GŁOS SERCA - Janette Oke
39.99 zł

p
Reflow text when sidebars are open.
Od autorki
Rozdział pierwszy. Elizabeth
Rozdział drugi. Pierwszy krok
Rozdział trzeci. W drodze
Rozdział czwarty. Calgary
Rozdział piąty. Rodzina
Rozdział szósty. Zapoznanie
Rozdział siódmy. Plan pana Higginsa
Rozdział ósmy. Nowa szkoła
Rozdział dziewiąty. Odludzie
Rozdział dziesiąty. Lars
Rozdział jedenasty. Petersonowie
Rozdział dwunasty. Wyprawa do miasta
Rozdział trzynasty. Sobota
Rozdział czternasty. Niedziela
Rozdział piętnasty. Początek szkoły
Rozdział szesnasty. Współlokatorzy
Rozdział siedemnasty. Niedzielne nabożeństwo
Rozdział osiemnasty. Listy
Rozdział dziewiętnasty. Pogromca myszy
Rozdział dwudziesty. Gość
Rozdział dwudziesty pierwszy. Uczniowie
Rozdział dwudziesty drugi. Szkolny piec
Rozdział dwudziesty trzeci. Plany
Rozdział dwudziesty czwarty. Napoleon
Rozdział dwudziesty piąty. Licytacja koszy
Rozdział dwudziesty szósty. Andy
Rozdział dwudziesty siódmy. Przerwa w zajęciach szkolnych
Rozdział dwudziesty ósmy. Dee
Rozdział dwudziesty dziewiąty. Powrót do szkoły
Rozdział trzydziesty. Przedstawienie
Rozdział trzydziesty pierwszy. Wigilia
Rozdział trzydziesty drugi. Święta Bożego Narodzenia
Rozdział trzydziesty trzeci. Wyznanie grzechu
Rozdział trzydziesty czwarty. Powrót do Pine Springs
Rozdział trzydziesty piąty. Wiosna
Rozdział trzydziesty szósty. Pożegnanie ze szkołą
Chciałabym dostarczyć moim czytelnikom kilka faktów dotyczących Północno-Zachodniej Policji Konnej. Została ona założona w 1873 roku jako odpowiedź na problem handlu nielegalnym alkoholem oraz bezprawia panującego na zachodzie Kanady. Wieść niesie, że typowy funkcjonariusz tej policji ubrany był w czerwony mundur, by można go było łatwo odróżnić od żołnierza kawalerii Stanów Zjednoczonych. Zadaniem policji konnej było żyć w pokoju z Indianami, a nie zabijać ich. A wiele indiańskich plemion miało już wcześniej starcia z oddziałami z południowej granicy. Z tego czy innego powodu, szkarłatne mundury stały się wkrótce cechą charakterystyczną, wyróżniającą mężczyznę noszącego taką kurtkę.
Zarówno mundur jak i nazwa ewoluowały. Tytuł Królewskiej Północno-Zachodniej Policji Konnej został przyznany przez króla Edwarda VII w roku 1904, w uznaniu za zasługi Policji dla Kanady. W roku 1920 nazwę zmieniono na Kanadyjską Królewską Policję Konną. W końcu czerwone mundury zakładano jedynie jako strój galowy, na służbie zaś noszono bardziej praktyczne brązowe kurtki, ponieważ, jak powiedział dowódca policji, Sam Steele: "utrzymanie czerwonej kurtki w czystości w ciągu trzech miesięcy na szlaku było rzeczą prawie niemożliwą, nawet dla mężczyzny schludnego i zadbanego." Kapelusz również zmieniał się od oryginalnego kapelusika typu pillbox, przez różne kształty i modele, do filcowego kapelusza z szerokim rondem, zwanego Stetson, który został zatwierdzony w 1901 roku.
Na daleką północ przywiodła policjantów gorączka złota w Jukonie w 1895 roku. Do 1898 roku w Jukonie było już 12 oficerów oraz 254 sierżantów i posterunkowych. W tym czasie Policja Konna używała już nowego środka transportu – psich zaprzęgów. Z pomocą psów husky patrolowano setki mil kwadratowych pokrytego śniegiem terenu. Na obszarze patroli rozrzucone były miejsca zamieszkania traperów, kupców oraz indiańskie wioski.
Choć staram się nie być nazbyt sentymentalna, gdy myślę o policjantach konnych i ich roli w rozwoju zachodu Kanady, dla mnie są oni symbolem mej kanadyjskiej ojczyzny. Do mieszkańców okolic Lacombe: chciałabym was zapewnić, że wśród nazw takich jak Spruceville, Blackfalds, Brookfield, Turville i Iowalta; Woody Nook, Jones Valley, Canyon i Eclipse; Eureka, Spring Valley, Arbor Dale i Blindman; Central, West Branch, Birch Lake i Lincoln; Milton, Mt. Grove, Sunny Crest i Morningside; Gull Lake, Lakeside i Fairview; nie znajdziecie miejscowości Pine Springs. W samym Lacombe nie znajdziecie też postaci historycznej pasującej do opisu taty Pearlie. Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne, a jakiekolwiek podobieństwo do prawdziwych osób, żyjących lub nie, jest niezamierzone.
Chciałabym również zapewnić was, że z racji dorastania w okolicach Hoadley i spędzenia szkolnych lat w małej, jednosalowej szkółce w Harmonien, mam w sobie wiele miłości dla życia wiejskiej społeczności z rejonu Alberty. Z miejscem tym wiąże się wiele miłych wspomnień.
Było to dla mnie wielkim zaskoczeniem. Nie sam list. Wszyscy przywykliśmy do korespondencji od Jonathana, bo docierała dość regularnie i zawsze wywoływała pewne poruszenie w naszym domu. Dlatego to nie list mnie zaskoczył, ale to, co zawierał. A reakcja mamy na jego treść była dla mnie jeszcze bardziej zdumiewająca.
12 kwietnia 1910 roku rozpoczął się jak każdy inny dzień. Wstałam wcześnie, miałam poranny czas cichej modlitwy w swoim pokoju, wyszykowałam się do pracy, wraz z rodziną zjadłam śniadanie i wyszłam o 8:00, aby przejść jedenaście przecznic do szkoły, w której uczyłam. Zwykłam być tam wcześnie, aby mieć wystarczająco czasu na poranne przygotowania przed przybyciem uczniów. Zazwyczaj byłam pierwszą nauczycielką, która pojawiała się w szkole, dzięki czemu cieszyłam się poranną ciszą w tym na ogół gwarnym budynku.
Tamtego cudownego, wiosennego poranka świat wydawał mi się szczególnie piękny i pełen życia. Z jakiegoś powodu zapach kwiatów w powietrzu i śpiew ptaków skłonił mnie do spojrzenia w głąb siebie, a zdarzało mi się to bardzo rzadko.
Jak się miewasz w ten cudowny, wiosenny poranek? – zapytałam samą siebie.
Dobrze, dziękuję – odpowiedziałam sobie w głowie, po czym niemal się rumieniąc rozejrzałam się szybko w obawie, że ktoś może usłyszeć moje myśli. Nie miałam zwyczaju mówić do siebie – nawet w myślach, a zwłaszcza podczas spaceru w miejscu publicznym, po tej przysłoniętej klonami ulicy. Jednak w tej chwili nikt nie szedł ze mną chodnikiem, więc kontynuowałam dialog z samą sobą.
Ach tak? A cóż to czyni twój dzień tak wspaniałym, a twój krok lekkim jak piórko?
Myślę, że zawdzięczam to temu porankowi, życiu i zapachowi powietrza, którym oddycham.
Jakże to miłe. Zawsze byłaś osobą czerpiącą przyjemność z samego faktu istnienia. Na pewno będziesz szczęśliwa i zadowolona gdziekolwiek na całym Bożym świecie.
Nie, nie mogę się z tym zgodzić.
Zaskoczył mnie nagły zwrot w tej rozmowie i nieoczekiwana zmiana moich emocji. W mojej duszy zapanowało jakieś dziwne i nieznane poruszenie. Pojawił się niepokój skłaniający mnie, bym zwróciła na nie uwagę. Próbowałam wepchnąć to uczucie z powrotem w zakamarki mego jestestwa, ale przepychało się zachłannie na wierzch moich myśli.
Zawsze to robisz! – stanowczo odpowiedziało moje wnętrze. Za każdym razem, gdy próbuję wyjść na powierzchnię, spychasz mnie z powrotem w dół... Dlaczego tak bardzo lękasz się stawić mi czoła?
Lękam się?
Tak, lękasz się.
Nie lękam się. Po prostu wierzę – tak mnie nauczono – że powinno się być zadowolonym z tego, co się ma, zwłaszcza jeśli otrzymało się tyle błogosławieństw co ja. To wstyd – ba, nawet grzech – czuć niezadowolenie, ciesząc się jednocześnie tymi wszystkimi dobrymi rzeczami, którymi życie – i mój tata – mnie obdarzyli.
Tak, oczywiście, grzechem byłoby lekceważenie błogosławieństw. Nie chcę, byś to czyniła. Ale być może, po prostu być może ukoiłoby to twoją duszę, gdybyś spojrzała uczciwie i szczerze na to, dlaczego ta mała tęsknota od czasu do czasu pociąga cię za rękaw.
Było to dla mnie nie lada wyzwaniem, i choć nadal czułam bojaźń, a może nawet miałam małe poczucie winy, zdecydowałam, że muszę spojrzeć w głąb tej tęsknoty, jeśli chcę wreszcie uciszyć ów wewnętrzny głos.
Urodziłam się 3 czerwca 1891 roku jako Elizabeth Marie Thatcher, trzecia córka Efraima i Elizabeth Thatcherów. Mój tata był kupcem z Toronto i powodziło mu się na tyle dobrze, że zapewniał dobrobyt całej naszej rodzinie. Właściwie to byliśmy uważani za klasę wyższą, a ja byłam przyzwyczajona do wszelkich korzyści materialnych, jakie się z owym statusem wiązały. Związek z tatą był dla mojej matki drugim małżeństwem. Pierwszy raz wyszła za mąż za kapitana armii królewskiej. Urodził im się syn, mój przyrodni brat, Jonathan. Pierwszy mąż mamy zginął, gdy Jonathan miał zaledwie trzy lata. Dlatego też mama razem z synkiem wróciła do domu swojego ojca.
Moi rodzice poznali się podczas kolacji bożonarodzeniowej zorganizowanej przez wspólnych przyjaciół. Mamie skończył się właśnie okres żałoby, aczkolwiek trudno jej było zdusić w sobie rozpacz i odłożyć ją na bok wraz z żałobnymi strojami. Często zastanawiałam się, co najbardziej przemówiło do mojego taty, piękno młodej wdowy czy jej ewidentna potrzeba, by ktoś ją pokochał i otoczył opieką. W każdym razie, zabiegał o jej względy i zdobył jej serce, po czym pobrali się w listopadzie następnego roku.
W kolejnym roku urodziła się moja najstarsza siostra, Margaret. Dwa lata później na świat przyszła Ruthie. Między moimi narodzinami a Ruthie mama straciła dziecko, chłopca, co prawie złamało jej serce. Obecnie myślę, że była rozczarowana tym, że nie przyszłam na świat jako chłopiec, ale z jakiegoś powodu to mnie wybrała, bym nosiła jej imię. Julie przyszła na świat dwa lata po mnie. Dwa i pół roku później, ku ogromnej radości mamy, urodził się nasz młodszy brat, Matthew. Nie mogę winić mamy za to, że hołubiła Matthew, bo dobrze wiem, że każdy z nas to robił. Wszyscy go rozpieszczaliśmy już od chwili jego narodzin.
W naszym domu niczego nie brakowało. Tata dobrze się o nas troszczył, a mama poświęcała wiele godzin na to, by jej dziewczynki wyrosły na prawdziwe damy. Oboje rodzice brali na siebie odpowiedzialność za nasz duchowy wzrost i – w stosownych granicach – zachęcali nas do bycia sobą.
Margaret wiła już swoje własne gniazdko. Wyszła za mąż w wieku osiemnastu lat i była zadowolona, że może całkowicie poświęcić się tworzeniu szczęśliwego domu dla swojego męża adwokata i ich małej rodziny. Ruth była uzdolniona muzycznie, stąd rodzice zachęcali ją do rozwijania talentu pianistycznego pod okiem najlepszych nauczycieli. Lecz kiedy poznała młodego, obiecującego skrzypka w Nowym Jorku i zdecydowała, że o wiele bardziej woli akompaniować jemu niż występować solo, rodzice dali jej swoje błogosławieństwo.
Mnie uważano za tę praktyczną, na której zawsze można było polegać. To mnie mama wzywała w przypadku nieszczęścia lub problemu, kiedy to nie było w domu taty. Polegała na tym, co zwykła nazywać moim opanowaniem i "przytomnością umysłu". Już od najmłodszych lat zauważałam, że często zdawała się na mnie.
Myślę, że to właśnie moje praktyczne podejście przygotowało mnie do samodzielności i mając to na uwadze zaczęłam się szkolić, aby zostać nauczycielką. Wiedziałam, że mama uważała, iż atrakcyjna i uprzejma dama, na jaką mnie wychowała, nie potrzebuje zawodu; w końcu odpowiednie małżeństwo było dostępne na skinienie mojej pięknej główki w kierunku jakiegoś zalotnika. Nie komentowała jednak tego i nawet wspierała mnie w moich dążeniach.
Kochałam dzieci, więc zawsze wkraczałam do sali lekcyjnej pewnie i radośnie. Uwielbiałam moich trzecioklasistów.
Moja siostra Julie była naszą lekkomyślną, poszukującą przygód romantyczką. Kochałam ją bardzo, ale często ubolewałam nad tą jej lekkomyślnością. Była ładna i drobnej budowy, więc nie miała problemów z przyciągnięciem uwagi płci przeciwnej, ale jakoś nigdy nie było to dla niej wystarczające. Modliłam się za nią codziennie.
I nasz Matthew! Przypuszczam, że chyba tylko ja martwiłam się o niego tak często. Widziałam, co uczyniliśmy mu naszym folgowaniem i zastanawiałam się, czy przypadkiem nie posunęliśmy się za daleko. Teraz był już nastolatkiem. Za bardzo go kochaliśmy, by narażać go na cierpienia z racji nadmiernej uwagi zgotowanej przez całą naszą nieostrożną rodzinę. Często spędzaliśmy czas we dwoje i próbowałam wyjaśnić mu, jakimi prawami rządzi się świat dorosłych. Na początku czułam, że nie docierają do niego moje delikatne sugestie, jednak potem zaczęłam dostrzegać, że zaczynają one pracować w jego umyśle. Stał się mniej roszczeniowy i bardziej pewny siebie, ale w dobrym znaczeniu, bardziej samodzielny. Żywiłam nadzieję, że mimo wszystko nie rozpieściliśmy go za bardzo. Wykazywał siłę charakteru, która przejawiała się w miłości i trosce o innych. Pomimo naszych wcześniejszych wychowawczych zaniedbań względem niego, z Matta wyrastał wspaniały, porządny młody człowiek.
Z porannej zadumy wyrwał mnie wyjątkowo piękny śpiew rudzika. Wydawał się tak radosny siadając na gałęzi wysoko nade mną, że serce oderwało się od rozmyślania o rodzinie, by wraz z nim zaśpiewać króciutką pieśń.
Cóż – pomyślałam, kiedy nasz śpiew dobiegł końca – ów niepokój nie pojawia się dlatego, że nie doceniam łaski, jaką obdarzył mnie Bóg, ani dlatego, że nie kocham swojej rodziny. Poczucie winy częściowo mnie opuściło i poczułam się dużo lepiej dzięki szczerości, z jaką rozważyłam te kwestie.
Więc... – kontynuowałam – dlaczego czuję się niespokojna? Co się ze mną dzieje?
Wszystko jest w porządku – odpowiedziało mi wewnętrzne ja. – Nie jesteś ani niewdzięczna ani nieczuła, odczuwasz jednak pewien niepokój. To nie świadczy o tym, że czegoś ci brakuje. Oznacza to po prostu, że już czas na zmiany.
Czas na zmiany? Byłam tak zdumiona, jakby stwierdzenie to pochodziło od zupełnie nieznanej mi osoby.
Oczywiście. Jak myślisz, co sprowadza rudzika z powrotem w to miejsce każdej wiosny? Nie chodzi o to, że brakuje mu własnego gniazda czy pokarmu. On po prostu wie, że nadszedł czas, by zmienić miejsce pobytu.
Ale dokąd ja miałabym wyruszyć? Jak?
Kiedy nadejdzie właściwy czas, będziesz o tym wiedziała.
Ale nie jestem pewna, czy chcę...
Ciii...
Nigdy wcześniej nawet nie myślałam o tym, by coś zmieniać. Uważałam się raczej za domatorkę. Nie interesowałam się również zbytnio zamążpójściem. Przypuszczałam, że pewnego dnia gdzieś tam znajdzie się ktoś dla mnie, ale nie miałam zamiaru szukać go na własną rękę. Nie byłam też dotychczas pod szczególnym wrażeniem młodych mężczyzn, którzy chcieli mnie adorować. Niejednokrotnie grzecznie unikałam ich towarzystwa i przedstawiałam ich Julie. Ona również wydawała się zadowolona z takiego obrotu spraw i muszę ze wstydem przyznać, że niewiele obchodziły mnie uczucia tych młodzieńców.
A teraz niby nadszedł czas, bym coś w moim życiu zmieniła?
Niepokój przemienił się w zupełnie inne uczucie – strach. Jako osoba rozsądna, doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że nie jestem przygotowana do radzenia sobie z natłokiem tych nowych, nieznanych uczuć. Dlatego też wyrzuciłam je z głowy, weszłam do spokojnego, ceglanego budynku szkoły, następnie do mojej sali lekcyjnej, i celowo skupiłam wszystkie myśli na porannym ćwiczeniu ortografii. Jeden z moich uczniów, Robert Ackley, nadal miał z tym problemy. Próbowałam wszystkiego, co umiałam, by mu pomóc. Co jeszcze mogłabym zrobić?
Dzień minął w poważnym, nieznanym mi w takim stopniu skupieniu. Nigdy wcześniej nie poświęciłam się tak całkowicie lekcjom starając się, aby były interesujące i zrozumiałe dla moich uczniów. Pod koniec dnia byłam wyczerpana, więc postanowiłam tylko wytrzeć tablice i wrócić do domu. Zwykle spędzałam około godziny przygotowując się na następny dzień pracy, ale tym razem po prostu nie czułam się na siłach. Pośpiesznie oczyściłam gąbki z kurzu, wrzuciłam do torby kilka podręczników, porządnie zamknęłam za sobą drzwi od sali i opuściłam trzypiętrowy budynek.
Spacer do domu nieco mnie orzeźwił, spotkałam nawet rudzika, z którym śpiewałam tego ranka w duecie. Znowu czułam się sobą, gdy wchodziłam po frontowych schodach do naszego domu. Mama siedziała w przytulnej oranżerii i nalewała herbatę, którą przyniosła nasza służąca Martha. Nie wydawała się ani trochę zaskoczona, że wróciłam tak wcześnie.
– Odłóż kapelusz i dołącz do mnie – zawołała. Wyczułam w jej głosie nutkę podniecenia.
Położyłam mój lekki szal i kapelusz na stole w holu i zajęłam krzesło naprzeciwko niej. Czułam, że przyda mi się filiżanka mocnej, gorącej herbaty.
– Otrzymałam dziś list od Jonathana – oświadczyła mama wręczając mi filiżankę.
Przypuszczałam, że jej podekscytowanie związane było z tym listem, albo raczej wiadomościami, które zawierał.
Jonathan miał szczególne miejsce w sercu mamy. Będąc pierworodnym i jedynym dzieckiem z pierwszego małżeństwa, był pod wieloma względami również jej pierwszą miłością. Julie sugerowała czasami, że matka kocha Jonathana bardziej niż którekolwiek z nas. Starałam się przekonać ją, że mama nie kocha go bardziej, lecz po prostu inaczej.
Często zastanawiałam się nad tym, jak trudne musiało być dla niej pogodzenie się z tym, że wyjechał. Jonathan miał zaledwie dziewiętnaście lat, kiedy zdecydował, że chce wyruszyć na zachód. Miałam wtedy tylko cztery lata i byłam zbyt mała, by móc to wszystko w pełni zrozumieć. Jednak gdy go zabrakło, wiedziałam, że coś zmieniło się w naszym domu, w mamie. Choć bardzo się starała, by nie wpłynęło to na resztę rodziny. Trzy miesiące po wyjeździe Jonathana na świat przyszedł Matthew i życie mamy nabrało nowego sensu. Jednak nawet Matt nie był w stanie zająć w jej sercu miejsca Jonathana.
Teraz zaś siedziała naprzeciwko mnie, spokojnie nalewając herbatę, choć mogłam zauważyć, że w jej wnętrzu kłębiło się wiele emocji, a spokój zdecydowanie do nich nie należał. Niezależnie od tego, jakie wieści zawierał list od Jonathana, czułam, że mama jest podekscytowana, a nie zaniepokojona, więc jej napięcie nie budziło we mnie lęku.
– Co u niego słychać? – zapytałam, decydując się na umożliwienie mamie wyboru odpowiedniego momentu i słów, by dać wyraz swemu podekscytowaniu.
– Wszystko w porządku. Rodzina ma się dobrze. Mary czuje się świetnie. Już niedługo powinna urodzić. Tartak Jonathana prężnie się rozwija, w zeszłym miesiącu musiał zatrudnić kolejnego pracownika.
To wszystko brzmiało wspaniale. Cieszyłam się z sukcesów starszego brata, którego ledwie pamiętałam, ale czułam, że to nie te naprędce przedstawione wiadomości wpłynęły na obecny nastrój mamy. Wymamrotałam grzeczną odpowiedź, jak bardzo rada jestem ze szczęścia Jonathana i małymi łykami popijałam herbatę. Pragnęłam, by mama przeszła wreszcie do rzeczy.
Tymczasem ona nawet nie podniosła swojej filiżanki, tylko sięgnęła w zanadrze sukni i wyciągnęła najnowszy list od Jonathana. Wszyscy byliśmy przyzwyczajeni do tego, że za każdym razem, gdy przychodziła korespondencja od Jonathana, czytała ją kilkukrotnie, a następnie chowała z przodu sukni. Nosiła ją tak przez wiele dni, wyciągała i czytała ponownie, kiedy tylko miała do tego sposobność.
Teraz ostrożnie rozłożyła list, ale zamiast, jak zwykle, dać mi go do przeczytania, sama zaczęła pośpiesznie czytać na głos. Szybko przeskoczyła przez pozdrowienia, jakby nie mogła się doczekać, by dotrzeć do sedna. Gdy kontynuowałam popijanie herbaty, słyszałam w jej głosie rosnące podniecenie. Nagle zwolniła, a ja wiedziałam, że chce, abym usłyszała i zrozumiała każde przeczytane przez nią słowo.
– "Na zachodzie istnieje wiele możliwości. Znam kilku mężczyzn, którzy przybyli tu z niczym, a teraz mają wspaniałe domy i dobrze prosperujące biznesy. Wszystko, czego tu potrzeba, to determinacja, wytrwałość i odrobina zdrowego rozsądku".
W pierwszym momencie pomyślałam: Chyba nie chodzi o to, że mama chce nakłonić tatę do przeniesienia się na zachód? Nie przerywałam jednak, a ona czytała dalej.
– "Ostatnio poświęciłem dużo myśli rodzinie. Dobrze byłoby mieć tu kogoś bliskiego. Tak bardzo mi was wszystkich brakuje. Szczególnie tęsknię za Tobą, mamo, ale Ty przecież doskonale o tym wiesz".
– "Łatwo jest myśleć o zachodzie jak o terytorium dla mężczyzn, i tak rzeczywiście jest, ale mamy tu też wiele możliwości dla kobiet. I muszę dodać, że my, tu na zachodzie, w pełni zdajemy sobie sprawę, że jeśli mamy rosnąć w siłę, potrzebujemy dobrych, młodych dziewcząt, aby mogły stworzyć dom dla naszych mężczyzn i zapewnić odpowiednie warunki rodzinne dla naszej przyszłości".
Musiałam chyba trochę się skrzywić słysząc te słowa, i pomyślałam: Co za oziębły, wyrachowany sposób patrzenia na małżeństwo. Matka jednak kontynuowała, a ja przegapiłam kilka jej słów.
– "...więc pomyślałem o Elizabeth".
Poczułam zagmatwany napływ myśli w głowie. Elizabeth? Czyli ja? Ale co? Sugeruje, żebym zapolowała na jakiegoś sklepikarza lub nieokrzesanego właściciela rancza z zachodu, by stać się jego żoną? To nie dla mnie! Nigdy! Przenigdy! Czułam, że wolałabym raczej umrzeć.
Krew odpłynęła mi z twarzy, gdy zaczęłam wstawać z krzesła.
– Nigdy – wyszeptałam do siebie. Mama zaś nie zwróciła uwagi na mój cichy szept i pospiesznie czytała dalej.
– "Nauczycielki są tutaj bardzo potrzebne. Wiele matek na wsi wciąż musi uczyć swoje dzieci w domu. Ale te kobiety mają za mało czasu i nie posiadają żadnego wykształcenia w tym kierunku. Chcemy to zmienić i pragniemy, aby nasze następne pokolenia były dobrze wykształcone, ponieważ w przyszłości mamy nadzieję wybrać przywódców naszej nowej prowincji spośród naszych własnych ludzi".
– "Mówiłaś, że Elizabeth jest wspaniałą nauczycielką i rozsądną młodą kobietą – jestem pewien, że tak właśnie jest. Rozmawiałem dziś ze znajomym kuratorem i stwierdził, że brakuje mu nauczycielek, a niektóre z tych, które ma, najchętniej zastąpiłby nowymi. Powiedział mi, że gdyby Elizabeth zechciała przyjechać na zachód, to z wdzięcznością zaproponowałby jej stanowisko i, jak już wcześniej napisałem, marzę o tym, by mieć tu kogoś bliskiego, kogoś z rodziny".
Oszołomiona patrzyłam, jak oczy matki dalej przebiegają po liście, lecz teraz czytała już w milczeniu. Odniosłam wrażenie, że zostałam zapomniana i że jej myśli znajdowały się przy ukochanym synu, gdzieś na zachodzie.
Byłam wdzięczna za tych kilka chwil, gdyż dzięki nim mogłam się trochę uspokoić, nim ponownie spojrzę mamie w oczy. Jonathan zaproponował mi, żebym udała się na zachód. Ale po co? Zanim zasugerował możliwości nauczania, napisał, że potrzebują młodych kobiet do "zapewnienia odpowiednich warunków rodzinnych". Cóż, w żadnym wypadku nie zamierzałam im w tym pomagać. Zdecydowanie nie!
Miałam nadzieję, że mama nie będzie zbyt surowa względem Jonathana, gdy będzie odpowiadać na jego list. Wiedziałam, że chciał dobrze, choć musiał wiedzieć, że nasza mama nigdy nie zgodzi się, by jej córka, pod pretekstem nauczania, wyruszyła w świat znaleźć sobie męża. Nawet jeśli nie taka była intencja Jonathana – zastanawiałam się – i jeżeli po prostu szuka on dodatkowych nauczycielek, to ja mam już bardzo dobrą pracę tu na miejscu.
Mama skończyła czytać dość długi list od Jonathana i znów schowała go w zanadrze sukni. Jej herbata już dawno wystygła, ale nie zważając na to, w zamyśleniu sięgnęła po filiżankę i popijała, patrząc gdzieś przed siebie. Gdy podniosła oczy znad filiżanki i spojrzała prosto na mnie, już chciałam powiedzieć coś w stylu: "Mamo, nie pozwól, by cię to zdenerwowało. Jonathan chciał dobrze, ale nie musisz się bać, nie mam zamiaru brać tego na poważnie..."
Spodziewałam się po niej łagodnej reprymendy względem Jonathana, ale zamiast tego powiedziała po prostu:
– Więc?
Uśmiechnęła się do mnie, a ja z łatwością wychwyciłam podekscytowanie w jej głosie.
Byłam zaskoczona i wzburzona.
– Co "więc"? – spytałam zastanawiając się, co może mieć na myśli. Nie mogłam pojąć zdumiewającej reakcji mamy na tak niedorzeczną propozycję Jonathana. Czy ona naprawdę uważa, że w ogóle rozważyłabym tę propozycję? Jak ona tak może? Na pewno musi zdawać sobie sprawę z tego, że to jest całkowicie... I wtem pojęłam. Miałam być ofiarą złożoną przez mamę dla Jonathana, jego "cząstką rodziny", przekazaną mu na odległość. W pewien sposób mój wyjazd na zachód, aby być blisko niego, przyniósłby pocieszenie naszej mamie.
Kochałam ją. Była dobrą matką. Nigdy nie chciałabym jej skrzywdzić. Nie odważyłam się dosadnie powiedzieć, że cały ten pomysł był z księżyca i że Jonathan wykazał się brakiem rozsądku proponując coś takiego. Lecz patrząc na mamę siedzącą naprzeciwko mnie ze swoim "więc?" wciąż tkwiącym w jej spojrzeniu, nie mogłam tak po prostu odmówić. Ale czy mogłam się zgodzić? Zdecydowanie nie. Mogłabym jednak powiedzieć, że rozważę tę propozycję, a tymczasem zyskam parę dni, by zastanowić się nad całą tą sprawą, uporządkować myśli i zaplanować, w jaki sposób wyplątać się z tej sytuacji tak, by nie urazić mamy.
– Cóż, jest to dla mnie ogromne zaskoczenie. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy aby stąd wyjechać...
W myślach gorączkowo szukałam odpowiednich słów, które zatrzymałyby niepokój wkradający się do spojrzenia mamy. Siłą woli przejęłam kontrolę nad moim zdezorientowanym umysłem i pospieszyłam z wyjaśnieniami.
– Propozycja Jonathana brzmi interesująco, bardzo interesująco. – Próbowałam dodać do mojego głosu trochę entuzjazmu, ale było to niezwykle trudne, gdyż ciężko było mi wydobyć słowa przez zaciśnięte gardło.
Mama odprężyła się nieco, a jej oczy znów zaczęły błyszczeć. Niespodziewanie zdałam sobie sprawę, że rozbłysły od nieuronionych łez, które się w nich pojawiły. Poczułam, że zaczynam panikować. Nie mogłam jej zawieść, przynajmniej nie w tej chwili. Próbowałam przełknąć ślinę i zmusiłam się do uśmiechu, odkładając kruchą porcelanową filiżankę.
– Zastanowię się nad tym i... zobaczymy...
Matka wyciągnęła rękę i dotknęła mojej dłoni. Uroniła kilka łez, które zwilżyły jej ciemne rzęsy i spłynęły na policzki.
– Beth – powiedziała – nie ma nikogo, kogo bardziej wolałabym wysłać do Jonathana niż ciebie.
Byłam wzruszona, ale i przestraszona. Z trudem przełknęłam ślinę, raz jeszcze spróbowałam się uśmiechnąć, wstałam z krzesła i składając lekki pocałunek na matczyne czoło wyszłam z oranżerii. Musiałam uciec gdzieś, gdzie będę mogła pomyśleć, pobyć sama. Cały mój świat wirował, a ja czułam, że jeśli nie przejmę wkrótce kontroli nad tym wszystkim, to w końcu wylecę gdzieś w kosmos.
Dla dobra mamy byłam skłonna rozważyć opcję stania się paczką wysłaną do Jonathana. Byłam nawet skłonna rozważyć podjęcie posady nauczycielki na zachodzie. Jednak stanowczo sprzeciwiałam się pomysłowi o poślubieniu jakiegoś nieokrzesanego, zaniedbanego mężczyzny z dziczy gdzieś na końcu kraju. Nigdy!
Wieczorem tata zapukał cicho do drzwi mojego pokoju. Próbowałam czytać leżąc w łóżku, co zazwyczaj sprawiało mi wiele radości, niestety losy młodych kobiet przedstawione na kartach powieści Jane Austen nie potrafiły przyciągnąć mojej uwagi.
Tata podszedł do okna i przyglądał się rozpościerającemu się za nim cichemu miastu. Lampy uliczne delikatnie migotały na tle zapadającej ciemności. Czekałam aż się odezwie. Nie zrobił tego, więc odłożyłam książkę, usiadłam i delikatnie zapytałam:
– Rozmawiałeś z mamą?
Odchrząknął i odwrócił się od okna. Nie odpowiedział na moje pytanie, tylko skinął głową.
– A co ty o tym myślisz? – spytałam z cichą nadzieją, że wykrzyknie, iż cały ten pomysł jest oburzający i nie do pomyślenia. Nie zrobił tego jednak.
– Cóż... – zaczął, stawiając krzesło przy moim łóżku – w pierwszej chwili byłem w szoku, ale po dłuższym zastanowieniu pojąłem, dlaczego twoja matka jest całym tym pomysłem tak bardzo podekscytowana. Wydaje mi się, że to może być dla ciebie niezwykła przygoda, Elizabeth, i sądzę, że nie wiąże się z nią zbyt duże ryzyko.
– Więc uważasz, że powinnam...
– Rozważyć to? Tak, powinnaś. Pojechać? Niekoniecznie. Decyzja należy do ciebie. Dobrze wiesz, że wszyscy cię tu kochamy i potrzebujemy, ale jeśli pragniesz tego... tego nowego doświadczenia, nie będziemy cię powstrzymywać.
– Nie wiem, tato. To wszystko jest takie świeże i niespodziewane. Zupełnie nie wiem, co mam o tym myśleć.
– Elizabeth, wierzymy, że podejmiesz decyzję zgodną z twoim sercem. Wraz z mamą uzgodniliśmy, że uszanujemy twój wybór. Cokolwiek zdecydujesz, chcemy, aby to było to, co uznasz za słuszne. Mama oczywiście bardzo by chciała, żebyś pojechała do Jonathana, ale jeśli ty tego nie zechcesz, nie będzie wywierać na ciebie presji. Prosiła mnie, żebym ci to przekazał. Obawia się, że twoja lojalność i chęć zadowolenia jej może doprowadzić cię do tego, że zrobisz to dla niej, a to nie jest wystarczający powód, aby podjąć tak ważną, zmieniającą życie decyzję.
– Och, tato! W tej chwili odczuwam tak wielki niepokój. Nigdy nie sądziłam, że...
– Nie spiesz się, moja droga. Taka decyzja wymaga dogłębnego rozważenia i modlitwy. Twoja matka i ja jesteśmy z tobą, cokolwiek zdecydujesz.
– Dziękuję, tato.
Pocałował mnie w czoło i uścisnął moją dłoń.
– Cokolwiek zdecydujesz... – wyszeptał wychodząc z mojego pokoju.
Nie było sensu wracać do czytania. Doskonale wiedziałam, że nie będę mogła skupić się na lekturze. Pociągnęłam więc za łańcuszek, żeby zgasić lampę i porozkładałam poduszki w taki sposób, by łatwiej było mi ułożyć się do snu. Niestety, na nic się to nie zdało, gdyż minęło sporo czasu, zanim byłam w stanie zasnąć.
Następnych kilka dni upłynęło mi na bacznym wsłuchiwaniu się w głos serca. Byłam tak tym wszystkim przejęta, że czasami zastanawiałam się, czy rzeczywiście uczę moich trzecioklasistów. Wyglądało na to, że nie zauważyli we mnie żadnej różnicy, więc zgaduję, że przynajmniej mechanicznie wykonywałam wszystko tak jak trzeba.
Mama uczyniła jak obiecała, nie naciskała na mnie, ale czułam, że z niepokojem wyczekuje mojej decyzji. Wiedziałam, że też się modliła i miałam nadzieję, że naprawdę zostawiła to woli Boga, a nie tylko błagała Go, by skłonił mnie do wyjazdu.
Wahałam się, a było to dla mnie czymś niespotykanym. W jednej chwili myślałam o wszystkich bliskich mi osobach: o rodzinie, o moich uczniach, o przyjaciołach ze wspólnoty; w takich momentach wewnętrznie krzyczałam: "Nie mogę wyjechać, po prostu nie mogę!". W następnej chwili myślałam o tej drugiej części mojej rodziny, mieszkającej na zachodzie. Coś niewidzialnego przyciągało mnie do starszego brata, którego tak naprawdę nigdy nie znałam. Myślałam też o tych wszystkich dzieciach bez nauczycieli i wiedziałam, że one również pragną się uczyć. Myślałam nawet o wielkiej przygodzie, jaką ta niespodziewana okazja mogłaby ze sobą nieść i odkryłam, że zaczynam się zastanawiać: A dlaczegóż by nie? Może to właśnie jest odpowiedź na owo uczucie niepokoju, które we mnie tkwi. Może jednak powinnam jechać...
Moje emocje kołysały się z jednej strony na drugą, zupełnie jak wahadło w naszym stojącym zegarze.
Po porządnej dawce rozważań i modlitwy poczułam, że Pan Bóg wskazuje mi werset z Księgi Jozuego 1,9: "Bądź mężny i mocny. Nie bój się i nie lękaj, ponieważ z tobą jest Pan, Bóg twój, wszędzie, gdziekolwiek pójdziesz".
Kilkukrotnie na głos powtórzyłam te słowa i poczułam, że odchodzi lęk i ogarnia mnie uczucie spokoju. Podjęłam decyzję. Wyjadę.
Gdy poinformowałam o tym mamę, nie posiadała się z radości i ekscytacji. Julie błagała rodziców, by pozwolili jej wyjechać ze mną. Kochałam Julie i byłam przekonana, iż niejednokrotnie będę żałować, że nie ma jej blisko mnie. Ale sama myśl o tym, że musiałabym ją nieustannie pilnować, w tej krainie pełnej mężczyzn szukających żony, przyprawiała mnie o dreszcze. Dlatego też odetchnęłam z ulgą, gdy rodzice natychmiast powiedzieli jej, że nie ma takiej możliwości.
Wraz z kolejnym miesiącem rok szkolny dobiegł końca. Pomachałam na pożegnanie ostatniemu uczniowi, spakowałam wszystkie swoje podręczniki i pomoce dydaktyczne, i po raz ostatni zamknęłam za sobą drzwi sali lekcyjnej. Powstrzymując łzy wzruszenia, pożegnałam się z innymi nauczycielkami, po czym opuściłam szkolne progi bez oglądania się za siebie.
Dałam mamie przyzwolenie na przekazanie wieści o mojej decyzji Jonathanowi, a on wydawał się być z tego powodu niezmiernie uradowany. Wyraził mi to nawet bezpośrednio, gdyż napisał osobny list skierowany do mnie. Podniecenie mamy i Jonathana wydawało się być zaraźliwe, a moje pragnienie zobaczenia brata rosło z każdym dniem.
Jonathan przekazał wiadomość o moim przyjeździe kuratorowi, który również do mnie napisał. Pan Higgins (nazwisko w jakiś sposób odpowiadało mojemu wyobrażeniu o nim) zapewnił w nim, że rad jest z mojego przyjazdu na zachód i, jak napisał w swoim liście, zadba o to, bym została przydzielona do szkoły, którą uważał za odpowiednią dla mnie. Napomknął też, że bardzo chciałby się ze mną spotkać tuż po moim przyjeździe.
Dni wypełnione zakupami, pakowaniem i ostateczną wysyłką rzeczy, minęły mi bardzo szybko.
Jonathan powiedział, że wszystko, bez czego mogę się obejść, powinno zostać wysłane wcześniej. Wagony towarowe miały czasami tendencję do zjeżdżania na boczne tory w celu przeładunku, więc trasa zajmowała im więcej czasu niż wagonom osobowym. Zastanawiałam się jednak skrycie, czy nie był to ze strony Jonathana celowy zabieg – wysłane z wyprzedzeniem kufry byłyby gwarancją, że nie rozmyśliłabym się w ostatniej chwili.
Coś takiego jak najbardziej mogło się wydarzyć. Kiedy nadszedł dzień, w którym tata i ja przywieźliśmy kufry na stację towarową i przekazaliśmy je mężczyźnie za ladą, dotarło do mnie w pełni, że stawiam właśnie olbrzymi krok w nieznane. Nieco oszołomiona przyglądałam się, jak ważono i oznaczano moje kufry, po czym wsadzono je na wózek i zabrano. W tych kufrach były moje książki, pościel, rzeczy osobiste i prawie cała moja garderoba. Wydawało mi się, że oto duża część mojego życia wytoczyła się wraz z tym wózkiem. Przez chwilę strach znów ścisnął mi gardło i poczułam impuls, by wyrwać się pędem, zebrać kufry z powrotem i pośpiesznie udać się do domu, do mojego pokoju. Jednak zamiast to uczynić, odwróciłam się szybko i prawie potknęłam się wychodząc pośpiesznie z budynku. Tata musiał się mocno natrudzić, aby mnie dogonić.
– A zatem ten etap mamy już za sobą – powiedziałam cicho. Starałam się, by zabrzmiało to tak, jakbym cieszyła się, że udało mi się odhaczyć jeszcze jedno zadanie z mojej wspaniałej listy. Myślę, że tata przejrzał mój blef, bo odpowiedział mi serdecznie, ale zupełnie zmieniając temat.
– Widziałem zachwycający kapelusik w tym eleganckim, małym sklepiku obok Eatons. Wyglądał jak skrojony pod ciebie. Może pójdziemy obejrzeć go razem?
Niektórzy mężczyźni zżymają się na myśl, że ktoś ich zobaczy w sklepie z kobiecą garderobą, jednak mój tata do nich nie należał. Być może miało to związek z faktem, iż miał cztery córki oraz atrakcyjną żonę. Tata lubił, kiedy jego kobiety były ładnie ubrane i czerpał przyjemność z pomagania nam w wyborze pięknych rzeczy. Poza tym doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nowy kapelusz jest często najlepszym lekarstwem na kobiece smutki. Zwłaszcza w przypadku, gdy problemem było jedynie uczucie niepokoju i lęk przed nieznanym.
Uśmiechnęłam się do niego, doceniając jego wrażliwość na moje uczucia. Kto będzie o mnie dbał, gdy tata będzie daleko? Wzięłam go pod rękę i razem udaliśmy się do tego małego sklepiku.
Tatko miał rację. Kapelusz pasował idealnie; szmaragdowozielony aksamit idealne współgrał z moimi ciemnozłotymi włosami i piwnymi oczami. Od razu mnie urzekł i bardzo się ucieszyłam, że tata go dla mnie wypatrzył. Gdy tylko go przymierzyłam, zdecydowałam, że będzie doskonały na przyjazd do Calgary. Kapelusz ten z pewnością doda mi pewności siebie, a przeczuwałam, że bardzo będę tego potrzebować.
Kiedy wracaliśmy do domu, ponownie pomyślałam o tym, jakim troskliwym mężczyzną jest mój tata. Wyciągnęłam rękę i położyłam ją na ramieniu jego perfekcyjnie skrojonego garnituru. Będę za nim tęsknić. Otarłam kilka łez chusteczką tłumacząc się niezdarnie, że to przez wiatr. Do mojego wyjazdu pozostał jeszcze tydzień. Miałam jeszcze czas na wzruszenia i bycie sentymentalną.