p
Droga Czytelniczko! Drogi Czytelniku!
Jeśli trzymasz tę książkę w rękach, to znaczy, że bliskość, miłość i relacje są dla ciebie ważne. Być może jesteś singlem, który próbuje
odnaleźć się w świecie randkowania. Być może jesteś w związku i zastanawiasz się, jak go pielęgnować. A może po prostu szukasz
odpowiedzi na pytania o współczesne relacje. Ta książka powstała właśnie
po to, byśmy w labiryncie pytań i emocji wspólnie poszukali
drogowskazów.
Sylwia: Kiedy w 2020 roku pracowałyśmy nad
Miłością na celowniku, wierzyłyśmy, że wystarczy dać ludziom dobre rady
i trochę wsparcia, by poczuli się pewniej w świecie randkowania. Że
jeśli zrozumieją siebie i nauczą się świadomie budować relacje, to udany
związek będzie kwestią czasu. Wydawało nam się, że najtrudniejsze, co
może ich spotkać, to nieudana randka, złamane serce albo krótki flirt
zakończony ciszą. Nie miałyśmy wtedy pojęcia, jak bardzo świat - i my
sami - się zmieni. I jak wszystko, co dotyczy nawiązywania relacji,
odwróci się do góry nogami. Pracując w Sympatii od 18 lat, obserwowałam
tę zmianę w czasie rzeczywistym - setki maili dziennie, które trafiały
do redakcji, zaczęły brzmieć inaczej. Zamiast: "jak się umówić na drugą
randkę?", coraz częściej: "dlaczego zniknął bez słowa?", "czy to
normalne, że nikt już nie dzwoni?", "może problem jest ze mną?".
Joanna: Tak, budowanie relacji i randkowanie
zmieniły się radykalnie, bo ich nieodłączną częścią stał się świat
wirtualny. Pojawiły się zjawiska z nim związane. Zmianie uległo także
nasze podejście. Jeszcze kilka lat temu najczęściej zadawane pytania
dotyczyły tego, jak zrobić dobre wrażenie, jak nie popełniać błędów w nawiązywaniu znajomości, jak stawiać pierwsze i kolejne kroki. Temu
poświęcone były liczne felietony, które pisałam dla Sympatii w odpowiedzi na maile, o których wspominasz. Dziś ich treść jest inna.
Pandemia przerwała iluzję, że miłość to nagroda za przestrzeganie kilku
prostych zasad, że wystarczy być "lepszą wersją siebie" - uśmiechać się,
zadawać ciekawe pytania, dbać o wygląd. Pojawia się mnóstwo rozmaitych
porad w sieci, ale nie wystarczy parę tricków, żeby znaleźć to, czego
szukamy.
Prawdziwa relacja nie rodzi się z dobrze przygotowanego scenariusza,
tylko z odwagi, by pokazać się takim, jakim się jest - z całą
niepewnością, lękiem i niedoskonałością. Widzę, że wielu singli właśnie
tego się boi: odsłonięcia prawdy o sobie.
Ale muszę dodać, że w rezultacie tych zmian w ostatnich latach stajemy
się także bardziej refleksyjni, zauważamy schematy, szukamy bardziej
pogłębionych odpowiedzi.
Sylwia: Dla wielu singli pandemia była
czasem radykalnej samotności. Z kolei dla par - czasem próby
wytrzymałości. Mieliśmy rekordową falę rozstań. W mediach informowano,
że wieloletnie małżeństwa rozstawały się krótko po tym, jak po latach
rutyny zostały zamknięte w domach i okazywało się, że nie potrafią już
ze sobą ani żyć, ani rozmawiać.
W 2021 roku liczba rozwodów w Polsce sięgnęła niemal 60 tysięcy. Dla
porównania: w 2000 roku było ich o 20 tysięcy mniej. I choć później
liczby nieco spadły, to tendencja się utrzymuje. Związek przestał być
oczywistością. Albo wręcz przestał być normą. W 2024 roku 30 procent
dorosłych Polaków żyło samotnie - z wyboru lub przymusu. To najwyższy
odsetek w historii. W miastach liczby są jeszcze wyższe. W Warszawie co
druga osoba po trzydziestce to singiel lub singielka.
Do tego dochodzi najniższa dzietność w historii. Wskaźnik urodzeń w Polsce w 2023 roku wyniósł zaledwie 1,2 dziecka na kobietę, co oznacza,
że nie jesteśmy w stanie nawet zastąpić własnego pokolenia. Wymieramy
jako społeczeństwo. I choć coraz więcej osób ma partnera/partnerkę do
seksu, to coraz mniej ma relacje. WHO ostrzega, że grozi nam "epidemia
samotności", która jest zagrożeniem dla zdrowia publicznego
porównywalnym z paleniem papierosów. Czy zauważasz to już w swoim
gabinecie?
Joanna: Samotność, którą uwypukliła
pandemia, była doświadczeniem pokoleniowym. Nawet ci, którzy do tej pory
świetnie radzili sobie w pojedynkę, nagle zobaczyli, jak trudno się żyje
w izolacji. Rozstania, o których wspominasz, miały wspólny mianownik:
brak umiejętności rozmowy i współistnienia. Kiedy zniknęły okazje do
ucieczki - czy to do pracy, czy na towarzyskie wyjścia albo zajęcia jogi
- trzeba było się zmierzyć z codziennością. I często okazywało się, że
więź była jedynie przyzwyczajeniem.
W gabinecie widzę wyraźnie, że związek przestał być oczywistością.
Dawniej było w nim więcej społecznego przymusu, "wypadało" być w parze.
Dziś wybór jest bardziej indywidualny. Z jednej strony to wyzwalające,
bo możemy tworzyć relacje z własnej potrzeby, a nie z lęku przed oceną
społeczną. Z drugiej - to trudniejsze, bo wymaga odwagi i kompetencji
emocjonalnych, których wielu z nas nie zdążyło nabrać. Samotność nie
musi być dramatem, ale kiedy staje się niechcianym losem, przynosi
ogromne cierpienie.
Sylwia: W czasie pandemii, gdy lockdown
zamknął nas w czterech ścianach, zaczęłam zbierać opowieści singli, i były one zaskakujące. Mężczyźni mi się zwierzali, że pierwszy raz w życiu rozmawiali z jedną kobietą przez 10 godzin dziennie - a nie z wieloma równocześnie, jak wcześniej, trzymając je wszystkie niejako w rezerwie. Naprawdę się poznawali. Zamiast gonitwy za kolejnymi
spotkaniami i powierzchownymi flirtami świat zmusił ich do innego tempa:
kameralnej rozmowy, zatrzymania się, prawdziwego słuchania.
Paradoksalnie, pandemia przywróciła potrzebę emocjonalnej głębi. Ale od
tamtej pory minęło sporo czasu i mam wrażenie, że ten ślad zaginął.
Wróciliśmy na stare tory, może nawet gorsze niż wcześniej?
Joanna: Pandemia rzeczywiście dała ludziom
coś, czego wcześniej często brakowało: czas i jakość. To był okres,
kiedy relacja przybierała pierwotną formę spotkania dwóch osób, a nie
wyścigu z czasem. Ale kiedy życie zaczęło się toczyć jak dawniej, znów
przyspieszyliśmy. Dlatego część osób czuje rozczarowanie. Wiedzą, że
można inaczej, i trudno im się zadowolić powierzchownością relacji. To
pokazuje, że tęsknota za większą bliskością jest w nas wciąż obecna,
choć system społeczny spycha nas ku szybkim relacjom, gdzie więź mierzy
się ilością "matchów", a nie jakością spotkań.
Sylwia: W redakcji często dostajemy listy
typu: "Zaczęło się dobrze. W kinie rozmawialiśmy, jakbyśmy się znali od
lat. A potem cisza"; "Dlaczego zghostował?"; "Czy ja się do tego nie
nadaję?". Te historie się powtarzają setki razy. Miłość dziś przypomina
przejażdżkę uberem: jeśli coś pójdzie nie tak, wystarczy kliknąć
"anuluj". Bez słowa. Bez konsekwencji. Bez wyjaśnień. Aplikacje randkowe
dały nam złudzenie nieskończonych możliwości, ale jednocześnie sprawiły,
że każda osoba stała się wymienialna. A może następna będzie lepsza? Tak
brzmi mantra naszych czasów. Tyle że to nie tylko wina technologii. Coś
głębszego się zmieniło w sposobie, w jaki postrzegamy zobowiązania,
cierpliwość, pracę nad relacją. Myślisz, że da się to jeszcze zatrzymać?
A może nie warto, może to naturalna ewolucja?
Joanna: Kliknięcie "delete" jest szybkim
rozwiązaniem, ale prawdziwy problem tkwi głębiej: w naszej
niecierpliwości i w braku umiejętności mierzenia się z trudnymi
rozmowami. Związek wymaga odwagi, by konfrontować się z rozczarowaniem,
frustracją, niedopasowaniem. Nie powinniśmy przed tym uciekać, ale to
robimy. Ghosting stał się więc obecnie częstym doświadczeniem osób
poszukujących związku. Zniknięcie bez słowa po kilku spotkaniach jest
nie tylko brakiem manier, ale uderzeniem w samo sedno poczucia wartości
drugiej osoby. Człowiek zaczyna myśleć: "Czy fakt, że ktoś nie zadał
sobie trudu, by powiedzieć "do widzenia", oznacza, że na to nie
zasługuję?". I choć dobrze wiemy, że problem leży w niedojrzałości tej
drugiej strony, czasem emocjonalnie trudno nam się do tego zdystansować.
Sylwia: Samotni ludzie żyją krócej, częściej
chorują, gorzej śpią, rzadziej wychodzą z depresji. To nie są opinie, to
twarde dane medyczne. Równocześnie statystycznie coraz częściej
rezygnujemy z nowych relacji, nie utrzymujemy dotychczasowych, coraz
trudniej jest się nam odważyć i otworzyć, a coraz łatwiej zniknąć. I tu
pojawia się pytanie fundamentalne: czy my naprawdę chcemy być sami, czy
po prostu nie umiemy już inaczej? Czy jest to wybór, czy kapitulacja? W mailach, które dostajemy, słychać desperację: ludzie chcą się zakochać,
ale jednocześnie boją się zaangażowania. Chcą bliskości, ale nie
potrafią znieść tej pierwszej, niedoskonałej fazy poznawania się. Czy
jesteśmy w stanie znaleźć odpowiedź, dlaczego tak się dzieje?
Joanna: Czy samotność jest wyborem, czy
kapitulacją? W moim odczuciu często jest to bardziej mechanizm obronny
niż świadoma decyzja. Łatwiej powiedzieć: "dobrze mi samej/samemu", niż
przyznać: "boję się odrzucenia". Samotność chroni nas przed zranieniem,
ale też odbiera możliwość doświadczenia bliskości. To tak, jakbyśmy
budowali konsekwentnie mur, a potem twierdzę, w której czujemy się
bezpiecznie, ale do której nikt nie wejdzie, by nas naprawdę poznać.
Problemem jest to, że nie umiemy już przejść przez pierwszą fazę
znajomości - pełną niezręczności, nieporozumień i małych rozczarowań.
Wydaje nam się, że skoro nie ma od razu chemii i idealnego dopasowania,
to nie ma sensu. Tymczasem relacja to nie tylko fajerwerki na początku,
ale też cierpliwe budowanie mostu między dwoma światami. A my coraz
rzadziej dajemy sobie na to przestrzeń. No i faktycznie często pojawia
się potem uczucie izolacji, przekonanie, że nie ma wokół nas nikogo, z kim można się umówić, pójść do kina, na spacer, nie mówiąc już o tym, że
nie mamy nadziei na zbudowanie intymnej relacji. Nieudane próby zdają
się nas przekonywać, że "w dzisiejszym świecie miłość to towar
deficytowy".
Sylwia: Gdy w Polsce pojawiły się takie
serwisy jak Sympatia (w 2002 roku) czy Tinder (w 2014 roku), wydawały
się odpowiedzią na modlitwy niektórych singli. Wreszcie można było
poznać kogoś bez wychodzenia z domu, bez ryzyka odrzucenia twarzą w twarz. Pokolenie naszych rodziców poznawało się w szkole, na studiach, w pracy, w klubach. My mamy do dyspozycji miliony profili. A mimo to coraz
więcej z nas zostaje samych. Czy to ironia, że mając dostęp do większej
liczby potencjalnych partnerów niż ktokolwiek w historii ludzkości,
czujemy się osamotnieni? Aplikacje dały nam złudzenie wyboru, ale może
właśnie to czasem paraliżuje?
Joanna: Tak, dokładnie. Aplikacje randkowe
dawały nadzieję: wreszcie każdy miał dostęp do świata pełnego szans na
miłość. W praktyce jednak często ten nadmiar możliwości okazał się
pułapką. Psychologia zna to zjawisko - im więcej opcji, tym trudniej
podjąć decyzję. Zamiast wybierać, zaczynamy porównywać. Zamiast
inwestować, zaczynamy rezygnować przy pierwszym potknięciu. Pokolenie
naszych rodziców spotykało się w pracy, na studiach, w osiedlowym
sklepie - i naturalnie budowało więź, bo krąg możliwości był
ograniczony. To nie znaczy, że każda relacja była idealna, ale ludzie
uczyli się, że związek tworzy się poprzez wspólne doświadczenia i przezwyciężanie trudności. Dziś łatwo ulec złudzeniu, że "gdzieś tam
czeka ktoś lepszy", i dlatego coraz więcej osób zostaje w pojedynkę. W jakimś sensie jest to ironia losu: im większy wybór, tym trudniej
znaleźć to, czego szukasz.
Sylwia: Z pewnością nie chodzi tylko o emocje, ale też o portfel. Mieszkanie w Warszawie za cztery tysiące
złotych i życie za sześć tysięcy - czy można budować związek, gdy ledwo
wystarcza na własne potrzeby? Gniazdownicy, jak nazywamy tych, co
zostają u rodziców do trzydziestki, a nawet dłużej, nie wybierają tego
stylu życia jedynie dla wygody. To często konieczność ekonomiczna, która
blokuje naturalny proces usamodzielniania się. A bez własnego kąta,
stabilnej pracy, poczucia finansowego bezpieczeństwa trudno myśleć o dzieleniu z kimś życia. Może nasze problemy z relacjami to nie tylko
kwestia charakteru, ale też systemu, który sprawił, że wejście w dorosłość na sto procent stało się luksusem?
Joanna: Masz rację, że ekonomia jest dziś
jednym z ważniejszych czynników wpływających na relacje. W gabinecie
spotykam osoby, które chcą stworzyć związek, ale mówią: "mieszkam z rodzicami, ze współlokatorami i nie mam jak zaprosić kogoś do siebie".
Brak poczucia niezależności sprawia, że trudno w ogóle zacząć myśleć o tworzeniu związku. Relacja potrzebuje przestrzeni - dosłownie i symbolicznie.
Sylwia: Ale może warto zapytać: co dalej?
Czy warto próbować, skoro tak wielu ludzi się wycofuje? Co przesądza o tym, że niektórzy mimo wszystko znajdują szczęście, a inni zostają na
peronie, patrząc, jak odjeżdżają kolejne pociągi?
Zapytałyśmy o to singli, psychologów, seksuologów, socjologa.
Przejrzałyśmy dane z ostatnich lat, ale i przeczytałyśmy setki e-maili
od naszych czytelników. Rozmawiałyśmy z ludźmi, którzy znaleźli miłość w czasach ghostingu, ale też z tymi, którzy po prostu przestali szukać
trwałej relacji.
Joanna: Moim zdaniem pytanie o sens związków
w dzisiejszym świecie jest pytaniem o ludzką naturę. Bo niezależnie od
tego, ile opcji daje nam technologia, jak łatwo możemy nawiązać kontakt
i równie szybko go przerwać, potrzeba bliskości wciąż pozostaje taka
sama. Nie da się jej czymś zastąpić ani zredukować do kilku kliknięć.
Owszem, obserwuję w gabinecie i w rozmowach z czytelnikami, że wielu
ludzi się zniechęca. Kolejne próby kończą się rozczarowaniem, więc
pojawia się mechanizm wycofania: "po co się starać, skoro i tak nic z tego nie wychodzi?". Ale to, że ktoś jeszcze nie znalazł
satysfakcjonującej relacji, nie znaczy, że związki straciły wartość. To
raczej sygnał, że tempo współczesnego życia i presja na uzyskanie
natychmiastowego efektu utrudniają nam wykazywanie się cierpliwością,
zaufaniem i otwartością - a to właśnie one przesądzają o powodzeniu. Ci,
którzy znajdują szczęście w relacji, zwykle robią coś inaczej niż
pozostali: pozwalają sobie na autentyczność, nie traktują spotkania jako
transakcji, tylko jako przestrzeń, w której można się wzajemnie zobaczyć
i usłyszeć. I choć brzmi to prosto, w świecie ghostingu taka postawa
jest naprawdę aktem odwagi.
Sylwia: A co robią nie tak ci, którzy
zostają na peronie?
Joanna: Czasem to ich wybór, czasem bolesna
konsekwencja zranień i lęków. Nie znaczy to jednak, że pociąg odjechał
na zawsze. Być może trzeba poczekać na ten właściwy i zaufać, że nawet w epoce nieustannego scrollowania prawdziwa bliskość ciągle istnieje.
Wierzę, że związek wciąż ma sens, że głęboka relacja nie jest luksusem
ani dodatkiem do życia - jest tym, co nadaje mu prawdziwy sens.
Sylwia: W swojej pracy nieustannie spotykam
szczęśliwe pary, jestem świadkiem łączenia się ludzi, którzy szukali,
tracili nadzieję, a jednak w końcu odnajdywali Swojego Człowieka.
Powiedz szczerze, czy w swoim gabinecie także słyszysz historie, które
dają nadzieję? Ludzi, którzy mimo wszystkich trudności współczesnego
świata znaleźli prawdziwą miłość?
Joanna: Tak, zdecydowanie. Jestem świadkiem
takich sytuacji i one nie są odosobnione. Towarzyszyłam wielu osobom,
które przeszły drogę od toksycznej relacji, poprzez poszukiwania, aż do
szczęśliwego finału w postaci dobrego związku i ślubu. Warto mieć
świadomość, że partnera/partnerkę można spotkać nawet w najmniej
oczekiwanym momencie.
Sylwia: Jeśli ktoś czuje się zniechęcony
swoją życiową sytuacją, to dlaczego powinien mimo wszystko sięgnąć po tę
książkę? Innymi słowy, co możemy obiecać naszym czytelnikom? Oto
odpowiedź:
Pragnienie bliskości nie zniknie tylko dlatego, że świat się zmienia.
Można próbować je zagłuszyć szybkim tempem życia, kolejną aplikacją,
następnym spotkaniem, ale ono i tak wraca. Warto postawić sobie pytanie:
kim jestem i z kim chcę iść przez życie. Nie obiecujemy gotowych recept,
ale spróbujemy nazwać to, co dzieje się dzisiaj z relacjami, i zapytać,
dlaczego tak wielu ludzi błądzi w labiryncie pragnień i lęków.
* * *
Książkę podzieliłyśmy na dwie części. Pierwsza z nich to rozmowy z ekspertami, którzy pokażą ci, że wbrew powszechnej opinii wcale nie
przeżywamy kryzysu miłości, że ludzie wciąż chcą kochać, kochają, żyją w szczęśliwych związkach, także tych z Internetu, i aktywnie szukają
miłości. Dziś robią to jednak o wiele bardziej świadomie niż kilka dekad
temu, a my powiemy, dlaczego to bardzo dobry kierunek.
Druga część książki to poradnik, dzięki któremu przyjrzysz się własnym
przekonaniom i doświadczeniom, odkryjesz, co może cię blokować, a co
wspierać na drodze do relacji. Znajdziesz tu wskazówki, ćwiczenia i inspiracje, które pomogą ci nie tylko lepiej rozumieć siebie, ale też
odważniej budować więź z drugim człowiekiem.
Ta książka nie spowoduje, że nagle ktoś spadnie ci z nieba, ale może
sprawić, że droga do bliskości stanie się prostsza. Może zainspiruje cię
do zmiany, na którą czekasz.
ROZDZIAŁ 1
MIĘDZY WOLNOŚCIĄ A SAMOTNOŚCIĄ
Samotność to czas, kiedy możesz usłyszeć własne myśli i odkryć, kim
naprawdę jesteś.
Robin Sharma
Dziesięć lat temu, gdy badano hierarchię wartości singli, na pierwszym
miejscu plasowała się rodzina (67 procent), a tuż za nią miłość (58
procent)1. Postanowiłyśmy sprawdzić, czy blisko dekadę później,
we wrześniu 2025 roku, te priorytety się utrzymały i czy uczucia nadal
zajmują tak wysoką pozycję, skoro świat się zmienił. Wyniki sondażu nas
zaskoczyły2.
Z raportu GUS Sytuacja demograficzna Polski do 2024 roku wynika, że w Polsce zmniejsza się liczba zawieranych małżeństw, a liczba rozwodów
pozostaje wysoka. W mediach coraz bardziej dominują hasła sugerujące, że
mamy do czynienia wręcz z epidemią singlozy i dramatycznym odchodzeniem
od instytucji małżeństwa. Nagłówki ostrzegają: "Epidemia singlozy się
nasila! Do 2030 roku co trzeci Polak będzie singlem"3; "Liczba
małżeństw w Polsce drastycznie spada, a cierpi na tym
dzietność"4; "Singloza w natarciu. Dlaczego coraz więcej
Polek i Polaków wybiera życie solo?"5. Z jednej strony,
demografowie ostrzegają, że to nie jest chwilowy trend, lecz symptom
głębszych przemian społecznych, z drugiej - słychać opinie, że liczba
singli wzrosła jedynie o kilka punktów procentowych na przestrzeni lat i że instytucja związku nie jest wcale na wyginięciu. My z kolei
zastanawiamy się, jakie czynniki skłaniają część osób do życia solo,
podczas gdy inna część nie wyobraża sobie takiego sposobu życia i dąży
do związku i rodziny?
Sylwia: Kiedy postanowiłyśmy zapytać singli,
dlaczego żyją w pojedynkę, w krótkim czasie pojawiło się ponad cztery
tysiące komentarzy. Ludzie tłumaczyli nam, dlaczego decydują się na
życie bez partnera. Było też sporo takich, którzy absolutnie nie widzą
siebie w roli singla. W tym rozdziale oddamy głos osobom, które żyją lub
żyły w pojedynkę, by opowiedziały, czy czują się komfortowo w roli
singla. Najpierw jednak opowiedz, jak to wygląda z twojej perspektywy -
terapeutki zajmującej się relacjami i związkami. Czy single, którzy do
ciebie trafiają, to osoby szukające potwierdzenia i zrozumienia dla
swojego wyboru życia solo, czy takie, które z jakichś powodów nie
potrafią wejść w związki i chcą temu jakoś zaradzić?
Joanna: Częściej trafiają do mnie osoby,
które chciałyby stworzyć związek, ale z jakichś powodów to się nie
wydarza. Niekiedy powodem okazuje się wynikający z doświadczeń lęk przed
zaufaniem i odrzuceniem, ale także szersze zmiany, które zachodzą w ich
mentalności. Żyjemy w bardzo szczególnych czasach, ponieważ wiele się
wokół nas zmienia, odeszliśmy od tradycyjnych ról i podziałów na typowo
kobiece czy męskie sprawy, a to z kolei powoduje wiele konfuzji. Z jednej strony, wydaje się, że to jest bardzo pozytywne. Nie chcielibyśmy
zapewne wrócić do rzeczywistości takiej jak w serialu
Czterdziestolatek. Śmieszy nas dziś widok wąsatych panów i tradycyjne
modele rodzinne na tle meblościanek. Z drugiej strony, w tamtych czasach
tworzenie, a potem życie w relacji było bardziej przewidywalne.
Konwenanse, które obecnie wyśmiewamy, troszkę nam tę przestrzeń osobistą
organizowały. Były, powiedzmy, bezpieczniejsze. Teraz często obserwuję
duże zniechęcenie, bo ludzie stali się dla siebie bardziej szczerzy i zarazem okrutni. Czasem więc już pierwsza randka może być przykrym
doświadczeniem.
Sylwia: Nastały czasy cyfryzacji, aplikacji
randkowych, portali społecznościowych. Mamy tak wiele możliwości,
których nie miały poprzednie pokolenia.
Joanna: To prawda, mamy dziś niesamowity
dostęp do innych ludzi, teoretycznie wszystko jest w zasięgu kilku
kliknięć. Ale paradoks polega na tym, że nadmiar możliwości wcale nie
ułatwia życia czy szukania partnera. Często prowadzi do przeciążenia i zniechęcenia. W aplikacjach randkowych bardzo łatwo potraktować drugą
osobę przedmiotowo, jedynie jak kolejny profil, który można przesunąć w lewo albo w prawo. A przecież tam są realni ludzie, z ich emocjami i pragnieniami. I tutaj zaczyna się problem: z jednej strony, chcemy
bliskości, a z drugiej, coraz trudniej nam się zatrzymać, skupić na
jednej osobie i spróbować zbudować coś realnego.
Sylwia: Posłuchajmy zatem, co mają do
powiedzenia single biorący udział w dyskusji. Wybrałam wypowiedzi,
których sens powtarzał się najczęściej. Agnieszka napisała tak:
"Zdecydowanie lepiej być samej. Nikt nie poucza, nikt nie marudzi, nie
trzeba nikomu usługiwać. Czasy niewolnictwa już dawno się skończyły, ale
niektórzy faceci chyba o tym nie wiedzą". Agnieszkę popiera Adam:
"Myślę, że nikt nie lubi, kiedy inni chcą mu ograniczać wolność. Ludzie
mają pełne prawo do szczęścia, radości, pasji w życiu". To brzmi, jakby
związek tylko nam coś zabierał, a nie dawał. Jakbyśmy musieli dla niego
tylko coś poświęcić.
Joanna: Te osoby widzą związek jako złego
wilka kłapiącego zębami, a tak nie powinno być. To są niestety schematy,
które tkwią w naszych głowach, czyli na przykład obraz ograniczających
ekspresję osobistą związków naszych rodziców czy dziadków, ale też
często funkcjonujących współcześnie w naszym środowisku. Bywa też, że
takie osoby same były już uwikłane w związki, które powielały ten
niechciany schemat. Często pracuję z kobietami, które, mimo iż żyjemy w XXI wieku i mamy tyle różnych udogodnień, nadal są przeładowane
obowiązkami i pozwalają na to nadmierne obciążenie.
Sylwia: Z czego to się bierze? Przecież
możemy powiedzieć: "nie, nie zrobię tego" albo "chętnie to dla ciebie
zrobię, ale ty wyręcz mnie, proszę, w czymś innym".
Joanna: To, że nie umiemy tego zrobić,
wynika z pewnych wzorców myślowych. Przykładowo: młoda kobieta, która
dopiero wchodzi w związek, obserwuje, jak funkcjonują inni. Ma w głowie,
że musi być superżoną, idealną matką i ambitną pracownicą. To wciąż echo
czasów, kiedy rzeczywiście tego się od kobiet wymagało. Z kolei ci,
którzy mają podobne doświadczenia już za sobą, teraz mówią: "nie chcę
tak żyć". Osoby takie jak Agnieszka czy Adam myślą: "Jak wejdę w związek, to nie będę mogła/mógł robić tego, co lubię, stracę wolność i wiele możliwości". Obawiamy się, że przyjemności będą poza zasięgiem, a zamiast nich pojawi się długa lista wymagań. Wyzwaniem jest stworzyć
związek na miarę swoich potrzeb, czyli taki, w którym potrafimy być
razem bez poczucia, że się zaprzecza sobie.
Sylwia: Zacytuję teraz Rafała: "Jaki facet w dzisiejszych czasach z odrobiną rozumu będzie się pchać w związek? Serce
swoje, ale bilans strat i korzyści z punktu widzenia mężczyzny jest
przerażający. Logika podpowiada, że lepiej być singlem". Tę samą kwestię
poruszyła Aleksandra, pisząc: "Bilans strat i korzyści z punktu widzenia
kobiet jest kosmiczny według mnie. Nie opłaca się być w związku".
Joanna: Słysząc te wypowiedzi, zastanawiam
się, gdzie w tym wszystkim są uczucia. Te osoby mówią o kosztach i stratach, natomiast nikt nie podnosi tematu miłości, która sprawia, że
przecież część obowiązków wykonujemy z przyjemnością. Bo chcemy. Dla
siebie i dla kogoś. Nie chodzi o to, że w momencie gdy wchodzę w związek, dostaję listę rzeczy do zrobienia i nie ma ucieczki. Że mam
deadline i wszystko musi być gotowe. Związek to jest dobrowolne
porozumienie, w które wchodzimy. I nie może tak być, że ja nic nie robię
albo robię wszystko. Przecież skoro teraz jestem singlem, no to też
muszę prać, gotować, robić zakupy, zarabiać pieniądze. Nie jest to zatem
życie całkowicie pozbawione obowiązków! Szukanie związku to nie szukanie
pracy: płacą mi za mało, więc nie przyjmę tej oferty. Relacja to jest
oczywiście również praca, ale głównie chodzi przecież o coś zupełnie
innego.
Sylwia: Trzydziestoletni Piotr pisze: "Póki
co jest fajnie w pojedynkę, nie wykluczam jednak związku, jeśli poznam
odpowiednią osobę. Nie szukam jej jednak za wszelką cenę i nie będzie mi
przykro, jeśli się nie pojawi". To jest fajne, racjonalne podejście, bez
presji?
Joanna: Tak, bo związek nie może być jedyną
opcją. Użyłabym takiej metafory: jeżeli uważamy, że partner jest obrazem
zawieszonym na gwoździu, to jeśli znika, obraz też znika, a w ścianie
sterczy taki biedny, samotny gwóźdź... czyli ja. Tak nie możemy myśleć!
Każdy z nas jest obrazem, a partner jest drugim obrazem, który pasuje do
naszego. Wspólnie tworzymy komplet. Chodzi też o umiejętność życia w pojedynkę, cieszenia się takim życiem, wstawania rano i niezaczynania
od: "Ojej, wciąż jestem taka sama, więc nie warto nawet kawy robić, a jakbym kogoś miała, to ta kawa miałaby sens". No nie, robię sobie kawę,
wstaję i zastanawiam się, jak sobie dzień urozmaicić, jak go dobrze
spędzić. Nie możemy budować swojego życia wokół partnera, który ma być
punktem centralnym, a nasza codzienność owinie się wokół niego. Nie
możemy krążyć i cały czas patrzeć, czy partner z nami jest. Nasze życie
musi być autonomiczną jednostką, która ewentualnie połączy się z drugą
autonomiczną jednostką - życiem partnera. Jako dwa pełne zbiory tworzymy
między sobą część wspólną. Oczywiście im jest ona większa, tym lepiej,
ale zawsze zostaje margines na to, co moje.
Sylwia: Głos w dyskusji zabrała też pani
Mirosława: "Kobiety napatrzyły się w dzieciństwie i młodości na swoje
matki i ojców. Kiedy to ojciec wracał zmęczony, a na stół wjeżdżał
dwudaniowy obiad z kompotem, a potem w ciszy i spokoju wykładał się z gazetą na kanapie. Rano wyjmował z szafy czystą koszulę i skarpetki.
Dzieci były odchowane, dom posprzątany, zakupy zrobione i ten ojciec
nigdy nie pomyślał nawet, kto to wszystko zrobił. I córki postanowiły,
że nie będą kontynuować takiego życia".
Joanna: To jest często spotykana sytuacja,
ale można ją odwrócić. Rozmawiałam kiedyś z młodą dziewczyną,
dziennikarką, która miała bardzo bogate życie zawodowe i wiele
zainteresowań. Weszła w związek z mężczyzną, który był wychowany w bardzo tradycyjnym domu. To nie ona się napatrzyła na to, jak mama
wszystko robi, tylko on miał takie oczekiwania.
Sylwia: Czyli to on wymagał od partnerki, by
zajęła się wszystkimi domowymi obowiązkami?
Joanna: Tak, bo w jego domu było właśnie
tak, że tata pracował, a mama nie. Czekał na niego ten zastawiony stół,
tak jak cytujesz, z dwudaniowym obiadem i kompotem. I tenże chłopak
zaczął zgłaszać pretensje: "A gdzie obiad?", "Ale jak to, jemy drugi raz
to samo?". Niestety, małżeństwo nie przetrwało, ponieważ okazało się, że
kobieta i mężczyzna nie mogą w kwestii obowiązków dojść do porozumienia.
Ona nie miała czasu dla siebie, ciągle robiła coś dla innych i nie
otrzymywała żadnych dowodów wdzięczności, bo to jej rola. Ona nigdy nie
słyszała: "Słuchaj, kochanie, dziękuję ci za ten cudowny, pyszny obiad i za ten kompot i w ogóle jesteś cudowna", tylko po prostu ten obiad był
zjadany, talerz zostawiony na stole i tyle. Nie ma więc co się dziwić,
że dziewczyny mówią: "Nie, ja w to nie wchodzę".
Sylwia: Pewien mężczyzna po pięćdziesiątce
pisze natomiast tak: "Miałem 45 lat i na swój sposób poukładane życie
rodzinne. Żona po drugiej stronie, dziecko niemal pełnoletnie. Doszedłem
do wniosku, że nie opłaca mi się wchodzić w żadne nowe relacje. Szkoda
czasu, zdrowia, energii i zasobów. Dziś mam 54 lata i coraz bardziej
podoba mi się mój wybór. Mam to, czego potrzebuję do życia, i nie widzę
powodu, by kogoś nowego zapraszać do mojej rzeczywistości". Widzimy tu
zdrową formę akceptacji własnej sytuacji czy raczej mechanizm, który
chroni przed lękiem albo ponowną bliskością?
Joanna: Na pewnym etapie życia osiągamy
pewien status, nie tylko materialny, ale także życiowy. I niekoniecznie
chcemy go burzyć, wprowadzać w życie, jak nam się czasem wydaje,
bałagan. Jesteśmy też bardziej skłonni zaakceptować rzeczywistość,
docenić to, co mamy. Przede wszystkim też nie przejmujemy się już tak
bardzo tym, co myślą i mówią o nas inni. Znika presja i to, co niby
"muszę", "powinienem". Według mnie druga osoba jest nam mimo wszystko
bardzo potrzebna. I to nie dlatego, żeby nam podała tę szklankę wody,
której brakiem tak nas straszą ci, którzy są w związkach: "Zobaczysz,
będziesz żałować, bo zachorujesz i nikt ci nie poda nawet szklanki
wody". Nie o to przecież chodzi. Taki 54-latek, który ma dorosłe dzieci,
a przed sobą wiele lat życia, powinien sobie zadać pytanie, czy naprawdę
nie ma już potrzeby, żeby z kimś się podzielić wrażeniami,
przyjemnościami, nadziejami. Ja bym kogoś takiego poszukała, ale każdy
ma prawo do własnego zdania.
Sylwia: Znam podobną sytuację. Kobieta po
czterdziestce z odchowaną córką poznaje świetnego mężczyznę i wszystko
im gra. W pewnym momencie z jego strony pada propozycja, by razem
zamieszkać, spróbować prawdziwego życia we dwoje. On został wdowcem w młodym wieku i czuł, że jest gotowy na kolejny poważny związek. I kiedy
do niej dotarło, że jakiś mężczyzna po 20 latach samotnego życia chce
jej się wprowadzić do mieszkania, poprzestawiać ulubione książki,
porozrzucać swoje rzeczy w łazience, stwierdza, że nie jest w stanie
tego zaakceptować. O wyprowadzce do niego też nie chce słyszeć. Nawet
nie próbuje, mimo że świetnie się dogadują i spotykają od ponad roku.
Cóż stoi na przeszkodzie, by sprawdzić, jak im będzie?
Joanna: Zastanawiam się, czy aby na pewno
chodzi o to, że ktoś będzie w mojej łazience przestawiał kosmetyki na
półeczce. Wygląda to raczej na lęk przed pełną otwartością, przed
spróbowaniem, zaufaniem, przed sytuacją, że ktoś na stałe wejdzie w moją
przestrzeń. Bo jeżeli jesteśmy z kimś w bezpiecznej odległości, to
bardziej kontrolujemy sytuację, wszystko odbywa się na naszych zasadach.
A kiedy już kogoś wpuszczamy do domu i pozwalamy mu zająć połowę szafy,
to i zaufanie musi być większe. Ale bez tego nie da się stworzyć
związku.
Sylwia: A co powiesz na punkt widzenia
opisany przez Beatę: "Ja tam ozdoby na tapczan nie potrzebuję, jestem
niezależna i nikogo nie będę obsługiwać"?
Joanna: Widzę, że kontynuujemy wątek
wzorców. Beata wyobraża sobie partnera jako faceta z pilotem od
telewizora w dłoni i w nieświeżej podkoszulce, którą trzeba będzie mu
wyprać. Taki ma obraz, nie dostrzega innego wariantu. Tak jakby nie
brała nawet pod uwagę, że to nie jest jedyny typ mężczyzny, jakiego może
spotkać. Fajnie, że ktoś wie, jakiego partnera dla siebie nie chce, ale
warto się zastanowić, jakiego w takim razie chce. Może takiego, który co
prawda będzie sobie siedział na tym tapczanie, ale rozmawiając z nią na
jakieś ciekawe tematy? Albo takiego, co wstanie i chętnie coś dla niej
ugotuje. Albo będzie ją wyciągał z domu na fantastyczne wycieczki. Tacy
też są, naprawdę! Czasami trzeba tylko troszkę wyjrzeć poza
ograniczające wzorce i dotychczasowe doświadczenia.
Sylwia: W naszej dyskusji nie mogło
zabraknąć wątku finansowego. Jędrek pisze: "Dziś utrzymanie rodziny,
szczególnie żony, jest bardzo kosztowne. Wielu mężczyzn stać na to, ale
wolą wydawać pieniądze na coś innego, żyć po swojemu, a nie według
nakazów i obowiązków oraz wygórowanych wymagań żony, a potem dzieci".
Joanna: No i znowu schematy! Pytanie
pierwsze brzmi, skąd się one wzięły. Myślenie o kobietach, że to są
księżniczki, którym trudno dogodzić, i że żaden nieszczęsny facet nigdy
nie sprosta ich wymaganiom, nie wzięło się z powietrza. Zapewne Jędrek
musiał poznawać takie właśnie kobiety albo obserwować je w swoim
otoczeniu. A przecież wystarczy sobie znaleźć taką partnerkę, która nie
ma wygórowanych oczekiwań materialnych. Pytanie, dlaczego ktoś wybiera
wciąż ten sam typ osoby i jakby utwierdza się w swoim podejrzeniu, że
znowu tak będzie.
Sylwia: "Kto nigdy nie ufa, będzie oszukany"
- powiedział Leonardo da Vinci.
Joanna: Tak, bo jeżeli się czegoś boimy,
przyciągamy to do siebie na zasadzie pewnej prowokacji. To tak, jakbyśmy
mieli na głowie neon: "wszystkie kobiety są interesowne". I kto na taki
przekaz zareaguje? Kobieta, która nie jest materialistką, obejdzie go
szerokim łukiem, nie chcąc być wrzuconą do worka z napisem "lecę na
pieniądze". Można powiedzieć, że jeżeli rzeczywiście w coś głęboko
wierzymy, to życie działa na zasadzie: mówisz i masz.
Sylwia: Nie zliczę, ile razy w swoich
artykułach powtarzasz, że dostajemy to, czego oczekujemy.
Joanna: Bo sami jesteśmy kreatorami
sytuacji, które pojawiają się w naszym życiu. Pytam czasem moich
klientów z takimi utrwalonymi ograniczającymi przekonaniami w głowie:
"Słuchaj, a czy wszystkie kobiety z twojej rodziny są takie
interesowne?". I wtedy słyszę: "No nie, nie, moja mama i moja siostra są
w porządku". Pytam więc dalej, czy zna jakieś inne, które nie są
interesowne. I słyszę, że tak. No więc zadaję ostatnie pytanie: "Na
jakiej podstawie twierdzisz więc, że wszystkie kobiety są wyrachowane?".
Lubimy używać zwrotów: "wszyscy mężczyźni", "wszystkie kobiety",
"nigdy", "zawsze". I właśnie takie uogólnienia bardzo nas frustrują.
Warto się nad tym zastanowić albo pogadać z kimś bliskim o swoich
negatywnych wyobrażeniach, aby uświadomić sobie, że nie mamy racji.
Sylwia: Czas na wypowiedź Mariusza: "Ludzie
łatwo się poddają, idą na łatwiznę, nie chodzą na kompromisy, znajdują
wymówki na wszystko. Problemów się nie rozwiązuje, tylko się je
bagatelizuje. Kiedyś skarpetki się cerowało, dziś się wyrzuca i kupuje
nowe. Podobnie jest z obecnymi związkami". To bardzo częsty wątek w dyskusjach, które prowadzą single.
Joanna: Na pewno coś w tym jest, choć w sumie to dobrze, że tych nieszczęsnych skarpetek już nie musimy cerować.
Co prawda, jak spojrzymy na wysypiska śmieci, to może czasem powinniśmy.
Co do związków, tutaj jest pewna rozbieżność poglądów. Niektórzy
uważają, że nad związkiem trzeba nieustannie pracować, ale ja nie do
końca tak myślę. Bo nie chodzi o ciągłą pracę, lecz zwykłe dogadywanie
się. A jeśli dogadać się nie można, to pytanie, czy trzeba robić to na
siłę i naprawiać coś, co jest od początku zepsute. Czy nie lepiej
poszukać czegoś sprawnego, czyli partnera, z którym jest nam po prostu
dobrze, a nie takiego, który wciąż musi się zmieniać, lub my musimy, bo
w prosty sposób się ze sobą nie zgadzamy? Bo wtedy to nie jest praca nad
związkiem, tylko walka o przetrwanie. A związek nie powinien być polem
walki. Oczywiście, zawsze będą różnice, które wymagają rozmowy czy
kompromisu, ale jeśli relacja od początku opiera się na ciągłym wysiłku
i poczuciu niedopasowania, to znak, że może lepiej odpuścić. Prawdziwa
bliskość polega na tym, że przy drugiej osobie czujemy się swobodnie,
nie musimy udawać ani chodzić na palcach. Wtedy związek rozwija się
naturalnie, bez nieustannego cerowania dziur, które i tak będą się
pojawiały na nowo.
Sylwia: Chcesz powiedzieć, że osoby, które
dają mnóstwo szans i wciąż naprawiają, popełniają błąd?
Joanna: Często używam takiej metafory:
gdybyś kupowała samochód, to czy wybrałabyś świadomie taki, który co
drugi dzień nie odpala? Pewnie nie. No to z jakiego powodu jesteś w związku, w którym wciąż nie czujesz się spokojna, bo non stop coś w silniku zgrzyta?
Sylwia: No właśnie, tylko na jakim etapie
zrezygnować z naprawiania?
Joanna: Jeżeli związek od samego początku
okazuje się w jakiś sposób trudny i obciążający, myślę, że nie ma
powodu, żebyśmy mieli w niego brnąć i zwodzić się myślą, że kiedyś
będzie pięknie. Rozumiem z kolei, że związek, który był dobry i wartościowy, mógł wejść w kryzys. A ten jest po to, żeby coś
zweryfikować. Albo odkrywamy, że mimo wszystko nadal chcemy być w tym
związku i jak coś się popsuło, to wspólnie - bardzo ważne słowo -
naprawiamy. Czasem jednak w wyniku kryzysu możemy dojść do wniosku, że
chcemy zakończyć związek. I również mamy do tego prawo. Jeszcze inna
jest sytuacja w przypadku osób, które wciąż wchodzą w problematyczne
związki i mają kłopot ze stworzeniem relacji długoterminowej. Zwykle
chodzi o to, że powinny coś przerobić, popracować nad sobą, a najlepiej
zrobić to, korzystając z pomocy eksperta.
Sylwia: Często słyszę głosy, że media
promują duże dzieci żyjące bez zobowiązań, bez kręgosłupa moralnego. Że
dziś to takie modne być kochankiem czy kochanką.
Joanna: Jasne, takie opinie pojawiają się
często. Ale może, zamiast wciąż mówić, czego nie powinniśmy promować,
warto się zastanowić, co warto pokazywać. Może by tak zacząć promować
miłość, partnerstwo, przyjaźń, rodzinę, troskę i wrażliwość.
Rzeczywiście, część seriali czy programów mocno eksponuje życie singli
czy luźne podejście do relacji, ale przecież to nie jest cała prawda o relacjach. Z drugiej strony, pewnych procesów społecznych już nie można
odwrócić. Wyobraziłam sobie teraz, że mamy same takie seriale, w których
wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Poznali się, pobrali się, mieli dzieci
i tak dalej. Żyjemy jednak w innej rzeczywistości i po prostu musimy
umieć sobie w niej radzić. Część z nas pójdzie za głosem, że po co się
wiązać, po co sobie robić jakieś problemy w życiu, lepiej żyć na własną
rękę. Ale jest też część, która potrzebuje związku, bo uznaje miłość za
coś szalenie ważnego. Potwierdziło nam to między innymi badanie, o którym wspomniałyśmy na początku rozdziału. Wyszło z niego, że większość
ankietowanych (78 procent) uważa miłość za największą wartość życia.
Widać więc, że co innego deklarujemy, co innego piszemy w mediach
społecznościowych, a jeszcze co innego myślimy i robimy. Wracając do
wypowiedzi Mariusza o tym, że ludzie teraz idą na łatwiznę, w związkach
nie chodzi o to, by na siłę je cerować, kiedy od początku są dziurawe,
rzecz raczej w tym, by umieć rozpoznać, kiedy warto się starać, a kiedy
odpuścić. Bo prawdziwa bliskość to nie ciągłe starania, tylko bycie ze
sobą w taki sposób, który daje siłę, a nie odbiera energię.
Sylwia: Bardzo ładnie podsumował to jeden z mężczyzn biorących udział w dyskusji: "Jestem 15 lat w małżeństwie, a moja żona nie jest kimś, kto robi wrażenie na kumplach, ale równorzędnym
partnerem w życiu. Tu chodzi o budowanie budynku życia na solidnych
fundamentach, a nie kartonowej atrapy". Mnie osobiście bardzo cieszą
takie wypowiedzi, bo pokazują, że nie jest tak, jak niektórzy single
sugerują: że "związki umierają", że "wszyscy chcą tylko żerować na tej
drugiej osobie".
Joanna: Trzeba wziąć pod uwagę, że osoby,
które podają w wątpliwość sens bycia w związku czy jakość życia
uczuciowego, są bardziej skłonne do komentowania i wyrażania negatywnych
opinii, szczególnie w mediach społecznościowych. A u tych w szczęśliwych
związkach, czy u spełnionych singli, raczej nie pojawia się impuls do
zabierania głosu.
Sylwia: Trzeba pamiętać, że część singli ma
swoje powody, by podawać w wątpliwość sens kolejnych związków. Może w tym miejscu oddajmy głos kolejnej osobie. Sandra pisze: "Jestem
singielką, ale przede wszystkim samotną mamą. Z naciskiem na samotną, bo
córkę kocham nad życie, ale bardzo brakuje mi bliskiego sercu faceta,
który byłby przy mnie. Bywa ciężko, ale wolę tak, niż żyć w toksycznym
związku. Moje dziecko widzi w miarę szczęśliwą mamę, a nie zatroskaną i płaczącą, a to najważniejsze. Z jednej strony, bardzo chcę kogoś poznać,
ale z drugiej, kolejna porażka jest mało kusząca".
Joanna: Sandra bardzo trafnie wyraża dylemat
wielu samotnych matek: między tęsknotą za bliskością a lękiem przed
kolejnym zawodem. W gabinecie często spotykam kobiety, które opowiadają
podobne historie; mówią, że chciałyby znowu otworzyć serce, ale w tym
samym zdaniu dodają: "nie mogę sobie pozwolić na kolejny błąd". To brzmi
tak, jakby wybór partnera był nie tylko kwestią osobistego szczęścia,
ale też odpowiedzialnością wobec dziecka. I tak właśnie jest w przypadku
Sandry. Wybiera samotność, ale nie dlatego, że jej chce, tylko dlatego,
że się boi, iż cena za bliskość okaże się zbyt wysoka. Samotne matki
często czują się rozdarte: potrzebują partnera i jednocześnie strzegą
swojego świata jak twierdzy. Warto jednak, by posłuchały sugestii, że
nie muszą wybierać między samotnością a toksycznym związkiem. Istnieje
trzecia droga, czyli relacja, która wnosi do życia więcej spokoju niż
lęku. Aby ją odnaleźć, najpierw trzeba uwierzyć, że jest się w stanie
nie powtórzyć dawnego błędu.
Sylwia: Ważną kwestią są też realia, jakie
zastają single w dużych miastach i w małych miejscowościach, gdzie jest
mniej okazji do zawierania nowych znajomości, a jednocześnie większa
presja społeczna. Michał mówi: "W małym mieście bycie singlem to temat
plotek. Nie chcę z nikim być tylko po to, żeby uciszyć otoczenie. Ciągle
się czuję obserwowany, co jeszcze bardziej mnie spina. Poza tym pracy
jest tyle, że na szukanie kobiety czasu jest zdecydowanie za mało".
Joanna: Michał sygnalizuje coś, co w dużych
miastach często umyka: presję otoczenia. Bycie singlem w Warszawie lub
we Wrocławiu oznacza wolność wyboru, w małej miejscowości - etykietkę
dziwaka lub nieudacznika. W efekcie zamiast autentycznych poszukiwań
pojawia się mechanizm obronny: zamknięcie się, unikanie, uciekanie w pracę, byle tylko nie musieć mierzyć się z pytaniami i spojrzeniami. Ta
presja społeczna nie jest błahostką, dotyka poczucia wartości i naturalnej potrzeby akceptacji. Michał mówi, że nie chce być z kimś dla
świętego spokoju, i to ważne. Ale to, że w ogóle musi to podkreślać,
pokazuje, jak bardzo zewnętrzne oczekiwania wchodzą w intymny obszar
jego życia. Paradoksalnie, im bardziej środowisko naciska, tym trudniej
jest mu się otworzyć. Bo przecież prawdziwa bliskość nie rodzi się z przymusu, lecz z wyboru. A do wyboru potrzeba przestrzeni i oddechu -
czegoś, czego w małych społecznościach często brakuje.
Sylwia: Single, którzy dopiero zaczynają
dorosłe życie, często odkładają związki na później, bo priorytetem są
studia, kariera, podróże. "Mam 26 lat i nie czuję potrzeby wchodzenia w związek. Wolę poznać siebie, rozwinąć się, a dopiero potem myśleć o partnerze". I kolejny: "Jestem singielką z wyboru. Kocham swoje życie,
ale nie jestem wrogiem związków. Jeśli spotkam kogoś, kto będzie do mnie
pasował - świetnie. Jeśli nie - też będzie dobrze".
Joanna: Za tymi wypowiedziami kryje się
ważna zmiana w mentalności młodego pokolenia. Ich singielstwo nie jest
brakiem, lecz świadomą decyzją: żeby nie wchodzić w relacje z byle kim,
żeby nie powielać błędów rodziców, żeby najpierw stworzyć siebie, a dopiero potem - nas. Wielu starszym trudno to zrozumieć. Dla nich brak
partnera równa się porażce, bo tak zostali wychowani. Tymczasem młodzi
coraz częściej mówią: "Związek nie jest celem samym w sobie, ale jedną z dróg". To nie znaczy, że nie chcą bliskości; raczej, że chcą jej na
innych zasadach, bez kompromisów, które ranią. I choć oczywiście
istnieje ryzyko, że w tym odkładaniu życia na później umknie im coś
ważnego, to jednak jest w tym też mądrość: by nie traktować relacji jak
obowiązku, lecz jak wybór. I może właśnie dzięki temu ludzie obecnie
mają większe szanse na związki, które będą naprawdę sycące, a nie tylko
poprawne.
WNIOSKI
To, co wyłania się z tych przytoczonych głosów i doświadczeń, to ogromna
różnorodność powodów, dla których wybieramy życie solo lub w związku.
Jedni widzą w relacji ograniczenia, inni szansę na rozwój i bliskość.
Niektórzy chronią się przed powielaniem schematów, inni z kolei
rezygnują ze związku z obawy przed utratą komfortu, na który ciężko
zapracowali. A jednak w tym gąszczu sprzecznych przekonań i historii
jest coś wspólnego - pragnienie życia w zgodzie ze sobą. W gruncie
rzeczy nie chodzi więc o to, czy wybierzemy samotność czy bliskość, ale
o to, by nasza decyzja była świadoma i dawała poczucie sensu. Bo tylko
wtedy możemy mówić o prawdziwej wolności, nie tej wynikającej z lęku,
schematów czy kalkulacji, ale z odwagi, by żyć po swojemu.
Prawdziwa bliskość to nie ciągłe starania, tylko bycie ze sobą w taki
sposób, który daje siłę, a nie odbiera energię.
A jeśli dogadać się nie można, to należy zadać sobie pytanie, czy
trzeba robić to na siłę i naprawiać coś, co jest od początku zepsute.
Dostajemy to, czego oczekujemy.
ROZDZIAŁ 2
MIŁOŚĆ MA SIĘ CAŁKIEM DOBRZE
Nie chodzi o to, by mieć wiele relacji, ale by mieć relacje, które mają
znaczenie.
Brené Brown
Jeszcze niedawno pytanie większości singli brzmiało: "Dlaczego nie mam
partnera?". Szukanie drugiej połówki wydawało się naturalnym, wręcz
obowiązkowym etapem w życiu dorosłego człowieka. Dziś coraz częściej
spotykamy się z inną refleksją: "Czy w ogóle potrzebuję związku, a jeśli
tak, to na jakich zasadach chcę go tworzyć?". To znak naszych czasów.
Wychodzimy z dawnych schematów, w których samotność traktowano jako
życiową porażkę, a związek jako jedyną drogę do spełnienia. Coraz
wyraźniej widać, że relacja staje się nie obowiązkiem, ale świadomym
wyborem, jedną z wielu możliwości układania własnego życia.
O tym, jak ta zmiana wpływa na singli, rozmawiamy z dr Julitą Czernecką, socjolożką, wykładowczynią
akademicką i badaczką współczesnych stylów życia, która od ponad 20 lat
zajmuje się tematyką relacji i przemian społecznych, analizując, w jaki
sposób zmieniają się oczekiwania wobec związków i bliskości. Jest
autorką książek i artykułów naukowych poświęconych życiu w pojedynkę, a także jego konsekwencjom. Jej perspektywa łączy w sobie wiedzę naukową i pracę gabinetową, dzięki czemu pokazuje, jak wybory singli wpisują się w szerszy obraz przemian kulturowych i jakie mają znaczenie dla
przyszłości relacji międzyludzkich.
Sylwia: Eksperci różnych dziedzin coraz
częściej alarmują i straszą nas, że zamieniamy się w społeczeństwo
singli. Czy z twojej perspektywy to właśnie tak wygląda?
Julita: Spis powszechny z 2011 roku, a także
ten ostatni z 2021 roku pokazują, że liczba singli w Polsce zwiększyła
się tylko o dwa punkty procentowe. Można więc powiedzieć, że jest
tendencja wzrostowa, ale nie jest ona na tyle duża, by bić na alarm.
Szczególnie że obecnie mamy zupełnie inne pokolenie, które paradoksalnie
o wiele łatwiej wchodzi w związki niż poprzednie. To w sferze relacji
największe pokłosie transformacji w Polsce w latach 90. Trzeba też
pamiętać, że mamy permanentnych singli, którzy żyją samotnie od
dwudziestki czy trzydziestki, a dziś mają już po 50 czy 60 lat.
Sylwia: A jak zmienił się obraz i opinie na
temat singli w przestrzeni publicznej?
Julita: Analizowałam przez ostatnie 20 lat
obraz singli w mediach i powiem wam, że niewiele się zmieniło. Jestem
niezmiennie zdziwiona, z jak małą wrażliwością pisało się o singlach na
przykład w 2002 czy 2003 roku w "Polityce", "Newsweeku" czy we "Wprost".
Wtedy obraz tych osób był mniej więcej taki, że to egoista, egocentryk.
Singielstwo opisywane było zwykle jako zjawisko wielkomiejskie i związane z szybką karierą. Singiel był pokazywany jako ktoś samolubny,
przy czym inaczej traktowano mężczyzn, a inaczej kobiety. I to jest cały
czas aktualne, bo kiedy przeprowadziłam 15 lat później badania, to było
podobnie. Singielki postrzegano zdecydowanie lepiej - jako bardziej
samodzielne, zaradne, zorganizowane. Single z kolei byli określani jako
mężczyźni, którzy gdzieś utknęli - jak dzisiejsi incele6 -
którzy wciąż mieszkają z rodzicami albo zachowują bardzo silne relacje z mamami, czyli takie maminsynki. W kontraście do nich pokazywano też
bardzo skrajny rodzaj singli playboyów, łamiących damskie serca,
lubiących szybkie życie i stawiających ponad wszystko seks bez
zobowiązań, bez żadnych związków.
Sylwia: Czy mamy dziś większą świadomość
samego pojęcia "singiel" i wiedzę na jego temat?
Julita: Zdecydowanie tak! Kiedy robiłam
swoje pierwsze badania 20 lat temu i chciałam je także przeprowadzić na
wsiach czy w małych miastach, to tam absolutnie nikt z pojęciem
"singiel" się nie utożsamiał. Ludzie mówili o sobie "stary kawaler" czy
"stara panna". Natomiast dzisiaj, po dwóch dekadach, ten singiel już
funkcjonuje. Określa tak siebie i samodzielna mama, i osoba po
rozwodzie, i 40-latek, i 70-latka. Mówi tak o sobie ktoś, kto mieszka w małej miejscowości i w dużym mieście. Obraz zatem musiał się zmienić, bo
wzrosła świadomość ludzi na temat tego, czym jest bycie singlem. I nie
zapominajmy o tym, że do singielstwa prowadzą dwie ścieżki. Pierwsza, do
której niełatwo się przyznać, jest efektem wielu naszych (nietrafionych)
wyborów. I druga - kiedy trochę wybrał za nas los, bo nie spotkaliśmy
nikogo, kto chciałby z nami być ani z kim my chcielibyśmy być, i w końcu
uznaliśmy, że "nie ma dziś fajnych facetów", "nie ma dziś fajnych
dziewczyn".
Sylwia: No dobrze, ale badania z 2024 roku
mówią o tym, że jednak tych singli z roku na rok mamy coraz więcej. Ty
mówisz o dwóch punktach procentowych, ale demografowie biją na alarm, bo
mamy coraz więcej właśnie jednoosobowych gospodarstw domowych, coraz
mniej małżeństw i coraz mniej dzieci. Straszą nas trochę na wyrost?
Julita: Głównie straszą medialne nagłówki. A ja powiem całkiem szczerze, opierając się na liczbach, że Polska wcale
nie idzie w strasznie złym kierunku ani nie powiela jakiejś groźnej
tendencji występującej na Zachodzie. Warto sprostować, że owszem, mamy w Polsce coraz więcej jednoosobowych gospodarstw domowych, ale to nie
znaczy, że jest coraz więcej singli. To znaczy tyle, że niektórzy mają
więcej pieniędzy i mogą sobie po prostu kupować mieszkania. Czasem one
są na wynajem, czasem są dla związków typu LAT, czyli living apart
together. I to jest naprawdę powszechne zjawisko. Kolejny fakt: w Polsce spada wprawdzie poziom zainteresowania małżeństwami
sformalizowanymi, za to związki kohabitacyjne mają się bardzo dobrze i wciąż ich przybywa. Obecnie mniej więcej co czwarte dziecko w naszym
kraju rodzi się ze związku kohabitacyjnego7. A wspomniany problem dzietności to całkiem osobny temat, bo jest masa
uwarunkowań, dlaczego młode kobiety nie chcą mieć dzisiaj dzieci. I to
nie dotyczy tylko singielek, bo singielki mają również pomysły na to,
żeby być samodzielnymi mamami, choćby przez in vitro.
Sylwia: Skąd zatem te krzyczące nagłówki, że
stajemy się społeczeństwem singli?
Julita: Frustruje mnie, kiedy dziennikarz mi
mówi: "No ale, proszę pani, osiem milionów singli jest w Polsce". A ja
wtedy pytam: czy pan przypadkiem nie liczy 80-letniej pani, która jest
wdową od 10 lat, i 18-latka, który mieszka z rodzicami i w tej chwili
jest po prostu w stanie bezżenności? Może warto więc zwrócić uwagę na
to, że z jednej strony nagłówki krzyczą o samotności, a z drugiej strony
mamy do czynienia z zakłamanymi statystykami, bo singlem można nazwać i wdowę w podeszłym wieku, i 20-letnią szczęśliwą singielkę. Pamiętajmy
też, że kobiety żyją przeciętnie 10 lat same, nawet jeśli były w małżeństwach, bo 82 lata to jest statystycznie wiek śmierci kobiet w Polsce, a mężczyzn - 71 lat, więc na dekadę kobieta zostaje sama. Wrzuca
się do tego samego worka osoby, które do 30. roku życia mieszkają z rodzicami, ale są bezżenne. Natomiast my jako badacze nie wiemy, czy oni
mają związki, czy nie, bo różnie z tym bywa. Czasem mieszkają przecież w parze, ale w domu rodziców - bo rodzice mają dom, no to młodzi zajmują
jakiś pokój.
Sylwia: To w którą stronę zmierzamy jako
społeczeństwo, jeśli chodzi o związki?
Julita: Jesteśmy na pograniczu kultury
Zachodu i Wschodu, więc mamy takie wewnętrzne rozdarcie. Wartości
rodzinne cały czas są w czołówce, ale walczą z tymi
indywidualistycznymi. Myślę, że młodsze pokolenia bardziej sobie
poukładały kwestie związków, ponieważ mają mniej materialistyczne
podejście niż na przykład pokolenie 40-latków. Kiedy rozmawiam ze swoimi
studentami, którzy prowadzą badania do prac licencjackich, dowiaduję
się, że ci młodzi ludzie nie mają ambicji budowania domu, bo wystarczy
im małe mieszkanie i używany samochód. Dla nich "posiadać więcej" nie
oznacza, że jest się kimś lepszym. Oni wolą mieć czas wolny, między
innymi na związki, przyjaźnie, wszelkiego rodzaju relacje. Nie chcą
tracić życia tylko na pracę. To jest w tej chwili ogromny trend, który
zasadniczo zmieni oblicze naszej rzeczywistości.
Sylwia: Czytałam nie tak dawno w "Newsweeku"
artykuł Rodzice kontra młodzi8, w którym opisano zderzenie
oczekiwań starszego pokolenia z młodszym. Ci starsi nazywają tam młode
pokolenie "leniami", "wygodnymi singlami", na co młodzi odpowiadają, że
nie będą pracować po nocach jak ich rodzice, że wolą mieć mniej
pieniędzy, ale więcej czasu na własne sprawy. Co z kolei starsi oceniają
jako lenistwo. Wyraźnie więc zmieniają się priorytety. Jak one wpływają
na relacje i decyzje o związkach?
Joanna: To, co mówisz, napawa mnie
optymizmem. I pokrywa się z tym, co obserwuję w gabinecie. Kiedyś było
tak, że rodzice pytali: kiedy przyprowadzisz chłopaka albo dziewczynę?
Była presja, było poczucie niedopasowania do reszty społeczeństwa,
myślenie: co jest ze mną nie tak, że ja jestem sama, wszyscy już mają
dzieci, rodziny, a ja nie. Natomiast w tej chwili ludzie są bardziej
zainteresowani jakościowymi relacjami, a nie byciem w jakimkolwiek
związku. Do gabinetu przychodzą osoby, które zauważają, że powtarzają
się im modele związków, które nie dają satysfakcji, są albo płytkie,
powierzchowne, albo nietrwałe. Poszukują drogi wyjścia z ograniczającego
schematu. Tym osobom zależy, aby zrozumieć źródła problemów i znaleźć
rozwiązanie. Chcą stworzyć związek dobry jakościowo. Nie chcą w relacji
cierpieć.
Sylwia: Nie jest więc prawdą, że nie
jesteśmy zainteresowani związkami czy założeniem rodziny?
Joanna: Absolutnie nie. Mamy w tej chwili
raczej do czynienia z wyzwaniem międzypokoleniowym. Nie chcemy, by
związki polegały na tym, że się dorabiamy, budujemy domy, bierzemy
kredyty, zajeżdżamy się w pracy, by mieć więcej. To było jeszcze 10 czy
20 lat temu. Obecnie oczekujemy satysfakcji z życia, z bycia razem.
Julita: Nie można też pominąć faktu, że
wiele osób dotknął kryzys psychiczny, szczególnie dotyczy on osób do 25.
roku życia. Jest to w znacznej części pokłosie pandemii, ponieważ dla
osób 40- czy 50-letnich ten czas izolacji był niewielkim wycinkiem ich
życia, ale już dla 16-latka taka przerwa, niemal całkowite zatrzymanie
relacji miały ogromne znaczenie. Wzrosła też niesamowicie świadomość
młodych wobec wszelkich dysfunkcji, różnych zaburzeń osobowości. Oni,
kiedy przychodzą do mnie, to są już zdiagnozowani, przygotowani do tych
rozmów. Niezależnie od tego, czy pracuję z dziewczyną, która jest
zatrudniona w Lidlu w dziale obsługi, czy z osobą zajmującą stanowisko
dyrektora albo menedżera, ich życiowe dylematy są bardzo podobne. Patrzę
na te wszystkie współczesne trendy bardziej optymistycznie, a kiedy
słyszę o "końcu miłości", to mam w sobie niezgodę. Bo nie uważam, że
ludzie przestają się spotykać czy prowadzić bezpośrednie rozmowy.
Obserwuję mnóstwo oddolnych inicjatyw i grup skrzykujących się w Internecie, które bardzo chcą się spotykać. Uważam, że w tej chwili
ludzie mają ogromną potrzebę spotkań, następuje wręcz powrót do wartości
cenionych w przeszłości, kiedy to relacje twarzą w twarz liczyły się
najbardziej.
Sylwia: Masz na myśli czasy, kiedy takie
portale jak Sympatia nie skupiały się tylko na działaniach online, bo
ludzie wręcz oczekiwali organizowania spotkań w realnym życiu, a nie
tylko wirtualnym?
Julita: Doskonale je pamiętam! Były różne
eventy, imprezy dla singli, rejsy statkiem do Szwecji, szybkie randki. A potem Tinder spowodował, że ludzie się zniechęcili do zawierania
znajomości online, i mają teraz ochotę, by wróciło to, co było przed
Tinderem. Chcą się spotykać face to face.
Joanna: Mamy też renesans biur
matrymonialnych, czyli tych klasycznych, wydawałoby się - starych i nudnych kanałów. A jednak wiele osób odkrywa w nich coś bezpiecznego.
Mają poczucie, że ktoś zweryfikuje potencjalnych partnerów, pomoże ich
dopasować, a nie tylko zostawi wybór algorytmowi. To jakby powrót do
korzeni, czyli spotkań aranżowanych, tyle że z nowoczesnym podejściem i większym zrozumieniem ludzkich potrzeb. I co ważne - to wcale nie stoi w sprzeczności z randkowaniem online. Wręcz przeciwnie, wiele osób
traktuje aplikacje i portale jako pierwszy krok, a potem coraz bardziej
docenia realne spotkania. Te dwie drogi pięknie się dziś przenikają i mogą się wzajemnie wzmacniać.
Sylwia: Nie mamy dziś jednej, narzuconej z góry drogi do nawiązywania relacji. Każdy może wybrać i iść tą ścieżką,
która mu najbardziej pasuje. Dla jednych to spotkania twarzą w twarz,
dla innych najpierw kliknięcie w aplikacji. I to jest w tym wszystkim
najfajniejsze - że nie ma jednej recepty na bliskość.
Obserwuję jednak, że nie zawsze single chcą związku. Może to specyfika
mojej pracy i codziennego zderzenia z komentarzami, choćby na Facebooku,
dotyczącymi postrzegania życia w związku i jako singiel. Często czytam:
"żadnych związków więcej", "związek to tylko cierpienie", "związek to
tylko poświęcenie", "partner wyciśnie mnie jak cytrynę i zniknie",
"partnerka odejdzie z dzieckiem, a ja zostanę z alimentami"9. Jest sporo rozczarowania i braku nadziei.
Joanna: Z jednej strony chcemy bliskości, a z drugiej - coraz trudniej nam się zatrzymać, skupić na jednej osobie i coś zbudować.
Julita: Tu duże znaczenie ma przede
wszystkim specyfika samego Facebooka i tego, że tam jest przede
wszystkim grupa osób 35+, która jest już po pewnych doświadczeniach i rozczarowaniach. Te osoby często dzielą się bólem, ostrzegają innych,
czasem wylewają frustrację. Ale równolegle jest całe pokolenie młodszych
singli, które podchodzi do relacji inaczej, z większą otwartością i wiarą, że można stworzyć coś wartościowego z drugim człowiekiem. Oni
raczej nie komentują pod artykułami, tylko po prostu działają -
spotykają się, próbują, szukają. I to jest ta perspektywa, która pozwala
patrzeć w przyszłość z optymizmem. Pamiętajmy, że komentują zwykle ci,
którym w tej chwili jest po prostu trudno.
Sylwia: Jak myślicie, co sprawia, że
niektórzy potrafią przejść przez trudne doświadczenia i zbudować nowy
związek, a inni pozostają w tym samym miejscu?
Julita: Niestety, wiele osób zatrzymuje się
w swoim cierpieniu - nazywam ich singlami cierpiącymi. To ci, którzy po
prostu tkwią przez 10, 20, a nawet 30 lat w roli ofiary własnych
doświadczeń i niepowodzeń. Wchodzą w nieszczęśliwe związki, które szybko
się kończą - czasem bardzo wcześnie w życiu - a potem jest "cisza na
morzu". To właśnie ten moment, kiedy ktoś mówi sobie: "Nie chcę już
więcej cierpieć". Problem w tym, że zamiast wyciągnąć wnioski i pójść
dalej, takie osoby zatrzymują się w miejscu, a relacje traktują
wyłącznie jako kolejne źródło bólu.
Joanna: To też często osoby, które
najmocniej zderzyły się ze zmianą wyobrażeń na temat związku i nie
potrafiły znaleźć dla siebie nowej formuły. Jeszcze niedawno wielu
myślało wprost: kobieta szuka męża, mąż przyniesie pieniądze i nie ma
się czego czepiać. Gdy jednak społeczeństwo zaczęło myśleć inaczej,
mężczyźni poczuli się sfrustrowani, bo ich rola przestała być tak
jednoznaczna. Kobiety z kolei zauważają, że ich oczekiwania nie znajdują
odzewu. Młodzi ludzie wchodzą w związki łatwiej, bo definiują je już
zupełnie inaczej. Ale dla części starszych osób powstała przepaść, gdy
stare wzorce się wypaliły, a nowe nie zdążyły się jeszcze ukształtować.
One mają wrażenie, że utknęły w pustce.
Julita: Rzeczywiście młodsze pokolenia są
dziś bardziej świadome własnych potrzeb. W dużej mierze dlatego, że
rodzice często zachęcali swoje dzieci do korzystania z terapii, dzięki
czemu wielu młodych ludzi ma już od wczesnych lat narzędzia do pracy nad
sobą. Dwudziestolatkowie, z którymi mam kontakt, zwykle rozumieją, że
źródło problemów tkwi przede wszystkim w ich sposobie postrzegania
rzeczywistości, doświadczania, że pewne trajektorie można przerwać,
stawiać granice i odbudować poczucie własnej sprawczości i wartości.
Kiedy coś im się nie udaje, potrafią się temu przyglądać i wyciągać
wnioski. To jest duża różnica w porównaniu ze starszymi pokoleniami. Tam
częściej spotykamy postawę: jestem w porządku, to świat jest zły. Optyka
jest dziś zupełnie inna. Oczywiście można zmieniać partnerów w nieskończoność, ale kluczowe jest, czy towarzyszy temu jakaś refleksja.
Niestety wiele osób, nawet po czterech czy pięciu rozwodach, wciąż nie
zadaje sobie pytania, dlaczego ich związki się rozpadają.
Sylwia: Znam przykład trzydziestoparolatka,
który ma na koncie trzy małżeństwa. Powtarza schemat ojca, który też był
kilka razy żonaty, choć równocześnie ojca krytykuje. To pokazuje, jak
silne potrafią być rodzinne wzorce - nawet jeśli świadomie się im
sprzeciwiamy, nieprzepracowane pozostają w nas i kierują naszymi
wyborami.
Joanna: To jest często ten sam scenariusz,
zmienia się jedynie obsada. Schemat pozostaje. A skoro mówimy o młodych
ludziach, warto też wspomnieć o innej kwestii - oni są dziś częściej
diagnozowani. Oczywiście bywa, że czasami tych diagnoz jest wręcz za
dużo, że młodzi trochę za bardzo podążają za etykietami. Ale z drugiej
strony ogromnie pozytywne jest to, że rośnie świadomość dotycząca
różnorodności, na przykład neuronietypowości. Kiedy rozumiemy, że wśród
nas są osoby na przykład w spektrum autyzmu czy z zespołem Aspergera,
łatwiej nam zrozumieć pewne trudności w relacjach z nimi. Nieraz kobiety
mówią: "Mój partner nie jest romantyczny, nie potrafi okazywać uczuć,
nie jest wylewny". A okazuje się, że on po prostu funkcjonuje inaczej,
bo może mieć cechy ze spektrum. Ta wiedza pomaga inaczej spojrzeć na
związek, lepiej go rozumieć i budować. Co więcej, wiele młodych osób z takimi doświadczeniami potrafi dziś komunikować wprost swoje specyficzne
potrzeby - i to też jest ogromną wartością.
Sylwia: A jak waszym zdaniem patrzy się dziś
na związek przez pryzmat kosztów - emocjonalnych, finansowych,
czasowych? Na ile ekonomia i styl życia wpływają na podejmowanie decyzji
o relacji?
Julita: Zdecydowanie mamy do czynienia z trendem, który można nazwać ekonomizacją miłości. Widać to choćby w języku, w metaforach, których używamy: że związek to inwestycja, że są
zyski i straty, że trzeba coś wkładać, żeby coś wyjąć. Te porównania,
zaczerpnięte ze świata bankowości czy korporacji, bardzo mocno przenoszą
się na to, jak myślimy o relacjach. Bywa to jednak złudne, bo w związkach nie ma matematycznego równania 50 na 50. Raz ktoś wnosi 80
procent energii, a druga strona tylko 20 - i to też jest w porządku, bo
przyjdzie moment, że może role się odwrócą. Problem zaczyna się wtedy,
gdy próbujemy traktować relację jak tabelkę w Excelu. Znam parę, która
dosłownie rozpisała wszystko: kto ile razy sprząta, ile jest warte
wbicie gwoździa w porównaniu do umycia toalety. Próbowali przeliczać
każdy gest i każdą czynność, by było równo. Ale takie podejście
prowadziło tylko do frustracji. Na przykład ona gotowała wykwintny obiad
przez pół dnia, a on fundował kolację w restauracji - i każde czuło, że
daje więcej. To była pułapka wzajemnych pretensji, bo próbowali
sprowadzić relację do bilansu kosztów i zysków.
Joanna: To świetny przykład pokazujący, jak
łatwo można popaść w absurd. Kiedyś role były jasno podzielone -
mężczyzna przynosił łupy, kobieta zajmowała się domem - i każdy miał
swoje zadania. Dziś wiele osób boi się, że wchodząc w związek, zostanie
wykorzystanych. To lęk, że ktoś haruje, a druga strona korzysta. Ale
przecież relacja nie może opierać się na lęku i kalkulacji, tylko na
poczuciu wspólnoty i elastyczności w dawaniu od siebie tego, co w danym
momencie mamy. Kobiety z pewnością nie chcą już utknąć w roli gosposi,
której pracy nikt nie docenia ani nie wycenia. To prowadzi do
konfliktów, zwłaszcza wśród 40- i 50-latków. Kobiety nadal czują się
odpowiedzialne za dom, więc sprzątają, gotują, organizują codzienność -
i cierpią, bo są przeciążone. Dlatego kluczowe jest nie tyle sztywne
podzielenie obowiązków, ile elastyczne podejście: dziś ja mam siłę, więc
biorę na siebie więcej, jutro ty przejmujesz pałeczkę. To musi być
kwestia dobrej woli i zaangażowania, a nie wypełnianie Excela.
Sylwia: Czy w swoich badaniach albo
analizach spotykasz się z korelacją między długoletnim życiem w pojedynkę a poziomem satysfakcji z życia? Czy bycie singlem daje większe
poczucie wolności i kontroli?
Julita: Są trzy główne grupy. Po pierwsze,
można być singlem i czuć się z tym bardzo dobrze. Badania, także
światowe, pokazują, że singielki często mają wyższy poziom satysfakcji z życia niż mężatki, które tkwią w nieszczęśliwych relacjach. Z wiekiem ta
satysfakcja zwykle rośnie - łatwiej o akceptację i pogodzenie się z wyborem. Najtrudniej jest kobietom między trzydziestką a czterdziestką,
które chciałyby mieć dzieci, a czas biologiczny zaczyna je gonić. Wtedy
pojawia się lęk i poczucie, że coś im umyka. Druga grupa to kobiety 45+,
które godzą się z tym, że nie będą mamami, i przekierowują swoją energię
na inne obszary: przyjaźnie, podróże, rozwój osobisty. Trzecia kategoria
to single niezadowoleni - osoby, które bardzo chcą być w relacji, ale im
się nie udaje.
W moich badaniach wyraźnie widać również, że wśród mężczyzn 40-, 50- czy
60-letnich są osoby, które można nazwać szczęśliwymi singlami. Oni
wiedzą, że nie nadają się do życia we dwoje. Próbowali, sprawdzili - i choć chcieliby być w związku, mają w sobie zgodę na to, że ich życie
wygląda inaczej. Często mówią wprost: "Jestem starym kawalerem, trudno
ze mną wytrzymać". Nie chcą pracować nad sobą czy chodzić na terapię,
akceptują stan, w jakim się znaleźli. Są też single ambiwalentni: marzą
o bliskości, a jednocześnie cenią sobie wolność i niezależność. Obawiają
się, że związek, zamiast poprawić ich życie, może je skomplikować.
Dlatego stawiają sobie pytanie: skoro samotność daje mi komfort i poczucie decyzyjności, czy warto z niej rezygnować?
Joanna: I tu pojawia się kolejny problem:
wysoko zawieszona poprzeczka. Oczywiście, kobiety są dziś świetnie
wykształcone i bardziej świadome swoich oczekiwań, ale są również
mężczyźni, którzy mają tę pracę domową odrobioną: wykształcenie,
szerokie horyzonty, dojrzałość. Jednak generalnie im wyżej zawieszona
poprzeczka, im bardziej wysublimowane potrzeby, tym trudniej znaleźć
kogoś, kto im sprosta.
Sylwia: No to pytanie, czy obniżać
poprzeczkę?
Joanna: Dla wielu to praktycznie niemożliwe,
bo osiągnęli już satysfakcjonujący standard życia i mają ugruntowaną
wizję relacji. Wtedy muszą się pogodzić z tym, że ich oczekiwania może
spełnić tylko niewielka grupa osób, a być może w danym momencie nikt
taki się nie pojawi. Trzeba cierpliwie poczekać.
Sylwia: Jakie waszym zdaniem modele związków
mogą przeważać w perspektywie 20-30 lat?
Julita: Myślę, że zobaczymy wyraźną
polaryzację. Część osób pozostanie w modelu tradycyjnym, opartym na
małżeństwie, podziale ról, wartościach rodzinnych. Wbrew pozorom teraz
ten model bywa dyskryminowany. Zdarza się, że kobieta zajmuje się domem,
mężczyzna utrzymuje rodzinę i w przestrzeni publicznej spotyka się to z krytyką. Tymczasem dla wielu ludzi jest to świadomy wybór i forma życia,
która im odpowiada. Sądzę więc, że ten model przetrwa, choć będzie w mniejszości. Dominować będą związki kohabitacyjne, oparte na tak zwanej
czystej relacji, jak określał to Anthony Giddens. Chodzi o więź opartą
na miłości i satysfakcji - dopóki obie strony je odczuwają, są razem,
gdy te emocje znikają - rozchodzą się. To relacje czasowe, dostosowane
do etapów życia, a nie na całe życie. Coraz bardziej widoczny jest też
trend fascynacji związkami otwartymi i poliamorycznymi, szczególnie
wśród młodych. Pracując ze studentami - zarówno z Polakami, jak i obcokrajowcami - widzę, że chętnie opowiadają o własnych
doświadczeniach, mówią o swoich związkach otwarcie, bez tabu. To mnie
zaskakuje i pokazuje, że dla części młodego pokolenia wielozwiązki mogą
być formą, w której będą się realizować. Oczywiście to bardzo
wymagające, bo skoro trudno jest utrzymać dobrą relację we dwoje, tym
bardziej w układzie z kilkoma osobami. Ale ta otwartość na różnorodne
potrzeby i elastyczność seksualną sprawiają, że takie modele będą coraz
częściej widoczne. Wystarczy spojrzeć na TikToka czy Instagrama - temat
otwartych relacji jest tam bardzo obecny, ludzie zadają pytania,
wymieniają się doświadczeniami.
Myślę, że w przyszłości zobaczymy jeszcze więcej związków, które dziś
trudno nam sobie wyobrazić. Oprócz opartych na wspólnym mieszkaniu czy
otwartych pojawiają się też inne modele. Coraz częściej spotykam pary, w których na przykład ona jest heteroseksualna, a on deklaruje się jako
gej. A jednak tworzą małżeństwo - nie tylko na papierze. On ją kocha, bo
uważa ją za bratnią duszę. Co ciekawe, w relacji z nią jest w stanie
odczuwać fizyczne pożądanie, mają nawet dziecko. Ludzie często tego nie
rozumieją, bo widzą w nim mężczyznę, który spogląda na innych mężczyzn.
Tymczasem ich związek jest głęboko ugruntowany, oparty bardziej na
pokrewieństwie dusz niż na kategoriach płci czy orientacji seksualnej. W takim układzie biologia i etykiety schodzą na dalszy plan. Najważniejsze
jest to, że znalazłam w tobie kogoś, kogo chcę zaprosić do swojego
życia.
Joanna: Bardzo podoba mi się przykład
bratniej duszy. Zdarza się przecież, że łączy nas z kimś głębokie
porozumienie, choć niekoniecznie zbieżne preferencje seksualne. Związki
otwarte budzą moją ciekawość, choć sama nie potrafiłabym w takim
funkcjonować. Różnorodność modeli jest fascynująca i rodzi pytanie, jak
będziemy się w nich odnajdywać. Rozumiem, że dla części osób to wybór
zgodny z ich potrzebami. Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś zgadza się
na tę otwartość ze strachu przed samotnością, obawą przed rozpadem
relacji. Takie sytuacje życie zwykle szybko weryfikuje. Z perspektywy
terapeuty to ciekawe, z czym ludzie zaczną przychodzić do gabinetów.
Julita: Znam małżeństwo z kilkuletnim
stażem, które zastanawia się, czy potrzebują wprowadzić do relacji
trzecią osobę, by podtrzymać więź i dodać jej energii, czy też
rzeczywiście odczuwają autentyczną potrzebę bycia w układzie
poliamorycznym. Dla mnie jako socjolożki to bardzo inspirujące, bo
pokazuje, jak wiele różnych form przybierają dziś związki. I oczywiście
one również nie są wolne od problemów.
Joanna: W krajach skandynawskich, na
przykład w Danii, ludzie mają dużą łatwość w rozstawaniu się i nawiązywaniu kolejnych relacji. Pracuję z wieloma Polakami mieszkającymi
w tamtym regionie, którzy często opowiadają mi o swojej codzienności.
Zdarza się, że kobieta ma kilkoro dzieci z różnymi partnerami. Tam nie
postrzega się tego jako rozwiązłości czy braku odpowiedzialności, lecz
jako model naturalny i akceptowany społecznie.
Sylwia: Michał Sawicki, Magdalena Kuszewska
i Michał Tęcza w książce Miłosne monopoli przedstawiają tak różnorodne
konfiguracje związków otwartych - w Polsce i za granicą - że chwilami
trudno uwierzyć, iż funkcjonują i mają się dobrze. Osobom od lat żyjącym
w monogamicznym związku może się to wydawać zbyt rewolucyjne?
Joanna: Myślę, że w Polsce społecznie nie
jesteśmy jeszcze na takie związki gotowi. Tym bardziej że w obecnym
dyskursie coraz większą rolę odgrywają nurty prawicowe, z którymi wiele
osób się utożsamia. Być może w obliczu zmian ludzie kurczowo trzymają
się tego, co znane i oswojone. To naturalne, że pojawi się ruch oporu
wobec nowych modeli i że nastąpi polaryzacja. Będą więc poszukiwania
alternatywnych form relacji, a zarazem przywiązanie do tradycyjnych
schematów, czasem aż do skrajności.
Sylwia: Dużo mówi się o negatywnych trendach
i o tym, co trudne w singielstwie i w dzisiejszych modelach relacji. A przecież są też dobre zmiany, które otwierają możliwości osobom samotnym
na pewnym etapie życia.
Julita: Zdecydowanie są pozytywy, i to coraz
wyraźniejsze. Ludzie coraz częściej zastanawiają się, dlaczego są
singlami, zamiast tłumaczyć to ślepym losem czy obarczać winą cały
świat. Nie mówią już: "taki mój los", "Bóg tak chciał" albo "wszyscy
faceci i wszystkie kobiety są beznadziejni". Zamiast tego pracują nad
sobą i szukają odpowiedzi. Idą na terapię, uczestniczą w warsztatach,
korzystają z kursów rozwojowych, sięgają po książki czy treści dostępne
w Internecie. Na TikToku czy Instagramie można dziś znaleźć mnóstwo
ekspertów, którzy opowiadają o związkach i relacjach. To sprawia, że
rośnie samoświadomość i to jest ogromna zmiana na plus. Drugi pozytyw,
moim zdaniem, jest jeszcze ważniejszy. To fakt, że miłość wcale nie
umarła, a single mają coraz większą zdolność do lubienia, kochania i akceptowania siebie. Brzmi to może trochę filozoficznie, ale naprawdę
mamy szansę na głębszy poziom samoakceptacji niż wcześniejsze pokolenia.
Ludzie uczą się radzić sobie z własnymi zranieniami i lepiej się sobą
opiekować. A to oznacza, że niezależnie od tego, czy wybiorą życie
singla, czy związek, robią to z większą świadomością i dojrzałością.
Dzięki temu ich życie staje się bardziej satysfakcjonujące. Celem nie
jest unikanie samotności, ale dokonywanie wyboru. I właśnie to uważam za
jeden z najciekawszych, najbardziej budujących trendów świadczących o pozytywnych stronach współczesnych przemian społecznych.
Sylwia: Julito, co powiedziałabyś singlom,
którzy są już zmęczeni swoją sytuacją? Od dłuższego czasu korzystają z aplikacji randkowych, próbują się spotykać, ale nic z tego nie wychodzi.
Mówią nam, że czują się zrezygnowani, zagubieni, nie wiedzą, w którą
stronę iść. Zastanawiają się, czy powinni całkiem odpuścić i skupić się
tylko na sobie. W głębi serca oni wciąż trzymają się nadziei, dlatego
logują się na Sympatię czy Tindera, wciąż szukając swojej szansy.
Julita: Na początek warto zadać sobie
fundamentalne pytanie: dlaczego właściwie chcę być w związku? To wcale
nie jest takie oczywiste. Cała kultura, kody społeczne, filmy i komedie
romantyczne, artykuły czy aplikacje randkowe podpowiadają nam: bądź w relacji. Oczywiście jesteśmy istotami społecznymi, potrzebujemy ludzi
wokół siebie, trudno nam funkcjonować zupełnie w pojedynkę. Spotykamy
szczęśliwych singli, ale generalnie człowiek potrzebuje wspólnoty.
Pytanie brzmi jednak: czy naprawdę chcę obok siebie tej jedynej osoby
tylko dlatego, że bez niej moje życie wydaje mi się gorsze, niepełne?
Często słyszę stwierdzenia: "Gdybym miał chłopaka czy dziewczynę, to
podróżowałbym, zwiedzał, był szczęśliwy". Wtedy pytam: co stoi na
przeszkodzie, by spróbować tego już teraz, samemu, z przyjaciółmi albo
jakąś grupą skrzykniętą na Facebooku, których jest przecież tam mnóstwo?
Żyjemy w czasach, które dają ogromne możliwości poznawania ludzi i doświadczania życia. Łatwo jednak utknąć w roli ofiary i tylko
powtarzać: "Jestem biedny, samotny, nic mi się nie udaje".
Terapeutycznie warto się temu przyjrzeć i zapytać siebie: "Czy
przypadkiem nie podtrzymuję w sobie tej narracji?". Druga rzecz, którą
polecam, to proste ćwiczenie: wypisz wszystkie cechy idealnego partnera
czy partnerki. A na drugiej kartce sprawdź, które z nich ty masz. W rezultacie często otwieramy oczy ze zdziwienia, bo bywa, że nasze
wymagania są bardzo wyśrubowane.
Sylwia: Należy je porzucić?
Julita: Cóż, spotykam osoby, które mówią:
"Ktoś spełnia 99 procent moich kryteriów, ale ten jeden procent nie
pasuje, więc to nie dla mnie". Jest to zwyczajne szukanie dziury w całym. Warto wtedy zadać sobie pytanie: "Dlaczego notorycznie odrzucam
ludzi? Jaką mam z tego korzyść?". Na głębokim poziomie bycie singlem
bywa wygodne. Może mnie przed czymś chronić, pozwalać uniknąć lęku czy
konfrontacji. I właśnie na tym polega praca nad sobą: na odkrywaniu, co
za tym stoi. Zwykle jest kilka różnych warstw i wiele powodów
singielstwa, ale myślę, że są trzy główne obszary, które warto
spenetrować i tam poszukać odpowiedzi:
Czy naprawdę wiem, dlaczego chcę być w związku?
Czy nie stawiam sobie nierealnych wymagań?
Czy nie korzystam z singielstwa jako tarczy, która mnie przed czymś
chroni?
Joanna: Ja z kolei często mówię ludziom,
żeby wyszli z trybu poszukiwania. Polega on na tym, że kiedy na przykład
idę na imprezę, to zamiast cieszyć się spotkaniem, od razu skanuję
otoczenie i sprawdzam, czy jest tu ktoś, kto mógłby być dla mnie
odpowiedni. Jeśli nie znajduję takiej osoby, tracę entuzjazm. Tymczasem
warto dostrzec, że to, co się dzieje wokoło, jest dobre samo w sobie. W czasie podróży czy wakacji można się cieszyć z nowych doświadczeń,
zamiast żałować, że na leżaku obok nas nie siedzi partner lub partnerka.
Druga ważna rzecz to budowanie relacji z różnymi ludźmi. I to jak
najszerszych, nie tylko w nadziei, że się w kimś zakocham. Warto mieć
wokół siebie osoby, z którymi można porozmawiać, pójść do kina czy
wybrać się na spacer. Problem, który często obserwuję - szczególnie u kobiet - polega na tym, że kiedy na horyzoncie pojawia się potencjalny
partner, wszystkie inne kontakty idą w odstawkę. Przyjaciółki, koledzy
zostają odsunięci na bok. A gdy się okazuje, że relacja nie wypaliła,
nie mamy już do czego wrócić. I to jest podwójnie bolesne, ponieważ
znajomi często mają już do nas żal, że ich odtrąciliśmy. Dlatego różne
relacje warto pielęgnować równolegle. To one są naszym naturalnym
środowiskiem, bazą, która daje siłę i energię. Nie zaniedbujmy tego, co
nas karmi i wspiera. Chodzi o to, by lubić swoje życie takim, jakie ono
jest, a partnera czy partnerkę do niego zaprosić.
Julita: Zgodzę się, że zbyt często partnera
stawiamy w centrum naszego życia, wręcz całą naszą biografię i sens
życia podporządkowujemy tej jednej osobie. To bardzo obciążające zarówno
dla nas, jak i dla tej drugiej osoby. Partner ma nam towarzyszyć, a nie
zastępować wszystkich dookoła. Tymczasem my nierzadko mylimy go z idealnym rodzicem, który ma nas przyjąć, wybaczyć wszystko, ukochać i jeszcze zadbać o wiele innych rzeczy.
Joanna: Oczekujemy, że on zapewni nam to,
czego sami nie mamy. Czasem ktoś nie potrafi budować relacji, ma wokół
siebie niewiele osób i zakłada, że gdy tylko pojawi się partner, to on
wypełni braki. Że nagle otoczą nas ludzie, życie nabierze barw i energii. A przecież może się okazać, że nie mamy predyspozycji do bycia
osobą towarzyską i zaczyna nas wręcz drażnić to, że partner ma
różnorodne relacje, a my nie. To, co miało być wspaniałe, staje się
źródłem konfliktów i kryzysów. Dlatego warto przyjrzeć się swojemu życiu
i zapytać siebie, dlaczego ono wygląda właśnie tak. Wtedy łatwiej
znaleźć kogoś, kto będzie z nami kompatybilny.
Sylwia: Czyli najpierw zadbaj o siebie,
potem o całą resztę.
WNIOSKI
Polska nie zmierza w kierunku masowej samotności, a liczba singli
wzrosła zaledwie o dwa punkty procentowe w ciągu dekady. Równocześnie
obserwujemy fascynującą przemianę: młodsze pokolenia podchodzą do
związków bardziej świadomie, stawiając na jakość, a nie ilość. Nie
szukają partnera za wszelką cenę, ale chcą autentycznej bliskości.
Zmienia się też samo pojmowanie związku. Odchodzimy od modelu "na całe
życie" w stronę elastycznych form: od kohabitacji po związki LAT (living
apart together), od tradycyjnych małżeństw po układy poliamoryczne. To
nie oznacza śmierci miłości, ale jej ewolucję. Ludzie przestają
traktować związek jako ratunek przed samotnością, a zaczynają widzieć w nim wartość dodaną do życia, które już samo w sobie jest
satysfakcjonujące.
Nie chodzi więc o wybór między związkiem a samotnością, ale o umiejętność budowania satysfakcjonującego życia - takiego, które jest
pełne niezależnie od statusu związku. Bo tylko wtedy możemy autentycznie
wybrać: czy chcemy to życie z kimś dzielić, czy cieszyć się nim w pojedynkę.
Na początek warto zadać sobie fundamentalne pytanie: dlaczego
właściwie chcę być w związku? To wcale nie jest takie oczywiste.
Ostatecznie chodzi o to, by lubić swoje życie takim, jakie jest, a partnera czy partnerkę do niego zaprosić. A nie odwrotnie - czekać, aż
ktoś zaprosi nas do swojego życia.
Coraz więcej osób naprawdę rozumie, że nie da się stworzyć dobrej
relacji z drugim człowiekiem bez dobrej relacji ze sobą.
Partner ma nam towarzyszyć, a nie zastępować wszystkich dookoła.
Tymczasem nierzadko mylimy go z idealnym rodzicem, który ma nas
przyjąć, wybaczyć wszystko, ukochać i jeszcze zadbać o wiele innych
rzeczy.
W związkach nie ma matematycznego równania 50 na 50. Raz ktoś wnosi 80
procent energii, a druga strona tylko 20 - i to też jest w porządku,
bo może przyjść moment, że role się odwrócą.
ROZDZIAŁ 3
NIE ODKŁADAJ MIŁOŚCI NA PÓŹNIEJ
Krytykowałeś siebie przez lata i nie zadziałało. Spróbuj zaakceptować
siebie i zobacz, co się stanie.
Louise L. Hay
Aż dwie kobiety na pięć deklarują, że oddałyby rok swojego życia, by
wyglądać idealnie - ta statystyka pokazuje, jak bardzo jako
społeczeństwo tracimy zdolność kochania siebie takimi, jakimi jesteśmy.
Kiedy nie akceptujemy swojego ciała i patrzymy na siebie wyłącznie przez
pryzmat niedoskonałości, trudno nam wchodzić w relacje bez lęku i napięcia. Zamiast cieszyć się spotkaniem, koncentrujemy się na ukrywaniu
"wad", porównywaniu się i oczekiwaniu odrzucenia. A to właśnie brak
przyjaźni z samym sobą staje się największą barierą w budowaniu
bliskości z innymi.
O tym, jak wygląd i samoakceptacja wpływają na nasze życie, rozmawiamy z Katarzyną Kucewicz, psycholożką i psychoterapeutką, która od lat wspiera pacjentów w budowaniu zdrowej
relacji z samym sobą i z innymi. Doskonale zna ten temat nie tylko z gabinetu, ale i z własnego doświadczenia. Przeszła ogromną metamorfozę -
schudła aż 75 kilogramów - i może z osobistej perspektywy opowiedzieć, w jaki sposób ciało wpływa na relacje z otoczeniem. Jej historia
uzmysławia, że wygląd może być zarówno źródłem ograniczeń zdrowotnych,
jak i siły, jeśli nauczymy się je akceptować i o nie troszczyć.
Problemem nie jest sama sylwetka, ale społeczne stereotypy i oczekiwania, które potrafią uczynić ciało źródłem wstydu, lęku czy
izolacji.
Na co dzień nasza rozmówczyni pracuje z osobami, które zmagają się z niskim poczuciem własnej wartości, brakiem pewności siebie, lękiem przed
odrzuceniem i trudnościami w relacjach. Jej doświadczenie łączy
perspektywę terapeutyczną i osobistą, pokazuje, że prawdziwa zmiana nie
zaczyna się w gabinecie kosmetycznym ani na siłowni, ale w naszej głowie
i w sposobie, w jaki sami siebie traktujemy.
Sylwia: Kiedy patrzysz na siebie sprzed
kilku lat, to jakie myśli najczęściej ci wtedy towarzyszą?
Katarzyna: Może się wydawać, że kiedy
człowiek przechodzi dużą pozytywną metamorfozę, patrzy na dawną siebie z ulgą i poczuciem: "całe szczęście, to już za mną" albo "dobrze, że nie
jestem już w tamtym miejscu". Natomiast ja mam wrażenie, że kiedy
oglądam swoje zdjęcia sprzed lat i tamtą siebie, widzę osobę, która była
naprawdę szczęśliwa w swoim ciele i której ono wcale tak bardzo nie
ograniczało. Oczywiście trochę przeszkadzało mi w byciu sprawną, silną,
w dobrym zdrowiu i kondycji. Ale nie mam poczucia, że tamta waga
dyskwalifikowała mnie na przykład w życiu towarzyskim. Wielu moich
pacjentów mówi, że ich życie towarzyskie zastygło, bo źle wyglądają, bo
coś im się w sobie nie podoba. Chcieliby ważyć mniej, ważyć więcej, mieć
dłuższe włosy, bardziej opaloną cerę, jędrne ciało albo większy biust. I dopóki tego nie osiągną, trwa pauza: brak randek, brak spotkań, brak
wychodzenia na miasto. Ich życie staje się oczekiwaniem, aż wygląd
zostanie "wyregulowany" - jakby człowiek trafił do warsztatu i czekał na
idealną wersję siebie. Niestety często jedna poprawka pociąga za sobą
chęć zrobienia kolejnej i z tego warsztatu można nigdy nie wyjść. Mam
wrażenie, że wielu singli - zwłaszcza kobiet - spędza w tym warsztacie
najlepsze lata: dwudziestkę, trzydziestkę, czterdziestkę. Zamiast
korzystać z życia, odkładają je na później. A przecież jutro może nie
nadejść. Patrząc na siebie sprzed lat, widzę dziewczynę szczęśliwą, ale
też bardzo chorą. Cierpiałam na otyłość trzeciego stopnia, a to nie
kwestia estetyki, tylko choroba. Byłam więc jednocześnie bardzo chora i bardzo szczęśliwa - otwarta na ludzi, znajomości, relacje. Nigdy nie
czułam, że moja tusza przekreśla szanse na miłość, flirt czy karierę.
Joanna: Jesteś chyba wyjątkiem, bo, jak sama
mówisz, większość osób utknęła w tym warsztacie i boi się z niego
wyjechać. Ja też obserwuję dużą grupę osób, szczególnie kobiet, które
żyją w związkach, ale nie czerpią z nich radości. Mówią: "Nie podobam
się sobie, nie patrzę w lustro", choć są to bardzo atrakcyjne, piękne
kobiety. One jednak funkcjonują z poczuciem niedoskonałości i w pewnym
wycofaniu.
Katarzyna: Bardzo często się zdarza, że bez
względu na to, jak obiektywnie atrakcyjna jest osoba - częściej kobieta,
ale mężczyźni też to przeżywają - jeśli ma o swoim wyglądzie złe zdanie,
staje się to ogromnym hamulcem w codziennym funkcjonowaniu. Osoba, która
nie czuje się dobrze ze swoim ciałem - nie czuje się atrakcyjna, ładna
czy zadbana - wycofuje się w cień nie tylko w relacjach miłosnych, ale
również w pracy czy w innych sytuacjach społecznych, na przykład na
spotkaniach towarzyskich czy na zebraniu w szkole swojego dziecka.
Poczucie wstydu i zażenowania własnym wyglądem potrafi sparaliżować
nawet w kontekstach, gdzie wygląd nie ma żadnego znaczenia. Słyszę od
pacjentek historie w stylu: nie podeszłam do lekarki, nie zabrałam głosu
na zebraniu klasowym, nie poprosiłam mechanika o zniżkę... bo się
wstydziłam, bo jestem za duża, brzydka, zaniedbana, mam odrosty i tym
podobne. To je paraliżuje, więc milczą. Bardzo często nasz wygląd, jeśli
go nie akceptujemy, staje się blokadą. I dzieje się tak nawet wtedy, gdy
nie ma to nic wspólnego z rzeczywistością. Może to dotyczyć bardzo
atrakcyjnej dziewczyny, która czuje się ze sobą źle. Znam przypadki
kobiet, które zdobyły tytuł miss, a mimo to miały gigantyczne kompleksy
i bardzo niskie poczucie własnej wartości.
Sylwia: A czy nie chodzi też o obawę przed
reakcją innych? Że ktoś spojrzy i pomyśli: ona jest za duża, zaniedbana,
ma odrosty - i potraktuje ją gorzej, nie da zniżki albo skrytykuje? Czy
to nie jest lęk przed taką konfrontacją?
Katarzyna: Przede wszystkim te osoby boją
się odrzucenia. Boją się też powtórki złych doświadczeń. Za taką postawą
pełną wstydu i lęku często kryje się konkretna historia - z dzieciństwa,
z pierwszego małżeństwa, z okresu dojrzewania. To może być sytuacja, gdy
idziesz na basen i koleżanka nagle mówi: "Jezu, jakie masz grube uda"
albo "masz ogromny cellulit". Takie komentarze - niespodziewane, bolesne
- potrafią zapaść w pamięć na lata. Moje pacjentki często mówią: "Mama
kiedyś rzuciła jedno zdanie", i choć to była drobna sytuacja, one mają
ją wyrytą jak tatuaż na psychice. Takie słowa rujnują samoocenę i trudno
je wymazać. Trzeba je zastępować nowymi przekonaniami, a to bywa bardzo
trudne. Są też badania pokazujące, że kobiety ogromnie inwestują w wygląd nie po to, żeby być lepsze od innych czy stać się królowymi
plaży, którym wszyscy zazdroszczą. Większość z nich robi to, by nie
odstawać. Mają poczucie, że wszyscy dookoła są piękni i zadbani, więc
one też muszą takie być, bo chcą przynależeć. A potrzeba przynależności
jest w nas bardzo silna. Kiedy czujemy, że odstajemy, pojawia się
poczucie izolacji i gorszości. Dlatego tak wiele kobiet skupia uwagę na
wyglądzie, czasami kosztem ważnych innych obszarów swojego życia.
Sylwia: Czy zauważyłaś po metamorfozie, że
twoje relacje albo podejście innych ludzi do ciebie się zmieniły,
poprawiły?
Katarzyna: W pewnych aspektach na pewno
wiele się zmieniło. Tak duża redukcja masy ciała, w moim przypadku
prawie 75 kilogramów, sprawiła, że częściej zaczepiają mnie mężczyźni.
Wcześniej praktycznie tego nie doświadczałam, a teraz zdarza się to
bardzo często. Mam też wrażenie, że ludzie w przestrzeni publicznej są
wobec mnie życzliwsi. Chętniej sami rzucają się do pomocy. Kiedyś, gdy
byłam duża i niosłam wielką roślinę z Castoramy, nikt mi nie pomógł,
nikt nawet nie zapytał, czy otworzyć drzwi. A teraz, jeśli dźwigam coś
ciężkiego, zawsze ktoś podbiegnie, żeby przytrzymać drzwi albo zapytać,
czy pomóc. Jestem więc inaczej traktowana. Równocześnie jednak po
schudnięciu przeżyłam wstrząs, bo zostałam odrzucona przez wiele
koleżanek, czego się kompletnie nie spodziewałam.
Joanna: Jak sądzisz, co było powodem?
Katarzyna: Myślę, że chodziło o poczucie
dyskomfortu w moim towarzystwie. Wyobrażam to sobie, że pojawiają się
takie przemyślenia: "Kaśka schudła, to ja też powinnam, a nie mogę
zrzucić nawet pięciu kilo" albo: "Przy niej trzeba się pilnować, nie
zamówię hamburgera, bo ona zje sałatę i będzie patrzeć, oceniać". Mogą
myśleć: "Skoro ma płaski brzuch, to teraz patrzy na nas z góry". To
tylko moje domysły, bo nikt mi czegoś takiego oczywiście nie powiedział
wprost, ale rzeczywiście straciłam sporo koleżanek. Było to dla mnie
bardzo trudne, odchorowałam to. Nigdy nie odrzuciłabym nikogo z powodu
wyglądu. Zawsze otaczałam się pięknymi, atrakcyjnymi i szczupłymi
kobietami. Dlatego zdziwiło mnie, że gdy przestałam być "tą grubą
przyjaciółką, przy której można się poczuć lepiej", wiele osób się ode
mnie odsunęło, została może jedna, dwie. To było dla mnie bolesne. Z czasem uznałam jednak, że może te relacje nie były prawdziwe. Bo to nie
jest przyjaźń, jeśli ktoś akceptuje nas tylko w jednej wersji, a odrzuca
w innej.
Joanna: Jakie stereotypy dotyczące wyglądu i masy ciała najbardziej wpływają na postrzeganie osób z otyłością, także
w relacjach?
Katarzyna: Myślę, że istnieje bardzo wiele
stereotypów dotyczących cielesności i dużej masy ciała. Badania
pokazują, że takie osoby są często uznawane za leniwe, mniej
kompetentne, cwaniackie, za takie, którym nie można ufać i które nie
panują nad swoim życiem - bo skoro nie panują nad jedzeniem, to i nad
resztą życia również. To bardzo krzywdzące stereotypy. W rzeczywistości
te przekonania nie mają umocowania. Często jest wręcz odwrotnie - osoby
zawstydzone swoim wyglądem starają się bardziej, pracują intensywniej,
są skrupulatne. Jest też inny stereotyp, który pamiętam z domu. Mój tata
powtarzał, że wszystkie "duże osoby" są miłe i uśmiechnięte. Mówił do
mnie: "Ty też powinnaś być taka, a jesteś wiecznie naburmuszona".
Strasznie mnie to irytowało. Do dziś mu wypominam, że to było bardzo
stereotypowe. On tłumaczy, że takie miał po prostu doświadczenia, ale to
niczego nie usprawiedliwia. Funkcjonuje przecież takie przekonanie, że
osoba grubsza jest zabawna, śmieszna, taka "Manuela z Big Brothera". A przecież to absurd. Osoba z nadwagą może być równie dobrze gburowata,
nieprzyjemna, złośliwa czy zarozumiała. Ciało nie definiuje tego, kim
jesteśmy. Często jednak pojawia się maska osoby zawsze uśmiechniętej,
zawsze radosnej. To jest mechanizm obronny: "Będę miła, to mnie nikt nie
zaatakuje".
Sylwia: Dlaczego w naszej kulturze
atrakcyjność tak bardzo jest związana z niską wagą? A może nie jest i przesadzam?
Katarzyna: To kwestia wpływu mediów, które
mocno i różnymi kanałami kreują wizerunek. Pokazują nam nie tylko, co
jest modne w urządzaniu mieszkań, ale też jak mamy wyglądać i ile ważyć.
Jeśli jesteśmy ze wszystkich stron bombardowani wizerunkiem bardzo
szczupłej modelki, jeśli w każdej reklamie widzimy szczupłe osoby, to
uczymy się, że to jest norma.
Joanna: Zdarza mi się oglądać brytyjskie
programy, na przykład o tym, że jakaś para szuka domu. I tam ludzie
występują bez makijażu, są zwyczajnie ubrani, a ich sylwetki często są
dalekie od tak zwanego ideału. I oni wcale nie wydają się z tego powodu
zawstydzeni, są po prostu sobą. Zastanawiam się, czy w Polsce nie ma
większej presji niż w innych krajach. Bo u nas nawet w tego typu
programach widać, że uczestnicy są wyszykowani - fryzjer, makijaż. I pytanie: z czego to wynika?
Katarzyna: To bardzo ciekawa refleksja. Też
oglądam takie programy i kocham je właśnie dlatego, że pokazują
zwyczajnych ludzi. Pamiętam, jak dwa lata temu przeżyłam wstrząs, gdy
poszłam w Kołobrzegu na plażę. Od kilku lat nie byłam na polskiej plaży,
a moje wyobrażenie budowałam wyłącznie ze zdjęć na Instagramie. Wydawało
mi się, że polska plaża to wybieg Top Model, same syreny, a tymczasem
zobaczyłam coś zupełnie innego. Plaża była usiana normalnie
wyglądającymi dziewczynami, w większości z nadwagą. W zasięgu mojego
wzroku może trzy, cztery były w normie, a reszta miała nadwagę albo
otyłość. I pomyślałam sobie: "Boże, przecież to jest właśnie nasze
społeczeństwo". Specjalnie weszłam w tłum, bo aż nie mogłam uwierzyć.
Najpierw pomyślałam, że to jakaś grupa Niemek, która przyjechała do
Kołobrzegu. Ale nie, to były Polki, nasze dziewczyny. I wtedy dotarło do
mnie, co media społecznościowe robią nam z głową. Ile młodych osób myśli
tak jak ja - że świat składa się wyłącznie ze szczupłych ludzi. Bo
Instagram i telewizja pokazują nam wyłącznie takich. W mediach mamy
ogromną nadreprezentację takich sylwetek. I patrząc na polskie gwiazdy
czy osoby pokazujące się w telewizji, można odnieść wrażenie, że u nas
problem nadwagi nie istnieje, a to przecież nieprawda.
Sylwia: Z czego wynika takie zakłamywanie
rzeczywistości?
Katarzyna: Mam wrażenie, że obowiązują u nas
w dużym stopniu wschodnie kanony piękna, które są bardziej restrykcyjne.
Te zachodnie idą raczej w kierunku wolności ciała, cielesnej
życzliwości, cielesnego hedonizmu, a nie w stronę tego, żeby się
podobać, żeby zwracać uwagę, żeby ciało było wizytówką. W Polsce
jesteśmy gdzieś na styku obu trendów - wschodniego i zachodniego. Dobrze
to zobrazowała jedna z moich pacjentek, która najpierw była na wakacjach
w Turcji, a potem w hiszpańskiej Marbelli. Powiedziała mi: "Wie pani,
różnica jest taka, że w Turcji jest bardzo dużo Rosjanek na plażach". Na
tureckiej plaży można wpaść w kompleksy. Dziewczyny są tam
ultraszczupłe, bardzo "zrobione", wyglądają tak, żeby się podobać, żeby
wszyscy na nie zwracali uwagę. A w Marbelli, jak opowiadała: "Jedzenie,
ciała w różnych rozmiarach, kobiety nie wstydzą się swoich krągłości. Z pośladkami, z biustem, z brzuchem, z cellulitem - nie ma problemu".
Mówiła, że w Turcji czuła się po prostu niekomfortowo, a w Hiszpanii na
luzie. "To niesamowite, że plaża turecka była tak sztywna" - padło z jej
ust.
Sylwia: Byłam i w Turcji, i w Hiszpanii w tej samej kolejności. I rzeczywiście rok temu w Hiszpanii byłam w absolutnym szoku. Matki, ich dorastające lub dorosłe córki - absolutnie
wszystkie kobiety, nawet te z dużą otyłością - chodziły na basen i plażę
w stringach. Obserwując to, czułam zdziwienie nie dlatego, że patrzyłam
na większe ciała, ale dlatego, że te kobiety kompletnie się tym nie
przejmowały. Wręcz odwrotnie, były wesołe, głośne i rozgadane, skupione
na odpoczynku, rodzinie, dobrej zabawie. To było absolutne zderzenie z jakimś innym światem. Leżałam i myślałam sobie: "Boże, co my wyprawiamy
w tych naszych głowach?". Jak przed latem nie zrzucimy brzuszka, to
chowamy go pod jednoczęściowym kostiumem, zakrywamy ciało, a tam taki
spektakl radości!
Katarzyna: To pokazuje pewność siebie tych
Hiszpanek, ich siłę wewnętrzną. To, że ciało dla nich jest bezpiecznym
miejscem. Natomiast ciało, które jest usztywnione, wyszlifowane,
sprawia, że człowiek czuje się w nim trochę tak jak w bardzo sterylnym
pokoju, całym na biało. Czyli jest pięknie, ale muszę uważać, żeby nic
nie zepsuć, nie poplamić.
Sylwia: Czy perfekcjonizm związany z wyglądem i ciałem może sprawiać, że ludzie w ogóle rezygnują z randkowania albo odkładają je na później?
Katarzyna: Tak, mówią sobie: "jak schudnę",
"najpierw pochodzę na siłownię", "jak zrobię lifting". Tuningują swoje
ciało, a finalnie i tak nie są z siebie zadowoleni. A jeśli zdecydują
się pójść na randkę, to myślą tylko o tym, jak wyglądają. Powoduje to
ogromny dyskomfort podczas spotkania, którym nie można się cieszyć. Bo
jeżeli spotykasz się z kimś i cały czas jesteś zanurzona w swoich
myślach - czy dobrze wyglądasz, czy na pewno świetnie się prezentujesz,
czy on widzi, że masz fałdki, czy odstaje ci brzuch, czy dekolt jest
odpowiedni - to całą uwagę skupiasz na sobie, a nie na rozmówcy. Wtedy
rozmowa siłą rzeczy staje się bardziej jałowa, niż gdybyś naprawdę była
w niej obecna. Ludzie bardzo szybko interpretują ghosting czy inne
zachowania randkowe jako komunikat: "Byłaś za gruba, byłeś za brzydki".
Nie myślą sobie w pierwszym momencie: "Może powiedziałam coś głupiego,
może spóźniłam się pół godziny, może za dużo mówiłam o tym, ile zarabiam
albo jaki samochód miał mój były partner". To przychodzi później. A pierwsza myśl jest taka: "Zostałam odrzucona, bo moje ciało nie jest
wystarczające". Jeżeli nie możemy oderwać się od myśli o wyglądzie, to
te randki zawsze będą słabo wychodzić.
Joanna: Mam jeszcze jedną obserwację z gabinetu. Młodsze osoby, które chodzą na randki, mają częściej poczucie,
że coś zrobiły nie tak - że za dużo mówiły albo powiedziały coś
głupiego, może za bardzo żartowały, zbyt głośno się śmiały. Natomiast
osoby z pokolenia 40+, 50+ - czyli zazwyczaj tak zwani single z odzysku
- są dużo bardziej uwrażliwieni na kwestię wyglądu. I tu pojawia się
pewien dysonans: z jednej strony rozumiemy, że perfekcyjny wizerunek nie
zapewnia szczęścia, a z drugiej - przeżywamy stres z powodu tego, że
nasze ciało straciło sprężystość lub też pojawiły się zmarszczki. Nie
akceptujemy faktu, że nie mamy już 20 czy 30 lat, tylko 40, 50 albo
więcej. Nie akceptujemy tego jak to na nas wpłynęło.
Sylwia: I odpuszczamy?
Katarzyna: W pewnym wieku pojawia się też
takie stereotypowe myślenie: "Ja już swoje przeżyłam w wieku 20-30 lat".
Kobiety często myślą, że nie mają już nic do zaoferowania, że przestały
być atrakcyjne, więc straciły swoją wartość. I boją się wchodzić w nowe
związki, a nawet iść na randkę.
Joanna: Mężczyźni również. W pierwszym
odcinku serialu Parenting uderzyła mnie pewna scena. Do miasta po 20
latach wraca kobieta po rozwodzie. Jest bardzo atrakcyjna i siostra
umawia ją z jej byłym chłopakiem, jeszcze z liceum. Ona widzi go z daleka i przeżywa rozczarowanie na widok jego łysiny, próbuje uciec.
Powód? On nie wygląda tak jak te 20 lat temu. Poczatkowo ona go odrzuca
z tego powodu, ale mimo wszystko zostaje, zaczynają rozmawiać. Na koniec
lądują w łóżku, bo jednak pojawia się między nimi chemia. Wniosek? Może
niekoniecznie taki, że randka powinna kończyć się w łóżku. Jeśli jednak
nie damy sobie szansy na "drugie wrażenie", możemy się pozbawić czegoś
ciekawego, wartościowego.
Katarzyna: Myślę, że w takich spotkaniach po
latach chodzi też o konfrontację z własnym wiekiem. Bo kiedy widzimy
swojego rówieśnika, który wygląda dojrzale, a nie jak 20-latek, to
uświadamiamy sobie, że sami jesteśmy w podobnym wieku. I nawet jeśli
ktoś obiektywnie wygląda młodziej, metryki to nie zmienia. Bywamy
zszokowani, gdy dociera do nas, że czas leci. Mnie to uderza wtedy, gdy
na przykład rozmawiam z koleżankami w moim wieku, które mają dorosłe
dzieci. Dla mnie to wciąż "dziewczyny z maluchami", a tu nagle się
okazuje, że ich dzieci są dorosłe. I to jest dla mnie wyraźny sygnał, że
czas naprawdę mija. Mam poczucie, że w Polsce bardzo często taki
przełomowy moment przychodzi koło sześćdziesiątki - kiedy ktoś wchodzi w rolę babci czy dziadka i zaczyna myśleć: "Ja już nie jestem od
atrakcyjności. Mam inne role. Atrakcyjność była kiedyś, a teraz już
nie". I to jest duży błąd. Bo atrakcyjność i powabność nie mają wieku
ani metryki. Randkowanie, uwodzenie siebie nawzajem, flirtowanie - to
wszystko może być namiętne w każdym wieku. Może być przepełnione głęboką
intymnością i odkrywaniem na nowo swojej seksualności, która przecież
też ewoluuje z wiekiem. Warto za tym podążać, a nie wyłączać się,
mówiąc: "Już swoje przeżyłam, jestem babcią, nie wypada". Bo jeśli sami
sobie odbieramy tę sferę, to odbieramy sobie też część życia.
Seksualność to też życie, a rezygnując z niej, trochę rezygnujemy z życia.
Joanna: Przypomina mi się list, który wraz z Sylwią otrzymałyśmy od kobiety z kontem na Sympatii. Była po
sześćdziesiątce i chciała wyjść za mąż. Dzieci mieszkały za granicą, a ona nie chciała być sama. Ale kiedy dzieci dowiedziały się, że planuje
związek, powiedziały: "Jeśli to zrobisz, nigdy się do ciebie nie
odezwiemy. O czym ty w ogóle myślisz w tym wieku? Może jeszcze seks
będziesz uprawiać?". To pokazuje ogromną barierę kulturową. Jakby
człowiekowi od pewnego momentu nie wypadało randkować, mieć partnera czy
chcieć wyjść za mąż po raz kolejny.
Katarzyna: To jest bardzo krzywdzące i sprawia, że wiele osób zostaje w domu, rezygnuje ze związków i spotkań.
A przecież prawdziwą barierą nie jest ani wygląd, ani wiek, ani waga.
Prawdziwą barierą jest ostracyzm - to, że inni ludzie nadają tym cechom
negatywne znaczenie. "Jak to, taka duża i pójdzie na randkę?", "Jak to,
babcia będzie się umawiać?". Ludzie boją się odrzucenia i opinii
otoczenia, a nie własnego ciała. Bo ciało jest naturalne - zmienia się,
dojrzewa, czasem tyje, czasem chudnie, to normalne. Problemem jest
odbiór społeczny. Dlatego tak ważne jest, żeby wzmacniać siebie, budować
poczucie wartości, stawiać fundament życia na własnych zasadach.
Oczywiście nigdy nie będziemy całkowicie wolni od wpływów innych, ale
możemy być w myśleniu o sobie jak najbardziej samodzielni i niezależni.
Joanna: Czasem też wraz z wiekiem wchodzimy
w brak samoakceptacji. Nie chcę używać słowa "starość", bo ono ma od
razu bardzo negatywny wydźwięk, jakbyśmy byli poza pewnymi sprawami. Ale
fakty są takie, że czas płynie i ciało się zmienia. W gabinecie często
słyszę od młodych kobiet: "Ja już jestem stara". Pytam: "A ile ma pani
lat?". I słyszę: 29. No i myślę sobie, co będzie, kiedy przyjdzie
pięćdziesiątka? Raz tak zapytałam i usłyszałam: "To będzie katastrofa".
Pomyślałam, choć nie powiedziałam tego na głos: "Witaj w katastrofie".
Bo jeśli się na nią nastawiasz, to będzie. Przerazi cię zmarszczka, siwy
włos. A one się przecież pojawią. To jest chyba najgorsze, kiedy
wmawiamy sobie, że zmarszczki, siwe włosy czy dojrzewające ciało
oznaczają koniec atrakcyjności. Wtedy sami siebie odrzucamy i robimy
sobie ogromną krzywdę. Tak naprawdę życie albo nigdy nie zaczyna być
fajne, bo cały czas czekamy na swoją idealność, albo w pewnym momencie
mówimy: "To już koniec, już mi nie wypada".
Katarzyna: Znam też badania, które
pokazywały coś odwrotnego10. Wynika z nich, że kobiety mają
najwyższą samoocenę koło sześćdziesiątki. Brzmi paradoksalnie, ale młode
kobiety są najbardziej zanurzone w oczekiwaniach społecznych. Z czasem
te oczekiwania wcale nie znikają, ale przestają nas tak obchodzić. Wobec
kobiet zawsze były ogromne wymagania, ale w pewnym momencie zaczynamy
mieć większy luz. Bardzo często słyszę od pacjentek - i sama mam podobne
odczucia - że nigdy nie chciałyby mieć mniej niż 40 lat. Po
czterdziestce przychodzi jakieś wyzwolenie, odpuszczenie. Pojawia się
myśl: "Mam to gdzieś, niech sobie oceniają. Mogę się podobać albo nie,
ważne, że dobrze się czuję sama ze sobą". I to jest niesamowite. Ja sama
kiedyś żartowałam, że nie mogę się doczekać pięćdziesiątki, bo to już
będzie totalna nirwana. Czterdziestka dała mi bardzo dużo. I pacjentki
powtarzają dokładnie to samo: że to jest jak dotknięcie magiczną
różdżką. Kobiety, które kończą 40 lat, mówią mi: "Myślałam, że wpadnę w depresję, a poczułam, że teraz to dopiero mogę żyć. I to jest właśnie
ten paradoks: młode dziewczyny, które tak bardzo przeżywają, że są "za
stare, za duże", są najbardziej przejęte tym, żeby się mieścić w kanonach. A kobiety starsze coraz częściej odpuszczają i czują się
wolne.
Sylwia: Widziałam kiedyś taki piękny
obrazek. Dwie starsze panie w kostiumach leżą na plaży i jedna mówi do
drugiej: "No i popatrz na te dzisiejsze kobiety... takie młode, takie
mądre, takie piękne", a druga dopowiada: "I takie z siebie ciągle
niezadowolone". Czyli nie dopuszczają do siebie myśli, że one naprawdę
są piękne i wartościowe.
Katarzyna: To właśnie pokazuje, że nasze
nastawienie jest wszystkim - także w byciu singielką. W gotowości na
miłość bardzo ważne jest nastawienie. Kiedy mamy w sobie więcej światła,
radości, samoakceptacji, to wchodząc w związek, wnosimy energię słońca,
a także radość, zadowolenie, otwartość. Natomiast kiedy jesteśmy pełne
lęku, kompleksów, ciągle się porównujemy i jesteśmy czujne - czy ktoś
mnie nie obraża, czy ktoś mnie nie krzywdzi, czy ktoś nie przekracza
moich granic - to cały czas jesteśmy w nastroju "na atak". A wtedy
zupełnie inaczej się z nami randkuje. Kiedy jesteśmy w takiej wibracji,
w takim trybie, stajemy się zupełnie innymi osobami. W oczach drugiej
strony wyglądamy inaczej. Często spotykam ludzi, którzy są niezadowoleni
z randek i mówią: "Jestem singielką nie na własne życzenie, tylko z konieczności. Wszyscy mnie odrzucają". I zaraz dodają: "Bo jestem za
gruba". A ja zawsze sobie myślę, że prawdopodobnie powód leży zupełnie
gdzie indziej i nie chodzi o wagę. Bardzo często jest tak, że waga i wygląd nie są aż tak istotne. Jeśli ktoś nie chce kolejnej randki, to
często dlatego, że ta osoba albo nie poczuła się przy nas bezpiecznie,
albo nie poczuła się wysłuchana, zrozumiana. Nie poczuła, że jesteśmy
naprawdę obecni.
Sylwia: Jeszcze zapytam was o Internet,
gdzie odrzucenie kogoś to czasem tylko jedno kliknięcie. Ludzie to
bardzo przeżywają. Pod artykułami w stylu: "Co zrobić, żeby ona/on
odpisał na moją wiadomość?" pojawiają się komentarze typu: "Cokolwiek
bym napisał, pozostaje bez odzewu, bo nie jestem taki, jak ludzie tego
oczekują". Często wtedy argumentują to brakiem wysokich zarobków czy
drogiego samochodu. Co zrobić, żeby nie brać tak mocno do siebie
niepowodzenia w Internecie? Jak nie traktować tego jako potwierdzenia
własnych ułomności?
Joanna: My nazywamy to odrzuceniem, a ja
myślę, że warto zmienić narrację, ponieważ odrzucenie brzmi
intencjonalnie, jakby ktoś specjalnie chciał nam powiedzieć: "Nie chcę
cię". Tymczasem chodzi o coś bardzo naturalnego. Oczekiwanie, że nigdy w życiu nie będzie się odrzuconym, jest nierealistyczne. Bo przecież to
niemożliwe, żeby wszyscy nas zawsze wybierali, żeby każdy nas chciał,
żeby całe życie wszyscy się o nas starali. Mam krótką anegdotę.
Opowiadała mi kiedyś pewna pani, że umówiła się na randkę z mężczyzną,
który jej się nie spodobał. Pomyślała sobie jednak: "Dobra, dam mu
jeszcze jedną szansę", i czekała, aż on do niej zadzwoni. A kiedy się
nie odezwał, była tym zbulwersowana: "Jak to? Ja mu chciałam dać jeszcze
jedną szansę, a on się nawet nie odezwał!".
Katarzyna: Niewykorzystana szansa!
Joanna: No właśnie. Sama tak naprawdę
myślała o nim: "Nie jestem zainteresowana". Ale kiedy on także tak
pomyślał, odebrała to tak, jakby ją obraził, upokorzył. I oto jest
przykład, jak bardzo osobiście traktujemy tego typu sytuacje. Warto się
oswobodzić z niepotrzebnych schematów myślenia, że jak ktoś mnie nie
wybrał, to zrobił mi coś strasznego albo naraził mnie na wstyd.
Sylwia: Jak myślicie, na ile zdjęcia czy
opisy w aplikacjach mają znaczenie, a na ile tylko mamy takie złudzenie?
Katarzyna: Jestem obecnie na etapie szukania
domu, więc oglądam sporo nieruchomości. I cały czas mam w głowie
Sympatię i Tindera, bo myślę sobie, że oferty sprzedaży domów są jak
profile na Sympatii - bardzo często rzeczywistość nie ma z nimi nic
wspólnego. Na zdjęciach niejeden dom wygląda zachwycająco. I myślisz
sobie: "Boże, jaki piękny dom! Dlaczego tak tanio?". Jedziesz więc,
przekonana, że będzie wspaniale, a potem się okazuje, że to, co
zobaczyłaś, jest kompletnie nieadekwatne. Wchodzisz i widzisz, że to
nawet jest ładny dom, ale czujesz się tak oszukana zdjęciami, że nie
chcesz go dalej poznawać. Niestety sami też często retuszujemy swój
obraz. Zamiast pokazać szczerą prawdę o sobie, często upiększamy. A wystarczyłoby pokazać komuś swoje zdjęcie - bez filtrów, bez
autoprezentacji "na maksa". Bo przecież na starcie, na tej pierwszej
randce dużo przyjemniej jest wtedy, kiedy pojawia się ewentualnie...
pozytywne rozczarowanie. Wracając do domów, wybiorę pewnie ten, który na
zdjęciach z oferty był pokazany jeden do jednego. Zdjęcia były
zwyczajne, czasem niedoświetlone, ale prawdziwe. Kiedy weszłam potem do
tego domu, poczułam się bezpiecznie. Pomyślałam sobie od razu: "To jest
mój dom". I tak samo jest z w relacjach. Ktoś wcale nie musi być
wymuskany, żeby dać ci poczucie znalezienia się we właściwym
towarzystwie, u siebie. I tak zaczyna się prawdziwa więź.
Sylwia: Czy osoby poszukujące partnera w sieci są gotowe na większą autentyczność i pokazanie prawdy o sobie?
Obserwuję, jak bardzo niektórych męczą wszechobecne filtry stosowane w social mediach przez znajomych czy choćby osoby publiczne.
Joanna: Myślę, że każdego kusi pokazywanie
siebie w jak najatrakcyjniejszy sposób. Kiedyś, gdy nie było jeszcze
narzędzi do korekt i nakładania filtrów, wybieraliśmy swoje najlepsze
zdjęcie, choć ono nie zawsze pokazywało prawdę o nas. Światło, ulotny
klimat niekiedy fałszowały rzeczywistość. A teraz te wszystkie narzędzia
krzyczą: "użyj nas, a będziesz piękna!". Trudno się oprzeć. Ale myślę,
że doświadczenia działają, i ktoś, kto zauważy, że upiększanie fotek
przynosi zawód, wyciągnie wnioski. Ja kogoś mogę w ten sposób
rozczarować, a ktoś mnie. Zresztą wysłuchuję czasem takich opowieści, że
mężczyzna zamieścił swoje zdjęcie, ale zapomniał dodać, że tak wyglądał
dwie dekady temu. Pewien mężczyzna opowiadał mi, że kiedy na randkę
przyszła kobieta, nie mógł uwierzyć w to, co widzi, bo pojawiła się
zupełnie inna osoba, niż oczekiwał. Wyjął telefon, otworzył jej profil i pokazał zdjęcie, a ona tylko wzruszyła ramionami. Dlatego większość osób
dąży do weryfikacji poprzez komunikatory wideo.
WNIOSKI
Amerykański pisarz Joel Osteen mówi: "Kiedy nikt inny cię nie czci,
naucz się czcić sam siebie. Kiedy nikt inny cię nie chwali, komplementuj
sam siebie. To nie należy do innych, żeby cię zachęcać. To należy do
ciebie. Zachęcanie powinno pochodzić z wewnątrz". To piękne i bardzo
trafne słowa, ale pytanie brzmi: jak budować wewnętrzną siłę? Warto
zacząć od małych kroków. Najpierw zatrzymać się i zauważyć, jak często
nasz wewnętrzny głos jest krytyczny, a nie wspierający. Spróbujmy
zmienić go na bardziej przyjazny - zamiast "znowu mi nie wyszło",
powiedzieć sobie "uczę się, idzie mi coraz lepiej".
Pomocne jest też codzienne dostrzeganie swoich drobnych sukcesów:
zapisanie trzech rzeczy, z których jesteśmy dziś dumni, choćby
najmniejszych. To uczy, że wartość tkwi w naszej obecności, w idei
niepoddawania się przeciwnościom. Wreszcie, dobrze jest pielęgnować
proste rytuały troski o siebie: spacer, odpoczynek, rozmowa z kimś
życzliwym, chwila ciszy. Kiedy zaczynamy traktować siebie z szacunkiem,
wysyłamy światu sygnał: takiego traktowania oczekuję. I wtedy dużo
łatwiej nam budować zdrowe relacje, które nie będą jedynie
potwierdzeniem naszej wartości.
Najczęściej nie blokuje nas ciało, tylko to, jak o nim myślimy i jak
reagują na nie inni. Odkładanie randek na później zamienia życie w poczekalnię. Katarzyna Kucewicz mówi wprost: można spotykać się "w tym
ciele, które mam dziś" i mieć dobre relacje, jeśli zamiast kontrolować
każdy szczegół, damy sobie prawo do zwykłej obecności.
Ważna jest też spójność. W sieci lepiej działa prawda niż "okładka" -
aktualne zdjęcia i opis, który da się powtórzyć na żywo bez wstydu. Na
spotkaniu ważniejsze od rozmiaru spodni bywa to, czy przy nas jest
bezpiecznie, czy słuchamy, czy naprawdę jesteśmy.
Odrzucenie warto czytać raczej jako brak dopasowania niż werdykt w sprawie naszej wartości. I najważniejsze, atrakcyjność nie ma metryki.
Bliskość, flirt i radość ze spotkań są dla ludzi w każdym wieku. Jeśli
przestaniemy traktować ciało jak projekt i wrócimy do zwykłej troski o siebie, wtedy robi się lżej - i łatwiej dać sobie szansę na dobry
związek.
Atrakcyjność i powabność nie mają wieku ani metryki. Randkowanie,
uwodzenie siebie nawzajem, flirtowanie - to wszystko może być namiętne
w każdym wieku.
Seksualność to życie. Kiedy z niej rezygnujemy, to jakbyśmy trochę
rezygnowali z życia.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Badanie Pokolenie singli zrealizowane przez Grupę Onet RAS Polska i Uniwersytet Łódzki we wrześniu 2016 roku. [wróć]
Badanie Wartości i wybory singli w 2025 roku zrealizowane przez portal randkowy Sympatia.pl we wrześniu 2025 roku. [wróć]
https://www.rmf.fm/styl-zycia/news%2C75752%2Cepidemia-singlozy-sie-nasila-do-2030-roku-co-trzeci-polak-bedzie-singlem.html [dostęp: 23.10.2025]. [wróć]
https://obserwatorgospodarczy.pl/2024/10/02/liczba-malzenstw-w-polsce-drastycznie-spada-a-cierpi-na-tym-dzietnosc/ [dostęp: 23.10.2025]. [wróć]
https://www.elle.pl/lifestyle/singloza-w-natarciu-dlaczego-coraz-wiecej-polek-i-polakow-wybiera-zycie-solo/ [dostęp: 23.10.2025]. [wróć]
Zbitka angielskich słów involuntary celibacy - mimowolny celibat. [wróć]
"27 proc. dzieci rodzi się poza małżeństwem" (cyt. za: GUS 2025); https://porady.sympatia.onet.pl/sympatia-radzi/malzenstwo-czy-konkubinat-dane-wskazuja-ktora-forme-zwiazku-wybieraja-polacy-i-ktora/p4zzzbj [dostęp: 23.10.2025]. [wróć]
Rodzice kontra młodzi, https://www.newsweek.pl/polska/spoleczenstwo/rodzice-kontra-mlodzi-nie-poswiece-zycia-dla-pracy/3blxyf6 [dostęp: 19.09.2025]. [wróć]
Część komentarzy cytujemy w rozdziale 1. [wróć]
Development of Self-Esteem From Age 4 to 94 Years: A Meta-Analysis of Longitudinal Studies; https://psycnet.apa.org/fulltext/2018-33338-001.html [dostęp: 10.12.2025]. [wróć]