p
ROZDZIAŁ 2Niedziela rano: niespodziewane aresztowania
Grupa młodych, nie znających się ludzi zupełnie nie zdawała sobie sprawy, że dzwony w Palo Alto biją właśnie dla nich, zapowiadając, iż już wkrótce ich życie odmieni się w całkowicie nieoczekiwany sposób.
Jest niedziela, 14 sierpnia 1971 r., 9.55 rano. Temperatura około 38°C, wilgotność jak zwykle niska, widoczność nieograniczona; nad głową lazurowo błękitne niebo, bez jednej chmurki. W kalifornijskim Palo Alto zaczyna się kolejny letni dzień, piękny jak na pocztówce, na której wszystko przedstawia się bez zarzutu. Niedoskonałość i bałagan są w tym raju całkowicie niewidoczne, podobnie jak śmieci na ulicach lub chwasty w ogródkach. W takim dniu i miejscu człowiek czuje, że żyje.
To Eden, w którym urzeczywistniają się amerykańskie marzenia. Populacja Palo Alto oscyluje w okolicach 60 tys. obywateli, ale tym co ją wyróżnia, jest 11 tys. studentów, którzy mieszkają i studiują około mili stąd, w okolicy obsadzonej setkami drzew palmowych dolnej Palm Drive, prowadzącej do wejścia na Uniwersytet Stanforda. Stanford to żywotne minimiasteczko, zajmujące ponad 8 tys. akrów, ze swoją własną policją, oddziałem straży pożarnej i pocztą. Tylko o godzinę drogi stąd, na północ, leży San Francisco. W porównaniu z nim Palo Alto jest bezpieczniejsze, czystsze, spokojniejsze i bardziej białe. Większość czarnych mieszka po drugiej stronie Autostrady 101 na wschodnim krańcu miasta, we Wschodnim Palo Alto. W porównaniu do zaniedbanych wielopiętrowych czynszówek, do jakich byłem przyzwyczajony w dzieciństwie, stojące we Wschodnim Palo Alto jedno i dwurodzinne domy przypominały suburbia. Mój nauczyciel ze szkoły średniej mógłby marzyć o mieszkaniu tam, gdyby miał szansę zarobić wystarczającą ilość pieniędzy z nocnych kursów prowadzonej przez siebie taksówki.
Jednak w ostatnim czasie wokół tej oazy spokoju zaczynają pojawiać się problemy. Obok, w Oakland, partia Czarnych Panter lansuje dumę z bycia czarnym (black pride), opartą na władzy czarnych (black power), postulując zwalczanie rasizmu za pomocą "wszelkich niezbędnych środków". Więzienia stają się kolebką nowego pokolenia więźniów politycznych, natchnionych przez George'a Jacksona, który wraz ze swoimi Soledad Brothers ma właśnie stanąć przed sądem za rzekome zamordowanie strażnika więziennego. Ruch wyzwolenia kobiet nabiera rozpędu, działając na rzecz zaprzestania traktowania kobiet jak obywatelek drugiej kategorii oraz stwarzania im nowych możliwości. Wciąż trwa niesławna wojna w Wietnamie, a liczba zabitych i rannych rośnie z dnia na dzień. Sytuacja robi się jeszcze tragiczniejsza, kiedy, w odpowiedzi na poczynania aktywistów antywojennych, administracja Nixona i Kissingera reaguje na masowe demonstracje przeciwko wojnie zwiększonymi bombardowaniami. "Kompleks przemysłu wojennego" staje się wrogiem nowej generacji ludzi, którzy otwarcie kwestionują leżące u jego podstaw korzyści z agresywnego wyzysku ekonomicznego. Dla każdego, kto lubi żyć w prawdziwie dynamicznej epoce, ten Duch Czasu nie ma sobie równego we współczesnej historii.
Badając ciemną stronę ludzkiej natury
Nasza wspólna podróż będzie należeć do tych, które - jak mógłby to określić poeta Milton - prowadzą w głąb ciemności. Zaprowadzi nas w miejsca, gdzie zło - we wszelkim tego słowa znaczeniu - rozkwitło. Spotkamy wielu ludzi, którzy zrobili bardzo złe rzeczy innym, często działając w przeświadczeniu dążenia do wyższego celu w oparciu o najlepszą ideologię i moralny imperatyw. Będziecie na tej drodze czujnie wypatrywać demonów, ale możecie zawieść się ich banalnością oraz podobieństwem do najbliższego sąsiada. Za waszym pozwoleniem, jako wasz przewodnik , poproszę, abyście weszli w ich skórę po to, by dać wam szansę spojrzenia na zło z perspektywy uczestnika zdarzeń, z bliska i w sposób bardziej osobisty. Czasami widok ten okaże się po prostu obrzydliwy, lecz jedynie poprzez zbadanie i zrozumienie przyczyn takiego zła możemy być w stanie je zmienić, powściągnąć lub opanować poprzez podejmowanie mądrych decyzji oraz innowacyjnych działań wspólnotowych.
Piwnica w Jordan Hall Uniwersytetu Stanforda będzie dekoracją, którą wykorzystam, by pomóc wam zrozumieć, jak to było być więźniem, strażnikiem czy nadzorcą więziennym w tamtym czasie i w tamtym miejscu. Pomimo że badanie to jest powszechnie znane z urywków opisywanych w mediach oraz niektórych naszych publikacji naukowych, cała, pełna historia nigdy dotąd nie została jeszcze opowiedziana. Będę pełnił rolę narratora , opowiadając o wydarzeniach - w pierwszej osobie czasu teraźniejszego, odtwarzając najważniejsze fragmenty każdego dnia i nocy w porządku chronologicznym. Gdy przyjrzymy się etycznym, teoretycznym i praktycznym implikacjom, wynikającym ze Stanfordzkiego Eksperymentu Więziennego, rozszerzymy podstawy psychologicznych studiów nad złem poprzez przeanalizowanie szeregu badań eksperymentalnych i empirycznych przeprowadzonych przez psychologów, ilustrujących oddziaływanie wpływów sytuacyjnych na indywidualne zachowania. Będziemy zgłębiać w szczegółach badania nad konformizmem, posłuszeństwem, dezindywiduacją, dehumanizacją, wyłączaniem moralności oraz złem zaniechania.
"Ludzie nie są więźniami przeznaczenia, lecz jedynie więźniami swych własnych umysłów" - mawiał prezydent Franklin Roosvelt. Więzienia stanowią metaforę dla ograniczeń wolności zarówno dosłownych, jak i symbolicznych. Stanfordzki Eksperyment Więzienny z symbolicznego więzienia, jakim był początkowo, przeistoczył się w umysłach przebywających w nim więźniów i strażników w więzienie aż nazbyt rzeczywiste. Jakie inne więzienia, ograniczając nasze zasadnicze wolności, możemy sami sobie narzucać? Stany neurotyczne, niskie poczucie wartości, nieśmiałość, uprzedzenia, wstyd, nadmierny strach przed terroryzmem to tylko niektóre z chimer ograniczających nasz potencjał korzystania z wolności i szczęścia, oraz przeszkadzających w pełnym docenieniu otaczającego nas świata[21].
Mając na względzie tę wiedzę, wracamy do Abu Ghraib, które przykuwa naszą uwagę. Lecz na razie wyjdźmy poza nagłówki i telewizyjne obrazy, próbując lepiej zrozumieć, jak to było być strażnikiem więziennym lub więźniem w tym potwornym więzieniu, w czasie tamtych nadużyć. Tortury jawią się nam w formach od czasu inkwizycji znacznie unowocześnionych. Zaprowadzę was przed sąd na rozprawę dotyczącą jednego z żandarmów wojskowych, gdzie poznamy część negatywnych efektów ubocznych działań tego żołnierza. Przez cały czas będziemy starali się wykorzystać wszystko, co wiemy na podstawie ustaleń psychologii społecznej w ramach koncepcji trzech czynników kształtujących zachowania, skupiając się na ludziach działających w konkretnych sytuacjach, stworzonych i utrzymywanych przez siły systemowe. Postawimy przed sądem struktury decyzyjne armii Stanów Zjednoczonych, urzędników CIA i liderów rządowych z najwyższych sfer za ich współsprawstwo w stworzeniu dysfunkcjonalnego systemu, który pozwalał rozwijać się torturom i nadużyciom w Abu Ghraib.
Pierwsza część naszego ostatniego rozdziału dostarczy nam pewnych wskazówek, jak opierać się niechcianym wpływom społecznym, jak formować linię oporu przed uwodzicielskim urokiem specjalistów od wpływania na ludzi. Chcemy dowiedzieć się, w jaki sposób zwalczać taktyki kontroli umysłu, wykorzystywane, by poskromić naszą wolność wyboru i podporządkować ją tyranii konformizmu, posłuszeństwa, naśladownictwa i obaw, wynikających z braku wiary w samego siebie. Mimo iż uznaję potęgę sytuacji, staram się jednocześnie głosić, że ludzie mają moc działania w sposób rozumny i krytyczny jako doinformowane podmioty, kierujące swoimi zachowaniami w sposób celowy. Dzięki zrozumieniu, w jaki sposób działają wpływy społeczne, oraz zdaniu sobie sprawy z faktu, że każdy z nas może być podatny na ich subtelne i wszechobecne oddziaływanie, możemy stać się mądrymi i przebiegłymi odbiorcami, zamiast łatwo ulegać władzy, dynamice grupowej, perswazyjnym przekazom i strategii naśladownictwa.
Chciałbym zakończyć odwróceniem pytania, od którego zaczęliśmy. Zamiast zastanawiać się, czy jesteś zdolny do zła, chciałbym, żebyś zastanowił się, czy jesteś zdolny zostać bohaterem. Moja końcowa teza wprowadza koncepcję "banalności heroizmu". Wierzę, że każdy z nas jest potencjalnym bohaterem, czekającym na właściwy czas i miejsce, by podjąć decyzję o działaniu mającym na celu pomoc innym, niezależnie od osobistego ryzyka i poświęceń. Lecz zanim dotrzemy do tego radosnego wniosku, czeka nas długa droga. A więc, andiamo!
Władza powiedziała do świata
"Należysz do mnie",
A świat trzymał ją uwięzioną na jej tronie.
Miłość powiedziała do świata:
"Jestem twoja",
A świat dał jej powszechną wolność.
Rabindranath Tagore, Stray Birds[22]
Podziękowania
Napisanie tej książki nie byłoby możliwe bez istotnej pomocy i wsparcia, jakie otrzymałem na każdym z etapów tej długiej podróży - od zaczątków pomysłu, do jego realizacji w ostatecznej formie.
Badania empiryczne
Wszystko zaczęło się od planowania, realizacji i analizy eksperymentu, który przeprowadziliśmy na Uniwersytecie Stanforda w sierpniu 1971 r. Bezpośrednim impulsem do przeprowadzenia tego badania był projekt realizowany w ramach studiów licencjackich, dotyczący psychologii uwięzienia, kierowany przez Davida Jaffe, który został później naczelnikiem naszego eksperymentalnego więzienia. W ramach przygotowania do przeprowadzenia tego eksperymentu, by lepiej zrozumieć mentalność więźniów oraz pracowników penitencjarnych oraz zbadać, jakie są najistotniejsze właściwości psychologicznej natury każdego doświadczenia więziennego, prowadziłem na Uniwersytecie Stanforda letni kurs, który obejmował te zagadnienia. Współprowadzącym był Andrew Carlo Prescott, wtedy świeżo wypuszczony na wolność po zakończeniu serii długich odsiadek w więzieniach Kalifornii. Carlo okazał się być nieocenionym konsultantem oraz dynamicznym kierownikiem naszej "Komisji ds. Zwolnień Warunkowych". Dwóch studentów studiów magisterskich, William Curtis Banks i Craig Haney, w pełnym wymiarze angażowało się w każdy etap przygotowywania tego niezwykłego projektu badawczego. Craig wykorzystał to doświadczenie jako trampolinę do pełnej sukcesów kariery w dziedzinie psychologii i prawa, stając się czołowym rzecznikiem praw więźniów oraz współpracując ze mną przy pisaniu licznych artykułów i opracowań na różne tematy związane z więziennictwem. Dziękuję im wszystkim za wkład w to studium, oraz jego intelektualne i praktyczne pokłosie. Ponadto moje podziękowania należą się każdemu ze studentów college'u, którzy zgłosili się na ochotnika do udziału w eksperymencie; miał on pozostawić niezatarty ślad w ich pamięci - nawet po upływie trzech dekad. Tak jak czynię to w dalszej części tego tekstu, chciałbym jeszcze raz przeprosić ich za wszelkie cierpienia, jakich doznali w trakcie badania oraz po jego zakończeniu.
Dodatkowe prace badawcze
Zadanie zebrania archiwalnych nagrań wideo z eksperymentu więziennego i ich konwersji na format DVD, z którego możliwe było sporządzenie transkrypcji, przypadło Seanowi Bruichowi i Scottowi Thompsonowi, dwóm wyjątkowym studentom Stanfordu. Obok zadania polegającego na wyróżnieniu w tych materiałach znaczących wydarzeń, Sean i Scott pomagali również przy połączeniu w całość zebranych przez nas obszernych materiałów źródłowych, dotyczących poszczególnych aspektów studium.
Tanya Zimbardo i Marisa Allen asystowały przy kolejnym zadaniu, pomagając zgromadzić i uporządkować obszerne materiały pomocnicze, pozyskiwane z plików medialnych, moich notatek oraz wybranych artykułów. Zespół innych studentów Stanfordu (w szczególności Kieran O'Connor i Matt Estrada) bardzo profesjonalnie przeprowadził weryfikację przypisów. Matt przekształcił również nagrane przeze mnie wywiady z sierżantem "Chipem" Frederickiem w zrozumiały transkrypt.
Cenię sobie uwagi i opinie jakie otrzymywałem na temat różnych rozdziałów pierwszego i drugiego projektu zarówno od kolegów, jak i studentów, w szczególności Adama Breckenridge'a, Stevena Behnke, Toma Blassa, Rose McDermott i Jasona Weavera. Anthony'emu Pratkanisowi i Cindy Wang należą się specjalne podziękowania za pomoc przy fragmencie ostatniego rozdziału, dotyczącego opierania się niechcianym wpływom. Należy tu również wymienić Zeno Franco za jego wkład w nowe poglądy na temat psychologii bohaterstwa.
Swoje zrozumienie sytuacji militarnej w Abu Ghraib oraz na innych terenach objętych działaniami wojennymi, zawdzięczam mądrości oficera sztabowego Marci Drewry oraz pułkownika Larry'ego Jamesa, będących także psychologami wojskowymi. Doug Bracewell na bieżąco dostarczał mi przydatnych danych online na szereg tematów związanych z zagadnieniami i problemami, którymi zajmuję się w dwóch rozdziałach książki, poświęconych Abu Ghraib. Gary Myers, doradca prawny sierżanta Fredericka, nie tylko przez bardzo długi czas uczestniczył w tej sprawie bez wynagrodzenia, lecz również udostępnił mi wszystkie materiały źródłowe i informacje, które były potrzebne, by zrozumieć tę skomplikowaną sytuację. Adam Zimbardo przeprowadził spostrzegawczą analizę seksualnego charakteru "zdjęć-trofeów", które były owocem "gier i zabaw" podczas nocnej zmiany na Kondygnacji 1A.
Rozdzielając moje podziękowania, znaczną ich część skierować muszę ku psychologowi Bobowi Johnsonowi (mojemu koledze i współautorowi naszego podręcznika wprowadzającego do psychologii: Psychologia: podstawowe koncepcje). Bob przeczytał cały manuskrypt oraz dostarczył niezmiernie cennych uwag, co do sposobów jego udoskonalenia , podobnie jak Sasha Lubomirski, który pomagał koordynować informacje od Boba oraz od Rose Zimbardo. Rose jest uznanym profesorem literatury angielskiej i dopilnowała, by każde zdanie tej książki było sformułowane tak, jak powinno, by przekazać czytelnikom moje przesłanie. Dziękuję każdemu z nich za to, że wypełniali swoje obowiązki z wyczuciem i wdziękiem.
Podziękowania należą się również Willowi Murphy'emu, mojemu wydawcy z Random House, za jego, stanowiącą obecnie wymierającą sztukę, skrupulatną pracę redaktorską, oraz jego odważne próby ograniczania tematyki do najważniejszych zagadnień. Lynn Anderson w cudowny i zręczny sposób sprawdziła się jako redaktor techniczny, dodając wspólnie z Vincentem La Scalą spójności i wyrazistości mojemu przekazowi. John Rockman jako wydawca był aniołem stróżem tej książki i jej promocji.
Na koniec muszę wspomnieć, że po kilkunastu godzinach pisania dzień i noc, moje ciało było przywracane do stanu gotowości przed kolejną rundą dzięki moim masażystom, Gerry'emu Huberowi z Healing Winds Massage w San Francisco oraz Ann Hollingsworth z Gualala Sea Spa, za każdym razem gdy pracowałem w zaciszu mojego rancza nad morzem.
Każdego z tych pomocników, członków rodziny, przyjaciół, kolegów i studentów, którzy pomogli mi w przeistoczeniu myśli w słowa, w manuskrypt i wreszcie w tę książkę, chciałem prosić o przyjęcie moich najserdeczniejszych podziękowań.
Ciao,
Phil Zimbardo
ROZDZIAŁ 1Psychologia zła: sytuacyjne przemiany charakteru
Umysł jest swoim własnym panem i sam potrafi niebem uczynić piekło i piekłem niebo.
John Milton, Raj utracony
M.C. Escher, "Granica kręgu IV" ("Circle Limit IV") Copyright 2006 The M.C. Escher Company-Holland
Wszystkie prawa zastrzeżone. www.mcescher.com.
Popatrz przez chwilę na ten niezwykły obraz. Teraz zamknij oczy i przywołaj go z pamięci.
Czy oczyma wyobraźni widzisz liczne białe anioły, tańczące na tle ciemnego nieba? Czy raczej wiele czarnych demonów, rogatych diabłów, zamieszkujących jasne przestrzenie piekła? W tej iluzji, autorstwa M.C. Eschera, obydwa sposoby postrzegania są równie możliwe. Kiedy uświadomimy sobie współzależność pomiędzy dobrem a złem, nie sposób dostrzec jednego bez drugiego. W dalszej części tej książki nie pozwolę Ci odpłynąć do stanu wygodnego oddzielenia Twojej Dobrej i Nieskazitelnej Strony od Ich Złej i Podłej Strony. "Czy jestem zdolny do zła?" - chcę, żebyś wciąż zadawał sobie to pytanie podczas naszej wędrówki po nieznanych przestrzeniach.
Z grafiki Eschera wynikają trzy prawdy psychologiczne. Po pierwsze, świat składa się zarówno z dobra, jak i zła - tak było, tak jest i tak będzie zawsze. Po drugie, granica pomiędzy dobrem a złem jest niewyraźna i mglista. Po trzecie natomiast, anioły mogą stać się diabłami i - co może nawet trudniejsze do przyjęcia - również diabły mogą stać się aniołami.
Być może obraz ten przywodzi Ci na myśl absolutną transformację dobra w zło - metamorfozę Lucyfera w Szatana. Lucyfer, "niosący światło", był ulubionym aniołem Boga do momentu, w którym zakwestionował bożą władzę i został wygnany do piekła wraz ze swą gromadą upadłych aniołów. "Lepiej rządzić w piekle, niż służyć w niebie" - chwali się Szatan, "Przeciwnik Boga" w Raju utraconym Miltona. W piekle Lucyfer - Szatan - staje się kłamcą, próżnym szarlatanem, który wykorzystuje przechwałki, włócznie, trąby i sztandary, podobnie jak robią to dzisiaj niektórzy liderzy polityczni. Na Diabelskiej Naradzie w Piekle, wszystkie liczące się demony przekonują Szatana, że nie uda mu się odzyskać Nieba w drodze bezpośredniej konfrontacji[1]. Z rozwiązaniem, najstraszniejszym z możliwych, wychodzi szatański mąż stanu, Belzebub, proponując zemstę na Bogu poprzez zdeprawowanie największego dzieła stwórcy - człowieka. Mimo że Szatanowi udaje się sprowadzić Adama i Ewę na złą drogę, nakłaniając ich do nieposłuszeństwa wobec Stwórcy, Bóg jednak postanawia, że we właściwym czasie zostaną oni zbawieni. Jednakże do tego momentu Szatan może próbować podważyć boże zarządzenie, werbując ciemne moce, aby kusiły ludzi do zła. Szatańscy pośrednicy staną się odtąd celem żarliwych inkwizytorów, chcących oczyścić świat ze zła, lecz ich przerażające metody zrodzą nowe formy systemowego zła, jakiego świat jeszcze nie zaznał.
Grzech Lucyfera jest tym, co średniowieczni myśliciele nazywali cupiditas[I]. Dla Dantego grzechy, które wynikały z tego źródła były skrajną formą "grzechów wilczego gardła" - stanu duchowego polegającego na posiadaniu wewnętrznej czarnej dziury zbyt głębokiej, by jakakolwiek ilość władzy czy pieniędzy mogła ją kiedykolwiek wypełnić. Dla tych, którzy cierpią na śmiertelną chorobę zwaną cupiditas wszystko, co istnieje poza ich wnętrzem, przedstawia wartość tylko wówczas, gdy może być przez nich przywłaszczone lub wykorzystane na ich potrzeby. W Piekle Dantego ci, którzy są winni popełnienia tego grzechu, znajdują się w dziewiątym kręgu, zamarznięci w Lodowym Jeziorze. Nie dbając w życiu o nic poza sobą samym, są na wieczność uwięzieni w swoim lodowym jestestwie. Sprawiając, że ludzie koncentrują się w ten sposób wyłącznie na sobie samych, Szatan i jego naśladowcy odwracają oczy od harmonii miłości, jednoczącej wszystkie żyjące stworzenia.
"Grzechy wilczego gardła" powodują, że człowiek odwraca się od łaski i ustanawia sam siebie najwyższym dobrem, a zarazem własnym więzieniem. W dziewiątym kręgu piekła grzesznicy, owładnięci duchem nienasyconego wilka, pozostają zamrożeni w narzuconym samym sobie więzieniu, w którym więzień i strażnik są zespoleni egocentryczną więzią.
Historyczka Elaine Pagels, w swych uczonych rozważaniach nad pochodzeniem Szatana, proponuje prowokacyjną teorię psychologicznego znaczenia Szatana jako zwierciadła ludzkości:
"To, co fascynuje nas w Szatanie, to sposób, w jaki wykazuje on cechy wykraczające poza to, co zwykliśmy uznawać za ludzkie. Szatan łączy w jednej osobie więcej niż skąpstwo, zazdrość, żądzę czy złość - identyfikowane przez nas jako nasze najgorsze impulsy, a nawet więcej niż to, co nazywamy bestialstwem, narzucającym istotom ludzkim podobieństwo do zwierząt ("bestii")... Zło w najgorszej postaci wydaje się pociągać za sobą to co nadnaturalne - co rozpoznajemy z dreszczem jako diaboliczne przeciwieństwo Boga, określanego przez Martina Bubera jako "całkowicie Innego"[2].
Boimy się zła, ale fascynuje nas. Tworzymy mity spisku zła i zaczynamy w nie wierzyć wystarczająco mocno, aby zmobilizować siły przeciwko nim. Odrzucamy "Inność", jako odmienną i niebezpieczną, ponieważ jest nam nieznana. Jednocześnie ekscytujemy się kontemplowaniem ekscesów seksualnych i gwałceniem kodów moralnych przez tych, którzy nie należą do naszego rodzaju. Profesor religioznawstwa, Dawid Frankfurter podsumowuje swoje poszukiwania Zła Wcielonego poprzez uwypuklenie społecznego konstruktu niegodziwego Innego:
"Ujęcie społecznej istoty - Innego, jako dzikusa, kanibala, demona, czarownika, wampira, lub mieszaniny ich wszystkich, zarysowuje spójny repertuar symboli odmienności. Historie, jakie opowiadamy o ludziach z peryferii, powielają wątki ich dzikości, libertyńskich zwyczajów oraz potworności. W tym samym czasie połączone przerażenie i przyjemność, jakie czerpiemy z kontemplowania tej Inności - sentymenty, które wpływały na brutalność kolonizatorów, misjonarzy i wojsk wkraczających na terytoria tych Innych - z pewnością wpływają także na nas, na poziomie jednostkowych fantazji"[3].
Jakiś gliniarz puka do drzwi[10]
"Mamo, mamo, jakiś policjant jest przy drzwiach i zamierza aresztować Hubbiego!" - zapiszczała najmłodsza dziewczynka Whittlowów.
Pani Dexterowa Whittlow nie do końca usłyszała, o co chodzi, ale z tonu pisku Niny wywnioskowała, że zaszły trudności, którymi powinien zająć się ojciec.
"Poproś, proszę, ojca, żeby się tym zajął". Pani Whittlow robiła właśnie szybki rachunek sumienia, mając niedobre przeczucia, co do zmian wprowadzonych do kościelnego nabożeństwa, z którego właśnie wróciła. Myślała także dużo o Hubbim - ostatnio zaczęła przygotowywać się do widywania swojego ślicznego, niebieskookiego i blondwłosego czarusia w rytmie dwóch odwiedzin rocznie. Jedynym pocieszeniem płynącym z jego wyjazdu do college'u, była nadzieja na spełnienie jej sekretnego życzenia. Odległość miała sprawić, by, zgodnie z zasadą "co z oczu, to z serca", ostentacyjne uczucie pomiędzy Hubbiem a jego dziewczyną z liceum Palo Alto, nieco przygasło. Mężczyzna powinien zadbać o swoją karierę, zanim pospiesznie zdecyduje się na małżeństwo, mówiła mu często.
Jedyną wadą, jaką widziała w swoim doskonałym dziecku było to, że czasami, kiedy był ze swoimi przyjaciółmi, nieco go ponosiło. Tak jak np. w zeszłym miesiącu, kiedy dla hecy pomalowali dachówki na dachu liceum. Albo kiedy zrobili sobie spacer, w czasie którego odwracali i "wyrywali" znaki drogowe. "To niemądre i niedojrzałe, Hubbie. Możesz się w ten sposób wpędzić w kłopoty!".
"Mamo, taty nie ma w domu. Pojechał na pole golfowe z panem Marsdenem, a Hubbiego na dole właśnie aresztują policjanci!".
"Hubbie Whittlow, jesteś oskarżony o pogwałcenie art. 459 Kodeksu karnego, przez włamanie na prywatną posesję. Zostaniesz zawieziony na komisariat w celu zarejestrowania w kartotece. Zanim cię przeszukam i założę kajdanki, muszę poinformować o przysługujących ci prawach obywatelskich". (Świadomy obecności kamery telewizyjnej, uwieczniającej dla potomności owo klasyczne w swojej formie aresztowanie, Joe zachowywał się jak Superglina). "Postawmy sprawę jasno: masz prawo milczeć i nie musisz odpowiadać na żadne pytania. Wszystko, co powiesz, może być użyte przeciwko tobie w trakcie procesu sądowego. Zanim odpowiesz na jakiekolwiek pytania, masz prawo skontaktować się z adwokatem. Adwokat może być obecny w trakcie przesłuchania. Jeśli nie stać cię na adwokata, biuro obrońcy publicznego zapewni ci obrońcę, który będzie cię reprezentował przez cały czas trwania procesu. Czy twoje prawa są dla ciebie jasne? Dobrze. Zachowaj je w pamięci, a tymczasem zabieram cię na Komendę Główną, w celu zarejestrowania twojej osoby i przestępstwa, o jakie jesteś oskarżony. Teraz przejdź spokojnie do radiowozu".
Pani Whittlow osłupiała widząc, jak jej syn zostaje przeszukany, zakuty w kajdanki i oparty o maskę radiowozu, jak zwykły kryminalista oglądany w wiadomościach telewizyjnych. Odzyskawszy zimną krew, zapytała grzecznie: "O co w tym wszystkim chodzi, panie policjancie?".
"Mam rozkaz aresztowania Hubbiego Whittlowa pod zarzutem włamania, proszę pani. On...".
"Wiem, panie policjancie. Mówiłam mu, żeby nie ruszał tych znaków drogowych. Nie powinien tak bardzo ulegać wpływom tych chłopaków od Jenningsów".
"Mamo, nie rozumiesz, to jest po prostu część...".
"Panie policjancie, Hubbie to dobry chłopak. Jego ojciec i ja chętnie zwrócimy koszty wymiany tego, co zostało zniszczone. Wie pan, oni to zrobili tylko dla hecy, to naprawdę nic poważnego".
Sąsiedzkie zło, sąsiedzkie dobro
Zaintrygowany kontrastem pomiędzy poczuciem powszechnej anonimowości, z jakim żyłem w Nowym Jorku, a poczuciem wspólnoty i osobistej identyfikacji, jakiej doświadczałem w Palo Alto, zdecydowałem się na przeprowadzenie prostego eksperymentu w terenie, aby sprawdzić istotność tej różnicy.
Zainteresowały mnie antyspołeczne skutki anonimowości, w warunkach gdy ludzie, znajdujący się w sytuacji sprzyjającej agresji, czuli, że nikt nie może ich rozpoznać. Opierając się na opisanej we Władcy Much koncepcji masek wyzwalających wrogie impulsy, przeprowadziłem badanie pokazujące, że ci jego uczestnicy, którzy działali anonimowo, z większą gotowością zadawali ból innym, niż ci, którzy czuli się rozpoznawalni[1]. Teraz chciałem sprawdzić, co zrobią porządni obywatele Palo Alto w odpowiedzi na stworzoną przez nas pokusę, zachęcającą do wandalizmu. Zaprojektowałem studium terenowe w stylu Ukrytej Kamery, które polegało na porzuceniu samochodu w Palo Alto i - porównawczo - 3 tys. mil dalej, w Bronxie. Na ulicach prowadzących do kampusów: Uniwersytetu Bronx w Nowym Jorku i Uniwersytetu Stanforda pozostawiono dobrze wyglądające samochody - z podniesionymi maskami, zdjętymi tablicami rejestracyjnymi - widoczne "wyzwalacze" sygnałów kuszących obywateli, by stali się wandalami. Z ukrytych punktów obserwacyjnych moja ekipa badawcza obserwowała i fotografowała to, co działo się w Bronxie oraz nagrywała na wideo zdarzenia w Palo Alto[2].
W Bronxie nie zdążyliśmy nawet zamontować naszego sprzętu nagrywającego, kiedy pojawili się pierwsi wandale i zaczęli obrabiać samochód - tata, wysyłający półgębkiem w stronę mamy polecenie, by opróżniła bagażnik, i nakazujący synowi sprawdzić schowek, podczas gdy sam wymontowywał akumulator. Zanim nadeszło właściwe dzieło zniszczenia przechodnie poruszający się na piechotę lub samochodami, zatrzymywali się, aby opróżniać porzucony samochód ze wszystkich wartościowych części. Po tych zdarzeniach rozpoczęła się parada chuliganów, którzy go systematycznie rabowali, a następnie demolowali. Miesięcznik Time opublikował tę smutną historię miejskiej anonimowości w działaniu, pod tytułem Pamiętnik porzuconego auta[3]. W ciągu kilku dni odnotowaliśmy w Bronxie dwadzieścia trzy odrębne przypadki dewastacji nieszczęsnego Oldsmobila. Wandalami okazali się zwykli obywatele. Wszyscy byli białymi, dobrze ubranymi dorosłymi, którzy w innych okolicznościach domagaliby się zapewne szerszej ochrony policyjnej i mniejszego cackania się z przestępcami. Odpowiadając na pytania zawarte w sondażu opinii społecznej "zdecydowanie zgodziliby się", że zachodzi konieczność zaostrzenia przepisów i sprawniejszego egzekwowania porządku. Wbrew oczekiwaniom, tylko jeden z tych przypadków wiązał się z działaniem dzieciaków, delektujących się przyjemnością płynącą z niszczenia. A co jeszcze bardziej zaskakujące, całe to dzieło destrukcji miało miejsce w pełnym świetle dnia. Nasze kamery na podczerwień zupełnie nam się nie przydały. Zinternalizowane poczucie anonimowości nie potrzebuje ciemności, by się ujawnić.
A jaki był los naszego auta porzuconego w Palo Alto, które również wyglądało na ewidentnie niezabezpieczone przed napaścią? Przez cały tydzień nie zdarzył się nawet jeden przypadek agresji wobec niego! Ludzie przechodzili, przejeżdżali obok, patrzyli na nie, ale nikt nawet go nie dotknął. No, może nie dokładnie. Jednego dnia, kiedy padało, pewien uprzejmy gentleman zamknął maskę (żeby, nie daj Boże, nie zamókł silnik!). Kiedy odwoziłem samochód z powrotem do Stanfordu trzech sąsiadów zadzwoniło na policję, żeby poinformować o możliwej kradzieży opuszczonego auta[4]. I taka jest właśnie moja definicja operacyjna "społeczności lokalnej" - to ludzie, którzy są na tyle troskliwi, by podjąć działanie w obliczu niezwykłego lub potencjalnie przestępczego incydentu na własnym terenie. Jestem zdania, że takie prospołeczne zachowania wiążą się z założeniem zwrotnego altruizmu - inni zrobiliby to samo, by chronić ich własność lub osobę.
Przesłaniem tego prostego doświadczenia jest myśl, że warunki, w których czujemy się anonimowi, mając wrażenie, że nikt nas nie zna i nikomu nie zależy na określonych dobrach, sprzyjają antyspołecznym zachowaniom w poszukiwaniu własnych korzyści. Moje wcześniejsze badania naświetliły rolę, jaką maskowanie własnej tożsamości odgrywa w wyzwalaniu agresji kierowanej przeciwko innym ludziom, w sytuacjach, w których istnieje odgórna akceptacja dla naruszania kulturowego tabu, jakim jest zakaz stosowania przemocy w relacjach międzyludzkich. Doświadczenie z opuszczonym samochodem poszerzyło te spostrzeżenia w taki sposób, że objęły one również powszechną anonimowość jako wstęp do naruszania umowy społecznej.
Co ciekawe, doświadczenie to stało się jedynym empirycznym dowodem potwierdzającym teorię przestępczości zwaną "Teorią Stłuczonych Szyb", która wskazuje, że sytuacyjną zachętą do popełnienia przestępstw, obok samej obecności przestępców, może stać się publiczny nieład[5]. Każde otoczenie sytuujące człowieka w pozycji anonimowości ogranicza jego poczucie osobistej i obywatelskiej odpowiedzialności za własne działania. Można to zaobserwować w wielu środowiskach instytucjonalnych, takich jak szkoły, zakłady pracy, wojsko czy więzienia. Wyznawcy "Teorii Stłuczonych Szyb" przekonują, że likwidowanie zewnętrznych przejawów nieładu - usuwanie z ulic porzuconych samochodów, zmywanie graffiti, szklenie okien - może zmniejszyć przestępczość i nieporządek na ulicach. Istnieją dowody, że takie środki naprawcze sprawdzają się dobrze w niektórych miastach, takich jak Nowy Jork, ale w innych wygląda to nieco gorzej.
Duch spokojnej i uporządkowanej wspólnoty kwitnie w miejscach takich jak Palo Alto, gdzie ludzie dbają o jakość swojego życia - zarówno w aspekcie fizycznym, jak i społecznym - posiadając przy tym dostateczne zasoby, by pracować nad jego doskonaleniem. Rządzą tu poczucie słuszności i zaufanie, kontrastujące z dokuczliwą inwazją niesprawiedliwości i cynizmu, frustrującą mieszkańców niektórych innych miejsc. Na przykład, ludzie mają tutaj zaufanie do policji, wierzą w jej zdolność do kontrolowania przestępczości i zapobiegania złu. Dzieje się tak pewnie dlatego, że jest ona dobrze wykształcona, porządnie wyszkolona, przyjazna i uczciwa. Policjanci działają w zgodzie z regulaminem, dzięki czemu zachowują się słusznie i właściwie, nawet jeśli w rzadkich przypadkach ludzie zapominają, że są to po prostu urzędnicy, przypadkiem noszący niebieskie mundury, którzy mogą zostać zwolnieni, jeśli w miejskim budżecie pojawią się braki. Z rzadka, nawet najlepszym z nich może się jednak zdarzyć, że pozwolą sobie na to, by poczucie władzy przyćmiło ich człowieczeństwo. W miejscach takich jak Palo Alto nie zdarza się to zbyt często, jednak dziwnym trafem zdarzyło się właśnie u początków naszej historii i stanowiło kontrast, dzięki któremu nasz Stanfordzki Eksperyment Więzienny mógł rozpocząć się mocnym uderzeniem.
Przestępstwa przeciwko ludzkości: ludobójstwo, gwałt, terroryzm
Literatura uczy nas, od co najmniej trzech tysięcy lat, że żadna osoba, ani państwo nie są niezdolne do czynienia zła. W Homerowskim opisie wojny trojańskiej, Agamemnon, przywódca sił greckich, mówi do swoich ludzi, nim ruszą do starcia z wrogiem: "nie możemy zostawić ani jednego żywego [Trojanina], nawet dzieci w łonach matek nie mają prawa przeżyć. Cała ludność musi zostać unicestwiona...". Te nikczemne słowa pochodzą od szlachetnego obywatela jednego z najbardziej cywilizowanych narodów swego czasu, kolebki filozofii, nauki prawa i klasycznego dramatu.
Żyjemy w "wieku masowych mordów". Ponad 50 mln ludzi zostało systematycznie wymordowanych na mocy dekretów rządowych, wcielanych w życie przez żołnierzy i siły cywilne gotowe zabijać na rozkaz. Począwszy od 1915 r., kiedy to otomańska Turcja dokonała rzezi 1,5 mln Ormian. Do połowy XX w. naziści zlikwidowali co najmniej 6 mln Żydów, 3 mln sowieckich więźniów wojennych, 2 mln Polaków i setki tysięcy innych "niepożądanych" osób. Stalinowskie imperium radzieckie wymordowało 20 mln Rosjan. Polityka rządu Mao Tse-tunga odpowiada za jeszcze większą liczbę zgonów, nawet do 30 mln obywateli Chin. Komunistyczny reżim czerwonych Khmerów w Kambodży zabił 1,7 mln ludzi swojej własnej nacji. Partia Saddama Husajna oskarżana jest o zabicie 100 tys. Kurdów w Iraku. W 2006 r. ludobójstwo rozpętało się w sudańskim rejonie Darfur, a wydarzenie to zostało zignorowane przez większość świata[12].
Warto zauważyć, że niemal dosłownie te same słowa, których Agamemnon użył trzy temu tysiące lat wcześniej, zostały wypowiedziane również w naszych czasach, w afrykańskim państwie Rwanda, kiedy to rządzące plemię Hutu dokonywało eksterminacji swoich byłych sąsiadów - mniejszości Tutsi. Jedna z ofiar wspomina to, co powiedział jej któryś z dręczycieli: "Będziemy zabijać wszystkich Tutsi, aż pewnego dnia dzieci Hutu będą musiały pytać, jak wyglądało dziecko Tutsi".
Gwałty w Rwandzie
Pokojowe plemię Tutsi z Rwandy w Środkowej Afryce zrozumiało, że bronią masowej destrukcji może być nawet prosta maczeta, wykorzystywana przeciwko niemu ze śmiertelną skutecznością. Systematyczna rzeź Tutsi, dokonywana przez ich dawnych sąsiadów Hutu, rozprzestrzeniła się po całym kraju w ciągu kilku miesięcy wiosną 1994 r., kiedy to szwadrony śmierci zabiły tysiące niewinnych mężczyzn, kobiet i dzieci za pomocą maczet oraz pałek nabitych gwoździami. Raport sporządzony przez ONZ szacuje, że w ciągu trzech miesięcy zamordowanych zostało od 800 tys. do miliona Rwandyjczyków, co czyni tę masakrę najkrwawszą w udokumentowanej historii. Trzy czwarte całej populacji Tutsi zostało eksterminowane.
Sąsiedzi, Hutu na rozkaz mordowali byłych przyjaciół i najbliższych sąsiadów. Jeden z morderców, Hutu, powiedział w wywiadzie przeprowadzonym dekadę później: "Najgorszą rzeczą w całej masakrze było zabicie mojego sąsiada; kiedyś piliśmy razem, a jego bydło pasło się na mojej ziemi. Był jak członek rodziny". Matka Hutu opisywała, w jaki sposób zatłukła na śmierć dzieci z sąsiedztwa, które patrzyły na nią oczami szerokimi z zaskoczenia, ponieważ przez całe ich życie byli przyjaciółmi i sąsiadami. Zeznała, że ktoś z rządu powiedział jej, że Tutsi są ich wrogami oraz dał jej pałkę, a mężowi maczetę, by wykorzystali je przeciwko temu zagrożeniu. Usprawiedliwiała ową rzeź mówiąc, że zrobiła tym dzieciom "przysługę", bo inaczej stałyby się bezbronnymi sierotami, jako że ich rodzice zostali zamordowani już wcześniej.
Do niedawna niewiele było wiadomo na temat systematycznego wykorzystywania gwałtów na kobietach Rwandyjskich, w ramach taktyki terroru i duchowego unicestwienia. Według niektórych doniesień wszystko zaczęło się, gdy przywódca Hutu, Major Silvester Cacumbibi zgwałcił córkę byłego przyjaciela, po czym pozwolił, by inni mężczyźni również ją gwałcili. Zeznała później, że powiedział do niej: "Nie będziemy marnować na ciebie kul, po prostu zgwałcimy cię, co będzie dla ciebie znacznie gorsze".
Inaczej niż miało to miejsce w wypadku gwałtów na chińskich kobietach, dokonanych przez japońskich żołnierzy w Nankin (co zostanie opisane dalej), gdzie szczegóły tego koszmaru rozmyły się w wyniku zaniedbań na wczesnych etapach dokumentacji oraz niechęci Chińczyków do dzielenia się tym doświadczeniem z osobami z zewnątrz, bardzo dużo wiadomo na temat psychologicznej dynamiki gwałtów na kobietach rwandyjskich[13].
Kiedy mieszkańcy wioski Butare bronili jej granic przed niekończącą się rzezią dokonywaną przez Hutu, rząd tymczasowy wydelegował specjalnego wysłannika do zajęcia się tym, co traktował jako rewoltę. Była to krajowa minister ds. rodziny i kobiet, a przy tym najznamienitsza córa Butare, wychowana w tej okolicy. Pauline Nyiramasuhuko, była pracownica społeczna wykładająca emancypację kobiet, była dla wioski jedyną nadzieją. Lecz nadzieja ta została błyskawicznie pogrzebana. Pauline pokierowała zastawieniem potwornej pułapki, obiecawszy ludziom, że Czerwony Krzyż dostarczy im jedzenia i schronienia na terenie lokalnego stadionu. W rzeczywistości oczekiwały tam na ich przybycie uzbrojone hordy Hutu (tzw. Interahamwe), które mordowały większość niewinnych osób poszukujących schronienia: strzelano do nich z karabinów maszynowych, rzucano granaty w niczego niespodziewający się tłum, a pozostali przy życiu byli siekani na kawałki za pomocą maczet.
Pauline wydała rozkaz: "Zanim zabijecie kobiety, macie je zgwałcić". Innej grupie zbirów nakazała, by spalili żywcem strzeżoną przez nich grupę siedemdziesięciu kobiet i dziewczynek - dostarczając im benzyny z własnego samochodu, by mogli to zrobić. Również i ich namawiała, by przed zabiciem gwałcili swoje ofiary. Jeden z młodych ludzi powiedział tłumaczowi, że nie byli w stanie ich zgwałcić: "Zabijaliśmy cały dzień i byliśmy bardzo zmęczeni. Więc tylko przelaliśmy benzynę do butelek i rozbiliśmy je wśród kobiet, a następnie zaczęliśmy palenie".
Młoda kobieta, Rose, została zgwałcona przez syna Pauline, Shaloma, który oznajmił, że ma zgodę matki na gwałcenie kobiet Tutsi. Była to jedyna kobieta Tutsi, której pozwolono żyć - po to, by jako świadek ludobójstwa mogła zdać Bogu raport o postępach działań. Została zmuszona do przyglądania się gwałceniu swojej matki i mordowaniu dwudziestu członków swojej rodziny.
Raport ONZ szacuje, że w ciągu tego krótkiego okresu grozy zgwałcono przynajmniej 200 tys. kobiet, a wiele z nich zostało potem zabitych. "Część z nich była penetrowana za pomocą włóczni, łusek od karabinów, butelek lub kiełków bananowców. Organy płciowe były okaleczane maczetami, polewane wrzątkiem i kwasem; odcinano kobiece piersi" (s. 85). "Sytuację pogarszało to, że gwałtom - z których większość była popełniana przez wielu mężczyzn po kolei - towarzyszyły inne formy tortur psychicznych, a w celu pogłębienia terroru i poczucia degradacji całość odbywała się często jako publiczne przedstawienie" (s. 89). Działania te były wykorzystywane jako sposób na podtrzymywanie więzi społecznych pomiędzy mordercami z plemienia Hutu. Pojawienie się tej spajającej atmosfery koleżeństwa bywa często efektem ubocznym męskich zbiorowych gwałtów.
Okrucieństwo ludzkich zachowań nie znało granic. "Czterdziestopięcioletnia rwandyjska kobieta została w obecności męża zgwałcona przez swojego dwunastoletniego syna, któremu Interahamwe trzymało maczetę przy gardle, podczas gdy pozostała piątka jej dzieci była zmuszana do rozwierania jej ud" (s. 116). Dzieło zagłady w Rwandzie kontynuuje AIDS, szerzący się wśród ocalałych ofiar gwałtów. Według Charlesa Stroziera, profesora historii na John Jay College of Criminal Justice w Nowym Jorku, "wykorzystując plagę i zarazę, jako apokaliptyczne narzędzie terroru i broń biologiczną zarazem, unicestwiasz reproduktorów, rozciągając śmierć na całe pokolenia" (s. 116).
Jak można w ogóle próbować zrozumieć mechanizmy, które sprawiły, że Pauline stała się nowym typem przestępcy: jedna kobieta przeciwko kobietom nieprzyjaciela? Połączenie historii i psychologii społecznej dostarcza nam konstrukcji opierającej się na różnicach we władzy i statusie. Po pierwsze kierowało nią szeroko rozpowszechnione przekonanie o niższym statusie kobiet Hutu, w stosunku do pięknych i wyniosłych kobiet Tutsi. Były wyższe, miały jaśniejszy odcień skóry oraz bardziej kaukaskie rysy, co sprawiało, że mężczyznom wydawały się bardziej ponętne niż kobiety Hutu.
To rasowe zróżnicowanie zostało celowo uwypuklone przez belgijskich i niemieckich osadników na przełomie XIX i XX wieku po to, by poróżnić ludzi, którzy przez wieki żenili się ze sobą, mówili tym samym językiem i wyznawali tę samą religię. Zmuszono wszystkich Rwandyjczyków, żeby nosili karty identyfikacyjne, które określały ich przynależność albo do większości Hutu, albo do mniejszości Tutsi, której przyznano przywileje wyższego wykształcenia i dostępu do stanowisk w administracji. Było to kolejne źródło, rodzące w Pauline skrywane pragnienie zemsty. Prawdą było również, że jako polityczna karierowiczka w zdominowanej przez mężczyzn administracji, musiała udowodnić swoim przełożonym lojalność, posłuszeństwo i gorliwość patriotyczną, co uczyniła, planując i kierując przeprowadzeniem zbrodni, jakich nigdy dotąd nie popełniła wobec wroga żadna kobieta. Łatwiej było również zachęcać do masowych morderstw i gwałtów na Tutsich, mogąc postrzegać ich w sposób wyabstrahowany, jak również określając ich dehumanizującym określeniem "karaluchy", które należy "wytępić". Mamy tutaj do czynienia z żywym przykładem wrogiej wyobraźni, która odmalowuje twarze wrogów w barwach pełnych nienawiści, po czym niszczy płótno.
Mimo iż wydaje nam się niewyobrażalne, by ktokolwiek z nas mógł celowo inspirować tak potworne przestępstwa, Nicole Bergevin, prawnik Pauline, podczas jej procesu o ludobójstwo przypomina nam, że "uczestnicząc w procesach o morderstwo zaczynasz zdawać sobie sprawę, że wszyscy jesteśmy na to podatni, choć nawet nie śniłoby Ci się, że mógłbyś popełnić taki czyn. Zaczynasz jednak rozumieć, że mogłoby to przytrafić się mnie, mogłoby przytrafić się mojej córce. Mogłoby również przydarzyć się Tobie" (s. 130).
Jeszcze wyraźniejsze podkreślenie jednej z głównych tez stawianych w tej książce, znajdujemy w opinii Alison Des Forges z Human Right Watch, która badała wiele podobnych barbarzyńskich przestępstw. Zmusza nas ona do dostrzeżenia własnego oblicza w tych potwornościach:
"To zachowanie znajduje się pod samą powierzchnią w każdym z nas. Uproszczone sprawozdania z ludobójstwa pozwalają stworzyć wrażenie dystansu pomiędzy nami a sprawcami ludobójstwa. Są tak niegodziwi, że my nie moglibyśmy sobie wyobrazić zrobienia kiedykolwiek czegoś takiego. Lecz jeżeli weźmiemy pod uwagę potworną presję, pod jaką te osoby działają, wtedy automatycznie odzyskujemy przekonanie o ich człowieczeństwie - a to powinno wydać się nam alarmujące. Jesteś zmuszony do przyjrzenia się tej sytuacji i zapytania: Co ja bym wtedy zrobił? Czasami odpowiedź nie dodaje odwagi" (s. 132).
Francuski dziennikarz, Jean Hatzfeld przeprowadził wywiady z 10 członkami bojówek militarnych Hutu, siedzącymi w więzieniu za zabicie maczetami tysięcy cywilów Tutsi[14]. Zeznania tych zwykłych ludzi - w większości chodzących do kościoła farmerów oraz jednego byłego nauczyciela - mrożą krew w żyłach, jako konkretna, pozbawiona skrupułów prezentacja niewyobrażalnego okrucieństwa. Ich słowa zmuszają nas raz po raz do konfrontacji z niewyobrażalnym: z tym, że istoty ludzkie są zdolne do całkowitego porzucenia swego człowieczeństwa dla bezdusznej ideologii, wykonując - lub wręcz wyprzedzając - rozkazy charyzmatycznej władzy, nakazujące niszczenie każdego, kto został przez nią określony jako "Wróg". Przyjrzyjmy się bliżej kilku z tych sprawozdań, w porównaniu z którymi Z zimną krwią Trumana Capote wypada blado.
"Ponieważ zabijałem często, zacząłem odczuwać, że to nic dla mnie nie znaczy. Chcę, żeby było jasne, że od pierwszego do ostatniego gentelmana, którego zabiłem, nie było mi żal ani jednego z nich".
"Robiliśmy robotę według rozkazów. Przyłączaliśmy się do zbiorowego entuzjazmu. Zbieraliśmy się w zespoły na boisku do piłki nożnej i wypuszczaliśmy się na łowy jako bratnie dusze".
"Każdy, kto wahał się zabijać ze względu na uczucie smutku, bezwzględnie musiał liczyć się ze słowami, nie mówić nic o przyczynie swej powściągliwości, ze strachu przed oskarżeniem o bratanie się z wrogiem".
"Zabijaliśmy każdego, kogo udało nam się namierzyć [schowanego] w papirusie. Nie mieliśmy powodów, by kogoś szczególnie wybierać, oczekiwać lub się obawiać. Byliśmy rzeźnikami znajomych, rzeźnikami sąsiadów. Po prostu rzeźnikami".
"Wiedzieliśmy, że nasi sąsiedzi Tutsi nie byli niczego winni, ale uważaliśmy, że generalnie Tutsi są odpowiedzialni za nasze ciągłe problemy. Nie patrzyliśmy już na nich jak na jednostki, przestaliśmy postrzegać ich takimi, jakimi są, nie widzieliśmy w nich nawet kolegów. Stali się zagrożeniem większym niż kiedykolwiek doświadczyliśmy, ważniejszym niż nasz sposób postrzegania spraw we wspólnocie. Tak właśnie rozumowaliśmy, jednocześnie zabijając".
"Kiedy wytropiliśmy Tutsi na bagnach, nie widzieliśmy już w nich istot ludzkich. Chodzi mi o osoby takie jak my, dzielące podobne myśli i uczucia. Polowanie było dzikie, łowcy byli dzicy, zwierzyna była dzika - dzikość zawładnęła naszymi umysłami".
Szczególnie poruszająca reakcja na te brutalne morderstwa i gwałty pochodzi od jednej z ocalałych kobiet Tutsi, Berthe. Zawiera ona wątek, któremu przyjrzymy się bliżej:
"Kiedyś wiedziałam, że jeden mężczyzna może zabić drugiego mężczyznę, ponieważ zdarzało się to bez przerwy. Teraz wiem, że nawet osoba, z którą dzielisz się pożywieniem, lub z którą spałeś, nawet ten ktoś może cię zabić bez problemu. Najbliższy sąsiad może zabić cię nawet zębami: oto czego nauczyłam się poprzez to ludobójstwo i nic, co widzą moje oczy, nie będzie już na świecie takie samo".
W Ściskając dłoń diabła[15], generał porucznik Romeo Dallaire przedstawia swoje poruszające świadectwo, oparte na doświadczeniach, jakie zebrał będąc przywódcą misji towarzyszącej ONZ w Rwandzie. Pomimo że, dzięki heroicznemu zaangażowaniu, udało mu się uratować tysiące ludzi, ten przywódca wojskowy najwyższego szczebla załamał się, nie będąc w stanie uzyskać od ONZ dodatkowej pomocy, dzięki której można by zapobiec wielu innym okrucieństwom. Skończył cierpiąc na poważny syndrom stresu pourazowego, jako psychologiczna ofiara tej masakry[16].
Gwałt w Nankin, w Chinach
Pojęcie gwałtu jest obrazowe i przerażające - a zarazem tak łatwe do wyobrażenia, że wykorzystujemy to określenie metaforycznie dla opisania innych, niemal niewyobrażalnych okropności wojny. W roku 1937 japońscy żołnierze dokonali masowych rzezi, w wyniku których zginęły dziesiątki tysięcy chińskich cywilów.
Oprócz przyjęcia do wiadomości wielkiej liczby zamordowanych Chińczyków, ważne jest byśmy poznali stosowane przez ich oprawców "kreatywnie okrutne" sposoby na to, by nawet śmierć stała się pożądana. Badanie tego horroru, przeprowadzone przez autorkę Iris Chang wykazało, że chińscy mężczyźni byli wykorzystywani do ćwiczeń z bagnetami oraz w konkursach dekapitacji. Szacunkowo pomiędzy 20 a 80 tys. kobiet zostało zgwałconych. Wielu żołnierzy nie ograniczało się do gwałtów, lecz patroszyło kobiety, obcinało im piersi i przybijało żywcem do ścian. Ojcowie byli zmuszani do gwałcenia swych córek, a synowie swych matek, podczas gdy inni członkowie rodziny na to patrzyli[17].
Wojna wykorzystuje okrucieństwo i barbarzyńskie zachowanie przeciwko każdemu, kto jest uważany za Wroga, zdehumanizowanego, demonicznego Obcego. Gwałt w Nankin jest powszechnie znany jako obrazowy przykład skrajnych potworności, jakich dopuszczali się żołnierze, by poniżyć i zniszczyć niewinnych, cywilnych "nie walczących przeciwników". ("enemy non-combatants"). Gdyby był to zaledwie pojedynczy incydent, a nie kolejny w historii epizod bestialstwa wobec cywilów, moglibyśmy traktować to jako anomalię. Wojska brytyjskie dokonywały egzekucji i gwałtów na cywilach podczas Wojny o Niepodległość w Stanach Zjednoczonych. Żołnierze sowieckiej Armii Czerwonej zgwałcili około 100 tys. kobiet berlińskich pod koniec II wojny światowej oraz pomiędzy 1945 a 1948 r. Niezależnie od zgwałcenia i zamordowania ponad 500 cywilów w masakrze z 1968 r. w My Lai, niedawno odtajnione dowody Pentagonu opisują 320 przypadków okrucieństw, jakich Amerykanie dopuścili się na cywilach z Wietnamu i Kambodży[18].
Dehumanizacja i wyłączenie moralności w laboratorium
Możemy przyjąć, że większość ludzi przez większość czasu pozostaje istotami moralnymi. Lecz wyobraźcie sobie, że owa moralność jest jak drążek skrzyni biegów, który od czasu do czasu zostaje przełączony na luz. Kiedy tak się dzieje, moralność zostaje wyłączona. Jeżeli samochód akurat stoi na zboczu, auto wraz z kierowcą zaczyna staczać się szybko w dół. To natura okoliczności decyduje o tym, co się stanie, nie zaś intencje i umiejętności kierowcy. To proste porównanie ujmuje według mnie, jeden z wiodących wątków teorii "wyłączania" zasad moralnych, opracowanej przez mojego kolegę z Uniwersytetu Stanforda, Alberta Bandurę. W kolejnym rozdziale przyjrzymy się bliżej tej teorii, która pomoże nam wyjaśnić, dlaczego niektórzy ludzie, w normalnych okolicznościach dobrzy, mogą być doprowadzeni do popełnienia czynów złych. W tym miejscu chciałbym przytoczyć badanie naukowe przeprowadzone przez Bandurę i jego asystentów, które ilustruje łatwość, z jaką zasady moralne mogą zostać "wyłączone" poprzez zastosowanie taktyki dehumanizacji potencjalnej ofiary[19]. W eleganckiej demonstracji, która pokazuje potęgę dehumanizacji, wykazano, że jedno słowo może spotęgować agresję nakierowaną na konkretny cel. Zobaczmy, jak przebiegał ten eksperyment.
Wyobraź sobie, że jesteś studentem college'u, który zgłosił się na ochotnika do badań nad rozwiązywaniem problemów w grupie, jako członek trzyosobowego zespołu ze swojej szkoły. Twoje zadanie polega na pomaganiu studentom z innego college'u, w poprawianiu efektywności grupowego rozwiązywania problemów, poprzez karanie ich błędów. Karanie przyjmuje formę aplikowania wstrząsów elektrycznych, których siła może wzrastać w toku kolejnych prób. Po zapisaniu nazwisk - waszych i osób z drugiego zespołu - asystent odchodzi, by powiedzieć prowadzącemu eksperyment, że badanie może się rozpocząć. Będzie 10 podejść, a w każdym z nich sam możesz zadecydować, jaki poziom wstrząsów zostanie zastosowany wobec grupy studentów w sąsiednim pokoju.
Kiedy "przez przypadek" słyszysz przez intercom, jak asystent narzeka zwracając się do prowadzącego eksperyment, że pozostali studenci "wydają się być jak zwierzęta", nie zdajesz sobie sprawy, że stanowi to część scenariusza eksperymentu. Nie wiesz również, że w dwóch innych przypadkach, do których losowo zostali przydzieleni studenci tacy jak Ty, asystent opisuje pozostałych studentów jako "fajnych gości" albo nie opisuje ich wcale. Czy takie proste etykietki mają jakieś znaczenie? Początkowo nic na to nie wskazuje. Podczas pierwszej próby wszystkie grupy reagują w ten sam sposób, wybierając niski poziom wstrząsów, około poziomu drugiego. Lecz wkrótce to, co każda z grup słyszała o tych anonimowych obcych, zaczyna mieć znaczenie. Jeżeli nic o nich nie wiesz, trzymasz się stałej średniej - około poziomu 5. Jeżeli zacząłeś postrzegać ich jako "fajnych gości", podchodzisz do nich w sposób bardziej humanitarny, dając im o wiele słabsze wstrząsy, około poziomu 3. Natomiast, wyobrażenie sobie ich w postaci "zwierząt" wyłącza wszelkie współczucie, jakie mógłbyś dla nich mieć, a kiedy popełniają błędy, zaczynasz razić ich wstrząsami z wciąż rosnącą siłą, znacząco mocniej niż w pozostałych przypadkach, w sposób ciągły nasilając je aż do poziomu 8.
Zastanów się przez chwilę uważnie nad procesem psychologicznym, jaki pod wpływem prostej etykietki zaszedł w Twoim umyśle. Podsłuchałeś osobę, której nie znasz osobiście, mówiącą jakiemuś decydentowi, którego nigdy nie widziałeś, że inni podobni do ciebie studenci college'u wydają się być "jak zwierzęta". To pojedyncze opisowe określenie zmienia sposób, w jaki konstruujesz w swoim umyśle obraz tych innych. Oddala Cię od wizji przyjaznych chłopaków z college'u, z którymi z pewnością więcej Cię łączy, niż dzieli. Ten nowy konstrukt umysłowy ma silny wpływ na Twoje zachowanie. Racjonalizacje post hoc, przywoływane przez studentów uczestniczących w eksperymencie dla wyjaśnienia przyczyn wymierzania tak silnych wstrząsów studentom ze "zwierzyńca", w ramach "dawania im niezłej lekcji", były niemniej fascynujące. Ten przykład wykorzystania badań eksperymentalnych w celu prześledzenia fundamentalnych procesów psychologicznych pojawiających się w znaczących, z życia wziętych, sytuacjach użycia przemocy, zostanie rozwinięty w rozdziałach 12 i 13, kiedy będziemy przyglądać się, w jaki sposób badacze zachowania odkrywali różne aspekty psychologii zła.
Nasza zdolność do wybiórczego włączania i wyłączania naszych standardów moralnych... pomaga wyjaśnić, w jaki sposób ludzie mogą być w jednej chwili barbarzyńsko okrutni, a już w następnej współczujący.
Albert Bandura[20]
Potworne obrazy nadużyć w Więzieniu Abu Ghraib
Wiodącym celem tej książki było lepsze zrozumienie, jak i dlaczego mogło dojść do fizycznych i psychologicznych nadużyć popełnionych wobec więźniów przez amerykańską Żandarmerię Wojskową w Więzieniu Abu Ghraib w Iraku. Kiedy w maju 2004 r. fotograficzne dowody tych nadużyć obiegły cały świat, pierwszy raz w udokumentowanej historii zobaczyliśmy wszyscy żywe obrazy młodych amerykańskich mężczyzn i kobiet zajętych torturowaniem w niewyobrażalny sposób cywilów, których mieli strzec. Ciemiężcy i ciemiężeni zostali uchwyceni w pełnym pokazie cyfrowo udokumentowanej deprawacji, sporządzonym przez samych żołnierzy podczas ich pełnych przemocy zachowań.
Dlaczego stworzyli fotograficzne dowody tych nielegalnych działań, które, jeśli zostałyby znalezione, z pewnością ściągnęłyby na nich kłopoty? Na tych "zdjęciach-trofeach", stworzonych na wzór dumnych pamiątek po upolowanych bestiach, zbieranych przez wielkich łowców z minionych epok, widzieliśmy uśmiechniętych mężczyzn i kobiety w trakcie poniżania pokornych, zwierzęcych istot. Zdjęcia przedstawiają ciosy pięścią, policzkowanie i kopanie aresztowanych; naskakiwanie im na stopy; wykorzystywanie przemocy do budowania z nagich, zakapturzonych więźniów stosów i piramid; zmuszanie nagich więźniów do noszenia damskiej bielizny na głowach; przymuszanie męskich więźniów do masturbacji lub symulowania fellatio, przy jednoczesnym fotografowaniu i nagrywaniu ich kamerami, wraz z uśmiechającymi się i zachęcającymi do tego kobietami żołnierzami; wieszanie więźniów na kratach wentylacyjnych na dłuższy czas; włóczenie więźniów po ziemi ze smyczą przywiązaną do szyi oraz wykorzystywanie szkolonych psów bez kagańców do zastraszania więźniów.
Obraz, który wypłynął z tej katowni na ulice Iraku i dotarł w każdy zakątek globu, przedstawiał "mężczyznę wpisanego w trójkąt", więźnia stojącego w niewygodnej pozycji na skrzyni - z zakrytą głową, z wyciągniętymi rękami, wystającymi spod okrywającego go koca, z widocznymi kablami elektrycznymi przyczepionymi do palców. Powiedziano mu, że zostanie potraktowany śmiertelną dawką prądu elektrycznego, jeżeli po opadnięciu z sił spadnie ze skrzyni. Nie miał przy tym znaczenia fakt, że kable prowadziły donikąd, znaczenie miało to, że on sam uwierzył w to kłamstwo i z pewnością doświadczał potężnego stresu. Było tam jeszcze więcej równie szokujących zdjęć, których rząd Stanów Zjednoczonych zdecydował się nie upubliczniać ze względu na szkodę, jaką z pewnością mogłyby to wyrządzić wiarygodności i moralnemu wizerunkowi armii amerykańskiej i administracji prezydenta Busha, która nim zarządzała. Widziałem setki tych obrazków i rzeczywiście są one przerażające.
Byłem głęboko poruszony widokiem takiego cierpienia, takiego pokazu arogancji, czy takiej obojętności wobec poniżania bezbronnych więźniów. Ze zdziwieniem zauważyłem również, że jeden z uczestników nadużyć, kobieta-żołnierz, która właśnie skończyła 21 lat opisała te nadużycia, jako "po prostu gry i zabawę".
Byłem zaszokowany, lecz nie zdziwiony. Na całym świecie media i "ludzie na ulicy" zadawali sobie pytanie, jak tych 7 osób, mężczyzn i kobietę, obdarzonych przez przywódców wojskowych etykietkami "żołnierzy wykolejeńców" oraz "kilku robaczywych jabłek", mogło popełnić takie niegodziwości. Ja natomiast zastanawiałem się, jakie okoliczności w tym więziennym bloku mogły zaburzyć równowagę i sprawić, że nawet dobrzy żołnierze popełniali niegodziwe czyny. Z całą pewnością przeprowadzenie analizy sytuacyjnej takich przestępstw nie może ich tłumaczyć, ani usprawiedliwiać moralnie. Starałem się raczej odnaleźć w tym szaleństwie jakąś metodę. Chciałem zrozumieć, jak to możliwe, że charaktery tych młodych ludzi zostały w tak krótkim czasie na tyle odmienione, że byli oni w stanie dopuścić się tych niewyobrażalnych czynów.
Równoległe światy w Abu Ghraib i więzieniu stanfordzkim
Powodem, dla którego byłem zszokowany, lecz nie zdziwiony obrazami i opowiadaniami o dręczeniu więźniów w Abu Ghraib, tym "małym warsztacie terroru", był fakt, że już kiedyś widziałem coś podobnego. Trzy dekady wcześniej sam doświadczyłem podobnie pełnych grozy scen, które wydarzyły się w trakcie kierowanego przeze mnie badania, które sam zaprojektowałem. Nadzy, skrępowani więźniowie z torbami na głowach, strażnicy wchodzący na plecy więźniom robiącym pompki, strażnicy seksualnie poniżający więźniów i więźniowie znajdujący się w skrajnym stresie. Część obrazów z mojego eksperymentu można by wręcz pomylić z tymi, na których pojawiają się więźniowie i strażnicy z odległego więzienia w Iraku, głośnego Abu Ghraib.
Studenci college'u, odgrywający role więźniów i strażników w symulowanym eksperymencie więziennym przeprowadzonym na Uniwersytecie Stanfordzkim w 1971 r., znaleźli swoje analogie w postaci prawdziwych strażników w prawdziwym więźniów w Iraku z 2003 r. Nie tylko widziałem już takie zdarzenia, ale sam byłem odpowiedzialny za stworzenie warunków, które pozwoliły, aby te nadużycia rozkwitły. Jako główna osoba nadzorująca projekt, stworzyłem eksperyment, który pozwalał losowo wybranym, normalnym, zdrowym, inteligentnym studentom college'u wejść w role strażników albo więźniów w realistycznej symulacji sytuacji więziennej, w ramach której mieli żyć i pracować przez kilka tygodni. Wspólnie z moimi asystentami naukowymi, Craigiem Haney'em, Curtem Banksem i Davidem Jaffe, chcieliśmy zrozumieć pewne mechanizmy psychologiczne funkcjonujące w więzieniu.
Jak zwykli ludzie adaptują się do takiego środowiska instytucjonalnego? W jaki sposób różnice pod względem władzy pomiędzy strażnikami a więźniami oddziaływają na codzienne interakcje? Czy jeśli umieści się dobrych ludzi w złym miejscu, to zatryumfują ludzie, czy też sytuacja w tym miejscu sprowadzi ich na złą drogę? Czy w więzieniu zaludnionym porządnymi chłopcami z klasy średniej, przemoc, będąca endemiczną cechą większości więzień, będzie nieobecna? Była to część z kwestii, jakie miały zostać zbadane, w tym co rozpoczęło się jako zwykłe studium życia więziennego.
Przypisy
[1] John Milton, Paradise Lost, w: John Milton, Complete Poems and Major Prose. M. Y. Hughes (red.). (New York: Odyssey Press, 1967/1957). Cyt. t. 1, s. 254; obraz Diabelskiej Narady w Piekle, t. 2, ryc. 44-389.
[2] Elaine Pagels, The Origin of Satan. (New York: Random House, 1995). Cyt. s. xvii.
[3] D. Frankfurter, Evil Incarnate: Rumors od Demonic Conspiracy and Satanic Abuse in History (Princeton, NJ: Princeton University Press, 2006), s. 208-209.
[4] Wśród innych zasługujących na uwagę książek, przedstawiających zło z odmiennej perspektywy wymienić trzeba: R.F. Baumeister, Evil: Inside Human Cruelty and Violence (New York: Freeman, 1997); A.G. Miller (red.), The Social Psychology of Good and Evil (New York: Guilford Press, 2004); M. Schermer, The Science of Good and Evil: Why People Cheat, Gossip, Care, Share, and Follow the Golden Rule (New York: Henry Holt, 2004); E. Staub, The Roots of Evil: The Origins of Genocide and Other Group Violence (New York: Cambridge University Press, 1989); J. Waller, Becoming Evil: How Ordinary People Commit Genocide and Mass Killing (New York: Oxford University Press, 2002).
[5] Pojawia się coraz więcej literatury z dziedziny psychologii kultury, porównującej różnice w preferowanych zachowaniach i wartościach różnych społeczeństw. Społeczeństwa te można określić, jako promujące orientacje bardziej niezależne i indywidualistyczne, lub bardziej współzależne i kolektywistyczne. Dobrym punktem wyjścia do zrozumienia, w jaki sposób te różne perspektywy wpływają na postrzeganie samego siebie, może być lektura: Hazel Markus i Shibutani Kitayama, Models of Agency: Sociocultural Diversity in the Construction of Action. w: Nebraska Symposium on Motivation, V. Murphy-Berman i J. Berman (red.), Cross-Cultural Differences in Perspectives on Self. (Lincoln: University of Nebraska Press, 2003).
[6] Jednym z najlepszych źródeł na temat idei esencjalizmu w psychologii jest: Susan Gelman, The Essential Child: Origins of Essentialism in Everyday Life. (New York: Oxford University Press, 2003).
Inne cenne źródło informacji na temat tego, jak nasze nastawienie psychiczne do inteligencji, ujmowanej jako cecha niezmienna (stała) albo rozwijająca się (zmienna), wpływa na odnoszenie sukcesu w różnych dziedzinach życia, stanowi podsumowanie wielu dekad interesujących badań prowadzonych przez Carol Dweck, w jej książce, Mindset: The New Psychology of Success (New York: Random House, 2006).
[7] Tego typu konstruktywne podejście do zwalczania przemocy w szkole zostało ujęte w pracy mojego kolegi psychologa, Elliota Aronsona. Wykorzystuje on potęgę wiedzy socjologiczno-psychologicznej do stworzenia schematu oddziaływania na środowisko szkolne w taki sposób, by zamienić konkurencję i odtrącenie na współczucie i współpracę. E. Aronson, Nobody Left to Hate, Teaching Compassion after Columbine (New York: Worth, 2000).
[8] Heinrich Kramer i Jacob Springer, The Malleus Maleficarum of Kramer and Sprenger, ("The Witches' Hammer"), zredagowany i przetłumaczony przez ks. Montague Summers (New York: Dover, 1486/1948). Napisany przez dwóch niemieckich mnichów z zakonu dominikanów. Interesujący skrót tego dzieła dostępny jest online wraz z komentarzem autorstwa Stephanie du Barry (1994). http://users.bigpond.net.au/greywing/Malleus.htm.
[9] Historyczka Anne Barstow bada systemowe wykorzystanie szeroko rozpowszechnionego przyzwolenia na męską przemoc wobec kobiet, wskazując, że wywodzi się ono ze środowisk zmaskulinizowanych władz kościelnych i państwowych, które zapoczątkowały tępienie czarów. Anne L. Barstow: Witchcraze: A New History of European Witch Hunts (San Francisco: HarperCollins, 1995).
[10] C. Wright Mills, The Power Elite (New York: Oxford University Press, 1956), s. 3-4.
[11] Sam Keen, Faces of the Enemy: Reflections on the Hostile Imagination (wydanie rozszerzone) (New York: Harper & Row, 1986/ 2004). Patrz również: dołączona, poruszająca płyta DVD wyprodukowana przez Billa Jersey i Sama Keen. Dalsze informacje dostępne na stronie www.samkeen.com.
[12] L.W. Simons,. Genocide and the science of proof. National Geographic styczeń 2006, s. 28-35. Patrz również: dogłębne analizy masowych zbrodni przeciwko ludzkości w rozdziale książki: D.G. Dutton, E.O. Boyanowski i M.H. Bond, Extreme Mass Homicide: From Military Massacre to Genocide. Agression and Violent Behaviour, 10 (maj-czerwiec, 2005), s. 437-473.
Wymienieni naukowcy i psychologowie przekonują, że czynniki polityczne i historyczne wpływają na wybór grupy będącej obiektem masakr wojskowych, ludobójstwa oraz rzezi o charakterze politycznym. Wybór ten wiąże się z przeświadczeniem o wcześniejszej niesprawiedliwie uprzywilejowanej pozycji, jaką cieszyła się ta grupa w przeszłości. Usprawiedliwieniem dla przemocy staje się chęć zemsty na tej "zwyrodniałej tkance społecznej". Z kolei to podejście uzasadnia zabijanie także tych osób, które nie uciekają się do przemocy, ze względu na domniemane ryzyko i zagrożenie, jakie mogą w przyszłości stanowić wobec grupy przejawiających agresję napastników.
[13] W części przykrych historii z wykorzystaniem gwałtu jako narzędzia terroru, główną rolę odgrywa kobieta, którą badacz Peter Landesman, w swoim skrupulatnym raporcie dla New Jork Times Magazine z 2003 r., nazywa "Minister Gwałtu". (Wszystkie poniższe cytaty pochodzą z tego właśnie raportu).
[14] Jean Hatzfeld, Machete season: The Killers in Rwanda Speak. (New York: Farrar, Straus and Giroux, 2005).
[15] R. Dallaire, B. Beardsley, Shake Hands with the Devil: The Failure of Humanity in Rwanda. (New York: Carroll and Graf, 2004).
[16] Psycholog Robert J. Lifton, autor The Nazi Doctors, tłumaczy, że gwałt bywa często rozmyślnie stosowanym narzędziem wojennym, wykorzystywanym po to, by wprowadzić w ruch machinę nieustającego cierpienia i skrajnego poniżenia, dotykającego nie tylko konkretną ofiarę, lecz również wszystkich w jej otoczeniu. "Kobieta bywa postrzegana jako symbol czystości, rodzina zaś rozwija się wokół tego symbolu. Kiedy następnie symbol ten staje się obiektem brutalnego ataku, następuje stygmatyzacja wszystkich. Powoduje to utrwalenie poniżenia, odbijające się echem wśród ocalałych i ich rodzin. W ten sposób gwałt staje się straszniejszy od śmierci". Landesman, s. 125. Patrz również: A. Stiglmayer (red.), Mass Rape: The War Against Women in Bosnia-Herzegowina. (Lincoln: University of Nebraska Press, 1994).
[17] Iris Chang, The Rape of Nanking: The Forgotten Holocaust of World War II. (New York: Basic Books, 1997), s. 6.
[18] A. Badkhen, Atrocities Are a Fact of All Wars, Even Ours, San Francisco Chronicle, 13 sierpnia 2006, s. E1-E6. D. Nelson, N. Turse, A Tortured Past. Los Angeles Times, 20 sierpnia 2006, s. A1 i n.
[19] A. Bandura, B. Underwood i M.E. Fromson, Disinhibition of Aggression Through Diffusion of Responsibility and Dehumanization of Victims. Journal of Research in Personality, 9/1975, s. 253-269. Uczestnicy eksperymentu wierzyli, że studenci w sąsiednim pokoju są rażeni prądem, z natężeniem uzależnionym od wprowadzonych przez nich parametrów; w rzeczywistości ani osoby określone jako "zwierzęta", ani pozostali, nie byli rażeni prądem.
[20] Cytat z artykułu w New Jork Times na temat moralnego zobojętnienia, występującego u całego personelu więziennego wykonującego kary śmierci. Benedict Casey, In the Execution Chamber the Moral Compass Wavers, The New Jork Times, 7 lutego 2006.
Patrz M.J. Osofsky, A. Bandura i P.G. Zimbardo, The Role of Moral Disengagement in the Execution Process, Law and Human Behavior, 29/2005, s. 371-93.
[21] Niedawno poruszyłem ten temat podczas mojego przemówienia z okazji otrzymania nagrody fundacji Havla, "Wizja 1997", co miało miejsce 5 października 2005 r., w dniu urodzin Vaclava Havla, byłego prezydenta Republiki Czeskiej, oraz bohaterskiego przywódcy narodu czeskiego. Patrz Philip G. Zimbardo, Liberation Psychology in a Time of Terror. (Praga: Havel Foundation, 2005). Dostępne online: www.zimbardo.com.havelawardlecture.pdf.
[22] Rabindranath Tagore, Stray Birds (Londyn: Macmillan, 1916), s. 24.
Przedmowa
Chciałbym móc powiedzieć, że pisanie tej książki było dla mnie pasmem przyjemności, ale nie było nim ani przez jedną chwilę w ciągu tych dwóch lat, które poświęciłem na jej ukończenie. Po pierwsze, przejrzenie wszystkich nagrań ze Stanfordzkiego Eksperymentu Więziennego (skrót ang. SPE od Stanford Prison Experiment) było dla mnie emocjonalnie bolesne, podobnie jak wielokrotne czytanie sporządzonych na ich podstawie protokołów. Czas przyćmił w mojej pamięci zasięg wymyślnych niegodziwości, jakich dopuszczało się wielu strażników, zasięg cierpienia wielu więźniów oraz zasięg mojej pasywności - grzechu zaniechania - przez którą działania te trwały tak długo.
Zapomniałem również, że pierwsza cześć tej książki została w rzeczywistości rozpoczęta 30 lat temu, w ramach kontraktu z innym wydawcą. Przerwałem jednak pisanie wkrótce po rozpoczęciu, ponieważ nie byłem gotów do dzielenia się doświadczeniem tak świeżo zdobytym. Cieszę się, że nie wytrwałem i nie zmusiłem się do dokończenia pisania, ponieważ dopiero teraz nadeszła na to właściwa pora. Jestem mądrzejszy i zdolny do ujęcia tej skomplikowanej materii z bardziej dojrzałej perspektywy. Ponadto podobieństwa pomiędzy nadużyciami w Abu Ghraib a wydarzeniami składającymi się na SPE nadały naszemu eksperymentowi dodatkową aktualność, rzucającą nowe światło na mechanizmy psychologiczne, które przyczyniły się do powstawania potwornych nadużyć w tym prawdziwym więzieniu.
Drugą, wyczerpującą mnie emocjonalnie, przeszkodą w pisaniu stało się moje osobiste, duże zaangażowanie w dogłębne badanie tortur oraz nadużyć w Abu Ghraib. Jako biegły świadek obrony jednego ze strażników więziennych Żandarmerii Wojskowej, stałem się bardziej reporterem śledczym niż psychologiem społecznym. Pracowałem nad zgłębieniem wszystkiego, co tylko dotyczyło tego młodego człowieka: począwszy od pogłębionych wywiadów z nim oraz rozmów i korespondencji z członkami jego rodziny, poprzez sprawdzanie jego przeszłości w służbie więziennej oraz w wojsku, aż po jego relacje z resztą personelu wojskowego, który odbywał służbę razem z nim. Próbowałem wczuć się w jego sytuację, w trakcie służby podczas nocnej zmiany na Kondygnacji 1A od czwartej po południu do czwartej rano, każdej nocy, przez czterdzieści nocy bez przerwy.
Jako biegłemu świadkowi obrony zeznającemu na jego procesie na okoliczność oddziaływań sytuacyjnych, które przyczyniły się do charakterystycznych nadużyć, jakich się dopuścił, udzielono mi dostępu do wszystkich z wielu setek cyfrowo udokumentowanych obrazów deprawacji. Było to zadanie ohydne i bolesne. Dodatkowo dostarczono mi wszystkie dostępne wówczas raporty sporządzone przez różne wojskowe i cywilne komisje śledcze. Ponieważ powiedziano mi, że nie dostanę zgody na zabranie ze sobą na proces szczegółowych notatek, musiałem zapamiętać jak najwięcej zawartych w nich kluczowych szczegółów i wniosków. To wyzwanie poznawcze zbiegło się ze strasznym napięciem emocjonalnym, które wzrosło, gdy sierżant Ivan "Chip" Frederick otrzymał surowy wymiar kary, a ja stałem się nieformalnym psychologicznym doradcą dla niego i jego żony Marty. Z biegiem czasu stałem się dla nich "wujkiem Philem".
Byłem zły i sfrustrowany zarazem, po pierwsze widząc brak gotowości wojska do zaakceptowania jakiejkolwiek z wielu wskazywanych przeze mnie okoliczności łagodzących, które bezpośrednio przyczyniły się do jego zachowania, a które powinny były wpłynąć na ograniczenie surowego wyroku więziennego. Prokurator i sędzia odmówili przyjęcia jakichkolwiek koncepcji, zgodnie z którymi oddziaływania sytuacyjne mogły wpłynąć na indywidualne zachowanie. Reprezentowali standardową koncepcję indywidualizmu, podzieloną przez większość ludzi w naszym kręgu kulturowym. Zgodnie z tą koncepcją wina wynikała w całości "z dyspozycji", jako konsekwencja przemyślanego, wolnego wyboru sierżanta "Chipa" Fredericka, by zaangażować się w czynienie zła. Moją frustrację pogłębiało spostrzeżenie, że wiele "niezależnych" raportów śledczych wyraźnie zrzuca winę za naruszenia prawa na barki starszych oficerów - na ich nieskuteczność lub pasywne kierownictwo w stylu "nieobecnego woźnego". Raporty te, autorstwa generałów lub byłych urzędników rządowych wysokiego szczebla, jasno wykazywały, że wojskowy i cywilny łańcuch rozkazów doprowadził do wytworzenia "inkubatora zła", w którym garstka dobrych żołnierzy została przemieniona w "robaczywe jabłka".
Gdyby przyszło mi pisać tę książkę na krótko po zakończeniu Stanfordzkiego Eksperymentu Więziennego, z satysfakcją udowadniałbym, że czynniki sytuacyjne kształtujące nasze zachowanie przy wielu okazjach są o wiele silniejsze niż nam się wydaje, lub niż jesteśmy w stanie przyjąć do wiadomości. Umknęłaby mi jednak szersza perspektywa, odnosząca się do nadrzędnej siły mogącej uczynić zło z dobra. Przez siłę tę rozumiem System - czyli kompleks czynników kształtujących kontekst sytuacyjny. Psychologia społeczna zgromadziła wiele dowodów na poparcie koncepcji, że w pewnych okolicznościach wpływy sytuacyjne tryumfują nad dyspozycjami osobowymi. W wielu rozdziałach odwołuję się do tych dowodów. Jednakże większość psychologów nie docenia wagi głębszych źródeł władzy, tkwiących w politycznych, ekonomicznych, religijnych, historycznych i kulturowych schematach, które definiują określone sytuacje jako legalne lub naruszające normy prawne. Pełne zrozumienie dynamiki ludzkiego zachowania wymaga, żebyśmy dostrzegli zakres i granice sił osobowych, sił sytuacyjnych i sił systemowych.
Zmiana lub zapobieganie niepożądanym zachowaniom indywidualnych osób lub grup wymaga zrozumienia, jakiego rodzaju siły, przymioty i słabości wnoszą one do danej sytuacji. Następnie musimy w pełniejszym zakresie rozpoznać kompleks sił sytuacyjnych oddziaływających w danym środowisku behawioralnym. Zmienianie ich, bądź poznanie sposobów ich unikania może wpłynąć na redukcję niepożądanych reakcji indywidualnych w większym zakresie, niż akcje prewencyjne ukierunkowane wyłącznie na zmianę ludzi w danej sytuacji. Oznacza to przyjęcie realizacji modelu zdrowia publicznego w miejsce standardowego modelu opieki medycznej, nakierowanego na leczenie indywidualnych chorób i przypadłości. Jednak, póki nie zdamy sobie sprawy z prawdziwej mocy systemu, niezmiennie ukrywającego się za zasłoną różnego rodzaju klauzul tajności, oraz nie zrozumiemy w pełni specyficznego dla niego zestawu zasad i regulacji, zmiana behawioralna będzie przejściowa, a zmiany sytuacyjne pozorne. W całej książce powtarzam jak mantrę, że próba zrozumienia wkładu sytuacyjnego i systemowego w indywidualne zachowanie jednostki nie usprawiedliwia samej osoby, ani też nie znosi jej odpowiedzialności za zaangażowanie się w niemoralne, nielegalne lub niegodziwe działania.
Zastanawiając się nad przyczynami, które skłoniły mnie do poświęcenia znacznej części mojej kariery zawodowej na poznawanie psychologii zła - przemocy, anonimowości, agresji, wandalizmu, tortur i terroryzmu - nie mogę nie zauważyć kształtującej mnie siły sytuacyjnej. Dojrzewanie w biedzie, w nowojorskim getcie na południowym Bronxie, w znacznej mierze ukształtowało moje priorytety i spojrzenie na życie. Życie w miejskim getcie to walka o przetrwanie poprzez wykształcanie użytecznych "ulicznych" strategii. Wiąże się to z koniecznością stałego kalkulowania, kto ma władzę, która może zostać użyta przeciwko tobie lub na twoją rzecz, kogo unikać, a z kim się bratać. Oznacza to odszyfrowywanie subtelnych wskazówek sytuacyjnych, mówiących, kiedy można się postawić, a kiedy należy pasować, to stwarzanie wzajemnych zobowiązań oraz odkrywanie tego, co niezbędne, by z naśladowcy przemienić się w lidera.
W tamtych czasach, zanim na Bronxie zadomowiły się heroina i kokaina, getto skupiało ludzi niemajętnych i ich dzieci, dla których, z braku zabawek i urządzeń technicznych, najcenniejszym skarbem były inne dzieciaki - towarzystwo do zabawy. Cześć z tych dzieciaków została ofiarami albo sprawcami przemocy; część z dzieci, o których myślałem, że są dobre, skończyło robiąc bardzo złe rzeczy. Czasami powód był oczywisty. Na przykład ojciec Donny'ego karał go za każde dostrzeżone przewinienie, rozbierając do naga i każąc klęczeć na ziarnkach ryżu w wannie. Przy innych okazjach ten "torturujący ojciec" był czarującą osobą, zwłaszcza w stosunku do pań, które mieszkały w kamienicy. Jako młody nastolatek Donny, złamany przez te doświadczenia, skończył w więzieniu. Inny dzieciak wyładowywał swoje frustracje obdzierając koty żywcem ze skóry. W ramach procesu inicjacyjnego w naszym gangu, wszyscy musieliśmy kraść, bić się z innymi dziećmi lub dokonywać różnych śmiałych czynów oraz upokarzać dziewczyny i żydowskie dzieci chodzące do synagogi. Żadna z tych rzeczy nie była uważaną za niegodziwą, ani nawet niedobrą; były jedynie wyrazem posłuszeństwa względem lidera grupy oraz podporządkowania się regułom panującym w gangu.
Dla nas, dzieciaków, siła systemu uosabiana była przez wielkich, złych dozorców, którzy gonili nas z klatek, oraz bezdusznych kamieniczników, którzy mogli eksmitować całe rodziny, wykorzystując aparat władzy do wyrzucania ich rzeczy na bruk za niepłacenie czynszu. Wciąż jeszcze współczuje im tej publicznej hańby. Lecz naszym największym wrogiem była policja, która mogła napaść na nas, gdy graliśmy na ulicach w palanta używając kija od miotły i gumowej piłki. Bez podania jakichkolwiek powodów konfiskowali nasze kije do gry i zabraniali nam gry na ulicach. W promieniu mili od miejsca, w którym mieszkaliśmy, nie było żadnego placu zabaw, więc ulica była dla nas wszystkim, a nasza różowa gumowa piłka nie stwarzała wielkiego zagrożenia dla obywateli. Pamiętam, jak raz schowaliśmy kije, widząc zbliżających się policjantów, ale gliny wyciągnęły mnie, żebym wygadał, gdzie się znajdują. Kiedy odmówiłem, jeden z gliniarzy zagroził, że mnie aresztuje, a kiedy wpychał mnie do radiowozu, rozbiłem sobie głowę o drzwi. Po tym zdarzeniu nigdy nie obdarzałem zaufaniem dorosłych w mundurach, dopóki nie udowodnili, że są tego godni.
Przy takim wychowaniu, zupełnie bez nadzoru rodzicielskiego - w tamtych czasach dzieciaki i rodzice nigdy nie mieszali się na ulicach - nie ma wątpliwości, skąd wzięła się moja ciekawość natury ludzkiej, a zwłaszcza jej ciemnej strony. Problem efektu Lucyfera dojrzewał więc we mnie przez wiele lat, od czasu spędzonego w piaskownicy w getcie, przez moją formalną edukację z zakresu psychologii społecznej, aż do miejsca, w którym, zadając poważne pytania, odpowiadam na nie za pomocą empirycznych dowodów.
Struktura tej książki jest w pewnym sensie niezwykła. Zaczyna się rozdziałem, w którym przedstawiony zostaje motyw transformacji ludzkiego charakteru, kiedy dobrzy ludzie i anioły okazują się zdolni do robienia rzeczy niedobrych, niegodziwych, wręcz diabelskich. Powstaje przy tym fundamentalne pytanie, jak dobrze w rzeczywistości znamy siebie samych, czy możemy z przekonaniem przewidzieć, do czego bylibyśmy zdolni, lub czego nigdy byśmy nie zrobili w całkowicie dla nas nowych okolicznościach. Czy, jak ulubiony anioł Boga, Lucyfer, my również możemy ulec pokusie, by czynić innym to, co niewyobrażalne?
Rozdziały poświęcone Stanfordzkiemu Eksperymentowi Więziennemu (SPE) przedstawiają w szczegółach nasze pogłębione studium transformacji, jaką przechodził każdy ze studentów w trakcie odgrywania przydzielonych im losowo ról więźniów lub strażników w pozorowanym więzieniu - które stało się aż nazbyt rzeczywiste. Rozdział po rozdziale, wydarzenia przedstawiane są chronologicznie w formacie kinematograficznym, jako osobista narracja opowiedziana w czasie teraźniejszym, z minimalną dozą psychologicznej interpretacji. Dopiero po zakończeniu tego studium - a musiało ono zostać przerwane przedwcześnie - zaczynamy się zastanawiać, czego się nauczyliśmy, opisywać i tłumaczyć zgromadzone materiały oraz snuć rozważania na temat procesów psychologicznych, które odegrały tutaj rolę.
Jednym z wiodących wniosków ze Stanfordzkiego Eksperymentu Więziennego było stwierdzenie, że wszechobecna, a zarazem subtelna władza, jaką posiada osoba kontrolująca zmienne sytuacyjne, może całkowicie zdominować wolę oporu jednostki. Ten wniosek zostanie pogłębiony w licznych, kolejnych rozdziałach, analizujących ten fenomen w kontekście badań z zakresu nauk społecznych. Widzimy, jak grupa uczestników badań - zarówno studentów college'u, jak i innych ochotników rekrutowanych spośród zwyczajnych obywateli - zachowuje się konformistycznie, podporządkowuje się, słucha poleceń oraz z łatwością ulega pokusie robienia rzeczy, których nie mogliby sobie wyobrazić znajdując się poza obszarem wpływu danych sił sytuacyjnych. Wyłoniony został zestaw dynamicznych procesów psychologicznych, które mogą popychać dobrych ludzi do złych czynów, a wśród nich: deindywiduacja, posłuszeństwo względem autorytetów, bierność w obliczu zagrożenia, samousprawiedliwianie i racjonalizacja. Jednym z podstawowych procesów wpływających na transformację zwykłych, normalnych ludzi w bezdusznych lub wręcz wszetecznych krzewicieli zła jest dehumanizacja. Działa ona jak ślepota umysłowa, która przysłania myślenie i zaszczepia przekonanie, że inni to mniej niż ludzie. Sprawia, że niektóre osoby zaczynają postrzegać innych jak wrogów zasługujących na dokuczliwe tortury i unicestwienie.
Mając do dyspozycji taki zestaw narzędzi analitycznych, podejmujemy refleksję nad przyczyną horrendalnych nadużyć i torturowania więźniów, dokonywanych przez amerykańską Żandarmerię Wojskową w irackim więzieniu w Abu Ghraib. Założenie, że te niemoralne czyny stanowiły sadystyczne dzieło kilku żołnierskich zbirów, tzw. robaczywych jabłek, zostaje podważone poprzez badanie paraleli między wpływami sytuacyjnymi a procesami psychologicznymi zachodzącymi w tym więzieniu oraz w naszym więzieniu w Stanfordzie. Badamy dogłębnie Miejsce, Osobę i Sytuację, aby wyciągnąć wnioski co do sił przyczynowych mających wpływ na ukształtowanie zachowań, które zostały utrwalone na odrażających "zdjęciach-trofeach" zrobionych przez żołnierzy w trakcie dręczenia swoich więźniów.
Następnie przyjdzie pora na to, by w łańcuchu wyjaśnień przejść z poziomu osoby, na poziom sytuacji, a potem na poziom systemu. Opierając się na pół tuzinie raportów śledczych na temat tych nadużyć oraz innym materiale dowodowym z przeróżnych źródeł, z zakresu prawa i praw człowieka, przyjmuję postawę prokuratora po to, aby postawić przed sądem system. W związku z ograniczeniami naszego systemu prawnego, wymagającego, aby za bezprawne działania sądzone były jednostki, a nie sytuacje lub systemy, wnoszę zarzuty przeciwko kwartetowi starszych rangą oficerów wojskowych, a następnie rozszerzam zarzut współsprawstwa w wydawaniu rozkazów na cywilne struktury decyzyjne, działające w ramach administracji George'a Busha. Czytelnik, jako sędzia, w przypadku każdego z oskarżonych podejmie decyzję, czy uznać dowody za wystarczające na potwierdzenie tego, iż jest on winien zarzucanych mu czynów.
Ta raczej ponura wyprawa do jądra ciemności ludzkiej natury zmieni kierunek w ostatnim rozdziale. Znajdują się w nim dobre wieści o tym, co my, jako jednostki, możemy zrobić, żeby zmierzyć się z wpływami sytuacyjnymi i systemowymi. We wszystkich wykorzystanych badaniach, podobnie jak w naszych przykładach wziętych z prawdziwego życia, zawsze występowały jednostki, które oparły się i które nie uległy pokusie. To co odciągnęło je od zła, to nie jakaś niepojęta, magiczna szlachetność, lecz raczej coś na kształt intuicyjnego zrozumienia psychicznych i społecznych taktyk stawiania oporu. Przedstawię zestaw takich strategii i taktyk, dzięki którym każdy będzie w stanie radzić sobie lepiej z niechcianymi wpływami społecznymi. Porady te bazują na połączeniu moich własnych doświadczeń oraz mądrości moich kolegów, psychologów społecznych, którzy są ekspertami w dziedzinie wpływów i przekonywania. (Zostało to uzupełnione i rozszerzone w ramach modułu dostępnego na stronie internetowej, poświęconej tej książce - www.lucifereffect.com).
W ostatecznym rozrachunku, gdy większość ulega, a jedynie niewielu stawia opór, właśnie za stawianie oporu potężnym siłom skłaniającym ku uległości, konformizmowi i posłuszeństwu, buntownicy mogą być uznani za bohaterów, czyli za osoby wyjątkowe, wyróżniające się spośród nas, zwykłych śmiertelników, dzięki swoim śmiałym czynom i życiowym poświęceniom. Przyznajemy tutaj, że takie nadzwyczajne osoby istnieją - garstka, gotowa do poświęceń - lecz stanowią one wyjątki w szeregach bohaterów. Należą do rzadkiego gatunku, który świeci przykładem, poświęcając swoje życie dla humanitarnych celów. W przeciwieństwie do nich, większość innych ludzi, których uważamy za bohaterów, jest bohaterami chwili, sytuacji, w której padło wezwanie do służby. Tak więc podróż tropem efektu Lucyfera ujawnia na koniec swój pozytywny aspekt, pozwalając nam uczcić zwykłego bohatera, który żyje w każdym z nas. W przeciwieństwie do "banalności zła", która zakłada, że zwykli ludzie mogą być odpowiedzialni za najnikczemniejsze akty okrucieństwa i degradacji bliźnich, ja zakładam "banalność bohaterstwa", która rozwija sztandar bohaterskich Zwykłych Mężczyzn i Kobiet, śpieszących na wezwanie do służby w imię człowieczeństwa, wtedy gdy nadchodzi ich pora do działania. Gdy zabrzmią dzwony, będą wiedzieli, że biją one dla nich. Wzywają, by wykazać się tym, co w naturze człowieka najlepsze, co wznosi się ponad potężną presję sytuacji i systemu. Wspaniały wyraz zwycięstwa godności ludzkiej nad złem.
Transformacje: anioły, diabły oraz cała reszta nas, zwykłych śmiertelników
Koncepcja efektu Lucyfera jest moją próbą zrozumienia procesów transformacji, jaka występuje, gdy dobrzy lub zwyczajni ludzie robią rzeczy złe lub niegodziwe. Zajmiemy się fundamentalnym pytaniem: "Co sprawia, że ludzie czynią zło?". Lecz zamiast odwoływać się do zakorzenionego w religii dualizmu dobra i zła, czy dobroczynnego lub sprowadzającego na złą drogę wychowania, przyjrzymy się rzeczywistym ludziom wykonującym codzienne czynności, uwikłanym w realizowanie swoich zadań, próbującym przetrwać w często burzliwym tyglu ludzkiego losu. Postaramy się zrozumieć transformacje ich charakterów, towarzyszące zetknięciu z potężnymi siłami sytuacyjnymi.
Rozpocznijmy od definicji zła. Moja jest prosta, oparta na założeniach psychologicznych: Zło polega na zamierzonym zachowaniu się w sposób, który rani, wykorzystuje, poniża, dehumanizuje lub niszczy niewinne jednostki - lub używaniu swojej władzy i siły systemowej, by nakłaniać lub dać przyzwolenie innym do działania w ten sposób w naszym imieniu. W skrócie, jest to "czynić niedobrze, wiedząc co dobre"[4].
Jakie mechanizmy wpływają na ludzkie zachowania? Co wpływa na ludzkie myśli i działania? Co sprawia, że część z nas wiedzie moralne i prawe życie, podczas gdy inni z łatwością staczają się ku niemoralności i występkom? Czy to, co myślimy o naturze ludzkiej, opiera się na założeniu, że wewnętrzne determinanty kierują nas na dobrą lub złą ścieżkę? Czy nie jest tak, że zbyt mało uwagi poświęcamy zewnętrznym czynnikom determinującym nasze myśli, uczucia i działania? Do jakiego stopnia jesteśmy wytworami sytuacji, chwili, zbiorowości? I czy istnieje taki czyn, popełniony kiedyś przez kogoś, do którego z absolutną pewnością nigdy nie bylibyśmy zdolni?
Większość z nas kryje się za egocentryczną skłonnością do tworzenia iluzji własnej wyjątkowości. Ta tarcza ochronna dla samego siebie pozwala nam wierzyć, że każdy z nas wypadnie ponad przeciętną w dowolnym teście uczciwości. Zbyt często, spoglądając w gwiazdy przez gruby pryzmat osobistej nietykalności, zapominamy, że powinniśmy zwracać także uwagę na śliską ścieżkę pod naszymi stopami. Taką egocentryczną stronniczość częściej spotkać można w społeczeństwach pielęgnujących nastawienie indywidualistyczne, takich jak euroamerykańskie kręgi kulturowe, a rzadziej w społeczeństwach zorientowanych kolektywistycznie, w takich miejscach jak Azja, Afryka czy Bliski Wschód[5].
W trakcie naszej podróży poprzez dobro i zło poproszę Cię o refleksję nad trzema zagadnieniami. Jak dobrze w rzeczywistości znasz siebie samego, swoje mocne i słabe strony? Czy Twoja wiedza na temat samego siebie pochodzi z przeglądu własnych zachowań w typowych sytuacjach, czy uwzględnia także momenty, gdy znalazłeś się w całkowicie nowym otoczeniu, gdzie Twoje stare przyzwyczajenia zostały poddane próbie? Kontynuując, jak dobrze w rzeczywistości znasz ludzi, z którymi codziennie się stykasz: swoją rodzinę, przyjaciół, współpracowników, kochanka? Jedna z tez stawianych w tej książce głosi, że większość z nas zna samych siebie tylko z ograniczonych doświadczeń nabytych w znajomych sytuacjach, określonych przez zasady, prawa, przekonania i naciski, które nas krępują. Chodzimy do szkoły i do pracy, jeździmy na urlop, bywamy na imprezach, płacimy rachunki i podatki - dzień w dzień i rok w rok. Lecz co się stanie, gdy zostaniemy poddani całkowicie nowym i nieznanym bodźcom, przy których nasze przyzwyczajenia okażą się niewystarczające? Zaczynasz nową pracę, idziesz na swoją pierwszą randkę umówioną przez program komputerowy, wstępujesz do bractwa, zostajesz aresztowany, zaciągasz się do wojska, wstępujesz do sekty lub zgłaszasz się na ochotnika do eksperymentu. "Dawny ty" może nie funkcjonować zgodnie z oczekiwaniami, gdy zmienią się zasadnicze reguły gry.
Podczas naszej podróży chciałbym, abyś w czasie, gdy będziemy poznawać różne formy zła, bez ustanku zadawał sobie pytanie: "Czy ja też?". Będziemy badać ludobójstwo w Rwandzie, masowe samobójstwa i morderstwa członków "Świątyni Ludu" w dżungli Gujany, masakrę w My Lai w Wietnamie, koszmar nazistowskich obozów koncentracyjnych, tortury zadawane przez wojsko i policję cywilną na całym świecie oraz wykorzystywanie seksualne parafian przez księży katolickich. Poszukamy powiązań, łączących te wydarzenia ze skandalicznymi defraudacjami dokonywanymi przez kadrę zarządzającą korporacji Enron i World-Com. Odkryjemy wreszcie, w jaki sposób część wspólnych wątków, pojawiających się w tych aktach zła, występuje również w niedawno odkrytych przypadkach dręczenia cywilnych więźniów w Więzieniu Abu Ghraib w Iraku. Jeden szczególnie znaczący wątek łączący te okrucieństwa pojawi się w związku z badaniami z zakresu eksperymentalnej psychologii społecznej, a konkretnie ze studium, które stało się znane pod nazwą: Stanfordzki Eksperyment Więzienny.
Zło: stałe i wewnętrzne czy zmienne i zewnętrzne?
Wizja, zgodnie z którą dobrych i złych ludzi oddziela od siebie nieprzekraczalna przepaść, jest krzepiąca przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, stwarza binarną logikę, w myśl której zło postrzegane jest jako cecha niezbędna. Większość z nas postrzega zło jako realnie istniejącą właściwość, która występuje u niektórych ludzi, a u innych nie. Złe nasiona rodzą złe owoce, wypełniając w ten sposób swoje przeznaczenie. Definiujemy zło wskazując prawdziwie niegodziwych tyranów naszej ery, takich jak Hitler, Stalin, Pol Pot, Idi Amin, Saddam Husajn i inni przywódcy polityczni, którzy kierowali masowymi mordami. Nie możemy również nie dostrzec bardziej zwyczajnego, mniejszego zła, czynionego przez dilerów narkotyków, gwałcicieli, handlarzy żywym towarem, osoby naciągające starszych ludzi oraz tych, których przemoc niszczy radość naszych dzieci.
Utrzymywanie dychotomii Dobro-Zło pozwala również zdjąć z "dobrych ludzi" brzemię odpowiedzialności. Zostają oni uwolnieni od obowiązku, by choćby przemyśleć, jaki może być ich udział w tworzeniu, podtrzymywaniu, utrwalaniu lub godzeniu się na warunki przyczyniające się do popełniania wykroczeń i przestępstw, chuligaństwa, dokuczania, prześladowania, gwałtów, tortur i przemocy. "Tak funkcjonuje świat i nikt nic na to nie poradzi, a w szczególności nie ja".
Alternatywna koncepcja każe traktować zło w kategoriach kumulacyjnych, jako coś, do czego wszyscy jesteśmy zdolni, w zależności od okoliczności. Ludzie w różnym czasie mogą posiadać pewne konkretne cechy (takie jak inteligencja, duma, uczciwość lub niegodziwość) w większym lub mniejszym stopniu. Cechy te mogą zostać zmienione, skłaniając się ku dobrej lub złej stronie natury ludzkiej. Podejście kumulacyjne zakłada nabywanie pewnych cech poprzez doświadczenia lub intensywne ćwiczenia, bądź też na skutek interwencji z zewnątrz, takiej jak otrzymanie wyjątkowej szansy. Jednym słowem, możemy nauczyć się być dobrymi lub złymi, niezależnie od naszego dziedzictwa genetycznego, osobowości czy genealogii[6].
Alternatywne wyjaśnienia: dyspozycyjne, sytuacyjne i systemowe
Równolegle do pary przeciwstawnych teorii: esencjalistycznej i kumulacyjnej, wskazać można kontrast pomiędzy dyspozycyjnymi i sytuacyjnymi przyczynami zachowań. Jeżeli zetkniemy się z jakimś niespotykanym zachowaniem, jakimś nieoczekiwanym wydarzeniem, jakąś bezsensowną anomalią, jak będziemy próbowali je wyjaśnić? Tradycyjne podejście zakładało zidentyfikowanie wrodzonych właściwości osobistych, które doprowadziły do działania, takich jak: predyspozycje genetyczne, cechy indywidualne, charakter, wolna wola i inne skłonności. Przy zachowaniu agresywnym szukamy sadystycznych cech indywidualnych. Przy czynach heroicznych poszukiwane są geny predysponujące do altruizmu.
W Stanach Zjednoczonych społecznościami przedmieść wstrząsa seria strzelanin, w których uczniowie szkół średnich mordują i ranią dziesiątki innych uczniów i nauczycieli[7]. W Anglii dwóch dziesięcioletnich chłopców porywa z centrum handlowego dwuletniego Jamie Bulgera i z zimną krwią, brutalnie go morduje. W Palestynie i Iraku młodzi mężczyźni i kobiety dokonują samobójczych zamachów bombowych. W większości krajów europejskich podczas II wojny światowej wielu ludzi broniło Żydów przed nazistami, pomimo że wiedzieli, iż gdyby zostali przyłapani, ukarano by ich surowo; w Polsce groziła za to kara śmierci. W wielu krajach ludzie ryzykują poniesieniem osobistych strat, ujawniając niesprawiedliwość i niemoralne zachowania przełożonych. Dlaczego?
Osoby pochodzące z kultur zorientowanych indywidualistycznie tradycyjnie szukają odpowiedzi w ludzkim wnętrzu - w patologii lub bohaterstwie. Współczesna psychiatria zorientowana jest dyspozycyjnie. Podobnie psychologia kliniczna i psychologia osobowości oraz metody jej pomiaru. Większość naszych instytucji przyjmuje taki punkt widzenia, włączając prawo, medycynę i religię. Według tych założeń, winy, choroby oraz grzechu szukać należy w osobie winnej, chorej bądź grzesznej. Swoją podróż ku zrozumieniu zaczynają oni od pytania "Kto": "Kto jest za to odpowiedzialny?", "Kto się do tego przyczynił?", "Kto jest temu winny?" oraz "Komu należy przypisać zasługi?".
Psychologowie społeczni (do których się zaliczam), dążąc do zrozumienia przyczyn niezwykłych zachowań, wolą unikać dokonywania atrybucji wewnętrznych. Preferują rozpoczynanie swoich poszukiwań od zadania pytania "Jak": "Jakie warunki mogły przyczynić się do danych reakcji?", "Jakie okoliczności mogły mieć wpływ na zachowanie?", "Jak wyglądała sytuacja z perspektywy osób w niej działających?". Psychologowie społeczni pytają: "Do jakiego stopnia działania jednostki mogą wynikać z czynników zewnętrznych w stosunku do osoby działającej, ze zmiennych sytuacyjnych oraz procesów środowiskowych specyficznych dla danej sytuacji?".
Podejście dyspozycyjne ma się tak do sytuacyjnego, jak medyczny model zdrowia do modelu zdrowia publicznego. Medyczny model każe poszukiwać źródła choroby, dolegliwości lub niesprawności wewnątrz osoby nią dotkniętej. Odwrotnie twierdzą badacze zdrowia publicznego, którzy zakładają, że nosiciele chorób wywodzą się ze środowiska stwarzającego warunki sprzyjające rozprzestrzenianiu choroby. Czasami osoba chora stanowi produkt końcowy patologii środowiskowej, która, jeżeli nie zostanie powstrzymana, będzie przenosić się na innych, niezależnie od prób poprawy zdrowia jednostki. Na przykład, przy podejściu dyspozycyjnym dziecko, które przejawia problemy z nauką, może zostać poddane szeregowi zabiegów medycznych i behawioralnych w celu przezwyciężenia tych trudności. Lecz w wielu przypadkach, w szczególności w środowiskach ludzi biednych, problem powodowany jest wdychaniem ołowiu z farb łuszczących się na ścianach mieszkań komunalnych, a dodatkowo pogarsza go ubóstwo - oto podejście sytuacyjne. Te konkurencyjne perspektywy nie stanowią jedynie abstrakcyjnych wariantów analiz teoretycznych, lecz prowadzą do skrajnie odmiennych sposobów radzenia sobie z problemami społecznymi i osobistymi.
Analizy tego rodzaju mają znaczenie zwłaszcza dla tych wszystkich z nas, którzy, jako intuicyjni psychologowie, spędzają większość swojego życia próbując zrozumieć, dlaczego ludzie czynią to, co czynią, oraz jak można ich zmienić, by byli lepsi. W kulturach indywidualistycznych rzadkością jest osoba nieskażona nastawieniem dyspozycyjnym, przejawiającym się w poszukiwaniu zawsze w pierwszej kolejności motywów, cech, genów i osobistych patologii. Próbując wyjaśniać przyczyny ludzkiego zachowania, większość z nas przejawia jednocześnie tendencje do przeceniania wagi czynników dyspozycyjnych oraz niedoceniania znaczenia cech sytuacyjnych.
W kolejnych rozdziałach przedstawię obszerny materiał dowodowy stanowiący przeciwwagę dla dyspozycyjnego podejścia do świata, zwracając jednocześnie uwagę na to, jak charakter człowieka może zostać zmieniony przez fakt, że znalazł się on w sytuacji, w której uwolnione zostały potężne siły sytuacyjne. Ludzie i sytuacje znajdują się na ogół w stanie dynamicznej interakcji. Choć prawdopodobnie uważasz, że Twoja osobowość jest niezmienna niezależnie od czasu i miejsca, istnieje duże prawdopodobieństwo, że tak nie jest. Nie jesteś tą samą osobą, gdy pracujesz sam i gdy znajdujesz się w grupie; w romantycznym otoczeniu i w szkole; gdy jesteś z bliskimi przyjaciółmi i w anonimowym tłumie; gdy podróżujesz za granicą i kiedy jesteś w domu.
Malleus Maleficarum oraz inkwizycyjny program PNC (polowanie na czarownice)
Jedno z pierwszych udokumentowanych źródeł szeroko rozpowszechnionego wykorzystania podejścia dyspozycyjnego w celu zrozumienia zła i uwolnienia świata od jego szkodliwego wpływu, możemy znaleźć w tekście, który stał się wyrocznią dla inkwizytorów: Malleus Maleficarum lub "Młot na Czarownice"[8]. Stanowił on obowiązkową lekturę sędziów inkwizycji. Zaczyna się od zagadki do rozwiązania. Jak to możliwe, że w świecie rządzonym przez wszechmogącego Boga, będącego wcieleniem dobra, wciąż istnieje zło? Odpowiedź jest jedna: Bóg zezwala na to, aby poddać próbie ludzkie dusze. Jeżeli dasz się zwieść na pokuszenie - pójdziesz do piekła; oprzesz się pokusie, a otworzy się przed tobą niebo. Jednakże Bóg ograniczył możliwości bezpośredniego wpływania na ludzi przez diabła, mając na uwadze fakt, że kiedyś sprowadził na złą drogę Adama i Ewę. Diabeł znalazł rozwiązanie w postaci wysłanników wykonujących jego nikczemne rozkazy: do nawiązania pośredniego kontaktu z ludźmi wykorzystywał czarownice, które miały sprowadzać ich na złą drogę.
Rozwiązaniem zaproponowanym w celu ograniczenia rozprzestrzeniania zła w krajach katolickich, było rozpoznanie i wyeliminowanie czarownic. Potrzebne były środki do identyfikowania czarownic, skłaniania ich do przyznania się do herezji, a następnie zgładzenia. Mechanizm rozpoznawania i eliminowania czarownic (który w naszych czasach mógłby być znany jako program o kryptonimie "Polowanie na Czarownice") był prosty i konkretny: za pomocą szpiegów odszukać wśród ludności czarownice; przy użyciu różnych technik torturowania wydobyć od nich zeznania potwierdzające ich wiedźmią naturę; oraz zabić te, które nie wykazały swojej niewinności. Mimo że tak lekko potraktowałem to, co rozrosło się do starannie zaplanowanego systemu masowego terroru, tortur i eksterminacji niezliczonych tysięcy ludzi, to właśnie ten sposób upraszczającej redukcji skomplikowanych problemów dotyczących zła podsycał ogień na stosach inkwizycji. Uczynienie z "czarownic" znienawidzonej kategorii ludzi obciążonych grzesznymi skłonnościami, dostarczyło gotowego rozwiązania problemu zła istniejącego w społeczeństwie. Należało po prostu zgładzić tak dużą liczbę wysłanników zła, jaka mogła być zidentyfikowana, poddana torturom oraz ugotowana w oleju lub spalona na stosie.
Biorąc pod uwagę, że Kościół wraz ze swymi świeckimi sojusznikami składał się głównie z mężczyzn, nie powinno dziwić, że kobiety miały o wiele większą szansę niż mężczyźni, by zostać zidentyfikowane jako czarownice. Podejrzani o czary wywodzili się z reguły z marginesu społecznego, bądź z grup stanowiących różnego rodzaju zagrożenie: wdowy, ludzie biedni, brzydcy, zdeformowani lub - w niektórych przypadkach - osoby uznawane za zbyt dumne i zbyt potężne. Przerażającym paradoksem inkwizycji było to, że nieraz żarliwe oraz szczere pragnienie zwalczania zła generowało zło na skalę większą niż widziano kiedykolwiek wcześniej. Znajdowało to swój wyraz w wykorzystywaniu przez państwo i Kościół narzędzi tortur oraz metod będących skrajnym wypaczeniem jakiegokolwiek ideału ludzkiej doskonałości. Znakomita natura ludzkiego umysłu, zdolnego do tworzenia wielkich dzieł sztuki, nauki i filozofii, uległa zwyrodnieniu i została wykorzystana w służbie "twórczego okrucieństwa", którego celem było złamanie woli. Narzędzia stosowane przez inkwizycję wciąż jeszcze można odnaleźć w więzieniach na całym świecie, w wojskowych i cywilnych biurach śledczych, gdzie tortury są standardową procedurą postępowania (jak zobaczymy później w trakcie naszych odwiedzin w więzieniu w Abu Ghraib)[9].
Systemy władzy - wszechogarniające zwierzchnictwo
W moim przypadku dostrzeżenie siły tkwiącej w systemach zaczęło się od uświadomienia sobie tego, jak instytucje stwarzają mechanizmy pozwalające przełożyć ideologię - np. taką, jaka tłumaczy przyczyny zła - na procedury operacyjne, takie jak inkwizycyjne polowania na czarownice. Innymi słowy, moje spektrum postrzegania zostało znacząco poszerzone poprzez pełniejsze zrozumienie, w jaki sposób warunki sytuacyjne stwarzane są i kształtowane przez czynniki wyższego rzędu - systemy władzy. Aby zrozumieć złożone modele postępowania, trzeba wziąć pod uwagę nie tylko dyspozycje i sytuacje, ale przede wszystkim systemy.
Aberracyjne, nielegalne lub niemoralne zachowania jednostek pełniących służbę w policji, więziennictwie i wojsku, często bywają szufladkowane jako wypaczenia "kilku robaczywych jabłek". Stwarza to wrażenie, że mamy do czynienia z rzadkimi wyjątkami, których normy moralne sytuują się poza nieprzekraczalną granicą między dobrem a złem, podczas gdy ogromna większość "zdrowych owoców" znajduje się po właściwej stronie. Ale kto dokonuje tego rozróżnienia? Z reguły są to strażnicy systemu, którzy chcą odizolować problem, aby przerzucić winę oraz odwrócić uwagę od tych na samej górze, którzy mogą być odpowiedzialni za stworzenie niedopuszczalnych warunków pracy, brak nadzoru lub kontroli. Wracając do "robaczywych jabłek" - pogląd dyspozycyjny ignoruje czynnik w postaci "skrzynki" oraz jej potencjalnie degenerującego wpływu sytuacyjnego na znajdujące się w niej jabłka. Analiza systemowa koncentruje się na producentach skrzynki, na osobach posiadających moc kształtowania jej formy.
To właśnie "elita władzy" - twórcy "skrzynki", działający często za kulisami - określa warunki życiowe dla reszty z nas, zmuszonych do spędzania czasu wśród różnorodnych, wykreowanych przez nią układów instytucjonalnych. Socjolog C. Wright Mills rzucił nieco światła na tę czarną dziurę władzy:
"Elita władzy składa się z ludzi, którzy dzięki swojej pozycji mogą przekształcać typowe środowisko zwyczajnych mężczyzn i kobiet; ludzie ci znajdują się na stanowiskach, które umożliwiają podejmowanie decyzji brzemiennych w skutki. To, czy podejmują takie decyzje, czy nie, jest mniej istotne niż sam fakt zajmowania tak kluczowych pozycji: zaniechanie przez nich działań, brak pewnych decyzji same w sobie są działaniami, które często mogą mieć znacznie większe znaczenie niż rzeczywiście podjęte decyzje. Dzieje się tak, ponieważ mają władzę nad najważniejszymi układami hierarchicznymi i strukturami współczesnego społeczeństwa. Zarządzają wielkimi korporacjami. Operują aparatem państwa i sięgają po jego przywileje . Kierują establishmentem wojskowym. Zajmują w strukturach społecznych strategiczne stanowiska zarządzające, które współcześnie skupiają skuteczne środki władzy oraz - tak przez nich pożądane - bogactwo i popularność[10].
W miarę jak interesy tych różnorodnych przedstawicieli władzy nakładają się, zaczynają oni definiować naszą rzeczywistość za pomocą metod rodem z Roku 1984 George'a Orwella. Ten wojskowo-korporacyjno-religijny kompleks staje się ostatecznym megasystemem kontrolującym znaczną część zasobów oraz jakość życia wielu współczesnych Amerykanów.
Dopiero przekuta na chroniczny strach,władza staje się doskonała.
Eric Hoffer, Żarliwość umysłu
Moc tworzenia "Wroga"
Możni z reguły nie wykonują sami najbrudniejszej roboty, podobnie jak mafia zostawia "spuszczanie łomotu" swoim sługusom. Systemy tworzą hierarchie dominacji, w których wpływy i komunikacja przebiegają z góry na dół - rzadko z dołu do góry. Jeżeli elita władzy chce zniszczyć wrogą nację, wykorzystuje ekspertów od propagandy do stworzenia programów nienawiści. Czegóż takiego potrzebują obywatele jednego społeczeństwa, by tak bardzo znienawidzić obywateli drugiego, by chcieć ich odseparować, dręczyć, a nawet zabić? Potrzebna jest do tego "nienawistna wyobraźnia", psychologiczna konstrukcja, która za pomocą propagandy zostaje zagnieżdżona głęboko w umysłach ludzi, przemieniając innych we "Wroga". Taki obraz stanowi dla żołnierza najpotężniejszy motyw działania, ładując jego karabin amunicją nienawiści i strachu. Obraz odrażającego wroga, będącego zagrożeniem dla dobrobytu jednostek oraz bezpieczeństwa narodowego, powoduje, że matki i ojcowie wysyłają synów na wojnę, oraz pozwala rządom tak przestawiać priorytety, by przekuwać lemiesze w miecze zniszczenia.
To wszystko dokonuje się za pomocą słów i obrazów. Można tu nieco zmodyfikować stare porzekadło: kamienie i kije mogą połamać Ci kości, ale wyzwiska nierzadko mogą Cię zabić. Proces rozpoczyna się od stworzenia stereotypowego obrazu innego człowieka, jego zdehumanizowanego postrzegania jako bezwartościowego, ale zarazem wszechpotężnego Obcego, istoty demonicznej, abstrakcyjnego potwora, jako fundamentalnego zagrożenia dla czczonych przez nas wartości i przekonań. W obliczu rozpętanego publicznie strachu oraz zbliżającego się zagrożenia ze strony wroga, rozsądni ludzie postępują irracjonalnie, osoby niezależne działają w sposób bezmyślnie konformistyczny, a pacyfiści postępują jak wojownicy. Dramatyczne obrazy przedstawiające wroga na plakatach, w telewizji, na okładkach czasopism, w filmach i w Internecie odbijają się w zakamarkach układu limbicznego, prymitywnego mózgu wyposażonego w potężne emocje w postaci strachu i nienawiści.
Psycholog społeczny, Sam Keen, błyskotliwie przedstawia sposób, w jaki ta wroga wyobraźnia tworzona jest przez propagandę praktycznie każdego narodu znajdującego się na ścieżce wojennej, a także odsłania siły transformujące, oddziaływujące za pomocą tych "obrazów wroga"[11] na ludzką psychikę. Usprawiedliwienia chęci zniszczenia tych zagrożeń są w rzeczywistości rodzajem refleksji, propozycją wyjaśnienia przeznaczonego do oficjalnego protokołu, lecz nie nadającego się do krytycznej analizy szkód, jakie mają być lub mogą być wyrządzone.
Z najbardziej ekstremalnym wydaniem oddziaływania tej wrogiej wyobraźni mamy oczywiście do czynienia wtedy, gdy prowadzi ona do ludobójstwa, równoznacznego z dążeniem jednych ludzi do eliminacji wszystkich tych, którzy zostali zdefiniowani jako ich wrogowie. Znane są nam niektóre sposoby, wykorzystywane przez maszynę propagandową Hitlera, która przemieniła żydowskich sąsiadów, współpracowników, a nawet przyjaciół, w znienawidzonych wrogów państwa, zasługujących na "ostateczne rozwiązanie". Ten proces przeniknął do podręczników szkół podstawowych za pomocą obrazów i tekstów, które przedstawiały wszystkich Żydów jako zasługujących na pogardę i niewartych ludzkiego współczucia. W tym miejscu chciałbym pokrótce rozważyć przykład z niedawnej historii, kiedy to próba ludobójstwa w połączeniu z gwałtami posłużyły jako oręż przeciwko człowieczeństwu. Następnie pokażę, jak jeden z aspektów tego skomplikowanego procesu psychologicznego - czynnik dehumanizacji, może być analizowany w kontrolowanych eksperymentach, w których dla potrzeb analizy systemowej wyodrębnia się jego najistotniejsze elementy.
Teraz rozpoczyna się właściwa opowieść[9]
Wychodzimy z głównego biura, w którym urzęduje sierżant i idziemy na dół sprawdzić pomieszczenie rejestracyjne - Joe i Bob, Craig, operator kamery, Bill i ja. Wszystko jest lśniąco nowe. Ta część kompleksu została świeżo dobudowana do głównego budynku biurowego Komendy Policji w Palo Alto. Mieści się niedaleko od starego więzienia i jest w nieporównanie lepszym stanie niż ono. Stare więzienie mocno już bowiem podupadło - bynajmniej nie z powodu intensywnego wykorzystywania, lecz po prostu ze starości. Chciałem, żeby policjanci i operator kamery byli zaangażowani w działania operacyjne od pierwszego do ostatniego aresztowania, tak aby przebiegały one w sposób możliwie najbardziej standardowy. Wcześniej mówiłem już ludziom z telewizji, jakie są nasze cele badawcze, ale jako że moje myśli koncentrowały się głównie na przezwyciężeniu przewidywanego oporu oficera dyżurnego, zrobiłem to dosyć pobieżnie. Zdałem sobie sprawę, że powinienem wyłożyć im wszystkim część proceduralnych szczegółów konstrukcji naszego eksperymentu, podobnie jak przyczyny, dla których go prowadzimy. Mogłoby to pomóc w stworzeniu ducha pracy zespołowej oraz pokazać, że zależy mi na tym na tyle, by poświęcić swój czas i odpowiedzieć na ich pytania.
"Czy te dzieciaki wiedzą, że zostaną aresztowane? Mówimy im, że to część eksperymentu, czy jak?".
"Oni się wszyscy sami zgłosili do udziału w studium życia więziennego, Joe. Odpowiedzieli na ogłoszenie, które zamieściliśmy w gazecie, poszukując studentów college'u, którzy chcą zarobić 15 dolarów dziennie za uczestnictwo w dwutygodniowym eksperymencie dotyczącym psychologii uwięzienia, w ramach którego...".
"Mówi Pan, że te dzieciaki dostają 15 dolców dziennie za nicnierobienie w celi przez dwa tygodnie? Może Joe i ja też moglibyśmy się zgłosić? To brzmi jak łatwy szmal".
"Może. Może to i są łatwe pieniądze. I możliwe, że jeśli wyjdzie nam z tego coś interesującego, to powtórzmy to studium z udziałem policjantów jako więźniów i strażników, tak jak opisywałem to twojemu dowódcy".
"Jeśli tak będzie, może pan na nas liczyć".
"Jak już mówiłem, dziewięciu studentów, których macie aresztować, należało do większej grupy około 100 mężczyzn, którzy odpowiedzieli na nasze ogłoszenia w Palo Alto Times i w Dzienniku Stanfordzkim. Odfiltrowaliśmy oczywistych świrów, tych, którzy z jakichś powodów byli już wcześniej aresztowani oraz osoby z problemami psychicznymi bądź zdrowotnymi. Po godzinnych badaniach psychologicznych i pogłębionych wywiadach przeprowadzonych przez moich asystentów, Craiga Haneya i Curta Banksa, wybraliśmy spośród tych ochotników dwudziestu czterech, którzy mieli stać się uczestnikami naszych badań".
"Dwadzieścia cztery razy piętnaście dolców razy czternaście dni to kupa forsy, którą będziecie musieli zabulić. To chyba nie z pana kieszeni, psorze?".
"W sumie daje to 5040 dolarów, ale badanie jest finansowane z dotacji rządowej, wyłożonej przez Instytut Badań Morskich, z przeznaczeniem na studia zachowań antyspołecznych. Tak więc nie muszę osobiście wypłacać wynagrodzeń"
"Czy wszyscy studenci chcieli być strażnikami?"
"Hm. Nie, tak naprawdę to nikt nie chciał być strażnikiem, wszyscy woleli odgrywać role więźniów".
"Jak to możliwe? Bycie strażnikiem to znacznie więcej zabawy i mniej roboty niż bycie więźniem. Przynajmniej ja tak uważam. Inna sprawa, że piętnaście dolców za 24 godzinną robotę w charakterze więźnia, to betka. Ale strażnicy są lepiej opłacani, jeśli założyć, że przychodzą tylko na swoje zwykłe zmiany".
"Zgadza się, strażnicy będą pracować w ramach ośmiogodzinnych zmian. Trzy obsady liczące trzech strażników, będą przez całą dobę na okrągło pilnować dziewięciu więźniów. Ale powodem, dla którego ci studenci woleli wcielać się w role więźniów, było to, że któregoś dnia mogą rzeczywiście zostać uwięzieni - np. za uchylanie się od służby wojskowej, jazdę pod wpływem alkoholu, albo udział w akcjach protestacyjnych w obronie praw człowieka lub przeciwko wojnie. Większość z nich mówiła, że nie są w stanie wyobrazić sobie, że mogliby kiedykolwiek być strażnikami w więzieniu - nie po to szli do college'u. Tak więc mimo, że wszyscy biorą w tym udział głównie dla pieniędzy, część z nich ma również nadzieję na sprawdzenie samych siebie - jak się zachowają w tej nowej sytuacji uwięzienia".
"A jak wybieraliście strażników? Założę się, że wzięliście gości, którzy byli najwięksi".
"Nie, Joe. Losowo przypisywaliśmy ochotników do każdej z dwóch grup. Tak, jakbyśmy rzucali monetą. Wypadał orzeł, ochotnik był przydzielany do strażników, wypadała reszka - do więźniów. Strażnikom powiedziano wczoraj, że przypadły im orły. Przyszli do naszego małego więzienia w piwnicy stanfordzkiego Wydziału Psychologii, żeby pomóc nam w pracach wykończeniowych - tak, aby czuli, że to jest ich miejsce. Każdy z nich wybrał sobie mundur w lokalnym sklepie z artykułami mundurowymi i czekają teraz na rozpoczęcie akcji".
"Czy przeszli jakieś szkolenie dla strażników?".
"Żałuje, ale nie miałem na to czasu. Wszystko co udało nam się wczoraj zrobić, to krótkie spotkanie wprowadzające, bez specjalnego szkolenia, jak powinni odgrywać swoje role. To co dla nich najważniejsze, to utrzymywanie prawa i porządku, bez przemocy wobec więźniów, i niedopuszczenie do żadnej ucieczki. Próbowałem im także przekazać, że chcemy w tym więzieniu wytworzyć u więźniów nastawienie psychiczne oparte na poczuciu bezsilności i niemocy.
Dzieciakom, które macie aresztować powiedziano po prostu, żeby czekały w domu, w akademiku lub - gdy mieszkały zbyt daleko - w innym wyznaczonym miejscu, a my skontaktujemy się z nimi dziś rano".
"I właśnie to zrobimy, co nie, Joe? Damy im popalić".
"Niepokoi mnie parę rzeczy".
"Jasne, Joe, strzelaj śmiało. Może ty też, Bill, chciałbyś dowiedzieć się czegoś, co mogłoby ułatwić podzielenie się szczegółami z producentem dzisiejszego programu?".
"Mam jedno pytanie, psorze. Jaki jest cel przechodzenia przez te wszystkie trudności związane z założeniem własnego więzienia w Stanfordzie, aresztowaniem studentów college'u, płaceniem im całej tej kasy, kiedy i bez tego mamy już wystarczająco dużo więzień i więźniów. Dlaczego by nie poobserwować tego, co dzieje się w miejskim więzieniu, albo przepychanek w San Quentin? Czy to nie tam należy szukać odpowiedzi na stawiane przez Pana pytania o strażników i więźniów z prawdziwych więzień?".
Joe trafił w sedno. Natychmiast wszedłem w swoją rolę wykładowcy akademickiego, zawsze gotowego do oświecania żądnych wiedzy studentów: "Interesuje mnie zrozumienie psychologicznych aspektów bycia więźniem lub strażnikiem więziennym. Jakie zmiany przechodzi dana osoba w procesie adaptowania się do nowej roli? Czy to możliwe, żeby w krótkim czasie tylko kilku tygodni przyjąć nową tożsamość, inną niż ta dotychczasowa?
Socjologowie i kryminolodzy prowadzili już badania prawdziwego życia więziennego, ale są one obarczone istotnymi wadami. Naukowcy ci nigdy nie mieli możliwości obserwowania wszystkich etapów życia więziennego. Ich obserwacje mają na ogół ograniczony zakres, z limitowanym bezpośrednim dostępem do więźniów i jeszcze węższym do strażników. Ponieważ więzienia zasiedlają tylko dwie klasy ludzi: pensjonariusze i personel więzienny, badacze zawsze będą pozostawać ludźmi z zewnątrz - podejrzanymi, wręcz niegodnymi zaufania tych, którzy funkcjonują w ramach systemu. Widzą tylko to, co pozwala im się zobaczyć w trakcie wycieczek z przewodnikiem, które rzadko docierają pod powierzchnię życia więziennego. My chcielibyśmy lepiej zrozumieć głębszą strukturę relacji więzień-strażnik. Zmierzamy do tego poprzez odtworzenie środowiska więziennego w jego wymiarze psychologicznym, a następnie postawienie się w pozycji umożliwiającej obserwacje, nagrywanie i dokumentowanie całego procesu indoktrynacji prowadzącego do przyjmowania mentalności więźniów i strażników".
"Rzeczywiście, kiedy Pan tak o tym mówi, to wydaje się mieć sens" - wtrąca Bill - "ale podstawowa różnica między pańskim więzieniem stanfordzkim a prawdziwymi więzieniami polega na zupełnie innym typie więźniów i strażników, z jakimi zaczynacie. W prawdziwym więzieniu mamy do czynienia z kryminalistami, brutalnymi facetami, którzy nie zastanawiają się nawet nad łamaniem prawa czy zaatakowaniem strażnika. Żeby utrzymać ich w ryzach, trzeba naprawdę twardych gości, w razie potrzeby gotowych nawet rozwalić im łby. Pana słodkie stanfordzkie dzieciaki nie mają w sobie nic z podłości, brutalności czy twardzielstwa prawdziwych strażników i więźniów".
"Nie chciałbym być pesymistą" - dodaje Bob - "ale na jakiej podstawie zakłada Pan, panie psorze, że te studenciaki kasujące piętnaście dolców dziennie za nieróbstwo, nie wyluzują się totalnie, przez dwa tygodnie dobrze się bawiąc na Pana koszt?".
"Po pierwsze chciałbym zaznaczyć, że nie wszyscy nasi uczestnicy to studenci Stanfordu, studiuje tam tylko kilku z nich. Pozostali pochodzą z całego kraju, a nawet z Kanady. Jak wiecie, wielu młodych ludzi przyjeżdża w lecie nad Zatokę i rzeczywiście wyselekcjonowaliśmy spośród nich przekrojową grupę, uwzględniającą tych, którzy właśnie skończyli szkołę letnią w Stanfordzie lub Berkeley. Ale macie rację mówiąc, że więzienie Hrabstwa Stanford nie będzie zaludnione typowymi więźniami. Staraliśmy się poprzez nasze działania wyselekcjonować młodych mężczyzn, którzy wydawali się zdrowi i normalni oraz mieścili się w średniej na wszystkich mierzonych przez nas wymiarach psychologicznych. Razem z obecnym tu Craigiem oraz drugim magistrantem, Curtem Banksem, spośród wszystkich przebadanych uważnie wyselekcjonowaliśmy ostateczną próbę uczestników".
Craig, który cierpliwie czekał na sygnał od swojego mentora pozwalający mu wtrącić się do dyskusji, gotów był dorzucić swoje trzy grosze do prezentowanych tez. "W prawdziwym więzieniu, kiedy obserwujemy jakieś wydarzenie - np. więźniów walczących na noże, czy strażnika pałującego więźnia - nie jesteśmy w stanie określić zakresu odpowiedzialności danej osoby za daną sytuację. Rzecz jasna są tam pewni więźniowie, którzy muszą być uznani za brutalnych socjopatów. Są także strażnicy będący sadystami. Ale czy to ich osobowości odpowiadają za wszystko - lub przynajmniej za większość tego, co dzieje się w więzieniu? Szczerze wątpię. Musimy wziąć pod uwagę także zmienne sytuacyjne".
Rozpromieniłem się, słysząc elokwentną argumentację Craiga. Podzielałem jego wątpliwości co do siły wpływu czynnika dyspozycyjnego, ale uspokoił mnie fakt, że to on tak dobrze wyłożył to policjantom. Ciągnąłem dalej, rozpędzając się w swoim najlepszym niby-wykładowym stylu.
"Uzasadnienie jest następujące: nasze badanie ma na celu odróżnienie tego, co ludzie wnoszą do sytuacji więziennej, od tego, jak sama ta sytuacja zmienia trafiających tam ludzi. Generalnie, dzięki wstępnej selekcji, nasi uczestnicy reprezentują wyedukowaną młodzież z klasy średniej. Jest to homogeniczna grupa studentów, którzy są do siebie pod wieloma względami podobni. Poprzez przypadkowe przypisanie ich do dwóch odmiennych ról, rozpoczynamy eksperyment ze 'strażnikami' i 'więźniami', którzy są porównywalni, a wręcz zastępowalni w swoich rolach. Więźniowie nie są bardziej brutalni, wrodzy czy buntowniczy niż strażnicy. A strażnicy nie są od nich bardziej żądni władzy czy autorytarni. Na tę chwilę 'więzień' czy 'strażnik' to jedno i to samo. Nikt nie chciał być strażnikiem, nikt tak naprawdę nie popełnił żadnego przestępstwa, które usprawiedliwiałoby karę i uwięzienie. Czy po upływie dwóch tygodni ci młodzi ludzie wciąż pozostaną nie do odróżnienia? Czy pełnione przez nich role wpłyną na ich osobowości? Czy zaobserwujemy jakiekolwiek przemiany ich charakterów? To właśnie planujemy odkryć".
"Można też na to spojrzeć w następujący sposób" - dodał Craig - "umieszczamy dobrych ludzi w złej sytuacji, aby sprawdzić, kto lub co wygra".
"Dzięki, Craig, to było niezłe" - ucieszył się wylewnie Bill, operator kamery. "Mój szef będzie chciał wykorzystać to dziś wieczór jako zajawkę. Stacja nie miała wolnego wozu transmisyjnego na dzisiejszy poranek, więc muszę jednocześnie kręcić i myśleć nad ujęciem tych wszystkich aresztowań. Dobrze, profesorze, czas ucieka. Jestem gotowy, czy możemy już zaczynać?".
"Jasne, Bill. Ale Joe, nie odpowiedziałem jeszcze na twoje pierwsze pytanie dotyczące eksperymentu".
"Jakie to było pytanie?".
"Czy więźniowie wiedzą, że aresztowanie jest częścią eksperymentu. Odpowiedź brzmi: nie. Powiedziano im tylko, że dziś rano mają być gotowi do udziału w eksperymencie. Wiedząc, że nie popełnili przestępstwa, o jakie są oskarżani, mogą się domyśleć, że areszt jest częścią badania. Jeśli zapytają o eksperyment, odpowiadaj ogólnikowo, nie mówiąc ani tak, ani nie. Po prostu rób swoje, tak jakby to było prawdziwe aresztowanie: ignoruj wszelkie pytania czy protesty".
Craig nie mógł się powstrzymać, żeby nie dodać: "w pewnym sensie w tym aresztowaniu, tak jak i we wszystkim innym, czego będą doświadczać, rzeczywistość i iluzja mają się przenikać, podobnie jak indywidualna tożsamość i odgrywanie ról".
Pomyślałem, że to nieco kwiecisty opis, z pewnością jednak wart wygłoszenia. Zanim Joe włączył syrenę w swoim bielutkim radiowozie, wsunął na nos srebrne lustrzane okulary, całkowicie uniemożliwiające spojrzenie mu w oczy - dokładnie takie jakie nosił strażnik w filmie Nieugięty Luke. Obaj z Craigiem uśmiechnęliśmy się pod nosem, wiedząc, że ze względu na nasze dążenie do wywołania poczucia deindywiduacji wszyscy nasi strażnicy będą nosić okulary tego samego typu - zapewniające poczucie pełnej anonimowości. Sztuka, życie i badanie zaczynały się przenikać.
Katastrofa: misja niemal upada, zanim zdążyła się rozpocząć
Moim błędem było nieuzyskanie potwierdzenia decyzji na piśmie. Pułapki rzeczywistości sprawiają, że lepiej zaopatrzyć się w pisemne dokumenty (chyba, że porozumienie zostało sfilmowane lub nagrane). Kiedy w sobotę zdałem sobie z tego sprawę i zadzwoniłem na komisariat z prośbą o potwierdzenie, okazało się, że dowódca Zurcher wyjechał już na weekend. Zły omen.
Tak jak się spodziewałem, w niedzielę oficer dyżurny nie miał zamiaru włączać Komendy Policji Palo Alto do akcji niespodziewanych masowych aresztowań zgrai studentów college'u, którzy rzekomo pogwałcili przepisy Kodeksu karnego. A już z pewnością nie bez pisemnej zgody od swojego szefa. Nie było szans, by ten dinozaur z poprzedniej epoki zaangażował się w realizację jakiegokolwiek eksperymentu realizowanego przez osobę mojego pokroju, określoną przez jego wiceprezydenta, Spiro Agnewa, jako "bezproduktywny, snobistyczny wykształciuch". Z pewnością jego funkcjonariusze mieli do zrobienia znacznie istotniejsze rzeczy, niż bawienie się w policjantów i złodziei w ramach jakiegoś poronionego eksperymentu. Z właściwego mu punktu widzenia, eksperymenty psychologiczne wiązały się z wtykaniem nosa w sprawy innych ludzi i wyciąganiem na światło dzienne spraw, które powinny raczej pozostać ukryte. Zapewne uważał także, że psychologowie posiedli sztukę czytania w myślach ludzi patrzących im w oczy. Z tego powodu starannie unikał patrzenia na mnie, kiedy mówił: "Przykro mi z tego powodu, profesorze. Chciałbym pomóc, ale zasady to zasady. Nie mogę skierować ludzi do nowych zadań bez formalnego rozkazu".
Zanim zdążył powiedzieć: "Proszę wrócić w poniedziałek, kiedy będzie tu dowódca", miałem już wizję, jak moje starannie zaplanowane studium osiada na mieliźnie, zanim jeszcze zdążyłem je spuścić na wodę. Wszystko było zapięte na ostatni guzik: fałszywe więzienie zostało starannie przygotowane w piwnicy stanfordzkiego Wydziału Psychologii; strażnicy wybrali dla siebie mundury i niecierpliwie czekali na przybycie swoich pierwszych więźniów; zakupiona została żywność na pierwszy dzień eksperymentu; córka mojej sekretarki ręcznie uszyła więzienne drelichy; zamontowano urządzenia do filmowania oraz podsłuchy w celach więziennych; powiadomione zostały odpowiednie jednostki uniwersyteckie: Sekcja Zdrowia, Sekcja Prawna, Sekcja Ochrony Przeciwpożarowej oraz Policja działająca na terenie kampusu; załatwiono także wynajem łóżek i pościeli. Wykonano jeszcze wiele innych przygotowań, aby uporać się z problemami logistycznymi, które mogły pojawić się w trakcie goszczenia w naszym więzieniu przez dwa tygodnie przynajmniej dwóch tuzinów ochotników. Część z nich miała przebywać tam - nieomal mieszkać - dzień i noc, pozostali mieli pracować w ramach ośmiogodzinnych zmian. Nigdy wcześniej nie prowadziłem eksperymentu, który trwałby dłużej niż godzinę na jednego badanego. A teraz cała ta praca, za sprawą jednego prostego "nie", mogła pójść na marne.
Wiedząc, że ostrożność to nieodłączny element naukowej mądrości i że cwaniak z Bronxu zawsze powinien mieć asa w rękawie, przewidziałem ten scenariusz, jak tylko dowiedziałem się o zniknięciu dowódcy Zurchera ze sceny. Dlatego też przekonałem szefa stacji telewizyjnej KRON z San Francisco, aby sfilmował niespodziewane i ekscytujące aresztowania policyjne, jako wydarzenie specjalne wieczornego programu informacyjnego. Liczyłem na to, że siła mediów osłabi instytucjonalne zahamowania, a perspektywa udziału w wielkim show w świetle kamer przeciągnie na moją stronę oficerów mających dokonywać aresztowań.
"Rzeczywiście szkoda, sierżancie, że nie możemy zacząć dzisiaj, tak jak umawiałem się z dowódcą. Mamy tu właśnie operatorów z kanału Chanel 4, gotowych do sfilmowania aresztowań na potrzeby dzisiejszych wieczornych wiadomości. Dla waszej Komendy mogłaby to być niezła reklama. Może jednak dowódca nie będzie bardzo zły, że zdecydował się pan wydać zgodę na prowadzenie działań zgodnie z planem".
"Momencik, nie powiedziałem, że mam coś przeciwko temu. Nie jestem tylko pewien, czy jacyś z moich ludzi będą gotowi, żeby to zrobić. Wie pan, nie możemy ich tak po prostu odciągać od wypełniania obowiązków".
Próżność, której na imię Wiadomości Telewizyjne
"To może spytajmy tych dwóch policjantów tutaj? Jeśli nie będą mieli nic przeciwko temu, żeby, w trakcie dokonywania rutynowo prowadzonych aresztowań, filmowała ich telewizja, to może moglibyśmy podjąć działania tak, jak ustaliłem to z dowódcą?"
"Nie ma sprawy, sierżancie" - powiedział młodszy z dwóch policjantów, Joe Sparaco, i spoglądając na operatora niedbale opierającego na ramieniu wielką kamerę, przeczesał swoje czarne, falujące włosy. "Mamy leniwy niedzielny poranek, a to zapowiada się jako całkiem interesująca odmiana".
"No dobra, dowódca zapewne wie, co robi. Nie chcę stwarzać problemów, jeśli wszystko zostało już ustalone. Ale słuchajcie no, macie być gotowi na wezwanie i natychmiastowe przerwanie eksperymentu, jeśli tylko będę was potrzebował".
"Panowie, czy podacie swoje nazwiska ludziom z telewizji, tak żeby mogli je właściwie wypowiedzieć, kiedy nagranie będzie pokazywane w dzisiejszych wieczornych wiadomościach?" Niezależnie od tego, co miałoby się wydarzyć w Palo Alto, musiałem zapewnić sobie ich współpracę aż do momentu, w którym wszyscy nasi więźniowie zostaną aresztowani i przejdą przez formalny proces rejestrowania w kartotece na komendzie.
"To musi być naprawdę ważny eksperyment, żeby mieć obstawę telewizyjną i całą tę resztę. No nie, profesorze?" - zapytał policjant Bob, prostując krawat i bezwiednie gładząc palcami rękojeść swojej broni.
"Wygląda na to, że ludzie z TV tak uważają" - odpowiedziałem z całą świadomością grząskości gruntu, po którym stąpam. "Co do niespodziewanych aresztowań policyjnych i całej tej reszty: to raczej wyjątkowy eksperyment, który może mieć pewne interesujące efekty. Zapewne dlatego właśnie dowódca dał nam zielone światło do działania. Tutaj jest lista nazwisk i adresów wszystkich dziewięciu podejrzanych, którzy mają być aresztowani. Pojadę za radiowozem ze swoim starszym asystentem, Craigiem Haneyem. Jedźcie wolno, żeby operator mógł filmować wasze działania. Aresztujcie jednego na raz, używając standardowych procedur operacyjnych. Przeczytajcie mu jego prawa, przeszukajcie i zakujcie w kajdanki, tak jak byście to zrobili w przypadku groźnego przestępcy. Pierwszym pięciu zatrzymanym zarzucane jest włamanie, przestępstwo z artykułu 459 Kodeksu karnego. W przypadku następnych czterech aresztowanych przyjmijcie włamanie z bronią w ręku, z artykułu 211 Kodeksu karnego. Każdego z nich przywieźcie na komendę, żeby go zarejestrować, pobrać odciski palców, wypełnić formularze identyfikacyjne do kartoteki, i wszystko inne, co zazwyczaj robicie.
Zanim pojedziecie po następnego podejrzanego z listy, umieśćcie poprzedniego w areszcie. My przewieziemy więźniów z celi przejściowej do naszego więzienia.
"Brzmi świetnie, panie profesorze, nie ma problemu, Bob i ja damy sobie z tym doskonale radę".
Uniwersytet przeciw miastu - starcia w Stanfordzie i poza nim
Jedyną plamą na kartach doskonałej poza tym kroniki dokonań służb i obywateli Palo Alto, była utrata zimnej krwi w trakcie konfrontacji z radykalnymi studentami Stanfordu, podczas strajków w 1970 r., wymierzonych przeciwko zaangażowaniu militarnemu Stanów Zjednoczonych w Indochinach. Kiedy studenccy ekstremiści zabrali się do dewastowania budynków kampusu, ja pomagałem w organizowaniu wielotysięcznych rzesz pozostałych studentów, konstruktywnie protestujących przeciwko wojnie. Naszym zamiarem było pokazanie, że przemoc i wandalizm - w odróżnieniu od naszych działań promujących pokój - przyciągają tylko negatywną uwagę mediów i jako takie nie mają szansy wpływu na poczynania wojenne amerykańskiej armii[6]. Niestety nowy rektor uniwersytetu, Kenneth Pitzer spanikował i wezwał gliny. I, jak w wielu takich starciach toczących się we wszystkich zakątkach Ameryki, zbyt wielu gliniarzy straciło swoje profesjonalne opanowanie i zaczęło tłuc dzieciaki, którymi kiedyś czuli się w obowiązku opiekować. Jeszcze gwałtowniejszy obrót przybrały starcia policji i studentów na Uniwersytecie w Wisconsin (w październiku 1967 r.) i na Uniwersytecie Stanowym Kent w Ohio (także w maju 1970 r.). Lokalna policja i Gwardia Narodowa, które w normalnych czasach służyły studentom college'ów pomocą i ochroną, tym razem strzelały do nich, raniąc i zabijając. (Więcej na ten temat w przypisach)[7].
Za New York Times, 2 maja 1970 (s. 1, 9):
"Powrót akademickich nastrojów antywojennych, których centralnym tematem był rozwój sytuacji w Kambodży, przybrał wczoraj wiele różnych form. Miały miejsce następujące zajścia:Gubernator Maryland, Marvin Mandel, postawił w stan gotowości dwa oddziały Gwardii Narodowej po tym, jak studenci Uniwersytetu Maryland starli się z policją stanową. Zdarzenie to poprzedziło nielegalne zgromadzenie studentów i atak podjazdowy na siedzibę dowództwa Szkoły Oficerów Rezerwy (Reserve Officer Training Corps) mieszczącą się w College Park Campus.
Około 2300 studentów i pracowników wydziału Uniwersytetu Princeton poparło strajk, który ma trwać przynajmniej do poniedziałkowego popołudnia, kiedy to planowany jest wiec ogólnouniwersytecki. Strajk obejmuje bojkot wszelkich działań społecznych. Strajk studencki na Uniwersytecie Stanfordzkim przekształcił się w bijatykę i obrzucanie się kamieniami na kalifornijskim kampusie. Policja użyła gazów łzawiących, żeby rozpędzić demonstrantów".
Raport ze Stanfordu opisuje poziom przemocy, jaki nigdy wcześniej nie miał miejsca na tym sielankowym kampusie. Policja, którą wzywano na kampus przynajmniej trzynaście razy, dokonała ponad czterdziestu aresztowań. Najpoważniejsze demonstracje miały miejsce 29 i 30 kwietnia 1970 r., po ogłoszeniu informacji o amerykańskiej inwazji w Kambodży. Wezwano posiłki policyjne z tak odległego miejsca jak San Francisco. Podczas tych dwóch nocy, określonych przez rektora Pitzera jako "tragiczne", w kampusie w powietrzu fruwały kamienie i unosił się gaz łzawiący. Rannych zostało 65 osób, w tym wielu policjantów.
Pomiędzy społecznością akademicką Stanfordu a policją Palo Alto i miejskimi "jastrzębiami" zapanowała ciężka atmosfera. Był to nietypowy konflikt, jako że dotychczas pomiędzy miastem a Uniwersytetem nigdy nie panowały relacje typu miłość - nienawiść, typowe dla znanej mi z czasów studenckich sytuacji między mieszkańcami New Haven a bracią studencką z Uniwersytetu Yale.
Nowy dowódca policji, kapitan James Zurcher, który objął stanowisko szefa Komendy w lutym 1971 r., był gotowy do łagodzenia wszelkich narosłych animozji, powstałych za czasów jego poprzednika, w trudnych dniach zamieszek. Dzięki temu był otwarty na moją propozycję współpracy przy programie "depolaryzacji" policji miejskiej i studentów Stanfordu[8]. Młodzi, elokwentni funkcjonariusze oprowadzali wycieczki studenckie po błyszczącym, nowiutkim budynku Komendy Policji. Studenci w ramach rewanżu zapraszali policjantów do udziału w zajęciach oraz na wspólne posiłki do akademików. W pewnym momencie zaproponowałem nawet, żeby zainteresowani rekruci policyjni uczestniczyli w którymś z naszych badań. Było to kolejnym znakiem, że rozsądni ludzie są w stanie wymyślić akceptowalne rozwiązania dla - wydawałoby się - nierozwiązywalnych problemów. Jednak, jak się okazało, to właśnie przy tej okazji stałem się naiwnym narzędziem, które przyczyniło się do stworzenia w Palo Alto nowego zarzewia niegodziwości.
Dowódca Zurcher przyznał, że byłoby interesujące dowiedzieć się, w jaki sposób ludzie adaptują się do ról policjantów oraz co sprawia, że nowicjusz przemienia się w "dobrego glinę". Odpowiedziałem, że to świetny pomysł, ale wymaga dużego grantu, którego nie mam. Miałem natomiast mały grant, pozwalający zbadać, jakie czynniki wpływają na ukształtowanie strażnika więziennego, która to kategoria była węższa zarówno pod względem terytorialnym, jak i funkcjonalnym. Zaproponowałem stworzenie więzienia, w którym policjanci - nowicjusze i studenci college'u mogliby odgrywać role więźniów i strażników. Dowódcy pomysł się spodobał. Wychodził z założenia, że niezależnie od tego, ile ja się dzięki temu dowiem, może to być kształcące doświadczenie osobiste dla części z jego ludzi. Zgodził się więc skierować do udziału w tym udawanym więziennym eksperymencie kilku ze swoich nowicjuszy. Byłem zachwycony, wiedząc, że uczyniwszy pierwszy krok, mogę go później poprosić, by jego ludzie przeprowadzili udawaną akcję aresztowań studentów, którzy mieli wkrótce stać się naszymi więźniami.
Krótko przed rozpoczęciem eksperymentu dowódca wycofał się z obietnicy delegowania swoich ludzi do odgrywania ról więźniów i strażników, tłumacząc, że w ciągu nadchodzących dwóch tygodni nie da sobie bez nich rady. Ponieważ jednak w powietrzu unosił się nadal duch odprężenia, zaproponował wsparcie mojego studium więziennego w jakikolwiek inny, użyteczny sposób.
Zasugerowałem, że idealnym sposobem na rozpoczęcie badania możliwie najbardziej realistycznie i z dramatycznym akcentem, będzie dokonanie aresztowania przyszłych "więźniów" przez jego policjantów. Zabrałoby to tylko kilka godzin w wolnym czasie w trakcie niedzielnego poranka, a fakt, iż przyszli więźniowie - zamiast dobrowolnie przyjść do Stanfordu, poddając się obowiązującym rygorom ograniczenia wolności - zostaliby pozbawieni wolności w tak definitywny sposób, jak dzieje się to w przypadku rzeczywistego aresztowania, z pewnością w ogromnej mierze przyczyniłby się do sukcesu prowadzonych badań. Dowódca bez entuzjazmu przychylił się do mojej argumentacji i obiecał, że w niedzielę rano oficer dyżurny skieruje do tego zadania załogę jednego radiowozu.