ROZDZIAŁ PIERWSZY
Patrząc, jak dziewczyna, z którą przyszedł na imprezę sylwestrową, opuszcza hotelowy bar z innym mężczyzną, Robert Caroselli nie poczuł złości ani nawet irytacji.
- Nie chce mi się świętować - powiedział, kiedy zadzwoniła o dziewiątej.
Właśnie zamierzał wejść do łóżka z książką. Chętnie przespałby najbliższe trzy miesiące, aby nie myśleć o tym, że jego ojciec i wujowie, właściciele Caroselli Chocolate, stracili wiarę w jego umiejętności zawodowe. Owszem, sprzedaż w ostatnim kwartale spadła, ale jest recesja! Zatrudnienie Caroline Taylor, geniusza marketingu z Los Angeles, uważał za osobistą zniewagę oraz stratę pieniędzy. Nie zdołał jednak przekonać rodziny.
Miał też inne zmartwienie: powinien znaleźć żonę i spłodzić syna, dzięki któremu przetrwa nazwisko Caroselli. Nie był zaprzysięgłym singlem i wrogiem małżeństwa, po prostu dużo czasu spędzał w pracy. Oczywiście dziesięć milionów, które dziadek zaproponował każdemu z trzech wnuków, stanowiło dużą pokusę. Teraz suma wzrosła do piętnastu milionów. Najgorsze, że jeśli nie spełni oczekiwań dziadka, wówczas Tony junior zgarnie całość.
Ale przyszłej żony i matki swoich dzieci nie spotka w barze, Olivia zaś na pewno się na nią nie nadaje. Dlatego zamierzał zostać w domu.
- Nie możesz! - oburzyła się. - Z kim powitasz nowy rok? Kogo pocałujesz o północy? Kogoś musisz! Tak każe tradycja.
Nie przejmowała się tradycją, kiedy wyszła z lokalu z innym facetem. Właściwie to jej się nie dziwił: gdy przyjechali o dziesiątej, znalazł dwa wolne miejsca w rogu sali, usiadł i się nie ruszył. Teraz kończył trzecią szklankę whisky i czuł się o niebo lepiej niż godzinę temu.
Członkowie rodziny Carosellich korzystali z każdej okazji, by się spotkać, pogadać, wypić, ale on zwykle nie tykał alkoholu. Dzisiejszy wieczór należał do wyjątków.
Siedząc w kącie, obserwował zatłoczony lokal. Ciało przy ciele, głowa przy głowie.
- Przepraszam!
Podskoczył, zamrugał raz, potem drugi. Obok jego stolika stał anioł, a raczej śliczna anielica z aureolą jasnych loków, które opadały aż do szczupłej talii.
- Czy to miejsce jest wolne? - spytała, przekrzykując muzykę. - Dla jasności: nie próbuję cię poderwać. Od rana jestem na nogach i nie mam siły dłużej stać.
- Zapraszam.
- Dzięki. - Blondynka usiadła i westchnęła z ulgą, po czym wyciągnęła dłoń. - Jestem Carrie...
Nie dosłyszał nazwiska, zauważył jednak, że jak na tak drobną osobę uścisk dłoni ma zadziwiająco mocny.
- Rob - przedstawił się.
- Miło cię poznać, Ron.
Już chciał ją poprawić, ale kiedy obdarzyła go uśmiechem, pomyślał: niech mówi, jak chce.
- Napijesz się czegoś?
- Oho, czyżbyś ty próbował mnie poderwać?
- A miałabyś coś przeciwko temu? - spytał, odruchowo kierując wzrok na jej dekolt.
- Zależy.
- Od czego?
- Powiedz: dlaczego o jedenastej piętnaście w wieczór sylwestrowy ktoś taki jak ty siedzi samotnie w barze?
- Ktoś taki jak ja?
- Przystojny, seksowny.
- Bo dziewczyna, z którą przyszedłem, przed chwilą wyszła z innym.
- Jest ślepa czy głupia? - Carrie zmrużyła oczy.
Rob parsknął śmiechem.
- Po prostu znudzona.
- Przyznaj się, masz narzeczoną. - Potrząsnął głową. - Żonę? - Uniósł dłoń, wskazując na brak obrączki. - Jesteś gejem? - Ponownie wybuchnął śmiechem.
- Hetero.
- Hm... - Zmarszczyła czoło. - Hetero palant?
Carrie wali prosto z mostu. To dobrze; nie lubił gierek.
- Chyba nie, ale każdy ma jakieś wady.
Pokiwała z namysłem głową.
- Okej. Możesz postawić mi drinka.
- Na co masz ochotę?
- Na to samo. - Wskazała na jego szklankę.
Rozejrzał się po sali, szukając kelnerki. Nie, szybciej będzie, jak zamówi u barmana.
- Zaraz wrócę.
Kilka minut przeciskał się przez tłum, potem czekał, aż barman go obsłuży. Wracając do stolika, nie był pewien, czy zastanie Carrie. Na jej widok odetchnął z ulgą. Uświadomił sobie, że wcale nie chce samotnie witać nowego roku.
- Proszę. - Postawił przed nią szklankę i zajął miejsce.
- Długo cię nie było. Myślałam, że się zmyłeś.
- A ja nie byłem pewien, czy cię jeszcze zastanę.
- Nie jestem ślepa ani głupia. - Roześmiała się, a on z trudem się powstrzymał, aby nie ścisnąć jej dłoni. - Mieszkasz w Chicago? - spytała, podnosząc szklankę.
- Przy Lincoln Park.
- To blisko stąd?
- Niedaleko. A ty?
- Na zachodnim wybrzeżu. Tu przyjechałam na krótko, do pracy.
- A narzeczony?
- Nie jestem z nikim związana.
- Faceci w Kalifornii są ślepi czy głupi?
Uśmiechnęła się, a on z coraz większą niecierpliwością czekał na wspólne powitanie nowego roku. Jutro zadzwoni do Olivii i podziękuje, że wyciągnęła go z domu.
- Boją się silnych kobiet, które odnoszą sukcesy w życiu zawodowym.
Rob, w którego rodzinie było wiele silnych odnoszących sukcesy kobiet, nie odczuwał takiego strachu.
- Poza tym ciągnie mnie do mężczyzn, których teoretycznie powinnam omijać szerokim łukiem.
- Czyli?
- Do drani. Mam problemy z tak zwaną bliskością. A z draniem nigdy się nie zwiążę.
Jaka miła odmiana, pomyślał. Kobiety, z którymi się umawiał, zawsze podkreślały swoje atuty, a wady ukrywały.
- Kiedy zakończyłaś swój ostatni poważny związek?
- Nigdy w takim nie byłam.
- Nie żartuj! Masz ile lat? Dwadzieścia cztery? Pięć?
- Jakiś ty miły! Dwadzieścia osiem.
- Nie znam ani jednej kobiety powyżej osiemnastego roku życia, która nie byłaby w przynajmniej jednym poważnym związku.
- Ha! Zaintrygowałam cię?
- Owszem. - Wydawała mu się doskonała. Piękna, seksowna, z poczuciem humoru i niezainteresowana małżeństwem. Czyżby wygrał los na loterii?
- A ty? - spytała. - Miałeś jakieś poważne związki?
- Nawet miałem narzeczoną. Dawno. Na studiach.
- Dlaczego się rozstaliście?
- Pragnęliśmy odmiennych rzeczy.
- Czego ty pragnąłeś?
Wzruszył ramionami.
- Mieć dom, żonę, dzieci.
- A ona?
- Mojego współlokatora, Evana.
- Ups...
- Na szczęście odkryłem to przed ślubem. Po rozstaniu skupiłem się na karierze.
- Jesteś pracoholikiem?
- Niektórzy tak twierdzą.
- Ja też często pracuję czternaście godzin na dobę.
Żałował, że przyjechała do Chicago na krótko. Chętnie by ją lepiej poznał. Parę minut później poprosił kelnerkę o dwie kolejne whisky. Kontynuowali rozmowę, śmiali się, flirtowali. Carrie zamówiła trzecią whisky. Czas zleciał nie wiadomo kiedy. Tuż przed północą wyłączono muzykę. Wszyscy wpatrywali się w wielki ekran telewizora, czekając, aż na nowojorskim Times Square opadnie słynna kryształowa kula.
- Słuchaj - szepnęła Carrie - jesteśmy tu sami...
- A tradycja każe pocałować kogoś na powitanie nowego roku...
- Więc nie mamy wyboru.
Uśmiechając się szeroko, Rob wyciągnął rękę. Carrie podała mu swoją. Nie zaprotestowała, kiedy zgarnął ją w objęcia. Zamiast obserwować kulę na ekranie, patrzył na kobietę, z którą za moment powita nowy rok. Skórę miała idealnie gładką, oczy szare, roziskrzone, wargi pełne i jakby złaknione pocałunku.
Jeszcze godzinę temu z niechęcią myślał o szaleństwie, jakie ogarnia ludzi wraz z wybiciem północy, a teraz nie mógł się doczekać tej magicznej chwili. Jeszcze pół minuty. Dwadzieścia sekund. Kiedy zostało dziesięć, wszyscy zaczęli głośno odliczać. Wszyscy prócz niego i Carrie. Oni wciąż stali, nie spuszczając z siebie wzroku. Pięć... cztery... trzy... dwa...
Przywarł ustami do jej ust. Okrzyki radości, wiwaty, wszystko ucichło, a przynajmniej on nic nie słyszał. Poczuł, jak Carrie rozchyla wargi, jak wtula się w jego ciało. Jej jedwabiste włosy oraz usta działały upajająco. Pragnął jej do szaleństwa. Nie wiedział, jak długo stali objęci, ale kiedy wreszcie uniósł głowę, oboje byli zdyszani.
- Zaryzykuję i spytam wprost: czy masz ochotę pójść do mojego pokoju hotelowego?
Jasne, że miał.
- Jesteś pewna, że tego chcesz?
Uśmiechnęła się.
- Fajnie zacząć rok od fajerwerków.
- Bardzo fajnie - odrzekł, ściskając jej dłoń.