażesz
wreszcie, że masz jaja i pomożesz mi z bagażem? No, chyba że ich nie
masz... - Spoglądam sugestywnie na jego krocze. - W sumie to możliwe,
sądząc po twojej dzisiejszej grze.
Moje słowa chyba wprawiają go w zdumienie, bo otwiera usta i natychmiast
je zamyka. Gapi się na mnie jak sroka w gnat, na co z głośnym
westchnieniem przewracam oczami. No, tak. Zapewne jest jednym z tych,
którzy nie są przyzwyczajeni do oschłości i obojętności ze strony
kobiet.
- Czyli nie...
- Kim ty właściwie jesteś? - przerywa mi, ruszając w moją stronę
zdecydowanym krokiem.
Być może powinnam się wzdrygnąć na tę jego stanowczość w głosie i w ogóle, tak zapewne zrobiłaby co najmniej połowa kobiet na świecie, ale
niespecjalnie mnie to rusza. Nigdy nie słyszałam od Lucasa, żeby
którykolwiek z jego kumpli z drużyny miał zapędy do bycia przemocowcem,
więc...
Damien zatrzymuje się przed schodami i nawet teraz, bez wchodzenia na
stopnie, jest ode mnie wyższy. Patrzy na mnie z góry i być może nawet
myśli, że mnie to w jakikolwiek sposób ruszy. Ma trochę? ponad dwa
metry, co zdecydowanie ułatwia mu grę na pozycji obrońcy, więc zupełnie
nie rozumiem jego dzisiejszych problemów w obronie.
Niby nie każdy hokeista to dupek, ale każdy dupek, którego poznałam, to
hokeista, więc naprawdę z ogromnym trudem gryzę się w język, żeby nie
rzucić w jego stronę kolejnej uszczypliwej uwagi. Nawet ja wiem, że
czasami powinnam się po prostu przymknąć albo przystopować z komentarzami.
Chrząkam i wyciągam do Damiena prawą rękę.
- Arlee - przedstawiam się spokojnie, starając się, aby w moim głosie
nie rozbrzmiewała żadna negatywna nuta.
Facet z wahaniem ściska moją dłoń, ściągając przy tym w skupieniu brwi.
Otwiera nawet usta, ale zanim zdoła cokolwiek powiedzieć, na teren
posesji wjeżdża czarne maserati. Auto zatrzymuje się tuż przed schodami,
a chwilę później od strony pasażera wysiada Lucas.
Uśmiecham się do niego i niemal wyrywam rękę z uścisku Damiena, żeby
pomachać bratu.
- Jechaliście do domu przez Kahnawake4? - pytam, krzyżując
ramiona na piersiach.
- Nie - burczy. - Kane jeździ jak stary dziadek.
Prycham pod nosem, wyczuwając na sobie spojrzenie Damiena. Zerkam na
niego na sekundę i niemal parskam śmiechem na widok konsternacji w jego
oczach.
- Znacie się? - pyta, nie kryjąc zaskoczenia.
- To moja siostra.
- To mój brat - odpowiadamy równocześnie.
- Twoja... - Damien urywa nagle, otwierając szerzej oczy. - Jesteś siostrą
Lucasa?
- Najlepszą pod słońcem.
- I najbardziej skromną - burczy Lucas, wyciągając z bagażnika maserati
sportową torbę. Kiedy zatrzaskuje klapę, Kane rusza spokojnie autem i wjeżdża do garażu. - Czemu nie weszliście do środka?
- Nie mam kluczy. - Spoglądam znacząco na brata. - A Damien myślał, że
przyszłam się tutaj zabawić z którymś z was i chciał mnie przegonić.
- Wcale tak nie myślałem! - protestuje gwałtownie chłopak, unosząc
wysoko dłonie.
Posyłam mu kpiące spojrzenie.
- Nieładnie tak kłamać, Johnson - cmokam.
Lucas klepie go w ramię kilka razy, zanim zgarnia ze stopnia moją
walizkę i bez problemu wnosi ją po schodach na werandę.
- Przepraszam, Arlee, za...
- Nie płaszcz się przed nią - przerywa mu ze śmiechem mój brat,
otwierając drzwi. - Moja siostra za godzinę nie będzie o tym pamiętać.
- Nieprawda!
- Może za dwie - poprawia się i rzuca mi rozbawione spojrzenie znad
ramienia. - Nie dręcz go, Arlee.
Przewracam oczami i prycham pod nosem, ale już nic więcej nie mówię,
tylko wchodzę do... Chciałabym móc określić ten budynek mianem "domu", ale
chyba jednak lepszym określeniem jest "willa" albo "zamczysko". Podłoga
wyłożona jest marmurem, a co najmniej jego imitacją. Ten, kto tu
wcześniej mieszkał, miał dość wyrafinowany gust - cholernie niepodobny
do mojego wyobrażenia co do mieszkania hokeistów. Ściany zdobią obrazy w złotych ramach, z sufitu zwisają złote żyrandole, a im dalej się
wchodzi, tym bardziej to miejsce krzyczy "jesteśmy zajebiście bogaci"!
Nie podoba mi się tu.
Ani trochę.
Ale nie zamierzam wyrażać swojego zdania na głos. Nie chcę wyjść na
większą sukę, niż już wyszłam. Pewnie swoim zachowaniem i tak ich
wszystkich do siebie zrażę. Jak zawsze.
- Może zaprowadzę cię do twojego pokoju? - proponuje pojednawczym tonem
Damien.
Spoglądam na niego z uniesioną brwią.
- Może najpierw zaproponujesz mi coś do picia?
- Arlee... - odzywa się ostrzegawczo Lucas.
Znowu przewracam oczami. Jeszcze trochę i nabawię się przez niego zeza.
- Co?
- Daj mu spokój.
- Chryste... - mamroczę z głośnym westchnieniem i uśmiecham się słodko do
Damiena. - Mój brat cię niańczy, co?
- Arlee!
Spoglądam znowu na Lucasa i posyłam mu pytające spojrzenie, ale on nie
zwraca na mnie uwagi, tylko skupia się na Damienie.
- Moja siostra to pieprzona harpia...
- Ej! - oburzam się.
- ...zamiast rozpaczać nad twoją sugestią, że przyszła tu po jednorazowy
numerek, prędzej by cię połknęła i nie w tym sensie, o którym myślisz,
tylko dosłownie pożarłaby cię, przemieliła i wypluła, na koniec
kwitując, że dostała niestrawności.
- To było niemiłe - oznajmiam poważnie, chociaż tak naprawdę mam ochotę
wybuchnąć śmiechem. Głównie z powodu dezorientacji na twarzy Damiena i faktu, że Kane, który w połowie wypowiedzi mojego brata wszedł do domu,
teraz stoi w progu i gapi się na mnie jak cielę na malowane wrota. -
Bardzo niemiłe.
- To była najprawdziwsza prawda - oznajmia z tym swoim głupkowatym
uśmieszkiem na ustach Lucas, a kiedy ponownie prycham, unosi brew. - A może nie? Może powinienem przeprowadzić poważną rozmowę z moimi
współlokatorami i powiedzieć im... - Chrząka i przybiera groźną minę: -
"Moja siostra jest nietykalna, jeśli któryś spróbuje zaciągnąć ją do
łóżka, to będzie miał ze mną do czynienia?".
Na samą myśl o tym, że mógłby odwalić taką szopkę, robiąc ze mnie
bezbronną idiotkę, wzbiera we mnie irytacja.
- No właśnie - kwituje i parska śmiechem, po czym spogląda na Kane'a. -
Włazisz do środka czy będziesz tam stać jak posąg?
Zerkam na bramkarza i parskam śmiechem, bo facet dalej wygląda na
rozmarzonego. Mimo że właśnie zamyka drzwi i zrzuca z nóg adidasy, to
równocześnie co jakiś czas na mnie zerka, jakby nie potrafił oderwać ode
mnie tych swoich zielonych oczu.
Unoszę brew i przechylam głowę, gdy zatrzymuje się tuż obok mnie i wystawia w moją stronę rękę.
- Nie przedstawiliśmy się sobie oficja...
- Wiem, kim jesteś - przerywam mu i ściskam delikatnie jego dłoń. -
Arlee Bennett, harpia. - Uśmiecham się słodko na widok rozbawienia w jego oczach. - Pożrę cię, przemielę i wypluję.
Mężczyzna potrząsa ze śmiechem głową, po czym zarzuca rękę na bark
Damiena i obaj ruszają w stronę kuchni. Po drodze zsuwają z ramion torby
i zostawiają je tuż przy schodach.
- Czy...?
- Arlee - przerywa mi ostrzegawczo Lucas.
- Co znowu?! - Wyrzucam ramiona w górę. - Jeszcze nic nie powiedziałam!
- Ale chciałaś. - Spogląda sugestywnie na torby, a potem na mnie. -
Wygraliśmy mecz.
- No i?
- Jesteśmy zmęczeni.
- I? To już nie mogę? o nic zapytać?
- Przecież wiem, że chciałaś im zwrócić uwagę, żeby sprzątnęli swój
śmierdzący potem sprzęt.
Rozchylam w zdumieniu wargi i przykładam dłoń do piersi.
- Ja? - pytam zbulwersowana. - Ja mogłabym coś takiego powiedzieć? W życiu! - zaprzeczam gwałtownie.
Dokładnie to byłabym w stanie powiedzieć, on o tym wie i ja o tym wiem,
ale nie zamierzam się do tego przyznawać. Ale abstrahując od moich
możliwości bycia bezpośrednią suką, wcale nie chciałam im suszyć głowy.
Właściwie... właściwie chciałam zaproponować, czy nie wrzucić do pralki
ich strojów.
Poważnie!
Ale nawet jakbym teraz o tym wspomniała, żaden z nich by mi nie
uwierzył. No, może Kane, skoro nieustannie na mnie zerka. Nawet teraz,
gdy wyciąga z lodówki jedzenie.
- Chciałam zapytać, czy macie może coś mocniejszego do picia. - Ruszam w stronę brata i klepię go lekko w tors, dodając ściszonym głosem: - Nie
rób ze mnie takiej wrednej zołzy, bo naprawdę nie mam gdzie mieszkać.
Posyła mi znaczące spojrzenie i chociaż przeczuwam, że zaraz może mi się
odgryźć, to ciepło w jego oczach mnie uspokaja. Na razie chyba niczego
nie spartoliłam.
- Możesz tu zostać tak długo, jak tego potrzebujesz.
- Dziękuję.
- Ale bądź miła dla chłopaków.
- Jestem - burczę i wzdycham głośno, ponieważ przechyla znacząco głowę.
- Okej, okej, postaram się. Wiesz, że nie robię tego specjalnie.
- Wiem. - Uśmiecha się łagodnie i pociera dłonią moje ramię. - Ale nie
wszyscy hokeiści to...
- Dupki? - Unoszę pytająco brew. - Może zmienię zdanie.
Kręci z głośnym westchnieniem głową, jednak nie mam możliwości, żeby
jakkolwiek na to zareagować, bo tylne drzwi ponownie się otwierają, a do
środka wchodzi kolejny hokeista.
- Och, na litość boską - mamroczę pod nosem na widok Huntera Marshalla.
- Ilu was tu mieszka?
- Czemu nikt mi nie powiedział, że kogoś zapraszamy? - burczy od wejścia
dwudziestosześcioletni lewy obrońca.
- To moja siostra, będzie z nami przez jakiś czas mieszkać - wyjaśnia
Lucas.
- Acha. - Mężczyzna kiwa głową, po czym rzuca torbę obok pozostałych.
Kiedy przechodzi obok nas, wyciąga do mnie dłoń zwiniętą w pięść. -
Hunter.
Przybijam z nim żółwika.
- Arlee.
Mimika jego twarzy nie wyraża zupełnie nic. Żadnego zaskoczenia,
zbulwersowania, zauroczenia, protestu, dosłownie nic. Ten facet jest jak
wykuty z lodu. Obojętnym krokiem podchodzi do lodówki, wyciąga z niej -
chyba - shake'a i rusza w stronę kanapy. Opada na nią z westchnieniem i natychmiast przysuwa ustnik do warg. Wypija zawartość pojemnika niemal
na raz i z hukiem odstawia go na stolik.
- Następnym razem rozpierdolę kij na głowie Collinsa - oznajmia
poważnie, włączając telewizor.
Uśmiecham się szeroko. Nawet nie przeszkadza mi fakt, że padło nazwisko
mojego eks. W taki sposób każdy może się o nim wypowiadać i jeszcze będę
mu kibicować.
- Jak będziesz chciał to zrobić, daj mi wcześniej znać, uwiecznię to na
nagraniu - rzucam z zadowoleniem i uśmiecham się do Lucasa. - To jak?
Masz jakiś alkohol?
Mój brat przewraca oczami, ale przytakuje mi ruchem głowy i macha dłonią
w stronę rogu salonu. W mig dostrzegam znajdujący się tam barek.
Wypełniony jest po brzegi różnymi trunkami, ale jak podchodzę bliżej,
orientuję się, że wszystkie butelki są zamknięte. Nie powinno mnie to
dziwić. Żaden sportowiec, któremu zależy na formie, nie pije w trakcie
rozgrywek.
- Którą mogę? otworzyć? - Zerkam przez ramię, żeby spojrzeć na brata,
ale zamiast tego natrafiam na zielone oczy Kane'a.
Znowu się na mnie gapi.
- Obojętnie. - Uśmiecha się nieznacznie.
Ściągam brwi.
- Poważnie? Żadna z nich nie jest tą, którą zamierzacie otworzyć po
ostatnim meczu?
- Nie.
- Huh - sapię pod nosem i chwytam pierwszą lepszą butelkę.
Niemal natychmiast ją odstawiam - moje auto jest mniej warte. Szkoda
dobrego alkoholu na żałosne upicie się z powodu kolejnych zmian w moim
życiu. Ostatecznie sięgam po wódkę i robię sobie drinka z sokiem
pomarańczowym, ale...
Nawet go nie dopijam. Jestem w połowie, kiedy zaczyna mnie morzyć sen,
więc odnoszę szklankę do zmywarki i podchodzę do stołu.
- Lucas? - Kładę dłoń na ramieniu brata, który dosłownie pochłania
apetycznie pachnącą zawartość swojego talerza.
Sama powinnam coś zjeść, ale wątpię, żebym znalazła w lodówce cokolwiek,
co nie byłoby bombą kaloryczną.
- Mhm?
- Pokażesz mi mój pokój?
- Ja to zrobię - proponuje Kane, niemal zrywając się z krzesła.
Pewnie gdybym nie była tak zmęczona, rzuciłabym jakimś komentarzem, ale
nie mam na to siły. Jestem w tym domu zaledwie od piętnastu... może
dwudziestu minut i mój organizm wreszcie daje za wygraną. Adrenalina i walka o przetrwanie po utracie pracy kompletnie ze mnie wyparowują.
- Dzięki. - Uśmiecham się do niego z wdzięcznością.
Kane prowadzi mnie na piętro, niosąc moją walizkę. Ani trochę nie jestem
zaskoczona, że nawet nie sapnął, gdy ją podnosił. Pod jego koszulką
wyraźnie odznaczają się mięśnie, a on sam pewnie jeszcze funkcjonuje na
zastrzyku energii po meczu. Jeśli jest choć odrobinę podobny do mojego
brata, to po zjedzeniu tych niezliczonych ilości kalorii padnie jak
kłoda, gdy tylko położy się do łóżka.
- Pokój gościnny nie ma łazienki - informuje, przepuszczając mnie w progu małej, naprawdę przytulnej sypialni. Na środku stoi jasne łóżko, a przy ścianie szafa i biurko. To drugie mnie bardzo cieszy, bo przyda mi
się w dorywczej pracy. Przynajmniej nie będę rysować na tablecie
powyginana jak paragraf. - Ale na końcu korytarza jest toaleta i prysznic.
- Dzięki. - Posyłam mu niewielki uśmiech, gdy odstawia walizkę przy
szafie. - Dobry mecz - dodaję, gdy facet wycofuje się na korytarz.
- Jednak nie jest z ciebie taka zołza - rzuca rozbawionym głosem.
Prycham.
- Nie wiem, co ci mój brat o mnie nagadał, ale...
- Znam twojego brata od czterech lat i ani razu nie powiedział o tobie
złego słowa - przerywa mi miękko. - Co więcej, fajnie jest w końcu
poznać cię osobiście.
Nie kryję zaskoczenia. Przez naprawdę krótką chwilę mam nawet ochotę
sobie zażartować, ale... mój zmęczony mózg dopiero teraz podsuwa mi myśl o tym, że Kane może wiedzieć aż za dużo. Po moim wcześniejszym zachowaniu
powinien mieć o mnie niezbyt dobre zdanie, jednak teraz jego spojrzenie
wypełnione jest łagodnością. To tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że
Lucas mógł podzielić się z nim zbyt wieloma szczegółami z mojego życia.
- Dobrze wiedzieć - odzywam się może nieco zbyt oschle, ale nie mam
teraz ani czasu, ani ochoty rozwodzić się nad tym, czy go przypadkiem
nie urażę.
Zamierzam natomiast przekonać samą siebie, że uduszenie brata nie jest
dobrym pomysłem. Aktualnie jest jedynym człowiekiem na kuli ziemskiej,
przy którym czuję się bezpiecznie.
Rozdział 3
3
Arlee
Kiedy rano wstaję - jedenasta to rano,
okej? - dom okazuje się pusty, a na marmurowym blacie kuchennej wyspy
leży karteczka od mojego brata.
Nie spal nam chaty. Gdybyś czegoś potrzebowała, dzwoń do Amandy, mojej
agentki. Lucas
Ciekawe, jak miałabym do niej zadzwonić, skoro mój telefon nie włączył
się przez całą noc, mimo podłączenia do ładowarki. Wzdycham głośno i zgarniam karteczkę z numerem, po czym przyczepiam ją do lodówki magnesem
z logo Montreal Hunters. W brzuchu zaczyna mi burczeć, więc otwieram
drzwiczki i obrzucam spojrzeniem wnętrze.
- Huh - sapię cicho.
Nie jest źle. Wczoraj sądziłam, że będę musiała jechać na zakupy, ale
okazuje się jednak, że lodówka jest bardzo dobrze zaopatrzona. Są
warzywa, owoce i nieprzetworzone jedzenie. No, w większości, bo na
drzwiczkach zauważam butelkę coli i... przez krótką chwilę mam ochotę się
jej napić, ale nie robię tego. Nie zamierzam łamać narzuconej sobie
zasady "jedna szklanka gazowanego napoju raz w tygodniu". Czas się wziąć
za siebie - i to porządnie, bez żadnych oszustw.
Nie mam pojęcia, który z chłopaków zajmuje się gotowaniem, ale... Im
dłużej przebywam w kuchni, tym więcej produktów znajduję. Mogłabym
zrobić sobie kanapki z twarogiem i rzodkiewką, ale nie umiem się dokopać
do pieczywa, więc ostatecznie stawiam na jogurt naturalny z orzechami i owocami.
Rozsiadam się wygodnie z tabletem przy wyspie kuchennej i jem powoli, co
jakiś czas popijając kawę. Przeglądam skrzynkę pocztową i zaznaczam
e-maile, na które muszę jak najszybciej odpowiedzieć. Zerkam również na
konto bankowe i niemal natychmiast się krzywię. Jeszcze nie dostałam
ostatniej wypłaty. Cholera. Będę musiała jakoś przeżyć najbliższy czas
bez telefonu, ale ani trochę mi się to nie podoba.
Niemal całe następne cztery dni spędzam na ogarnianiu nowych zleceń i oddawaniu zaległych grafik. Trochę tego jest, ale udaje mi się wyrobić w ostatecznych terminach. Uśmiecham się z zadowoleniem na widok e-maila od
jednej z autorek, której chwilę wcześniej odesłałam gotową okładkę.
Arlee, ona jest przepiękna! Nie mam pojęcia, jak udało Ci się zrozumieć
moją paplaninę i chaotyczne zdjęcia poglądowe, ale ta okładka? JEST
IDEALNA.
Ta wiadomość i fakt, że na moje konto wpływa wynagrodzenie za projekt
sprawiają, że wreszcie pozwalam sobie zwolnić tempo. Postanawiam odłożyć
tablet i sięgnąć po pilota. Włączam telewizor i odszukuję program
sportowy, na którym relacjonowany jest dzisiejszy mecz hokeja. Chyba
bardzo lubię wbijać sobie szpilki w bok, skoro dobrowolnie zamierzam
oglądać kolejną rozgrywkę między Florida Piranhas a Montreal Hunters,
ale równocześnie wmawiam sobie, że po prostu chcę zobaczyć, jak gra dziś
mój brat. Dwa dni temu wygrali z Piraniami, więc mam nadzieję, że
dzisiaj również tak będzie.
Wybieram sobie niezbyt dobry moment.
Lucas właśnie kieruje się w stronę bramki przeciwnika, ale tuż przed nią
z całym impetem wjeżdża w niego Thomas. Przytykam dłoń do ust, gdy mój
brat upada na lód i przez chwilę się nie porusza. Zawodnicy podjeżdżają
do niego, któryś z nich rzuca się w międzyczasie na Thomasa. Nie słyszę,
co krzyczą komentatorzy, bo jedyne, co odbija się echem w mojej głowie,
to odgłos ciała zderzającego się z taflą.
Oddycham z ulgą dopiero, gdy mój brat się podnosi. Nie wraca jednak do
gry, tylko zjeżdża do boksu.
Cholera.
Nie opiera się na prawej nodze. W ogóle.
Nie jestem idealną siostrą, naprawdę jest mi do tego daleko, ale w dniu
powrotu chłopaków z Florydy - i jednocześnie zakończenia ich udziału w rozgrywkach, bo po kontuzji Lucasa przegrywają mecz z Florida Piranhas -
czekam na nich z kolacją. Może nie jest wyrafinowana i zapewne nie tak
smaczna, jak dania w wykwintnej restauracji, ale jest.
Wstaję z krzesła w tej samej chwili, w której głośno trzaskają tylne
drzwi. Wychylam się zza rogu i na widok załamanego wyrazu twarzy mojego
brata, niewidzialna pięść ściska mnie za serce. W jego jasnoniebieskich
oczach błyszczy wściekłość, szczęki są mocno zaciśnięte, a knykcie
pobielałe od ściskania kul.
- Cześć - odzywam się niepewnie.
Lucas zrzuca z ramienia torbę i kiwa mi niemrawo głową. Kiedy przechodzi
obok mnie, podtrzymując ciężar ciała na kulach, całuje mnie przelotnie w skroń i kuśtyka do stołu. Opada z ciężkim westchnieniem na krzesło, po
czym bez słowa zabiera się do jedzenia. Nie pyta nawet, co to jest ani
czy w ogóle jest smaczne. Zupełnie tak, jakby nic go nie interesowało.
Niedobrze.
- Co z nogą? - pytam cicho, podchodząc bliżej niego.
Spogląda na mnie znad talerza, gdy siadam po przeciwnej stronie.
- Naderwane więzadło boczne kolana.
Wypuszczam spomiędzy warg długi oddech.
- Okej. - Przytakująco kiwam głową. - Co teraz?
- Jutro widzę się z lekarzem.
Już po jego sposobie odpowiedzi i fakcie, że odzywa się pomiędzy kęsami,
ale robi to niechętnie, wiem, żeby zamilknąć i przestać wypytywać.
Doskonale pamiętam, jaki załamany był w zeszłym roku, kiedy w połowie
sezonu doznał dokładnie takiej samej kontuzji, ale jej sprawcą był ktoś
inny. Mam tylko nadzieję, że i tym razem obejdzie się bez operacji.
- Dzięki za kolację - przerywa ciszę chwilę później i wstaje od stołu.
Kiedy sięga po pusty talerz, natychmiast zrywam się z krzesła i chwytam
go za nadgarstek.
- Nie nadwyrężaj nogi - mówię pospiesznie. - Naszykować ci kąpiel?
Po raz pierwszy, odkąd wrócił do domu, spogląda na mnie miękko i z uśmiechem na ustach.
- I właśnie dlatego jesteś moją ulubioną siostrą.
Ciepło rozlewa się w moich piersiach jak zawsze, gdy to mówi. Robi to
rzadko, bo i rzadko do tej pory rozmawialiśmy o sprawach rodzinnych,
ale... To miłe, że istnieje przynajmniej jedna osoba w naszej rodzinie,
która stawia mnie wyżej niż Hannę, naszą siostrę.
Chcę zapytać, kiedy wrócą jego kumple, ale oni chyba mają jakiś radar na
moje myślenie o nich, bo właśnie wchodzą do domu. Cóż... Żaden z nich nie
wygląda na zadowolonego z życia - i wcale im się nie dziwię. Dziś, jak
chyba jeszcze nigdy, wiem, że czas głęboko schować swoją sukowatą stronę
charakteru.
- Na stole macie kolację. - Uśmiecham się nieznacznie do Huntera, który
pierwszy wchodzi do kuchni, po czym wracam spojrzeniem do Lucasa. -
Ogarnę ci tę kąpiel, a ty siedź na dupie i nie skacz jak koza.
Mój brat parska śmiechem, co - zważywszy na sytuację i wisielczą
atmosferę - uznaję za swój osobisty sukces.
Kiedy wracam kilkanaście minut później na parter, cała czwórka siedzi
rozwalona w salonie. Gapią się w ekran telewizora i rozmawiają głośno o akcjach na lodzie. Wytykają sobie wszystkie popełnione błędy - nawet te,
które moim zdaniem nimi nie były. No bo przecież nie da się wszystkiego
przewidzieć. O ile rozumiem irytację Lucasa na Huntera i Damiena, bo
zaspali przy obronie tuż przed tym, jak Collins się na niego rzucił, o tyle reszta zarzutów jest już czystym czepialstwem.
Zanim jednak z moich ust wydostanie się jakikolwiek komentarz, gryzę się
w język. Nie będę się wpieprzać w ich sposoby na przetrawienie porażki.
Po raz pierwszy od dziesięciu lat Montreal Hunters dostali się do
play-offów i nawet nie przeszli do Rundy Drugiej, a to nieźle rozwala
morale.
- Kąpiel gotowa - odzywam się, opierając przedramiona o kanapę tuż za
Lucasem. - Dasz radę wejść sam na górę?
- Taa... - odpowiada z westchnieniem i wstaje, pomagając sobie kulą. - Na
razie.
- Śpij dobrze. - Uśmiecham się do niego nieznacznie.
Gdy tylko mój brat znika mi z pola widzenia, przenoszę wzrok na
telewizor. Natychmiast się krzywię, bo Collins właśnie zdobywa kolejny
punkt. W tym meczu trafił dwie bramki. Zaciskam mocno zęby, podczas gdy
w moim wnętrzu rodzi się coraz większa złość.
Nienawidzę faktu, że ten dupek jest tak dobry w hokeja. Po prostu
nienawidzę.
- Wyglądasz, jakbyś chciała kogoś zabić - zauważa z lekkim rozbawieniem
Kane.
Nie odrywając morderczego spojrzenia od ekranu, cedzę przez zaciśnięte
zęby:
- Być może właśnie tak jest.
- Jeśli martwisz się nogą Lucasa, to jestem pewien, że szybko wróci do
pełnej sprawności - dodaje łagodnie.
Wzdycham i potrząsam sfrustrowana głową.
- Mam nadzieję, że w przyszłym roku rozgromicie Piranie do tego stopnia,
że kibice będą ich musieli łopatami zeskrobywać z tafli.
Natychmiast wyczuwam na sobie spojrzenia całej trójki. Jedno z nich -
mogę się założyć, że należy do Kane'a - jest najbardziej denerwujące.
Mężczyzna chyba próbuje przedostać się przez moją czaszkę do mózgu.
Zerkam na Huntera i unoszę brew na widok jego zmrużonych oczu.
- Co? - pytam oschle. - Po raz pierwszy usłyszałeś coś takiego od
kobiety?
- Po raz pierwszy spotkałem kobietę, która ma mordercze zapędy, a jednocześnie jest słodka.
Niemal krztuszę się własną śliną.
- Że co? - charczę, waląc się otwartą dłonią w pierś. - Słodka? Czy ty
upadłeś na głowę? Aż tak cię poturbowali na lodzie?
- I nie potrafi przyjmować komplementów.
- Wypraszam sobie! - oburzam się głośno. - Potrafię przyjmować
komplementy.
- Kolacja była bardzo dobra - kontynuuje Hunter, podczas gdy Damien
chyba dusi się ze śmiechu.
Zerkam na niego z uniesioną brwią.
- A tobie co?
- Nic, nic - zapewnia mnie pospiesznie cały czerwony na twarzy.
- Nie jestem słodka - mówię poważnie. - Jestem wredną...
- ...harpią - kończy za mnie Kane, a gdy krzyżuję z nim spojrzenia,
orientuję się, że jego zielone oczy błyszczą rozbawieniem. - Tak, wiemy.
- Harpia i słodka to nie są synonimy.
Dlaczego ja się tak właściwie bronię? Powinnam podziękować za komplement
i się uśmiechnąć, ale nie... Oczywiście, że będę robić wszystko, aby
jednak uznali mnie za nieprzystępną i chłodną babę.
Chrząkam i się prostuję.
- Cieszę się, że kolacja wam smakowała, przykro mi, że przegraliście,
ale muszę powiedzieć, że daliście dupy.
Z ich twarzy natychmiast znikają uśmieszki.
Och, przegięłam.
Żołądek aż mi się zaciska z nerwów.
Jeszcze brakuje, żeby z głośników popłynął teraz fragment piosenki
Theory of a Deadman: The bitch came back5.
- Tak, wiemy - mamrocze z westchnieniem Damien.
- Sorry, nie powinnam była...
- Wyluzuj, Elsa - przerywa mi Kane. - Masz rację, daliśmy dupy.
Mrugam kilkakrotnie, wpatrując się w niego oniemiała. Nie dlatego, że
przyznał mi rację i nie wydaje się urażony moim komentarzem, a przez to,
jak się do mnie zwrócił.
- Czy ty właśnie nazwałeś mnie Elsą?
Mężczyzna posyła mi na wpół rozbawione, a na wpół poważne spojrzenie.
- Owszem. - Uśmiecha się uroczo. - Przeszkadza ci to?
Otwieram usta i niemal natychmiast je zamykam. Ściągam brwi w konsternacji i próbuję przeprowadzić ze sobą wewnętrzną dyskusję na
temat tego przezwiska. Czy mi się to podoba? Nie wiem. Czy to do mnie
pasuje? Być może.
- Okej, czyli nie przeszkadza - kwituje. - Od dziś jesteś Elsą.
- Ale... - Urywam, bo akurat ten moment Hunter i Damien uznają za idealny,
aby ewakuować się z salonu.
Gdy tylko znikają na piętrze, opieram ręce na biodrach i wpatruję się z uniesioną brwią w rozbawionego Kane'a. Rozłożył się w fotelu z szeroko
rozstawionymi nogami i również na mnie patrzy, tyle że jego oczy
przesuwają się po moim ciele. Powoli.
- Nie potrafię cię rozgryźć - odzywa się niespodziewanie.
Potrząsam głową.
- A dlaczego miałbyś nawet próbować? - pytam zdezorientowana.
- Wydajesz się interesująca i trochę jak... ogrzyca.
Sapię głośno.
- Sugerujesz, że jestem gruba?!
Przysięgam, że zaraz wybiję mu zęby. Nie mam pojęcia, ile z nich jest
sztucznych, czy w ogóle ma jakieś sztuczne, ale w tym momencie mnie to
nie interesuje. Nawet jak ma je założone na śruby, to po tym, jak z nim
skończę, będzie musiał je na nowo wkręcać.
- Nie - protestuje szybko, wwiercając się spojrzeniem w moje oczy. -
Sugeruję, że masz warstwy.
Nie wierzę.
To już kolejne nawiązanie do animowanego filmu.
- Jesteś fanem bajek? - wykrztuszam z trudem. Nic innego nie przychodzi
mi teraz do głowy. Przysięgam, ten facet w jednej chwili działa mi na
nerwy, a w drugiej ledwo trzymam w ryzach swoje usta, żeby ich nie
rozciągnąć w uśmiechu.
Wzrusza niedbale ramionami.
- Lubię sobie czasem na nie popatrzeć.
- Lubisz sobie czasem... - powtarzam powoli pod nosem. - Ile ty masz lat?
- Dwadzieścia sześć.
- To było pytanie retoryczne. - Przewracam oczami. - Wiem, ile masz lat.
- Tak? - Opiera łokcie na udach i pochyla się do przodu, a w jego oczach
błyska zainteresowanie. - Co jeszcze o mnie wiesz?
Zanim z moich ust zdołają wylecieć jego zeszłoroczne statystyki,
zaciskam mocno wargi.
Mężczyzna parska cichym śmiechem i potrząsa głową.
- Rozgryzę cię, Elsa.
Nie mam pojęcia, czy ostrzeżenie w jego głosie jest zamierzone, ale
wzdłuż mojego kręgosłupa i tak przebiega dreszcz przerażenia.
- Powodzenia - rzucam oschle i odwracam się na pięcie.
To już postanowione: muszę trzymać się z daleka od tego człowieka, bo ja
wcale nie chcę zostać przez nikogo rozgryziona. Ani dosłownie, ani w przenośni. A już na pewno nie chcę, aby próbował mnie rozgryźć kumpel
mojego brata.
Rozdział 4
4
Arlee
PÓŁTORA MIESIĄCA PÓŹNIEJ
Mieszkanie z czterema hokeistami ma więcej
minusów niż plusów, a największym z nich jest fakt, że po zakończeniu
sezonu przez dom przewija się tyle dziewczyn, iż nawet nie próbuję
zapamiętywać ich imion. Ba, ja nawet nie staram się ich od siebie
odróżnić, bo większość wygląda dokładnie tak samo. Skąpe ubrania z logo
Montreal Hunters, jasne albo ciemne blond włosy, staranny makijaż i wieczny uśmiech na ustach. Na szczęście nie wchodzą tutaj jak do siebie
i zwykle kręci się przy nich któryś z chłopaków, więc przynajmniej nie
muszę robić za dobrą gospodynię domową. Po pierwsze kompletnie się do
tego nie nadaję, a po drugie nie mam najmniejszej ochoty marnować
energii na epizodycznych ludzi.
Na szczęście - głównie moje - chłopcy organizują imprezy tylko w weekendy i chociaż przewalają się przez nie niezliczone ilości alkoholu,
to hokeiści trzymają poziom. Względny. Tylko mój brat zdaje się nie
przejmować swoją kondycją. Niejednokrotnie któryś z chłopaków odprowadza
go do jego pokoju, a potem szepczą między sobą w kuchni.
Sześć tygodni i dwanaście imprez - zaledwie tyle wytrzymuję z powstrzymywaniem się od jakichkolwiek komentarzy. Nie powinno się gryźć
ręki, która cię karmi, ale nie potrafię tak po prostu olać tego, co robi
Lucas. Dlatego gdy w niedzielę pojawia się na parterze, wbijam w niego
ostre spojrzenie i wskazuję palcem krzesło.
- Siadaj - warczę.
Spogląda na mnie ze zmarszczonymi brwiami. Nie wygląda za dobrze. Ma
worki pod oczami, jego włosy sterczą na wszystkie strony i śmierdzi od
niego alkoholem.
- Co cię w dupę ugryzło? - pyta zdezorientowany, ale przynajmniej mnie
słucha i siada na tyłku.
- Mnie w dupę nic nie ugryzło. - Zajmuję miejsce
po przeciwnej stronie stołu i opieram przedramiona o blat. - Za to ty
zabiłeś chyba wszystkie swoje szare komórki.
W międzyczasie na parterze pojawia się Damien, ale gdy tylko nas
zauważa, natychmiast się wycofuje. Chwilę później słyszę szepty na
korytarzu i ciężkie kroki na schodach. Najwyraźniej kumple mojego brata
uznali, że już nie są głodni.
- O co ci chodzi? - pyta obojętnie.
- O co mi chodzi? - powtarzam za nim z niedowierzaniem. - O twoje
zachowanie, Lucas! Długo tak zamierzasz się upijać?
- Piję tylko w weekendy, więc przestań mi matkować...
- O, mój drogi. - Wystawiam w jego stronę ostrzegawczo palec. - Ja
dopiero mogę zacząć ci matkować. Ja wszystko rozumiem, naprawdę, ale...
- Gówno rozumiesz - cedzi przez zaciśnięte zęby. - Czeka mnie operacja i chuj wie, czy będę mógł wrócić do gry, więc sorry, że nie jestem cały w skowronkach i zajebiście szczęśliwy.
Zaciskam mocno szczęki i wciągam nosem powietrze, żeby po chwili
wypuścić je spomiędzy warg ze świstem.
- Rozumiem więcej, niż ci się zdaje - odzywam się spokojnie i układam
dłonie na stole. - Znacznie więcej, Lucas - dodaję ściszonym głosem. -
Wiem, jak to jest, gdy zderzasz się ze ścianą i myślisz, że twoja
kariera się skończyła.
Prycha pod nosem i spogląda na mnie z politowaniem.
- Ciebie tylko zwolnili, Arlee, więc...
- Musiałam również chwilowo zrezygnować z dalszego kursu na trenera -
przerywam mu, chociaż obiecałam sobie, że nie będę o tym wspominać, ale
nie sądzę, abym w inny sposób mogła do niego dotrzeć.
Ściąga w niezrozumieniu brwi.
- Dlaczego? I czemu nic wcześniej nie mówiłaś?
- Nie chciałam cię martwić.
W jego jasnoniebieskich oczach natychmiast widać troskę. Wcześniej był
blady, ale teraz wygląda jak kartka papieru.
- Czym nie chciałaś mnie martwić? - pyta twardym głosem. - Czego mi nie
mówisz?
- Po prostu mam pewne problemy zdrowotne i dopóki ich nie... wyciszę, to
kurs odchodzi na dalszy plan - wyjaśniam ogólnikowo, a gdy otwiera usta,
unoszę dłoń. - Nie mam raka, Lucas.
Oddycha z ulgą, jakby właśnie to przyszło mu na myśl. Bo przecież, kiedy
człowiek mówi, że "ma problemy zdrowotne", to drugiej osobie od razu
przychodzi na myśl nowotwór. Jakby tylko raczysko było w stanie
przeszkodzić komuś w normalnym funkcjonowaniu.
- Nie jest to również nic, co może mnie zabić w najmniej oczekiwanym
momencie. - Uśmiecham się łagodnie. - Ale tak, przeszkadza mi to w moich
planach na życie, nawet bardzo, niemniej, nie zamierzam z nich
rezygnować, po prostu odsunęłam je w czasie - dodaję i chrząkam. - Ty
też nie powinieneś rezygnować ze swoich, a właśnie to robisz.
Jestem gotowa na zasypanie go kolejnymi argumentami przeciw jego
autodestrukcyjnemu zachowaniu, ale ostatecznie po prostu czekam, aż coś
powie.
Przygląda mi się w skupieniu i mija naprawdę kilka długich minut, zanim
otwiera usta.
- Jeśli nie wydobrzeję, nie przedłużą mi w przyszłym roku kontraktu.
- Masz cały rok na powrót do pełnej sprawności.
Przewraca oczami i kręci głową, a ja natychmiast pochylam się nad stołem
i ściskam jego dłoń.
- Lucas... - szepczę miękko. - Jesteś jednym z lepszych skrzydłowych w NHL. Nie ma szans, żeby zrezygnowali z ciebie z powodu kontuzji -
zapewniam go stanowczo. - Ale mogą to zrobić, jeśli dotrze do nich, że
co weekend upijasz się aż do odcięcia.
Wpatruje się we mnie w ciszy, zapewne analizując moje słowa. Fakt, że w jego oczach dostrzegam żal, sprawia, iż coś boleśnie ściska mnie za
serce.
- Nie pozwól, aby ta jedna przeciwność losu zniszczyła twoje marzenia -
dodaję cicho. - Cholera, po tylu latach doprowadziliście z chłopakami
drużynę do play-offów.
Unosi kącik ust.
- A po drugie bardzo, ale to bardzo chciałabym zobaczyć, jak ucierasz
nosa pieprzonemu Collinsowi.
- Nienawidzę tego skurwiela.
- No cóż... Ja również, ale ja przecież nie mogę dać mu popalić na tafli,
nie? - Chrząkam, unosząc arogancko kącik ust. - Ale wiesz, kto może? -
Wachluję rzęsami. - Mój starszy braciszek.
Ledwo kończę mówić, a on zaczyna się krztusić własną śliną.
- Jesteś niemożliwa - chrypi, kiedy udaje mu się złapać normalny wdech.
- Masz nierówno pod kopułą.
Wzruszam niedbale ramionami, ale szybko poważnieję.
- Więc jak? - pytam, spoglądając na niego odrobinę wyzywająco. - Zrobisz
wszystko, żeby wasza drużyna odebrała temu pajacowi puchar?
Bo oczywiście, że Florida Piranhas wygrali Puchar Stanleya trzeci rok z rzędu.
- Postaram się.
Nie sądzę, żebym wyciągnęła z niego jakąkolwiek obietnicę, dlatego te
dwa słowa muszą mi w zupełności wystarczyć. Uśmiecham się nieznacznie i zeskakuję z krzesła, po czym przytulam się mocno do brata.
- Zrobić ci omlet?
- Jesteś aniołem.
- Chyba upadłym - kwituję, parskając śmiechem, po czym odsuwam się od
Lucasa i kiwam głową w stronę korytarza. - Śmierdzisz jak gorzelnia. Idź
się wykąpać.
Kroję właśnie pomidora, gdy wyczuwam na sobie czyjś wzrok. Zerkam w bok
i unoszę brew na widok Kane'a stojącego w wejściu do kuchni. Wygląda,
jakby nie do końca wiedział, czy może wejść dalej.
- Nie gryzę - rzucam obojętnie i skupiam się ponownie na nożu, żeby nie
odkroić sobie przypadkiem palca.
- No nie wiem, nie wiem. - W jego głosie rozbrzmiewa rozbawienie.
Mam ochotę zapytać, dlaczego jest taki wesolutki, ale potem przypomina
mi się, że pół nocy spędził w towarzystwie jednej z dziewczyn i właściwie nie muszę znać już odpowiedzi. Doprawdy nie rozumiem, co oni
mają z tymi jednonocnymi przygodami, ale skoro nikomu nie dzieje się
krzywda - nic mi do tego. A te piękne puck bunnies nie wyglądały
wczoraj na niezadowolone z towarzystwa hokeistów.
- Pomóc ci? - zagaduje, przystając obok.
Opiera się ramieniem o lodówkę i wbija we mnie spojrzenie. Czuję je na
policzku, ale nie spoglądam na niego nawet na ułamek sekundy.
- Jeśli nie boisz się ubrudzić rączek, możesz wybić dziesięć jajek do
misy i...
Jestem niemal pewna, że mnie wyśmieje, dlatego urywam w połowie zdania,
kompletnie zaskoczona, ponieważ Kane natychmiast wyciąga z lodówki
wytłoczkę. Pozwalam sobie patrzeć na jego umięśnione plecy, gdy odwraca
się w stronę wyspy kuchennej i zaczyna oddzielać żółtka od białka. Jego
ruchy są szybkie i sprawne, jakby doskonale wiedział, co robić.
Nie to, żebym uważała mężczyzn za półgłówków, ale Thomas nie potrafił
nawet ugotować ryżu. Hmm... Być może nie powinnam oceniać innych tą samą
miarą co mojego eks, ale nic nie poradzę na to, że ten toksyczny typ
kompletnie zrył mi mózg.
Przynajmniej jestem tego świadoma, a to już jedna trzecia sukcesu.
Pozostałe dwie trzecie to nabranie chęci na zmianę mojego stosunku do
hokeistów. Aktualnie są na poziomie zerowym... No, może pięciu procent.
- Rozgrzać patelnię?
- Poproszę - odpowiadam od razu i zgarniam oliwę z oliwek. Podaję
Kane'owi butelkę w tym samym czasie, w którym on sięga do lodówki po,
jak się domyślam, masło. - Użyj tego, dobra?
- Jasne. - Przytakuje delikatnym ruchem głowy.
Przez następnych kilka minut pracujemy w ciszy. Ubijam jajka, mieszam
składniki i kiedy wszystko jest gotowe, podchodzę do kuchenki. Kane
natychmiast przesuwa się na bok, ale nie wychodzi z kuchni. Podchodzi do
ekspresu i wyciąga dwa kubki z szafki. Obserwuję kątem oka, jak ustawia
jeden z nich pod dyszę. Mrużę oczy, gdy po chwili robi to z drugim.
- Pijesz z mlekiem bez laktozy, co nie? - pyta jak gdyby nigdy nic.
Omlet niemal upada mi na podłogę. W ostatniej chwili udaje mi się go
złapać, ale jednocześnie przypadkiem dotykam małym palcem rozgrzanej
patelni. Syczę głośno i rzucam się w stronę zlewozmywaka. Odkręcam wodę
i oddycham z ulgą, gdy zimny strumień koi piekący ból.
- Oj, Elsa, Elsa... - mruczy z westchnieniem Kane.
Kiedy staje obok mnie, burczę do niego, żeby pilnował jedzenia.
- Wyłączyłem już kuchenkę. Ciasto na omlety nigdzie nie ucieknie -
odzywa się łagodnie i wystawia w moją stronę dłoń. - Mogę zerknąć?
Zaciskam sfrustrowana zęby, ale zamiast się z nim kłócić, przekręcam
rękę i pokazuję mu zaczerwieniony palec.
- Będę żyć, doktorku.
Uśmiecha się pod nosem, delikatnie obejmując mnie za nadgarstek. Ogląda
dokładnie palec, jakbym co najmniej odrąbała go sobie siekierką.
- Dajże spokój. - Wyswobadzam się z uścisku. - To nie pierwszy i nie
ostatni raz, gdy zrobiłam sobie krzywdę. I tak, mleko bez laktozy -
zmieniam temat, po czym wymijam go pospiesznie i wracam do kuchenki.
Kane nie komentuje mojego zachowania, ale cały czas mnie obserwuje.
Zaczyna mnie to wnerwiać, bo czuję się tak, jak na spotkaniu z terapeutą. Chociaż tamto właściwie było całkiem przyjemnym przeżyciem,
skoro pozwoliło mi poukładać w głowie wiele kwestii. No i wiedziałam, że
mamy wspólny cel - ogarnięcie chaosu w moim umyśle. A jaki niby Kane
miałby mieć cel w byciu dla mnie miłym, kiedy ja jestem po prostu
wredna?
Ha. Może jest typem, którego ciągnie do toksycznego zachowania i próbuje
mnie naprawić?
- Głowa ci paruje - rzuca ze śmiechem, gdy stawiam na stole talerze
pełne gorących omletów.
- A ty jesteś upierdliwy - odgryzam się.
- Upierdliwy? - Posyła mi rozbawione spojrzenie. - Wiesz co? Po tobie
mógłbym spodziewać się bardziej wyrafinowanych obelg.
- To nie... - Milknę i ściągam brwi. - Czy ty właśnie rzucasz mi wyzwanie?
Uśmiecha się arogancko i krzyżuje ramiona na piersiach, przez co aż za
bardzo eksponuje mięśnie.
- Jestem ciekaw, czy masz w ogóle jakiś filtr w ustach.
Unoszę brew i opieram dłonie na blacie.
- Nie mam.
- Huh.
- Co to ma niby znaczyć?
- Nic takiego - odpowiada luźno i jak gdyby nigdy nic siada do stołu.
Przerzuca jeden z omletów na pusty talerz i zabiera się do jedzenia.
- Co to miało znaczyć? - powtarzam pytanie, a kiedy nie reaguje, jak
dziecko zabieram mu jedzenie sprzed nosa.
Kane spogląda na mnie z niedowierzaniem, a sekundę później wybucha
gromkim śmiechem. Ramiona mu się przy tym trzęsą, w zielonych oczach
pojawiają się łzy rozbawienia, a na policzkach urocze dołeczki.
Mrugam kilkakrotnie, nie kryjąc zaskoczenia jego reakcją.
A on to wykorzystuje i kradnie z powrotem talerz, po czym otacza go
umięśnionym przedramieniem i wystawia język.
- Jeden zero dla mnie.
Zamiast jakkolwiek mu odpowiedzieć, wychodzę z kuchni.
Tak po prostu.
Wychodzę, bo jeszcze kilka sekund przepychanek z tym człowiekiem i zacznę się śmiać.
Rozdział 5
5
Arlee
Arlee! - Głos mojego brata roznosi się po
domu, jakby krzyczał do megafonu, a tylko stoi w połowie schodów. -
Widziałaś gdzieś moje spodnie dresowe?!
Przewracam do siebie oczami.
- Są w pralni! - odkrzykuję i uśmiecham się pod nosem.
Słyszę, jak stuka głośno kulami o stopnie, gdy schodzi na parter. Potem
kieruje się w głąb korytarza i otwiera drzwi. Następny odgłos to
kliknięcie drzwiczek suszarki.
- Nie ma ich tutaj!
Z trudem powstrzymuję parsknięcie śmiechem.
- Sprawdzałeś kosz na pranie?!
Kolejne skrzypnięcie i kilka stuknięć kulami.
- Jest pusty!
- To nie wiem, gdzie są!
- Leżały na podłodze - mówi już ciszej, wchodząc do salonu. - W mojej
sypialni.
- Och. - Przekręcam się lekko na kanapie i zerkam na niego znad
ramienia. - Myślałam, że to śmieci.
- Śmie... - Urywa nagle i mruga, kompletnie skołowany. - Jak śmieci?!
- Normalnie - odpowiadam powoli, jakbym mówiła do dziecka. - Leżały na
podłodze, obok kosza na śmieci, więc uznałam, że są do wyrzucenia.
Przez jego twarz przemyka przerażenie, a tuż po tym Lucas rusza w stronę
wyjścia. Kuśtyka do drzwi, ale zanim do nich dociera, ponownie się
odzywam:
- Śmieciarka już była!
- ARLEE!
Pochylam głowę i przyciskam podbródek do piersi, próbując powstrzymać
się przed wybuchem śmiechu. Czuję na policzkach ciepło i jestem pewna,
że moja twarz jest czerwona z wysiłku.
- Podobno tak mam na imię - odzywam się dopiero, gdy jestem pewna, że
nie parsknę i nie zadławię się powietrzem.
- Nie wyrzuciłaś ich. - Nie mam pojęcia, czy to pytanie, czy zdanie
twierdzące, ale gdy Lucas staje obok kanapy, a ja na niego zerkam, w jego oczach dostrzegam błaganie. - Proszę, powiedz, że ich nie
wyrzuciłaś.
- Przecież powiedziałam przed chwilą, że myślałam, że to śmieci -
przypominam mu spokojnie. Kącik ust mi przy tym drga niekontrolowanie,
ale udaje mi się zapanować nad wyrazem twarzy. - To tylko spodnie,
kupisz sobie nowe.
- Tam były kluczyki z merca! - Jego jasnoniebieskie oczy płoną
wściekłością. - Jakim prawem...?!
- Poprosiłeś mnie, żebym pomogła ci w ogarnięciu syfu w twoim pokoju -
przerywam mu chłodno. - Robiłam to przez ostatnich kilka dni. Jak nie
jesteś u fizjo, to siedzisz tam non stop i nic, tylko syfisz.
Ostrzegałam, że masz odkładać ciuchy na komodę, bo nie zamierzam zbierać
twoich brudnych gaci i skarpetek z podłogi.
- To nie były brudne gacie! To były moje spodnie!
- Co to za krzyki? - pyta Hunter, wchodząc do domu frontowymi drzwiami.
- Słychać was aż na ulicy.
Tuż za nim podążają Kane i Damien. Cała trójka jest spocona, czoła im
się świecą, a torsy gwałtownie falują. Czyli poranna przebieżka się
udała.
- Arlee wyjebała do kosza moje spodnie! - Lucas spogląda na nich i choć
nie widzę teraz dobrze jego twarzy, to jestem pewna, że wyraża nadzieję,
iż go poprą w opieprzaniu mnie.
- Bo zostawiłeś je na podłodze - przypominam mu obojętnie. - To, co na
podłodze, to śmieci, a śmieci lądują do kosza.
- Jesteś...
Unoszę brew i spoglądam na niego wyczekująco.
- No, jaka jestem, braciszku? - dopytuję, wstając z kanapy. Odkładam
tablet na stolik, po czym podchodzę do Lucasa, opieram dłonie na
biodrach i unoszę podbródek. - Nieznośna? Wredna? Głupia? Bezmyślna?
Powinnam była sprawdzić kieszenie?
Otwiera usta, ale zanim zdoła cokolwiek powiedzieć, Hunter ponownie się
odzywa:
- Co było w spodniach?
- Pierdolone kluczyki do merca - cedzi przez zaciśnięte zęby Lucas, nie
spuszczając ze mnie ostrego spojrzenia.
Chłopcy wciągają z głośnymi syknięciami powietrze do płuc. Mogę się
założyć, że teraz na ich twarzach również widnieje przerażenie -
zupełnie tak, jak chwilę temu na twarzy mojego brata. Nie sprawdzam
jednak, czy mam rację, tylko nieustannie wbijam wzrok w Lucasa.
- Prosiłam cię - powtarzam spokojnie. - Nie raz i nie dwa.
- Będziesz grzebać na wysypisku.
Parskam z niedowierzaniem.
- Ja? - Wskazuję na siebie dłonią, po czym wbijam mu palec w tors. -
Nie, mój drogi, ty będziesz tam grzebać.
- Zachowujesz się jak matka. - Gdy tylko kończy mówić, przełyka głośno
ślinę, a przez jego twarz przebiegają wyrzuty sumienia.
I być może ja również powinnam odrobinę je czuć, ale... teraz żałuję, że
naprawdę nie wypieprzyłam mu tych jego spodni. Zaciskam mocno szczęki, z trudem nie dając po sobie poznać, jak bardzo bolą mnie w tym momencie
jego słowa.
- Arlee...
Zanim zdoła cokolwiek więcej powiedzieć, schylam się i wyciągam spod
stolika czyste, złożone w kostkę dresy. Na ich wierzchu leżą kluczyki do
g-wagona.
- Gdybym zachowywała się jak nasza matka, szukałbyś tego przez
najbliższe tygodnie, a ja udawałabym, że ich nie widziałam. - Wciskam mu
wszystko w brzuch i odwracam się gwałtownie, po czym zgarniam tablet i ruszam w stronę schodów. - W kuchni macie gotowy lunch. Nie nastawiajcie
się na nic wykwintnego.
W oczy szczypią mnie łzy frustracji, a do głowy napływają obrzydliwe
myśli o tym, że może faktycznie jestem jak nasza matka? Może przejęłam
po niej tyle toksycznych zachowań, że połowy z nich nie dostrzegam? Ale
szlag mnie dziś trafił, kiedy znowu zobaczyłam ubrania walające się w jego pokoju. A prosiłam, do diabła!
I nie, ja wcale nie jestem niewdzięczna. Kocham go i jestem
przeszczęśliwa, że pozwolił mi u siebie zamieszkać, ale nigdy nie
pozwolę żadnemu facetowi zrobić ze mnie kury domowej. Nigdy.
I on o tym doskonale wie.
Budzę się kilka godzin później z rysikiem przyciśniętym do mojego
policzka. Jęczę cicho i rozcieram skórę, po czym przekręcam się na plecy
i gapię w sufit. Co mnie obudziło? Wytężam słuch, ale nie docierają do
mnie żadne odgłosy z parteru...
Za to wyraźnie słyszę ciche i dość niepewne pukanie.
Podnoszę się i opieram plecy o zagłówek, mentalnie przygotowując się na
starcie z bratem. Jestem niemal pewna, że to on. Wątpię, żeby
którykolwiek z jego kumpli próbował teraz do mnie przyjść.
- Proszę! - odzywam się dopiero, gdy mam pewność, że moja twarz to
pieprzona Enigma.
Drzwi się uchylają, a przez szparę do pokoju zagląda Lucas. Jego
spojrzenie wypełnia skrucha.
- Mogę wejść?
Niemal przewracam oczami, ale w ostatniej chwili się przed tym
powstrzymuję i zamiast tego po prostu kiwam głową.
Mój brat wchodzi do środka, zamyka za sobą drzwi i rusza w moją stronę.
Siada na skraju łóżka, opiera o jego bok kule i przekręca się tak, żeby
na mnie patrzeć.
- Nie powinienem był mówić, że zachowujesz się jak matka.
Przesuwam językiem po zębach, powstrzymując się przed skrzywieniem na
wspomnienie tamtych słów. Podobno czas leczy rany, ale moje jakoś nie
potrafią się zagoić. Co jakiś czas zdarzają się właśnie takie - albo
kompletnie niezwiązane z naszymi rodzicami - sytuacje, które rozgrzebują
wszystko od nowa.
- Byłeś wkurzony - odzywam się pojednawczo. Nie chcę się z nim kłócić.
Naprawdę to ostatnie, na co mam ochotę. - A ja też przegięłam...
- Właściwie nie zrobiłaś nic złego. - Uśmiecha się łagodnie. -
Ostrzegałaś mnie trzy razy. To i tak o dwa za dużo. - Wzdycha głośno i kładzie dłoń na mojej nodze, po czym lekko ją ściska i wbija we mnie
poważne spojrzenie. - Poniosły mnie nerwy, ale wiedz, że wcale tak nie
myślę. Nie jesteś jak...
- To, co mówi się w nerwach, zazwyczaj pochodzi z tych części naszego
umysłu, o których staramy się na co dzień nie pamiętać - przerywam mu
spokojnie. - Nie zrobię tego więcej, Lucas, i właściwie nie powinnam
była tego robić w ogóle, ale proszę, na przyszłość, szanuj mój czas i pamiętaj o moich prośbach, okej?
- Jesteś kochana.
Wydaję z siebie odgłos pełen obrzydzenia.
- Przestań się przymilać, to nie w twoim stylu.
Przewraca oczami i cicho się śmieje, na co też odpowiadam nieznacznym
uśmiechem, ale szybko poważnieję.
- Lucas...
- Hm?
- Czy ona...? - Oblizuję nerwowo wargi. - Nie pamiętam takich sytuacji, w końcu miałam dziesięć lat, gdy się wyprowadziłeś, ale czy ona wyrzucała
ci twoje rzeczy? Dlatego aż tak się wkurzyłeś?
- Moich nie wyrzucała - odpowiada powoli. - Ale twoje już tak. - Drapie
się po tyle głowy i wzrusza ramionami. - Chyba... Chyba po prostu
przeraziło mnie to, że mogłabyś stać się nią.
Chociaż wiem, że tylko próbuje wyjaśnić swój tok rozumowania, to i tak
coś ciężkiego siada mi na piersiach, utrudniając normalne oddychanie.
Nigdy w życiu nie chciałabym stać się moją matką. Najgorszemu wrogowi
nie życzyłabym posiadania takiej osoby wśród najbliższych ludzi. Wśród
ludzi, którzy powinni być oparciem, a nie... Cóż, przyczyną znacznej
części problemów.
- Rozumiem - szepczę przez ściśnięte gardło, po czym chrząkam cicho. -
Nie będę nią. Nigdy nie wyrzuciłabym ci twoich rzeczy. Ciężko na nie
pracowałeś. - Poruszam się i przysuwam do niego. Obejmuję go w pasie i układam policzek na jego ramieniu. - Następnym razem je schowam i nie
oddam.
Parska cichym śmiechem.
- Nie będzie następnego razu, bo tą jedną akcją chyba nauczyłaś mnie
odkładania rzeczy na swoje miejsce.
Uśmiecham się pod nosem.
- Twoja przyszła żona mi za to podziękuje.
Aż krztusi się śliną.
- Żona? Jaka, kurwa, żona?
- Och, błagam. - Spoglądam na niego znacząco. - W końcu jakaś cię
usidli, musisz tylko wyciągnąć głowę spomiędzy nóg puck bunnies.
Przez jego twarz przebiega przerażenie.
- Weź, nie panikuj. - Śmieję się. - Przecież nie powiedziałam, że
zaaranżuję ci małżeństwo.
- Problem w tym, że byłabyś do tego zdolna.
- W sumie... - Udaję, że się zamyślam, stukając palcem o podbródek. -
Mogłabym wybrać kogoś, z kim bym się dogadywała, więc miałabym najlepszą
psiapsi pod słońcem.
- Ty i psiapsi? - Posyła mi kpiące spojrzenie. - Ty się z facetami ledwo
dogadujesz, a co dopiero z kobietami.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Play-offy (rozgrywki o Puchar Stanleya) - to coroczny turniej eliminacyjny NHL (Amerykańskiej Ligii Hokeja na Lodzie), który ma na celu wyłonienie mistrza ligi. Domyślnie zwycięska drużyna jest również mistrzem NHL. Osiem drużyn z każdej konferencji kwalifikuje się do play-offów na podstawie punktów z sezonu zasadniczego. [wróć]
2. Puck bunny - dosłowne tłumaczenie z jęz. angielskiego: krążkowy króliczek, ale bardziej właściwe jest "króliczek hokejowy". Termin ten używany jest wobec fanek hokeja na lodzie, które rzekomo interesują się tym sportem, ale ze względu na pociąg seksualny do zawodników, a nie radość z samej gry. [wróć]
3. Puckboy (z ang.) - hokeista, którego interesują wyłącznie jednonocne przygody. Pochodzi od słowa "fuckboy", w którym słowo "fuck" zostało zamienione na "puck" - z jęz. angielskiego krążek hokejowy. [wróć]
4. Kahnawake [gahna'wa:ge] - Terytorium Mohawków Kahnawake - rezerwat Pierwszych Narodów Mohawków z Kahnawá:ke usytuowany na południowym brzegu Rzeki Świętego Wawrzyńca w prowincji Quebec w Kanadzie. Kahnawake i Montreal leżą po przeciwnym stronach rzeki w kierunkach północ-południe, podczas gdy Brossard leży na wschód od Montrealu. [wróć]
5. The bitch came back (z ang.) - Suka wróciła. [wróć]