p

Głos ciała. Rola ciała w psychoterapii - Alexander Lowen

-
Proszę czekać

Wstęp

Dok­tor medy­cyny Ale­xan­der Lowen jest twórcą ana­lizy bio­ener­ge­tycz­nej, nowa­tor­skiego podej­ścia do psy­cho­te­ra­pii, łączą­cego oddzia­ły­wa­nie psy­cho­lo­giczne z fizycz­nym. Pod­czas tego rodzaju tera­pii infor­ma­cje dostar­czane przez ciało pacjenta, takie jak wzorce napię­cia mię­śnio­wego, są wyko­rzy­sty­wane do celów dia­gno­stycz­nych, nato­miast inter­wen­cje fizyczne mają na celu zwięk­sze­nie u pacjenta świa­do­mo­ści kon­flik­tów, które prze­ja­wiają się tymi napię­ciami, oraz ich roz­ła­do­wa­nie. Dane psy­cho­lo­giczne rów­nież wspie­rają pro­ces dia­gno­styczny, a inter­wen­cje psy­cho­lo­giczne mają powo­do­wać fizyczne zmiany w ciele pacjenta i utrwa­lać zmiany w jego psy­chice uzy­skane dzięki pracy fizycz­nej. Z tego względu ana­liza bio­ener­ge­tyczna jest praw­dzi­wie huma­ni­styczną tera­pią ciała i umy­słu, która hono­ruje zarówno fizyczne, jak i psy­chiczne aspekty istoty ludz­kiej.

Lowen uczył się zawodu u słyn­nego psy­cho­ana­li­tyka Wil­helma Reicha, który z kolei był uczniem samego Zyg­munta Freuda. Ten ostatni czę­sto pod­kre­ślał, że ego w zasa­dzie przy­na­leży do ciała, ale roz­wi­jana przez niego psy­cho­ana­liza poświę­cała ciału nie­wiele uwagi. Nato­miast Reich, wycho­dząc od wglądu Freuda w rolę ciała w psy­cho­pa­to­lo­gii, posu­nął się dalej i opra­co­wał róż­no­rodne metody tera­peu­tyczne opie­ra­jące się na pracy z cia­łem pacjenta. Two­rząc ana­lizę bio­ener­ge­tyczną, Lowen prze­dłu­żył tę tra­dy­cję.

Niniej­szy tom zawiera zbiór nie­pu­bli­ko­wa­nych dotąd arty­ku­łów i wykła­dów Lowena, które od wielu lat były znane prak­ty­kom bio­ener­ge­tyki pod nie­for­malną nazwą "mono­gra­fii Lowena". Krą­żyły w pry­wat­nym obiegu w postaci bro­szur dostęp­nych w Mię­dzy­na­ro­do­wym Insty­tu­cie Bio­ener­ge­tyki. Zawie­rają one część naj­waż­niej­szych i naj­bar­dziej wni­kli­wych kon­cep­cji autora. Dzięki zebra­niu ich wszyst­kich w jed­nym tomie zli­kwi­do­wana zostaje poważna wyrwa w lite­ra­tu­rze przed­miotu. Aby książka była przy­stępna także dla nie­fa­cho­wego czy­tel­nika, tek­sty nie są uło­żone chro­no­lo­gicz­nie. Tema­tyka bar­dziej spe­cja­li­styczna została prze­su­nięta na koniec.

W roz­dziale zaty­tu­ło­wa­nym Stres a cho­roba z bio­ener­ge­tycz­nego punktu widze­nia Lowen szki­cuje teo­rię cho­roby obja­śnia­jącą to, co zazwy­czaj było postrze­gane albo jako scho­rze­nie fizyczne, albo psy­chiczne. Demon­struje nie­ade­kwat­ność takiego duali­zmu, podziału na dwie wyklu­cza­jące się kate­go­rie. Przed­sta­wia cho­robę jako zja­wi­sko psy­cho­so­ma­tyczne, zawsze łączące w sobie ele­menty umy­słowe i cie­le­sne. Oma­wia psy­cho­lo­giczne zmienne mające zna­cze­nie przy lecze­niu wielu tak zwa­nych cho­rób fizycz­nych i zapo­bie­ga­niu im, pod­kre­śla­jąc wagę zuni­fi­ko­wa­nego obrazu umy­słu i ciała.

W Ryt­mie życia autor zaj­muje się przy­jem­no­ścią w odnie­sie­niu do ciała. Zauważa, że pod­czas gdy cho­roba jest zwy­kle postrze­gana jako zja­wi­sko mate­rialne, przy­jem­ność ucho­dzi za coś niemate­rialnego i ulot­nego. Przed­sta­wia zarys teo­rii przy­jem­no­ści opie­ra­ją­cej się na ryt­mach ciała, która defi­niuje to zja­wi­sko jako coś znacz­nie szer­szego niż tylko brak cier­pie­nia, Jego roz­wa­ża­nia obej­mują rów­nież teo­rię emo­cji, sku­pia­jąc się na zgub­nych kon­se­kwen­cjach ich tłu­mie­nia, a na koniec poru­szają kwe­stię pola ener­ge­tycz­nego, które ota­cza nas wszyst­kich i łączy ze sobą.

W roz­dziale Oddy­cha­nie, ruch i uczu­cia Lowen roz­wija kon­cep­cję ryt­mów ciała, sku­pia­jąc się na odde­chu i poru­sza­niu się, dwóch fun­da­men­tal­nych ryt­micz­nych pro­ce­sach życio­wych deter­mi­nu­ją­cych odczu­wa­nie. Pre­zen­tuje wiele ćwi­czeń tera­peu­tycz­nych słu­żą­cych pogłę­bie­niu uczuć i pod­kre­śla zna­cze­nie wyra­ża­nia wypar­tych uczuć nega­tyw­nych jako punktu wyj­ścia tera­pii.

Wątek ten jest kon­ty­nu­owany w roz­dziale Auto­ek­spre­sja. Postępy w tera­pii bio­ener­ge­tycz­nej. Autor zazna­cza z naci­skiem, że auto­ek­spre­sja jest przede wszyst­kim ruchem. Zwraca też uwagę na zna­cze­nie oczu zarówno w auto­ek­spre­sji, jak i w nawią­zy­wa­niu kon­taktu z innymi ludźmi. Dys­ku­sja obej­muje psy­cho­lo­giczną teo­rię zabu­rzeń wzroku, a także sta­no­wi­sko Lowena w kwe­stii zdro­wia emo­cjo­nal­nego, któ­rego mier­ni­kiem jest zdol­ność do wyra­ża­nia uczuć, także przez pod­trzy­my­wa­nie kon­taktu wzro­ko­wego z innymi ludźmi.

W roz­dziale Myśle­nie a odczu­wa­nie. Bio­ener­ge­tyczna ana­liza myśli Lowen zgłę­bia rolę myśle­nia w odnie­sie­niu do emo­cji, w tym jego funk­cję adap­ta­cyjną i moż­li­wość jego znie­kształ­ce­nia przez mecha­ni­zmy obronne. Pod­kre­śla zna­cze­nie myśli wspie­ra­ją­cej kry­tyczny racjo­na­lizm i wzmac­nia­ją­cej aser­tyw­ność jed­nostki. Bada rów­nież rela­cję myśle­nia do prawdy i piękna.

W Sek­sie i oso­bo­wo­ści autor pre­zen­tuje spoj­rze­nie na sek­su­al­ność wypro­wa­dzone z prze­biegu ewo­lu­cji czło­wieka. Według niego ma ona fun­da­men­talne zna­cze­nie dla prze­ła­ma­nia poczu­cia izo­la­cji i osa­mot­nie­nia zaszcze­pio­nego nam w pro­ce­sie indy­wi­du­ali­za­cji. Roz­wija ten wątek, porów­nu­jąc dyna­mikę homo­sek­su­ali­zmu z hete­ro­sek­su­ali­zmem. Wpro­wa­dza też teo­rię doświad­cze­nia orga­zmicz­nego, znaj­du­ją­cego odmienny wyraz u kobiet i męż­czyzn.

W szkicu Wola życia a pra­gnie­nie śmierci Lowen roz­waża, w jaki spo­sób obie te siły mogą sta­no­wić prze­szkodę w osią­gnię­ciu życio­wego speł­nie­nia. Oczy­wi­stą prze­szkodą jest orien­ta­cja na dąże­nie do śmierci, wyra­ża­jąca się w idei samo­bój­stwa; autor wska­zuje jed­nak, że także wola życia może stwa­rzać trud­ność, gdyż powo­duje nego­wa­nie ludz­kich dyle­ma­tów. Pod­kre­śla­jąc zna­cze­nie agre­sji w służ­bie speł­nie­nia, pro­po­nuje spo­sób roz­strzy­gnię­cia tych dyle­ma­tów.

Temat walki życia ze śmier­cią kon­ty­nu­uje w roz­dziale Zgroza: obli­cze nie­rze­czy­wi­sto­ści i auto­ek­spre­sja a zdol­ność prze­ży­cia. Zgroza, zde­fi­nio­wana jako odczu­cie szoku, jest przed­sta­wiona jako ende­miczne w naszej kul­tu­rze zja­wi­sko zagłu­sza­jące uczu­cia. Autor widzi w auto­ek­spre­sji śro­dek zarad­czy na otę­pie­nie emo­cjo­nalne wywo­łane przez zgrozę.

W Agre­sji i prze­mocy jed­nostki Lowen odróż­nia agre­sję i prze­moc od okru­cień­stwa. Przed­sta­wia kon­cep­cję "zawie­sze­nia", pole­ga­ją­cego na odcię­ciu się jed­nostki od dol­nej połowy wła­snego ciała, czyli wnętrz­no­ści i geni­ta­liów, oraz rolę tej dol­nej czę­ści w agre­sji i prze­mocy.

Na koniec w roz­dziale Zacho­wa­nie psy­cho­pa­tyczne a oso­bo­wość psy­cho­pa­tyczna Lowen roz­waża rolę wła­dzy i siły w kon­tek­ście pustego, fru­stru­ją­cego i auto­de­struk­cyj­nego stylu życia. Psy­cho­patę postrzega jako jed­nostkę skon­cen­tro­waną na mani­pu­la­cji i wywyż­sza­niu samej sie­bie, bez zwra­ca­nia uwagi na szko­dli­wość środ­ków słu­żą­cych temu celowi.

Niniej­szy zbiór pism Lowena pre­zen­tuje bio­ener­ge­tyczne podej­ście do wielu zagad­nień, które nie były oma­wiane w dotych­czas opu­bli­ko­wa­nych jego pra­cach, a tematy, poru­szone przez autora już wcze­śniej, zostały pogłę­bione i przed­sta­wione w szer­szym uję­ciu. Bły­sko­tliwe wglądy Lowena będą wielce przy­datne każ­demu czy­tel­ni­kowi poważ­nie zain­te­re­so­wa­nemu ana­lizą bio­ener­ge­tyczną czy szer­szą dzie­dziną tera­pii umy­słu i ciała (cza­sem zwa­nych soma­tycz­nymi). Zbiór ten jest szcze­gól­nie na cza­sie teraz, nie­długo po opu­bli­ko­wa­niu od dawna ocze­ki­wa­nej auto­bio­gra­fii Lowena Hono­ring the Body (Cześć dla ciała). Chciał­bym w tym miej­scu podzię­ko­wać Ale­xan­drowi Lowe­nowi za udo­stęp­nie­nie tych tek­stów do publi­ka­cji, a dr. Rober­towi Gla­ze­rowi, pre­ze­sowi Flo­rydz­kiego Towa­rzy­stwa Ana­lizy Bio­ener­ge­tycz­nej, za zapro­po­no­wa­nie mi funk­cji ich redak­tora.

dr Har­ris Fried­man, redak­tor książki

eme­ry­to­wany pro­fe­sor Say­brook Gra­du­ate School

pro­fe­sor Uni­wer­sy­tetu Flo­rydy (gościn­nie)

cer­ty­fi­ko­wany tera­peuta bio­ener­ge­tyczny i psy­cho­log z licen­cją stanu Flo­ryda

1.

Stres a cho­roba z bio­ener­ge­tycz­nego punktu widze­nia

Natura cho­roby

Wykład ten jest owo­cem mojego zain­te­re­so­wa­nia scho­rze­niami psy­cho­so­ma­tycz­nymi, takimi jak artre­tyzm, owrzo­dze­nie okręż­nicy, cho­roba wień­cowa, liszaj, łusz­czyca czy migrena. Przez wiele lat z pew­nym powo­dze­niem leczy­łem cier­pią­cych na nie pacjen­tów. Było jed­nak rów­nież wiele nie­po­wo­dzeń, które zmu­siły mnie do zasta­no­wie­nia się nad naturą tych cho­rób. Szcze­gólne wra­że­nie zro­biła na mnie pewna obser­wa­cja. Nie­które osoby są bar­dziej podatne na scho­rze­nia soma­tyczne, pod­czas gdy inne - na scho­rze­nia psy­chiczne. Wydaje się, że te dwa rodzaje reak­cji na traumę lub stres są w jakimś stop­niu roz­łączne. Długo jed­nak trzy­ma­łem się poglądu, że wszyst­kie cho­roby mają naturę psy­cho­so­ma­tyczną, ponie­waż psy­che i soma to tylko dwie różne strony funk­cjo­no­wa­nia orga­ni­zmu. Tę widoczną sprzecz­ność może tłu­ma­czyć teza Wil­helma Reicha mówiąca, iż psy­che i soma są sobie prze­ciw­stawne, a zara­zem funk­cjo­nal­nie toż­same. Funk­cjo­nują iden­tycz­nie na pozio­mie ener­ge­tycz­nym i na tym wła­śnie pozio­mie naj­ła­twiej zro­zu­mieć reak­cje ciała na stres.

Twier­dze­nie, że wszyst­kie cho­roby można postrze­gać jako reak­cję na stres, nie jest nowym pomy­słem. Rolę stresu w etio­lo­gii pew­nych prze­wle­kłych scho­rzeń pięk­nie wyka­zał Hans Seyle, pio­nier tej dzie­dziny. Aby jed­nak uza­sad­nić tę tezę, musimy roz­sze­rzyć poję­cie stresu, żeby objęło rów­nież takie sytu­acje, jak zaka­że­nie orga­ni­zmami cho­ro­bo­twór­czymi lub paso­ży­tami, a nawet nie­szczę­śliwe wypadki. Dla przy­kładu, jeśli ktoś zwich­nął nogę w kostce, jest nie­wąt­pli­wie chory (nie czuje się dobrze), gdyż opu­chli­zna i ból nie pozwa­lają mu swo­bod­nie cho­dzić. W tym wypadku stres to uszko­dze­nie stawu, na które orga­nizm reaguje opu­chli­zną i bólem. Uraz jest źró­dłem stresu, a ten z kolei wywo­łuje reak­cję, którą postrze­gamy jako scho­rze­nie. Jeśli uraz jest zni­komy i nie powo­duje bólu ani opu­chli­zny, to nie będziemy takiej osoby uzna­wać za chorą.

Bak­te­rie cho­ro­bo­twór­cze też są stre­so­rem, kiedy wdzie­rają się do orga­ni­zmu. Rów­nież w tym wypadku stres może być łagodny i wywo­ły­wać zni­komą reak­cję ciała. Ale może też być cał­kiem poważny, jeśli bak­te­rie są zja­dliwe i powo­dują cho­robę prze­ja­wia­jącą się gorączką, sta­nem zapal­nym i osła­bie­niem. Gdy ciało radzi sobie ze stre­sem wywo­ła­nym przez któ­ryś z tych czyn­ni­ków i funk­cjo­nuje przy tym w miarę nor­mal­nie, nie mówimy o cho­ro­bie. W tym rozu­mie­niu cho­roba ozna­cza zabu­rze­nie nor­mal­nych funk­cji ciała. Zawsze jest to oznaka jego nie­zdol­no­ści do radze­nia sobie ze stre­sem.

A oto kolejny przy­kład. Nie­dawno popa­rzył mnie tru­jący bluszcz1. Oczy­wi­ście nie zosta­łem przez niego zaata­ko­wany. Po pro­stu dotkną­łem pędów tej rośliny, która wydziela olejki o lekko tok­sycz­nym dzia­ła­niu na ludzką skórę. Po paru dniach moje przed­ra­miona zare­ago­wały opu­chli­zną, wysypką i nie­zno­śnym swę­dze­niem. Rów­nież na innych czę­ściach ciała wystą­piły obszary podraż­nione i sil­nie swę­dzące. W końcu zaży­łem dawkę kor­ty­zonu, co szybko zli­kwi­do­wało opu­chli­znę, ale swę­dze­nie ustę­po­wało stop­niowo. W tym wypadku cho­roba była reak­cją ciała na stres spo­wo­do­wany przez tok­syczną wydzie­linę blusz­czu, sta­no­wiącą stre­sor. Wysypka, opu­chli­zna i swę­dze­nie to były prze­jawy wysił­ków orga­ni­zmu mają­cych na celu prze­zwy­cię­że­nie lub usu­nię­cie stre­sora oraz napra­wie­nie wyrzą­dzo­nych przez niego szkód. Ale zda­rzało mi się rów­nież zetknąć się z tru­ją­cym blusz­czem bez żad­nych przy­krych kon­se­kwen­cji. W tych wypad­kach ciało radziło sobie ze stre­sem, nie naru­sza­jąc mojego dobrego samo­po­czu­cia.

Zwra­cam uwagę, że reak­cja na stres zawsze wystę­puje z pew­nym opóź­nie­niem po poja­wie­niu się stre­sora. To zja­wi­sko wymaga wyja­śnie­nia. Czy zauwa­ży­li­ście, że kiedy ska­le­czy­cie się jakimś ostrym narzę­dziem, nie czu­je­cie w tym momen­cie bólu? Ból poja­wia się po kilku sekun­dach. To dla­tego, że uraz przy­pra­wia orga­nizm o chwi­lowy szok. Rana zaczyna boleć dopiero wtedy, gdy szok ustę­puje i ciało reaguje wydzie­la­niem płynu ustro­jo­wego mają­cego zale­czyć ska­le­cze­nie. Wydzie­lina następ­nie się zagęsz­cza, zakry­wa­jąc uszko­dze­nie powierzchni orga­nizmu. Póź­niej zamie­nia się w strup. W tym wypadku ból wiąże się z ciśnie­niem powsta­ją­cym, kiedy napływ płynu, krwi i ener­gii napo­tyka opór rany. Należy go postrze­gać jako pozy­tywny prze­jaw życia. Ago­nia i śmierć nie są bole­sne. To walka orga­nizmu ze śmier­cią prze­jawia się jako ból. Aby lepiej zro­zu­mieć, że ból jest skut­kiem star­cia sił życio­wych z opo­rem lub blo­kadą, zwróćmy uwagę na bóle poro­dowe, które wystę­pują, kiedy głowa nowo­rodka prze­ci­ska się przez cia­sną szyjkę macicy. Podobna sytu­acja zacho­dzi, gdy obfita i twarda masa kału jest wypy­chana przez wąski otwór odbytu. Sama blo­kada czy zwę­że­nie nie powo­dują bólu, dopóki nie zosta­nie prze­ciwko nim użyta siła. Jeśli jed­nak siła nie spo­tyka się z opo­rem, swo­bodny prze­pływ jest wręcz przy­jemny. Naj­lep­szą ilu­stra­cją będzie tu odmro­że­nie. Zmro­żona część ciała nie boli. Ból poja­wia się, kiedy zaczyna się ona ogrze­wać. Wiąże się to z ciśnie­niem wywie­ra­nym przez krew napły­wa­jącą do zamar­z­nię­tych i zwę­żo­nych naczyń. Ogrze­wa­nie odmro­żo­nych pal­ców lub dłoni trzeba prze­pro­wa­dzać bar­dzo powoli, aby unik­nąć sil­nego bólu oraz uszko­dzeń tka­nek. Natych­mia­stową reak­cją na każdy uraz jest szok, który może dopro­wa­dzić nawet do utraty przy­tom­no­ści. Dopiero kiedy szok ustę­puje i ciało zaczyna celowo reago­wać na traumę, poja­wia się ból. To samo można powie­dzieć o sta­nach zapal­nych.

W cho­ro­bie powin­ni­śmy zatem widzieć podej­mo­wany przez ciało wysi­łek przy­wró­ce­nia inte­gral­no­ści po jakie­goś rodzaju trau­mie. Po raz pierw­szy zetkną­łem się z tym punk­tem widze­nia pod­czas stu­diów medycz­nych. Wyra­ził go mój wykła­dowca pato­lo­gii. Póź­niej prze­ko­na­łem się, że w dzie­więt­na­sto­wiecz­nej medy­cy­nie było to podej­ście powszechne. Wywo­dziło się z kon­cep­cji Claude'a Ber­narda, który uwa­żał cho­robę za próbę zacho­wa­nia przez ciało home­ostazy, w sytu­acji gdy adap­to­wa­nie się do nisz­czą­cej siły nie jest wła­ściwą reak­cją. Uwa­żam to za pod­sta­wową kon­cep­cję medy­cyny. Ter­min "trauma" obej­muje tu każde uszko­dze­nie orga­ni­zmu. Ozna­cza przy­tła­cza­jący stres, nie­za­leż­nie od natury stre­sora. Jeśli ciało nie zdoła pora­dzić sobie ze stre­sem, cho­roba koń­czy się śmier­cią.

Stres nie musi koniecz­nie pro­wa­dzić do cho­roby. W ciągu życia jeste­śmy pod­da­wani wielu stre­som, które potra­fimy wziąć na swoje barki. Nasz orga­nizm radzi sobie z codzien­nymi stre­sami i nie docho­dzi do zabu­rzeń jego nor­mal­nego funk­cjo­no­wa­nia. Kiedy pod­no­simy jakiś cię­żar, nasze ciało doznaje stresu, a prze­cież stale nosimy różne cięż­kie rze­czy i nie mamy z tym żad­nego pro­blemu. Cza­sem jed­nak cię­żar jest zbyt wielki lub nie­po­ręczny i wtedy wyrzą­dzamy sobie krzywdę. Stres jest wów­czas zbyt silny, byśmy mogli się z nim upo­rać. Nie­dawno przy­da­rzyło mi się coś takiego.

Chcia­łem zmie­nić koła w samo­cho­dzie i moco­wa­łem się z jedną ze śrub. Czu­jąc, że się zablo­ko­wała, z całej siły szarp­ną­łem klucz do góry. Nakrętka nie drgnęła i cały samo­chód nie­mal ode­rwał się od ziemi, a ja poczu­łem, jak chrup­nęło mi w ple­cach. Zda­wa­łem sobie sprawę, że coś sobie zro­bi­łem, ale nie czu­łem bólu, więc pra­co­wa­łem dalej. Polu­zo­wa­łem w końcu śrubę, sta­jąc na klu­czu nogą, więc udało mi się zmie­nić wszyst­kie koła. Kiedy skoń­czy­łem, czu­łem sztyw­ność w grzbie­cie, ale mogłem się roz­pro­sto­wać i poru­szać bez odczu­wa­nia bólu. Przez dobry tydzień byłem nieco usztyw­niony w krzyżu, ale zara­dziły temu ćwi­cze­nia bio­ener­ge­tyczne. Jakieś trzy tygo­dnie póź­niej poja­wiły się bar­dzo nie­przy­jemne kłu­jące dozna­nia w dol­nej czę­ści mied­nicy. Trwało to pół­tora dnia. Jesz­cze parę dni póź­niej zaczęło mnie boleć prawe bio­dro.

Przez trzy kolejne mie­siące ile­kroć stą­pa­łem prawą nogą, czu­łem ból w bio­drze. Bolało mnie też, kiedy wypy­cha­łem mied­nicę do tyłu, jak przy sek­sie. Ból wyda­wał się zlo­ka­li­zo­wany głę­boko w pra­wym pośladku i roz­prze­strze­niał się w górę, ku oko­licy lędź­wiowo-krzy­żo­wej. Z tru­dem prze­wra­ca­łem się w łóżku na drugi bok. Kiedy wsta­wa­łem rano, bałem się stąp­nąć prawą stopą. Przy cho­dze­niu nie­kiedy lekko uty­ka­łem. Roz­strój i ból były zawsze sil­niej­sze z rana, ale ćwi­cze­nia bio­ener­ge­tyczne przy­no­siły ulgę i mogłem poru­szać się w miarę swo­bod­nie. Na­dal uczęsz­cza­łem na kurs ćwi­czeń bio­ener­ge­tycz­nych, ale musia­łem zacho­wy­wać ostroż­ność przy cho­dze­niu. Kiedy ból się nasi­lał, zatrzy­my­wa­łem się. Bra­łem też masaże, ale mniej regu­lar­nie, bo aku­rat były waka­cje. Raz popro­si­łem masa­żystkę, żeby moc­niej potrak­to­wała prawy pośla­dek, ale rezul­tat oka­zał się kata­stro­falny - dwa dni póź­niej ból zna­cząco się nasi­lił. Sądzi­łem, że ten zabieg roz­luźni napięte mię­śnie, ale nie pomógł. Doświad­cze­nie to prze­ko­nało mnie jed­nak, że mię­śnie dna mied­nicy są w sta­nie skur­czu i potrze­bują dłuż­szego odpo­czynku. W rze­czy­wi­sto­ści pro­blem doty­czył całej pra­wej połowy mojego ciała. Napię­cie było wyczu­walne wszę­dzie, od rejonu nerek aż po stopę.

Nie posze­dłem z tym do leka­rzy, gdyż nie spo­dzie­wa­łem się, żeby zdo­łali roz­po­znać naturę moich dole­gli­wo­ści. Byłem w miarę sprawny, więc nie mia­łem ochoty odda­wać się w ich ręce. Bar­dzo nie lubię dzie­lić się z kimś innym odpo­wie­dzial­no­ścią za swoje ciało. Dopóki mogłem się poru­szać, ufa­łem, że ciało samo się wyle­czy. Nie prze­ra­żał mnie też ból, bo zda­wa­łem sobie sprawę, że jest to część pro­cesu zdro­wie­nia. Kiedy jed­nak nie nastę­po­wała zna­cząca poprawa, zgło­si­łem się kolejno do dwóch krę­ga­rzy. Bio­rąc pod uwagę dźwięk, który usły­sza­łem w chwili wypadku, przy­pusz­cza­łem, że doszło u mnie do nie­wiel­kiej dys­lo­ka­cji krę­gów. Pierw­szy z tych fachow­ców prze­pro­wa­dził kilka prób, które wyka­zały jego zda­niem, że mogę mieć prze­pu­klinę pomię­dzy krę­gami L4 i L5. Poło­żył mnie na stole zabie­go­wym i wyko­nał kilka ostroż­nych ruchów, ale wyda­wało się, że więk­szą ulgę przy­nosi mi ogrze­wa­nie bole­snego obszaru w pośladku. Po tej wizy­cie poczu­łem się nieco lepiej, ale następ­nego dnia ból powró­cił. Nie posze­dłem już do tego krę­ga­rza na kolejne zabiegi, cho­ciaż mówił, że są potrzebne. Według jego opi­nii cier­pia­łem na rwę kul­szową spo­wo­do­waną uci­skiem nerwu kul­szo­wego. Zga­dza­łem się z jego dia­gnozą, a ponie­waż dole­gli­wo­ści nie ustały, mie­siąc póź­niej posze­dłem do innego pole­ca­nego mi krę­ga­rza. Potwier­dził on dia­gnozę kolegi, ale jego zda­niem prze­su­nięty mia­łem dysk pomię­dzy L5 i S1. Pod­czas zabiegu pchnął prawą stronę mojej mied­nicy do tyłu, co wywo­łało lek­kie klik­nię­cie. Znowu poczu­łem się nieco lepiej. Rów­nież ten spe­cja­li­sta zale­cał dal­sze lecze­nie, ale nie zde­cy­do­wa­łem się na nie.

Kon­ty­nu­owa­łem ćwi­cze­nia i masaże i stop­niowo ból zaczął słab­nąć. W paź­dzier­niku byłem u dok­tora McIn­tyre'a. Powie­dział mi, że sły­szał od kilku orto­pe­dów, iż ucisk nerwu kul­szo­wego powo­du­jący ból w nodze wynika z przy­kur­czu mię­śnia poślad­ko­wego śred­niego, który ciśnie na nerw prze­cho­dzący przez otwór kul­szowy w mied­nicy. Wła­śnie w tym miej­scu czu­łem zawsze naj­sil­niej­szy ból. Dok­tor dodał, że zaleca się skłony do przodu z nogami pro­stymi w kola­nach, co roz­ciąga mię­śnie kul­szowo-gole­niowe. Przy­po­mi­nało to wyko­ny­wane przeze mnie ćwi­cze­nia bio­ener­ge­tyczne. Wycho­dziło na to, że potrzeba mi jedy­nie pchnię­cia mied­nicy do tyłu, by skurcz się roz­szedł. I to miały zała­twić skłony. Ale kiedy pew­nego dnia pod­czas seksu cof­ną­łem mied­nicę, poczu­łem, że coś odpu­ściło w miej­scu wcze­śniej naj­bar­dziej bole­snym. Od tego czasu nic mnie nie bolało, ani plecy, ani pośladki, ani nogi. Czu­łem się nawet bar­dziej roz­luź­niony w tych oko­li­cach, dzięki temu, że byłem zmu­szony poświę­cić im szcze­gólną uwagę.

Gdy prze­my­śla­łem sytu­ację, która wywo­łała u mnie rwę kul­szową, uświa­do­mi­łem sobie, że to nie był zwy­kły przy­pa­dek. Prze­cież dobrze wie­dzia­łem, jak powi­nie­nem postę­po­wać. Mia­łem świa­do­mość, że pod­no­sząc duży cię­żar lub szar­piąc coś w górę, powi­nie­nem mieć nogi ugięte w kola­nach. Nasu­wał się więc jedyny moż­liwy wnio­sek, że moje dzia­ła­nie było nie­świa­do­mie ukie­run­ko­wane na zro­bie­nie sobie krzywdy. Ale dla­czego? Cóż, pomimo całej bio­ener­ge­tycz­nej pracy z wła­snym cia­łem, w pew­nym sen­sie nie mia­łem kon­taktu z napię­ciem w dol­nej czę­ści moich ple­ców. Uraz przy­cią­gnął moją uwagę do tego obszaru i skło­nił mnie do bar­dziej inten­syw­nego zaję­cia się nim. Sta­łem się rów­nież bar­dziej świa­domy swo­jej skłon­no­ści do roz­wią­zań siło­wych. Jestem zde­cy­do­wa­nie pra­wo­ręczny i pra­wo­stronny. Ból w pra­wej nodze zmu­sił mnie do prze­no­sze­nia cię­żaru na lewą nogę, co pomo­gło w zacho­wy­wa­niu rów­no­wagi ciała i oso­bo­wo­ści. Nie każdy uraz przy­nosi takie korzystne kon­se­kwen­cje, nie­mniej jed­nak więk­szość ludzi słabo kon­taktuje się z wła­snym cia­łem i wła­sną oso­bo­wo­ścią. Ból ich prze­raża, więc uni­kają jakiej­kol­wiek zwią­za­nej z nim sytu­acji. Nie doce­niają faktu, że ból jest pozy­tywną reak­cją ciała na stres.

Kiedy ciało jest prze­cią­żone dzia­ła­niem stre­sora, jego pierw­szą reak­cją jest szok, któ­rego skład­ni­kiem jest odpływ ener­gii i krwi z powierzchni ciała - ze skóry, błon ślu­zo­wych i mię­śni prąż­ko­wa­nych. Szok ten może być zlo­ka­li­zo­wany, jak w wypadku drob­nych ska­le­czeń, ale naj­czę­ściej jest reak­cją uogól­nioną. Utrata ener­gii tłu­ma­czy, dla­czego włosy mogą posi­wieć pod wpły­wem wstrząsu. Ciem­nieją ponow­nie, kiedy ener­gia wraca do cebu­lek wło­so­wych. Ta sekwen­cja szoku (wyco­fa­nia ener­gii) i odbi­cia (powrotu ener­gii) jest moim zda­niem typowa dla wstęp­nej fazy wszyst­kich cho­rób. Naj­wy­raź­niej jest widoczna przy zwy­kłym prze­zię­bie­niu. U mnie zaczyna się ono czę­sto od bólu gar­dła (zapa­le­nia gór­nych dróg odde­cho­wych). Kładę się wtedy do łóżka i sta­ram się wypo­cić cho­robę. Zaży­wam aspi­rynę, piję gorącą her­batę i sta­ran­nie się okry­wam. Kiedy ból gar­dła ustę­puje, poja­wia się katar, który może potrwać kilka dni. Przez cały czas leje mi się z nosa.

Prze­zię­biam się zawsze za sprawą jed­nego z dwóch czyn­ni­ków. Pierw­szym jest prze­mę­cze­nie. Wystar­czy, że zmar­znę w chwili, gdy jestem zmę­czony, i od razu łapię prze­zię­bie­nie. Nie zda­rza się to, gdy jestem wypo­częty. Zmę­cze­nie ozna­cza obni­żoną zdol­ność opie­ra­nia się cho­ro­bie; moja ener­gia cza­sowo się wyczer­puje. Drugi czyn­nik to stres. Jego źró­dłem może być wychło­dze­nie fizyczne (prze­by­wa­nie w niskiej tem­pe­ra­tu­rze) lub emo­cjo­nalne, albo też spe­cjalny wysi­łek, taki jak wystą­pie­nie publiczne. Jaką rolę odgrywa w tym wirus? Sądzę, że jest on obecny w naszym ciele cały czas, od chwili gdy po raz pierw­szy zetknę­li­śmy się z nim w nie­mow­lęc­twie lub dzie­ciń­stwie. Zazwy­czaj nie jest aktywny. Mówimy wtedy, że ktoś ma wysoką odpor­ność.

Na ogół mija parę dni pomię­dzy wysta­wie­niem na dzia­ła­nie stre­sora a roz­wi­nię­ciem się cho­roby. Co się dzieje w tym cza­sie? Mówi się, że jest to okres inku­ba­cji. Myślę, że mogę podać lep­sze wyja­śnie­nie. Prze­zię­bie­nie zaczyna się w chło­dzie, a koń­czy w cie­ple. Chłód ozna­cza obni­że­nie tem­pe­ra­tury ciała. Orga­nizm może prze­ciw­sta­wić się temu za pomocą gorączki. Ja pró­buję pod­nieść tem­pe­ra­turę za pomocą środ­ków zewnętrz­nych. Ochło­dze­nie jest skut­kiem szoku, odpływu krwi i ener­gii z zewnętrz­nych powłok ciała, w tym także ślu­zówki gór­nych dróg odde­cho­wych. Komórki błony ślu­zo­wej kur­czą się i wychła­dzają. Gdy w ciele nastę­puje odbi­cie po szoku, krew i ener­gia napły­wają ponow­nie do ślu­zówki gar­dła, wywo­łu­jąc "eks­plo­zję" wychło­dzo­nych komó­rek. (Palący ból sil­nie prze­zię­bio­nego gar­dła przy­po­mina podobny ból odmro­żo­nych pal­ców, gdy zbyt szybko się je ogrzewa). Komórki roz­pa­dają się i zostają zastą­pione nowymi. Ich pozo­sta­ło­ści muszą być usu­nięte, two­rzą one ropną wydzie­linę z gar­dła. Śmierć i roz­pad wychło­dzo­nych komó­rek wiąże się z roz­prze­strze­nia­niem wirusa.

W świe­tle powyż­szego prze­zię­bie­nie ma dwa etapy. Przed wystą­pie­niem obja­wów tkanki są w sta­nie zamro­że­nia, a ciało prze­żywa szok. Potem nastę­puje odwilż, poja­wiają się objawy, z nosa zaczyna ciek­nąć. Przy­po­mina to wio­senne top­nie­nie zamar­z­nię­tego potoku. Zamro­że­nie i taja­nie odpo­wia­dają szo­kowi i odbi­ciu po szoku. Czy zauwa­ży­łeś, że po prze­zię­bie­niu czu­jesz się jak odno­wiony? Po czę­ści zawdzię­czamy to wymu­szo­nemu przez cho­robę odpo­czyn­kowi, ale ener­ge­tyczne odbi­cie po szoku rów­nież ma zna­cze­nie. Jeśli usu­wamy symp­tomy, ryzy­ku­jemy, że stan zmę­cze­nia się utrzyma i będziemy bar­dziej podatni na poważ­niej­sze scho­rze­nia.

Pospo­lite prze­zię­bie­nie wiele mówi bada­czowi cho­rób psy­cho­so­ma­tycz­nych. Po pierw­sze, wydaje się, że prze­zię­bie­nie i depre­sja w jakimś stop­niu wza­jem­nie się wyklu­czają. Ja łatwo się prze­zię­biam, ale rzadko bywam w depre­sji. Wspól­nym ele­men­tem obu tych reak­cji jest stan obni­żo­nej ener­gii (zmę­cze­nie, wyczer­pa­nie). Póź­niej odpo­wiem na pyta­nie, dla­czego u jed­nych osób skut­kuje to prze­zię­bie­niem, a u innych depre­sją. Kolej­nym god­nym uwagi aspek­tem prze­zię­bie­nia jest fakt, że rzadko dotyka ono cier­pią­cych na schi­zo­fre­nię. Kiedy taka osoba się prze­ziębi, jest to zwy­kle oznaka poprawy jej zdro­wia psy­chicz­nego.

Widoczna odpor­ność schi­zo­fre­nika na prze­zię­bie­nie tłu­ma­czy się tym, że pozo­staje on stale w szoku. Opi­sy­wa­łem wcze­śniej jego sytu­ację jako stan "zamro­że­nia". Z tego powodu nie reaguje on na zimno czy mróz tak jak inni ludzie. Ład­nie to ilu­struje przy­pa­dek mło­dej kobiety, która przy­szła do mojego gabi­netu przez zasy­pane śnie­giem ulice Nowego Jorku, mając na nogach tylko płó­cienne pan­to­fle. Obu­wie to było cał­kiem prze­mo­czone, a stopy pacjentki posi­niały z zimna. Ona jed­nak zupeł­nie tego nie czuła, gdyż nie miała kon­taktu z wła­snym cia­łem. Była zamro­żona. Tra­fiła do szpi­tala psy­chia­trycz­nego z roz­po­zna­niem schi­zo­fre­nii. Inna osoba na jej miej­scu skoń­czy­łaby w zwy­kłym szpi­talu z zapa­le­niem płuc. Kiedy schi­zo­fre­nik zaczyna wycho­dzić ze stanu ogól­nego zamro­że­nia, czyli rośnie jego wraż­li­wość, wtedy pod wpły­wem zmę­cze­nia i wychło­dze­nia może się prze­zię­bić.

Natura stresu

W poprzed­niej czę­ści wykładu mówi­łem o stre­sie w spo­sób ogólny. Jeśli mamy odnieść nasze bio­ener­ge­tyczne kon­cep­cje do rela­cji mię­dzy stre­sem a cho­robą, to rów­nież stres musimy zde­fi­nio­wać w kate­go­riach ener­ge­tycz­nych. Naj­pierw jed­nak przyj­rzyjmy się potocz­nemu jego rozu­mie­niu, które wywo­dzi się z mecha­niki. W fizyce stres ozna­cza oddzia­ły­wa­nie siły na ciało lub przed­miot, powo­du­jące jego ugię­cie lub defor­ma­cję2. Harold G. Wolfe, autor opu­bli­ko­wa­nej w 1953 r. książki Stress and Dise­ase (Stres a cho­roba), defi­niuje stres jako "inte­rak­cję pomię­dzy śro­do­wi­skiem zewnętrz­nym a orga­ni­zmem". W jej rezul­ta­cie w orga­ni­zmie poja­wia się napię­cie. "Jego wiel­kość - pisze dalej - i zdol­ność orga­ni­zmu do sta­wia­nia mu oporu decy­dują o tym, czy home­ostaza zosta­nie przy­wró­cona, czy też doj­dzie do zała­ma­nia i śmierci"3.

Według Wolfe'a rodzaj reak­cji orga­ni­zmu na stres zależy od jego wcze­śniej­szych doświad­czeń. U jed­nej osoby przy­tła­cza­jący stres może więc wywo­łać artre­tyzm, a u innej roz­wi­nie się owrzo­dze­nie okręż­nicy. Nieco inny pogląd wyra­żał Hans Seyle, który rów­nież badał reak­cję orga­ni­zmu na stres. Twier­dził on, że reak­cja ta nie jest spe­cy­ficzna, czyli że orga­nizm reaguje tak samo na każdy stre­sor, nie­za­leż­nie od jego natury. Reak­cja polega na nad­mier­nej akty­wi­za­cji kory nad­ner­czy, osła­bie­niu gra­sicy i węzłów lim­fa­tycz­nych oraz roz­woju wrzo­dów układu pokar­mo­wego. Nazy­wał to reak­cją alar­mową. Odpo­wied­nio do tego defi­nio­wał stres jako stan ciała "prze­ja­wia­jący się spe­cy­ficz­nym zespo­łem obej­mu­ją­cym wszyst­kie nie­spe­cy­ficzne wymu­szone zmiany w ukła­dzie bio­lo­gicz­nym"4. Nie uwa­żam, by te dwa punkty widze­nia były fun­da­men­tal­nie nie­zgodne. Sądzę, że reak­cja na stres bywa zarówno spe­cy­ficzna, jak i uogól­niona. Można sku­pić się na każ­dym z tych aspek­tów.

Przed­sta­wiony wyżej punkt widze­nia Seyle'a zakłada, że stres jest zja­wi­skiem nega­tyw­nym. Jest to jed­nak pogląd zbyt wąski, ponie­waż życie nie ist­nieje i nie może ist­nieć bez stre­sów. W 1974 r. w książce Stress without Distress (Stres bez roz­stroju)5 Seyle zmo­dy­fi­ko­wał swoje sta­no­wi­sko. Roz­róż­nia­jąc stres i roz­strój (ang. distress), utoż­sa­miał to dru­gie zja­wi­sko z pato­lo­gią. Stres bez roz­stroju - stwier­dzał - nie wyrzą­dza szkody orga­ni­zmowi i może być nawet wyko­rzy­stany kon­struk­tyw­nie. Więk­szość z nas przy­sta­łaby na to roz­róż­nie­nie. Akcep­tu­jemy wiele stre­su­ją­cych sytu­acji, gdyż są eks­cy­tu­jące i sta­no­wią wyzwa­nie. Sta­wie­nie im czoła czę­sto daje nam głę­boką satys­fak­cję. Na przy­kład ktoś może uwa­żać, że pły­wa­nie łodzią żaglową przy burz­li­wej pogo­dzie, cho­ciaż pełne stresu, jest wspa­nia­łym prze­ży­ciem i sprzyja dobremu samo­po­czu­ciu. Ktoś inny jed­nak może być tym prze­ra­żony i czuć, że takie doświad­cze­nie go prze­ra­sta. Jeśli radzimy sobie ze stre­su­jącą sytu­acją w miarę łatwo, to natu­ral­nie efekt jest pozy­tywny. W prze­ciw­nym razie jest to doświad­cze­nie trau­ma­tyczne, pro­wa­dzące do roz­stroju. Uwzględ­nia­jąc to roz­róż­nie­nie, Seyle zmo­dy­fi­ko­wał swoją wcze­śniej­szą defi­ni­cję stresu i przy­jął, że jest to "nie­spe­cy­ficzna reak­cja ciała na jakie­kol­wiek sta­wiane mu wyma­ga­nia"6.

Ta nie­spe­cy­ficzna reak­cja to nic innego niż wydat­ko­wa­nie przez orga­nizm ener­gii w odpo­wie­dzi na wyma­ga­nia zewnętrzne. Natu­ralne siły śro­do­wi­ska, takie jak cią­że­nie ziem­skie czy zmiany pogody, stale wyma­gają od orga­nizmu zuży­wa­nia ener­gii. Jest ona nie­zbędna nawet dla zwy­kłego pod­trzy­my­wa­nia funk­cji życio­wych. Ener­gii potrzeba, by serce pom­po­wało krew, mię­śnie się napi­nały, nerki wyda­lały szko­dliwe sub­stan­cje itp. Jak zauwa­żył Albert Szent-Gyor­gyi, maszy­ne­ria życia wymaga zasi­la­nia. W pew­nym sen­sie jeste­śmy więc przez cały czas pod­da­wani stre­sowi. Żywe ciało potrafi jed­nak radzić sobie z tymi i innymi stre­sami, ponie­waż za sprawą pro­ce­sów meta­bo­licz­nych stale pro­du­kuje ener­gię. W isto­cie do czasu osią­gnię­cia sta­ro­ści orga­nizmy wytwa­rzają nawet nad­miar ener­gii, wyko­rzy­sty­wany do wzro­stu, repro­duk­cji oraz gro­ma­dze­nia zapa­sów. Dopóki ciało ma dość ener­gii, by speł­niać sta­wiane mu wyma­ga­nia, dopóty jest wolne od roz­stroju. Docho­dzi do niego, kiedy sytu­acja wymaga wydat­ko­wa­nia więk­szej ener­gii, niż jest aku­rat dostępna. Z tego samego powodu zewnętrzna siła zabu­rza­jąca zdol­ność ciała do wytwa­rza­nia ener­gii może stać się przy­czyną roz­stroju. Tak więc na przy­kład poważne utrud­nie­nie oddy­cha­nia natych­miast wywo­łuje wra­że­nie roz­stroju.

Wiel­kim wkła­dem Seyle'a w nasze zro­zu­mie­nie stresu było sfor­mu­ło­wa­nie poję­cia ogól­nego zespołu adap­ta­cyj­nego (gene­ral adap­ta­tion syn­drome, GAS). W licz­nych eks­pe­ry­men­tach wyka­zał on, że orga­nizm wysta­wiony na przy­tła­cza­jący stres reaguje - jak to już było powie­dziane - nadak­tyw­no­ścią kory nad­ner­czy, osła­bie­niem gra­sicy i węzłów lim­fa­tycz­nych oraz roz­wo­jem wrzo­dów układu pokar­mo­wego. Tę pierw­szą reak­cję nazwał alar­mową. Jeśli stres się prze­dłuża, orga­nizm zaczyna mu się prze­ciw­sta­wiać. Reak­cja alar­mowa zanika. Adap­ta­cja do stre­su­ją­cej sytu­acji może się wyda­wać wła­ściwa. Tę drugą reak­cję Seyle nazwał fazą oporu. Jeśli jed­nak sytu­acja pozo­staje bez zmian, opór orga­nizmu może się zała­mać. Po wyczer­pa­niu rezerw ener­gii, zwa­nej przez Seyle'a "adap­ta­cyjną", nastę­puje śmierć. Ta trze­cia faza GAS to faza wyczer­pa­nia. Seyle wyka­zał, że każdy rodzaj stresu (przy­tła­cza­ją­cego), nie­za­leż­nie od natury stre­sora, wywo­łuje tę samą sekwen­cję wyda­rzeń. Kiedy na przy­kład zwie­rzę labo­ra­to­ryjne zosta­nie umiesz­czone w bar­dzo zim­nym pomiesz­cze­niu, obser­wuje się u niego reak­cję alar­mową. Jeśli potrwa to dłu­żej, nastę­puje adap­ta­cja i zwie­rzę wydaje się zno­sić zimno bez szkody dla zdro­wia. Jego tole­ran­cja jest jed­nak ogra­ni­czona. Z cza­sem zdol­ność do oporu słab­nie i docho­dzi do zgonu.

GAS jest pro­ce­sem ener­ge­tycz­nym. Jeśli jed­nak mamy ująć go w kate­go­riach ener­ge­tycz­nych, musimy spre­cy­zo­wać sekwen­cję zda­rzeń towa­rzy­szą­cych w pierw­szych chwi­lach stre­sowi lub trau­mie. Zja­wi­ska te sta­no­wią zagro­że­nie dla inte­gral­no­ści orga­ni­zmu, który reaguje na nie szo­kiem. Przy­czyną szoku jest odpływ ener­gii i krwi z zewnętrz­nych powłok ciała lub tylko z zagro­żo­nego bądź zaata­ko­wa­nego obszaru. Bez kon­cep­cji szoku trudno byłoby zro­zu­mieć nad­mierną na pozór reak­cję ciała na pewne dość nie­winne bodźce, takie jak kon­takt z aler­ge­nami lub roz­mowa o pro­ble­mach emo­cjo­nal­nych. Jeśli trauma jest bar­dzo poważna, szok może być nawet śmier­telny. W innym razie nastę­puje odbi­cie z szoku i ciało podej­muje wysi­łek na rzecz zmiany stre­su­ją­cej sytu­acji lub odzy­ska­nia nad nią kon­troli. Fizjo­lo­giczną odpo­wie­dzią na szok jest reak­cja alar­mowa. Ciało mobi­li­zuje ener­gię, żeby prze­ciw­sta­wić się zagro­że­niu. Ener­gia i krew napły­wają ponow­nie do obszaru, w któ­rym doszło do traumy, powo­du­jąc stan zapalny i ból. Rów­nież gorączka jest prze­ja­wem mobi­li­za­cji ener­gii.

Jeśli sytu­acji będą­cej źró­dłem roz­stroju nie uda się zli­kwi­do­wać ani opa­no­wać, orga­nizm adap­tuje się do niej, zuży­wa­jąc zapasy ener­gii. W ten spo­sób znika dozna­nie roz­stroju, ale ciało pozo­staje pod wpły­wem stresu i jeśli nawet nie osu­nie się w cho­robę, to w każ­dym razie nie jest roz­luź­nione. Ponie­waż rezer­wowa ener­gia służy do pod­trzy­my­wa­nia adap­ta­cji, dodat­kowy szok może spo­wo­do­wać cho­robę. Bądź co bądź, moż­li­wo­ści oporu są ogra­ni­czone. Gdy skoń­czą się zapasy ener­gii, nastę­puje faza wyczer­pa­nia, która czę­sto pro­wa­dzi do cho­roby ter­mi­nal­nej.

W mojej wcze­śniej­szej pracy, Bio­ener­ge­tyce, wska­zy­wa­łem, że główną funk­cją gru­czo­łów nad­ner­cza jest mobi­li­za­cja rezerw ener­gii w celu prze­ciw­sta­wie­nia się stre­sowi czy roz­stro­jowi. Adre­na­lina wydzie­lana przez wewnętrzną część gru­czołu przy­nosi natych­mia­stowy efekt. Kor­ty­ko­ste­ro­idy z kory nad­ner­czy dzia­łają wol­niej, ale dłu­żej.

W niniej­szym wykła­dzie zaj­muję się przede wszyst­kim stre­sem emo­cjo­nal­nym oraz jego wpły­wem na roz­strój i na roz­wój cho­roby. W natu­ralny spo­sób nasuwa się pyta­nie: czym różni się stres emo­cjo­nalny od fizycz­nego? Jego oddzia­ły­wa­nie na ciało jest podobne, gdyż także stwa­rza warunki wyma­ga­jące roz­dy­spo­no­wa­nia dodat­ko­wej ener­gii. Pewną róż­nicę widzę w tym, że wiel­kość kon­kret­nego stresu emo­cjo­nal­nego jest nie­mie­rzalna. Prze­pro­wa­dzono jed­nak bada­nia nad związ­kiem wyda­rzeń życio­wych z cho­ro­bami, z któ­rych wynika, że pewne fakty są sil­niej­szymi stre­so­rami niż inne i z więk­szym praw­do­po­do­bień­stwem pro­wa­dzą do scho­rzeń fizycz­nych. Mam tu na myśli prace Tho­masa H. Hol­mesa zre­fe­ro­wane w książce Psy­cho­so­ma­tics7. Na pod­sta­wie tych badań stwo­rzono tabelę zmian życio­wych upo­rząd­ko­waną według ich donio­sło­ści. Obej­muje ona 43 zda­rze­nia, od śmierci współ­mał­żonka, któ­rej przy­pi­sano war­tość 100, poprzez utratę pracy (42), po święta Bożego Naro­dze­nia (12) i otrzy­ma­nie man­datu (11). Autor twier­dzi, że "odno­to­wano kore­la­cję pomię­dzy pew­nymi cho­ro­bami a naj­wy­żej punk­to­wa­nymi zda­rze­niami". A ponadto, "jeśli ktoś w ciągu roku nazbiera ponad 300 punk­tów zmian życio­wych i w bli­skiej przy­szło­ści zacho­ruje, to z więk­szym praw­do­po­do­bień­stwem cho­robą tą będzie cukrzyca, schi­zo­fre­nia, zawał serca lub rak niż migrena, mono­nu­kle­oza, stan lękowy czy astma"8. Zmiany w życiu mogą być sil­nie stre­su­jące nie tylko z powodu emo­cji, jakie wywo­łują, lecz także i głów­nie dla­tego, że upo­ra­nie się z nimi wymaga wydat­ko­wa­nia zwięk­szo­nej ilo­ści ener­gii.

Hol­mes odkrył, że stres zwią­zany z sytu­acjami życio­wymi ma bli­ski zwią­zek z cho­robą. Dla przy­kładu, kiedy czło­wieka cier­pią­cego na katar sienny wpro­wa­dzono do pomiesz­cze­nia nasy­co­nego pył­kami kwia­to­wymi, poja­wiły się u niego łagodne objawy kataru. Po dwu­dzie­stu minu­tach popro­szono go, żeby opo­wie­dział o swo­jej sytu­acji domo­wej, i oka­zało się, że jest pełna kon­flik­tów. Jego katar zna­cząco się wtedy nasi­lił. W innym wypadku ból głowy wzmógł się u pacjenta pod­czas roz­mowy na draż­liwe tematy. Hol­mes podaje: "Kiedy roz­po­czę­li­śmy wywiad, zaob­ser­wo­wa­li­śmy wzrost napię­cia mię­śnio­wego ujaw­niony na mio­gra­mie, a wkrótce potem wystą­pił ból głowy. Kiedy prze­szli­śmy w roz­mo­wie na tematy neu­tralne, napię­cie mię­śni osła­bło, a ból znik­nął9.

Bada­nia te wpraw­dzie wia­ry­god­nie wyka­zały bez­po­średni zwią­zek stresu emo­cjo­nal­nego z cho­robą, ale pozo­sta­wiły bez odpo­wie­dzi kilka bar­dzo waż­nych pytań. Donio­słość zmian życio­wych nie jest jedy­nym czyn­ni­kiem mają­cym zna­cze­nie. Nawet spo­śród osób prze­ży­wa­ją­cych naj­po­waż­niej­sze zmiany roz­cho­ro­wało się tylko 80 pro­cent. Ale nie­do­ma­gań fizycz­nych doznało 30 pro­cent osób o nisko punk­to­wa­nych zmia­nach życio­wych. Pierw­sze z pytań brzmi: dla­czego nie­któ­rzy ludzie cho­rują, pod­czas gdy inni w tej samej sytu­acji zacho­wują zdro­wie? Oczy­wi­sta odpo­wiedź brzmi, że ci dru­dzy mają więk­szą zdol­ność radze­nia sobie ze zda­rze­niami, które u innych wywo­łują roz­strój. Mówiąc ogól­nie, róż­nica musi leżeć w ilo­ści dostęp­nej ener­gii. Dru­gie pyta­nie doty­czy rodzaju nie­do­ma­gań, które roz­wi­jają się u ludzi pod wpły­wem stresu emo­cjo­nal­nego. U osoby z bólem głowy nie wystą­piły objawy kataru sien­nego. Jak zauwa­żył Hol­mes, "postawa pacjenta z bólem głowy wobec jego sytu­acji życio­wej była zupeł­nie inna niż tego, który się roz­pła­kał; chciał się od niej uwol­nić, (...) ale nie potra­fił nic przed­się­wziąć; pozo­sta­wał bez ruchu, mimo że jego mię­śnie szkie­le­towe były gotowe do akcji"10. Sądzę, że nie­zdol­ność do pła­czu czy szlo­chu pre­dys­po­nuje czło­wieka do kło­po­tów z zato­kami i kataru sien­nego. Ogól­niej, pre­dys­po­zy­cja do pew­nych cho­rób wynika z nasta­wie­nia pacjenta czy też tego, co nazy­wamy struk­turą cha­rak­teru.

Aby zro­zu­mieć, w jaki spo­sób struk­tura cha­rak­teru zwięk­sza życiowy stres, musimy postrze­gać stres jako "siłę, która ogra­ni­cza albo napę­dza". Ter­min ten wywo­dzi się z łaciń­skiego słowa stric­tus ozna­cza­ją­cego ogra­ni­cze­nie. Z ogra­ni­cze­niami jeste­śmy za pan brat w bio­ener­ge­tyce. Każde prze­wle­kłe napię­cie mię­śniowe sta­nowi dla orga­ni­zmu ogra­ni­cze­nie. Może ono defor­mo­wać ciało, a co za tym idzie, sta­nowić źró­dło stresu. Roz­wój takich napięć jest funk­cją for­mo­wa­nia się super­ego i sta­nowi soma­tyczny odpo­wied­nik uwew­nętrz­nio­nych naka­zów i zale­ceń rodzi­ców. Tak więc zasada: "Nie pod­noś ręki na swo­jego ojca" może utrwa­lić się w ciele jako chro­niczne napię­cie mię­śni ramie­nia, co sku­tecz­nie unie­moż­li­wia pacjen­towi pełne unie­sie­nie ręki. Takie zako­rze­nione w super­ego nakazy i zakazy są czę­ścią wycho­wa­nia każ­dego dziecka. Przy­swaja je sobie do tego stop­nia, że stają się czę­ścią jego cha­rak­teru. "Nie płacz", "Nie pod­noś głosu", "Nie baw się swoim cia­łem", "Trzy­maj ręce przy sobie", "Wcią­gaj brzuch" - to wszystko powszech­nie kie­ro­wane do dzieci żąda­nia, któ­rych speł­nie­nie wymaga dodat­ko­wej ener­gii, więc jest źró­dłem stresu. Ener­gia jest wydat­ko­wana na sku­tek akcji mię­śni, nie­zbęd­nej do zablo­ko­wa­nia jakie­goś impulsu (siła ogra­ni­cza­jąca) albo przy­ję­cia wła­ści­wej postawy (siła napę­dza­jąca).

Trzeba jed­nak zauwa­żyć, że neu­ro­tyczna struk­tura cha­rak­teru nie kształ­tuje się pod wpły­wem wyma­gań rodzi­ców, chyba że wyma­ga­niom tym towa­rzy­szy groźba kary, wyra­żona wprost lub doro­zu­miana. W więk­szo­ści wypad­ków kara, czy to wymie­rzana fizycz­nie, czy w postaci odmowy miło­ści i bli­sko­ści, wystar­cza, by dziecko postrze­gało groźbę jako realną. Ale za karą lub jej groźbą kryje się wro­gość rodzi­ców, która każe dziecku oba­wiać się o prze­ży­cie, jeśli nie zasto­suje się do ich żądań. Zazwy­czaj rodzic nie zdaje sobie sprawy z tej wro­go­ści, gdyż racjo­na­li­zuje swoje zacho­wa­nie. Ale dla dziecka jest ona naj­bar­dziej stre­su­ją­cym ele­men­tem sytu­acji. Wro­gość może być wyra­żana spoj­rze­niem, chłod­nym spo­so­bem bycia albo agre­sją fizyczną. Dziecko doznaje lęku, nawet prze­ra­że­nia. Doświad­cze­nie lęku w rela­cji z rodzi­cami jest dla jego orga­ni­zmu szo­kiem. Prze­ra­że­nie to w isto­cie stan szoku. Dodam jesz­cze, że jest nim rów­nież pod­świa­domy lęk przed kastra­cją zwią­zany z sytu­acją edy­palną.

Zja­wi­sko szoku wska­zuje na obec­ność przy­tła­cza­ją­cego stresu, traumy wpra­wia­ją­cej ciało w stan roz­stroju. Odpo­wie­dzią ciała jest reak­cja alar­mowa w ramach GAS. Ale stre­su­jąca sytu­acja nie ulega zmia­nie, więc dziecko jest zmu­szone do adap­ta­cji w for­mie super­ego. Wska­zuje to, że znaj­duje się obec­nie w fazie oporu i nie doświad­cza już roz­stroju. Ale nie zna­czy to, że stres został wyeli­mi­no­wany. Dziecko radzi sobie z tym poło­że­niem siłą woli, wyko­rzy­stu­jąc rezerwy ener­gii swo­jego orga­ni­zmu. Stres trwa w postaci chro­nicz­nego napię­cia mię­śni defor­mu­ją­cego ciało.

Napię­cie mię­śni nie dopusz­cza nie­do­zwo­lo­nych, nie­bez­piecz­nych impul­sów do świa­do­mo­ści i nie pozwala im się mani­fe­sto­wać. Są zablo­ko­wane, więc nie trzeba świa­do­mie tra­cić ener­gii na ich zwal­cza­nie. Przy­po­mina to sytu­ację groź­nego prze­stępcy, któ­rego nie trzeba już tak pie­czo­ło­wi­cie pil­no­wać, kiedy znaj­dzie się w zamknię­tej celi. Ale nie ma takiego wię­zie­nia, z któ­rego ucieczka byłaby zupeł­nie nie­moż­liwa. I podob­nie żadne super­ego, nawet naj­moc­niej­sze, nie wyklu­cza cał­ko­wi­cie moż­li­wo­ści, że tłu­miony impuls wyrwie się na powierzch­nię. Impuls ten jest mani­fe­sta­cją siły życio­wej, stale zatem szuka ujścia. Jaka­kol­wiek szcze­lina w struk­tu­rze obron­nej, powstała pod wpły­wem dodat­ko­wego stresu lub innej siły zewnętrz­nej, może stwo­rzyć oka­zję do jego uwol­nie­nia. Ta ewen­tu­al­ność jest wystar­cza­jąco praw­do­po­dobna, by obu­dzić pier­wotny lęk i ponow­nie wpra­wić ciało w roz­strój. Wła­śnie dla­tego oma­wia­nie kon­flik­tów emo­cjo­nal­nych jest dla wielu osób tak sil­nie stre­su­jące. Jeśli tego rodzaju szok powta­rza się czę­sto i jest dosta­tecz­nie inten­sywny, to zakłóca adap­ta­cję, pod­ko­puje siły obronne orga­ni­zmu i czyni jed­nostkę bez­bronną wobec cho­roby.

Bez­po­śred­nim skut­kiem tłu­mie­nia impul­sów jest ogra­ni­cze­nie moż­li­wo­ści życio­wych jed­nostki. Chro­niczne napię­cie mię­śniowe przy­po­mina kaftan bez­pie­czeń­stwa, który utrud­nia oddy­cha­nie i blo­kuje ener­gię. Jed­no­cze­śnie czło­wiek pozo­staje pod kul­tu­rową pre­sją, żąda­jącą osią­ga­nia celów zapew­nia­ją­cych mu miłość, któ­rej potrze­buje. Nie tylko więc jego ener­gia jest ogra­ni­czona, lecz ponadto sta­wia się mu wyma­ga­nia, które może speł­nić, tylko wydat­ku­jąc dodat­kową ener­gię. Więk­szość ludzi prze­żywa w tej sytu­acji wyjąt­kowo silny stres. To za jego sprawą skarżą się na zmę­cze­nie i brak sił. Prze­waż­nie mimo to potra­fią wysił­kiem woli na­dal funk­cjo­no­wać. W rezul­ta­cie, jak to poka­zał Seyle, faza oporu nie­uchron­nie prze­cho­dzi w fazę wyczer­pa­nia. Osoba wyzbywa się rezerw ener­gii i nie może posu­wać się dalej. Zaczyna cho­ro­wać. Cho­roba może być łagodna lub poważna. Może to być zwy­kłe prze­zię­bie­nie lub jakie­kol­wiek inne scho­rze­nie psy­cho­so­ma­tyczne w rodzaju artre­ty­zmu, zabu­rzeń żołąd­ko­wych, nad­ci­śnie­nia krwi, zabu­rzeń krą­że­nia, raka, liszaja, migreny itp. Jeśli jed­nak ktoś ma pre­dys­po­zy­cje do scho­rzeń psy­chicz­nych, może wpaść w ciężką depre­sję albo prze­żyć epi­zod psy­cho­tyczny. Cho­roba na ogół wyrywa czło­wieka z pier­wot­nej sytu­acji stresu, więc stwa­rza mu warunki do odzy­ska­nia sił i odbu­do­wa­nia zaso­bów ener­gii. Oczy­wi­ście zara­zem poja­wia się nowe źró­dło stresu w postaci pro­cesu cho­ro­bo­wego. W następ­nej czę­ści wykładu omó­wię pewne aspekty rela­cji mię­dzy tymi cho­ro­bami a struk­turą cha­rak­teru pacjenta i rodza­jem stresu.

Cho­roby psy­cho­so­ma­tyczne

W tej czę­ści przed­sta­wię moje kon­cep­cje doty­czące pew­nych cho­rób, które - jak sądzę - powstają głów­nie za sprawą stresu. Są to cho­roby psy­cho­so­ma­tyczne, które nazwano w ten spo­sób, ponie­waż nie da się wska­zać odpo­wie­dzial­nego za nie poje­dyn­czego czyn­nika etio­lo­gicz­nego. W gene­zie tych scho­rzeń czyn­niki emo­cjo­nalne odgry­wają ważną rolę. W szer­szym rozu­mie­niu psy­cho­so­ma­tyczne są jed­nak wszel­kie cho­roby, gdyż postawa pacjenta i jego emo­cje wpły­wają zarówno na samo ich wystą­pie­nie, jak i na prze­bieg. Weźmy na przy­kład gruź­licę, któ­rej etio­lo­gia jest znana: Hol­mes odkrył, że "ludzie, któ­rzy na nią zapa­dli, w ciągu dwóch lat przed ujaw­nie­niem się cho­roby prze­żyli bar­dzo zna­czącą liczbę życio­wych zmian"11.

Emo­cjo­nalne i oso­bo­wo­ściowe czyn­niki cho­roby inten­syw­nie badano. Przez wiele lat kla­syczną pracą była Psy­cho­so­ma­tic Medi­cine Weissa i Engli­sha. Cie­kawe, że Spur­geon English prze­cho­dził psy­cho­ana­lizę u Wil­helma Reicha. Inna ważna książka z tej dzie­dziny to Mind and Body (Umysł i ciało) autor­stwa Flan­ders Dun­bar, redak­torki naczel­nej pisma "Jour­nal of Psy­cho­so­ma­tic Medi­cine". Była ona mał­żonką The­odore'a P. Wolfe'a, który spro­wa­dził do Sta­nów Zjed­no­czo­nych Reicha i prze­ło­żył na angiel­ski kilka jego ksią­żek. Bogac­two publi­ko­wa­nych mate­ria­łów na temat psy­cho­so­ma­tycz­nych czyn­ni­ków cho­roby jest prze­ogromne. Nie zamie­rzam tu doko­ny­wać prze­glądu całej tej lite­ra­tury. Chciał­bym jedy­nie zapro­po­no­wać kilka świe­żych wglą­dów w istotę tych cho­rób, opie­ra­jąc się na zro­zu­mie­niu pro­cesu ener­ge­tycz­nego zwią­za­nego ze sto­ją­cym za nimi sta­nem stresu. Jest, jak sądzę, sprawą powszech­nie znaną, że Reich był moim nauczy­cie­lem i ana­li­ty­kiem.

Kiedy w latach 1947-1951 stu­dio­wa­łem medy­cynę, zain­te­re­so­wa­łem się gruź­licą, ponie­waż czu­łem, że w tej cho­ro­bie obecny jest czyn­nik emo­cjo­nalny. Źró­dłem tego zain­te­re­so­wa­nia były rów­nież moje kon­takty z Wil­hel­mem Reichem i doświad­cze­nia w roli tera­peuty Reichow­skiego zebrane w ciągu dwóch lat przed wstą­pie­niem na stu­dia medyczne. W XIX wieku gruź­lica wystę­po­wała powszech­nie. Jej echa znaj­du­jemy w lite­ra­tu­rze pięk­nej z epoki. Cza­ro­dziej­ska góra Toma­sza Manna jest naj­bar­dziej znaną, ale nie jedyną powie­ścią uka­zu­jącą życie w sana­to­rium prze­ciw­gruź­li­czym. Dla naszych celów istot­niej­szy jest jed­nak obraz cier­pią­cej na gruź­licę boha­terki powie­ści Dama kame­liowa, która posłu­żyła za pod­stawę opery Tra­viata. W moim odczu­ciu jej roman­tyczne marze­nia mają zwią­zek z cho­robą. Widzę w niej osobę zże­raną przez nie­moż­liwą do speł­nie­nia tęsk­notę12. Podobny roman­tyczny wątek znaj­du­jemy w muzyce Cho­pina, który rów­nież cho­ro­wał na gruź­licę.

Dla­czego roman­tyczna tęsk­nota mia­łaby wią­zać się z cho­robą płuc, jaką jest gruź­lica? Tęsk­notę albo pra­gnie­nie bli­sko­ści doświad­czamy jako przy­pływ pobu­dze­nia w przed­niej czę­ści ciała, obej­mu­jący usta, wargi i ramiona. Jest to uczu­cie, które każe małemu dziecku przy­tu­lać się do matki i szu­kać u niej pokarmu. Speł­nie­nie tego pra­gnie­nia daje dziecku poczu­cie szczę­ścia; jeśli jed­nak jego oralne potrzeby nie są zaspo­ka­jane, uczu­cie tęsk­noty utrzy­muje się także w doro­sło­ści pod posta­cią bólu w piersi i gar­dle. W XIX wieku, kiedy kar­mie­nie pier­sią sta­no­wiło normę, dzie­ciom nie­obce było to szczę­ście. Jeśli jed­nak odsta­wiano je od piersi zbyt wcze­śnie, poszu­ki­wa­nie oral­nego speł­nie­nia, toż­sa­mego ze szczę­ściem, prze­kształ­cało się w pogoń za roman­tyczną miło­ścią, która potrzeb oral­nych zaspo­koić nie mogła. Osoba doro­sła mogła doznać speł­nie­nia jedy­nie na reali­stycz­nej dro­dze seksu i orga­zmu, a nie roman­tycz­nej miło­ści. U roman­tycz­nie nastro­jo­nej jed­nostki, co gor­sza zaha­mo­wa­nej sek­su­al­nie, nie­speł­niona oralna tęsk­nota gnieź­dziła się w piersi, wywo­łu­jąc napię­cie i stres w płu­cach. Ten stres pre­dys­po­no­wał ją do zacho­ro­wa­nia na gruź­licę.

Emo­cjo­nalny stres nie­za­spo­ko­jo­nego pra­gnie­nia oral­nego nie jest oczy­wi­ście jedy­nym czyn­ni­kiem spraw­czym tej cho­roby. Czło­wiek musi wejść w kon­takt z zaraz­kami. Od dawna jed­nak dostrze­gano, że nie każdy, kto się z nimi zetknie, na pewno zacho­ruje. Musimy więc przyj­rzeć się innym czyn­ni­kom. Cięż­kie warunki życiowe, cia­snota, marne odży­wia­nie, brak świe­żego powie­trza i ruchu, cią­głe zmę­cze­nie - wszystko to odbie­rało jed­no­stce ener­gię i zdol­ność do sta­wia­nia czoła infek­cji. Jed­nak to postawa cha­rak­te­ro­lo­giczna jest czyn­ni­kiem w ogrom­nym stop­niu deter­mi­nu­ją­cym, na jaką cho­robę zapad­nie osoba, kiedy życiowy stres sta­nie się dla niej nie do znie­sie­nia.

Jeśli gruź­lica stała się typową cho­robą XIX wieku przy­naj­mniej po czę­ści z uwagi na roman­tyczny kli­mat tego stu­le­cia, to jaka cho­roba wiąże sie z posta­wami cha­rak­te­ry­stycz­nymi dla wieku XX? Kiedy po opi­sa­niu związku gruź­licy z dzie­więt­na­sto­wiecz­nym roman­ty­zmem zada­łem moim przy­ja­cio­łom to pyta­nie, bez namy­słu odpo­wie­dzieli, że jest to rak. Myśla­łem podob­nie. Zna­czy to, że ist­nieje pewna postawa emo­cjo­nalna pozo­sta­jąca w takiej samej rela­cji z nowo­two­rem, jak roman­tyczna tęsk­nota z gruź­licą. Musi też ona być typowa dla dru­giej połowy XX stu­le­cia. Jest nią roz­pacz. Myśl, że ist­nieje zwią­zek mię­dzy cho­robą a kul­turą, wyra­ził Henry E. Sige­rist. Powiada on: "W każ­dej epoce wysu­wają się na czoło pewne cho­roby (...) cha­rak­te­ry­styczne dla tej epoki i zanu­rzone w całej jej struk­tu­rze"13.

Należy stwier­dzić, że na ten sam pomysł wpadł Wil­helm Reich. Suge­ro­wał on, że rak roz­wija się na grun­cie emo­cjo­nal­nej rezy­gna­cji. Opi­sy­wał pro­ces nowo­two­rowy jako zanik ener­gii cie­le­snej, a komórki rakowe jako pro­dukt dez­in­te­gra­cji zdro­wych tka­nek. Kto chciałby zro­zu­mieć ten pro­ces głę­biej, niż na to stać tra­dy­cyjną medy­cynę, powi­nien prze­czy­tać książkę Reicha The Car­ci­no­ma­tous Shrin­king Bio­pa­thy. Jed­nak roz­pacz nie jest tym samym co emo­cjo­nalna rezy­gna­cja, ponie­waż roz­pacz nie może ist­nieć bez nadziei. Dopiero kiedy tra­cimy resztkę nadziei, roz­pacz zamie­nia się w rezy­gna­cję, co ozna­cza kapi­tu­la­cję przed śmier­cią. U onko­lo­gicz­nego pacjenta te nasta­wie­nia emo­cjo­nalne nie są świa­dome. To cha­rak­te­ry­styczne, że neguje on zarówno swoją roz­pacz, jak i póź­niej­szą rezy­gna­cję.

Zaprze­cza­nie roz­pa­czy stwa­rza dla orga­ni­zmu stre­su­jącą sytu­ację, która stop­niowo wyczer­puje jego rezerwy ener­gii. Staje się to jasne, kiedy uświa­do­mimy sobie, że owa nega­cja kryje się za pozor­nie celową aktyw­no­ścią ubraną w kostium opty­mi­zmu. Fał­szywy opty­mizm to obrona przed kry­jącą się pod spodem roz­pa­czą, nie­po­zwa­la­jąca jej mani­fe­sto­wać się przez płacz i szlo­cha­nie. Aktyw­ność pro­wa­dzi doni­kąd, ponie­waż jest nie­świa­do­mie podej­mo­wana jedy­nie w celu nego­wa­nia roz­pa­czy. Pochła­nia zna­czącą ilość ener­gii i siły woli, by utrzy­mać ciało w ruchu pomimo inten­syw­nego pra­gnie­nia, żeby się pod­dać i zre­zy­gno­wać z wszel­kich wysił­ków. Kiedy ener­gia się wyczer­pie, orga­nizm stop­niowo rezy­gnuje z życia i pod­daje się śmierci. Na pozio­mie świa­do­mo­ści każdy wysi­łek jest podej­mo­wany, by wzmac­niać fasa­dowy opty­mizm i trzy­mać się w gar­ści. Wyda­wa­łoby się sprzecz­no­ścią, że ktoś odda­jący się roz­pa­czy jed­no­cze­śnie znaj­duje w życiu radość, ale tak jest naprawdę, wyja­śniam to w swo­jej nowej książce The Fear of Life (Lęk przed życiem). Roz­pacz ma korze­nie w doświad­cze­niach dzie­ciń­stwa i odzwier­cie­dla bez­owoc­ność prób zdo­by­cia miło­ści rodzi­ców. Jako doro­śli jeste­śmy rów­nie bez­radni w poszu­ki­wa­niu miło­ści, ale bar­dziej pra­gniemy kochać, niż być kocha­nym. Chcemy także kochać samych sie­bie. W tym wypadku nie jeste­śmy bez­silni i nie mamy real­nego powodu do roz­pa­czy.

Teza, iż roz­pacz jest typo­wym nasta­wie­niem dru­giej połowy XX wieku, wymaga uza­sad­nie­nia. Roz­pacz wiążę z bra­kiem miło­ści w życiu. Nie miło­ści w zna­cze­niu ducho­wym, lecz miło­ści dają­cej cie­le­sną radość i dobre samo­po­czu­cie. Ile rado­ści jest w naszym świe­cie? Jeste­śmy tak obse­syj­nie zaab­sor­bo­wani wła­dzą, pro­duk­tyw­no­ścią i spraw­no­ścią, że umy­kają nam drobne życiowe przy­jem­no­ści. Mamy silną moty­wa­cję, mówiąc języ­kiem rekla­mo­wych slo­ga­nów. Albo, w innym uję­ciu, jeste­śmy nie­wol­ni­kami sys­temu eko­no­micz­nego, który obie­cuje nam speł­nie­nie, a zamiast tego przy­nosi tylko fru­stra­cję. Im wyżej wspi­namy się na eko­no­micz­nej dra­bi­nie, tym mniej mamy wol­no­ści, a bez niej nie ma mowy o rado­ści. Możemy poczuć się speł­nieni jako istoty ludz­kie tylko wtedy, gdy nasze życie jest zako­rze­nione w naszym ciele, naszej zwie­rzę­cej natu­rze i w Ziemi. Nie­stety, tech­no­lo­giczna cywi­li­za­cja odcina nas coraz bar­dziej od tych fun­da­men­tal­nych związ­ków. Tęsk­nię do bólu za tym, by kie­dyś w pełni je odzy­skać, zdo­być wol­ność i zyskać radość. Ale ta moja roz­pacz jest świa­doma i potra­fię ją wyra­zić. A ponie­waż nie ufam sys­te­mowi, nie jestem jego nie­wol­ni­kiem. Potra­fię zna­leźć w życiu nieco rado­ści.

Bio­rąc pod uwagę takie cha­rak­te­ro­lo­giczne nasta­wie­nie mojej oso­bo­wo­ści, jestem bar­dziej podatny na zawał niż na raka. Cho­roby serca rów­nież są czymś typo­wym dla nowo­cze­snego czło­wieka XX wieku. Przy­pusz­czam, że moja wraż­li­wość na tę cho­robę wynika ze sztyw­no­ści piersi, która powo­duje stres w sercu. Zna­łem sporo męż­czyzn, któ­rzy doznali zawału, i u każ­dego z nich można było zaob­ser­wo­wać sztywną, cia­sną klatkę pier­siową, utrzy­my­waną w roz­dę­tym poło­że­niu. Aby zro­zu­mieć, dla­czego sztyw­ność klatki pier­sio­wej stwa­rza stres dla serca, musimy roz­wa­żyć postawę emo­cjo­nalną prze­ja­wia­jącą się przez tę sztyw­ność. Jak cały pan­cerz mię­śniowy, sta­nowi ona obronę przed zra­nie­niem. Sztyw­ność klatki pier­sio­wej działa niczym napier­śnik zbroi osła­nia­jący serce. Oczy­wi­ście rana, przed którą ma uchro­nić, jest emo­cjo­nalna, a nie fizyczna. Taka osoba zdaje się mówić: "Nikomu nie pozwolę dotknąć mojego serca". Ma to dla niej sens, ponie­waż doznała wcze­śniej dotkli­wej rany emo­cjo­nal­nej. Jej serce zostało "zła­mane" przez brak rodzi­ciel­skiej miło­ści i zro­zu­mie­nia. Chroni więc swoje biedne, "zła­mane" serce, zamy­ka­jąc je w cia­snej klatce.

Serce tęskni jed­nak za wol­no­ścią i swo­bodą, gdyż bez wol­no­ści nie ma rado­ści, a bez rado­ści nie ma miło­ści. Mimo to czło­wiek nie ośmiela się roz­luź­nić piersi i otwo­rzyć serca; jego lęk przed zra­nie­niem jest zbyt silny. Pozo­staje więc uwię­ziony w murach, które wzniósł, żeby się bro­nić. Jego serce jest dosłow­nie zamknięte w klatce. W tej sytu­acji prze­żywa stres, na który skła­dają się pra­gnie­nie wyrwa­nia się na wol­ność i lęk przed wol­no­ścią albo też pra­gnie­nie miło­ści i lęk przed zra­nie­niem. Tkwiąc w pułapce tego kon­fliktu, jest głę­boko sfru­stro­wany i roz­ża­lony. Uczu­cia te nie znaj­dują jed­nak ujścia z powodu sil­nego poczu­cia winy wyra­sta­ją­cego z lęku przed miło­ścią. Taka wewnętrzna dyna­mika wpy­cha jed­nostkę w sytu­acje, w któ­rych czuje się uwię­ziona. Może to być nie­sa­tys­fak­cjo­nu­jąca praca lub nie­sa­tys­fak­cjo­nu­jące mał­żeń­stwo. Nie potra­fiąc się uwol­nić, czło­wiek staje się podatny na atak serca.

Moim zda­niem zawał serca jest następ­stwem reak­cji panicz­nej. To nie zna­czy, że dozna­jemy bez­po­śred­nio przed nim napadu paniki; sam zawał jest doświad­czany jako panika. Można więc pomy­śleć, że źró­dłem paniki jest nagła dole­gli­wość, ale ten punkt widze­nia nie uwzględ­nia faktu, że panika jest emo­cjo­nalną skłon­no­ścią osób, u któ­rych wystę­pują cho­roby serca. Prze­ja­wia się sztywną, roz­dętą pier­sią i poczu­ciem uwię­zie­nia. Mówimy wpraw­dzie: "Czuję się uwię­ziony", ale traf­niej­sze byłoby stwier­dze­nie: "Jestem w panice, bo czuję, że jestem uwię­ziony". Jed­nakże sztyw­ność klatki pier­sio­wej, która sta­nowi pułapkę i wywo­łuje panikę, chroni nas jed­no­cze­śnie przed uświa­do­mie­niem sobie tej paniki. Obec­ność tej zbroi neguje naszą bez­bron­ność i strach, a zara­zem wyraża oba te uczu­cia.

Więk­szość ludzi, któ­rzy cho­rują, nie zdaje sobie sprawy, jakie siły obecne w ich oso­bo­wo­ści pre­dys­po­no­wały ich do cho­roby. Ten brak świa­do­mo­ści spra­wia, że stres może nara­stać bez prze­szkód aż do chwili zała­ma­nia. Poten­cjalna ofiara ataku serca nie ma poczu­cia uwię­zie­nia i zwią­za­nej z tym paniki. Czę­sto zresztą podej­muje spe­cjalne dzia­ła­nia, by stłu­mić w sobie tę świa­do­mość. Naj­po­spo­lit­szym środ­kiem jest nad­uży­wa­nie alko­holu. Ilu­struje to przy­kład czło­wieka, który wra­ca­jąc wie­czo­rem do domu po całym dniu peł­nej napię­cia pracy, wypi­jał przed kola­cją kilka drin­ków, a potem oglą­dał tele­wi­zję, dopóki przy tym nie zasnął. Sche­mat ten powta­rzał się nie­mal każ­dego dnia robo­czego. To typowe zacho­wa­nie osoby, która nie potrafi sta­wić czoła swo­jej sytu­acji życio­wej. Pew­nego ranka w dro­dze do biura zmarł na ulicy na atak serca.

O ile potra­fimy roz­po­znać u nie­któ­rych osób czyn­nik, który uła­twia wystą­pie­nie zawału, o tyle możemy tylko zga­dy­wać, jaki bodziec bez­po­śred­nio wyzwo­lił cho­robę. Co spo­wo­do­wało zator w naczy­niach wień­co­wych będący przy­czyną ataku serca? Dla­czego zda­rzyło się to w tym momen­cie, a nie w jakimś innym? Dla­czego tego dnia, a nie poprzed­niego? Można by na to odpo­wie­dzieć, że przed ata­kiem ta osoba jest w fazie oporu lub adap­ta­cji. Wydaje się, że jakoś sobie radzi ze stre­sem. Kiedy orga­nizm jest w fazie oporu lub adap­ta­cji, zna­czy to, że stres stał się przy­tła­cza­jący i można sobie z nim pora­dzić, tylko mobi­li­zu­jąc rezerwy ener­gii i siły woli. Natura stresu pro­wa­dzą­cego do cho­roby wień­co­wej była inten­syw­nie badana przez Rosen­mana i Fried­mana. Według tych auto­rów stres poja­wia się w sytu­acji, gdy dana osoba akcep­tuje sto­jące przed nią wyzwa­nie, "ujaw­nia takie cechy oso­bo­wo­ści jak agre­syw­ność, ambi­cja czy pęd do współ­za­wod­nic­twa, jest cał­ko­wi­cie zaan­ga­żo­wana w pracę, zafik­so­wana na ter­mi­nach, prze­ja­wia nie­cier­pli­wość i ma poczu­cie ucie­ka­ją­cego czasu". Ludzie o takich cechach są okre­ślani jako jed­nostki typu A. Czę­sto mają nad­ci­śnie­nie krwi i pod­wyż­szony poziom cho­le­ste­rolu. Nad­ci­śnie­nie odzwier­cie­dla szybki prze­pływ krwi uzy­ski­wany dzięki usztyw­nie­niu naczyń krwio­no­śnych. W naczy­niach tych, zwłasz­cza wień­co­wych, nasi­lają się pro­cesy miaż­dży­cowe. Utwar­dze­nie arte­rii w połą­cze­niu z zawę­że­niem ich świa­tła to sku­tek dozna­wa­nego stresu. Faza adap­ta­cji, jak już wiemy, jest ogra­ni­czona w cza­sie przez dostępne rezerwy ener­gii i kiedy się one wyczer­pią, musi nastą­pić zała­ma­nie. Jest to czyn­nik ilo­ściowy obecny we wszyst­kich cho­ro­bach.

Według Rosen­mana i Fried­mana oso­bom typu A naj­ła­twiej posta­wić dia­gnozę, opie­ra­jąc się na cechach fizycz­nych. Należy do nich ogólny stan napię­cia (sztyw­ność ciała, oddy­cha­nie górną połową piersi, napięte mię­śnie twa­rzy, pośpieszny i gwał­towny spo­sób mówie­nia, nie­cier­pliwe ruchy itp.). Te sygnały ciała zna­mio­nują poziom bólu, a także deter­mi­na­cji. Potrzeba pośpie­chu rów­nież wska­zuje na kry­jącą się za nią panikę. W isto­cie deter­mi­na­cja takiej osoby jest moty­wo­wana nie­uświa­do­mioną paniką. Czło­wiek chce wyrwać się na wol­ność, gdyż na pew­nym pozio­mie czuje się uwię­ziony. W jego życiu nie ma rado­ści, z czego wynika, że nie ma i wol­no­ści. Z tego samego powodu nie ma on ani czasu, ani ener­gii na miłość. Ku swo­jemu wiel­kiemu zasko­cze­niu zna­la­złem kie­dyś w cia­steczku z wróżbą nastę­pu­jące zda­nie: "Miłość to roz­mięk­cze­nie arte­rii".

Nie­za­leż­nie od pre­dys­po­nu­ją­cego wpływu cią­głego stresu cho­roba wień­cowa czę­sto jest pro­wo­ko­wana przez nowy szok emo­cjo­nalny, zwięk­sza­jący obcią­że­nie i tak już prze­cią­żo­nego orga­ni­zmu. Przy zawale serca ten szok może wyni­kać z nie­uda­nej próby wyrwa­nia się na wol­ność. Choć to dziwne, wła­śnie usi­ło­wa­nie zerwa­nia wię­zów wywo­łuje panikę. Czę­sto widzia­łem, jak to się dzieje, pod­czas tera­pii, kiedy szczę­śli­wie pacjent jest przy­go­to­wany na taki roz­wój sytu­acji. Prze­ła­ma­nie pozy­cji obron­nych wyzwala stłu­mione emo­cje. Jeśli obrona opie­rała się na usztyw­nie­niu klatki pier­sio­wej, uru­cho­mie­nie piersi przez głę­bo­kie oddy­cha­nie może dopro­wa­dzić do wybu­chu paniki. Zda­rzyło mi się to pod­czas mojej pierw­szej sesji tera­peu­tycz­nej z Reichem, co opi­sa­łem w książce Bio­ener­ge­tyka. Próba odzy­ska­nia wol­no­ści może przy­jąć formę gwał­tow­nych ruchów, zalewu emo­cji lub burz­li­wych myśli. Jeśli czło­wiek nie potrafi upo­rać się z budzą­cym się wtedy nie­po­ko­jem lub paniką, to zamknie sobie wyj­ście. Coś podob­nego zda­rza się pod­czas zawału, kiedy ulega zamknię­ciu tęt­nica pro­wa­dząca do serca, a w rezul­ta­cie nawet samo serce.

Na ogół blo­kada naczy­nia wień­co­wego nastę­puje za sprawą skur­czu, który nakłada się na usztyw­nie­nie naczyń lub pro­cesy miaż­dży­cowe. Dopiero nie­dawno leka­rze uświa­do­mili sobie, jak ważną rolę odgrywa ten skurcz przy zawale serca. Jest on funk­cją adre­ner­gicz­nego lub współ­czul­nego układu ner­wo­wego, uak­tyw­nia­ją­cego się pod wpły­wem zimna, stresu albo sil­nych emo­cji. Reich wią­zał układ współ­czulny z nie­po­ko­jem, pod­czas gdy jego prze­ci­wień­stwo, układ przywspół­czulny, z przy­jem­no­ścią. Ten drugi układ udraż­nia arte­rie. Obraz jest zupeł­nie jasny. Skurcz naczyń wień­co­wych to sku­tek napadu nie­po­koju. Nie­po­kój lub ból poja­wia się za sprawą głę­boko zako­rze­nio­nego poczu­cia uwię­zie­nia. Na koniec należy stwier­dzić, że skurcz ten jest mię­śniową reak­cją na szok.

Źró­dłem powyż­szych roz­wa­żań jest obser­wa­cja kilku dobrze mi zna­nych męż­czyzn, któ­rzy prze­żyli atak serca. Szcze­gól­nie poucza­jący jest przy­kład dwóch z nich. Oby­dwaj roz­wie­dli się i wkrótce potem ponow­nie zawarli mał­żeń­stwa. Związki te roz­wi­nęły się jed­nak dopiero po roz­wo­dzie. Pierw­sze mał­żeń­stwo każ­dego z nich było nie­udane, ale rów­nież dru­gie nie oka­zało się satys­fak­cjo­nu­jące i obaj męż­czyźni poczuli się schwy­tani w pułapkę. Jeden z nich pod­jął wysi­łek, żeby doko­nać jakichś zmian w swoim życiu, by zna­leźć w nim wię­cej przy­jem­no­ści i speł­nie­nia, ale gdy tylko sta­ra­nia te zaczęły przy­no­sić pewne owoce, doznał zawału i musiał się pod­dać. Żaden z tych ludzi nie był gotów sta­wić czoła takiej sytu­acji ani bez­po­śred­nio i otwar­cie radzić sobie z wła­snymi emo­cjami.

Naj­lep­sza obrona przed zawa­łem serca to miłość. Kocha­jące serce jest swo­bodne i rado­sne. Ale żeby miłość efek­tyw­nie peł­niła funk­cję pre­wen­cyjną, musi wyra­żać się fizycz­nie. Naj­bar­dziej inten­sywną fizyczną mani­fe­sta­cją miło­ści jest sek­su­alny orgazm. W chwili peł­nego orga­zmu serce uwal­nia się ze swo­jej klatki, gdyż zani­kają wtedy gra­nice jaźni. Eks­taza orga­zmu wiąże się z głę­bo­kim dozna­niem wol­no­ści. Po dobrym orga­zmie czu­jemy, że nasze serce jest prze­peł­nione świa­tłem i rado­ścią. Wydaje się, że znik­nęły wszel­kie ota­cza­jące je napię­cia. Czu­jemy się odmło­dzeni; nasze serce znowu jest młode. Taki orgazm jest moż­liwy tylko wtedy, gdy potra­fimy kochać całym sobą.

Artre­tyzm to kolejna cho­roba, którą można zro­zu­mieć tylko jako reak­cję na stres. To twier­dze­nie opiera się na fak­tach: etio­lo­gia artre­ty­zmu nie wiąże się z żad­nym mikro­or­ga­ni­zmem cho­ro­bo­twór­czym, a jego objawy sku­tecz­nie usuwa kor­ty­zon, lek prze­ciw­dzia­ła­jący stre­sowi. Dzia­ła­nie kor­ty­zonu polega na zwal­cza­niu pro­ce­sów zapal­nych w sta­wach, które Seyle uważa za błędną adap­ta­cję, nad­mia­rową reak­cję ciała na "względ­nie nie­winne uszko­dze­nia"14.

Nad­mia­rową reak­cję ciała na "względ­nie nie­winne uszko­dze­nia" obser­wu­jemy też przy aler­giach. Kto cierpi na katar sienny, ten wie, jak gwał­tow­nie orga­nizm potrafi zare­ago­wać na drobny czyn­nik draż­niący w postaci pyłku trawy. Ale ten pyłek to tylko bez­po­średni bodziec, któ­rego dzia­ła­nie można porów­nać do zapałki zapa­la­ją­cej lont. Sub­stan­cją wybu­chową jest czyn­nik wywo­łu­jący aler­gię. W przy­padku kataru sien­nego będzie nim nad­wraż­li­wość tka­nek powsta­jąca za sprawą cią­głego stresu. Ten stres z kolei jest spo­wo­do­wany tłu­mie­niem pła­czu pod wpły­wem szoku. Takim szo­kiem dla orga­nizmu może być gniewny ton rodzica naka­zu­ją­cego dziecku, by prze­stało pła­kać. Pro­wa­dzi to do kon­fliktu mię­dzy potrzebą pła­czu a lękiem przed pła­czem. Jeśli do takiego kon­fliktu doj­dzie w chwili, gdy w powie­trzu uno­szą się pyłki traw, ślu­zówka się na nie uwraż­liwi. Aby jed­nak w pełni zro­zu­mieć przy­czyny kataru sien­nego, musimy postrze­gać go jako próbę roz­ła­do­wa­nia wewnętrz­nego napię­cia, a nie po pro­stu jako reak­cję na draż­niącą sub­stan­cję. Jak długo kon­flikt trwa, pyłki mogą wywo­ły­wać reak­cję aler­giczną. Leki prze­ciw­hi­sta­mi­nowe zapo­bie­gają kata­rowi sien­nemu, gdyż wysu­szają błony ślu­zowe i tym samym uśmie­rzają kon­flikt, znie­czu­la­jąc tkanki.

Ludzie z reguły reagują nad­mia­rowo na każdą sytu­ację, która przy­po­mina im wcze­śniej­szą traumę lub kon­flikt. Obser­wu­jemy to stale w toku tera­pii bio­ener­ge­tycz­nej. Naj­lep­szy przy­kład to reak­cja na jaki­kol­wiek nacisk na napięte mię­śnie ota­cza­jące narządy płciowe. Wielu pacjen­tów nie­mal wyska­kuje wtedy ze skóry. Doznają szoku z obawy, że zostaną w tym miej­scu zra­nieni. Jest to lęk kastra­cyjny, który roz­wija się w okre­sie edy­pal­nym, kiedy czło­wiek czuje się zagro­żony kastra­cją jako karą za sek­su­alną rywa­li­za­cję z rodzi­cem tej samej płci. Takie wcze­sne doświad­cze­nie sta­nowi realny szok dla orga­ni­zmu i powo­duje wyco­fa­nie sek­su­al­nych uczuć i ener­gii z mied­nicy15. Po roz­ła­do­wa­niu szoku część ener­gii powraca, ale w spo­sób nie­śmiały i ści­śle kon­tro­lo­wany. Nie­ocze­ki­wany ruch moich pal­ców pod­czas pracy w tym obsza­rze czę­sto wywo­łuje u pacjenta reak­cję zbli­żoną do szoku. Oczy­wi­ście polega to na przy­wo­ła­niu wcze­śniej­szego doświad­cze­nia i pro­wo­kuje tę samą co wtedy odpo­wiedź. Podob­nie dziecko, które zostało kie­dyś pogry­zione, może zare­ago­wać ata­kiem histe­rii na widok zbli­ża­ją­cego się obcego psa.

Sła­bo­ścią inter­pre­ta­cji artre­ty­zmu pro­po­no­wa­nej przez Seyle'a jest to, że nie doce­nia on siły czyn­ni­ków emo­cjo­nal­nych pro­wa­dzą­cych do roz­stroju i cho­roby. Eks­pe­ry­menty Harolda G. Wolfe'a i jego kole­gów prze­pro­wa­dzone w szpi­talu miej­skim w Nowym Jorku jasno wyka­zały, że samo oma­wia­nie z pacjen­tami bole­snych emo­cjo­nal­nie tema­tów powo­duje zaostrze­nie się ich dole­gli­wo­ści. Oto przy­kład: "Kiedy z oso­bami mają­cymi nor­malne ciśnie­nie krwi, a także z tymi o pod­wyż­szo­nym ciśnie­niu prze­pro­wa­dzano roz­mowy na temat kon­flik­tów per­so­nal­nych zwią­za­nych ze świa­do­mym lub podświa­do­mym lękiem i urazą, towa­rzy­szyło im zwięk­szone ciśnie­nie tęt­ni­cze, skra­ca­jące czas krzep­nię­cia i tempo sedy­men­ta­cji oraz pod­no­szące lep­kość krwi"16. Ten rodzaj reak­cji na stres stwier­dzono rów­nież w więk­szo­ści innych wraż­li­wych narzą­dów. Tak więc u pacjenta z nad­wraż­li­wo­ścią jelit odno­to­wano pod­wyż­szone ukrwie­nie, ruchli­wość i wraż­li­wość ślu­zówki pod­czas roz­mowy o jego szwa­gierce, wzbu­dza­ją­cej w nim nie­chęć, żal i poczu­cie winy.

Te dwa przy­kłady z pracy Wolfe'a poka­zują bez­po­śred­nie skutki kon­fliktu emo­cjo­nal­nego. Nie­wielu jed­nak bada­czy potra­fi­łoby jasno odpo­wie­dzieć na pyta­nie, dla­czego jedna osoba reaguje na stres artre­ty­zmem, pod­czas gdy u innej roz­wija się wrzód okręż­nicy. Wszy­scy zga­dzają się, że wraż­li­wość poszcze­gól­nych narzą­dów jest zde­ter­mi­no­wana przez wcze­sne doświad­cze­nia życiowe, pod­czas któ­rych kształ­tują się wzorce radze­nia sobie ze stre­sem. Jaki więc wzo­rzec zacho­wa­nia pre­dys­po­nuje jed­nostkę do artre­ty­zmu? Spró­bujmy podejść do tego pro­blemu od strony bio­ener­ge­tycz­nej.

Artre­tyzm sta­nowi zakłó­ce­nie mobil­no­ści orga­ni­zmu. Dotknięty nim staw ulega dosłow­nie zamro­że­niu z powodu bólu powo­do­wa­nego przez stan zapalny albo dege­ne­ra­cyj­nych pro­ce­sów w powierzch­niach sta­wo­wych. Ale zarówno zapa­le­nie, jak i dege­ne­ra­cja to zja­wi­ska wtórne. W isto­cie do zakłó­ce­nia mobil­no­ści docho­dzi, zanim roz­wi­nie się artre­tyzm. Z badań nad oso­bami cier­pią­cymi na tę przy­pa­dłość wiemy, że ich oso­bo­wość drę­czy kon­flikt doty­czący wyra­ża­nia agre­syw­nych impul­sów. Kryje się on tuż pod powierzch­nią, w prze­ci­wień­stwie do skłon­no­ści maso­chi­stycz­nych, które są sil­nie stłu­mione. Osoba z artre­tyzmem zazwy­czaj ma sztywną struk­turę cha­rak­teru, choć rysy maso­chi­styczne też są w niej obecne. Może tam być nawet zna­czący skład­nik schi­zo­idalny. Wła­śnie sztyw­ność czyni tę osobę podatną na artre­tyzm. Na przy­kład w artre­tycz­nych dło­niach można zaob­ser­wo­wać ten­den­cję do przy­kur­czu pal­ców. Skur­czona dłoń czę­sto przy­po­mina łapę z pazu­rami. Można podej­rze­wać, że ten przy­kurcz powstaje w wyniku pod­świa­do­mego blo­ko­wa­nia impulsu skła­nia­ją­cego do dra­pa­nia.

U pew­nej mojej pacjentki artre­tyzm dłoni był sil­nie roz­wi­nięty i powo­do­wał wyraźną defor­ma­cję na kształt pazu­rów. Pod­su­ną­łem jej myśl, że dole­gli­wość ta ma źró­dło w tłu­mio­nych impul­sach agre­sji. Moja suge­stia została sta­now­czo odrzu­cona. Pacjentka była artystką i postrze­gała samą sie­bie jako osobę wraż­liwą i tak­towną. Jej obraz wła­sny nie dopusz­czał moż­li­wo­ści, że kryje w sobie wro­gie lub nega­tywne impulsy. Ponie­waż jed­nak tego rodzaju impulsy są w naszej kul­tu­rze obecne u wszyst­kich, jej zaprze­cze­nie zdra­dzało kon­flikt. Potrzeba tłu­mie­nia ich wywo­ły­wała w ciele poważny stres. Jak długo jed­nak ktoś ma dość ener­gii, by radzić sobie ze stre­sem, pozo­staje w fazie oporu i objawy cho­roby się nie poja­wiają. Wyczer­pa­nie ener­gii lub dodat­kowe źró­dło stresu w postaci jakie­goś szoku mogą zepchnąć orga­nizm w cho­robę.

Kiedy wyra­ża­nie uczuć spo­tyka się z silną i wrogą reak­cją oto­cze­nia, orga­nizm doznaje szoku. Dzieci bywają sys­te­ma­tycz­nie szo­ko­wane nega­tyw­nymi reak­cjami rodzi­ców. Jak już wiemy, szok wiąże się z odpły­wem ener­gii z powierzchni ciała. W efek­cie ciało jest zamro­żone i unie­ru­cho­mione. Przy­po­mina to sytu­ację wywo­łu­jącą stan schi­zo­idalny. W tym dru­gim wypadku szok jest sil­niej­szy i bar­dziej dłu­go­trwały. Powo­duje go zakwe­stio­no­wa­nie prawa dziecka do życia. Oso­bo­wość schi­zo­idalna jest zatem zablo­ko­wana w sta­nie unie­ru­cho­mie­nia. Jeśli wro­gość rodzi­ców nie jest tak silna, a co za tym idzie, szok nie tak poważny, nastę­puje ener­ge­tyczne odbi­cie, które prze­ła­muje ten stan. Wraca w pew­nym stop­niu agre­syw­ność, ale dziecko wkrótce uczy się zacho­wy­wa­nia ostroż­no­ści, by nie anta­go­ni­zo­wać rodzi­ców. Zyskuje kon­trolę nad swo­imi nega­tyw­nymi uczu­ciami poprzez wykształ­ce­nie super­ego. Na pozio­mie ciała ten mecha­nizm kon­tro­lny prze­ja­wia się w postaci sztyw­no­ści i napię­cia mię­śni. Dziecko osiąga na pozór udaną adap­ta­cję i sytu­acja się sta­bi­li­zuje. Ale stres jest wciąż obecny poza świa­do­mo­ścią. Orga­nizm prze­cho­dzi w fazę oporu.

Atak artre­ty­zmu nastę­puje zwy­kle po jed­nym lub więk­szej licz­bie szo­ków dozna­nych w odpo­wie­dzi na jakieś agre­sywne impulsy. Szok nie musi być i czę­sto nie jest skut­kiem jakie­goś dzia­ła­nia zewnętrz­nego. Ktoś może prze­ra­zić się wła­snych agre­syw­nych uczuć i nie­świa­do­mie wyco­fać ener­gię z koń­czyn, czyli narzą­dów agre­sji. Po odpły­wie ener­gii z pery­fe­ryj­nych czę­ści ciała na ogół nastę­puje jej odno­wie­nie. Takie odbi­cie ener­ge­tyczne w zamro­żo­nych sta­wach wywo­łuje stan zapalny cha­rak­te­ry­styczny dla artre­ty­zmu i zwią­zany z nim ból. Opi­sana sekwen­cja wyda­rzeń kore­spon­duje z naszą pod­sta­wową kon­cep­cją mówiącą, że cho­roba repre­zen­tuje wysi­łek orga­ni­zmu na rzecz przy­wró­ce­nia peł­nej zdol­no­ści do funk­cjo­no­wa­nia.

Adele Davis, słynna die­te­tyczka, odbyła tera­pię Reichow­ską, i opo­wiada o kobie­cie, która skar­żyła się na artre­tyczne nie­do­ma­ga­nia w dło­niach i łok­ciach. Pod­czas roz­mowy prze­ko­nała się, że pacjentka żywi silną złość do swo­jego brata. Davis pod­su­nęła jej poduszkę i pole­ciła ude­rzać w nią pię­ściami dla wyła­do­wa­nia gniewu. Gdy kobieta to uczy­niła, jej dło­nie i łok­cie natych­miast uwol­niły się od bólu i w krót­kim cza­sie artre­tyzm się cof­nął.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Cho­dzi o Toxi­co­den­dron pube­scens, nie­ma­jący obec­nie pol­skiej nazwy gatun­ko­wej (dawna nazwa: sumak jado­wity) (przyp. tłum.). [wróć]

W języku pol­skim ter­min "stres" funk­cjo­nuje tylko w kon­tek­ście psy­cho­lo­gicz­nym, przez co tego frag­mentu nie da się ade­kwat­nie prze­ło­żyć (przyp. tłum.). [wróć]

Wolfe Harold G., Stress and Dise­ase, Char­les C. Tho­mas, Spring­field, Ill. 1953, s. 4. [wróć]

Seyle Hans, The Stress of Life, McGraw-Hill, New York 1956, s. 54. [wróć]

Seyle Hans, Stress Without Distress, New Ame­ri­can Library, New York 1975 (wyd. pol­skie: Stres okieł­znany, wyd. II, PIW, War­szawa 1978). [wróć]

Ibi­dem, s. 14. [wróć]

Hol­mes Tho­mas H., Life Situ­ations, Emo­tions and Dise­ase "Psy­cho­so­ma­tics" 1979, t. 19, nr 12, gru­dzień, s. 747-754. [wróć]

Ibi­dem, s. 753. [wróć]

Ibi­dem, s. 748. [wróć]

Ibi­dem, s. 748. [wróć]

Ibi­dem, s. 753. [wróć]

W ory­gi­nale nie­prze­tłu­ma­czalna gra słów. Con­sump­tion to w języku angiel­skim dawna nazwa gruź­licy, ale także "kon­sump­cja", stąd fraza: "boha­terka zże­rana [kon­su­mo­wana] przez tęsk­notę" (przyp. tłum.). [wróć]

Sige­rist Henry E., cyto­wany w H.G. Wolfe, Stress and Dise­ase, op.cit., s. 2. [wróć]

Seyle H., The Stress of Life, s. 165. [wróć]

Pełne omó­wie­nie lęku kastra­cyj­nego czy­tel­nik znaj­dzie w mojej książce The Fear of Life (wyd. pol­skie: Lęk przed życiem, Cen­trum Pracy z Cia­łem 2014). [wróć]

Wolfe Harold G., op. cit., s. 86. [wróć]