7.
Joanna zerknęła dyskretnie w stronę okna: słońce już zachodziło, czerwone promienie przenikały przez białe firanki, kładąc się na półkach biblioteczki. Z podwórka pod domem słychać było głosy bawiących się dzieci i nawoływania ich matek, po chwili wszystko umilkło, pewnie matki zabrały dzieci do domów na kolację. Uwagę Joanny przyciągnęło drzewo, za oknem widziała jego koronę, gałęzie i poruszane delikatnym wiatrem te resztki liści, które oparły się jesieni - zastanawiała się, jak udało mu się uniknąć ścięcia; na podwórku, przy którym wynajmowała pokój, już kilka lat wcześniej wszystkie drzewa zostały wykastrowane.
- Napijesz się wina?
Podniosła głowę. Nad nią stał Romek, gospodarz imprezy, z butelką w jednej ręce i kieliszkiem w drugiej. Uśmiechał się zachęcająco. Skinęła. Podał jej pełny kieliszek i odszedł do siedzącej w pobliżu stołu pary.
- Ale jakich on używa słów! - unosiła się dziewczyna.
- Raczej zestawień - skorygował ją chłopak.
- Przyznaj, że nikt tak nie pisze.
- Same słowa to za mało - skrzywił się chłopak, biorąc od Romka kieliszek z winem. - Ważne jest, co oznaczają. Czy to ma sens?
- Twoim zdaniem nie ma?
Joasia przeszła w stronę kuchni.
- Widziałeś jej ostatnie przedstawienie? - usłyszała męski głos.
- Moim zdaniem zdecydowanie za dużo formy, za mało treści - odpowiedział mu inny mężczyzna. - I skręca w stronę publicystyki.
- Zawsze miała takie inklinacje. Już od studiów...
- Ale Zbrodnię i karę zrobiła brawurowo!
W drzwiach kuchni Joasia zderzyła się z Romkiem. Uśmiechnął się do niej, niósł półmisek z wędlinami. Przesunął talerz w jej stronę. Pokręciła przecząco głową.
- Nie jem mięsa.
Zdziwił się.
- W ogóle? - Rozejrzał się niepewnie po kuchni i po chwili uśmiechnął się gościnnie, z ulgą, zadowolony, bo znalazł rozwiązanie. - O, jest łosoś...
- Tak, tak, weź sobie rybkę - jakaś dziewczyna podsunęła jej talerz z wędzonym łososiem.
- Ryb też nie jem.
- Nie? - zmarszczyła brwi.
Joanna pokręciła przecząco głową, sięgnęła po pieczywo i skubała je, popijając winem. Wszystko mija, przypomniała sobie. Ten wieczór też za chwilę stanie się przeszłością. Chleb był słodki. Poczekała, aż rozpuści się na języku.
Romek odszedł z półmiskiem do pokoju. W kuchni było niedużo osób, trzech chłopaków i dziewczyna, która zaproponowała jej łososia. Wszyscy palili. Joasia sięgnęła do torebki po paczkę, został jej ostatni papieros, zawahała się. Bardzo lubiła Romka, którego poznała w Akademii Teatralnej - gdy ona była na wydziale aktorskim, on równolegle studiował wiedzę o teatrze. Goście na imprezie to głównie znajomi z jego kierunku, znali się z widzenia, w czasie studiów czasami zamienili parę zdań i tyle. Teraz była zbyt zmęczona, by wchodzić w nowe relacje, zbyt skoncentrowana na filmie, w którym miała zagrać, by zajmować się książkami, których nie przeczytała, albo przedstawieniami, których nie widziała. Nie chciała robić przykrości Romkowi. Wyszła ukradkiem do przedpokoju, nikt nie zwrócił na nią uwagi, sięgnęła po kurtkę.
- Już wychodzisz? - zdziwiła się jakaś dziewczyna, która nagle zmaterializowała się obok niej. Joasia poznała ją, była z roku Romka.
- Wyskoczę tylko po fajki. Zaraz wracam.
Dziewczyna skinęła nieuważnie i odeszła do kuchni. Joasia ostrożnie otworzyła drzwi i wymknęła się na klatkę. Odetchnęła.
Schodząc, pomyślała, że zadzwoni jutro do Romka i przeprosi, że tak wcześnie wyszła, zrzuci to na zmęczenie. Może umówią się na spotkanie na mieście. Ruszyła przed siebie pustą boczną uliczką Wilanowa. Śnieg, który padał jeszcze poprzedniego dnia, leżał wciąż na poboczu, chodnik był śliski, musiała ostrożnie stawiać kroki.
Dotarła do głównej ulicy, skręciła na stację benzynową, wygrzebała z portfela pozostałe drobniaki, przypomniała sobie, że w lodówce został jeszcze pomidor i trochę twarogu, jakoś przeżyje. A papierosy chce palić. W budynku oprócz chłopaka z obsługi był tylko jeden klient, przy kasie, odwrócony do niej plecami. Stanęła za nim. Widziała, jak wyjmuje z kieszeni pieniądze i kładzie je na ladzie. Są ludzie, którzy nie mają kłopotu ze zdobywaniem kasy, westchnęła w duchu z zazdrością. Miał szczupłe, zadbane dłonie człowieka, który nie pracuje fizycznie. Zgarnął resztę i wsunął ją do kieszeni. Joanna przesunęła się w stronę lady, wyrzuciła na blat drobniaki, zabrzęczały głośno.
- Poproszę paczkę marlboro.
- Joasia? - usłyszała zdumione pytanie.
Spojrzała na chłopaka, który przed chwilą stał przed nią. Gdzieś go widziała, całkiem niedawno...
- Damian. Jestem drugim operatorem.
Przypomniała sobie, był na zdjęciach próbnych, które miała po przymiarce kostiumu. Nie zwróciła wtedy na niego uwagi, zajęta rozmową z drugim reżyserem i charakteryzatorką. Ale też nie był typem, który zwracał na siebie uwagę, spokojny i cichy, trzymał się trochę z boku. Nie spodziewała się, że ją zauważył i zapamiętał. Uśmiechnęła się do niego.
Wyszli z budynku stacji.
- Jak przygotowania do filmu? - zagadnęła.
Wzruszył ramionami.
- W porządku. Sprawdzamy teraz lokacje. Gdzie stoisz? - rozejrzał się w poszukiwaniu drugiego auta na pustej stacji.
- Tutaj - uśmiechnęła się, pokazując na siebie. - Przyszłam pieszo - wyjaśniła, widząc jego niepewną minę.
- Mieszkasz w okolicy?
- W centrum. Byłam u znajomych.
- Podrzucić cię? Jadę na Żoliborz, centrum mam po drodze.
Skinęła potakująco. Dzięki Bogu, że na niego wpadła i że jest taki uczynny. Wsiadła do starej toyoty. Damian ruszył.
- Za chwilę będzie ciepło - spojrzał na nią niepewnie.
Machnęła lekceważąco ręką.
- I tak jest cieplej niż na zewnątrz.
Po tych słowach zapadła cisza. Joanna zerknęła na niego. Prowadził ostrożnie, skupiony na drodze. Patrzyła na jego profil, nie był specjalnie przystojny, ale nieoczekiwanie dla siebie Joanna odkryła, że czuje się w jego towarzystwie swobodnie i bezpiecznie. Nawet w tej ciszy, nie miała potrzeby jej zagadywać. Damian odwrócił się, przechwycił jej wzrok i uśmiechnął się ciepło.
- Wiesz, że kamera cię lubi?
- Obawiam się, że ja lubię ją bardziej.
Roześmiał się.
- To trzeba było iść na operatorkę.
- Chyba koparki.
- Grałaś już w filmie?
- Nie. A ty? Zrobiłeś już film?
- Tylko etiudy.
Rozmawiając, podjechali pod kamienicę przy Wspólnej, w której wynajmowała pokój.
- Fajna miejscówka - stwierdził Damian, rozglądając się po okolicy.
- Chcesz zobaczyć mieszkanie? - zapytała nieoczekiwanie.
Spojrzał na nią. W pytaniu kryła się zupełnie inna propozycja i obydwoje o tym wiedzieli. W swobodną atmosferę w starej toyocie wkradło się naraz napięcie. Po chwili Damian przekręcił kluczyk w stacyjce, wyłączył silnik.
- Jasne.
W pustej klatce schodowej słychać było tylko ich ostrożne kroki i przyspieszone oddechy. Beaty i Anki nie było, obie wyjechały na weekend do rodziców, Anka była z Radomia, Beata ze wsi pod Olsztynem. Joanna otworzyła drzwi, zapaliła światło.
Nie patrzyli sobie w oczy, pojawiła się między nimi niezręczność, obydwoje świetnie wiedzieli, po co przyszli do mieszkania, ale teraz to, co przed chwilą wydawało się proste i oczywiste, stało się głupie, za trudne.
- Napijesz się herbaty? - Joanna przypomniała sobie, że jest gospodynią.
- Chętnie - Damian z ulgą przyjął propozycję.
Joanna wstawiła wodę w elektrycznym czajniku, wyjęła dwa kubki z Myszką Miki.
- Moja oszczędna matka uznała, że wszystko, co wezmę do Warszawy, na pewno przepadnie. Dała mi rzeczy, które zamierzała wyrzucić... - paplała byle co, trochę się tłumacząc, a trochę walcząc o powrót niezobowiązującej atmosfery.
- Może jednak pójdę... Późno jest.
W tym momencie pstryknął przycisk czajnika, znak, że woda się właśnie zagotowała. Joanna szybko zalała przygotowane herbaty. Dostała szansę, żeby się wycofać, i w pierwszej chwili pomyślała, że tak będzie lepiej. Podniosła głowę i spojrzała mu w oczy.
- Po prostu napijemy się herbaty. Zostań.
Damian usiadł na rozchybotanym krześle, które pamiętało czasy realnego socjalizmu. Miał niewyraźną minę, jakby ta niewypowiedziana propozycja wcale się nie pojawiła, a on źle odczytał intencje Joasi i teraz zmagał się z poczuciem winy. Postawiła przed nim kubek z herbatą, sięgnął po cukiernicę, była pusta. Joanna pospiesznie otworzyła szafkę i wyjęła papierową torebkę. Zerknęła do środka i się skrzywiła.
- Cholera - zmięła pustą torebkę i wyrzuciła do kosza.
- Nie szkodzi. Wypiję gorzką.
Joanna otworzyła drugą szafkę. Rozejrzała się i sięgnęła po torebkę z cukrem pudrem. Podała ją Damianowi.
- Częstuj się. Czym chata bogata.
Zerknął pytająco, zaskoczony.
- To dziewczyny, z którą mieszkam. Odkupię jej.
Gdy Damian posłodził, Joanna schowała torebkę do szafki, a potem zdecydowanie wzięła oba kubki i ruszyła w stronę drzwi.
- Chodź. Nie będziemy siedzieć w kuchni.
Damian posłusznie ruszył za nią. Joanna weszła do pokoju, nogą odsunęła ubranie, którego nie zdążyła przed wyjściem schować do szafy, i teraz zagradzało przejście do sofy.
- Opowiedz o sobie - brzmiało jak rozkaz. - Jesteś z Warszawy?
Postawiła kubki na stoliku, sama usiadła na sofie i gestem pokazała Damianowi miejsce obok siebie. Usiadł niepewnie, trochę spłoszony.
- Z Warszawy.
- Super - upiła łyk herbaty i odstawiła kubek z niesmakiem. - Okropna.
- Na szczęście uroda gospodyni rekompensuje niedostatki kuchni... - roześmiał się i atmosfera nagle się rozluźniła.
Damian przejął kontrolę nad sytuacją. Położył rękę na jej kolanie. Pozwoliła na to. Spojrzeli na siebie i musiał zobaczyć w jej oczach jeśli nie zachętę, to przynajmniej przyzwolenie, bo nachylił się i ją pocałował, a potem zdjął jej sweter i rzucił na stertę ubrań pod drzwiami.
Kiedy po godzinie zamknęła za nim drzwi, umawiając się na telefon i spotkanie następnego dnia, miała poczucie, że dobrze się stało, gdy zdecydowała się potajemnie opuścić imprezę Romka. Weszła do łazienki, puściła wodę w prysznicu i podstawiła głowę pod strumień. Odkąd pamięta, pragnęła tylko normalnego życia i zwyczajnego domu, nic więcej. Takiego domu, jaki czasami obserwowała u koleżanek z klasy. Z rodzicami, którzy razem ustalają, kto i co będzie robić, z niedzielnymi obiadami i codzienną wspólną kolacją. Bez awantur i cichych dni, bez chowania się pod łóżko albo do szafy, by stać się niewidzialną. Przypomniała sobie, jak mając chyba pięć lat, po raz pierwszy spakowała torbę podróżną, włożyła tam tylko najpotrzebniejsze rzeczy, piżamę, sweter i ulubioną lalkę. Torba leżała pod łóżkiem. Wyciągnęła ją stamtąd i uciekła jakiś rok później. U rodziców byli wtedy znajomi, świętowali imieniny Roberta, ojczyma, który jeszcze wtedy nie był mężem matki. Nikt nie zwracał na nią uwagi, słyszała śmiechy i głośne rozmowy, potem ktoś włączył muzykę i zaczęły się tańce. Wyszła przez okno na parterze, nawet nie musiała zachowywać się specjalnie ostrożnie, dorośli byli całkowicie zajęci sobą, alkoholem i flirtami. Wybiegła na ciemną ulicę. Mieszkali w bocznej części miasta i wciąż czekali na zamontowanie latarń na ich ulicy. Trochę się wtedy przestraszyła. Tej ciemności i niewiadomej, jaka się w niej kryje. Zawahała się i odwróciła z powrotem w stronę domu. Wtedy zobaczyła twarz ojczyma w oknie, a matka wyszła na taras, krzycząc, żeby palili na zewnątrz, bo jej firanki prześmierdną. Odruchowo skryła się w pobliskich krzakach, a kiedy matka zamknęła drzwi na taras, opuściła kryjówkę i ruszyła przed siebie. Dokądkolwiek. Do babci. Drogę znała na pamięć. Dotarła, gdy zaczynało już świtać. Nie chciała jej budzić, więc położyła się na podłodze w komórce na drzewo, opierając głowę na miękkiej torbie.
Rano obudził ją krzyk babci, która potknęła się o nią, wchodząc po drewno do pieca. Nie rozumiała, co ona tutaj robi, jak się znalazła, zadzwoniła natychmiast do matki Joasi, okazało się, że szukała jej już cała policja w Świebodzinie. Siedziała spłoszona w kącie, obawiając się kary, jaka spotka ją za ucieczkę. Babcia po rozmowie z mamą przytuliła ją i powiedziała, że wszystko będzie dobrze, nie musi się o nic martwić. Zrobiła jajecznicę i kakao, schowane na święta. Kiedy przyjechała matka z Robertem, babcia zabrała matkę do ogrodu i długo z nią rozmawiała, Robert został z nią w kuchni i nie odezwał się ani słowem. Czuła się jak przestępca. Po powrocie do Świebodzina matka zwróciła się do niej z wyrzutem, jak Joasia mogła jej to zrobić, ma dom, którego ona nigdy nie miała i jeszcze jest jej źle. A potem odeszła do sypialni, mówiąc, że boli ją głowa. Robert wyszedł bez słowa, a ona została sama w przedpokoju.
Joanna wciąż pamiętała uczucie zagubienia i samotności, jakie towarzyszyło jej w tamto niedzielne popołudnie w pustym przedpokoju wielkiego domu na przedmieściach Świebodzina. I jeszcze tę pewność, że to ona jest wszystkiemu winna: przez nią mamę boli głowa, a Robert musi wyjść, bo nie może na nią patrzeć, co wypominała jej matka, kiedy potem wychodził coraz częściej.
Freud uważał, że sztuka to sublimacja popędu płciowego. Nie zgadzała się z nim. Sztuka to sublimacja bólu i rozpaczy. Dlatego wybrała aktorstwo. Emocje, które w sobie odcięła, domagały się ujścia, potrzebowały głosu, chociaż mówiła nie swoimi słowami, one nareszcie były prawdziwe.
Może z Damianem uda jej się zbudować dobry dom? Wychodząc spod prysznica, uśmiechnęła się do siebie, sięgając po ręcznik. Jutro go zobaczy. Fajnie. Naprawdę ucieszyła się na tę myśl.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki