Zdjęcie: Paweł Banaszkiewicz/Bike Orient
Rozdział 12. Bieganie jest nudne? To zobacz...
Spotykasz na co dzień ludzi, którzy biegają w tę i z powrotem po chodnikach wzdłuż ruchliwych ulic, i nie widzisz siebie w tej grupie? Spróbuj innego biegania. Sposobów na trening i imprez biegowych jest tak dużo i są tak różnorodne, że jeżeli tylko będziesz chciała spróbować, na pewno znajdziesz coś dla siebie.
Trail, czyli bieganie w terenie
Zamiast robić monotonną "dyszkę" po ulicach w swojej dzielnicy, znajdź w pobliżu las i tam pognaj, by przebiec się na 10 kilometrów. Ani się obejrzysz, a pokonasz ten dystans, i to przy akompaniamencie śpiewu ptaków, a może dojdzie nawet do ciekawych i nieoczekiwanych spotkań, np. z sarnami. Zobaczysz, że światło między liśćmi drzew nigdy nie układa się dokładnie tak samo, a na Twojej drodze mogą się pojawić niespodziewane przeszkody, np. powalone drzewa, które jeszcze urozmaicą trening. Trail running to po prostu bieganie w terenie, na przełaj - po leśnych ścieżkach, polach, górach, czyli wszędzie tam, gdzie nawierzchnia dróg nie jest asfaltowa. Im dalej od cywilizacji, tym ciekawiej i bardziej wymagająco. Co więcej, takie bieganie w terenie jest dużo zdrowsze niż "klepanie asfaltu". Nie obciąża stawów, a dodatkowo na nierównościach stale ćwiczysz stabilizację.
W terenie organizowanych jest obecnie coraz więcej zawodów. Dużo łatwiej przeprowadzić imprezę, na czas której nie trzeba zamykać ulic, a jedynie uzgodnić trasę z leśnikami. Takie biegi są zazwyczaj bardziej kameralne, panuje na nich rodzinna atmosfera, a i startowe jest niższe niż na klasycznych biegach ulicznych. Większość miast w kraju ma podobne biegowe imprezy w kalendarzach - od krótkich, kilkukilometrowych dystansów, po te trudniejsze: maratony i półmaratony. A jeżeli nawet brakuje zawodów, coraz więcej jest biegaczy, którzy sami umawiają się na treningi w lesie.
Wskazówka: wkręć się! Zaproszenia będą przychodzić same
Poszukaj informacji o biegach w swojej okolicy i wybierz się na jeden lub dwa. Nie minie miesiąc, jak okaże się, że w Twojej skrzynce mailowej albo na kontach na serwisach społecznościowych coraz częściej lądują zaproszenia na podobne wydarzenia.
Najciekawsze biegi w terenie (po płaskim):
- GWiNT - 55, 110 km i 100 mil - maj, okolice Wolsztyna
- Maraton Wigry - 41,5 i 13 km - sierpień, okolice Suwałk
- Bieg Polesie - 20 km - sierpień, okolice Zbereża
Biegi górskie
Uważasz, że aby biegać po wzniesieniach, musisz mieszkać w górach albo tam jeździć? Nic bardziej mylnego. Oczywiście, żeby wygrywać, nie obejdzie się bez solidnego treningu z dużymi przewyższeniami, ale na co dzień możesz trenować podbiegi w swoich okolicach. Przykład? Warszawa, o której często mówi się, że jest płaska.
Ciekawy cykl biegów odbywa się np. na wydmach w Falenicy. To właśnie na te zawody zapisałyśmy się z mamą. I chociaż trasa ułożona jest na jednej dość długiej górce, naprawdę można się solidnie zmęczyć! Pętla ma 3,33 kilometra i obejmuje 7 podbiegów i 7 zbiegów. My ze znajomymi startujemy zwykle na dystansie 10 kilometrów, czyli do zrobienia mamy trzy okrążenia, na których w sumie czeka na nas 21 podbiegów. O ile na zwykłych, asfaltowych zawodach na 10 kilometrów mój najlepszy czas to 47 minut, to tutaj nie udało mi się do tej pory zejść poniżej 55. Dodatkowo zadanie utrudnia często śnieg i mocny mróz. W najzimniejszym dniu, w jaki tam biegłam, termometry pokazywały -15 stopni. Moja koleżanka do Falenicy jechała wtedy w walonkach, a z auta na bieg wyszliśmy dopiero 5 minut przed startem, żeby nie zamarznąć. Efekty tych "treningów" na falenickich zawodach widziałam wiosną, gdy przyszedł czas na tradycyjne biegi po płaskim.
Również organizatorzy ultrabiegów górskich postanowili zapewnić nam w Warszawie latem rozrywkę. Zorganizowano cykl Monte Kazura na ursynowskim Wzgórzu Trzech Szczytów. Górka jest mocno ściśnięta - zupełnie nie przypomina rozległością falenickich wydm - ale zawody są dużo trudniejsze. Wszystko przez to, że prawie nie ma tu chwili na złapanie oddechu. Albo trzeba podbiegać (czy jak ja - podchodzić) ostro do góry, albo szybko zbiegać. Są tylko dwa kilkudziesięciometrowe odcinki po płaskim. I tak trzy pętle po pięć podbiegów każda. Latem, gdy często jest niemiłosiernie gorąco, to naprawdę wielkie wyzwanie!
Oprócz tego biegi górskie mamy na ursynowskiej Kopie Cwila i w Otwocku. Jest więc w czym wybierać.
Wskazówka: rozejrzyj się po okolicy
Jeżeli chcesz spróbować biegów górskich, rozejrzyj się najpierw po swojej okolicy. Podobne imprezy organizowane są już np. w Krakowie, Gdyni czy Poznaniu, a cały czas powstają nowe. Nie przejmuj się, że na początku pod górę podchodzisz, a biegniesz dopiero wtedy, gdy jest z górki. Większość ludzi tak właśnie zaczyna. Ja na Monte Kazurze nie podbiegam z założenia i czasem nawet miewam lepsze wyniki od tych, którzy całą trasę pokonują truchtem. Czas, który tracę na szybkim chodzie, staram się odrabiać na bardzo szybkich zbiegach.
Moje starty
Monte Kazura
"Dobry dzień na bieganie" - napisał mój przyjaciel we wtorkowy poranek. Faktycznie, za oknem się chmurzyło, a synoptycy zapowiadali opady. Jak zwykle było zupełnie odwrotnie.
Poprzednio na zawody Monte Kazura poszłam po popołudniowej drzemce, nieco zaspana, nie do końca zdając sobie sprawę, co się wokół mnie dzieje. Tym razem postanawiam zmienić taktykę: wokół górki "Kazurki", czyli Wzgórza Trzech Szczytów na warszawskim Ursynowie, chodzimy przez dwa dni z psem Łyskiem.
Fot. 57. "Górka Kazurka", czyli ursynowskie Wzgórze Trzech Szczytów, było areną zawodów Monte Kazura
Sprawdzamy teren, kontrolujemy stan ścieżek i "wzrost" trawy, testujemy niemal każdy zbieg i podbieg na trasie. Ta składa się z trzech pętli, a na każdej jest po pięć podejść. Między poszczególnymi zbiegami i podbiegami - szczególnie w pierwszej części pętli - nie ma prawie czasu na odpoczynek i uspokojenie oddechu. Dopiero w drugiej połowie pętli są dwa dłuższe (ok. 200- - 250-metrowe) odcinki, na których można się mocniej rozpędzić.
Na kilka godzin przed zawodami na górce spotykamy organizatorów, m.in. Filipa, którzy rozpoczyna znakowanie trasy. "Zobacz, co tam jest" - wskazuje pobliskie krzaki. Gdy za nie zaglądam, włos mi się jeży. Przed ostatnią "hopką" na pętli jest ogromna kałuża. Tak duża, że Pieskomandos, nieco większy od labradora czarny pies Filipa, zanurza się w niej niemal po uszy! Organizatorzy zamierzają tak poprowadzić trasę biegu, by ominięcie kałuży było niemożliwe.
"Podbiegaj, Karpa, kolana wysoko!"
Gdy w końcu przychodzi sądna godzina, żar leje się już z nieba. Co mocniejsze chłopaki wybierają się na szybką rozgrzewkę na górkę. Kto tylko wraca, jest kompletnie przemoczony! I to nie od wody na trasie, ale od upału, jaki wszystkim doskwiera. Na starcie, oczywiście, krótkie ostrzeżenie, żeby nie przyspieszać za bardzo na pierwszym okrążeniu, pogadanka o tym, jak wytyczona jest trasa, oraz sugestia, że nie należy omijać błota. Wreszcie startujemy.
Pierwsza pętla - masakra. W połowie wiem już, że nie ma mowy o tym, by całą ją przebiec. Podchodzić muszę już na przedostatnim podbiegu pierwszego okrążenia. Gdy pierwszy raz mijam metę po ukończeniu pętli, jedyne, co przychodzi mi do głowy, to: "O, nie! Zostało jeszcze dwa razy tyle!".
Druga pętla to już tragedia do kwadratu. Zaczynam żałować, że w ogóle wyszłam z domu, że nie wypiłam nic przed wyjściem (strasznie, ale to strasznie chce mi się już pić), że w ogóle żyję. Nie mogę oddychać, nogi nie chcą się podnosić. "Podbiegaj, Karpa, kolana wysoko!" - słyszę doping koleżanki na górze. "Sama sobie podbiegaj" - myślę i, co gorsza, mówię to na głos. Potem przyjdzie mi za to przepraszać.
Diabelski podszept: "Wyprzedź ją!"
Odżywam dopiero na ostatniej pętli. Uświadamiam sobie, że właśnie mijają trzy kilometry - tyle, ile zwykle potrzebuję na dobre rozgrzanie organizmu. Zaczynam trzeźwo myśleć, mam już spokojniejszy oddech.
Zauważam, że dziewczyna, która biegnie przede mną, chociaż jeszcze przed chwilą była daleko z przodu, teraz zaczyna opadać z sił. Jak diabelski podszept kiełkuje więc szalona myśl: "Wyprzedź ją!". Jednocześnie kątem oka widzę, że kolejna dziewczyna - ta, która goni za mną - podobnie jak ja, mobilizuje się i zaczyna już "skrobać mi marchewki"! Na podbiegach już prawie mnie dochodzi (ja, nawet mimo sprężenia się, jestem już bardzo osłabiona), ale na szczęście na zbiegach radzę sobie nieźle. Przy każdym zbiegu uciekam więc na bezpieczną odległość.
Ostatni odcinek: 3:30 na kilometr
Na ostatniej prostej czuję już tak mocną adrenalinę przedfiniszową, że zaczynam gnać na maksymalnej prędkości. Znika niemoc, nogi niosą jak szalone! Bez żadnego problemu na tych ostatnich 250 metrach wyprzedzam dziewczynę przede mną i uciekam najdalej, jak się da. W wynikach zobaczę, że udaje mi się wypracować różnicę aż pięciu sekund! Na tak krótkim odcinku to całkiem dużo. Prędkości, które osiągam na finiszu, sięgają 3:30 min na kilometr! Całe szczęście, że odcinek przedfiniszowego speeda jest tak krótki, bo przy dłuższym chyba wyzionęłabym ducha! Ale kończę poza pierwszą trójką.
A po co tak się męczyć na podbiegach?
Po co latać po jakichś górkach, jeżeli robi Ci się niedobrze i nie da się oddychać? Po to, żeby potem, gdy biega się po płaskim, robić dłuższy krok i mieć więcej siły. No, i jest jeszcze jedna zaleta biegania po górkach, nawet jeżeli jest to tylko ursynowska "Kazurka": z góry ZAWSZE lepiej widać. Nie tylko otoczenie, ale życie. Lepiej łapie się dystans do różnych spraw. Można przycupnąć i się zastanowić - bez względu na to, czy patrzy się na otaczający las i góry, czy na ruchliwą ulicę gdzieś w oddali. I tak jak podbiegi dają siłę biegową, tak samo dają siłę do życia.
Jeżeli natomiast myślisz już o wyjeździe na zawody w prawdziwe góry, nie ma nic prostszego! Wyszukaj tylko na początku imprezę, która ma ok. 10 - 15 kilometrów. Nawet jeżeli to dla Ciebie normalny dystans, jaki pokonujesz, w górach zupełnie inaczej się go odczuwa. Takie biegi organizowane są w Zakopanem, Wiśle, Rajczy, Nowym Targu, Bielsku-Białej, Szczyrku, Żywcu, Limanowej, Kamiannej, Rytrze, Karpaczu i w wielu, wielu innych miejscach.
Najciekawsze biegi górskie i terenowe:
- Zimowy Ultramaraton Karkonoski - 52 km - marzec, Karpacz
- Chudy Wawrzyniec - 50+ i 80+ km - sierpień, Rajcza
- Bieg Rzeźnika - 77,7 km - czerwiec, Cisna
- Wilcze Gronie - 15 km - styczeń, Rajcza
- Bieg Siedmiu Dolin - 100 km - wrzesień, Krynica (w ramach PZU Festiwalu Biegowego w Krynicy można biec też dużo mniejszych dystansów: m.in. 3, 5, 10, 34, 42, 64 km)
- Łemkowyna Ultra Trail - 150, 70, 45, 30 km - październik, Chyrowa
- Dolnośląski Festiwal Biegowy - 10, 21, 43, 65, 110, 130 i 240 km - lipiec, Lądek Zdrój
- Zakopiański weekend z Sokołem: Bieg Marduły - 32 km, Bieg Sokoła - 15,6 km, Bieg im hr. W. Zamoyskiego - 10 km - czerwiec, Zakopane
- Bieg Ultra Granią Tatr - 70 km - sierpień, Zakopane
Gdzie szukać informacji o zawodach:
- bieganie.pl
- festiwalbiegowy.pl
- biegigorskie.pl
- magazynbieganie.pl
- ultrabiegi.pl
- polskabiega.sport.pl
- maratonypolskie.pl
Moje starty
Błotna Łemkowyna - 70 kilometrów po Beskidzie Niskim
Jeszcze kilkadziesiąt metrów, kilka, centymetry i już! Koniec podejścia, teraz lecimy. Na złamanie karku, ekspresowo jak po śniegu, pędzimy po koszmarnym i pięknym jednocześnie błocie. Poślizgi? Normalka, trzeba tylko łapać równowagę. Głębokie kałuże? Nawet nie próbuję ich omijać, i tak w końcu będzie mokro, a strata czasu byłaby za duża. Hop, hop, hop - przeskakujemy z psem po wielkich, błotnistych koleinach drogi. Spod stóp i psich łap wydobywa się tylko "plask, plask, plask", a czasem "szszzzzluuuu", jak noga poleci trochę dalej, niż przewiduję.
Fot. 58. Łysek świetnie sobie radził na drogach Beskidu Niskiego
O tym, że w Beskidzie Niskim jest błoto, wiem od lat. Pamiętam, jak kilka lat temu na kursie przewodnickim wiele razy brnęliśmy przez tutejsze lasy w poszukiwaniu właściwej drogi, którą wyznaczyli instruktorzy. Zabierane wtedy na wyjazd bojówki po powrocie ważyły ze cztery razy więcej - tyle nabierały po drodze błota. I miejscowego zapachu. Fuj.
Biec mamy z Chyrowej do Komańczy, Głównym Szlakiem Beskidzkim - w sumie 70 kilometrów. Tym razem bez szukania punktów - to zwykły ultrabieg, a nie maraton na orientację. Ostatnie dni przed naszym Łemkowyna Ultra Trail były deszczowe. Zwykłe na tutejszych drogach błoto na pewno jest jeszcze bardziej apetyczne. Na szczęście w biegach na orientację spotkania z błotem to normalka. Przygotowuję długie skarpetki, stuptuty, które zapobiegają dostawaniu się szlamu do butów, i resztę ciuchów, które zwykle noszę na zawodach. Garderobę poszerzam o rękawiczki oraz zakupioną ostatnio spódniczkę do biegania i rowerowania - polarową, żeby nie odmarzły mi cztery litery.
Jesień na pierwszym podejściu
Rano wszystko przebiega błyskawicznie. Pobudka, śniadanie, ubieranie, przejście na start, odliczanie i już jesteśmy na trasie. Pierwsze podejście, pierwsze widoki, wschód słońca (które zaraz potem zajdzie za chmurami). "Jak pięknie... Tak miało być" - myślę i już na pierwszym podejściu wyprzedzamy z psem innych zawodników. Po chwili pierwsze krótkie zbiegi - w błocie, a jakże. Większość ludzi szuka obejść, jakichś suchych ścieżek. Ja już po kilkudziesięciu minutach od startu mam kompletnie mokre buty. Nie omijam błota, tylko pędzę przez nie szaleńczo i cieszę się jak dziecko. W stopy zimno nie będzie, dopóki nie przestanę biec, dlatego nie panikuję. Zasada ta sprawdzała się i latem, i zimą na orientacji, więc dlaczego teraz miałoby być inaczej?
Na zbiegach osiągamy z Łyskiem nieziemskie prędkości. Podczas gdy inni ostrożnie stawiają stopy w błocie i boją się poślizgu, my gnamy z prędkością światła. Musimy trochę nadrabiać, bo z kolei na podejściach ja jestem dużo słabsza. Na pewno stracę tam sporo do innych, dlatego potrzebuję zapasu. Błoto tylko mi pomaga - amortyzuje krok, a poślizgi trochę jeszcze go wydłużają.
Trasa natomiast oznaczona jest perfekcyjnie! Na drzewach wiszą żółte taśmy, a tam, gdzie brakuje drzew, z ziemi wystają żółte chorągiewki. Nie ma szans, by się zgubić.
Zima na Cergowej
Po ok. 10 kilometrach przychodzi czas na kolejne ostre podejście... OK, to nie zwykłe "kolejne ostre podejście", tylko najostrzejsze podejście na naszej trasie. Wtedy po raz pierwszy (i na szczęście ostatni) myślę o przerwaniu biegu. Czuję, jak próbuje łamać mnie przeziębienie: ogarnia gorączka, gardło boli coraz bardziej, a z wysiłku zaczynają trząść się ręce.
Fot. 59. Szczyt Cergowej na trasie Łemkowyna Ultra Trail 2014. Ostre podejście zrekompensował ten widok
Celowo przed startem nie wzięłam leków - przy takim wysiłku organizm może różnie reagować na popularne medykamenty przeciwzapalne. "Albo się tym wszystkim wyleczę, albo całkiem rozłożę" - myślę. W końcu, po morderczym podejściu, osiągamy z Łyskiem Cergową, a tam... zima! Okazuje się, że na grani zmrożona mgła utworzyła na drzewach przepiękne lodowe futerko. Po lewej stronie, tam gdzie jest ostry spadek terenu, jest całkiem biało, a po prawej - jesień z resztkami zieleni. Widoki są tak oszałamiające, że zapominam o chorobie.
Wiosna za Rymanowem i obietnica żurku
Potem już tylko zbieg, trochę asfaltów, lekko pod górkę, znów zbieg i Iwonicz, a tam pierwszy punkt kontrolny z jedzeniem i piciem. Ależ dobrze napić się herbaty! Łysek dostaje kanapkę z serem, ja też wcinam jedną. Pamiętam, żeby nie rozleniwiać się za bardzo i nie spędzać na punkcie więcej czasu, niż to jest niezbędne.
Szybko gnamy dalej: przez las do Rymanowa, a potem dalej przez łąki, lasy, błotne ścieżki do następnego punktu, w Puławach, na 39. kilometrze naszej trasy. Kojarzę całkiem spory odcinek trasy - półtora roku temu byłam w tych okolicach na biegówkach. Pod śniegiem góry wyglądają zupełnie inaczej, ale przynajmniej podejścia i zejścia się zgadzają. W międzyczasie wychodzi piękne słońce, które będzie nam już towarzyszyć do końca. Bardziej wygląda to na wiosnę niż jesień.
"Masz wszystko? Picie? Izotonik? Chcesz ciepłych ziemniaków? Żurku?" - padają pytania na punkcie w Puławach. Ludzie, którzy zajmują się nami, gdy tylko zjawiamy się przy stole, są niesamowici! Nie ma możliwości, żeby odejść nieobsłużonym. Łysek dostaje kawałki kiełbasy z żurku i jabłko, bo strasznie lubi jabłka.
Fot. 60. Ostatni grzbiet przed metą Łemkowyna Ultra Trail 2014
Czuję, że teraz będzie już dużo lżej. Do mety zostało w końcu mniej niż połowa - niecałe 30 kilometrów. "To tyle co od startu do Rymanowa" - myślę. Zawsze tak odliczam, żeby jakoś zwizualizować sobie to, co mnie jeszcze czeka. Zaczynają się naprawdę piękne widoki. W zasadzie prawie nie wybiegamy już na asfalt, a wokół roztaczają się coraz cudowniejsze obrazy. Bukowy las zupełnie rozczula, na szczycie Tokarni zachwycają panoramy, a na ostatniej polanie przed metą ogarnia mnie już absolutne wzruszenie. Jesteśmy tam z Łyskiem akurat w momencie, kiedy słońce zbiera się do zachodu. Właśnie wtedy czuję, że jestem we właściwym miejscu i czasie, robiąc to, co lubię robić najbardziej. Do tego wiem, że nie czeka nas już żaden podbieg, tylko droga w dół. Kilka kilometrów do mety.
Włączamy więc z Łyskiem piąty bieg i gnamy tak szybko, jak się da. Gdy docieramy do asfaltu, nic nie jest w stanie nas już powstrzymać. Chociaż, jak się później okazuje, odcinek przez Komańczę jest całkiem długi, prawie nie przestajemy biec. Zagrzewam do boju jeszcze jednego kolegę, którego spotykam po drodze, ale ma jakieś problemy z kolanami i po chwili jednak zwalnia. "Do zobaczenia na mecie!" - żegnamy się na kilka minut. Potem jest już banalnie - lewo, prosto, prosto, lekko w prawo i wreszcie widać bramę mety.
10 godzin i 44 minuty. Jestem 17. z 34 dziewczyn. Spokojnie mieszczę się w limicie czasu i kończę przed upływem 11 godzin. Spełniam tym samym wszystkie swoje plany. Tym razem na mecie nie pojawiają się wątpliwości, czy nadaję się do biegania po górach i czy powinnam dalej to robić. A zawody Łemkowyna Ultra Trail na stałe wpisuję do kalendarza.
Marsze i długie biegi na orientację
Grudzień, piątek wieczorem. Punkt zborny: parking przed centrum handlowym. Do przejechania 530 kilometrów. Z kolegami wybieramy się właśnie na Nocną Masakrę w Ińsku pod Szczecinem, czyli zawody, których start jest o 16:00 i biega się cały czas po ciemku. Boję się, bo chociaż jadę z kolegami, każde z nas za kilka godzin wystartuje samo. To będzie mój pierwszy w pełni samodzielny bieg - co za pech, że musi odbywać się w nocy! Ale mam cel: po raz ostatni tego roku wystartować w zawodach pucharowych, zdobyć punkty i potem w podsumowaniu roku wskoczyć na podium.
Fot. 61. Łysek po ukończeniu kolejnego ultramaratonu. Tym razem był to GWiNT na 55 km
Pierwsze kilometry po starcie pokazują, że lęk był na wyrost. Nawiguje mi się dość łatwo, chociaż w jednym momencie mam problem, by dokładnie określić swoje położenie. Za kilka tygodni okaże się, że nie jest to aż tak strasznie ważne. Jeżeli kierunek drogi, którą podążam, zgadza się z założonym, w którymś momencie przyjdzie w końcu element w terenie, który naprowadzi mnie na to, gdzie jestem. Tym razem wokół nie brakuje innych ludzi, z którymi wspieramy się przy szukaniu poszczególnych punktów. Teren jest mało biegowy, bo na drogach zalega głębokie błoto, a w powietrzu unosi się gęsta mgła. Dodatkowo punkty rozwieszone są naprawdę perfidnie i trzeba mocno się naszukać, by odnaleźć np. "drzewo 30 m na południowy wschód od wierzchołka wzniesienia". Ci, którzy dystans między punktami pokonują szybciej, i tak spotykają się w okolicach punktu i wszyscy razem "czeszemy" teren w poszukiwaniu biało-czerwonej kartki na drzewie. Orientaliści-biegacze strasznie się zniechęcają i część z nich postanawia wcześniej zejść z trasy. Wygrywa kolega, który zwykle całą trasę pokonuje marszem, ale za to jest świetny w nawigacji. Odpuścić szukanie części punktów na tych zawodach to nie hańba. Mnie do kompletu brakuje czterech, a i tak z czasem 14 godzin jestem trzecia z dziewczyn. Gdy wracamy do domu, w samochodzie rozmawiamy ze sobą, ale jakoś nikt nie wspomina o tym, co działo się w nocy w lesie. Błoto i mgła, a do tego ekstremalnie trudne punkty tak mocno dały nam w kość, że nie chcemy wracać do tematu. Jestem pewna: więcej na Nocną Masakrę nie jadę. Nie mija kilka miesięcy, a ja wiem już, że za takimi wrażeniami tęsknię, i rok później oczywiście na zawody się wybieram.
Fot. 62. W czasie zawodów na orientację nieraz trzeba zapuścić się w krzaki
Nie bój się, takie ekstremalne przeżycia to rzadkość. Opowieścią o Nocnej Masakrze chciałam pokazać Ci, jak wciągające może być bieganie na orientację. Beskid Niski, Kaszuby, Pojezierze Drawskie, Warmia, Mazury, Jura Krakowsko-Częstochowska, Góry Izerskie - to tylko niektóre z miejsc rozgrywania zawodów. Spokojnie, zawody zazwyczaj odbywają się za dnia, a noc to naprawdę rzadkość.
"OK, ale na czym to właściwie polega?" - zapytasz. Na tym co zwykłe biegi w terenie... prawie. Bo tutaj trasę wymyślasz sobie sama. Masz kompas i dostajesz mapę, a na niej zaznaczone punkty, które masz odnaleźć w terenie. Kolejność, w jakiej masz to robić, albo jest narzucona z góry, albo musisz opracować ją sama. Chodzi o to, by zebrać wszystkie punkty w jak najkrótszym czasie. Możesz przecinać lasy na przełaj, chodzić po łąkach albo wybierać bardziej pewne, leśne dukty. Często punkty są umiejscowione w krzakach, na skraju bagien albo jezior. Czasem ścieżki, które masz na mapie, w terenie w ogóle nie istnieją, bo dawno już pozarastały.
Punkty oznaczone są lampionami - w postaci albo szmacianych prostopadłościanów w kolorach biało-pomarańczowym, albo kartki z biało-czerwonym kwadratem. Szukając ich, zapominasz o wszystkich troskach: pracy, pieniądzach, problemach. Ważne jest tylko dotarcie do poszukiwanego punktu. Przestajesz zwracać uwagę na błoto, krzaki czy pająki. Ja na co dzień bardzo się tych ostatnich boję, ale gdy mój wariant na zawodach zakłada pokonanie krzaków, nie zastanawiam się ani chwili. Czasem, gdy pająków jest wyjątkowo dużo, proszę kolegów, żeby szli pierwsi i pozbierali co większe sztuki.
To bieganie, podczas którego przygody są czymś tak naturalnym jak śnieg zimą. Bo nie ma dwóch takich samych biegów na orientację. Dystans ten sam, a różnica w czasie jego pokonania: 5 godzin. Ostatnio na takie dysproporcje natrafiłam, gdy na potrzeby zakwalifikowania się do jednego z biegów ultra wynotowywałam swoje tegoroczne starty. Okazało się, że pod Warszawą, gdzie bieg był prosty, a mapy aktualne i dokładne, pokonanie 63 kilometrów zajęło mi nieco ponad 9 godzin. Tymczasem na Roztoczu, gdzie często musiałam schodzić do wąwozów i brnąć przez śnieg, ten sam dystans zajął mi już 14 godzin. I w obydwu biegach byłam w czołówce dziewczyn! W biegach w terenie bardzo wiele zależy od warunków.
"Nie znam się na mapie"
To chcesz powiedzieć? OK, ja też się nie znałam, gdy zaczynałam startować. Zupełnie! Jednak już po kilku biegach nauczyłam się jako tako opracowywać warianty trasy, orientować mapę i nawigować w terenie. Wystarczyło, że nie zniechęciłam się po pierwszych zawodach. Teraz razem ze znajomymi - w większości poznanymi na zawodach na orientację właśnie - przez pół piątku jeździmy nawet w najdalsze miejsca Polski, by w sobotę dać się przeczołgać lasom i bagnom, a następnie w niedzielę wrócić do domu. Zdarza mi się nawet prosto z trasy siadać za biurkiem w pracy. To absolutne szaleństwo, ale nie potrafię sobie go odmówić!
W marszach i długodystansowych biegach na orientację - podobnie jak w biegach górskich i terenowych - nie musisz startować od razu na dystansie 50 kilometrów. Można zacząć od krótkich, miejskich imprez, które są zbliżone do biegów na orientację (są takie choćby w Warszawie, Krakowie czy Poznaniu - szczegóły poniżej), albo ok. 10- - 20-kilometrowych biegów w terenie. Nieźle aktualizowany wykaz takich zawodów znajduje się na stronie orienteering.waw.pl, zaś zestawienie imprez pucharowych na 50 i 100 kilometrów znajdziesz na stronie Pucharu w Pieszych Maratonach na Orientację, pod adresem pmno.pl.
Najciekawsze długodystansowe imprezy na orientację:
- Harpagan - kwiecień i listopad - woj. pomorskie
- Śnieżne Konwalie - styczeń - Zielona Góra
- Skorpion - luty - Roztocze
- Rajd Dolnego Sanu - marzec - woj. podkarpackie
- DyMnO - maj - północne Mazowsze
- Kierat - maj - Beskid Wyspowy
- Mazurskie Tropy - czerwiec - woj. warmińsko-mazurskie
- Izerska Wielka Wyrypa - sierpień - Dolny Śląsk, Góry Izerskie i okolice
- Mordownik - wrzesień - Małopolska
- Trudy - wrzesień - woj. zachodniopomorskie
- Nocny Marek - październik - Puszcza Bydgoska
- Nocna Masakra - grudzień - woj. zachodniopomorskie
Fot. 63. Jeszcze tylko podbicie finiszu i koniec. Zostałam wicemistrzynią Polski w Pieszych Maratonach na Orientację na 50 kilometrów
Informacje o pieszych maratonach na orientację znajdziesz tu:
- orienteering.waw.pl
- pmno.pl
- festiwalbiegowy.pl
Orientacja sportowa
Wygląda to tak: na kilka dni przed startem dostajesz komunikat techniczny, który przypomina trochę opis manewrów wojskowych - zawiera dokładnie opisane miejsce, czas startu określony co do połówki minuty i załączoną mapkę, a na niej zaznaczony teren zabroniony, czyli miejsca, w których bezpośrednio przed zawodami nie wolno się już pojawiać, by przez przypadek nie poznać miejsc ustawienia punktów kontrolnych. Te ostatnie są zwykle elektroniczne i potwierdza się je czipem. Zamiast widocznych z daleka biało-czerwonych lampionów są to niewielkie słupki z małym odblaskiem, numerem oraz malutką stacją z dziurą - miejscem, w które zbliża się czipa. Po zbliżeniu stacja wydaje charakterystyczny dźwięk "piiiip".
Dobrze jeszcze przed startem zorientować się, gdzie jest północ. Dzięki temu, gdy już dostajesz mapę, błyskawicznie odwracasz ją w dobrą stronę i już możesz ruszać we właściwym kierunku. Przyznaję, że nie od razu nauczyłam się tej taktyki - udało mi się to dopiero po kilku miesiącach startów. Gdy już ustawimy dobrze mapę, gnamy najprostszymi wariantami do kolejnych punktów, które trzeba podbijać po kolei, zgodnie z numeracją. Należy uważać na płotki, przez które nie wolno skakać, i tereny zabronione. Mapy są tak dokładne, że bez problemu zobaczysz, gdzie w terenie znajdują się budynki, przesmyki między nimi, małe ścieżki, a zaznaczone są też bramy i nawet pojedyncze drzewa czy drabinki na placach zabaw. Skala takiej mapy to zazwyczaj jeden do kilku tysięcy.
I nie, nie jest tak, że jeśli startują wszyscy razem, można gonić za jedną osobą, która poprowadzi nas kolejno punkt za punktem, a my wyprzedzimy ją na końcu i wygramy. Każdy startuje o swojej godzinie, a punkty na mapach umieszczone są w innych miejscach dla każdej kategorii. Wszystko po to, żeby ludzie nie mogli za bardzo się "śledzić". Co więcej, zawsze istnieje ryzyko, że pobiegnie się za kimś, kto się zgubi. A w skomplikowanych blokowiskach potrafią pogubić się nawet najlepsi!
Często zawodnicy, którzy są świetni w sprintach, na dłuższych dystansach radzą sobie dużo gorzej - i na odwrót. Ja, chociaż dobrze idą mi biegi na 50 i więcej kilometrów, miewam problemy ze startami na krótkich trasach z dokładnymi mapami. Zazwyczaj walczę o miejsca "od końca". Nic nie zmieni jednak tego, że to świetna zabawa. Nawet jeżeli zostaję zdyskwalifikowana, gdy nie zebrałam wszystkich punktów, kończę z uśmiechem. Nie walczę o puchar, dlatego porażki w ogóle mnie nie bolą. Każdy taki start to nauczka na przyszłość: żeby być bardziej uważną, szybciej kojarzyć, szybciej się orientować, dokładnie przyglądać się mapie, a nie gnać na oślep.
Jeżeli chcesz spróbować tego typu krótszych biegów, sprawdź, czy w Twojej okolicy nie ma miejskich zawodów na orientację. Na stronach Polskiego Związku Orientacji Sportowej (orienteering.org.pl) oraz na stronach orienteering.waw.pl i polskabiega.sport.pl znajdziesz szczegółowe informacje na temat większości biegów.
Fot. 64. Start zawodów Warszawa Nocą - jednego z szybkich biegów na orientację w Warszawie
Moje starty
BnO w miejskim parku
Krótkie zawody w miejskim parku. Brzmi niewinnie? Oj, dałaś się zmylić. Szybki Mózg to naprawdę mocna walka!
Jest jak zwykle: jak zwykle wychodzę z domu za późno, jak zwykle nie sprawdzam miejsca bazy zawodów i jak zwykle na start wpadam prawie spóźniona. Prawie. "Która minuta?" - pada pytanie. "Jedenasta" - odpowiadam. Tyle na szczęście zapamiętałam z listy startowej.
"Którą masz minutę?"
O co chodzi? Na pierwszym Szybkim Mózgu, czyli błyskawicznych zawodach w biegu na orientację w Warszawie, też nie wiedziałam. Bardzo szybko jednak koledzy wszystko mi wytłumaczyli. A chodzi o to, że chociaż zawody rozpoczynają się o 19:00, nie wszyscy stają jednocześnie na linii startu. Dzień wcześniej organizatorzy publikują listy startowe, na których każdy z uczestników ma przypisaną własną minutę, w której rusza (pełna minuta lub połówka). Moja w środę to 11:00, czyli rozpoczynam punktualnie o 19:11:00. Tuż przed startem dostaję do ręki mapę z narysowanymi 19 punktami kontrolnymi, które zdobywa się w kolejności od 1. do 19. Potwierdza się je nie perforatorem (jak to zazwyczaj bywa na długich rajdach), ale elektronicznie, w malutkich, porozstawianych w terenie stacjach.
Każdy ma już zorientowaną mapę i widzi na niej miejsce startu i swój pierwszy punkt. Lecimy! Każdy w swoją stronę. Mieszkańcy okolic parku Morskie Oko na warszawskim Mokotowie są zdezorientowani. "Co tu się dzieje?" - pytają co chwilę biegaczy. "Zawody, zawody są" - odpowiadam i pędzę, ile sił w nogach, do kolejnych punktów. Błyskawicznie, w ciągu kilkunastu minut, po okolicy rozbiegają się dziesiątki osób, a każda gna w inną stronę; przebiegamy przez parkowe trawniki, uliczki, chodniki, otaczamy bloki i skwery. Drugi, trzeci, czwarty punkt...
I naprawdę szybko biegnąc, szukamy, wciąż szukamy lampionów. A te pochowane są czasem w zmyślny sposób: przy śmietniku, w zaroślach albo na bardzo stromej górce od strony prawie całkiem zamkniętego podwórka. Na szczęście mapy, które dostaliśmy, są bardzo, bardzo dokładne. Zaznaczony jest każdy płotek, każda furtka, krzak czy sadzawka.
Kilka razy muszę pokonywać zbocze skarpy - raz w górę, raz w dół... Piętnasty, szesnasty punkt... "Dajesz, Kasia, dajesz!" - słyszę głos kolegi z długich zawodów na orientację. No to daję. Uciekam mu, ale zaraz potem to on przegania mnie. Wszystko przez to, że chwila, którą daję sobie na przemyślenie mapy, jest zbyt długa. Tutaj liczą się sekundy, to naprawdę Szybki Mózg!
Jeszcze siedemnasty punkt, dziewiętnasty jest w niewielkiej uliczce. Przejeżdżałam tam pół godziny wcześniej rowerem, dlatego bez patrzenia na mapę wiem, którą drogą najprościej wrócić do bazy. Tam do odbicia jest jeszcze ostatni punkt z oznaczeniem "finish". "Gdzie Łysek?!" - słyszę od innego kolegi, z którym mijam się tuż przed metą. W amoku ledwo słyszę pytanie. Coś tam bełkoczę i gnam dalej. Ostatnie metry, ostatnia prosta i wreszcie koniec!
Czas: 36 minut - żadna rewelacja. Ale nie podchodzę do tych zawodów zbyt poważnie. Na krótkich dystansach zawsze byłam słabsza: trzeba niesamowicie szybko myśleć, ogarniać każdy metr wokół siebie, a każdy błąd bardzo dużo kosztuje. Do walki zdecydowanie wolę długie dystanse - tam liczy się wytrzymałość i strategia. Bądźmy jednak uczciwi: czy coś, co nazywa się Szybki Mózg, może być słabym ćwiczeniem dla nawigacyjnej głowy? I tak właśnie - treningowo - go traktuję :)
Dziwne biegi
Pobudka o godzinie, która nie istnieje, szaleńcze - zakończone mandatem za zbyt szybką jazdę - przemierzanie miasta, żeby zdążyć na punkt zborny, potem trasa do Torunia i wreszcie mamy je! Nasze pakiety startowe z mikołajowymi czapami i czerwonymi szalikami. Most Wschodni, na którym stajemy zaraz potem, w chwili startu zaczyna się trząść. Jest na nim kilka tysięcy biegaczy - wszyscy żwawo ruszają w trasę Półmaratonu Świętych Mikołajów. Na wszystkich głowach czerwone czapy, których białe pompony podskakują w rytm biegu. Biegniemy bulwarami nad rzeką, potem przez Stare Miasto i przedmieścia, by wreszcie trafić do lasu. Warunki zmieniają się jak w kalejdoskopie: wygodny asfalt zamieniamy na ścieżki pokryte grubą skorupą lodu. Ludzie zaczynają tańczyć, a ja wyrzucam sobie, że nie spojrzałam na to, jak przebiega trasa, i wzięłam buty przeznaczone do asfaltu, a nie do biegania w terenie. Metę udało się osiągnąć, ale cały start nauczył mnie, żeby zawsze dokładnie sprawdzić, gdzie będę biec.
Jeżeli nudzi Cię już trochę zabawa w bieganie ciągle na tej samej trasie czy w tym samym lesie, spróbuj wyszukać nietypowe zawody w swojej okolicy. O Półmaratonie Świętych Mikołajów już wiesz, ale to nie wszystko. Biegami czci się ważne narodowe święta. W Warszawie od lat organizowane są Bieg Niepodległości, Bieg Konstytucji i Bieg Powstania Warszawskiego, które składają się na tzw. triadę "Zabiegaj o pamięć". Na tym pierwszym biegu po bokach trasy często stoją orkiestry wojskowe, które grają pieśni patriotyczne, a w tłumie wyszukać można np. biegaczy ubranych w wojskowe mundury. W czasie Biegu Powstania natomiast można się natknąć na barykady i powstańców, którzy się za nimi ukrywają.
Fot. 65. Warto szukać ciekawych biegów, takich jak np. Bieg Truskawki. Medal to... rzeźba truskawki
Są też luźniejsze okazje. Wiele osób wciąż pracuje, żeby urozmaicić żywot znudzonego biegacza. Jeżeli masz niedaleko siebie las albo miejscowość o dziwnej lub śmiesznej nazwie, biegacze albo już wymyślili bieg na ich cześć, albo zaraz to zrobią. W Warszawie dwa takie biegi odbywają się w Truskawiu i Żabieńcu. Jakie mogłyby być nazwy takich imprez, jeśli nie Bieg Truskawki czy Bieg Żaby? Właśnie na tych pierwszych, organizowanych w czerwcu, zawodach na mecie otrzymuje się koszyczek truskawek i medal w kształcie tego soczystego owocu. W Żabieńcu natomiast koszulki zdobi wielka zielona żaba.
Równie interesujący jest Bieg Łosia w Kampinosie (w logo tego parku narodowego jest właśnie ten zwierzak), na mecie którego otrzymuje się medal z łosiem. Rozgrywany jest również bieg w kopalni, po schodach na szczyt warszawskiego wieżowca Rondo1, a nawet... środkiem rzeki. W grudniową noc tradycją są Biegi od Metra, czyli wzdłuż warszawskiej pierwszej linii podziemnej kolejki. 31 października natomiast grupa znajomych biegaczy organizuje się na Dziady Kabackie, czyli nocną przebieżkę po lesie z zapalaniem lampek w miejscach pamięci. Dziewczyny (i nie tylko) mogą wybrać się na bieg na szpilkach czy bieg w sukniach ślubnych. Możesz też wystartować w Nocnej Ściemie, czyli biegu, który odbywa się w noc jesiennej zmiany czasu. Poprawiona życiówka gwarantowana!
Jeżeli chcesz znaleźć podobne nietypowe biegi w swojej okolicy, czujnie przeglądaj tematyczne fora dyskusyjne i portale społecznościowe. Wymieniaj się informacjami z ludźmi poznanymi przy biegowych okazjach. Po kilku tygodniach czy miesiącach okaże się, że na wszystkie imprezy zabraknie Ci kalendarza.
Najciekawsze biegi:
- Bieg Żaby - 10 km - Żabieniec
- Bieg Truskawki - 10 km - Truskaw, Puszcza Kampinoska
- Bieg Łosia - 17,4 km - Puszcza Kampinoska
- Bieg po Złoto - 5 km - październik, kopalnia złota w Złotym Stoku
- Podziemny Bieg Sztafetowy - 12 godzin - kopalnia soli w Bochni
- Półmaraton Świętych Mikołajów - 21,975 km - grudzień, Toruń
- Bieg Powstania Warszawskiego - 10 km - lipiec/sierpień, Warszawa
- Biegi Tropem Wilczym - różne dystanse w całym kraju - 1 marca
- 10K Parking Relay - sztafeta 5 × 2 km w podziemnym parkingu - styczeń, Warszawa
- LCJRun (bieg po płycie lotniska) - 5 km - maj, Łódź
- Bieg dookoła ZOO - 10 km - kwiecień, Warszawa
- Bieg Niepodległości - 10 km - 11 listopada, Warszawa
- Bieg Konstytucji 3 Maja - 5 km - 3 maja, Warszawa
Bieganie z psem
Bieganie z psem przyszło u mnie samo. Stało się to zaraz po tym, gdy na jednych z zimowych zawodów na orientację przez kilka godzin przemierzałam samotnie wąwozy w roztoczańskich lasach. Czułam się tam pewnie i bezpiecznie, ale z lasów musiałam w końcu wyjść. Trafiłam na nieuczęszczane drogi między niewielkimi miejscowościami, a po chwili musiałam wbiec także tam, gdzie byli ludzie. Pod sklepem z alkoholem powitały mnie pijackie okrzyki zgromadzonych tam panów, a zaraz potem oszczekały mnie i obiegły ze wszystkich stron niewielkie wiejskie kundelki. Przestraszyłam się nie na żarty. Bieganie tak samej po podobnych dziwnych miejscach, w których zawsze może znaleźć się jakiś podchmielony agresywny jegomość, nie jest zbyt bezpieczne. To wtedy do głowy przyszła mi myśl, żeby znaleźć sobie niezawodnego kompana. A idealny jest... pies.
Problem stanowiło tylko to, że jedynym czworonogiem, jakiego miałam, był 13-letni labrador Zorba, dla którego sensem życia było już tylko spanie, jedzenie i bardzo krótki spacer. Musiałam więc poszukać drugiego psa do naszej paczki. Nie od razu natrafiłam na ideał. Było kilka prób dogadania się z miejscowym schroniskiem, ale zabrakło porozumienia z tamtejszymi pracownikami. Zaczęłam przeglądać strony schronisk spoza Warszawy. Szukałam psa do ok. 5 lat, który byłby średniej wielkości - mniejszy od mojego labradora, ale większy od yorka. Warunkiem były też - jakkolwiek to zabrzmi - łapy wystarczająco długie, żeby mógł bez wysiłku przemierzać ze mną leśne ścieżki (i krzaki!). Odpadały wszystkie przepiękne, ale nisko zawieszone kundelki i małe, kieszonkowe pieski. Po tysiącu ogłoszeń, jakie przeglądałam na stronach schronisk i forach psiarzy, w końcu natrafiłam na fora ras północnych i to okazało się strzałem w dziesiątkę! Bo chociaż większość psiaków, na które natrafiałam, stanowiły psy wciąż dla mnie za duże, zdarzały się pojedyncze drobniejsze egzemplarze. W którymś momencie, gdy miałam już wrażenie, że przeczesałam cały internet, moim oczom ukazał się uroczy, ale i niezwykle... dziwny pysk skundlonego huskiego.
Fot. 66. Łysek to pies, który kocha biegać
Skundlony był na tyle, że jego uszy nie stały, tylko były oklapłe jak u labradora. Ale oczy pozostawały niebieskie, a pysk roześmiany, dokładnie jak u północniaków. Kształt miał trochę inny - mniej wilczy, bardziej okrągły - a na sierści odrobinę beżu, takiego samego jak mój labrador. Szerszy plan zdjęć ujawnił, że Whisky - tak wtedy miał na imię (w książeczce wpisano "Łyski") - jest średniej postury, a z sylwetki podobny jest właśnie do drobnego huskiego. Informacja szczegółowa mówiła o wadze 20 kg, czyli dokładnie takiej, jakiej szukałam. Umówiłam się na wizytę przedadopcyjną, po której dziewczyny z fundacji SOS Husky stwierdziły, że mój dom nadaje się dla Whiskiego. Kilka dni później byłam już w drodze do Rudy Śląskiej odebrać psiaka. Na miejscu okazało się, że mieszka w dużym kojcu razem z wieloma innymi psami. Dzięki jego błękitnym oczom udało się go odnaleźć w tłumie bez żadnego problemu. Pół godziny później Łysek, bo takie imię dostał w nowym domu, jechał już z nami do Warszawy.
Na biegowych ścieżkach pojawiliśmy się razem już następnego dnia. I wtedy Łysek po raz pierwszy mnie zaskoczył. Wszedł w krzaki przy drodze, załatwił wszystkie swoje potrzeby i od razu był gotów do ciągłego biegu. Ani na chwilę się nie zatrzymał, nie skręcał za zapachami do lasu, nie miał problemu z dopasowaniem prędkości. Po prostu idealny pies-biegacz! Dalej potoczyło się już szybko: kilka przebieżek po 20 kilometrów, kilka pięćdziesiątek na orientację, potem zawody, na których wyszło nam 75 kilometrów, a następnie nasz pierwszy ultramaraton Chudy Wawrzyniec, na którym razem z Łyskiem pokonaliśmy 84 kilometry. Pies przez cały bieg wyglądał, jakby dopiero co wyszedł na spacer, i oglądał się tylko, by mnie poganiać. Przez pierwsze kilka miesięcy startowaliśmy razem kilkanaście razy, głównie w pucharowych imprezach na orientację na 50 kilometrów.
Fot. 67. Gdy wejdzie w tryb biegowy, nie lubi się zatrzymywać
Jak zaadoptować psa?
- Określ swoje możliwości - jeżeli dużo biegasz, to nawet jeżeli mieszkasz w niewielkim mieszkaniu w bloku, możesz sobie pozwolić na psa większej rasy (albo większego kundla).
- Do biegania wybieraj rasy albo miksy ras, które są predysponowane do biegania. Takimi są m.in. rasy północne czy świetnie radzące sobie na biegach wyżły, a znam też i labradora.
- Przeszukaj ogłoszenia schronisk i fundacji zajmujących się adopcjami psów. Jeżeli wolisz kupić psa, rozeznaj się w hodowlach i hodowcach.
- Gdy już znajdziesz kandydata, dowiedz się od wolontariuszy w schronisku/fundacji albo od hodowcy, jaki jest charakter psiaka - chodzi o to, aby bieganie sprawiało mu przyjemność.
- Pamiętaj, że z przygarniętym psem będziesz dzielić kilka lub kilkanaście najbliższych lat swojego życia. Wyobraź sobie, co będziesz robić za 10 lat, a także co stanie się, jeżeli z jakiegoś powodu nie będziesz mogła biegać. Czy znajdzie się zastępstwo do wybiegania psa?
- Pies, który biega, potrzebuje dobrej, wysokobiałkowej karmy. Musisz mieć pewność, że będziesz w stanie zapewnić mu odpowiednie wyżywienie.
- Musisz być przygotowana na to, że pies może zacząć siać w domu zniszczenie. By tego uniknąć, należy pracować ze swoim psem. Jeżeli domowe metody nie poskutkują, skorzystaj z pomocy tresera albo behawiorysty. To koszty, które powinnaś brać pod uwagę.
Gdy Łysek ma dłuższą przerwę w bieganiu, zaczyna broić w domu. Błyskawicznie nauczył się otwierać wszystkie szafki i teraz, gdy się nudzi, korzysta z tej wiedzy. Na same przygotowania do biegania reaguje natomiast tak żywiołowo, że aż żal byłoby mu tę przyjemność zabierać. Na co dzień "wybiegujemy" go na zmianę z mamą - ja w weekendy, ona w tygodniu.
Jeżeli chcesz biegać z psem, musisz wykonać kilka niezbędnych kroków. Mnie udało się trafić na idealnie biegającego przyjaciela, ale tylko dzięki temu, że wcześniej dokładnie przejrzałam ogłoszenia, a potem długo rozmawiałam z wolontariuszkami z fundacji. Dziewczyny dobrze wiedziały, jaki powinien być charakter psa, i pod tym względem oceniały mój dom. Widziały też, że jest u mnie staruszek labrador, z którym nowy lokator będzie się musiał dogadać. Wolontariusze, którzy zajmują się bezdomnymi psami, starają się dobrze poznać swoich podopiecznych i - stosując tę wiedzę - pomagają dobrać idealnego psa. W swojej pracy stosują nawet kryterium, czy pies lubi mieć dużo ruchu, czy jest raczej kanapowcem. W żadnym momencie nie wolno dać się ponieść emocjom - należy "na chłodno" ocenić, czy nasz dom jest gotów na przyjęcie nowego lokatora oraz czy jesteśmy gotowi spędzić z nim następne kilkanaście lat swojego życia.
Fot. 68. Łysek świetnie czuje się na długich biegach w górach
Gdy już znajdziesz towarzysza, pamiętaj, że przy dużym wysiłku, jakim jest bieganie, musisz zapewnić mu zbilansowane jedzenie. W sklepach zoologicznych można teraz znaleźć wiele karm przeznaczonych dla psów-sportowców, ale zanim znajdziesz idealną, pewnie będziesz testować różne ich rodzaje. Przyglądaj się swojemu pupilowi, czy na danej diecie nie chudnie i jak wyglądają jego sierść oraz odchody. Pierwsza karma, jakiej próbowałam u siebie, skończyła się strasznym wychudzeniem Łyska, chociaż tak naprawdę dostawał więcej jedzenia, niż powinien. Na pewno miały na to wpływ długie zawody, w których akurat biegaliśmy, ale gdy tylko zmieniliśmy karmę na inną, momentalnie wróciła prawidłowa waga, a sierść zaczęła błyszczeć. Nowa karma okazała się strzałem w dziesiątkę.
Właściciele psów różnie też postępują z jedzeniem i piciem w czasie biegów. Ja zazwyczaj nie zabieram dodatkowej wody (chyba że wiem, iż teren jest bardzo suchy). Pies podpija sobie z rzeczek i jezior po drodze, dzięki czemu nie ma problemów z nawodnieniem. Zwykle też - jeżeli na trasie jest sklep - nie zabieram jedzenia. W czasie biegu kupuję Łyskowi kawałek - nie za duży - zwykłej kiełbasy i bułkę. Jeżeli sklepu ma nie być, zabieram garść psich chrupków. Powiecie: mało. Staram się nie karmić obficie Łyska przy bieganiu, bo może to spowodować np. wykręcenie żołądka. Po biegu natomiast, gdy w perspektywie mamy już tylko spokojny i leniwy wieczór, psu należy się większa niż zwykle kolacja.
Fot. 69. Biega w używanych do zaprzęgów szorkach, chociaż nie jest psem, który ciągnie. Tak jest mu po prostu najwygodniej
Co zabieram na bieganie z psem?
- Dodatkową wodę dla psa, jeżeli nie zanosi się na to, by na trasie były rzeczki czy zbiorniki wodne.
- Pieniądze, by w sklepie kupić psu kawałek kiełbasy i bułkę. Jeżeli nic nie wskazuje na to, by taki sklep znajdował się przy trasie, zabieram jedzenie dla psa ze sobą.
- Biegowe szorki i smycz. Ani na chwilę nie spuszczam psa w czasie biegu - ponieważ jeśli poczułby zapach dzikiego zwierzęcia, mógłby w pogoni za nim uciec bardzo daleko.
Fot. 70. Zdarza nam się razem biegać także na krótkich dystansach w podwarszawskich lasach
Moje starty
Od innej strony, czyli gdy meta goni Ciebie
A może dać się dogonić mecie? A właściwie walczyć, żeby się nie dać?! Jest pewna impreza, na której to nie zawodnicy osiągają metę, ale meta dogania ich od tyłu: Wings For Life - bieg, który odbywa się w tym samym czasie w kilkudziesięciu miejscach na świecie. U nas miastem-gospodarzem jest Poznań, a termin to początek maja. Chodzi o to, że biegacze ruszają z mety o danej godzinie. Po jakimś czasie trasą, którą biegną, rusza za nimi samochód-meta, który "zgarnia" tych, którzy są wolniejsi, i z godziny na godzinę przyspiesza. Oprócz samej przyjemności startowania szczytny jest cel imprezy. Całość dochodu z wpisowego jest przeznaczana na badania nad przerwanym rdzeniem kręgowym. Dzięki nim ludzie, którzy teraz są sparaliżowani, być może będą mogli kiedyś znów chodzić, a nawet... biegać!
W tym wyścigu można przyjąć dwie strategie. Pierwsza to nic nie planować, po prostu przyjść na start, pobiec ile sił w nogach, dać się dogonić i wrócić. Fajnie. Ale ja wybieram drugą: trochę poplanować, rozłożyć wysiłek i przebiec jak najwięcej się da. Gdy startuję po raz pierwszy, myślę, biorąc pod uwagę swoją formę, o 30 kilometrach, ale jeżeli uda się o pięć mniej, nie będzie tragedii. Przez całą trasę kontroluję tempo na zegarku. Według planu, aby pokonać 30 kilometrów, jeden powinnam przebiegać w 4:52 min. Szybko, ale do zrobienia. Na wiosnę jestem silna po zimowych treningach - przez kilka tygodni biegałam w śniegu - a od początku roku zaliczyłam już kilka długich biegów na orientację.
Po 2 godzinach i 26 minutach od startu (w tym właśnie momencie według wyliczeń "spotkam się" z jadącym za biegaczami autem) samochód będzie się poruszać z prędkością 16 km/h. Biegacz, żeby być szybszym, musiałby pokonywać 1000 metrów szybciej niż w 4 minuty. Ja z taką prędkością potrafię co najwyżej wbiegać na metę (taką zwykłą, tradycyjną linię) - a i to nie na wszystkich zawodach. Przed WFL próbuję wizualizować: a może na ostatnich metrach ucieczki będzie jak zwykle przed metą - przyspieszę i będę uciekać, ile tylko sił w nogach zostanie i na ile tchu wystarczy. Tętno podskoczy do granic możliwości. Pognam jeszcze przez chwilę - na tyle, na ile tylko pozwoli zmęczenie, i na tyle, ile sił da finiszowa adrenalina. A potem padnę na pobocze. Oddech trzeba będzie pewnie łapać dłuższą chwilę, potem uda się wstać i przejść kawałek. A jak jest naprawdę? Wcale nie tak łatwo doczekać się na dojeżdżającą metę.
Do Poznania jadę rano - mogę sobie na to pozwolić, bo trasa jest krótka i prowadzi autostradą. Jednak zaraz po starcie robi się trudniej, niż przewidywałam. Pierwszy problem to zapiekanka, którą zjadłam na stacji po drodze. Po kilku kilometrach biegu zaczyna boleć mnie brzuch. Poza tym okazuje się, że trasa wcale nie jest tak płaska, jak myślałam. Nie znając Poznania, muszę podsłuchiwać rozmowy biegaczy, którzy wymieniają się informacjami na temat czekających nas podbiegów. Gdy dowiaduję się, kiedy będzie pod górę, robię sobie wcześniej czasowy zapas - biegnę szybciej, by odrobić stratę, która powstanie na odcinku pod górę. Na kilometr wychodzi mi poniżej 5 minut - to dobrze.
Fot. 71. Wings for Life World Run to nietypowy bieg. Meta goni na nim zawodników
Gdzieś po trzynastym kilometrze, kiedy zapiekanka ze stacji daje mi się już solidnie we znaki i zaczynam się zastanawiać, czy to nie moment, by wycofać się z wyścigu, mijam mocnego zawodnika z czołówki, który rozmasowuje sobie nogę. Widać, że złapał go mocny ból, ale mimo to walczy i gna dalej. "Jesteś piątą albo szóstą dziewczyną. Trzymaj tempo" - mówi i rusza do przodu. "Co?! Piąta albo szósta? No to nie ma innej możliwości, tylko olać słabości i ścigać się do końca" - myślę. Potem jeszcze kilka razy w żołądku odzywa się silny ból, ale udaje się z nim wygrać. Niestety, kosztem spowolnienia - kolejne kilometry robię już w tempie 5:10 - 5:15. Wyznaczam sobie kolejne cele - już nie 30 kilometrów, bo wiem, że to się nie uda. Półmaraton udaje się zrobić w 1:47. "O kurczę, przypadkowo zrobiłam życiówkę!" - myślę. To dodaje sił, ale tylko na chwilę. Potem gnam już tylko "na przetrwanie", kilometr po kilometrze. "Gdzie ta meta?!" - głośno wypytuję innych biegaczy. Na to odzywa się jeden z nich: "Miałem przebiec 10, teraz chcę dobić do 23, też dasz radę. Chodź, uciekamy!" - dopinguje mnie. OK, dam radę. W końcu, po 23. kilometrze, rozlega się kobiecy, mocno już zmęczony krzykiem głos: "Uciekajcie, uciekaaaaajcieeeeee, jeszcze was nie ma! Uciekaaaaajcieeeee!". To dziewczyna na quadzie, który jedzie tuż przed metą. Ostrzega, że auto jest już blisko, ale jeszcze nas nie dogoniło. Uff, wybawienie - wygląda na to, że koniec jest już naprawdę blisko. Niby właśnie teraz nadszedł czas na najostrzejszą walkę, a ja już zupełnie nie mam sił. Myślę tylko o tym, żeby już móc przestać biec. Nagle równo z quadem mija mnie inna biegaczka. Gdyby to był jakikolwiek facet, dałabym spokój, ale dziewczyna?! O, nie! Tylko jak ją wyprzedzić, skoro nie mam już zupełnie pary w nogach?! "Dawaj, to ostatnie metry, daj z siebie wszystko, ostry finisz!" - teraz do walki zagrzewa rowerzysta, który jedzie przed samą metą. "Ale ja nie mam siły" - odpowiadam i czuję, że nogi mam już jak z ołowiu. On jednak znajduje sposób, żeby wzbudzić wolę walki. "Dawaj, do flagi!" - mówi, mając na myśli oznaczenie 24. kilometra. Zostało do niego jakieś 100 metrów. "A, OK, do flagi to spoko" - odpowiadam i nagle udaje się wejść na wyższy bieg! Nogi zaczynają nieść jak szalone. Nie mam pojęcia, jak to się dzieje, ale moje tempo znów schodzi poniżej 5 min na kilometr. W rezultacie wyprzedzam moją rywalkę. Gdy do flagi brakuje dosłownie kilku metrów, w końcu mija mnie meta. Nie od razu przestaję biec, bo nie od razu uświadamiam sobie, że to już. Dopiero gdy przejeżdża drugi samochód, daję spokój. Padam w trawę na poboczu. Jest tak, jak myślałam - odpoczywam chwilę bez ruchu, potem wstaję i jeszcze kawałek idę. 30 kilometrów się nie udało, ale 24 to też dobry wynik. Kibice mówią, że jestem w pierwszej dwudziestce dziewczyn. Liczyli wszystkie zawodniczki po drodze.
Sama urozmaicaj treningi
Jeżeli nie chcesz biegać na zawodach, a zwykłe treningi Cię nudzą, spróbuj je urozmaicić. Sama co pewien czas wymyślam nietypowe wyzwania biegowe, związane z rocznicami albo z wykorzystaniem miejskich atrakcji.
Na rocznicę pierwszych wolnych wyborów pobiegłam na pobliskie Wzgórze Trzech Szczytów, potoczne nazywane "Kazurką". Wymyśliłam, że zdobędę je 25 razy, po razie za każdy rok od czerwcowych wyborów. Początkowo próbuję wbiegać na najwyższy z trzech szczytów. Po pierwszym podbiegu mam jednak straszną zadyszkę. "Jeszcze 24? Zdechnę!" - myślę. Ale zadanie to zadanie. Na następne podbiegi wybieram już inny, trochę niższy wierzchołek. Przy nim pozostaję już niemal do końca, nie znaczy to jednak, że jest łatwo. 2, 3, 4, 5, 6... 7... Zaraz, 7 czy 8? Szybko zaczynam gubić się w liczeniu. Przy zmęczeniu zdarza mi się często mylić, gdy muszę opanować jakieś liczby. Od tej pory postanawiam skupić się jednak na powtarzaniu w myślach numeru konkretnego podbiegu. "8, 8, 8, 8, zbieg, juhuuuuu, 9, 9, 9, 9, zbieg..." - liczę. Gdy zbliżam się do 20. podbiegu, z głośników w pobliskim bloku zaczyna dochodzić do mnie muzyka: Black or White Michaela Jacksona i It's my Life Dra Albana. Ale numer! Właśnie przy tych kawałkach, nagranych na kasety i puszczonych w walkmanie, w latach 90. ze słuchawkami na uszach chodziłam do szkoły, jeździłam starymi autobusami, robiłam zakupy na Stadionie Dziesięciolecia i jadłam zapiekanki na Centralnym. A, no i oczywiście tańczyłam z chłopakami na dyskotekach szkolnych. Na to wspomnienie uśmiecham się szeroko. Razem z muzyką na balkonie pojawiają się też ludzie, którzy w jednym z mieszkań akurat urządzają imprezę. "Patrz, jak laska biegnie. I jeszcze przyspiesza!" - przez muzykę przebijają się głośne rozmowy prowadzone na balkonie. Jak na komendę faktycznie zaczynam jeszcze przyspieszać. A co! Od tej chwili już prawie do końca udaje mi się utrzymać dobre tempo, ale z każdym następnym okrążeniem muszę coraz bardziej uważać na zbiegach. Na końcu jest już całkiem ciemno, a na trawie pojawia się rosa, przez co robi się bardzo ślisko. Po podbiegu numer 24 dociera do mnie, że to już prawie koniec. Chyba wcześniej nie wierzyłam, że dam radę. Ostatni raz szczyt zdobywam już na piechotę - w plecaku, który tym razem targam na szczyt, mam koc i picie. Chcę spędzić na "Kazurce" jeszcze trochę czasu - popatrzeć na lądujące samoloty i na nocny Ursynów. "To będzie świetne lato. I kolejne lata też!" - myślę.
Teraz uśmiecham się na samą myśl o tych szalonych podbiegach po ciemku. To był jeden z treningów, które pamięta się do końca życia.
Albo inny, gdy razem z moim ówczesnym chłopakiem i kumplem wybraliśmy się w trójkę wieczorem do lasu. Środek zimy, ale śnieg nie zalega. Wysiadamy z samochodów. I zaczyna mżyć. Klasyka. Potem jest już tylko gorzej. W twarz wieje nam mocny wiatr, który dodatkowo wzmaga się, gdy dobiegamy do skraju lasu. Dalej nasza droga biegnie wzdłuż krawędzi lasu - te kilka kilometrów biegniemy w takim zimnie i wilgoci, że potem na twarzach robią nam się lodowe skorupki. Do tego mamy zupełnie oszronione brwi i czapki - wyglądamy jak święte Mikołaje. Gdy wiatr sprawia, że nie czuję policzków, nie jest mi do śmiechu. "Jesteśmy kompletnymi idiotami! W takich warunkach do lasu, a można było z ciepłą herbatą w fotelu siedzieć..." - myślę. Co powiedziałyby o mnie koleżanki? Byłoby to krótkie, acz treściwe określenie: "wariatka". Ale gdy trening jest już zaliczony i rozciągamy się przy autach, dopada nas kompletna głupawka. Chichrając, robimy sobie zdjęcia oszronionych twarzy i cieszymy się, że to już za nami. Koleżankom z pracy w ogóle nie chwalę się, co robiłam poprzedniego wieczora.
Fot. 72. Zdjęcie, które zrobiłam w czasie szalonego biegania w nocy, w śnieżycy i przy ostrym wietrze. Śmiechu było co nie miara
A jak urozmaicić sobie bieganie na orientację? Tutaj także coś wymyśliłam. W czasie jednego z treningów biegowych nad Wisłą zauważyłam słupek z małym, nadrukowanym lampionem i napisem ze słowem "orientację" na tabliczce. "Chyba jest coś, o czym nie wiem" - pomyślałam podejrzliwie, ale nie miałam czasu, żeby zatrzymać się i przyjrzeć co to. Gdy wróciłam do domu, od razu sprawdziłam w internecie. Okazało się, że to lampion ze stałych tras, jakie kilka miesięcy wcześniej zostały wytyczone po obu stronach Wisły. W internecie do dyspozycji są cztery mapy z naniesionymi 40 punktami. Wymyśliłam, że można jednego dnia spróbować podbić je wszystkie - od Mostu Siekierkowskiego do Mostu Północnego. Ale jaka frajda z robienia tego samej? Założyłam więc na Facebooku stronę "Wisła Czalendż" i zaprosiłam do zabawy moich znajomych. Wpadłam na pomysł, żeby każdy zrobił tę trasę we własnym zakresie i zmierzył czas. Na dowód zdobycia punktów mieliśmy wykonywać zdjęcia. W ciągu pierwszych dwóch dni dołączyło do zabawy 40 osób! Wygląda więc na to, że nie tylko ja szukam nowych pomysłów na urozmaicenie treningu!
Inny kolega spontanicznie zaprosił kilkoro znajomych na wspólne niedzielne bieganie. Chodziło o teren nad Wisłą, którego nie znam, więc po raz pierwszy wybrałam się z ciekawości. Byłam tylko ja i kilku facetów. "Jak ja im dam radę?!" - myślałam. Ale ustawiłam się na początku grupki i pognałam przodem. Dzięki temu chłopaki też nie za bardzo przyspieszali i udało mi się przebiec z nimi 14 kilometrów. Tydzień później ten sam kumpel znów zaprosił znajomych na trening. Tym razem przyszło już kilkanaście osób, w tym trzy dziewczyny, a do naszych dwóch psów dołączył trzeci. Przebiegliśmy lasami ok. 20 kilometrów. Na kolejny trening zadeklarowało się już tak dużo znajomych, że kolega zadecydował o utworzeniu dwóch grupek biegowych - w zależności od deklarowanej szybkości. Biegowe szaleństwo rozkręca się samo!
Fot. 73. Dzięki inicjatywie kolegów na biegowych ścieżkach w Falenicy spędziliśmy wiele godzin
Moje starty
Energy Takeover Warsaw
Niektóre z imprez bywają otoczone aurą tajemnicy. Tak było w przypadku Energy Takeover Warsaw - biegowej gry miejskiej zorganizowanej w wiosenny wieczór w Warszawie. Wiadomo było tylko tyle, że wieczorem punktualnie o 21:00 mieliśmy być na lewym brzegu Wisły przy 511. kilometrze. Tam wszystko miało się okazać. Aha, wiadomo było jeszcze, że są trzy drużyny: żółta, niebieska i różowa. Ja jestem w tej ostatniej, a jej przywódcą jest Piotr "Kędzior" Kędzierski.
Rajtki - są, koszulka - jest... i chyba tyle. Kompas? Nikt chyba nie weźmie kompasu, na bieg zgłosiło się niewielu "orientalistów". Czołówka? Nie wiem, czy blogerki będą chciały psuć sobie fryzury, pewnie nie wezmą. Też zostawiam. "Pewnie dostaniemy jakieś proste mapki, żeby się amatorzy nie pogubili, i ruszymy w miasto" - przewiduję. I dostaję do ręki. Tę mapę. Mapę! To karteczka z wymienionymi punktami, tzw. "Boost Pointami", w których do wykonania będą zadania. Mapa? "Dostaliście mapy..." - mówi Kędzior. "To nie mapa, to legenda!" - krzyczy ktoś z tłumu. "Nooo właśnie, legenda, czyli mapa..." - kontynuuje. Okeeeej. Na szczęście wszystkie punkty dobrze znam, prawdziwą mapę również mam w głowie. Przy okazji wieczornych biegów z mapą dobrze poznałam też niektóre nieoczywiste skróty.
Pierwszy przebieg jest prosty. Pędzę szaleńczo - wystartowałam z chłopakami na samym początku, a nadają naprawdę mocne tempo. Później na wykresie sprawdzę, że było to poniżej czterech minut na kilometr. "Spoko, tylko do punktu, potem będzie można odpocząć" - pocieszam się. I pędzę. Gdy wreszcie trafia się chwila na złapanie oddechu, serce - zamiast zwalniać - zaczyna jeszcze przyspieszać. Nie wiem dlaczego - informacja o tym, co nas czeka, chyba nie od razu trafia do odpowiedniego ośrodka w mózgu. Okazuje się, że zadanie do wykonania to skok z mostku na wielki, dmuchany balon. Po schodkach wchodzę jeszcze na adrenalinie, ale gdy przychodzi moment skoku, cofam się na chwilę znad przepaści. Po chwili skaczę, a co tam! "Na tyłek, na tyłek skaczemy" - instruują chłopaki z obsługi. Oczywiście, że nie udaje mi się na tyłek. Ale źle nie jest. Nawet wesoło. Chwila odpoczynku właśnie minęła, trzeba szybko zwijać się z dmuchanego bąbla.
Dalsze punkty są już prostsze - ścianka dla fotoreporterów, przed którą trzeba przebiec (i ładnie się zaprezentować), i znów ścianka, ale pochyła, jak dla rolkarzy albo skaterów. Przy ostatnim punkcie, na Mariensztacie, przez chwilę znów się boję. Z oddali słychać dźwięk jakby wielkiego silnika samolotu. Wygląda na to, że musimy przebiec przed tym czymś i narazić się na urwanie głowy! "Jeju, co my będziemy tam robić?!" - zastanawiam się. Okazuje się, że mamy wbiec w tunel, przy którym faktycznie stoi wielki silnik. Spodziewam się, że wiatr będzie nam urywać głowy, a tu... leciutki zefirek. Ale jest przy tym bardzo wesoło! Tym bardziej że do mety mamy już ostatnią prostą na Nowe Miasto. Tutaj droga mija bez niespodzianek - jesienią biegałam w tym miejscu z mapą i dobrze znam te uliczki oraz skróty. I pomyśleć, że wystarczą jedne zawody, by od razu pewniej czuć się w nieznanym terenie...
Skąd informacje?
Jeżeli szukasz podobnych interesujących wydarzeń biegowych, przeglądaj regularnie kalendarze biegowe, które znajdują się na biegowych portalach (bieganie.pl, maratonczyk.pl, tvnmeteoactive.pl). Redakcje wyszukują nawet małe, lokalne imprezy, dlatego bez trudu znajdziesz wydarzenia z najbliższej okolicy. I nie zawsze będzie to klasyczny bieg - zdarzą się "orientacje" i gry miejskie.