p

Final proposal. Seria S.I.N. Tom 3 - K. Bromberg

Kup ebooka

35.90 zł
29.07 zł (29,07 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

Ford

WIATR SMAGA GA­ŁĘ­ZIE DRZEW, A NIEBO ROZ­ŚWIE­TLA SIĘ ja­snym bla­skiem, gdy w od­dali ude­rzają pio­runy. Przez kró­ciutką chwilę do­strze­gam gniewny ocean po­ni­żej ściany okien znaj­du­ją­cej się przede mną.

A po­tem po­now­nie za­pada ciem­ność.

Po­dróż tu­taj nie zmniej­szyła zbyt­nio mo­jej wście­kło­ści.

W po­ło­wie pu­sta szklanka whi­sky w mo­jej dłoni rów­nież nie.

By­łem pe­wien, że z każdą milą, która od­dziela mnie od braci, ich uspo­ka­ja­ją­cych to­nów i bzdur­nych wy­ja­śnień, moja fu­ria osłab­nie... ale by­łem w błę­dzie.

Czas spra­wił je­dy­nie, że moje my­śli się roz­sza­lały, a po­czu­cie winy w trze­wiach stało się sil­niej­sze.

Na­dal to wi­dzę. Świeżo wy­dru­ko­wana książka w twar­dej okładce le­żąca na stole. Słowa na jej stro­nach zre­da­go­wane tak, żeby się ro­ze­szła na pniu. Dla pu­bliki z jej nie­na­sy­co­nym ape­ty­tem na jedną z trzech rze­czy: skan­da­liczne hi­sto­rie, prze­wod­nik "od zera do mi­lio­nera" albo smaczki przy­datne do zszar­ga­nia re­pu­ta­cji.

Szok i po­dziw za­wsze do­brze się sprze­da­wały.

Kto mógł prze­wi­dzieć, że ta ła­godna bio­gra­fia Ma­xtona Sharpe'a, mo­jego ojca, sprawi, że tak się po­czuję?

To, co było w książce, nie po­winno mnie wku­rzać. Albo ra­czej to, czego w książce nie było. I tak nie po­winno mnie to wku­rzać.

Ale wku­rza.

Biorę ko­lejny łyk, czu­jąc pa­le­nie i cie­pło al­ko­holu, i szep­czę: Po pro­stu Ford.

Pie­przyć to.

Dźwięki są­czą się do mo­jej głowy. Ci­chy szum roz­mów klien­tów baru, któ­rzy utknęli tu ra­zem ze mną. Wy­cie wia­tru na ze­wnątrz. Wi­bro­wa­nie mo­jej ko­mórki na la­dzie, in­for­mu­jące o jed­nej pie­przo­nej wia­do­mo­ści za drugą. Moi bra­cia. Tro­chę się spóź­nili.

Te­atralny.

Prze­wraż­li­wiony.

Śmieszny.

Czy nie tych słów użyli, żeby mnie opi­sać? Żeby wszystko unie­waż­nić?

Li­czy się tylko to, co mó­wią lu­dzie, któ­rych ko­chasz.

Echo słów mo­jej mamy w gło­wie.

Mój te­le­fon wi­bruje od ko­lej­nej wia­do­mo­ści. Co? Czyżby od­rzu­to­wiec wy­lą­do­wał z po­wro­tem w No­wym Jorku i na­gle za­częli się mar­twić, że je­cha­łem w bu­rzy? A gdzie była ich tro­ska wcze­śniej?

Jak już po­wie­dzia­łem, pie­przyć to.

Będę się dą­sać, pi­jąc tego drinka.

I na­stęp­nego.

I jesz­cze jed­nego.

W końcu i tak te­raz ni­g­dzie nie mogę pójść.

Roz­glą­dam się po nie­wiel­kim ba­rze, bar­dziej niż pe­wien, że tłum tu­taj jest nie­zwy­kły, a ci lu­dzie nie zna­leźli się w nim ze względu na at­mos­ferę. Je­ste­śmy po pro­stu je­dy­nymi kre­ty­nami, któ­rzy po­sta­no­wili prze­je­chać przez cy­klon tro­pi­kalny i te­raz cze­kamy, aż ktoś uprząt­nie z drogi drzewo z ko­rze­niami le­żące ja­kąś milę stąd.

Bar jest czę­ścią ra­czej ni­ja­kiego, nie­spek­ta­ku­lar­nego, po­zba­wio­nego wszyst­kiego za­jazdu po­ło­żo­nego na pa­sie plaży tuż za Hamp­tons. Mia­sto w po­ło­wie drogi po­mię­dzy tu­taj a ni­g­dzie. Prze­ciętne miej­sce, które do­brze sy­tu­owani igno­rują po dro­dze na plac za­baw w Hamp­tons, a przed­sta­wi­ciele klasy śred­niej za­uwa­żają i ża­łują, że nie stać ich na choćby dzień po­bytu.

To miej­sce... cho­lera, na­wet nie pa­mię­tam jego na­zwy - tak zwy­kłej i nie­cie­ka­wej, że mi umyka - jest prze­sta­rzałe i po­spo­lite. Bor­dowa skóra i ciemne drewno wy­dają się mo­ty­wem prze­wod­nim. Ta­nie wy­po­sa­że­nie i po­spo­lite, ma­sowo pro­du­ko­wane ob­razki są wy­stro­jem, któ­rego żadne wnę­trze już nie po­trze­buje.

Ma po­ten­cjał.

Ale wy­daje się, że wła­ści­ciel po­sta­na­wia nie in­we­sto­wać pie­nię­dzy, żeby ten po­ten­cjał wy­do­być.

Nie żeby mnie to w ogóle ob­cho­dziło.

Może i nie ma wol­nych miejsc na noc, ale jest su­cho i w tej chwili wy­daje się bez­piecz­nie przy sza­le­ją­cej na ze­wnątrz bu­rzy. Och, i mają al­ko­hol. To jest zde­cy­do­wa­nie plus.

Po mo­jej pra­wej coś gło­śno ude­rza o pod­łogę, po czym sły­szę sfru­stro­wane wes­tchnię­cie ko­biety.

- Za­mknęli drogi. Za­mknęli, kurwa, drogi. Wie­rzysz w to?

Skoro nie mogę być w domu w Sag Har­bor - do­kąd zmie­rza­łem - to po­wi­nie­nem móc pić w spo­koju.

A Pani Ga­duła, która po­sta­na­wia usiąść obok mnie, nie jest spe­cjal­nie spo­kojna.

Nie mam dziś do tego na­stroju.

- Ładne usta - mam­ro­cze męż­czy­zna po mo­jej dru­giej stro­nie.

- Halo? Sły­sza­łeś mnie? - po­wta­rza ko­bieta, wy­wo­łu­jąc moje cięż­kie wes­tchnię­cie. - Za­mknięte. Utknę­li­śmy.

Ani z ci­szy z mo­jej strony, ani z ko­men­ta­rza mo­jego są­siada naj­wi­docz­niej nie wy­wnio­sko­wała, że nie ob­cho­dzi mnie, co do mnie mówi.

- Do­sko­nała ob­ser­wa­cja - mó­wię do swo­jego drinka. - Utknę­li­śmy tu wszy­scy z pew­nego po­wodu i nie jest nim at­mos­fera.

- Nie wy­daje mi się, że­bym mó­wiła do cie­bie.

- Do­brze. Świet­nie. - Za­chwy­cony, że nie mu­szę z ni­kim roz­ma­wiać, kiw­nię­ciem palca pro­szę bar­mana o ko­lejny drink, gdy na­gle coś, co po­wie­działa, do­ciera do mnie z pełną siłą. - Chwila. Za­mknęli drogi?

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki