p

Dobry materiał - Dolly Alderton

Kup ebooka

38.90 zł
31.12 zł (31,12 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dla­czego to do­brze,że nie je­stem z Jen

Nie umiała tań­czyć. W ogóle nie miała po­czu­cia rytmu. Kie­dyś uwa­ża­łem to za uro­cze, do­póki nie zo­ba­czy­łem, jak inni się z niej śmieją. By­łem tym za­że­no­wany.

Pew­nego dnia pod­słu­cha­łem, jak mówi: "Pój­dziemy kie­dyś na cap­puc­cino i po­ga­damy", do mo­jego na­sto­let­niego ku­zyna, który szu­kał po­rady w spra­wie po­da­nia na stu­dia.

Ogól­nie rzecz bio­rąc, w kwe­stii tego, co ucho­dzi za wy­tworne, za­trzy­mała się w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych. Mam na my­śli za­ma­wia­nie kok­tajli i wy­da­wa­nie dwu­dzie­stu fun­tów na ta­lerz ta­glia­telle w "nie­wiel­kim lo­ka­liku".

Od­ma­wiała przy­by­cia na lot­ni­sko choćby chwilę wcze­śniej niż dzie­więć­dzie­siąt mi­nut przed od­lo­tem.

Nie mu­szę już jej prze­ko­ny­wać, by po­lu­biła miej­sce, w któ­rym miesz­kamy.

Kiedy wie­czo­rem miała iść bie­gać, przy­cho­dziła do sa­lonu, roz­cią­gała się przed te­le­wi­zo­rem i py­tała: "Co to?", po czym ka­zała mi wy­ja­śniać, co oglą­dam, cho­ciaż do­sko­nale wie­działa. Ro­biła to tylko po to, by po­ka­zać, że ćwi­czy, pod­czas gdy ja oglą­dam Help, I'm a Ho­ar­der.

Cią­gle pod­kre­ślała z za­do­wo­le­niem, że po­cho­dzi z du­żej ro­dziny, zu­peł­nie jakby to ona zde­cy­do­wała, że bę­dzie miała troje ro­dzeń­stwa.

Bez prze­rwy prze­chwa­lała się, że nie przy­ję­łaby Or­deru Im­pe­rium Bry­tyj­skiego z po­wodu swo­ich rze­komo le­wi­cowo-re­pu­bli­kań­skich prze­ko­nań. Kiedy py­ta­łem, dla­czego w ogóle ktoś miałby ją od­zna­czać, mil­czała.

Na sto pro­cent nie od­mó­wi­łaby przy­ję­cia Or­deru Im­pe­rium Bry­tyj­skiego.

Pój­ście do łóżka zaj­mo­wało jej go­dzinę, bez względu na to, o któ­rej się kła­dła, po­nie­waż wy­ko­ny­wała sied­mio­eta­pową ru­tynę pie­lę­gna­cyjną, prze­glą­dała apli­ka­cje skle­powe i słu­chała pod­ca­stów. Mimo to rano od alarmu bu­dzika do opusz­cze­nia przez nią miesz­ka­nia mi­jało zwy­kle je­dy­nie dwa­dzie­ścia mi­nut.

Za­wsze spóź­niała się do mnie, ni­gdy do pracy.

Nie umiała pro­wa­dzić sa­mo­chodu (wiem, dzie­cinne).

Ja­kimś cu­dem po­tra­fiła po­wią­zać fa­bułę każ­dego filmu, który oglą­da­li­śmy, z wła­snym ży­ciem.

Jej nie­zno­śna sio­stra Mi­randa, która no­siła bez­sen­sowne trans­pa­renty na pro­te­stach i po­wta­rzała: "Hi­sto­ria nas osą­dzi", moim zda­niem mnie nie­na­wi­dziła, bo ile­kroć przy­cho­dziła do nas na ko­la­cję, na­rze­kała na "he­te­ro­sek­su­al­nych bia­łych fa­ce­tów", bez względu na te­mat roz­mowy przy stole. Kie­dyś przy­naj­mniej do­da­wała: "Prze­pra­szam, Andy". Pod ko­niec już tego nie ro­biła.

Jej zna­jomi z pracy: nudni i za­mknięci w so­bie, ani za­bawni, ani śmieszni.

Cały czas twier­dziła, że jest wielką po­szu­ki­waczką przy­gód, ale ni­gdy nie zre­ali­zo­wała żad­nego ze swo­ich pla­nów. Chciała wziąć rok urlopu, by po­dró­żo­wać, bo nie zro­biła so­bie prze­rwy po stu­diach, ale skoń­czyło się na: "Może jed­nak w przy­szłym roku". Pla­no­wała prze­pro­wadzkę do Pa­ryża, jed­nak w końcu uznała, że "to nie jest od­po­wiedni czas". Za­mie­rzała pod­ciąć so­bie włosy, lecz osta­tecz­nie stwier­dziła, że "w pracy by się to nie spodo­bało". Chciała iść na im­prezę ero­tyczną na świe­żym po­wie­trzu, lecz gdy przy­szło co do czego, uznała: "Nie te­raz, mam ka­tar sienny".

Od dwu­dzie­stego dzie­wią­tego roku ży­cia cho­dziła na te­ra­pię, ni­gdy jed­nak nie po­wie­działa mi, o czym tam roz­ma­wia. Ni­gdy też nie za­uwa­ży­łem, żeby było z nią coś nie tak.

Za bar­dzo ko­chała psy i mó­wiła do nich jak do lu­dzi.

Jej gbu­ro­waty oj­ciec.

Jej dziwna matka.

Jej ro­dzina cho­dziła na dłu­gie spa­cery i grała w plan­szówki.

Była wku­rza­jąco ga­da­tliwa, a w szkole na­le­żała do klubu dys­ku­syj­nego, przez co nie wy­gra­łem z nią ani jed­nej kłótni przez pra­wie cztery lata, cho­ciaż wiele razy mia­łem ra­cję.

Cią­gle mnie opie­przała, że ob­gry­zam pa­znok­cie, dłu­bię mię­dzy pal­cami u stóp i mam za dużo wło­sów w noz­drzach oraz w tyłku, mimo że sama bez prze­rwy ob­gry­zała skórki.

Ga­dała w ki­nie.

Uda­wała, że nie jest pewna, czy chce mieć dzieci, bo trosz­czy się o pla­netę, ale my­ślę, że po pro­stu nie chciała mieć dzieci ze mną.

Ni­gdy nie roz­ma­wiała po­waż­nie o po­sia­da­niu dzieci, cho­ciaż wie­działa, jak bar­dzo chcę być tatą, ale cza­sami mó­wiła in­nym: "To jedno z mo­ich ulu­bio­nych imion dla dziecka".

Na li­ście tych ulu­bio­nych imion znaj­do­wały się mię­dzy in­nymi: Noah, Blue (?) i Ze­be­dee.

Snobka. Kie­dyś po­wie­działa, że uważa lu­dzi w słom­ko­wych ka­pe­lu­szach, któ­rzy cze­kają na lot­ni­sku na wa­ka­cyjny sa­mo­lot, za "wsio­ków".

W mu­ze­ach strasz­nie długo przy­glą­dała się wszyst­kim eks­po­na­tom i miała do mnie pre­ten­sje, je­śli zbyt szybko je mi­ja­łem.

Raz w Mu­zeum Bry­tyj­skim wi­dzia­łem, jak z sza­cun­kiem ski­nęła głową ŁY­ŻECZCE Z JA­DE­ITU.

W ciągu na­szego bli­sko czte­ro­let­niego związku roz­pła­kała się za­le­d­wie kilka razy. I to wcale nie wtedy, gdy zry­wa­li­śmy.

Kie­dyś mu­sia­łem obej­rzeć z nią do­ku­ment o Joni Mit­chell.

Znisz­czyła mi ży­cie.

Pią­tek, 5 lipca 2019 roku

Na sznu­rze do pra­nia w ogro­dzie mo­jej mamy wi­szą swe­ter i ko­szula, które wy­glą­dają tak, jakby trzy­mały się za ręce. Stoję przy oknie w sy­pialni i ob­ser­wuję, jak ich po­ło­że­nie zmie­nia się wraz z kie­run­kiem wia­tru. Przy­pa­truję się im do­kład­nie do dzie­więt­na­stej trzy, kiedy to dzwo­nię do ko­biety, którą ko­cha­łem przez trzy lata, dzie­sięć mie­sięcy i dwa­dzie­ścia dzie­więć dni, za­nim rzu­ciła mnie i roz­trza­skała moje serce ni­czym pi­niatę osiem dni i dwa­dzie­ścia dwie go­dziny temu.

Umó­wi­li­śmy się, że za­dzwo­nię o siód­mej, ale od­cze­ka­łem całe trzy mi­nuty, by dać jej do zro­zu­mie­nia, że już o ni­czym nie de­cy­duje. Od­szu­kuję ją w kon­tak­tach w te­le­fo­nie. Fi­gu­ruje tam jako "Jen (z Ham­mer­smith)". Uzna­li­śmy to za cał­kiem za­bawne - moja part­nerka ży­ciowa spro­wa­dzona do na­zwy dziel­nicy. Te­raz to już wcale nie jest za­bawne, stra­ciło całe swoje iro­niczne za­bar­wie­nie. To po pro­stu fakt. Mam za­miar za­dzwo­nić do Jen (z Ham­mer­smith), ko­biety, z którą praw­do­po­dob­nie ni­gdy nie zo­sta­niemy przy­ja­ciółmi, miesz­ka­ją­cej w czę­ści Lon­dynu, któ­rej pew­nie ni­gdy nie od­wie­dzę.

- Halo?

- Hej - mó­wię, a mój głos pisz­czy ni­czym dudy. - Tu Andy.

- Wiem.

- Usu­nę­łaś już mój nu­mer?

- Nie? Dla­czego mia­ła­bym to zro­bić?

- Nie wiem, po pro­stu ode­bra­łaś i po­wie­dzia­łaś "halo?" ta­kim ofi­cjal­nym to­nem, jak­byś była re­cep­cjo­nistką w ga­bi­ne­cie den­ty­stycz­nym.

- Nie po­wie­dzia­łam "halo?", tylko "halo!".

- Nie­prawda, to było py­ta­nie, jak­byś nie wie­działa, kto dzwoni.

- Wie­dzia­łam, że to ty. Prze­cież uzgod­ni­li­śmy go­dzinę.

- Za­dzwo­ni­łem póź­niej, niż pla­no­wa­li­śmy...

- Umó­wi­li­śmy się na siódmą - za­uważa. - Poza tym i tak znam na pa­mięć twój nu­mer.

- Jak to?

- Na po­czątku na­szego związku tyle razy go usu­wa­łam i znów wpi­sy­wa­łam, że w końcu udało mi się go za­pa­mię­tać.

Przy­po­mi­nam so­bie roz­mowę, którą od­by­li­śmy kilka mie­sięcy po tym, jak po raz pierw­szy wy­zna­li­śmy so­bie mi­łość. Przy­znała, że usu­wała mój nu­mer po każ­dym moim ese­me­sie, więc moje imię nie po­ja­wiało się na wy­świe­tla­czu i ob­se­syj­nie za­sta­na­wiała się, kiedy znów do niej na­pi­szę. Nie ro­zu­miem, jak to się stało. Chcę wró­cić do tam­tej chwili. W jaki spo­sób po­dró­żuje się w cza­sie w tych wszyst­kich fil­mach? Zro­bię wszystko. Spadnę z du­żej wy­so­ko­ści. Po­rażę się prą­dem. Wejdę do szafy i ob­rócę się dzie­sięć razy. Tłu­mię szloch, który brzmi jak czkawka.

- Och, Andy - wzdy­cha ona.

- Nic mi nie jest - mó­wię, znów pisz­cząc jak dudy. - Jak tam Mi­randa?

- W po­rządku. W go­ścin­nym śpi te­raz dziecko, więc wy­lą­do­wa­łam w sa­lo­nie na dmu­cha­nym ma­te­racu, ale wszystko gra.

- Śpisz w oto­cze­niu trans­pa­ren­tów z na­pi­sem "Hi­sto­ria nas osą­dzi"?

- Nie - od­po­wiada. To je­den z na­szych ulu­bio­nych żar­tów, który naj­wy­raź­niej umarł wraz z na­szym związ­kiem. Mo­gli­śmy so­bie w ten spo­sób żar­to­wać, tylko bę­dąc ra­zem, gdy jesz­cze uwa­ża­łem jej ro­dzinę za swoją, cho­ciaż do­pro­wa­dzała mnie do szału. Ale ona już prze­szła na drugą stronę. Nie je­stem już jej ro­dziną, nie gramy już w tej sa­mej dru­ży­nie. Je­stem tylko fa­ce­tem z Mi­dlands, z któ­rym praw­do­po­dob­nie ni­gdy się nie za­przy­jaźni i który zło­śli­wie wy­raża się o jej sio­strze.

- Jak twoja mama? - pyta.

- Nic jej nie jest, nie­na­wi­dzi cię i pla­nuje z ko­le­żan­kami z zumby, jak cię za­bić. - Ko­lejna ark­tyczna pauza. - Oczy­wi­ście jest zdru­zgo­tana.

- Mogę na­pi­sać do niej list? Po­tem już się z nią nie skon­tak­tuję, słowo. Chcę się tylko po­że­gnać.

- Spodo­ba­łoby jej się to. Wiesz, że cię uwiel­bia.

- Nie znam ta­kiej dru­giej mamy jak twoja mama.

- Ja też cię uwiel­biam.

Ko­lejna chwila ci­szy. Wy­cią­gam z kie­szeni pa­pie­rosa i go za­pa­lam.

- Pa­lisz?

- Tak.

- Andy, nie po to tak ciężko pra­co­wa­łeś, żeby te­raz się pod­dać.

- Co mnie to... - mam­ro­czę, ma­jąc na­dzieję, że za­brzmię jak ro­man­tyczny ba­nita. Ro­bię wdech i czuję tę je­dyną w swoim ro­dzaju roz­kosz za­ci­ska­ją­cych się płuc.

- Ja też za­czę­łam. Za­palę, je­śli ty pa­lisz. - Sły­szę, jak grze­bie w to­rebce. - Dziw­nie się tu czuję. Śpię na pod­ło­dze. Palę i piję, ile chcę. Z ni­kim się nie spo­ty­kam. To tro­chę jak Boże Na­ro­dze­nie.

- Boże Na­ro­dze­nie?

- Tak. Cały mój świat na chwilę się za­trzy­mał. - Mil­czę. - Wiesz, co mam na my­śli.

- Wła­ści­wie to nie. Wy­daje mi się to ra­czej prze­ci­wień­stwem Bo­żego Na­ro­dze­nia.

- A co może być prze­ci­wień­stwem Bo­żego Na­ro­dze­nia?

- Nie wiem. Wiel­ka­noc? Naj­gor­sze uro­dziny w hi­sto­rii? Wła­sny po­grzeb, w któ­rym się uczest­ni­czy?

- Andy... czy mo­żemy spró­bo­wać unik­nąć hi­ste­rii? Wiem, że to dla cie­bie okropne, dla mnie też. Ale lu­dzie bez prze­rwy ze sobą zry­wają.

- Prze­stań mó­wić ta­kie rze­czy! To nie jest ba­da­nie opi­nii pu­blicz­nej.

Duma po­wstrzy­muje mnie przed po­wie­dze­niem tego, co na­prawdę my­ślę, a mia­no­wi­cie że "lu­dzie bez prze­rwy ze sobą zry­wają" to słowa po­cie­sza­jące tylko osobę koń­czącą zwią­zek, która nie jest już za­ko­chana i nie chce czuć się winna z tego po­wodu - wiem, bo mnie też zda­rzało się to mó­wić. Do­tąd nie zda­wa­łem so­bie sprawy z tego, jak bez­u­ży­teczne jest to stwier­dze­nie dla osoby, która zo­stała po­rzu­cona.

- Moja te­ra­peutka za­pro­po­no­wała mi zro­bie­nie w tym ty­go­dniu pew­nej rze­czy. My­ślę, że to­bie też by ona po­mo­gła.

- Twoja te­ra­peutka su­ge­ro­wała kie­dyś, że­bym na­pi­sał list do mo­jego ego. Wy­bacz, ale nie mam ochoty słu­chać jej rad.

- Chcesz się do­wie­dzieć, co to jest, czy nie?

- No do­bra.

- Jej zda­niem po za­koń­cze­niu związku warto zro­bić li­stę po­wo­dów, dla­czego to do­brze, że już się z kimś nie jest.

- Nie mogę zro­bić ta­kiej li­sty, bo cią­gle chcę z tobą być.

- Nie wy­daje mi się.

- A wła­śnie że tak.

- Spró­buj zro­bić taką li­stę. My­ślę, że po­może ci od­dzie­lić fan­ta­zje od rze­czy­wi­sto­ści i prze­ko­nać cię, że ten zwią­zek w grun­cie rze­czy wcale nie był udany.

- Nie wie­rzę, że po­tra­fisz pod­cho­dzić do tego tak na zimno. Ni­gdy wcze­śniej nie sły­sza­łem, że­byś mó­wiła w taki spo­sób.

- Pró­buję tylko po­móc nam obojgu ru­szyć na­przód.

- Nie­ważne. Nie ma sensu da­lej o tym dys­ku­to­wać.

Nie po­tra­fię od­na­leźć się w tej roz­mo­wie. Mio­tam się od de­spe­ra­cji do obo­jęt­no­ści. Chcę, żeby wie­działa, jak bar­dzo ją ko­cham, ale chcę też, by my­ślała, że nie za­leży mi już na na­szym związku. Nie wiem, co lep­sze. Ża­łuję, że wy­pi­łem trzy piwa.

- Nie są­dzę, żeby te te­le­fony nam po­ma­gały - stwier­dzam.

- Ja też nie.

- Może po­win­ni­śmy prze­stać ze sobą roz­ma­wiać na ja­kiś czas?

- Je­śli tego wła­śnie chcesz...

- Tak, wła­śnie tego chcę.

- No do­brze - mówi i za­ciąga się głę­boko pa­pie­ro­sem. - Po­wie­dzia­łeś już Aviemu?

- Nie.

- Andy...

- Po­wiem mu, kiedy będę go­towy. Po­zwól, że przy­naj­mniej w tej kwe­stii to ja za­de­cy­duję.

- To z kim o tym roz­ma­wiasz?

- Je­steś je­dyną osobą, z którą mogę o tym roz­ma­wiać - od­po­wia­dam, wstrzą­śnięty, jak ża­ło­śnie to za­brzmiało. - Upew­nij się, że Jane nie po­wie mu o tym przede mną.

- Obie­cała, że tego nie zrobi, ale nie może tego cią­gnąć w nie­skoń­czo­ność. To twój naj­lep­szy przy­ja­ciel. Po­może ci się po­zbie­rać.

- My tak nie dzia­łamy, Jen, ale dzięki. - Za­pada ci­sza. Cze­kam, aż się ode­zwie, ona jed­nak mil­czy. - To chyba ta chwila, gdy mówi się "że­gnaj" - od­zy­wam się ze sztuczną we­so­ło­ścią. - Bę­dziemy po pro­stu ese­me­so­wać w spra­wie miesz­ka­nia czy czego tam.

- Ja­sne - szep­cze. - Trzy­maj się.

- Ko­cham cię, Jen.

Wy­daje mi się, że za­sta­na­wia się, czy też tego nie po­wie­dzieć, ale te­ra­peutka sie­dzi jej na ra­mie­niu i mówi coś o współ­uza­leż­nie­niu i gra­ni­cach.

- Ca­łu­ski - od­po­wiada w końcu.

Roz­łą­czam się.

-

Kiedy do po­koju wcho­dzi mama z dwoma kub­kami her­baty, wy­rzu­cam pa­pie­rosa za okno.

- My­śla­łam, że pa­lisz tylko przy al­ko­holu - dziwi się, po czym sta­wia ku­bek na moim sto­liku noc­nym i siada na brzegu łóżka.

- Wy­pi­łem trzy piwa, a nie ma na­wet ósmej.

- Trudno się dzi­wić, bio­rąc pod uwagę oko­licz­no­ści.

Sia­dam obok niej i pod­no­szę ku­bek z na­pi­sem "Ki­bi­cuję Aston Villi, więc to je­dyny pu­char, jaki zdo­będę w tym roku!", zło­żo­nym bor­do­wym fon­tem Co­urier New.

- Ta her­bata sma­kuje mar­ce­pa­nem - za­uwa­żam.

- Do­la­łam do niej tro­chę ama­retto di­sa­ronno - od­po­wiada mama.

Obej­muję ją ra­mie­niem, a ona po­chyla się do mnie i wą­cha moją ko­szulkę.

- Śmier­dzę faj­kami?

- Tak - mówi, wtu­la­jąc twarz w moje ra­mię. Boże, jak do­brze.

- Jen chce do cie­bie na­pi­sać. Po­wie­dzia­łem jej, że może. Mam na­dzieję, że nie masz nic prze­ciwko.

Kręci głową.

- Ko­cham Jen.

- Bar­dziej niż mnie?

Przez chwilę za­sta­na­wia się nad od­po­wie­dzią.

- ODRO­BINĘ bar­dziej niż cie­bie. Ku­piła mi piękne świece.

- W po­rządku.

Wstaje z łóżka i pod­cho­dzi do nie­bie­sko-srebr­nego od­twa­rza­cza CD, któ­rego obu­dowa jest po­ry­so­wana od dzie­się­cio­leci użyt­ko­wa­nia. Wyj­muje płytę z pu­dełka.

- Mo­żesz tu zo­stać tak długo, jak chcesz. Uwiel­biam, gdy tu miesz­kasz.

- Dzięki, mamo.

Po­kój wy­peł­niają dźwięki smycz­ków.

- Co włą­czy­łaś?

- In the Wee Small Ho­urs... Nie ma lep­szej płyty na roz­sta­nia. - Siada z po­wro­tem przy mnie. - Słu­chaj jej co­dzien­nie, a po­czu­jesz się le­piej. Ro­bi­łam to bez prze­rwy po odej­ściu two­jego ojca.

Wy­obra­żam so­bie mamę w cza­sach, gdy by­łem no­wo­rod­kiem, nie­zdol­nym do zro­bie­nia jej her­baty, ob­ję­cia jej czy pusz­cze­nia płyty. Po­kle­puje mnie po ple­cach i pod­nosi się z tru­dem, tak jak za­wsze, od­kąd skoń­czyła sześć­dzie­siątkę. Mo­men­tal­nie po­cie­sza mnie głos Franka Si­na­try, który roz­lega się u nas za­wsze w grud­niu. Głos, który po­zwala uwie­rzyć w al­ter­na­tywny świat luk­susu, ele­gan­cji, mi­ło­ści i or­kie­stry smycz­ko­wej.

- Czuję się jak w Boże Na­ro­dze­nie - mó­wię.

- To do­brze! - od­po­wiada mama we­soło, po czym wy­cho­dzi i za­myka drzwi.

-

Pod­cho­dzę do okna i pa­trzę na sznur z pra­niem. Rę­kawy na zmianę wy­cią­gają do sie­bie ręce, tań­cząc w po­wie­trzu. Od odej­ścia Jen wszystko dla mnie jest zna­kiem. Wszystko jest ko­lejną wska­zówką, która po­maga mi zro­zu­mieć, co się dzieje.

My­ślę o na­szym pierw­szym po­ca­łunku przed jej drzwiami.

My­ślę o na­szej pierw­szej kłótni, na­szej ostat­niej kłótni i każ­dej kłótni po­mię­dzy nimi.

My­ślę o pierw­szych pre­zen­tach uro­dzi­no­wych, które so­bie ku­pi­li­śmy.

My­ślę o jej gór­nej war­dze i pie­przyku z boku oraz o tym, że jej nos wy­daje się zmie­niać kształt w za­leż­no­ści od tego, pod ja­kim ką­tem się na niego pa­trzy.

My­ślę o pierw­szej nocy, którą spę­dzi­li­śmy ra­zem w na­szym miesz­ka­niu: prze­no­sze­nie jej przez próg, pu­ste po­koje, taj­skie żar­cie, za dużo czer­wo­nego wina, kłót­nia po pi­jaku o to, czy po­trzebny nam sto­jak na cza­so­pi­sma, pełne chi­cho­tów pie­prze­nie się na pod­ło­dze.

My­ślę o pierw­szych sze­ściu mie­sią­cach spa­nia w jed­nym łóżku, o tym, jak za­sy­piała z głową na mo­jej piersi i w mo­ich ra­mio­nach, i jak bu­dzi­li­śmy się do­kład­nie w tej sa­mej po­zy­cji.

My­ślę o tym, jaki kształt two­rzy­li­śmy we śnie, by było nam wy­god­nie: le­że­li­śmy od­wró­ceni od sie­bie, do­ty­ka­jąc się po­ślad­kami.

My­ślę o tym, jak pierw­szy raz ją roz­śmie­szy­łem i że jej śmiech za­wsze bę­dzie dla mnie naj­bar­dziej sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cym od­gło­sem na świe­cie, lep­szym na­wet niż śmiech pu­blicz­no­ści.

My­ślę o tym, że być może już ni­gdy nie usły­szę jej śmie­chu, ni­gdy nie ku­pię jej pre­zentu uro­dzi­no­wego, ni­gdy nie zgadnę, co chce z menu na wy­nos, ni­gdy nie usły­szę jej se­kre­tów ani nie po­ca­łuję jej po­wiek.

Ro­bię te­le­fo­nem zdję­cie swe­tra i ko­szulki, na wy­pa­dek gdy­bym za­po­mniał, jak to jest być ko­cha­nym. Za­su­wam za­słony i kładę się do łóżka, w któ­rym sy­pia­łem w dzie­ciń­stwie. A po­tem pła­czę, pła­czę i pła­czę.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki