Utrzymujesz tedy, kochanku, że człowiek, który przed chwilą ztąd
odszedł, jest dzikim... jak powiedziałeś? Buszmanem? a tak,
buszmanem, bo miał na sobie surdut, przypominający epokę
pradziadowską i głośno przyznał się, że jak żyje nie był na żadnym
raucie, nie jadł ostryg i nie tańczył kotyljona. No, istotnie, na
rautach nie bywać, smaku mięczaków nie znać i nie posiadać o
kotyljonie nocyj najlżejszych, to jest coś nadzwyczajnie dziwnego,
coś, co najzupełniej dowodzi, że człowiek ten jest dzikim, a zmusza
do zastanawiania się nad tem, jakim sposobem wplątał się on pośród
nas ucywilizowanych, tak doskonale ucywilizowanych, że nic mówiąc
już o surdutach, rautach, kotyljonach i mięczakach, znamy się
wybornie na chińszczyźnie, japońszczyźnie, kokotach, flircie, na
kamieniach żółciowych, starej porcelanie, sporcie, wincie, katarach
wszelkich rodzajów, pesymizmie,
fin de si?cle'u i teorji gremjalnego samobójstwa
ludzkości. Tak, tak; jakim sposobem ta naiwność i pierwotność
zdołała wplątać się pomiędzy naszą zawikłaność i subtelność?
Jednak, czy wiesz, kochanku, przychodzi mi do głowy
wątpliwość pewna, ta mianowicie, czy człowiek, którego tak trafnie
nazwałeś buszmanem, nie pochodzi wypadkiem - z puszczy. Bo widzisz,
jeżeli pochodzi z puszczy... to, kto wie? czy nie posiada pewnego
specjalnego gatunku cywilizacji, że tak powiem, puszczowej, i, czy
nie należałoby, ot tak, dla ciekawości, przypatrzeć się mu zblizka?
Bywa niekiedy, że puszcze przysyłają wielkim miastom egzemplarze
ludzkie bardzo zabawne, po których jednak przemknięciu, czujemy woń
żywicy i tęsknotę ku mlecznym drogom. Żywica zaś, jak wiesz
zapewne, leczy i rozszerza płuca, a mleczne drogi, to wedle poetów
szlaki nadziei, rozciągnięte nad ciemnem przestworzem, dlatego, aby
ludzie nie wierzyli w wieczne trwanie ciemności i mieli odwagę żyć
do rana... Otóż i wpadłem w liryzm! Zawsze mi się to przytrafia,
ilekroć przypomnę sobie tę kobietę... Ach, była to także buszmanka!
Ale, czy czujesz zapach sosnowego boru, mięty, macierzanki, pola
świeżo wzruszonego pługiem? Czy nie zdaje ci się, że w ciemnem
przestworzu szlak drżącej światłości pomyka kędyś, wysoko daleko?
Było to dość niedawno i bardzo dawno temu, bo czas jest
rzeczą zupełnie względną i dwadzieścia kilka lat nie wystarcza, aby
w zwykłym porządku rzeczy zaprowadzić młodzieńca do grobu, ale
zupełnie wystarcza, aby mu dać uczuć jego blizkość i konieczność;
gdy zaś raz to uczucie w nas powstanie, Boże wielki! ileż rzeczy
przedstawia się nam we wcale innem, aniżeli przedtem oświetleniu.
Nie uwierzysz, kochanku, jakie dziwolągi wyprawia przed oczyma
ludzkiemi światło z doświadczeń życia i z blizkości grobu bijące.
Sprowadza ono w dziedzinie idei, zarówno jak ludzkości, przewroty
szczególne: królewny przemienia na pokojówki, kopciuszki na
księżniczki.
Było to tedy przed dwudziestu kilku laty. Stryj twój,
który w tej chwili z siwiejącą czupryną i ociężałą figurą,
opowiadać ci zaczyna tę historję, był podówczas młodzieńcem, od lat
kilku wyemancypowanym z pod feruły szkolnej i wszelkiej innej, a w
szkole życia bynajmniej nie nowicjuszem.
Oh, loin de la! Miałem już za sobą kilka lat egzercycji w
sztuce uprzyjemniania życia sobie i innym; a tak, nietylko sobie,
ale i innym także, bo przyjemność podzielona, jest dopiero
prawdziwą przyjemnością. Spodziewam się, że w obecnej
powierzchowności mojej spostrzegasz jeszcze ślady tego, że byłem
przystojnym,
h?las, ślady tylko, ale nie wyobrazisz sobie jaką
niezmierną wagę, w pewnym okresie życia, mają dla nas wszelkie
ślady! Taką wagę one mają, że niekiedy oddalibyśmy resztę życia za
to, aby były nieco innemi. Byłem także doskonale ucywilizowanym, co
nie pozwalało mi zagrzebywać się na wsi i budziło we mnie cały rzęd
potrzeb nieprzepartych, którym zadośćuczynić mógł tylko
kilkomiesięczny co roku pobyt w wielkiem mieście. Część pozostałych
miesięcy upływała mi w ładnym majątku, którego byłem wyłącznym i
niezależnym posiadaczem, a część w podróżach, bo wiesz sam, że
podróżowanie należy do cech niejako pierworodnych i potrzeb
zupełnie nieprzepartych człowieka kompletnie ucywilizowanego. Miałem przyjaciół i towarzyszów z umysłami i charakterami
rozmaitemi, niemniej ze stron wielu do siebie wzajem i do mnie
podobnych, co zresztą jest naturalnem pomiędzy ludźmi jednostajnego
pochodzenia, urodzenia i wychowania. Mogę ci zaręczyć, że wszyscy
razem nie stanowiliśmy kupy łotrów, ani głupców, owszem, wcale
nieźli i roztropni, a już najpewniej bardzo przyjemni byli z nas
chłopcy. Serca nasze nie były zbyt twardo opancerzonemi przeciw
cierpieniom współbraci, nad któremi umieliśmy się litować
najczęściej wprawdzie w sposób bierny, czasem jednak i czynny, bo
sięgnięcie do kieszeni po portmonetkę nie jest przecież czem innem
jak tylko czynem, a w głowach naszych mieściło się sporo oświaty,
zdobytej na ławach szkolnych i uniwersyteckich, zaczerpniętej też z
kilku literatur, których byliśmy, jak na amatorów, znawcami dość
biegłymi. Nie należy też wyobrażać sobie, abyśmy dni i noce trawili
na uciechach do dziedziny zoologji należących. Bywało tam niekiedy
to i owo w tym rodzaju, lecz zawsze pozostawiało w nas niesmak i
niezadowolenie z samych siebie. Na ogół, zwierzęce instynkty
przytłumiał w nas pewien gatunek wrodzonego może idealizmu, a
daleko więcej i pewniej smak dobry, przez estetyczne otoczenie i
artystyczne zamiłowania wykształcony. Kiedy się jest znawcą i
miłośnikiem pięknych obrazów, niechętnie czyni się z samego siebie
obraz szpetny. Znaliśmy się na obrazach, poezji, powieściach,
odrobineczkę nawet na architekturze, ale pierwsze miejsce w
upodobaniach naszych tego rzędu zajmowała muzyka. Przepadaliśmy też
poprostu za scenicznemi przedstawicielkami tej sztuki i sztuk jej
pokrewnych, co przyznaj, że ze względu na pierwotne źródło, należy
do najszlachetniejszych odmian erotyzmu. Czytywaliśmy dzienniki i z
nich przedewszystkiem czerpaliśmy wiadomości i wyobrażenia o
bieżących pojęciach filozoficznych, społecznych, naukowych, tak, że
i pod tym względem nikt sprawiedliwy obskurantyzmu zarzucićby nam
nie mógł, owszem, byliśmy bardzo zdolni do poważnej, albo, wedle
okoliczności, dowcipnej rozmowy o takich np. ideach, jak modna
podówczas i roznamiętniająca umysły darwinowska teorja ewolucji
gatunków, emancypacja kobiet i t. p. Szczególniej na kanwie tej
ostatniej haftowaliśmy z przyjemnością różne esy i floresy. Była to
prawdziwa arena popisów dla dowcipu, który wytwornemi drwinami z
tej idei towarzystwo bawił i dla wspaniałomyślności, pod której
natchnieniem z rycerską galanterją ofiarowywaliśmy się spełnić
życzenia płci słabej i pięknej. Co do pojęć i dążeń już nie
ogólno-ludzkich, ale własne społeczeństwo na celu mających,
wiedzieliśmy bardzo dobrze, iż jesteśmy pokoleniem, które na drogę
życia wstępuje w dniu feralnym, i zasmucało to nas niewątpliwie,
lecz aby ta feralność specjalnie na nas wpływać miała, aby wynikała
z niej dla nas potrzeba, czy powinność jakiej metamorfozy, to nam
poprostu do głowy nie przychodziło. Byliśmy takimi, jakimi we
wszystkich ucywilizowanych krajach byli młodzieńcy takiego, jak
nasze, urodzenia i wychowania, i gdyby ktokolwiek powiedział nam,
że innymi być powinniśmy, albo możemy, rozśmieszyłby nas
serdecznie. Wolelibyśmy zapewne, aby pogoda była jaśniejszą,
byliśmy nawet zdolni dokonać dla poprawienia się pogody niejednej
ciężkiej albo i bohaterskiej ofiary, gdyby entuzjazm nasz został w
tym kierunku rozbudzony... bo nie pozwalam tobie i nikomu wątpić o
tem, że posiadaliśmy w sobie z krwią ojców odziedziczoną zdolność
do świętego i na bohaterskie ofiary umiejącego zdobywać się
entuzjazmu. Ale entuzjazmy mają to do siebie, że potrzebują być
rozbudzanemi, że zaś naszego nic w chwili owej nie rozbudzało, więc
drzemał, a myśmy nie potrzebowali nawet rezygnować się na to, o
czem normalnie przez długie dni i tygodnie zapominaliśmy
najzupełniej. Cóż? młodość, dostatek, natura ludzka, wielkie
miasto, doskonałe ucywilizowanie i t. d. i t. d., wszystko to
złożyło się na uczynienie z nas grupy chłopców miłych, oświeconych,
dość moralnych, zupełnie estetycznych, którzy u początku dnia
feralnego, ani myśląc o wpatrywaniu się w jego głębie, przepędzali
czas bardzo wesoło i przyjemnie.
Ach, mój kochany, gdy młodość przeminie, ze wszystkich
przyjemności, któremi nas ona w połączeniu z dostatkiem i oświatą
obdarzała, tą, którą człowiek dość moralny i zupełnie estetyczny
wspomina najczulej, najtęskniej, jest flirt. Byłem zapalonym
wielbicielem i praktykantem tej odmiany erotyzmu, której z żadnego
punktu nic zarzucić niepodobna, bo zawiera w sobie zarówno
pierwiastki piękna, jak niewinności i użyteczności. Sam wiesz
bardzo dobrze czem jest flirt, ale jako starszy doświadczeniem,
mogę do wiedzy twojej dorzucić parę okruchów. wszystkiem, flirt
jest dla zebrań towarzyskich tem, czem są trufle dla sosów, wanilja
dla kremów. Bez niego, przerobiłyby się one na posiedzenia
pedantów, dyskutujących z błękitnemi pończochami o pokładach
antydiluwjalnych i monetach bitych za czasów króla Assurdababela.
Poprostu, przechodzi to moje pojęcie, w jaki sposób przyjemni
panowie i pełne wdzięku panie przestawaćby z sobą mogli, gdyby nie
było flirtu. Następnie, ma on tę dobrą stronę, że nietylko nie
szerzy w świecie pożarów miłości, ale owszem, przez rozdrabnianie
jej na dawki minimalne, dąży do zupełnego znihilizowania jej
wpływów na organizmy ludzkie. A nie jestże to widocznym awantażem
dla świata, jeśli z powierzchni jego znikają stopniowo gminne
gruchania turkawek i niebezpieczne płomienie wulkanów? Nakoniec,
flirt to uczy zastosowywania jednej z najważniejszych reguł
cywilizacji, którą jest, że wszystko czynić można, byleby czynić
pięknie, i wytwarza znaczną sumę rozkoszy, oczyszczonej z
najdrobniejszych atomów odpowiedzialności; bo, jeśli w pewnej
ilości wypadków napaja duchy pierwiastkami wartości wątpliwej,
ciała natomiast zawsze i całkowicie niewinnemi pozostawia - a o to
tylko idzie!
W porze, o której mówimy, w kółku towarzyskiem, do którego
należałem, mistrzynią flirtu, prawdziwie poświęconą jego kapłanką
była kuzynka moja, Idalja, w której domu spotkałem tę dziką...
Był to u kuzynki Idalji, albo poprostu, jak od dzieciństwa
ją nazywałem, u Idalki,
jours fixe, mniej więcej podobny do wszystkich przeszłych
i teraźniejszych
jours fix'ów, ale bardzo ładny. Jeszcze jedna mała
dygresja. Te
jours fix'y są rzeczą niezmiernie pożyteczną i przyjemną,
zwłaszcza jeżeli odbywają się u kobiety pod każdym względem
uzdolnionej do zadania, którego trudności bynajmniej lekceważyć nie
należy, bo wymaga ono wielu odpowiednich przymiotów umysłu i
charakteru, jak np. dowcipu, żywej wyobraźni, niestrudzonej
pracowitości, heroicznego znoszenia cierpień fizycznych i
moralnych, które z
jours fix'ami nieszczęśliwie zbiegać się mogą i t. d. i.
t. d. Jeżeli gospodynie domu w dostatecznej dozie przymioty te
posiadają, ich
jours fix'y mogą być nadzwyczaj użytecznemi, bo w pewien
zasób zaproszeń na nie zaopatrzony, nie potrzebujesz suszyć sobie
głowy nad sposobami zabicia czasu, ani zabijać go w sposób
benedyktyński lub zoologiczny, co przedstawia dwie ostateczności,
których, jak wszelkich ostateczności, człowiek pewnej sfery
towarzyskiej i pewnej skali cywilizacyjnej uniknąć woli. Tutaj,
trochę muzyki, trochę deklamacji, trochę flirtu, czasem
une petite sauterie, czasem niedługi występ
d'un grand, albo
d'une grande artiste, przeważnie zaś rozmowa, taka
rozmowa, któraby w najmniejszym stopniu umysłów nie nużyła, w
najpoważniejszych nawet fazach swoich nie przestawała być lekką,
ozdobną i broń Boże, nie przerywała się ani na trzy minuty. To
ostatnie jest bardzo ważnem. Sekunda przerwania się rozmowy i
ogólnego milczenia, to nic jeszcze, minuta, to gruba przykrość dla
gospodyni, ambaras dla gości, ale trzy minuty, to już cios, o
którym ona z rumieńcem wstydu, a oni z sarkastycznemi uśmiechami
długo wspominać będą. Trzeba koniecznie mówić, mówić, mówić, ze
wszystkich wątków przęść nić rozmowy gładziutką, błyszczącą,
czepiającą się wszystkiego co na niebie i ziemi istnieje, lecz do
niczego nie przyczepiającą się ani silnie, ani długo. Zresztą,
ubrania pań i panów powinny być zupełnie takiemi, jakiemi, wedle
panującej mody, być powinny, i jeżeli moda dyktuje podawanie
wieczerzy zimnej, trzeba podawać zimną, jeżeli gorącej, to gorącą,
jeżeli
petit four'ów, to
petit four'y, a jeżeli kanapek to kanapki. I wszystko.
Zdaje się, bagatela, jednak, mój kochany, jest to praca, mnóstwo
sił zużywająca, ale w tym wypadku pewniej, niż w każdym innym
twierdzić można, że są to siły zużywane dobrze. Spóźniłem się nieco, umyślnie dlatego, aby oczekiwaniem
podręczyć trochę Idalkę, z którą od kilku tygodni zawzięcie
flirtowałem. Znaliśmy się od dzieciństwa i łączyła nas zawsze tylko
poczciwa przyjaźń, ale wtedy właśnie, niespodziewanie, uczułem dla
niej coś takiego... jakże to powiedzieć? No, coś takiego... że
gdybyśmy byli jaskiniowcami, z ochotą porwałbym ją razy parę w
objęcia i z równą ochotą zwróciłbym prawnemu posiadaczowi... który
zresztą od paru tygodni był nieobecnym, oddając się kędyś łowieckim
trudom i uciechom. Że jednak odeszliśmy od jaskiniowców na
odległość nieskończoną, więc czyn powyższy rozdrobniłem na
okruszyny tak minimalne i wytworne, że pomimo wszystko, co działo
się w naszych słowach, spojrzeniach, nerwach, wyobraźni, oboje
mieliśmy prawo wysoko nosić przed światem czoła niewinne.
Salon, jak salon, opisywać ci go nie będę, bo najprzód,
masz podobne u swojej matki, siostry, przyjaciółki, kuzynki etc., a
następnie, weź do ręki pierwszą lepszą powieść francuzką, a
znajdziesz w niej takie opisy salonów, którym proste słowa moje
dorównać nie zdołają. Wiele światła i kwiatów, trochę złoceń i
malowideł, tu i owdzie draperje z ciężkich materyj, meble, mebelki,
parawaniki, ekrany, albumy, figurynki,
que sais-je? fraszki i fatałaszki, ale ładne i stanowiące
gustowną całość, dokoła zaś lampy, na chińskim postumencie
osadzonej,
rond, złożone ze dwudziestu może osób, siedzących na
fotelach, pufach, taburetach, a pośrodku Idalka, cała w wilczych
głowach, na czarodziejskim kołowrotku przędząca nić rozmowy. Pytasz
się: jakto w wilczych głowach? A no tak, że zimy owej modne były
materje, których tło jaskrawe usiane było głowami wilczemi. Na tle
pąsowem, wilcze głowy, jak żywe, zęby szczerzą, zda się uszami
strzygą, a ślepiami świecą. Wchodząc do salonu, pomyślałem: wilcze
głowy! wszystko dobrze! jest w nastroju sentymentalnym i ubierając
się myślała o mnie! Właśnie więc dlatego, iż miałem dowód, że
myślała o mnie, z wyrafinowanym chłodem dotknąłem, przy powitaniu,
białych jej paluszków i niezmiernie obojętne spojrzenie przesunąłem
po jej drobnej, różowej twarzy, ocienionej lasem złotych loczków.
Wyraz niezadowolenia, który przemknął w błękitnych jej źrenicach,
sprawił mi przyjemność. Jej kokieterja była obrażoną, moja próżność
zadowoloną. Odszedłem nieco na stronę i z kilku przyjaciółmi,
prawie pośrodku salonu stanąwszy, począłem lustrować zebrane dokoła
lampy towarzystwo. Wszyscy znajomi. Józio z ręką zarzuconą na
poręcz fantazyjnego krzesełka i pani Oktawja, siedząca na pufie,
toczą wieczną swoją dyskusję nad zagadnieniem: dlaczego mężczyźni
oświadczają się kobietom, nie zaś kobiety mężczyznom; Stefan, tak
żywo i dowcipnie, jak tylko on umie, opowiada paniom Helenie i
Marji treść nowej i głośnej powieści francuzkiej; Leon, Karol,
panna Zofja i jeszcze ktoś czwarty spierają się o to: który taniec
jest przyjemniejszym, walc czy kontredans, i o to jeszcze, czy
lansier rychło wyjdzie z użycia, albo nierychło; dalej
odosobniona nieco para, dobrze mi zresztą znana, półgłosem rozmawia
po angielsku; Idalka króluje nad dziesięciu przynajmniej osobami,
którym opowiada wrażenia, dziś na wystawie sztuk pięknych doznane,
przyczem wyplata o malarstwie i rzeźbie najpocieszniejsze brednie,
byleby rozmowę ożywić i innych do mówienia wyzwać. Sama wie o tem,
że wygaduje rzeczy niestworzone, ale inni jej zaprzeczają, ktoś
utrzymuje, że ona jest paradoksalną, co jej się bardzo podoba,
zawiązuje się lekka, lecz żywa dyskusja, rozmowa nie przerywa się
ani na sekundę, a jej właśnie tego tylko potrzeba. Pomimo
ożywienia, z którem prawi o obrazach i statuach swoje paradoksy -
czuje się zaniepokojoną tem, że ja usunąłem się na stronę i
pozornie wcale na nią uwagi nie zwracam, a ilekroć szybkie jak
błyskawica spojrzenie rzuca w moją stronę, zawsze w oczach jej
przeleci iskra i na piersi silniej zadrgają wilcze głowy. Ani na
sekundę przecież nie wypuszcza z paluszków czarodziejskiej nici i
przędzie ją nawet coraz żwawiej, coraz świetniej, z malarstwa i
rzeźby na poezję, jak motyl z róży na różę przelatując. Zresztą, u
początku wieczoru nikt jeszcze nie miał czasu znudzić się i wszyscy
bawią się bardzo dobrze; oczy pobłyskują, usta uśmiechają się albo
i śmieją, dowcipne słowa jak świetne rakiety przelatują w
rozgrzewającej się coraz atmosferze, daleko cichszy sentyment kiedy
niekiedy przepłynie po zadumanych na chwilkę źrenicach, lub zadrga
w szczególnej intonacji głosu, w rozmowę stale po polsku
prowadzoną, niby muchy w pajęczynę, wpadają słowa francuzkie, od
odosobnionej nieco pary zalatują też niekiedy i angielskie, Józio,
dla pani Heleny i dla kilku pań innych poprawną włoszczyzną
deklamuje strofę Petrarki... Ja, z szapoklakiem pod ramieniem,
stojąc ciągle z paru przyjaciółmi na stronie i prowadząc z nimi
półgłośną rozmowę, bawię się wybornie widocznem dla mnie, ale tylko
dla mnie podrażnieniem Idalki, które zaczyna wyrastać w gniew. Jaka
to będzie za parę godzin zgoda! Jaka to będzie boska zgoda! Wtem, pomiędzy wilczemi głowami i złotą fryzurą Idalki, a
suknią w liljowe djagonale i koronkowym motylem uskrzydlającym
włosy pani Oktawji, spostrzegłem jakiś punkt ciemny, który dotąd za
próżnię brać musiałem, bom go wcale nie zauważył, a który okazał
się - młodą kobietą. Nic dziwnego, żem jej odrazu nie zauważył, bo
była tak zaćmioną przez swoje sąsiadki, jak lampka przez słońce.
Siedziała przytem na krzesełku, tuż do ściany i do rogu kanapy
przysuniętem, w roli tak zupełnie biernej, że możnaby ją poczytać
za ornament salonu nieżyjący i przeniesiony z innego świata i
wieku. Była tak absolutnie do otaczających niepodobną, że to
właśnie przykuło do niej moją uwagę. Młoda, to pewno, lat 23 lub 24
najwięcej; czy ładna? Prędzej tak, niż nie, bo chociaż całość
doskonałą nie jest, ale szczegóły są piękne, i gdyby je odpowiednie
ubranie i jakiekolwiek ożywienie podnosiło, mogłyby ją uczynić
bardzo powabną. Ładny typ wysmukłej szatynki z cerą białą i bez
rumieńców, z czołem nizkiem a szerokiem, z dużemi oczyma, z bardzo
pięknie wykrojonemi i zabarwionemi usty. Ale była zupełnie
nieubraną, tak dalece nieubraną, że nie mogłem narazie zdać sobie
sprawy, do jakiej sfery towarzyskiej należeć może. Zimy owej
panowała moda bardzo krótkich staników u sukien, jasnych ich barw i
ciasnego spętania około nóg i bioder. Koafiury znowu składały się
powszechnie z misternych koków z tyłu głowy, a lasu i nawet, jeżeli
podobna, puszczy loczków u wierzchu jej i z przodu. U niej ani
śladu tego wszystkiego. Ciemno-kasztanowato włosy, jak u
pensjonarki gładko uczesane, jednym, grubym warkoczem zwijały się
wysoko u wierzchu czaszki, zlewając się w ciemną całość ze
stanikiem czarnym, gładkim, tak długim, jak mu sam Pan Bóg być
przykazał, aż do kłębów sięgającym, wtedy gdy u innych długość jego
kończyła się wcale niewiele poniżej ramion. Zresztą biały rąbek
kołnierzyka, spięty jakąś dużą broszą, białe rąbki mankietów u rąk,
spokojnie na kolanach splecionych. Usta jej, płonące poprostu barwą
korala, zamykała pieczęć doskonałego milczenia, a oczy duże, z pod
nizkiego i szerokiego czoła, wodziły po obecnych spojrzenie
zamyślone, uważne, chwilami głęboko, ale to głęboko zadziwione. To
zadziwienie było pierwszą rzeczą, która w wyrazie jej twarzy
uderzyła mię i razem ze szczególniejszym ubiorem rozśmieszyła. Ot
ta, to już zupełnie i aż nadto oryginalna! Zkąd Idalka zdobyła
sobie tego dziwoląga? Kto to taki być może? Pochylony ku stojącemu
obok mnie Stasiowi i oczami wskazując nieznajomą, szepnąłem:
- Czy nie wiesz, kto to?
Równie pocichu odpowiedział:
- Jakaś panna Seweryna, nazwiska nie pamiętam...
- Guwernantka?
- Nie, herytjera.
- Cnoty prababek?
- I pięknych dóbr także... gdzieś tam...
- E, więc kwakierka?
- Może.
- Zkąd Idalka ją wypisała?
- Z puszczy.
Zaśmieliśmy się, a w tejże chwili na twarzy nieznajomej,
wciąż z natężoną uwagą słuchającej otaczających rozmów, odmalowało
się takie już zdziwienie, iż zdawać się mogło, że oczom i uszom
swoim nie dowierza, że zaraz uszczypnie się za ramię, aby nabyć
przeświadczenie o tem, czy spi, albo czuwa.
- Czego ona tak dziwi się? - szepnąłem do Stasia.
- Ehe! Żeby cię kto tak przeniósł nagle z pośród ludzi
pomiędzy żubry?... pomyśl tylko!
Zaśmieliśmy się znowu.
W tej chwili do salonu wchodzili goście nowi: Bronek
Widzki, wcale utalentowany poeta, będący zarazem redaktorem
"Poranku" i bardzo miłym, wesołym chłopcem, z Adamem Ilskim,
którego malarska sława dotąd przetrwała, a który był wtedy dobrze
już podtatusiałym grubasem i od nas wszystkich tęższym wiwerem.
Było to w guście Idalki zbierać u siebie
entre autres pisarzy i artystów. Pozowała trochę na panią
Tallien i zdawało się jej, że po równie burzliwej chwili, w równie
krótkim staniku, obowiązkiem jej jest zaszczepiać na gruncie
swojskim epokę i ducha francuzkiego dyrektorjatu. Zresztą Widzki i
Ilski należeli zupełnie do naszego towarzystwa: stosunki swoje z
muzami zamykali w
sacro-sanctum swoich serc i pracowni, a na scenie świata
byli ludźmi przyzwoitymi, zupełnie takimi, jak wszyscy. W tej samej
chwili roznoszono herbatę; Idalka, zajęta puszczaniem
nowoprzybyłych gości na fale toczącej się rozmowy, zapomniała widać
o przedstawieniu ich pannie Sewerynie, a może przedstawienie to za
niepotrzebne uważała, bo bywają czasem w towarzystwach takie
intruzy, albo efemerydy, z któremi nikt się nie liczy i którym nikt
nikogo nie przedstawia. Herytjera wprawdzie intruzem być nie może,
o ile to jeszcze prawda, że ta jest herytjerą, ale efemerydą
zostanie dla nas najpewniej, bo pomiędzy ludźmi czuje się tak
zdepeizowaną, że wnet zapragnie coprędzej wrócić do żubrów... Pani
Marja poetę ku sobie przywoływała. - Panie Widzki, musi mi pan koniecznie opowiedzieć o
wczorajszym raucie... Umieram z żalu, że na nim być nie mogłam...
Zaledwie nazwisko poety i redaktora wyszło z różowych
ustek jednej z najprzyjemniejszych przyjaciółek Idalki, gdy
wypadkiem spojrzawszy na nieznajomą, ujrzałem na twarzy jej wyraz
nowy i bardziej jeszcze od poprzedniego osobliwy. Przedtem dziwiła
się, aż do osłupienia; teraz, coś ją ucieszyło, aż do
wniebowzięcia. Była tak wzruszoną, że koralowe wargi jej drgnęły, a
z oczu trysnęły snopy świateł.
Ma foi! wydała mi się w tej chwili zupełnie ładną.
Puściłem wzrok w kierunku jej spojrzenia i przedstaw sobie,
spostrzegłem, że przedmiotem, który obudził w niej to zachwycenie,
to pełne ciekawości i czci wzruszenie - był nasz poczciwy, różowy,
okrągły - Bronek Widzki! Ten karmelek - i te utkwione w niego oczy
kobiece, zachwycone i wielbiące! Spostrzeżeniem swojem podzieliłam
się ze Stasiem. - Mój drogi - rzekł - ci poeci... zdaleka...
- Zwłaszcza dla mieszkanek - puszczy!... Gdyby go
zobaczyła u Stępka...
- Albo za kulisami...
- Olimpu...
Zaśmieliśmy się, lecz jednocześnie nieznajoma powstała i
zbyt pospiesznym ruchem filiżankę z herbatą na stole stawiąc, ku
Idalce przychylona, dość głośno, abyśmy usłyszeć mogli, wymówiła:
- Moja Idalko, przedstaw mię panu Widzkiemu!
Tym razem, jakby ściany salonu spadły na nas ze Stasiem i
na wszystkich, którzy szczególniejsze to odezwanie się usłyszeli.
Ta dama żądała, aby ją temu mężczyźnie przedstawiono!
C'était
renversant! Kilka osób uśmiechnęło się, pani Oktawja,
wielka śmieszka, zaśmiała się nawet dość głośno, czegobym jej w
żadnej innej okoliczności nie pochwalił, ale co tym razem
przebaczyłem tem łatwiej, że sam zwycięzko wprawdzie, lecz nie bez
trudu, ze śmiechem walczyłem. Po twarzy Idalki przeleciał figlarny
esik, ale była wytrawną gospodynią domu, więc natychmiast i
najnaturalniej w świecie przemówiła: - Pan Bronisław Widzki, panna Seweryna Zdrojowska, moja
krewna.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.