ROZDZIAŁ 2
Słońce przesłoniły ciemne chmury i zerwał się łagodny wiatr, który niósł w sobie zapach bzów. Ciężarówka jechała wolno szutrową drogą, a mieszkańcy wioski wychodzili przed domy i zerkali ciekawie, bo nie był to dla nich codzienny widok.
- Niech się pan tam zatrzyma. - Antoni wskazał dłonią zagrodę, której centralny punkt stanowił duży drewniany dom. Samochód stanął i cała trójka wysiadła, rozglądając się przy tym po rozległym terenie.
Jakiś przygarbiony, chudy mężczyzna wychodził właśnie ze stajni, prowadząc krowę, ale na widok samochodu zawahał się. W tym samym momencie drzwi domu otworzyły się i na progu stanęła niska kobieta o czarnych włosach, poprzetykanych siwymi nitkami. Obok niej pojawił się korpulentny mężczyzna, a za ich plecami - wysoka, znacznie od nich młodsza brunetka, tak podobna do Antoniego, że Helena od razu domyśliła się, że musi być jego siostrą. Stali przez chwilę naprzeciwko siebie i przyglądali się sobie badawczo.
- To moi rodzice, siostra Zosia i szwagier Ryszard. - Antoni przerwał w końcu milczenie i dokonał prezentacji. - A to moja żona, Helena.
Helena uśmiechnęła się, ale nikt tego uśmiechu nie odwzajemnił. Rodzice Antoniego tylko pokiwali głowami, a szwagier coś mruknął i poszedł zamknąć krowę w stajni. Siostra wzięła na siebie rolę gospodyni, co sprowadzało się do wykonania zapraszającego gestu i stwierdzenia:
- Wejdźcie, obiad właśnie naszykowałam.
W jej głosie nie było słychać ani radości, ani serdeczności. Zaproszenie obejmowało też Leona, który przyglądał się temu chłodnemu powitaniu ze zdziwieniem, a gdy wszyscy zasiedli za stołem i w milczeniu zaczęli jeść podaną im przez Zofię zupę, uznał za konieczne poprowadzenie konwersacji. Opowiedział o ich drodze, o życiu w miasteczku, dopytywał o warunki panujące w wiosce. Z półsłówek, którymi mu odpowiadali, Helena zdołała zrozumieć, że dom należy do szwagra Antoniego i że rodzice jej męża dawniej mieszkali tam, gdzie teraz mieli zamieszkać młodzi małżonkowie.
"Zajmiemy ich dom? Pokłócili się o to?" - zastanawiała się.
Jadła zupę wolno, nie czując w ogóle smaku, bo gardło miała ściśnięte ze zdenerwowania. Nie wiedziała, dlaczego atmosfera w tym domu jest aż tak ciężka i nieprzyjazna. Czuła na sobie ukradkowe spojrzenia, rzucane jej przez domowników, i miała świadomość, że nie są to spojrzenia życzliwe. Dziękowała w duchu Leonowi, że przejął ciężar konwersacji, i zastanawiała się, czy swoim przyjazdem pokrzyżowała im jakieś plany. Wreszcie talerze zrobiły się puste i można było odłożyć łyżki.
- Dziękuję. Było bardzo smaczne - powiedziała Helena cicho, kierując nieśmiały uśmiech w stronę teściowej.
- Zwykłe kluchy na wodzie - odburknęła sucho kobieta i znów zapadła cisza.
- No, to może my teraz pojedziemy rozładować nasze rzeczy - zaproponował trochę zbyt głośno Antoni, zerkając na Leona, który skwapliwie pokiwał głową i już wstawał od stołu. - A ty, Helenko, zostań tutaj i trochę odpocznij.
- Nie, nie, ja przecież też chcę pomóc! - zawołała i sama usłyszała, ile w jej głosie desperacji na myśl o tym, że miałaby zostać sama w tej kuchni, z tymi ludźmi, patrzącymi tak badawczo i nieprzyjaźnie.
Nikt nie próbował ich zatrzymywać. Nikt też nie zaproponował pomocy. Wyszli z kuchni, żegnani obojętnymi spojrzeniami.
- Nie ma co, towarzyskich ma pan krewnych - mruknął Leon. - Mało brakowało, a zagadaliby nas na śmierć! Myślałby kto, że im jakąś krzywdę wyrządziliśmy, tak łypali... Zwłaszcza ten pana szwagier.
Antoni nic nie odpowiedział, zerknął tylko z obawą na Helenę, a widząc jej zgaszoną minę, zacisnął szczęki i znów cień przemknął przez jego twarz. Wolałby, żeby została jeszcze u jego rodziny, zanim pokaże jej ich nowy dom, ale nie miał odwagi drugi raz tego proponować, bo widział, jak źle się czuła podczas posiłku. Wsiedli do szoferki i pojechali na drugi koniec wsi, co Helena przyjęła z ulgą, bo nie uśmiechało jej się zbyt bliskie sąsiedztwo krewnych męża. Wyczuła, że w ich zdystansowaniu jest nie tyle nieufność wobec obcej osoby, ile wręcz wrogość, i nie potrafiła tego zrozumieć.
"Może chcieli, żeby Antoni ożenił się z miejscową dziewczyną? Może nawet był z którąś zaręczony?" - myślała.
Tymczasem ciężarówka mijała kolejne skromne zabudowania, aż ich oczom ukazał się widok, który sprawił, że zapomnieli o chłodnym powitaniu. Za dużym, pobielonym budynkiem droga skręcała w prawo i za zakrętem wyłoniły się zgliszcza trzech domów. Wszystkie były spalone aż do fundamentów - tylko przed ostatnim uchowała się stara szopa, część obórki, kamienna studnia i niziutki budynek z kamienia i cegieł, przykryty strzechą.
"To chyba stajnia?" - pomyślała Helena. "A może jeszcze jedna szopa?"
- To tutaj - powiedział w tym momencie Antoni i ciężarówka się zatrzymała. - To nasz dom... - Wskazał na niski budynek, nie patrząc jej w oczy.
Leon zaklął pod nosem i pokręcił głową z niedowierzaniem, ale w końcu splunął w dłonie, wyskoczył i zagonił oboje do pracy przy rozładunku. Zaszokowana Helena mechanicznie wykonywała jego polecenia, raz po raz zerkając z przerażeniem na budynek, który jej mąż nazwał domem. Najpierw wyciągnęli kozę i klatkę z papugą. Antoni przyniósł z szopy sznurek i zaprowadził kozę na rozciągającą się za nadpalonym płotem łąkę. Przywiązał zwierzę do w miarę solidnie wyglądającej sztachety i poklepał po grzbiecie. Po chwili dodał jeszcze wodę, którą przyniósł ze studni w starym garnku.
- Smacznego - powiedział.
Koza od razu zabrała się do skubania źdźbeł. Helena wzięła klatkę z papugą i postawiła ją na kępce trawy rosnącej pod oknem budynku, który miał być ich domem. Spodziewała się, że ptak rozpocznie koncert przekleństw, ale ku jej zdumieniu Irenka tylko zaskrzeczała cicho i w milczeniu badała nowy teren, spacerując od jednego końca klatki do drugiego.
"Mnie też brakuje słów" - pomyślała dziewczyna, nalewając wody do pojemniczka.
Odeszła od klatki i stanęła przed spalonym doszczętnie budynkiem, który z pewnością był kiedyś sporym i wygodnym domem. Popatrzyła na otaczające go pogorzelisko i zdjął ją pusty śmiech na myśl o tym, że wyobrażała sobie kwiaty i drzewa. Drzewa były, owszem - trzy czarne pnie wyłaniały się z ziemi, wznosząc w górę martwe konary. Nikt nie zadał sobie trudu, żeby usunąć spalone rośliny, więc ich poczerniałe szczątki zaścielały całą powierzchnię, utrudniając dostęp do światła tym nowym, zielonym, które mimo wszystko próbowały przebić się w górę. Helena przykucnęła w rogu, tam, gdzie ogień wyrządził najmniej szkód, wyrwała kilka starych korzeni, zgrabiła ziemię paznokciami, spulchniła znalezionym kamieniem, a potem wykopała dołek i ostrożnie umieściła w nim cebulkę tulipana. Przysypała, wygładziła ziemię, usunęła jeszcze kilka spalonych bylin i pogładziła delikatnie czerwone płatki. Antoni, który w milczeniu przyglądał się żonie, nabrał w obie dłonie wody i podlał roślinę. Helena spojrzała na niego z wdzięcznością, choć dostrzegł też w jej wzroku żal i zawód, które wywołały w nim poczucie winy. Chciał coś powiedzieć, ale kierowca zaczął ich ponaglać, żeby wreszcie wypakować wszystko z ciężarówki.
- Chodźcie, bo nas tu noc zastanie!
To, co załadowali z pomocą rodziców Heleny, kuzynki, ciotki i sąsiada, teraz musieli wypakować we troje. Uwijali się szybko, dysząc ze zmęczenia. W trakcie pracy Leon rozglądał się po całym terenie i wreszcie nie wytrzymał.
- Tu chcecie mieszkać? - zapytał. - Przecież tu nawet wody nie ma!
- Woda jest w studni. A nocować będziemy u mojej siostry, mówiła, że wydzieli nam trochę miejsca w kuchni... Szybko dobuduję duży pokój, naprawię, co trzeba, i będzie się nam wygodnie żyło - odpowiedział Antoni, choć w jego głosie nie słychać było pewności.
- A nie zatruli tej wody w studni? - wtrąciła Helena. - Słyszałam, że tak robili...
- Nie. Chyba im wystarczyło, że podpalili obejścia.
- A ta szopa, to czyja? - Leon wskazał na budynek, który Antoni nazwał domem.
- To nie szopa, tylko dom po mojej babci. Mieszkała tu do śmierci i mnie go zapisała, bo stanąłem w jego obronie, jak go rodzice chcieli rozebrać. Babcia się uparła, że starych drzew się nie przesadza, i za nic nie chciała się przenieść, choć to przecież tylko parę metrów dalej. A teraz to właśnie ten stary domek ocalał, bo chyba oni też myśleli, że to szopa, i uznali, że się sama zajmie ogniem.
- Szkopy? - zapytał Leon, choć właściwie pytać nie musiał, bo kiedy mówiło się "oni", zwykle każdy miał na myśli okupantów.
- Tak.
- Kiedy? - dociekał dalej kierowca, choć widać było wyraźnie, że Antoni nie ma ochoty o tym mówić.
- W zeszłym roku, pod koniec października - mruknął. - Najpierw zatrzymali się we wsi tam, za lasem. - Machnął ręką w nieokreślonym kierunku. - A potem ruszyli dalej i przeszli przez Rzekowo. Wydawało się, że wystarczy im tych parę kur i krowa, którą zabili, ale jednak nie...
- I tak dobrze, że nie puścili z dymem całej wsi.
Antoni postawił walizkę, którą właśnie niósł, i spojrzał Leonowi w oczy.
- Moi rodzice i siostra byli akurat w środku, ledwie udało im się ujść z życiem... Sąsiad z domu obok nie miał tyle szczęścia... Ale Zosia była wtedy w szóstym miesiącu ciąży. Straciła dziecko. No i moja babcia, kiedy zobaczyła, co się dzieje, dostała ataku serca. Moi rodzice nie wiedzieli, co najpierw robić w tym chaosie: ratować płonący dobytek czy umierającą matkę... Nie udało się ani jedno, ani drugie...
Po tych słowach zapadła cisza tak straszna, że Helenie aż zadzwoniło w uszach. Antoni stał bez ruchu, ze spuszczoną głową i wyglądał tak żałośnie, że Leon poczuł wzbierające w nim współczucie i chęć pocieszenia.
- Skurwysyny - skomentował. - Wieś mojego kuzyna też spalili, dwa domy się tylko ostały.
- To się stało przeze mnie - rzucił nagle Antoni.
Popatrzyli na niego wyczekująco, ale on odwrócił się i znów zaczął wyciągać kolejne przedmioty z samochodu, jakby miał nadzieję, że zapomną o tym, co mu się w emocjach wyrwało. Helena pomyślała, że będzie czas, by wrócić do tej kwestii, gdy już zostaną we dwoje, ale Leon nie zamierzał tego tak zostawić.
- Jak to przez ciebie? - zapytał, przechodząc na ty.
Antoni odłożył ciężką paczkę i znów skierował się do samochodu, ale kierowca zastąpił mu drogę.
- Mówże, człowieku, skoro już zacząłeś!
Westchnął z rezygnacją i stanął przed nimi z opuszczonymi ramionami i zwieszoną głową, jak skazaniec czekający na wykonanie wyroku.
- Byłem partyzantem... - powiedział cicho i zamilkł, jakby to wszystko wyjaśniało.
- No i co? - Leon wzruszył ramionami. - Nie ty jeden. Jak teraz spotykam różnych takich, co ich przez całą wojnę nie widziałem, to prawie każdy mówi, że w partyzantce walczył. Aż dziw, że się wszyscy w tych lasach pomieścili.
Antoni milczał, ale Helena nie mogła zostawić tego stwierdzenia bez odpowiedzi.
- Mój mąż naprawdę walczył - zawołała żarliwie.
- I co? Dowiedzieli się, że ci pomagają, tak? - dopytywał Leon.
- Nie pomagali mi. Nasz oddział w ogóle w tym rejonie nie działał. Zresztą chyba żaden, bo tutaj lasy za małe, za bardzo rozproszone...
Kierowca prychnął i rzucił mu podejrzliwe spojrzenie.
- No to coś ty zmalował? - zapytał. - Aaa... Dowódcą byłeś w tej partyzantce, tak? Jaki miałeś pseudonim? Chociaż nie, musieli cię znać z nazwiska, skoro aż tutaj za tobą trafili...
- Nie byłem żadnym dowódcą, ani w ogóle nikim znaczącym. I nie znali mnie z nazwiska, bo nawet jak wpadłem, to miałem fałszywe papiery, po koledze, którego zamordowali...
- To ja już nic nie rozumiem - stwierdził sąsiad sceptycznie. - Jak się mścili za pomoc partyzantom, to całe wsie palili i mieszkańców wyżynali, a tu ledwie trzy domy! I za tobą jednym tak ganiali, skoro, jak mówisz, nikim znaczącym nie byłeś? Mieli chyba inne sprawy na głowie niż sprawdzać, co porabia jakiś tam małorolny. Coś kręcisz, chłopie.
- Mój szwagier uważa, że to przeze mnie. Rodzice zresztą też. Bo mnie tu nie było, żeby ich bronić.
- Byłeś tam, gdzie powinien być każdy Polak! - zawołała Helena. - Walczyłeś i narażałeś życie za ojczyznę!
- Szwagier! - rzucił pogardliwie Leon. - Też mi znawca i specjalista od krowiego ogona... A on gdzie wtedy był? Czemu nie bronił?
- A tamtą wieś, co ją mijaliśmy, niby też przez ciebie spalili? - dodała Helena, w której emocje aż buzowały. - Co za bzdury! Spalili, bo były polskie. Nie potrzebowali innych powodów! I jeśli jest tu czyjaś wina, to tylko ich, na pewno nie twoja!
- Dobra, dość gadania, do roboty! - zakomenderował Leon, bo zauważył, że Antoniemu po tych słowach zadrżały usta i nie zdołał ukryć wzruszenia. To hasło zmobilizowało go jednak, potrząsnął głową, spojrzał jeszcze raz płomiennym wzrokiem na żonę i ze zdwojoną energią wziął się do rozładunku.
Przywiezione z rodzinnego domu Heleny wielkie łóżko i piękny rzeźbiony kredens stanęły na podwórzu, a na nich i wokół układali wszystkie rzeczy, które mama pieczołowicie spakowała im na nową drogę życia. Wyglądały absurdalnie na tym pustym podwórzu, obok nędznej chatynki.
"Dobrze, że jest sucho" - pomyślała Helena, patrząc na swój dobytek leżący na ziemi.
- No, to ja się zbieram, żeby przed nocą do domu dojechać - powiedział Leon, kiedy wypakowali ostatnią walizkę. Próbowali go zatrzymać, proponując coś do picia, ale machnął tylko ręką, wsiadł do ciężarówki i już po chwili zniknął im z oczu. Mieli wrażenie, że ucieka, jakby nie chciał być świadkiem tego, jak będą te rzeczy wnosić do ich marnego domu.
"Dobrze, że rodzice już wyjechali i nie opowie im o tym wszystkim" - pomyślała Helena. Przez chwilę miała ochotę pobiec za nim i odjechać jak najdalej stąd, nie zważając na to, co powie Antoni, ale gdy spojrzała na męża, wiedziała, że nie może tego zrobić. "To bohater, przez tyle lat walczył o to, żeby Polska znów była wolna, a ja miałabym go porzucić tylko dlatego, że jego dom nie jest taki, jak sobie wymarzyłam?" - mówiła sobie w duchu. "Przecież to tylko rzeczy i budynki, jeśli się postaramy, naprawimy, co się da, i będziemy dobrze żyć".