Kije
Wypowiadam nazwę "Sorrento". Po prostu mówię do siebie Sor-ren-to i smakuję świeżość cytryny, tak dojrzałej i nagrzanej słońcem, że prawie słodkiej. Tutaj nie można przeżyć porażki. Niebo jest zbyt błękitne, nawet najnudniejsza praca nabiera sensu, jeśli się spojrzy do góry. Jeśli w ogóle jest jeszcze życie dla mnie, to tylko tutaj, w Sorrento, po drugiej stronie Zatoki Neapolitańskiej. Wystarczająco daleko na południe, żeby zapomnieć o zimie, którą z trudem przeżyłam.
Jeszcze rok temu nie wiedziałam, że Sorrento istnieje. Oczywiście wyobrażałam sobie różne egzotyczne wyspy, kamienne, południowe miasteczka, ale znajdowały się one zawsze gdzieś na drugiej półkuli, poza zasięgiem autobusów ze zwykłego biura podróży. Chyba każdy ma taką utopijną przystań marzeń, schronienie przed uciążliwościami chłodnego klimatu i brutalnością losu. Jeśli szczęście ucieka daleko, to pewnie chroni się właśnie tam, po drugiej stronie gór, mórz i autostrad.
O Sorrento po raz pierwszy usłyszałam od mojej sąsiadki. Parę miesięcy temu stałyśmy razem na balkonie. Podwójne "r" wydało mi się najśpiewniejszą zbitką spółgłosek, od razu poczułam gorąco.
- Pani Malwino, moja córka zerwała ze swoim narzeczonym i pojechała w ciemno na południe Włoch - sąsiadka oblizywała zaschnięte od paplaniny wargi - tak po prostu, kupiła bilet na autobus do Neapolu. Za czterysta złotych. Nie, nie mieszka w Neapolu. Znalazła pracę w barze w Sorrento.
Sorrento. Wypadło jej z ust jak kawałek brzoskwini. Zapamiętałam tę nazwę z jej błękitem, żółcią i głęboką zielenią, tę obietnicę gorąca za niewielką sumę pieniędzy. A teraz jestem już prawie na miejscu. Tak blisko celu. Trzeba poprawić makijaż. Trzydzieści dwie godziny w autobusie zrobiły swoje. Moje stopy błagają o pomoc. Opuchlizna w kostkach. Nieznośne pieczenie i gorąco. Autobus jest w miarę komfortowy, nie powinnam narzekać. Klimatyzacja działa, rozwiewa zapach jajek na twardo i wczorajszych kanapek. Ekran telewizora, na którym kiedyś wyświetlano komedie i reklamy, został zaklejony kartką z napisem: "Kosz na śmieci znajduje się przy toalecie".
Dojeżdżamy do Neapolu. Dzień rozpoczął się na dobre, widzę, jak bardzo zmienił się krajobraz za szybą. Przez noc posunęliśmy się o tysiąc kilometrów na południe. Zniknęły znajome mi gatunki drzew. Pojawiły się zupełnie inne: strzeliste, wbijające się w niebo najwyżej rosnącą gałęzią oraz szerokie niby-sosny, ścięte płasko na górze, jakby przygnieciono je nadmiarem słońca. Przed chwilą mignęły pierwsze palmy, zwiastuny końca kontynentu i wiecznego lata.
Co jakiś czas wyłania się martwy akwedukt, kawałek mniej wartościowej archeologii, rozrzutnie rozproszonej po całej Italii. Pośród białych, gęsto posadzonych domów błysnęło błękitem morza, które jest bardzo blisko. Za godzinę powinniśmy być w porcie. Stamtąd odpływa moje Metro del Mare do Sorrento.
Przecież to nic wielkiego, jadę tam jako pomoc domowa, służąca, kucharka, pielęgniarka, sprzątaczka. Będe wdychać zapach staroci, ścierać kurz z porcelanowych figurek, na które nikt nie patrzy. Kim jest Carla Russo? Emerytowaną urzędniczką? Nauczycielką? Elegancki styl jej krótkich listów wprawiał mnie w zakłopotanie. Z trudem usiłowałam sobie przypomnieć składnię tego pięknego języka, który poznawałam wiele lat temu. Moje zdania były krótkie, chropowate, niezgrabne. Brak elokwencji nadawał im ton bezwzględnego posłuszeństwa. Jakbym podpisywała cyrograf. Nie stawiałam żadnych warunków. Kupuję na kredyt trzy cudowne lata na Południu. Podpisałam umowę na jakieś tysiąc dni, mam prawo do czterech tygodni urlopu.
Sorrento to jest moja ostatnia próba. Ostatni dzwonek na ostatnią lekcję. Pozbierałam się dość szybko. Jerzy nie dotrzymał mi kroku. Rozeszliśmy się w milczeniu, w ciszy odpłynęliśmy w przeciwne strony. Oddaliliśmy się od siebie, jeszcze zanim... Zanim to wszystko się stało. Nic nas już nie łączy. I jeszcze na dodatek śmierć Amelii w lutym, kochane zwierzę, z najwierniejszym psim spojrzeniem. Ona też od nas odeszła.
Za niecałą godzinę będziemy w porcie, muszę się przygotować na tę nową przygodę, bo nigdy w życiu nie płynęłam statkiem. Tak się jakoś złożyło - woda nie była moim żywiołem. Wychowałam się w Kijach, niewielkiej wiosce pod Pińczowem. W czasach mojego dzieciństwa woda nie płynęła tam nawet w kranach - ojciec zaniechał budowy kanalizacji w latach sześćdziesiątych, kiedy po pożarze musiał wydać oszczędności na odbudowę domu. Potem już mu się nie udało zebrać wystarczającej sumy. Gmina chciała nam pomóc, ale rodzice byli zbyt dumni. "Sami sobie poradzimy" - powtarzała matka, rozdzielając łyżką do misek rozgotowane ziemniaki.
Moich rodziców już nie ma. Umarli razem z końcem PRL-u, nie doczekali asfaltowej drogi w Kijach ani krzykliwych reklam piwa nad sklepem spożywczym. Na polu konwaliowym w borku, do którego chadzaliśmy na spacer po niedzielnej mszy, powyrastały eleganckie wille, w niczym nieprzypominające naszej rodzinnej chałupy: niskiej, krępej, surowo wybielonej wapnem. Przez maleńkie okna wpadały do izby tylko najsilniejsze promienie słońca, przyjemnie drażniące Paska, szarego kocura sąsiadów, przesiadującego wiecznie u nas. Rodzice spali za zasłoną w kuchni, ja z rodzeństwem zajmowałam drugi pokój, który nazywaliśmy salonem. Nie byłam w Kijach od wielu lat. Nie mam do czego wracać. Młodsi bracia sprzedali nasz dom przybyszom z miasta, którzy zachwycili się starą kuchnią węglową. Próbuję ocalić resztki dawno sfotografowanych wspomnień, ale z trudem przypominam sobie, ile szufladek liczył kuchenny kredens, w której przegródce trzymaliśmy zbrylony cukier, a w której zebrany na naszym polu mak.
Byłam grzeczną, niesprawiającą kłopotów córką. Niańczyłam młodszego brata, potem siostrę. Później ta siostra przejęła wychowanie najmłodszej dwójki.
W tamtych czasach dzieci rodziły się szybko. Chodziłam w pole, karmiłam nasze zwierzęta, w czerwcu od piątej rano kucałam przy krzaczkach truskawek. Zawoziłam je z ojcem do skupu w Pińczowie. O wpół do ósmej. Stamtąd prosto do szkoły.
To było moje miejsce, z niepowtarzalnym zapachem pasty do podłogi i nienagannym porządkiem dnia. Z wąziutkim korytarzem, na którego końcu znajdowała się biblioteka. Zawsze w czerwcu wypożyczałam najwięcej książek. Zaczerwienionymi od truskawek palcami kartkowałam szybko kolejne tomy Sienkiewicza, musiałam zdążyć przed zakończeniem roku szkolnego.
Tak naprawdę mam na imię Malina. To imię dla rumianej, zdrowej dziewczyny, która karmi krowy, z uśmiechem wyciska z ich ciepłych wymion tłuste mleko. Dziewczyny nienoszącej zegarka. Dziewczyny o pełnych ustach, która na wiosnę rodzi dziecko, w lipcu zabiera je na żniwa, nie skarży się na upał i ciężką pracę. Taka miałam być w prostych marzeniach moich rodziców, "Malwina" nie przyszłaby im do głowy. Sama sobie siebie wymyśliłam. Jedna litera może wiele zmienić i wiele skomplikować.
Byłam świetną uczennicą, cudownym dzieckiem, co za talent - chwaliła mnie nauczycielka polskiego, kiedy na prywatnych lekcjach cierpliwie wygładzała mój gwarowy zaśpiew. Chciałam koniecznie zostać polonistką, tak jak ona, potem zapragnęłam pisać książki dla dzieci. Co wieczór opowiadałam braciom i siostrom nową historię. O duchach, o szklanej górze, o zaczarowanym tobołku. Pod koniec lat sześćdziesiątych rodzice kupili radio i wszyscy woleli słuchać audycji "Na dobranoc".
W liceum po raz pierwszy usłyszałam brzmienie francuszczyzny i zadurzyłam się w tym wytwornym języku. Miałam wrażenie, że każde słowo pachnie perfumami: wkuwałam więc słówka, wdychałam głębokie wyrafinowanie konjunktiwu. W klasie maturalnej zafascynowali mnie egzystencjaliści, wydawało mi się, że ktoś wreszcie odkrył dla mnie świat. Przez oprawione w szary papier tłumaczenia Camusa spoglądałam na swoją rzeczywistość i wiedziałam, że muszę uciec z Kijów do miejsca, gdzie będzie więcej książek. Postanowiłam, że będę studiować filologię romańską. "Profesorka". Malina na "profesorkę" się chce uczyć - mówił ojciec do sąsiadów pod kościołem. Trochę z dumą, trochę z pogardą.
A teraz jadę na służbę do starej kobiety, która być może ma imponującą bibliotekę, ale ja będę tylko ścierać kurz z półek, dotykać książek, na których przeczytanie nie starczy mi już życia, bo są napisane w języku, którego dawno nie używałam. Ten język zasechł mi gdzieś w gardle, rozwiał się w codzienności, która go nigdy nie potrzebowała. Będę czyścić toaletę, szorować wannę, usuwać puste fiolki po lekarstwach. A przecież zdałam egzaminy na romanistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim - nikt z mojej wsi nie znał języków obcych, poza być może paroma zdaniami po rosyjsku. "Bonżur madam" - krzyczał za mną sołtys, gdy przechodziłam koło sklepu spożywczego w nowym czerwonym berecie, który wydawał mi się wtedy wcieleniem marzenia o Paryżu. Wtórowały mu śmiechy sączących piwo chłopów. Przestałam bywać w Kijach, matka miała mi to zawsze za złe, "za bardzo cię wessało" - mawiała z dezaprobatą. Rumiana Malina znikała jej z oczu, wszyscy w rodzinie słusznie przeczuwali, że nie będę więcej przyjeżdżać na sianokosy.
To już ostatni przystanek przed Neapolem, kierowca autobusu daje nam znak, żeby wysiadać, silnik musi odpocząć, zaraz wyłączy się klimatyzacja. Jesteśmy na parkingu dużej stacji benzynowej Total. Można kupić papierosy. Jest gorąco, z taką falą ciepła nigdy wcześniej się nie zetknęłam, ten południowy upał jest wszechogarniający, zupełnie inny od środkowoeuropejskiej sierpniowej duchoty, na którą czeka się cały rok.
Powietrze drga od gorączki i oparów paliwa. Pasażerowie ziewają, niektórzy przecierają ze zdziwieniem zapocone czoła i chowają się w skrawku cienia rzucanego przez autobus. Ja - przeciwnie. Idę słońcu na spotkanie, czuję, jak asfalt grzeje mi spuchnięte stopy, słyszę ten śpiewny język, który kiedyś tak gładko przechodził mi przez usta. Na razie zadanie jest bardzo proste. Kupić najtańsze mentolowe papierosy i butelkę wody. Nie muszę nic mówić. Pokazuję palcem. Zauważam ze wstydem szarawy nalot za paznokciami. Wodę wyciągam sama ze wskazanej mi przez sprzedawcę chłodziarki.
- Grazie - próbuję się uśmiechnąć, czuję, jak fala dawno nieużywanych słów sadowi się na języku.
Wychodzę na zewnątrz, chcę natychmiast ugasić pragnienie. Ścianki plastikowej butelki są oszronione. Lodowaty dotyk gwałtownie schładza rozpalone usta. Robią się zimne jak przy pożegnalnym pocałunku.
Drzwi autobusu są już otwarte, można wsiadać. Za chwilę wyruszymy na ostatni kawałek autostrady.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki