ROZDZIAŁ PIERWSZY
Anka zbiegała ze schodów, a wszystko w niej wrzało.
Dawno nie była taka zdenerwowana. Nie, zdenerwowana to za mało powiedziane. Ona była wzburzona, wkurzona do granic możliwości! I najchętniej użyłaby zdecydowanie mniej cenzuralnego kolokwializmu, gdyby tylko potrafiła kląć. Ale nie potrafiła. Miała tak od dziecka; nawet kiedy podczas zabawy na podwórku chłopcy jej dokuczali albo później, już w szkole, ktoś zaszedł jej za skórę, nie umiała używać nieparlamentarnych słów. A być może to przyniosłoby jej ulgę bądź przynajmniej chwilowe uspokojenie. Tym razem osobą, która tak ją wyprowadziła z równowagi, był nikt inny jak jej szefowa. To stare babsko już samo nie wiedziało, czego od niej wymagać. Naczelna co chwilę zmieniała decyzje. A przecież jeszcze tak niedawno obiecała jej ten wymarzony projekt. Anka miała przeprowadzić wywiad ze swoim ulubionym pisarzem, Bartoszem Lisem, którego najnowsza powieść właśnie się ukazała. Tak bardzo czekała na współpracę z tym fantastycznym człowiekiem, a tu masz. Figa z makiem. Bo jaśnie pani po raz kolejny zmieniła zdanie. I zupełnie nie liczył się fakt, że już od ośmiu lat pracowała w tej redakcji i miała naprawdę spore doświadczenie. A kto dostał wywiad z Lisem? Oczywiście Mareczek! Pupilek tej zołzy! Piesek salonowy, co to liże ją po tyłku, kiedy tylko nadarzy się ku temu okazja. Ufff...
Klatka schodowa wydawała się nie mieć końca. Redakcja czasopisma o nazwie "Dziewięć Muz" mieściła się na szóstym piętrze jednego z nowych warszawskich wieżowców. Dziewięć muz to dziewięć córek Zeusa, z których każda opiekowała się konkretną dziedziną sztuki, nauki, kultury i jak sama nazwa pisma wskazywała, umieszczano w tym magazynie artykuły dotyczące literatury, muzyki, filmu, a także opisywano wiele ciekawych wydarzeń ze świata nauki. I pomimo że nie można go było zaliczyć do pospolitych tabloidów, grono czytelników było naprawdę imponujące.
Nowoczesny wieżowiec liczył dwanaście pięter i jedynie na dwóch ostatnich były mieszkania, pozostałe piętra zajmowały różne firmy, stowarzyszenia, kancelarie, towarzystwa ubezpieczeniowe i Bóg wie co jeszcze, a cały parter z wielkimi przeszklonymi oknami zaanektował bank. Za każdym razem, kiedy Anka wchodziła do budynku, zastanawiała się, czy właściciele tej instytucji finansowej nie boją się złodziei w tak łatwo dostępnych pomieszczeniach, ale widocznie musieli mieć dobre zabezpieczenia, skoro w tym właśnie miejscu ulokowali swoją filię.
W biurowcu oczywiście była winda, jakżeby inaczej, ale Anka z tą swoją klaustrofobiczną przypadłością korzystała z niej w wyjątkowych wypadkach. Najczęściej wtedy, kiedy spóźniona do pracy po imprezowej nocy nie miała zwyczajnie kondycji, aby pokonać sto czterdzieści sześć stopni. Tak, wielokrotnie dokładnie je policzyła. Tym razem zbiegała, a właściwie z nieokiełznaną furią sfruwała z tych wysokości, a jedyne, czego pragnęła, to zaczerpnięcia świeżego powietrza. Od kilku minut, kiedy to na dywaniku u głównej redaktorki usłyszała tę hiobową wieść, miała nieustanne wrażenie, że ktoś ją ściska za gardło, że z pomieszczenia, w którym dopiero co przebywała, nagle ktoś wyssał powietrze, tworząc tam nieprzyjazną dla ludzkich płuc próżnię, uniemożliwiającą jej swobodne oddychanie. I kiedy zdruzgotanej dziennikarce zostało do pokonania ostatnie półpiętro, nagle jak spod ziemi wyrósł przed nią mężczyzna, z którym w tej swojej nieposkromionej irytacji o mało się nie zderzyła. Facet wchodził powoli na górę ze spuszczoną głową, głęboko nad czymś zamyślony, i gdy w ostatnim momencie wyhamowała tuż przed nim, raptownie uniósł ku niej twarz, a wtedy ich oczy się spotkały. I stało się coś dziwnego, coś, czego jeszcze nigdy w życiu nie doświadczyła, o czym czyta się chyba jedynie w romansach. Otóż odniosła wrażenie, że trafił ją grom. Mężczyzna także prawdopodobnie poczuł się dziwnie, bo znieruchomiał ze wzrokiem utkwionym w jej jasnobłękitnych oczach. Stali tak naprzeciwko siebie, sekundy w otaczającym ich świecie płynęły, a dla nich czas jakby się zatrzymał. Oboje nie widzieli tej zimnej klatki schodowej, na moment zupełnie zapomnieli, dlaczego się tu znaleźli, zupełnie jakby ktoś rzucił na nich urok. Widzieli jedynie głębię swych spojrzeń. Gdyby ktoś ją zapytał, jak ten człowiek wyglądał, nie byłaby w stanie odpowiedzieć. Widziała jedynie jego oczy, utonęła w ich.
W końcu on pierwszy oprzytomniał.
- Dzień dobry... - powiedział jakimś takim ochrypłym głosem.
Anka tylko skinęła głową. Nie dość, że od momentu wyjścia z gabinetu redaktorki brakowało jej tchu, to jeszcze do tego ktoś całkowicie odebrał jej głos. Co się zatem stanie za chwilę? Czego jeszcze jej ubędzie? Serce zaczęło jej walić jak oszalałe, a ponadto czuła się dziwnie oszołomiona. Musiała jak najszybciej wyjść z budynku i niezwłocznie zaczerpnąć świeżego powietrza, bo czuła, że inaczej wkrótce się udusi. Ignorując zatem nieznajomego, kilkoma susami pokonała ostatnie stopnie i po chwili wreszcie znalazła się na zewnątrz. To nic, że lał deszcz. To nic, że miała dzisiaj na sobie jedwabną bluzkę, która natychmiast przemokła, ukazując dokładnie jej koronkową bieliznę, a pod nią piersi. Anka nie zwracała na to uwagi, chociaż dla przechodniów musiała stanowić nie lada atrakcję. Stała z przymkniętymi powiekami, poddając się spadającym kroplom i zupełnie nie zważając na rozpływający się po jej twarzy, starannie wykonany makijaż.
I w końcu całe napięcie zaczęło z niej schodzić, serce uspokoiło swój rytm, a ona spróbowała myśleć rozsądnie. I dotarło do niej, że być może nie ma wyboru. Nie ma alternatywy, jeżeli chodzi o pracę. Najchętniej rzuciłaby ją tu i teraz przez tę wredną naczelną, ale... Z jednej strony zatrudnienie się w tej redakcji było jej marzeniem, to tam właśnie rodziły się artykuły, których żaden dziennikarz nie musiał się wstydzić. Dokładnie takie, jakie ona sama najbardziej lubiła czytać. Poza tym pracowali tam wspaniali ludzie (no, może oprócz tej zołzy szefowej), większość z nich cieszyła się ogólnokrajową sławą, z niejedną z tych osób polubiła się tak naprawdę szczerze, ale nie mogła już dłużej wytrzymać z tą podłą babą. Jednak z drugiej strony... czy decyzja podjęta w chwili wzburzenia miałaby tak wiele zaprzepaścić? Jednym poczynionym w emocjach krokiem przekreślić wszystko, czego do tej pory dokonała? Przekreślić marzenia? Przecież kochała swoją pracę, choć zdecydowanie nie kochała swojej szefowej. Co zatem miała zrobić? Nie wiedziała.
Pokręciła głową z rezygnacją. Westchnęła głęboko.
Cóż, widocznie przyjdzie jej jeszcze trochę poczekać na swoją szansę. Może powinna uzbroić się w cierpliwość i przetrwać gorsze chwile? Przecież kiedyś musi się jej udać! Przetarła dłonią twarz i wróciła do budynku, kierując się prosto do łazienki mieszczącej się na parterze, tuż obok wejścia do banku. Zamierzała doprowadzić się tam do porządku, poprawić rozmazany makijaż, osuszyć się trochę i jakby nigdy nic wrócić za swoje biurko.
Jakby nigdy nic.
***
Dni w redakcji płynęły spokojnym rytmem. Po niefortunnej wymianie zdań z szefową i zawaleniu się całego służbowego świata życie zawodowe Anki wróciło na poprzednie tory. Życie osobiste również, chociaż z tych torów nigdy jak dotąd nie wypadło. A może powinno?
Anka miała już prawie czterdzieści lat, chociaż nikt jej tyle nie dawał. Była bardzo atrakcyjną kobietą. Długonoga smukła blondynka z wielkimi niebieskimi oczami od zawsze wzbudzała zainteresowanie płci przeciwnej. Proste włosy obcięte "na boba" dodawały lekkości jej szczupłej twarzy. Ubierała się niebanalnie, nie ukrywając przy tym swych kobiecych atrybutów w postaci ładnego biustu i wąskiej talii. I co? I nic! Od dawna była sama. Samiutka jak palec. Owszem, miała rodziców (jacy byli, tacy byli, ich się przecież nie wybiera), koleżanki, a szczególnie jedną przyjaciółkę - Agatę, znajomych z pracy i nie z pracy, ale jeżeli chodzi o tego jednego jedynego - do dzisiaj jakoś go nie znalazła. Oczywiście, były krótsze lub dłuższe związki z osobnikami płci przeciwnej, ale nie przetrwały próby czasu. Żaden z wybranków nie zdał egzaminu. I w końcu doszła do wniosku, że widocznie nie każdy nadaje się do tego, aby iść przez życie z drugim człowiekiem. Niektórym pasuje bycie samemu ze sobą i najlepiej nie zatruwać innym życia. Tak też czyniła, jednak w głębi duszy wcale nie było jej z tym dobrze.
Czy miała jeszcze nadzieję na znalezienie odpowiedniego partnera? Oczywiście! Była przecież romantyczką, po uszy zakochaną w cudownej literaturze, z którą z racji swego zawodu nigdy się nie rozstawała. W wydawnictwie wraz z dwiema innymi osobami (w tym z salonowym pieskiem, Mareczkiem) zajmowała się właśnie działem literatury. Owszem, pisała o różnych książkach: kryminałach, thrillerach, powieściach psychologicznych (te lubiła szczególnie, tak jak i psychologię jako dziedzinę nauki), ale nigdy nie ukrywała, że najbliższa jej sercu była jednak literatura obyczajowa. Chociaż wyjątek stanowił jeden z jej ulubionych autorów, Bartosz Lis właśnie, który tworzył niesamowite thrillery psychologiczne. Akcja, narastające napięcie i całkowicie zaskakujące zakończenie niezmiennie ją fascynowały. Na samo wspomnienie o nim, a właściwie o jego twórczości, po raz kolejny dopadł ją smutek, ale natychmiast spróbowała się otrząsnąć. Nie zamierzała poddawać się ponuremu nastrojowi, nie miała tego w zwyczaju. Zawsze w życiu starała się wierzyć, że szklanka jest w połowie pełna.
- Anka! Proszę do mnie!
Z zamyślenia wyrwał ją głos naczelnej. Barbara Wierszewska była kobietą zdecydowanie po pięćdziesiątce, z niewielką nadwagą, usiłującą i wiek, i tuszę ukryć pod płaszczykiem młodzieżowej nonszalancji. Nikogo w redakcji już nie dziwił jej zaskakujący strój - obcisłe dżinsy z wielkimi dziurami na udach czy kolanach, workowate bluzy albo dla odmiany nadmiernie obcisłe bluzeczki, jakby zdjęte z młodszej siostry (lub raczej córki) eksponujące obfity biust w takim stopniu, że podczas każdej rozmowy Anka miała wrażenie, że ten za chwilę wypadnie ze zbyt ciasnego trykotu, a jej nieszczęsnej jeszcze przyjdzie go łapać.
- Tak, pani redaktor? - Pokornie stawiła się przed czcigodną pryncypałką.
- Usiądź, moja droga - odpowiedziała Wierszewska jak zwykle protekcjonalnym tonem.
Anka posłusznie wykonała polecenie, siadając na wyjątkowo niewygodnym krześle stojącym po drugiej stronie wielkiego, zawalonego papierzyskami biurka szefowej, ale ponieważ zza tej sterty prawie nie mogła jej dostrzec, przesunęła się nieco w bok. Wywołało to na twarzy przełożonej lekkie zirytowanie objawiające się dyskretnym uniesieniem lewej brwi. I tak dobrze, że podnosiła tylko brew, a nie na przykład głos, ale, co tu dużo mówić, za każdym razem ten gest przyprawiał wezwaną o chwilową palpitację serca. W tej sytuacji nie kombinowała już więcej z tym krzesłem, pozostając na miejscu.
- Wezwałam cię do siebie - szefowa miała w zwyczaju zwracać się do wszystkich podwładnych per ty - bo mam dla ciebie nowe zadanie.
Anka spojrzała na swą rozmówczynię z nieukrywanym zaskoczeniem. Prędzej spodziewałaby się reprymendy niż nowego projektu, chociaż za chwilę może się okazać, że to zadanie spowoduje u niej depresję.
- Słucham... - odpowiedziała z wyczekiwaniem, fiksując wzrok na przełożonej tuż poniżej jej prawej dziurki w nosie, gdzie niezmiennie tkwiła sporych rozmiarów brodawka. Anka z tej odległości nie mogła tego dostrzec, ale doskonale wiedziała, że na czubku, niczym antenka telewizyjna, tkwią dwa sztywne włoski. Kpiono z naczelnej, że ściąga nimi wszelkie rozmowy toczące się w redakcji. Niezrozumiałym i zadziwiającym był bowiem fakt, że szefowa wiedziała zawsze o wszystkim i wszystkich nie wiadomo skąd. A właściwie wiadomo - antenka. A tak swoją drogą to Anka nie mogła zrozumieć, jak w dwudziestym pierwszym wieku kobieta taka jak jej chlebodawczyni, kreująca się na osobę nadążającą za trendami mody i urody, mogła nosić na swej twarzy coś takiego. Gdyby to jej, Anki, dotyczyło, bez wahania poszłaby pod nóż. Jedno ciachnięcie i byłoby po kłopocie. Rach-ciach.
- Wiesz, kto to taki, Antoni Hartman? - Ostry głos przełożonej wyrwał ją z rozmyślań.
Hartman, Hartman... Szukała tego nazwiska w zakamarkach pamięci. Dzwoniło, tylko nie wiedziała, w którym kościele. Nagle sobie przypomniała. A! Ten Hartman...! Facet był z zawodu historykiem, interesował się głównie okresem drugiej wojny światowej. Pisał powieści osadzone w tych właśnie realiach, nawet na podstawie jednej z nich nakręcono dość popularny serial. Jednak dla Anki druga wojna światowa była ostatnią dziedziną, którą mogłaby się zająć zawodowo. Nie znosiła tej tematyki, z zasady nie oglądała dotyczących jej filmów ani nie czytała książek związanych z tym okresem. Czego mogła zatem chcieć od niej Wierszewska?
- Tak, wiem, pani redaktor. To autor powieści, w których akcja rozgrywa się głównie w czasach wojennych.
Naczelna z zadowoleniem pokiwała głową.
- Zgadza się. Otóż chciałabym, żebyś napisała o nim artykuł. O nim i o jego nowej powieści.
- Ja? - Anka nie mogła ukryć zdziwienia. - Dlaczego ja?
Brew Barbary Wierszewskiej po raz drugi powędrowała w górę.
- A dlaczego nie? - zapytała srogim głosem.
- Bo pani wie, że to nie moja bajka. Jeżeli chodzi o literaturę, to interesuje mnie wszystko oprócz właśnie okresu tej wojny. Ani się na tym nie znam, ani tego tematu nie czuję.
- Dobremu dziennikarzowi taki drobiazg by nie przeszkadzał. Daję ci szansę, moja droga, a ty nie chcesz z niej skorzystać? Cóż... w takim razie będę musiała to zadanie powierzyć komuś innemu.
- Nie, pani redaktor. Oczywiście, podejmę się tego zadania. - Anka natychmiast się zgodziła, bo doskonale wiedziała, że jeżeli tego nie zrobi, to długo, długo nie dostanie żadnego ciekawego tematu. - Jak zwykle dam z siebie wszystko.
- No, i to rozumiem. - Szefowa klasnęła w dłonie, chociaż nie wydawała się zdziwiona decyzją podwładnej. Prawdopodobnie strategię tego podstępu już dawno sobie zaplanowała. Chciała z pewnością dać Ance do zrozumienia, iż powierza jej coś ważnego, aby zatrzeć jej rozczarowanie faktem, że wywiad z Lisem dostał ten cholerny Mareczek. - Pan Hartman będzie u nas w redakcji w poniedziałek, przygotuj sobie na ten dzień zestaw ciekawych pytań. Jeżeli będziesz miała z tym jakiś problem, Marek chętnie ci pomoże. Sam miał się tym zająć, ale, rozumiesz, ma teraz zbyt wiele pracy. Jednak da ci materiały o Hartmanie i trochę informacji o jego powieści. Pisze o jakimś włoskim arystokracie, który w czasie wojny walczył w Afryce, zresztą wszystkiego się dowiesz od Mareczka. A teraz pędź do pracy, moja kochana, nie trać czasu. Raz, raz!
"Pędź do pracy, nie trać czasu. Raz, raz... - Anka przedrzeźniała w myślach przełożoną. - I na dodatek w poniedziałek! - myślała ze złością. - A dzisiaj już piątek. Nie zostawiła mi zbyt wiele czasu na przygotowania, jędza jedna. Niech ją ta cholerna brodawka zeżre!"
Gdy z rozmachem otworzyła drzwi do pokoju, gdzie obok trzech innych stało jej biurko, z całym impetem wpadając do środka, zderzyła się z kim? Oczywiście z Mareczkiem. Niósł akurat stertę jakichś papierzysk, które niczym wielkie białe motyle rozfrunęły się po całym pomieszczeniu.
- A ty co wyrabiasz? Ślepa jesteś? - wydarł się na nią, a po chwili wysyczał przez zaciśnięte zęby: - Zbieraj to teraz!
- Sorry - powiedziała potulnie i przykucnęła, podnosząc z podłogi rozsypane kartki.
Nie chciała z nim zadzierać, w tej sytuacji nie mogła. Przecież musiała uzyskać od niego informacje dotyczące Hartmana, inaczej w żadnym wypadku nie zdąży dobrze się przygotować do wywiadu. Fakt, było to dla niej niesłychanie upokarzające, ale cóż... Praca wymaga poświęceń. Spojrzała na niego z poziomu nieco powyżej podłogi i spostrzegła przede wszystkim jego sporych rozmiarów piwny brzuch. Marek nie był w gruncie rzeczy brzydkim facetem, tylko jakimś takim rozlazłym. Nadmiar miękkiej tkanki tłuszczowej zgromadzony na podbródku, brzuchu, okolicach kości krzyżowej, palcach dłoni, udach czynił z niego kogoś mało apetycznego i atrakcyjnego dla płci przeciwnej. Zupełnie jakby był ulepiony z jakiejś miękkiej glutowatej masy. A na dodatek jego strój, stale niedoprasowany, rozmemłany, to wystająca ze spodni koszula, to pognieciony kołnierzyk krzywo ułożony w wycięciu rozciągniętego swetra, to różne kolory skarpetek czy sznurówek w butach i tym podobne detale składały się na obraz Mareczka. Do tego nieco rudawe, wiecznie rozczochrane włosy i okulary w grubych oprawkach, na których można było dostrzec przegląd tygodniowego menu właściciela, a jeszcze jego aroganckie zachowanie, często wręcz bezczelne, nieuprzejmość, nieuczynność, pogarda wobec współpracowników, demonstrowanie swojej wyższości... Można by tak długo wyliczać, w każdym razie to wszystko sprawiało, że Mareczek zdecydowanie nie był lubiany w redakcji.
Podniosła się z kucek i wręczyła nadętemu koledze plik niestarannie ułożonych kartek, które dopiero co z tak wielkim trudem pozbierała z podłogi.
- Proszę. - Starała się, aby jej głos brzmiał jak najbardziej uprzejmie. - Naczelna powiedziała, że udostępnisz mi materiały o Hartmanie.
- Nic mi o tym nie wiadomo - odpowiedział oschle.
W Ance zaczęło się gotować.
- Nie? To może pójdziemy do niej i zapytamy? - Była gotowa chwycić drania za to jego wygniecione ubranie i udowodnić, że mówi prawdę.
Przez chwilę przyglądał się jej z nieodgadnionym wyrazem twarzy, po czym podszedł do swojego zabałaganionego biurka, które wyglądało dokładnie tak samo, jak jego właściciel - niechlujnie i nieprzyjaźnie, po czym poszperawszy w stercie papierów, wyjął z niej kilka kartek, przejrzał je pobieżnie, większość odłożył i tylko dwie z nich rzucił z nonszalancją na biurko Anki.
- Masz - powiedział burkliwie.
- Dzięki - odpowiedziała, biorąc kartki do ręki i, jak się mogła spodziewać, znalazła w nich niewiele informacji, dokładnie tyle, ile przeczytałaby w internecie, wpisując w Google hasło "Antoni Hartman". Spojrzała na Marka z pogardą, ale on już na nią nie patrzył, pisał coś w komputerze z miną pełną satysfakcji i tym szatańskim złośliwym uśmieszkiem pod nosem, czyniącym jego twarz jeszcze bardziej nieprzyjazną i odpychającą.
"Niech cię diabli..." - pomyślała i ostentacyjnie wrzuciła kartki do kosza. Kątem oka zauważyła, że Mareczek to spostrzegł, i tym razem, ku jej zadowoleniu, mina mu nieco zrzedła. "Sama sobie poradzę. Ja wam jeszcze wszystkim pokażę. Wojna czy nie wojna, wywiad będzie świetny, już moja w tym głowa".
***
Piątkowy wieczór i całą sobotę spędziła przy komputerze, zbierając materiały o Hartmanie. I owszem, sporo ciekawych informacji o nim znalazła. Przejrzała także w wyszukiwarce jego zdjęcia, których było zaskakująco niewiele, i nie była do końca pewna, czy są chociaż w miarę aktualne, ale nie one były najważniejsze. Skonstatowała jedynie, że widocznie autor strzeże swojej prywatności, chociaż to nie do końca szło w parze z byciem poczytnym pisarzem. Dowiedziała się poza tym, że ukończył studia na Wydziale Nauk Historycznych Uniwersytetu Wrocławskiego, napisał osiem powieści, z czego akcja wszystkich osadzona była oczywiście w czasach drugiej wojny światowej, przed dwoma laty zrobił doktorat, miał na koncie kilka publikacji naukowych. Z jednej strony nie lubiła takich intelektualistów, podobnie jak miała dystans do wszelkiego rodzaju gwiazd i celebrytów. Ach, ci artyści... kochliwi, depresyjni, dwubiegunowi, szaleni. Z drugiej jednak strony wolała ich niż tych jajogłowych inteligentów. Zazwyczaj rozmowa z nimi ją męczyła.
Odnalazła informacje na temat ostatniej pracy Hartmana. Udzielił wywiadu w radiu. Wysłuchała podcastu z jego udziałem i, ku jej zdziwieniu, temat ją zaciekawił. Otóż jej przyszły rozmówca pisał powieść osnutą wokół prawdziwych dziejów włoskiego arystokraty, księcia Amedeo d'Aosty, niesłychanego przystojniaka, który w czasach wojny walczył w Afryce. Przyglądała się uwiecznionej na zdjęciu postaci: atrakcyjnemu wysokiemu mężczyźnie o sylwetce prostej jak struna, ubranemu w biały wojskowy mundur i skórzane wysokie oficerki. Południowy typ urody z czarnymi włosami na tle tego białego munduru prezentował się wręcz zjawiskowo. "A gdyby tak można było złożyć mężczyznę doskonałego..." - myślała. Jej ideał miałby zapewne sporo cech tego charyzmatycznego księcia. Westchnęła z tęsknotą, kiedy z chwilowego letargu wyrwał ją dźwięk dzwonka u drzwi.
- Anka! A ty co? Niegotowa?
To Agata, jej najlepsza przyjaciółka, wpadła z impetem do małego mieszkanka, czyniąc jak zwykle wiele zamieszania. - Miałyśmy przecież iść potańczyć! Zapomniałaś?
Zapomniała. Zrobiła przepraszająco-niewinną minę, kierując wymownie wzrok na rozłożony na stole laptop i notatki.
- Praca? Znowu praca? O, nie! Tym razem się nie wywiniesz. Dalej, zbieraj się, na dole taksówka czeka. Masz pięć minut.
Anka westchnęła z rezygnacją. Pięć minut to dla niej i tak zanadto. Przeczesała szybko szczotką włosy, zrobiła nowe kreski pod oczami, przejechała błyszczykiempo ustach, psiknęła się na szyi nowymi perfumami i już była gotowa.
- Co? W tym chcesz iść? Oszalałaś chyba! Nie ma mowy! - Agata jednym ruchem otworzyła szafę, szybko przesuwając wieszaki. Przytrzymała ten z zieloną jedwabną bluzką, spojrzała na nogi Anki i stwierdziwszy, że czarne dżinsy będą pasowały, rzuciła w przyjaciółkę wybranym ciuchem. - Dalej, przebieraj się. Została ci minuta.
Wystarczyła. Po chwili obie zbiegały po wypaczonych drewnianych schodach przedwojennej kamienicy i wkrótce siedziały na tylnym siedzeniu taksówki. Podstarzały otyły kierowca raz po raz zerkał na nie ze wstecznego lusterka łakomym wzrokiem.
Klub o nazwie Niski Parter mieścił się rzeczywiście na parterze jednego z niedawno wybudowanych budynków służących celom handlowo-rozrywkowym. Przyjaciółki lubiły tam chodzić, chociaż nie zdarzało się im to zbyt często. Obie zapracowane, nadal singielki, wiele godzin spędzały w swoich firmach. Agata studiowała z Anką dziennikarstwo, ale po studiach zatrudniła się w jednej z popularnych rozgłośni radiowych i tam robiła coraz większą karierę. Anka uwielbiała podczas pracy słuchać radia Przystanek Warszawa i słodkiego głosu kumpelki zapowiadającej przeboje z lat pięćdziesiątych czy sześćdziesiątych. Obie były fankami muzyki z tych czasów i rozumiały się w tej kwestii doskonale. Zresztą w innych też.
Tego sobotniego wieczora Niski Parter był pełen ludzi. Muzyka grała, szum rozmów nie cichł ani na moment, w pomieszczeniu unosił się zapach damskich perfum zmieszany z aromatem różnych alkoholi i, co tu dużo mówić, innymi mniej przyjemnymi ludzkimi wonnościami. Agata wzięła Ankę za rękę i poprowadziła wprost do baru, gdzie bez porozumienia z przyjaciółką zamówiła dla nich obu po Krwawej Mary. Nie musiała pytać Anki, czego się napije, dziwnym trafem w lot odgadywała jej myśli. Po chwili obie siedziały na wysokich hokerach i sączyły drinki, rozglądając się po sali w poszukiwaniu znajomych. Napoje przyjemnie rozlewały się w przełyku, pozostawiając na ustach posmak dojrzewających w pełnym słońcu pomidorów z turbodoładowaniem w postaci procentów. Wkrótce Agata dojrzała kolegę z pracy, pomachała do niego i już po chwili mężczyzna był przy nich.
- Anka, poznaj Piotrka, kumpla z radia.
Podali sobie ręce, ale trudno było im rozmawiać, bo akurat didżej grał wyjątkowo głośny utwór. Piotrek pochylił się do ucha Agaty, po czym pociągnął ją za rękę w stronę parkietu. Dziewczyna spojrzała jeszcze pytająco na przyjaciółkę, a kiedy ta przyzwalająco skinęła głową, po chwili zniknęła w tłumie.
Anka została sama.
Nie widziała żadnej ze znanych jej osób, mimo że usilnie wypatrywała ich w tym rozbawionym tłumie. Zresztą, co się dziwić, zapracowana dziewczyna nie miała w Warszawie zbyt wielu znajomych, a co dopiero przyjaciół. To raczej Agata była tym rozrywkowym typem, a Anka korzystała na tym przy okazji. Zrezygnowana odwróciła się do baru i zamówiła drugiego drinka. Kiedy sączyła go powoli, kątem oka dostrzegła siadającego na stołku obok mężczyznę mniej więcej w jej wieku. Zamówił piwo, upił kilka łyków i spojrzał na nią. Zaczynało jej trochę szumieć w głowie. Chyba narzuciła sobie zbyt szybkie tempo, ale co niby miała robić sama przy barze?
- Mogę ci zamówić coś do picia? Jeszcze jedną Krwawą Mary? - zapytał sąsiad z krzesła obok.
Dopiero teraz uważniej na niego spojrzała i odniosła wrażenie, że już się gdzieś spotkali, jednak kolorowe migające światła skutecznie ukrywały oblicza wszystkich obecnych. Nie była nawet w stanie określić, jaki jej rozmówca ma kolor włosów, nie mówiąc już o oczach czy rysach twarzy. Po jego swetrze tańczyły właśnie barwne mazańce, których źródłem były dyskotekowe lampy. Pomyślała, że od tych świateł można dostać ataku padaczki, przymknęła na moment oczy. Trochę wirowało jej w głowie.
- Możesz. Poproszę o wodę.
Uśmiechnął się i zamówił to, o co prosiła. Jego uśmiech był taki miły. Zupełnie nie sprawiał wrażenia faceta, który przyszedł tu na podryw.
- Szukasz dziewczyny? - zapytała bez ogródek. Krwawej Mary skutecznie rozwiewała jej nieśmiałość.
Znowu się uśmiechnął i pokręcił głową.
- Nie, nie szukam. Umówiłem się tu z kumplem, ale kiedy przyszedłem, dostałem właśnie od niego SMS, że się spóźni. Zatem czekam na niego, popijając piwo. A ty?
- Ja jestem z przyjaciółką, ale przed chwilą poszła tańczyć ze swoim znajomym.
- Masz ochotę zatańczyć?
Zaprzeczyła ruchem głowy. Zawroty jeszcze bardziej się nasiliły, dlatego duszkiem wypiła pół szklanicy wody, którą tyle co postawił przed nią barman.
- Trochę kręci mi się w głowie. Dawno nie piłam alkoholu, a tu dwa drinki jeden po drugim. Muszę trochę spasować. Poza tym niewiele dzisiaj jadłam, nie miałam czasu. - Uśmiechnęła się przepraszająco, właściwie nie wiedzieć dlaczego. - Nie mam wprawy, rzadko piję alkohol.
Znowu ten uśmiech.
- Nie ma problemu. Możemy porozmawiać.
Na szczęście muzyka nieco ucichła, grano właśnie jakiś spokojny kawałek.
- Mogę poznać twoje imię?
- Jestem Anka.
- A ja Tolek. Tak mówią do mnie przyjaciele.
Podali sobie dłonie. Światła przestały migać i całe pomieszczenie zalała teraz spokojna zielonkawoniebieska poświata. Dzięki wypitej wodzie poczuła się znacznie lepiej, a że działanie alkoholu jeszcze nadal trwało, nie czuła się niezręcznie w towarzystwie obcego mężczyzny.
- Czym się zajmujesz? - zapytał, pociągając łyk piwa. Na jego górnej wardze został delikatny ślad pianki. Anka wpatrzona w usta Tolka bezwiednie oblizała swoje, na co on się roześmiał, po czym starł pozostałości po piwie papierową chusteczką.
- Poproszę jeszcze jedną Krwawą Mary - powiedziała do barmana, starając się ukryć zażenowanie.
- Jesteś pewna? - zapytał głosem, w którym wyczuła troskę.
Kiwnęła tylko głową. Po chwili przed nią stała szklaneczka z krwistoczerwonym płynem, ale jakoś odeszła jej ochota na kolejny łyk. Obracała ją jedynie w palcach, od czasu do czasu spoglądając na zawartość.
- Czym się zatem zajmujesz, jeżeli to nie tajemnica? Bo jeżeli jesteś tajną agentką służb specjalnych, to nie było pytania.
Roześmiała się. Pomyślała, że czuje się w jego towarzystwie wyjątkowo swobodnie, jakby znali się już od dawna. Jednak niechętnie opowiadała ludziom, że jest dziennikarką, szczególnie tym nowo poznanym. Zaraz stawali się jacyś tacy sztywni, jakby się bali, że zdoła prześwietlić ich skrzętnie skrywane tajemnice.
- Jestem... można tak ogólnie powiedzieć, humanistką. A ty? - Od razu zmieniła temat.
- Ja... śledzę stare dzieje.
- O! Glina? - Nie kryła zaskoczenia.
- Nie do końca. Chociaż tropienie wchodzi także w zakres mojej pracy. Coś jak Sherlock Holmes w nieco innym wydaniu.
Znowu się zaśmiała. Bawił ją.
- Czyli mamy ze sobą coś wspólnego - odpowiedziała, a on nie zapytał, co miała na myśli.
I rozmawiali. O wszystkim oprócz pracy. O swych poprzednich związkach, planach wakacyjnych, podróżach, studiach. A ona popijała Krwawą Mary łyk za łykiem, aż w końcu nadszedł ten moment, że nie poczuła tych ostrzegawczych sygnałów, które poczuć powinna, tak bardzo zaabsorbowana swym rozmówcą. I stało się. Niestety, miała taką przypadłość, że nie potrafiła się upić, bo nagle zaczynała rzygać. Nigdy nie urwał się jej film, nigdy nie tańczyła po pijaku na stole, nawet w czasie najbardziej szampańskich studenckich imprez. Po prostu, zanim zaczęła szaleć głowa, do głosu dochodził żołądek i chlust... było po wszystkim. Tak też stało się teraz.
- Muszę wyjść - powiedziała z trudem.
- Źle się czujesz? - Tolek zapytał z niepokojem.
Zdołała tylko kiwnąć głową i wybiegła na zewnątrz, potrącając po drodze tego i owego ku ich irytacji. Gdy tylko owiało ją rześkie nocne powietrze, dopadła do pierwszego drzewa rosnącego z tyłu za klubem i ulżyła swemu żołądkowi. Nie pomyślała nawet, żeby biec do toalety, zresztą tam pewnie utknęłaby w kolejce, a w efekcie i tak by nie zdążyła. Tymczasem gdy targały nią torsje, poczuła, że ktoś troskliwie przytrzymuje jej włosy, a po chwili podaje chusteczkę. Z wdzięcznością przyjęła pomoc, chociaż czuła się coraz bardziej niezręcznie. Zwyczajnie było jej wstyd.
- Przepraszam - wyszeptała, nie śmiąc spojrzeć swemu towarzyszowi w oczy.
- Zdarza się. - Tolek odpowiedział łagodnym głosem, jednocześnie zasypując ziemią dowód jej upadłości. - Mnie się to także parę razy w życiuzdarzyło.
- Wstyd mi... - Tym razem na niego spojrzała. Jego twarz była w zasadzie poważna, ale oczy śmiały się tak jakoś figlarnie. Dotarła do niej groteskowość tej sytuacji i uśmiechnęła się również. - Pojadę już do domu - powiedziała po chwili, kiedy już jako tako doprowadziła się do przyzwoitego stanu.
- Odwiozę cię. - Wysunął w jej kierunku ramię. - Wezwałem taksówkę.
- A twój kolega, z którym miałeś się spotkać?
- Już dawno wysłał mi wiadomość, że nie dotrze, bo rozchorowało się mu dziecko.
Kiwnęła tylko głową. Gdy czekali na ulicy na samochód, nadal nie puściła jego pomocnego ramienia. Czuła się przy nim bezpiecznie, miała poczucie, że nie musi niczego udawać, że może być sobą. Po raz pierwszy odczuła coś takiego w stosunku do dopiero co poznanej osoby, tym bardziej dziwne było, że był to mężczyzna. Gdy po chwili taksówka podjechała i wsiedli do środka, w ostatnim przebłysku trzeźwości pomyślała jeszcze, że powinna dać znać Agacie, iż jedzie do domu.
- Muszę zadzwonić do przyjaciółki - powiedziała, wyjmując komórkę z torebki i wybierając numer, ale kumpela nie odbierała. Co się dziwić, w klubie panował taki hałas, że nie sposób było usłyszeć własnych myśli, a co dopiero dźwięku telefonu. Napisała jej zatem SMS, po czym oparłszy głowę o zagłówek, podała kierowcy adres i mimo że całymi siłami walczyła ze snem, nie udało się jej go pokonać.
Odpłynęła spokojnie w jego kojące ramiona.