p
Przedmowa do drugiego wydania
Żyjemy w czasach wielkich przemian. Wiele znanych struktur społecznych i dotychczasowych systemów zabezpieczeń wydaje się rozpadać. Nigdy
wcześniej świat nie zmieniał się tak szybko pod względem społecznym,
technologicznym, geopolitycznym i ekologicznym. Nic dziwnego, że tyle
osób ogarnia przerażenie czy niepewność. Wokół nas coraz częściej
pojawiają się egzystencjalne wyzwania: zagrożenia autorytaryzmem, wojną,
zmianami klimatu, redystrybucją zasobów na dużą skalę. Następują szybkie
skoki technologiczne. Te i inne przeobrażenia zaczęły zagrażać
demokracjom oraz potęgować izolację, polaryzację i konflikty, które już
dają o sobie znać w sferze społecznej. Wyraźne objawy szybko
postępującej zawiłości świata nakładają się na następną prawdę -
cierpimy z powodu nie do końca wyleczonych urazów w sferze psychiki,
które wynikają z tego, co zostało po masowych i międzypokoleniowych
traumach. Akumulacja niezintegrowanej "przeszłości" leży u podstaw
obecnego dylematu i go przyćmiewa.
Czas nie leczy naszych ran, ale je pogłębia i powiela, ponieważ naturą
nieuzdrowionych traum jest ich powtarzanie. Dziedzictwo tych nawrotów
zapisało się we wzorcach historii ludzkości. Chwil wielkiego kulturowego
cierpienia nie można po prostu zapomnieć, bez względu na to, jak często
pozwalamy sobie nie zwracać na nie uwagi, zagłębiając się w rozrywkach,
konsumpcjonizmie, polityce i gonitwie za swoimi codziennymi ludzkimi
sprawami. Duchy przeszłości charakteryzują się odwieczną cierpliwością,
nieustannie czają się przycupnięte na skrzydłach zbiorowej
nieświadomości. Jeżeli odmówimy uznania ich obecności i bólu, jaki
powodują, zyskają jeszcze większy wpływ na naszą teraźniejszość. Dlatego
koniecznie musimy stworzyć nowe (a pod pewnymi względami przywołać
prastare) struktury uzdrawiania społecznego i w pełni się w nie
zaangażować.
Najważniejszą prawdą, jaka wyłoniła się z mojej wieloletniej pracy nad
integracją zbiorowej traumy, jest stwierdzenie, że prawdziwie skuteczne
leczenie następuje w relacjach. Ludzie zdrowieją w towarzystwie innych,
którzy ich dostrzegają i rozumieją ich uczucia oraz są gotowi być przez
nich empatycznie dostrzegani. Kiedy zwierzasz się z lęku komuś, kto jest
w stanie być przy tobie i twojej emocji oraz razem z tobą jej
doświadczać, tworzy się nowa przestrzeń, w której lęk można przetrawić i opanować. To samo dotyczy gniewu, strachu, wstydu, rozpaczy i żalu. Bez
względu na to, jak trudne są nasze doświadczenia z przeszłości,
poszczególni ludzie i całe społeczności przezwyciężają je zawsze dzięki
rezonansowi dostrojonych i zaangażowanych relacji. Dzielenie się
emocjami w bezpiecznej obecności współczującego świadka umożliwia nowe
otwarcie, stwarza potencjał nie tylko uzdrowienia, ale też zbiorowej
transformacji.
Prawdziwym językiem ludzkości nie jest mówienie ani pisanie, ale
uniwersalny język rezonansu i emocji. W swej mądrości głosi, że łzy żalu
są oczyszczające i niezbędne, gdyż przywracają nam poczucie najbardziej
żywotnej istoty siebie. Żal jest deklaracją miłości; smucimy się,
ponieważ nam zależy, ponieważ odczuwamy stratę części życia, która
odeszła. Przepracowywanie żałoby jest więc deklaracją naszego
człowieczeństwa, powrotem na ścieżkę duszy. W książce Dzikie bezdroża
smutku Francis pięknie wyraża głębokie zrozumienie potrzeby przestrzeni
rytualnych i służy nam szczegółowym przewodnictwem po tym, jak je
organizować i wykorzystywać ich moc uzdrawiania. Święte ceremonie żałoby
wzmacniają więzi społeczne i wspólnotowe, a te pozwalają nam przetrwać
straty czekające nas w przyszłości. Ale jest jeszcze głębszy powód, aby
je odprawiać: zbiorowe przepracowywanie żałoby uruchamia alchemiczny
proces działający na rzecz zmian społecznych.
W czasach takich jak nasze, kiedy wokół mnożą się kryzysy, niewiele
znajdziemy spraw równie ważnych i potrzebnych. Kiedy zgadzamy się na
obecność we wspólnym bólu, odnajdujemy mądrość i nową ścieżkę rozwoju
utkane z nici przeszłej traumy. Pomimo ciężarów, które dźwigamy i którymi obarczamy innych, ludzkość nie jest skazana na zagładę. Tak
naprawdę już przetrwaliśmy wiele epok głębokich przemian, aby dotrzeć
tu, gdzie jesteśmy. Mamy dostęp nie tylko do bólu, ale także do nadal
żywej mądrości i odporności naszych przodków. Przekazali nam spuściznę
po sobie z pilną wiadomością: "Postępuj ostrożnie i dbaj, aby ją
rozwijać". Jednak aby uzyskać do niej dostęp, najpierw musimy opatrzyć
zbiorowe rany. Można to zrobić przez stworzenie przestrzeni do płaczu i bezpiecznego dawania świadectwa.
Jako genialny psychoterapeuta Francis rozszerza zakres procesu
terapeutycznego i obejmuje nim całe społeczności. Pokazuje nam ścieżkę
naprzód. Staje się naszym przewodnikiem, prowadzi nas, kiedy robimy
miejsce dla tych części siebie, które pragną rehabilitacji i szacunku.
Można tego dokonać, jedynie otwierając serce. Francis trafnie podkreśla,
że mądrość przestrzeni rytualnych jest dziedzictwem po naszych
najdawniejszych przodkach i dlatego przysługuje nam z tytułu urodzenia.
Kiedy spotykamy się w świętej ceremonii, smutek ustępuje miejsca
nadziei, znika samotność, a przeszłość i przyszłość jednoczą się w chwili obecnej. Światło, które wcześniej uwięziono i pogrzebano w cieniu, zostaje wyzwolone, a wraz z nim budzą się nowe szanse na
przyszłość dla ludzkości.
dr Thomas Hübl
nauczyciel, międzynarodowy mediator, autor książki Attuned: Practicing
Interdependence to Heal Our Trauma -?and Our World (Dostrojeni:
Ćwiczenie wzajemnych zależności w celu uleczenia naszej traumy -?i świata)
Przedmowa do pierwszego wydania
"Przetrwaj miłość i stratę", radził wielki francuski eseista Michel de
Montaigne. Jego maksyma życiowa w czterech słowach streszcza wielki
ludzki dylemat.
Łatwo powiedzieć, ale strata stanowi drugą stronę medalu miłości. Im
większa miłość, tym większa strata. A jednak ludzie całkiem różnie
reagują na stratę. Aby sobie z nią poradzić, masz do dyspozycji zdobyte
w pocie czoła umiejętności przetrwania w nieznanym terenie, na który
rzuci cię los. Możesz korzystać ze sprawności survivalowych, są też mapy
i przewodnicy.
Francis Weller jest doświadczonym przewodnikiem po kraju straty. Może
cię nauczyć, jak przetrwać. Pokaże ci mapy. Znajomość smutku ma we krwi.
Pisze z punktu widzenia człowieka, który został bez reszty zniszczony,
tak jak smutek potrafi zniszczyć człowieka. Nie boi się nam o tym
powiedzieć:
Nie jestem pewien, jak i kiedy zacząłem swój staż w szkole smutku. Wiem,
że stanowił on dla mnie bramę, przez którą wróciłem do oddychającego,
ożywionego świata. Przedarłem się przez ciemne wody żalu i dotknąłem
mojego nieprzeżytego życia. [...] Między głębokim smutkiem a pełnią
życia istnieje dziwny, intymny związek, jakaś święta wymiana między tym,
co wydaje się nie do zniesienia, a dojmująco wyrafinowanym doznaniem
życia. W ten sposób na zawsze zrodziła się we mnie wiara w żal.
Weller prowadzi ze mną tygodniowe odosobnienia w ramach działalności
Pomocy Chorym na Raka Commonweal. Wiele wieczorów spędzamy na wspólnym
siedzeniu i słuchaniu historii o miłości i stracie.
Wiemy, że słuchanie i uszanowanie tych opowieści bardzo pomaga. Weller
prowadzi także własne zajęcia poświęcone żałobie i stracie. Znam
niektórych uczestników tych spotkań. Z ich relacji wiem, że wiele z nich
skorzystali.
Książka Dzikie bezdroża smutku: Rytuały odnowy i święte oddziaływanie
żalu Wellera podsumowuje mądrość autora nabytą w ciągu dziesięcioleci
pracy nad kojeniem żalu i straty.
Każdy z nas musi terminować w szkole smutku. Musimy się nauczyć jego
sztuki i rzemiosła, odkryć, jak opanowując je, gruntownie dojrzewamy i nabieramy głębi. Choć żal odznacza się intensywnością emocji, jest także
sprawnością, którą rozwijamy przez długie przebywanie w smutku.
Mierzenie się z żalem jest ciężką pracą. [...] Trzeba bowiem
przeraźliwej odwagi, aby zmierzyć się z przeraźliwą stratą. Ale właśnie
do tego jesteśmy wezwani.
Do najbardziej oryginalnych zasług Wellera należy zaliczyć jego schemat
pięciu bram żalu. Skupię się na nich poniżej. Pierwszą bramę opisuje
prosto: stracimy wszystko, co kochamy. Książka obfituje w trafne cytaty.
W tej części autor przytacza wiersz z dwunastego wieku.
Jest rzeczą przerażającą
Kochać to,
Czego śmierć może dotknąć.
Kochać, mieć nadzieję, marzyć...
I och -?stracić.
Rzeczą dla głupców jest ta
Miłość,
Lecz świętą rzeczą,
Kochać to, czego śmierć może dotknąć.
Pierwszą bramę znamy wszyscy. Druga brama nas zadziwi: prowadzi w miejsca, które nie zaznały miłości. Moim zdaniem zauważenie tego jest
ważnym, oryginalnym odkryciem. Weller tak o tym pisze:
Chodzi o obszary w nas, które opatulone wstydem zostały wygnane na
najdalsze brzegi życia... Te zapomniane kawałki duszy egzystują w kompletnej rozpaczy... Prawidłową reakcją na jakąkolwiek stratę jest
żałoba, jednak nie możemy opłakiwać czegoś, co znajduje się poza naszym
kręgiem wartości.
Trzecią bramą jest żal z powodu smutków świata. Tę znamy o wiele
lepiej. W formularzu zgłoszeniowym do Programu Pomocy Chorym na Raka
prosimy uczestników, aby opisali w punktach swoje doświadczenia
dotyczące straty przed uzyskaniem diagnozy o nowotworze. Zadziwiające,
jak wiele osób jest rozżalonych w związku z tym, co dzieje się ze
światem, i to od bardzo dawna. Faktycznie, smutek z powodu cierpienia na
świecie od wieków stanowi zarzewie ludzkiego niepokoju. Istnienie
cierpienia jest pierwszą szlachetną prawdą Buddy. Rozważania, jak
zmierzyć się z cierpieniem, stanowią centrum wielkiej tradycji
religijnej i filozoficznej.
"Skumulowany smutek świata nas przytłacza... Jak możemy pozostać otwarci
na niekończące się ataki na biosferę?" -?pyta Weller. Następnie cytuje
piękne wersy Naomi Nye:
Zanim poznasz dobroć jako najgłębszą wewnątrz głębię,
musisz poznać smutek -?drugą najgłębszą głębię.
Musisz budzić się w smutku,
mówić doń, aż twój głos
uchwyci osnowę wszystkich smutków,
i poznasz rozmiary tkaniny.
Czwartą bramę Wellera stanowią oczekiwania, które nie zostały spełnione.
Dla mnie to także oryginalne spostrzeżenie:
Głęboko w trzewiach odnajdujemy prastare przeczucie, że przybywamy tu z naręczem darów dla naszej społeczności. [...] W pewnym sensie
otrzymujemy duchowe zatrudnienie. [...] Wśród strat za tą bramą ukrywa
się doświadczenie niemożliwości wykorzystania swojego potencjału.
Piątą bramę Weller nazywa żalem przodków.
Nosimy go w ciele z powodu smutku doświadczonego przez naszych
protoplastów. [...] Kojenie nieprzetrawionego smutku naszych przodków
nie tylko daje nam wolność, abyśmy żyli własnym życiem, lecz także
przynosi ulgę cierpieniu protoplastów na tamtym świecie.
Bramy pozwalają nam dostrzec wielorakie wejścia, jakimi smutek dostaje
się do naszego życia. Dzięki temu jesteśmy w stanie oddać cześć
nieuchronnym stratom, z którymi każdy z nas będzie musiał się zmierzyć.
Dar Wellera polega na wnoszeniu duchowości i wspólnoty w miejsca, które
często spotykają się z zaprzeczeniem i lękiem. Pomaga nam uwolnić się od
lęku i odizolowania. Program Pomocy Chorym na Raka oparty jest na
głębokiej prawdzie: uzdrawiamy się we wspólnocie. Gdziekolwiek
znajdziesz się na ścieżce smutku, Weller będzie twoim godnym
towarzyszem. Istnieje prosta prawda: ogromna strata marnuje się, jeśli
jej nie wykorzystamy, nie poświęcimy czasu, aby odkryć, co leży poza
nią. W tym celu Weller cytuje wielką przyrodniczkę i eseistkę. Terry
Tempest Williams powiedziała: "Żal daje nam odwagę, aby jeszcze raz
pokochać".
Michael Lerner
Prezes i założyciel Commonweal (Wspólnoty) Bolinas w Kalifornii
Wprowadzenie
Drogi Czytelniku,
w 2015 roku, kiedy wydano Dzikie bezdroża smutku, niewielu z nas było
w stanie przewidzieć, co się niedługo wydarzy. Od tamtej pory
zdestabilizowało się wiele dobrze znanych nam składników życia, a powietrze, którym oddychamy, przesyciło się żalem, lękami i niepewnością. To była trudna dekada. Nasilił się kryzys klimatyczny.
Spowodował wiele rozległych katastrof: potężne huragany, ogromne,
nieokiełznane pożary i powodzie oraz uporczywe susze. Konflikty
regionalne wywołały obawy ludności przed ich eskalacją, co sprawiło, że
tysiące uchodźców zaczęły poszukiwać bezpiecznego schronienia. Na
początku 2020 roku, kiedy pojawiła się epidemia COVID-19, nasze
doświadczenie niepewności jutra przybrało niezaprzeczalnie realny
wymiar. Pandemia zachwiała fundamentami naszego życia i rozłupała fasadę
normalności. Nastąpił długi okres zbiorowego smutku. Żyliśmy w popiele
tego, co znaliśmy.
Wkroczyliśmy w okres, który nazywam Długą Ciemnością. Miną
dziesięciolecia, a może nawet kilka pokoleń, zanim być może zobaczymy
drugi brzeg tych trudnych czasów, o ile przetrwamy. Długa Ciemność jest
przeciągającym się okresem opadania w głąb duszy, czasem powagi i skrajności, w którym mierzymy się z krajobrazami znanymi duszy, takimi
jak strata, żałoba, tajemnica, kruchość i wrażliwość. Coś w ciemności
drga. Czujemy blaknącą żywotność świata, bogactwa kultury, sposobów
bycia, które trwały przez tysiące lat. Uruchamia się oczekiwanie żalu
za światem. Lodowce, ziemie ojczyste, gatunki, języki -?wszystko to
odchodzi. Przeczuwamy, że coś się zbliża, nadchodzi znacznie szybciej,
niż nam się wydawało. Pierwotne prognozy przewidywały, że odczujemy
wpływ zaburzeń klimatycznych za kilkadziesiąt, a nawet kilkaset lat.
Tymczasem spójrzmy, co się dzieje -?balansujemy nad przepaścią.
Katastrofa może nas spotkać w ciągu kilku krótkich lat. Już
przekroczyliśmy granicę, za którą doświadczymy nieuchronnych przemian.
Musimy się trzymać!
Długa Ciemność stanowi konieczne, niezbędne przeskalowanie naszych
światów wewnętrznych i zewnętrznych. W tej ciemności otrzymaliśmy
zaproszenie, aby wyciszyć się i zacząć słuchać, zwolnić i przybliżyć się
do tego, co drgnęło pośród tajemnicy. Intelekt nie znajdzie wyjścia z tego krytycznego czasu. Same informacje przez ten próg nas nie
przeprowadzą. Musimy zwrócić się do innych źródeł wiedzy, innych
sposobów dostrojenia się do śniącej Ziemi. Ciemność pociąga nas w stronę
największej intymności w naszych wnętrzach i pomiędzy nami. Prowadzi do
miejsca marzeń i wyobraźni, ciszy i przodków, ciąży, dojrzewania i wylęgania. Są rzeczy, które mogą się wydarzyć tylko w ciemnej pieczarze.
Długa Ciemność daje nam szansę, aby przyjąć i przetrawić ciężki ładunek
żalu, który będzie nieuchronnie towarzyszył temu okresowi. Żal jest nie
tylko emocją, ale też rdzeniem czysto ludzkich talentów,
umiejętnością, którą należy rozwijać, w przeciwnym wypadku wyemigrujemy
na marginesy życia w nadziei na uniknięcie zawiłości poniesienia straty.
Żal będzie motywem przewodnim przewidywalnej przyszłości. Nasza
umiejętność zachowania poczucia obecności w czasie nasilającej się fali
przypływu strat zależy od tego, jak nauczymy się kultywować i pogłębiać
swój staż w szkole smutku. Poprzez rytuały żalu dojrzewamy jako
ludzie. Żal wnosi do świata powagę i głębię. Mamy ogromną zdolność do
metabolizowania smutku w lek dla naszych dusz i dusz naszych
społeczności.
W ciągu lat pracy poświęconej pochylaniu się nad żalem spotkałem wiele
osób, które poczuły się powołane do podjęcia stażu w szkole smutku i odniesienia się do rosnącej fali żałoby na świecie. Tworzą oni kręgi
opieki i przeprowadzają rytuały uzdrowienia, reagują na straty w swoich
środowiskach i dbają o własne wrażliwe serca. Niedawno prowadziłem
pięciomiesięczny zdalny kurs szkoleniowy z prowadzenia rytuałów żalu dla
cudownej grupy mediatorów. Wzięło w nim udział ponad siedemset
pięćdziesiąt osób z trzydziestu jeden krajów. Wszyscy chcieli się
nauczyć podstawowych umiejętności potrzebnych do poprowadzenia rytuałów
dla społeczności osób pogrążonych w żałobie. Spotkania miały charakter
terapeutyczny. Dzielenie się wspólną miłością do świata, obserwowanie
łez, choćby i na ekranie, wielokrotnie przypominało nam, że w tej pracy
nie jesteśmy sami. Dzięki temu, że dzielimy się smutkami, odczuwamy
pokrewieństwo między sobą nawzajem i między światem pozaludzkim. Żal
staje się pomostem.
Nasza zdolność do poznania miłości, radości, serdeczności, intymności,
zachwytu i zdumienia zależy od rozbudzenia serca i jego otwartości na
przyjęcie piękna i smutków świata. Serce spowite w nieleczony żal i traumę będzie się szamotać, chcąc poczuć, że w pełni żyje. Istnieje
prastara relacja między żałobą a radością, smutkiem a doznaniem, że się
żyje. Napisałem o niej tak:
Wbrew naszym obawom żal przepełniony jest siłą życiową. Przenika go
energia, aprobuje erotyczne połączenie z inną duszą, czy to ludzką, czy
zwierzęcą, roślinną, czy ekosystemu. Nie jest stanem martwoty lub
beznamiętności emocjonalnej. Żal jest żywy, dziki, nieujarzmiony. Nie da
się go oswoić. Opiera się żądaniom, aby zachować bierność i ciszę. Kiedy
opanuje nas żal, robimy się hałaśliwi, niespokojni i buntowniczy. Jest
emocją, która naprawdę pochodzi prosto z duszy1.
Wszystkie zauważalne oznaki świadczą o tym, że nadchodzą trudne czasy,
które będą się charakteryzować coraz większymi stratami. Wszelkie
fantazje o byciu pod ochroną gwałtownie pryskają, w miarę jak zdajemy
sobie sprawę, że nasze życie jest w pełni uwikłane w egzystencję innych.
Jesteśmy połączeni z tuńczykiem błękitnopłetwym i planktonem, z motylami
monarchami i uchodźcami, z niedźwiedziami grizzly i pełnymi lęku
marzeniami młodych ludzi na całym świecie.
Rozważmy następującą kwestię. W 2021 roku w Bath University w Anglii
przeprowadzono badanie ankietowe na dziesięciu tysiącach młodych
dorosłych z dziesięciu krajów w wieku od szesnastu do dwudziestu pięciu
lat. Poproszono ich o podzielenie się swoimi odczuciami na temat zmian
klimatycznych i przyszłości planety. Wyniki okazały się szokujące.
Niemal 60 procent respondentów stwierdziło, że bardzo martwią się o przyszłość. Ponad 45 procent powiedziało, że groźba zmian klimatycznych
wpływa na ich codzienne życie. Trzy czwarte było zdania, że przyszłość
jest przerażająca, a ponad połowa uznała, że ludzkość jest skazana na
zagładę. Dalej raport podaje, że wielu respondentów uważa się za
zdradzonych, zignorowanych i porzuconych przez polityków i ludzi
dorosłych2.
Serce pęka! Miejmy świadomość, że sytuacja, w której nasza młodzież
niesie na swoich barkach ciężar upadającego świata, jest moralnie
naganna. Świadczy o tym, że nie udało nam się zbliżyć do świata sercami
i duszami, otoczyć go troską i miłością. Nasza dominująca kultura
skupiła się na zyskach i na zwiększaniu konsumpcji, a nie na stanie
naszych dusz i Duszy Świata.
James Hillman, genialny twórca psychologii archetypowej, napisał: "To,
czy świat i bogowie są żywi, czy martwi, zależy od kondycji naszej
duszy"3. Jest to mocne stwierdzenie. Rzadko bierzemy je pod
uwagę w naszych przemyśleniach i rozważaniach na temat stanu świata.
Autor dodaje: "Aby ponownie wzniecić płomień wygasłego życia, zaczynamy
od duszy [...]"4. Książka Dzikie bezdroża smutku zakorzenia się
w żyznej glebie duszy i pokazuje, jak przejawia się ona zarówno w naszym
życiu wewnętrznym, jak i w różnych okolicznościach życia zbiorowego.
Przywrócenie duszy do rozpracowywania żałoby pozwala nam podejść do
smutku z serdecznością, współczuciem i ciekawością. Uczymy się
umieszczać smutek w łonie serca. Dzięki temu, kiedy bierzemy się do
pracy nad smutkiem, nie skupiamy się na jego naprawianiu, ale na
przytulaniu go do siebie i utrzymywaniu go w cieple, kierując się starą
zasadą alchemii.
Przez duszę bardziej rozumiem sposób widzenia niż rzeczywistość
metafizyczną. Postrzegam duszę z perspektywy archetypowej, podążając za
długą tradycją prowadzącą od Jamesa Hillmana i Carla Junga wstecz, przez
tradycje poetyckie, wrażliwość animistyczną, aż po świadomość rdzennej
ludności Ameryki. Dusza pociąga nas w dół, w krajobraz kruchości,
czułości, straty, intymności i śmierci. Zbliża nas do tęsknoty, piękna,
rytuału, wściekłości i puszczy wyobraźni. Krąży po terytoriach ran i cierpienia, w pobliżu złamanego serca, trzyma nas blisko marginesów,
zarówno wewnętrznych, jak i kulturalnych. Dusza nawiguje po splątanym
szlaku między suwerennością a intymnością. Jest na wskroś indywidualna,
bo daje nam poczucie, kim naprawdę jesteśmy, ale także jest głęboko
wspólnotowa. Poznać duszę to poczuć nasze dzikie uwikłanie w ogół
wszechrzeczy, odkryć naszą nieustającą relację z Anima Mundi, Duszą
Świata.
Witalność ożywionego, zmysłowego świata i spotkanie ze świętością zależą
od tego, czy mamy w pełni żywe dusze! Przebudzona dusza wplątana jest w żyjący świat -?jego piękno, powab i cudowność, jego smutki, rozdarcia i łzy. Musimy duszę umieszczać w centrum naszych trudności. Zaniedbana
dusza, obarczona żałobą i traumą, wycofuje się z intymnej relacji z życiem, przez co świat traci swą anima, duszę. Nasze ogarnięte fobią
żalu społeczeństwo dystansuje się od duszy i unika wezwania, by
zanurkować w głębiny, kiedy pod drzwiami pojawi się strata.
Jedną z głównych zalet Dzikich bezdroży smutku wielokrotnie
docenianych przez czytelników jest przyznanie, że żal dotyka naszych
serc na wiele sposobów. Wyszczególnienie pięciu bram żalu daje ludziom
możliwość uszanowania różnych aspektów tego, jak strata i smutek
składają się na nasze codzienne życie. Z biegiem lat bramy te powoli
ujawniały dodatkowe warstwy znaczeń. Patrząc z ich perspektywy,
poczułem, że każda brama nosi w sobie ziarno wyobraźni, dzięki któremu
odkrywa się próg ukryty w jej istocie. Innymi słowy, jeśli tylko
odpowiednio się go wyrazi, żal znajdujący się za każdą bramą zaprasza
nas do przyjęcia leku, który jest właściwy dla danego smutku. Na
przykład pierwsza brama żalu głosi, że: "Stracimy wszystko, co kochamy".
Kiedy uszanujemy tę bezwzględną prawdę, zostajemy zaproszeni do
tajemnicy miłości i straty oraz gorzko-słodkiego spotkania z przemijalnością. Lekiem, który wyłania się w tej bramie, jest
wrażliwość.
Druga brama, "miejsca, które nie zaznały miłości", zaprasza nas do
wglądu w tajemnicę dorosłości i dojrzewania dzięki nauce, aby przygarnąć
do siebie wszystko, co kiedyś zostało wygnane. Lekiem, który w niej
odkrywamy, jest współczucie. Trzecia brama, "smutki świata", otwiera
nas na niezmienne, odwieczne więzi z Ziemią, wszelkim stworzeniem i światem pozaludzkim. Poznajemy tu lek wzajemnych powiązań. Czwarta
brama, "oczekiwania, które nie zostały spełnione", odkrywa tajemnicę
naszego odwiecznego dziedzictwa i leku przynależności. Piąta brama,
"żal przodków", ukazuje tajemnicę dziedzictwa i międzypokoleniowych
przekazów odwagi, wyobraźni i wytrzymałości. Odbieramy tu lek
mądrości. Wszystkie te remedia wzmacniają nas i przybliżają do życia z duszą. Przysparzają nam wagi przez odpowiedni balast, ofiarowując
stabilność na czasy, kiedy nasze życie znajdzie się pod naporem silnych
wiatrów straty.
Książka Dzikie bezdroża smutku jest podręcznikiem stażu w szkole
smutku, przewodnikiem po terenie żałoby. Wspiera nas w długim procesie
kandydowania do starszyzny. Po latach towarzyszenia smutkowi, pracy nad
jego różnorodnymi obciążeniami, stopniowo zaczynamy widzieć, jak
zostaliśmy zmienieni. Rozumiemy, że wypielęgnowaliśmy w sobie wewnętrzną
przestrzeń, która jest w stanie pomieścić więcej tego, co przynosi nam
życie. Ze stażu czuwania przy smutku powoli wyłania się przestronne
miejsce, w którym mieści się wszystko: piękno i strata, rozpacz i tęsknota, lęk i miłość. Stajemy się bezmierni. Staż cierpliwie
kształtuje członka starszyzny.
Kiedy potraktujemy swoje smutki pewną ręką i współczującym sercem,
zachodzi destylacja mądrości. Rozwija się w nas umiejętność widzenia w ciemności, w której, na głębinach, dostrzegamy coś świętego, wiecznego.
Dotykamy nieodłącznej świętości życia, przetrawiamy gorycz i z determinacją wracamy, aby karmić naszą społeczność. Stajemy się kuźnią
wyobraźni, rozdzielamy wśród innych to, co zebraliśmy podczas długiego
szkolenia swojego serca. Nasze zbiory były przeznaczone nie tylko dla
nas, ale niczym nasiona miały zostać rozrzucone po żyznych umysłach,
wysiane wśród oczekujących na nie społeczności i odżywić głodną kulturę.
Na zakończenie grupowego rytuału żalu, po powrocie ostatniej osoby ze
świątyni, chwilę milczymy. Bierzemy się za ręce i rozglądamy po kręgu z oczami rozszerzonymi z podziwu i z zachwytu nad tym, w czym wspólnie
wzięliśmy udział. Potem odmawiam modlitwę wdzięczności i dodaję: "Nie
zrobiliśmy tego wyłącznie dla siebie. Zrobiliśmy to także po to, aby
nasze serca nie były aż tak bardzo obciążone smutkiem i miały więcej
wolności, by móc kochać ten piękny, udręczony świat. Aby nasza miłość z większą żarliwością popłynęła do naszych rodzin i osiedli oraz do
otaczającej nas szerszej społeczności lasów i łąk, wzgórz i kanionów.
Zrobiliśmy to, żeby ulżyć w drodze naszym dzieciom i wnukom, oraz po to,
żeby przodkom ofiarować bardzo im potrzebne uzdrowienie".
Po modlitwie uczestnicy obejmują się nawzajem w poczuciu radosnego
wyczerpania oraz połączenia jaźni z duszą, ze społecznością i ze
światem. Dzielenie się doświadczeniem wspólnej żałoby na nowo scala
nasze więzi pokrewieństwa pomiędzy członkami grupy i całą Ziemią.
Przypomnieliśmy sobie starożytny rytm, który przez tysiąclecia wspierał
wioskę. Żal jest powrotem.
W czasach osobistej, kulturowej i środowiskowej traumy musimy na nowo
zastanowić się nad zmianą sposobu społecznego myślenia i postawy
życiowej, aby zapewnić wszystkim lepszą przyszłość. Kiedyś, po
jakimkolwiek traumatycznym wydarzeniu, wioska dokonywała samoregulacji
dzięki rytuałom. Przypomnienie sobie tej wciąż niezapomnianej mądrości
tkwiącej w centrum naszego życia psychicznego daje nam kluczową
wskazówkę, jak płynąć po wzburzonych, rwących wodach dzisiejszych
czasów. Rytuał jest starożytnym rytmem głęboko zakorzenionym w naszym
rodowym dziedzictwie, a także starszym niż słowa językiem używanym w niemal każdej żywej kulturze. Jesteśmy stworzeni do rytuałów. Proces
rytuału pozwala nam odkryć sens istnienia i ujawnić nasze szersze
życiowe uwikłania. Poprzez pełne mocy, stale odprawiane rytuały
podtrzymujemy i odżywiamy tkankę łączną, która wiąże jednostkę ze
społecznością, afirmuje związek między światem ludzkim a pozaludzkim
oraz podtrzymuje więź między człowiekiem a sacrum.
W głębinach dzisiejszych czasów coś lekko drgnęło. W naszym kolektywnym
wyparciu pojawiły się szczeliny, które rzekom żalu pozwalają wypłynąć na
wierzch, abyśmy mogli je objąć wspólną opieką. Być może smutek, którym
nawzajem się ze sobą dzielimy, pobudzony przez miłość i zdolność do
odbycia żałoby, w końcu uruchomi społeczne zaangażowanie i zareagujemy
na konieczność wykonania pracy dla naszych czasów. Musimy dzielić się
mądrością, którą zdobyliśmy podczas duchowej podróży przez Długą
Ciemność. Potrzebujemy niesłychanej odwagi oraz bezwarunkowej miłości do
siebie nawzajem, do naszych działów wodnych, osiedli i do żywej Ziemi.
Potrzebujemy żalu jako lekarstwa.
Francis Weller
Forestville, Kalifornia
Dział wodny rzeki Russian (Russian River Watershed)
wiosna 2025 r.
Wstęp
Żal i strata dotykają nas wszystkich. Kiedy spotykamy się w społeczności, aby odbyć rytuał kojenia żałoby, w sali zbiera się wiele
dopływów smutku. Wirują wokół nas, dotykając każdego w kręgu. Słuchamy,
kiedy padają nazwy oblicz żalu: śmierć partnera, dziecka, małżeństwa;
samobójstwo rodzica, brata lub siostry, rak i jego chciwe pożeranie
życia, dom utracony w wyniku zajęcia go przez wierzycieli; lata
dzieciństwa zniszczone przez alkoholizm, przemoc i zaniedbanie;
niezagojone blizny tych, którzy walczyli na wojnach, wycieńczające
choroby chroniczne wpędzające nas w depresję, życie wielu zniszczone
uzależnieniem i wszechobecny żal za naszym umęczonym światem. Kiedy
kończymy dzielenie się żalami, kiełkuje w nas świadomość, że mamy do
czynienia ze wspólnym żalem, z jednym pucharem, z którego wszyscy
pijemy. Jest nasz -?mamy go hołubić i stopniowo opróżniać. Robimy to
razem, kiedy wchodzimy na grunt uzdrowienia.
Przez większość czasu trwania naszego gatunku żal głównie kojarzył się
nam ze śmiercią kogoś, kogo kochaliśmy. Każda kultura wypracowała
rytuały mające na celu uporanie się z szaloną tajemnicą śmierci i z zalewem smutku towarzyszącym zniknięciu ukochanej osoby. Jednak dzisiaj
źródła smutku są wielorakie, a złożoność radzenia sobie z poplątaną
siecią żalu czasem przytłacza. Straty co rusz wywracają nam życie do
góry nogami. Ich obecność czujemy w życiu osobistym i zbiorowym,
intymnym i wspólnym. Zauważyłem, że wiele żalów, które w sobie nosimy,
osobiście nas nie dotyczy, nie wynika z naszej przeszłości czy
doświadczeń. Krążą wokół nas, przychodzą z dalszej przestrzeni,
przybywają niewidzialnymi nurtami, które dotykają naszą duszę. Bramy
żalu odsłaniają przenikające się nawzajem realia naszych czasów: nie
jesteśmy odrębnymi komórkami oddzielonymi od innych komórek; mamy na
wpół przepuszczalne membrany umożliwiające stałą wymianę z wielkim
organizmem życia. W naszej psyche, świadomie czy też nieświadomie,
rejestrujemy fakt współdzielonych smutków. Uczenie się, jak przyjąć,
chwycić i przetrawić te smutki, jest zadaniem na całe życie i stanowi
główny temat tej książki.
Smutek przypomina nam coś, co autochtoni na całym świecie przeczuwali od
dawna: ludzkie życie jest misternie powiązane z innymi ludźmi, ze
zwierzętami, z roślinami, działami wodnymi i glebą. Przez ostatnich
kilka stuleci wyobrażaliśmy sobie pęknięcie między naszym wewnętrznym
życiem a otaczającym nas światem. Jednak nasza psyche nie jest
ograniczona do głębokiego życia wewnętrznego. Nakłada się na szerszy
świat, co w dzisiejszych czasach jest być może najbardziej widoczne w smutkach i cierpieniu samej Ziemi5. Nasze osobiste doświadczenia
straty i cierpienia są teraz nierozerwalnie połączone z umierającymi
rafami koralowymi, topnieniem czap polarnych, wymieraniem języków,
upadkiem demokracji i zanikiem cywilizacji. Sprawy osobiste każdego z nas i losy planety są nierozłączne, podobnie jak nasze uzdrawianie.
Strata wiąże nas potężną alchemią, potwierdzając intymny związek serca
ze wszystkim, co istnieje, a strata kogoś albo czegoś, co kochamy,
prowadzi nas do schronu wspólnego żalu. Żal i miłość to siostry, od
początku są ze sobą splecione. Ich powinowactwo przypomina nam, że nie
ma miłości, która nie łączy się ze stratą, i nie ma straty, która nie
przypominałaby nam, że nadal nosimy w sobie miłość do tego, co kiedyś
było nam bliskie. W pojedynkę i razem śmierć i strata dotyczą nas
wszystkich.
Wiele zmieniło się od czasu, kiedy w 1997 roku zacząłem prowadzić
rytuały ukojenia żalu. W tamtych czasach ludzie niechętnie zbierali się,
by zwierzać się ze swojego smutku. Musiałem ich delikatnie przekonywać o wartości spotykania się, jak w wiosce, aby opatrzyć nasze smutki. Jednak
dzisiaj ogromne pęknięcia i rozdarcia w tkance kulturowej, kaskada
kryzysów ekologicznych i utrata pewności, czy życie w ogóle przetrwa,
zaczęły przebijać się przez nasze zbiorowe wyparcie. Nagromadzenie strat
wywiera presję na naszą psyche, żądając, abyśmy zaangażowali się w wielorakie smutki, które spowijają nasz świat i nasze życie. Ta
szczelina w naszym wyparciu należy do najbardziej obiecujących znaków,
jakie widzę na naszej planecie. Zaczynamy dostrzegać szerszy zakres
strat w naszej kulturze i ekosystemach. Cierpimy z powodu naszych
osobistych ran i strat, ale oprócz tego słyszymy, jak Ziemia domaga się
naszej uwagi i uczucia, naszej troski i działania. Jej smutki odczuwamy
w naszych ciałach; wyczuwamy je w umysłach i widzimy w snach.
Przeplatanie się strat osobistych i troski o planetę sprawiło, że wielu
z nas czuje się niepewnie, niespokojnie, a ostatecznie pękają nam serca.
W naszych złamanych sercach tkwi potencjał, aby otworzyć nas na szersze
poczucie tożsamości zdolne do widzenia przez bariery, które oddzieliły
"ja" od świata. Smutek pozwala nam przejść inicjację włączającą nas do
rozmowy między pojedynczym życiem a duszą świata. Zaczynamy rozumieć, że
nie ma odizolowanego "ja" zagubionego w kosmosie; jesteśmy uczestnikami
splecionej, pogmatwanej sieci połączeń, nacechowanej ciągłą wymianą
światła, powietrza, grawitacji, myśli, koloru i dźwięku zespolonych w eleganckim tańcu, jakim jest nasze wspólne życie. Złamane serce potrafi
otworzyć się na migotliwy blask łososia przemykającego tuż pod
powierzchnią wody, zachwycić się szybującym pod niebo jerzykiem,
kompozycją Mozarta i oszałamiającym pięknem wschodu słońca. Żyjemy
jednak w społeczeństwie ogarniętym fobią żalu. Wypieramy istnienie
śmierci. W konsekwencji żałobę i śmierć zepchnięto do miejsca, które
Carl Jung nazwał "cieniem". Cień jest przechowalnią wszystkich
stłumionych, odrzuconych stron naszego życia. Do cienia wysyłamy te
części siebie, które uznajemy za nie do przyjęcia dla nas i dla innych,
z nadzieją że się ich pozbędziemy. Robiąc to, uważamy, że oszczędzimy
sobie niewygody stawienia czoła wszystkiemu, co uznano za niepożądane.
Kultury wysyłają do cienia także aspekty życia duchowego. Zaprzeczenie
istnienia żalu i śmierci wypaczyło naszą kulturę, sprawiając, że jest
udręczona śmiercią. Przerażające jest to, że według Junga nic, co
spychamy do cienia, nie czeka tam biernie, aż się o to upomnimy i przywrócimy do łaski, ale ulega degradacji w stan bardziej prymitywny.
Taki proces jest brzemienny w konsekwencje: śmierć dzień w dzień kołacze
się po naszych ulicach, daje o sobie znać w szkolnych strzelaninach,
samobójstwach, morderstwach, przedawkowaniu narkotyków, przemocy gangów
albo prawnie usankcjonowanym poświęceniu ofiar wojen. Już nie wspomnę,
że wielu z nas kuśtyka przez życie z bliznami po ranach zadanych przez
nasze szafujące śmiercią społeczeństwo. Niestety, palce śmierci sięgają
znacznie dalej niż ulice naszych miast. Górskie zbocza odzierane są z drzew, skazując na bezdomność niezliczone istoty, które mieszkały w ich
koronach, w korytach potoków i zaroślach. Dewastujemy góry, aby
wydobywać węgiel czy miedź. Podmorskie kopalnie niszczą oceany, a wraz z nimi uśmiercają ryby. Stworzenia żyjące pod ziemią i mające z nią
bezpośredni kontakt przez swoje zęby, pazury i brzuchy stają się
ofiarami rozjeżdżanymi przez buldożery, które przygotowują teren pod
centra handlowe i zabudowę. Śmierć przenika naszą kulturę, staje się tak
wszechobecna, że nie możemy jej powstrzymać, a wreszcie -?uszanować.
Eksportujemy naszą maszynerię śmierci do innych krajów przez armady
broni, chemikalia zatruwające działy wodne i wsparcie despotycznych
rządów. Mnóstwo istnień utyka w pułapkach zastawionych przez drapieżne
apetyty korporacyjnych spekulantów, którzy łupią i grabią ziemie
autochtonów w pogoni za ropą naftową i cennymi surowcami, a wszystko to
dzieje się za naszym milczącym przyzwoleniem, bez najmniejszego
sprzeciwu.
Wyprowadzenie żalu i śmierci z cienia jest naszą duchową
odpowiedzialnością, naszym świętym obowiązkiem. Kiedy to zrobimy, być
może znów będziemy w stanie poczuć chęć życia i przypomnimy sobie, kim
jesteśmy, gdzie przynależymy i co jest święte.
Napisałem tę książkę z kilku powodów. Przede wszystkim, aby przywrócić
duszę przepracowywaniu żałoby, a żałobę zaprosić do pracy nad duszą.
Uważam, że żal został skolonizowany przez kliniki, stał się zakładnikiem
diagnoz i schematów dawkowania leków. W przeważającej części żal nie
jest problemem do rozwiązania czy chorobą, którą da się uśmierzyć
lekami, lecz głębokim doświadczeniem istoty bycia człowiekiem. Żałoba
staje się problemem, kiedy nie ma warunków koniecznych, abyśmy mogli ją
przepracować: na przykład jesteśmy zmuszeni znosić smutek w samotności
albo odmawia nam się czasu koniecznego, aby w pełni przyswoić substancje
odżywcze konkretnej straty i podlegamy naciskom, aby szybko wrócić do
"normalności". Mówi nam się, że mamy wziąć się w garść i zabrać do
roboty. Brak uprzejmości i współczucia w obliczu żałoby wprawia w osłupienie i odzwierciedla ukryty w nas lęk i nieufność do tak
elementarnie ludzkiego doświadczenia. Musimy odbudować fundamenty pod
uzdrawianie żalu. Musimy znaleźć odwagę, aby na powrót móc chodzić po
bezdrożach żałoby.
W pewnym sensie żal towarzyszy nam zawsze. Bywają czasy, kiedy obecność
smutku jest dojmująca. Śmierć partnera, dom, który pożar zmienił w popiół, koniec małżeństwa sprawiający, że zostajemy sami -?takie okresy
życia charakteryzuje intensywność wymagająca dłuższego czasu, aby
uszanować potrzeby duszy i w pełni przetrawić żałobę. Smutek jest stale
przewijającą się nutą pieśni życia. Bycie człowiekiem zakłada poznanie
straty w jej wielu przejawach. Nie powinno się tego postrzegać jako
przygnębiającej prawdy. Uznanie rzeczywistości takiej, jaką jest, daje
nam możliwość odnalezienia łaski ukrytej w smutku. Najpełniej żyjemy na
progu między stratą a objawieniem; każda strata w ostateczności otwiera
drogę do nowego doświadczenia.
Ponadto przywrócenie żałoby do pracy nad duszą uwalnia nas od
jednowymiarowej obsesji na punkcie postępu emocjonalnego.
"Psychologiczny moralizm" wywiera na nas ogromną presję, abyśmy zawsze
osiągali postęp, czuli się dobrze i wznosili się ponad nasze
zmartwienia6. Szczęście stało się nową mekką, a jeśli nie
do końca jest naszym udziałem, czujemy, że popełniliśmy jakiś błąd albo
nie udało nam się dorównać powszechnie uznanemu standardowi. W ten
sposób smutek, ból, słabość i wrażliwość spycha się do podziemia, gdzie
jątrzą się i mutują w powypaczane postacie siebie, często pokryte
warstwą wstydu. W mojej praktyce ludzie rutynowo przepraszają za łzy czy
za odczuwanie smutku.
Jestem orędownikiem psychologii duszy uznającej witalność każdej emocji,
którą życie nas akurat obdarzy. Będziemy przeżywali czasy szczęścia i należy je świętować. Jednak przyjdą również czasy smutku i samotności.
Będą nas ogarniać różne nastroje i zdarzą się sytuacje, które wywołają w nas gniew i oburzenie. Co ciekawe, James Hillman, badacz z nurtu
psychologii archetypów, stwierdził kiedyś, że oburzenie stanowi niezbity
znak, że nasza dusza się obudziła. Każda z tych emocji i doświadczeń ma
w sobie witalność. Nasze zadanie polega na tym, aby żyć i być dobrym
gospodarzem dla wszystkich przeżyć, które staną pod drzwiami naszego
domu. Tak więc szczęście staje się odzwierciedleniem tego, że potrafimy
przyjąć złożoność i sprzeczność życia, umieć dostosowywać się do
okoliczności i akceptować wszystko, co się pojawia, nawet głęboki
smutek.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki