p

Dobre życie. Lekcje z najdłuższego na świecie badania nad szczęściem - Robert Waldinger, Marc Schulz

Kup ebooka

49.99 zł
44.99 zł (44,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Zacznijmy od pytania:

Gdybyście w tej chwili mieli podjąć jedną życiową decyzję, która pozwoliłaby na poprawę stanu waszego zdrowia oraz poziomu szczęścia w przyszłości, to czego ta decyzja by dotyczyła?

Czy postanowilibyście oszczędzać co miesiąc więcej pieniędzy? Zmienić zawód? A może częściej podróżować? Jakie rozwiązanie dawałoby największą gwarancję tego, że gdy będziecie dożywać ostatnich dni i spojrzycie wstecz, będziecie mieli poczucie, iż dobrze przeżyliście swoje życie?

W przeprowadzonym w 2007 roku sondażu zapytano przedstawicieli pokolenia millenialsów o ich najważniejsze cele życiowe - 76% osób odpowiedziało, że ich głównym zamiarem jest zdobycie dużego majątku, a 50% wśród swoich priorytetów wymieniło również zyskanie sławy2. Ponad 10 lat później, kiedy millenialsi wydorośleli i nabyli nieco większego doświadczenia, dwóm grupom osób zadano podobne pytania. Tym razem sława uplasowała się znacznie niżej na liście dążeń życiowych, a wśród najważniejszych celów ponownie znalazły się wysokie zarobki, udana kariera zawodowa oraz brak długów.

To dość pospolite i praktyczne cele łączące ludzi z różnych pokoleń i różnych szerokości geograficznych. Dorośli na całym świecie pytają dzieci, które ledwo nauczyły się mówić, kim chcą zostać, kiedy dorosną - czyli jaka marzy im się kariera zawodowa. Kiedy w dorosłym życiu poznajemy innych ludzi, jedno z pierwszych pytań brzmi: "Czym się zajmujesz?". Miarą powodzenia w życiu bywa często wysokie stanowisko w pracy, duża pensja czy uznanie dla naszych osiągnięć. Choć większość z nas zdaje sobie sprawę, że kwestie te niekoniecznie przekładają się na szczęśliwe życie. Osoby, które zdołały zrealizować część albo nawet wszystkie z pożądanych celów, nierzadko mają wrażenie, że ich samopoczucie niewiele się zmieniło.

Tymczasem bez przerwy jesteśmy bombardowani komunikatami o tym, co nas uszczęśliwi, czego powinniśmy pragnąć w życiu i kto żyje "jak należy". Reklamy mówią nam, że dzięki jogurtowi tej marki będziemy zdrowi, kupno tego smartfona doda naszemu życiu nowych barw, a za sprawą specjalnego kremu do twarzy pozostaniemy wiecznie młodzi.

Inne przekazy, wplecione w tkankę życia codziennego, są zdecydowanie mniej jednoznaczne. Kiedy znajomy kupuje nowy samochód, sami zaczynamy się zastanawiać, czy nowszy wóz nie uczyniłby naszego życia lepszym. Kiedy przeglądamy w mediach społecznościowych profile innych osób, na których widzimy głównie zdjęcia fantastycznych imprez i piaszczystych plaż, zaczynamy się martwić, czy w naszym życiu nie brakuje imprez i plaż. W relacjach ze znajomymi, w pracy, a szczególnie w mediach społecznościowych zwykle pokazujemy innym wyidealizowaną wersję samych siebie. Prezentujemy pełne entuzjazmu twarze, a porównanie między tym, jak widzimy siebie nawzajem, z tym, co sami o sobie sądzimy, pozostawia nas z poczuciem, że czegoś nam brak. Jak mówi stare porzekadło, zawsze porównujemy wnętrze nas samych z tym, co inni pokazują na zewnątrz.

Z czasem rodzi się w nas subtelne, lecz przemożne wrażenie, że nasze życie toczy się tu i teraz, natomiast to, co jest nam potrzebne do dobrego życia, znajduje się gdzieś tam, w nieokreślonej przyszłości. Ale zawsze poza naszym zasięgiem.

Kiedy patrzy się na życie z tej perspektywy, łatwo ulec przekonaniu, że dobre życie tak naprawdę nie istnieje albo jest osiągalne jedynie dla innych ludzi. Nasze własne życie rzadko bowiem dorównuje wykreowanemu w naszych głowach wyobrażeniu tego, jak powinno wyglądać dobre życie. Nasze życie zawsze jest zbyt chaotyczne i zbyt skomplikowane, żeby uznać je za dobre.

Uwaga, spoiler: dobre życie jest skomplikowane. Dla wszystkich.

Dobre życie jest pełne radości, ale i... wyzwań. Pełne miłości, ale też cierpienia. I nigdy tak po prostu się nie wydarza; dobre życie rozwija się w czasie. To proces3. Obejmuje okresy zamętu i spokoju, czasy swobody i znoszenia trudów, mieści zmagania, sukcesy i niepowodzenia, skoki naprzód i bolesne upadki. Poza tym dobre życie zawsze kończy się śmiercią.

Tak, wiemy, to bardzo zachęcająca reklama.

Ale bez owijania w bawełnę: życie, nawet jeśli jest dobre, nie jest łatwe. Nie istnieje żaden sposób na to, by sprawić, że stanie się doskonałe, a gdyby istniał, nasze życie nie byłoby dobre.

Dlaczego? Ponieważ bogate życie - dobre życie - rodzi się dokładnie z tego, co czyni je trudnym.

Książka ta powstała na podstawie badań naukowych. Jej fundamentem jest Harwardzkie badanie rozwoju osób doros­łych, niezwykłe naukowe przedsięwzięcie, które zostało zapoczątkowane w 1938 roku i pomimo wszelkich przeszkód jest kontynuowane po dziś dzień. Bob jest czwartym z kolei dyrektorem Badania, zaś Marc jego zastępcą. Projekt ten, radykalny jak na swoje czasy, miał na celu zrozumienie ludzkiego zdrowia, jednak przedmiotem badania nie było to, co sprawia, że ludzie stają się chorzy, lecz to, dzięki czemu dobrze się rozwijają. W jego ramach śledzono doświadczenia życiowe biorących w nim udział osób mniej więcej tak, jak po sobie następowały: od dziecięcych niepokojów, przez pierwsze miłości, po ostatnie dni. Droga, jaką przebyło harwardzkie Badanie, podobnie jak życie jego uczestników, była długa i kręta; w trakcie kolejnych dekad zmieniały się jego metody, a także powiększał się jego zakres; obecnie obejmuje ono trzy pokolenia i ponad 1300 potomków spośród 724 pierwszych uczestników. Projekt w dalszym ciągu ewoluuje i się rozrasta, będąc najdłuższym w dziejach badaniem podłużnym ludzkiego życia.

Ale żadne pojedyncze badanie, bez względu na to, jak rozległe, nie pozwala na wyciągnięcie ogólnych wniosków na temat ludzkiego życia. Choć więc książka ta opiera się bezpośrednio na Harwardzkim badaniu rozwoju osób doros­łych, to wykorzystujemy w niej wyniki setek innych badań naukowych z udziałem wielu tysięcy osób z całego świata. Przewijają się w niej ponadto nauki z nieodległej i dawniejszej przeszłości - ponadczasowe idee, które odzwierciedlają i wzbogacają współczesne naukowe rozumienie ludzkiego doświadczenia. To książka przede wszystkim o potędze ludzkich relacji, a jej stabilną podstawę stanowi - stosownie do jej tematu - długa i owocna przyjaźń obu autorów.

Książka ta nie powstałaby jednak bez osób, które wzięły udział w badaniu Uniwersytetu Harvarda - dzięki ich szczerości i wspaniałomyślności przeprowadzenie tego niezwykłego badania było w ogóle możliwe.

Wśród tych osób znaleźli się Rosa i Henry Keane'owie.

- Czego boisz się najbardziej?

Rosa przeczytała to pytanie na głos i spojrzała na siedzącego po drugiej stronie stołu kuchennego męża. Rosa i Henry, oboje po siedemdziesiątce, żyli w tym domu i w niemal każdy poranek siadywali przy tym samym stole od przeszło 50 lat. Tego dnia między nimi znajdował się imbryk z herbatą, opakowanie ciastek Oreo (do połowy zjedzone) i dyktafon. W kącie kuchni stała kamera wideo, obok niej zaś siedziała Charlotte, młoda badaczka z Uniwersytetu Harvarda, która w milczeniu obserwowała małżonków i robiła notatki.

- To nie lada pytanie - stwierdziła Rosa.

- Czego ja boję się najbardziej? - zwrócił się do Charlotte Henry. - Czy czego my boimy się najbardziej?

Rosa i Henry nie uważali siebie za szczególnie zajmujący obiekt badań. Obydwoje dorastali w biedzie, pobrali się, gdy mieli po dwadzieścia parę lat i wspólnie wychowali pięcioro dzieci. Przeżyli wielki kryzys i nieraz mieli w życiu pod górkę, lecz pod tym względem nie różnili się zbytnio od wszystkich znanych sobie ludzi. W związku z tym nigdy nie rozumieli, dlaczego badacze z Harvardu w ogóle się nimi zainteresowali, mało tego, dlaczego w dalszym ciągu się nimi interesują, wciąż dzwonią, przysyłają ankiety, a od czasu do czasu nawet przylatują z daleka, żeby złożyć im wizytę.

Henry miał zaledwie 14 lat i mieszkał w bostońskiej dzielnicy West End, w kamienicy czynszowej bez bieżącej wody, kiedy badacze zapukali do drzwi jego rodziców i zapytali skonsternowaną parę, czy mogą śledzić życie ich syna. Badanie trwało już w najlepsze, kiedy w sierpniu 1954 roku Henry poślubił Rosę - w aktach zapisano, że gdy Rosa przyjęła jego oświadczyny, Henry nie mógł uwierzyć we własne szczęście - teraz zaś był październik 2004 roku, a oni przed dwoma miesiącami obchodzili 50 rocznicę ślubu. Rosę poproszono o bezpośredni udział w Badaniu dopiero w 2002 roku. "Najwyższy czas", stwierdziła.

Badacze z Harvardu śledzili życie Henry'ego rok po roku, począwszy od 1941 roku. Rosie wydawało się dziwne, że jej mąż zgodził się na uczestnictwo w Badaniu w tak zaawansowanym wieku, ponieważ zwykle był bardzo skryty. Henry jednak stwierdził, że odczuwa rodzaj obowiązku, by dalej brać udział w projekcie, a poza tym dzięki temu mógł spojrzeć na wiele spraw z innej perspektywy. Tak więc od 63 lat wpuszczał do swojego życia zespół badaczy. Prawdę mówiąc, opowiadał im o sobie tak dużo i od tak dawna, że sam już nawet nie pamiętał, o czym ludzie z Harvardu wiedzą, a o czym nie. Wychodził jednak z założenia, że wiedzą o wszystkim, w tym o rzeczach, o których nie mówił nikomu poza Rosą, ponieważ gdy tylko zadawali mu pytanie, starał się im odpowiedzieć zgodnie z prawdą.

A zadawali mu mnóstwo pytań.

"Panu Keane'owi wyraźnie pochlebiło, że przyjechałam do Grand Rapids, żeby przeprowadzić z nim wywiad - napisała Charlotte w swoich notatkach - dzięki czemu cała nasza rozmowa przebiegała w przyjaznej atmosferze. Pan Keane jest zainteresowany badaniem i wykazuje dużą chęć współpracy. Na każde pytanie udzielał przemyślanych odpowiedzi, które czasami poprzedzała nawet dłuższa chwila zastanowienia. Zachowywał się bardzo serdecznie i odniosłam wrażenie, że jest stereotypowym spokojnym mieszkańcem Michigan".

Charlotte przyjechała z dwudniową wizytą, w trakcie której miała porozmawiać z Keane'ami i przeprowadzić ankietę - bardzo długą ankietę - na temat stanu ich zdrowia, życia każdego z nich oraz ich życia razem. Jak większość rozpoczynających karierę młodych naukowców, Charlotte nurtowały pytania o to, co sprawia, że życie jest dobre, i w jaki sposób podejmowane w tym momencie przez nią decyzje mogą wpłynąć na jej przyszłość. Czy to możliwe, że w życiu innych osób odnajdzie przemyślenia na temat własnego życia? Aby się o tym przekonać, musiała zadać badanym odpowiednie pytania i uważnie słuchać ich odpowiedzi. Co jest ważne dla każdego z nich? Co nadaje sens ich codziennemu życiu? Czego się nauczyli na podstawie swoich doświadczeń? Czego żałują? Każdy wywiad dawał Charlotte nowe możliwości poznania ludzi, którzy żyli o wiele dłużej od niej, do tego pochodzili z innych środowisk i innych czasów.

Tego dnia Charlotte miała porozmawiać z Henrym i Rosą jednocześnie, przeprowadzić ankietę, a następnie zarejestrować kamerą wideo ich wspólną rozmowę o tym, czego najbardziej się boją. Miała również porozmawiać z każdym z nich osobno w ramach tak zwanych wywiadów uzupełniających. Po powrocie do Bostonu nagrania wideo i zapis rozmowy miały zostać poddane analizie pod kątem sposobu, w jaki Henry i Rosa mówią o sobie nawzajem, wysyłanych przez nich niewerbalnych sygnałów i wielu innych okruchów informacji, które składają się na dane świadczące o naturze ich relacji. Dane te staną się częścią ich akt i będą stanowić mały - choć niezwykle ważny - fragment ogromnego zbioru materiałów odzwierciedlających to, jak w rzeczywistości wygląda ludzkie życie.

Czego boisz się najbardziej? Charlotte nagrała już odpowiedzi obydwojga małżonków na to pytanie w przeprowadzonych indywidualnie wywiadach, teraz mieli przedys­kutować tę kwestię wspólnie.

Ich rozmowa przebiegała następująco:

- W pewnym sensie lubię takie trudne pytania - oznajmiła Rosa.

- To dobrze - odparł Henry. - W takim razie ty pierwsza.

Rosa milczała przez chwilę, po czym powiedziała mężowi, że najbardziej boi się tego, że może zapaść na jakąś ciężką chorobę albo przejść kolejny udar. Henry zgodził się, że to dość przerażające scenariusze. Choć jak przyznał, oboje zbliżają się do takiego etapu życia, kiedy coś podobnego stanie się nieuniknione. Długo rozmawiali o tym, jak poważna choroba jednego z nich może wpłynąć na życie ich dorosłych dzieci oraz ich samych. W końcu Rosa doszła do wniosku, że to coś, czego należy się spodziewać, ale nie ma sensu martwić się z tego powodu na zapas.

- Jakie jest kolejne pytanie? - zwrócił się do Charlotte Henry.

- A czego ty się najbardziej obawiasz? - weszła mu w słowo Rosa.

- Miałem nadzieję, że uda mi się wywinąć od odpowiedzi na to pytanie - odrzekł Henry i oboje się zaśmiali. Następnie dolał Rosie herbaty, wziął kolejne oreo i milczał przez dłuższą chwilę. - Wcale nie tak trudno na to odpowiedzieć - odezwał się wreszcie. - Ale jeśli mam być szczery, zwyczajnie nie lubię o tym myśleć.

- No cóż, przysłali tę biedną dziewczynę aż z Bostonu, więc lepiej odpowiedz.

- To dość przykre - stwierdził, a głos mu się załamał.

- No mów - ponagliła go żona.

- Najbardziej boję się tego, że nie umrę pierwszy. Że zostanę tu sam bez ciebie.

Na rogu Bulfinch Triangle w bostońskim West Endzie, niedaleko miejsca, w którym Henry Keane mieszkał jako dziecko, przy hałaśliwym zbiegu ulic Merrimac i Causeway, stoi Lockhart Building. Na początku dwudziestego wieku w tym solidnym ceglanym budynku mieściła się fabryka mebli, dając zatrudnienie mieszkańcom dzielnicy Henry'ego. Obecnie znajdują się tu gabinety lekarskie, pizzeria oraz pączkarnia. A także siedziba Harwardzkiego badania rozwoju osób dorosłych.

W archiwum na końcu szuflady na dokumenty, oznaczonej literami "KA-KE", umieszczono teczki Henry'ego i Rosy. W środku znajdujemy pożółkłe i postrzępione na brzegach kartki z zapisem pierwszej w ramach Badania rozmowy z Henrym z 1941 roku. Notatkę sporządzono zamaszystym, wprawnym pismem odręcznym. Dowiadujemy się z niej, że jego rodzina należała do najuboższych mieszkańców Bostonu, a czternastoletniego Henry'ego uważano za "zrównoważonego, opanowanego" młodzieńca z "trzeźwym podejściem do swojej przyszłości". Jako nastolatek był bardzo blisko związany z matką, natomiast żywił urazę do ojca, którego alkoholizm zmusił Henry'ego do wzięcia na siebie roli głównego żywiciela rodziny. Kiedy Henry miał dwadzieścia kilka lat, doszło do wyjątkowo szkodliwego dla ich relacji incydentu: ojciec powiedział narzeczonej syna, że zakup jej pierścionka zaręczynowego, który kosztował 300 dolarów, pozbawił rodzinę niezbędnych środków. Dziewczyna w obawie, że nigdy nie zdoła uciec od krewnych Henry'ego, zerwała zaręczyny.

W 1953 roku Henry uwolnił się od ojca, dostał pracę w General Motors i przeprowadził się do Willow Run w stanie Michigan. Tam poznał Rosę, jedną z dziewięcior­ga dzieci małżeństwa duńskich emigrantów. Rok później pobrali się i doczekali piątki własnych dzieci. "Dużo, ale nie dość", zdaniem Rosy.

W ciągu kolejnej dekady Henry i Rosa przeżywali trudne chwile. W 1959 roku ich pięcioletni syn Robert zachorował na polio, co nie tylko było przyczyną wielkiego zmartwienia i bólu dla całej rodziny, lecz także wystawiło na poważną próbę ich małżeństwo. Henry zaczął pracę w fabryce General Motors jako monter, ale w związku z częstymi nieobecnościami w pracy spowodowanymi chorobą syna został zwolniony i nagle, mając na utrzymaniu trójkę dzieci, stał się bezrobotny. Aby związać koniec z końcem, Rosa podjęła pracę w dziale płac w ratuszu w Willow Run. Choć początkowo miało to być jedynie tymczasowe rozwiązanie, Rosa była tak bardzo lubiana przez współpracowników, że spędziła tam kolejne 30 lat, nawiązując liczne znajomości z ludźmi, których z czasem zaczęła traktować jak drugą rodzinę. Po zwolnieniu z General Motors Henry trzy razy zmieniał pracę, aby w 1963 roku znów trafić do General Motors, gdzie tym razem zajął stanowisko brygadzisty. Wkrótce po powrocie do fabryki samochodów odnowił też kontakt ze swoim ojcem (który tymczasem zdołał pokonać uzależnienie od alkoholu) i przebaczył mu dawne winy.

Córka Henry'ego i Rosy Keane'ów, Peggy, obecnie po pięćdziesiątce, również jest uczestniczką Badania. Peggy nie wie, o czym jej rodzice opowiadali badaczom, ponieważ nie chcemy, żeby wpłynęło to na sposób, w jaki relacjonuje swoje życie rodzinne. Możliwość spojrzenia z wielu różnych perspektyw na to samo środowisko rodzinne i te same wydarzenia pomaga nam poszerzyć i pogłębić wiedzę na temat uczestników Badania. Przeglądając kartotekę Peggy, dowiadujemy się, że w okresie dorastania uważała, że rodzice rozumieli jej problemy i podnosili ją na duchu, kiedy czuła się przygnębiona. Zasadniczo twierdziła, iż byli "bardzo kochający". I zgodnie ze świadectwami, jakie na temat własnego małżeństwa złożyli Henry i Rosa, Peggy oznajmiła, że jej rodzice nigdy nie brali pod uwagę ani separacji, ani rozwodu.

W 1977 roku mający 50 lat Henry tak ocenił swoje życie:

Stopień zadowolenia z małżeństwa: ZNAKOMITY

Nastrój w ciągu ostatniego roku: ZNAKOMITY

Stan zdrowia fizycznego w ciągu minionych dwóch lat: ZNAKOMITY.

W naszym Badaniu nie ustalamy jednak stanu zdrowia ani poziomu szczęśliwości Henry'ego czy kogokolwiek innego, pytając jedynie samego uczestnika i jego bliskich o to, jak się czuje. Biorący udział w projekcie pozwalają nam wejrzeć w swoje życie na wiele rozmaitych sposobów, włączając w to tomografię mózgu, badania krwi oraz nagrania wideo, na których opowiadają o swoich najgłębszych lękach. Pobieramy próbki ich włosów, aby zmierzyć poziom ich hormonu stresu, prosimy, żeby opisali, czego najbardziej się obawiają i jakie mają najważniejsze cele w życiu. Sprawdzamy też, jak szybko uspokaja się ich tętno po rozprawieniu się z zadanymi im przez nas łamigłówkami. Informacje te pozwalają lepiej i głębiej zrozumieć, jak dane osoby radzą sobie w życiu.

Henry był nieśmiałym człowiekiem, ale poświęcił się stworzeniu silnych więzi z najbliższymi, w szczególności z Rosą i dziećmi, a więzi te zapewniły mu głębokie poczucie bezpieczeństwa. Stosował również dość silne mechanizmy radzenia sobie ze stresem, o których powiemy więcej na następnych stronach. Dzięki temu połączeniu - bezpieczeństwa emocjonalnego oraz skutecznych mechanizmów przystosowawczych - Henry mógł w kolejnych wywiadach powtarzać badaczom, że czuje się "szczęśliwy" lub "bardzo szczęśliwy". Nawet w najtrudniejszych dla siebie okresach, co zresztą znajdowało odzwierciedlenie w jego stanie zdrowia oraz długowieczności.

W 2009 roku, pięć lat po wizycie Charlotte w domu państwa Keane'ów i siedemdziesiąt jeden lat po przystąpieniu przez Henry'ego do Badania, spełniła się jego największa obawa: zmarła Rosa. Niespełna sześć tygodni później odszedł również Henry.

Rodzinna tradycja kontynuowana jest przez ich córkę Peggy, z którą niedawno przeprowadziliśmy rozmowę w naszym biurze w Bostonie. Od 29 roku życia Peggy jest w szczęśliwym związku ze swoją partnerką Susan i obecnie w wieku 57 lat nie skarży się na poczucie samotności ani kłopoty zdrowotne. Jest szanowaną nauczycielką w szkole podstawowej i aktywną członkinią swojej społeczności lokalnej. Droga, którą musiała przebyć, żeby dotrzeć do tak szczęśliwego okresu w życiu, była trudna i wymagała od niej wiele odwagi - do jej przypadku powrócimy później.

Inwestycja życia

Co takiego kryło się w podejściu Henry'ego i Rosy, że czuli się szczęśliwi nawet w obliczu trudności? I co sprawia, że historia ich życia, a także historie życia innych uczestników harwardzkiego Badania są warte waszego czasu i uwagi?

Jeśli usiłujemy zrozumieć, co dzieje się z ludźmi, kiedy kroczą przez życie, uchwycenie go w całości - decyzji, które podejmują, dróg, którymi postanawiają podążyć, i co z tego dla nich wynika - jest praktycznie niewykonalne. Większość naszej wiedzy o czyimś życiu pochodzi ze wspomnień ludzi na temat ich własnej przeszłości, a ludzka pamięć jest zawodna i pełna luk. Spróbujcie sobie przypomnieć, co jedliście na obiad w zeszły wtorek albo z kim rozmawialiście dokładnie przed rokiem, a przekonacie się, jak duża część naszego życia ginie w niepamięci. Im więcej upływa czasu, tym więcej szczegółów nam umyka, a badania pokazują, że sam akt przypominania danego zdarzenia może zmienić sposób, w jaki je pamiętamy4. Mówiąc krótko, ludzka pamięć jako narzędzie służące do badania zdarzeń z przeszłości bywa w najlepszym razie niedokładna, a w najgorszym - podatna na konfabulację.

A jeśli moglibyśmy obserwować całe życie w miarę tego, jak się rozwija w czasie? Jeśli moglibyśmy badać ludzi od chwili, gdy byli nastolatkami, aż do starości, i sprawdzić, co ma największe znaczenie dla ich zdrowia i szczęścia, a także które inwestycje najbardziej im się opłaciły?

Ależ tym właśnie się zajmujemy.

Nieprzerwanie od 84 lat w ramach harwardzkiego Badania śledzimy losy tych samych osób. Zadajemy im tysiące pytań i dokonujemy setek pomiarów, aby dowiedzieć się, co tak naprawdę sprawia, że ludzie czują się zdrowi i szczęśliwi. Przez wszystkie lata studiowania życia uczestników projektu stale i konsekwentnie wyróżniał się jeden kluczowy czynnik, wpływający zarówno na zdrowie psychiczne i fizyczne, jak i na długowieczność. Wbrew temu, co wiele osób może pomyśleć, nie chodzi tu o sukcesy zawodowe, ruch fizyczny ani zdrowe odżywianie. Nie zrozumcie nas źle: te kwestie też mają duże znaczenie. Jednak czynnik, który nieustannie potwierdza swój silny i trwały wpływ na nasze życie, jest jeden.

To dobre relacje.

Prawdę mówiąc, dobre relacje odgrywają na tyle ważną rolę, że gdybyśmy mieli sprowadzić 84 lata harwardzkiego Badania do jednej zasady życiowej, do jednej porady, którą potwierdzałyby podobne wnioski płynące z rozmaitych innych badań, to brzmiałaby ona następująco:

Dobre relacje czynią nas zdrowszymi i szczęśliwszymi. Kropka.

Jeśli mamy więc dokonać jednego wyboru, podjąć tę jedną jedyną decyzję, która ma nam zagwarantować zdrowie i szczęście, to nauka podpowiada, że przede wszystkim powinniśmy dbać o serdeczne relacje z innymi ludźmi. Relacje wszelkiego rodzaju. Jak zamierzamy wam pokazać, nie jest to jednak wybór, którego dokonujemy tylko raz, lecz powtarzamy go stale, raz po raz, dzień po dniu, rok po roku. To wspólny element, jaki można odnaleźć w kolejnych badaniach nad tym, co ma największy wpływ na poczucie trwałego szczęścia i zadowolenia w życiu. Ale pielęgnowanie dobrych relacji nie zawsze przychodzi łatwo. Jako istoty ludzkie, nawet mając najlepsze intencje, często postępujemy egoistycznie, popełniamy błędy i zostajemy zranieni przez ukochane osoby. Droga do dobrego życia nie jest więc łatwa, choć sprawne poruszanie się po jej krętej i wymagającej trasie jest jak najbardziej możliwe. Harwardzkie badanie rozwoju osób dorosłych może zaś wskazać wam właściwy kierunek.

Skarb w bostońskim West Endzie

Harwardzkie badanie rozwoju osób dorosłych zostało zapoczątkowane w Bostonie, kiedy Stany Zjednoczone usiłowały się podnieść z wielkiego kryzysu. W miarę jak z rozmachem realizowano takie projekty nowego ładu, jak system opieki społecznej i zasiłki dla bezrobotnych, rosło zainteresowanie tym, jakie czynniki sprawiają, że ludziom się powodzi, a co decyduje o tym, że spotykają ich niepowodzenia. W wyniku tego dwa niezwiązane ze sobą zespoły uczonych z Bostonu zainicjowały projekty badawcze, w których naukowcy poddali ścisłej obserwacji dwie bardzo różne od siebie grupy chłopców.

Pierwsza z nich składała się z 268 studentów drugiego roku Harvard College. Zostali wybrani, ponieważ uznano, że wyrosną na zdrowych i zrównoważonych mężczyzn. Działając zgodnie z duchem tamtej epoki, choć znacznie wyprzedzając wielu swoich ówczesnych kolegów ze społeczności lekarskiej, Arlie Bock, nowy profesor higieny na Harvardzie i kierownik przychodni studenckiej na uniwersytecie, chciał skupić się w swoich badaniach nie na tym, co sprawia, że ludzie chorują, lecz na tym, dzięki czemu są zdrowi. Co najmniej połowa zakwalifikowanych do projektu studentów była w stanie dostać się na Harvard wyłącznie dzięki stypendiom i dorywczej pracy, która pozwalała im zapłacić czesne, zaś pozostała część pochodziła z dobrze sytuowanych rodzin. Niektórzy z nich potrafili odtworzyć swe rodowe korzenie aż do czasów założenia Stanów Zjednoczonych, ale 13% było potomkami emigrantów w pierwszym pokoleniu.

Drugą grupę tworzyło 456 chłopców, takich jak Henry Keane, pochodzących z podupadłych dzielnic Bostonu. Wybrano ich z różnych powodów: byli wśród nich tacy, którzy dorastali w najuboższych rodzinach i w najnędzniejszych dzielnicach miasta, lecz mimo to w wieku 14 lat większości udało się uniknąć zejścia na drogę przestępstwa, co stało się udziałem wielu ich rówieśników. Ponad 60% spośród tych nastolatków miało co najmniej jednego rodzica, który wyemigrował do Ameryki, zazwyczaj z biednych obszarów Europy Wschodniej i Zachodniej, a także z Bliskiego Wschodu, na przykład z Syrii, Libanu, Izraela, Jordanii i Turcji. Ich niskie pochodzenie i status imigrantów sprawiał, że byli podwójnie marginalizowani. Sheldon i Eleanor Glueckowie, odpowiednio prawnik i opiekunka społeczna, zapoczątkowali badania nad tymi chłopcami, pragnąc zrozumieć, jakie czynniki życiowe ochroniły ich przed zejściem na przestępczą drogę.

Oba te projekty badawcze rozpoczęły się osobno i przyświecały im inne cele, później jednak połączono je ze sobą i od tamtej pory funkcjonują jako jeden projekt.

Kiedy zespolono oba badania, przeprowadzono na nowo wywiady ze wszystkimi uczestnikami, zarówno tymi z Bostonu, jak i z Uniwersytetu Harvarda. Poddano ich również badaniom lekarskim. Badacze odwiedzili ich w domach i rozmawiali też z rodzicami chłopców. Potem zaś wszyscy ci nastolatkowie stali się dorośli i każdy z nich podążył własną drogą życiową. Zostali robotnikami fabrycznymi i prawnikami, murarzami i lekarzami. Niektórzy popadli w alkoholizm. U kilku z nich wykryto schizofrenię. Niektórzy wspięli się po drabinie społecznej, ruszając z dna aż na sam szczyt, inni zaś odbyli drogę w przeciwnym kierunku.

Założyciele harwardzkiego Badania byliby zapewne zdumieni, ale i zachwyceni, widząc, że trwa ono do dziś, przynosząc nam wyjątkowe i niezwykle ważne odkrycia, które im trudno byłoby sobie wyobrazić. A my, jako kierujący obecnie tym projektem, jesteśmy ogromnie dumni, że możemy wam przedstawić niektóre z tych odkryć.

Soczewki, które pozwalają zajrzeć w głąb czasu

Ludzie są pełni niespodzianek i sprzeczności. Nasze działania nie zawsze wydają się sensowne, nawet (a może zwłaszcza) dla nas samych. Harwardzkie Badanie stanowi zaś wyjątkowe i praktyczne narzędzie pozwalające rozwikłać część tej charakterystycznej dla człowieka zagadkowości. Wyjaśnijmy to pokrótce dzięki przywołaniu naukowego kontekstu.

Badania nad ludzkim zdrowiem i zachowaniem przybierają zazwyczaj dwie formy: przekrojową i podłużną5. W badaniach przekrojowych (zwanych także poprzecznymi) bierze się wycinek pewnej rzeczywistości w danym momencie i zagląda się do jego wnętrza - przypomina to krojenie tortu, żeby zobaczyć, z czego jest zrobiony. Większość badań nad zdrowiem fizycznym i psychicznym zalicza się do tej kategorii, ponieważ ich przeprowadzenie jest dość opłacalne. Trwają przez określony czas i da się przewidzieć ich koszty. Jednocześnie mają fundamentalne ograniczenia, które Bob lubi ilustrować za pomocą starego dowcipu: jeśli polegasz wyłącznie na badaniach przekrojowych, musisz niechybnie dojść do wniosku, że wśród mieszkańców Miami są ludzie, którzy urodzili się jako Kubańczycy, a zmarli jako Żydzi. Innymi słowy, badania przekrojowe to "migawki" z życia i mogą skłonić nas do dostrzeżenia związku pomiędzy dwoma niemającymi ze sobą nic wspólnego kwestiami, ponieważ pomijają jedną zasadniczą zmienną: czas.

Natomiast badania podłużne (longitudinalne) są - jak sama nazwa wskazuje - długie. Analizują ludzkie życie w długiej perspektywie czasu. Są dwie metody ich prowadzenia. O pierwszej, najczęściej stosowanej, już wspomnieliśmy: prosimy badanych, żeby opowiedzieli nam o swojej przeszłości. Metoda ta nazywana jest badaniem retrospektywnym.

Jak już mówiliśmy, badania te opierają się na pamięci. Weźmy Henry'ego i Rosę. Podczas oddzielnych wywiadów przeprowadzonych z nimi w 2004 roku Charlotte poprosiła każde z osobna, żeby opisali swoje pierwsze spotkanie. Rosa opowiedziała, jak poślizgnęła się na lodzie przed ciężarówką Henry'ego, on zaś pomógł jej się podnieść, a później zobaczyła go w restauracji, do której wybrała się ze znajomymi.

"To zabawna sytuacja, przy której było mnóstwo śmiechu - wspominała - bo Henry miał na sobie skarpetki w różnych kolorach i pomyślałam sobie: rety, ten facet marnie wygląda, przydałby mu się ktoś taki jak ja!"

Henry też pamiętał, że Rosa poślizgnęła się na lodzie.

"Jakiś czas później zobaczyłem ją w kawiarni - mówił - a ona przyłapała mnie na tym, że wpatrywałem się w jej nogi. Ale patrzyłem na nie tylko dlatego, że założyła pończochy w dwóch różnych kolorach, czerwonym i czarnym".

Podobne różnice zdań między parami zdarzają się dość często, o czym doskonale wie każdy, kto kiedykolwiek był w dłuższym związku. Za każdym razem, kiedy nie zgadzacie się ze swoim partnerem lub ze swoją partnerką na temat faktów z waszego wspólnego życia, doświadczacie niepowodzenia badań retrospektywnych.

Harwardzkie Badanie nie jest retrospektywne, ale prospektywne. Jego uczestników pytamy o to, jak wygląda ich życie, a nie, jak wyglądało. Czasem faktycznie pytamy o przeszłość, jak w przypadku Henry'ego i Rosy, żeby zbadać naturę naszej pamięci, tego, jak dane zdarzenia są przetwarzane i pamiętane w przyszłości, lecz zasadniczo interesuje nas teraźniejszość. W tej sytuacji dokładnie wiedzieliśmy, czyja wersja historii - o skarpetkach bądź pończochach - jest bliższa prawdy, ponieważ zadaliśmy Henry'emu to samo pytanie o okoliczności poznania Rosy w roku, w którym się z nią ożenił.

"Założyłem skarpetki nie do pary, a ona to zauważyła - powiedział w 1954 roku. - Dziś by do tego nie dopuściła".

Takie prospektywne, trwające całe życie badania prowadzi się nadzwyczaj rzadko. Uczestnicy się wycofują, zmieniają nazwiska albo przeprowadzają się bez informowania o tym badaczy. Poza tym wyczerpują się fundusze, a naukowcy tracą zainteresowanie. W najbardziej udanych prospektywnych badaniach podłużnych udało się utrzymać średnio od 30 do 70% uczestników6. Niektóre z tych badań trwały zaledwie kilka lat. Tymczasem harwardzkiemu Badaniu udało się wszelkimi sposobami utrzymać wskaźnik uczestnictwa na poziomie 84% i choć trwa ono już 84 lata, wciąż jest w dobrej kondycji.

Wiele pytań. Naprawdę, mnóstwo

Historia życia każdego człowieka w naszych badaniach podłużnych opiera się na historii jego zdrowia i zwyczajów; to rozciągnięta w czasie mapa fizycznych faktów i życiowych zachowań. Aby stworzyć pełen obraz stanu zdrowia uczestników Badania, regularnie gromadzimy informacje o ich wadze i ilości ruchu fizycznego, o nawykach związanych z paleniem papierosów i piciem alkoholu, o poziomie cholesterolu, operacjach i chorobach. Zbieramy całą ich historię medyczną. Zapisujemy również inne podstawowe fakty z życia, jak rodzaj zatrudnienia, liczba bliskich przyjaciół, zainteresowania i formy wypoczynku. Na głębszym poziomie formułujemy pytania mające zbadać ich subiektywne odczucia i mniej wymierne aspekty życia. Pytamy o zadowolenie z pracy, małżeństwa, o metody rozwiązywania konfliktów, psychologiczny wpływ, jaki wywierają na nich śluby i rozwody, narodziny dzieci i śmierć bliskich. Pytamy o ich najcieplejsze wspomnienia związane z rodzicami, emocjonalne więzi (lub ich brak) łączące ich z rodzeństwem. Prosimy, żeby opisali nam ze szczegółami najgorsze chwile w swoim życiu i by powiedzieli, do kogo - o ile mają kogoś takiego - zadzwonią, gdyby obudzili się przerażeni w środku nocy.

Badamy ich przekonania religijne i poglądy polityczne, udział w nabożeństwach i życiu lokalnej społeczności, ich życiowe cele i źródła zmartwień. Wielu uczestników naszego Badania walczyło na wojnie, zabijało i widziało, jak giną ich towarzysze; dysponujemy ich bezpośrednimi relacjami i refleksjami na temat tych przeżyć.

Co dwa lata wysyłamy im obszerne kwestionariusze, w których pozostawiamy miejsce na swobodne i osobiste odpowiedzi, co pięć lat zbieramy kompletne dane medyczne od ich lekarzy, a mniej więcej co piętnaście lat spotykamy się z nimi bezpośrednio, na przykład na werandzie domu na Florydzie albo w kawiarni w północnym Wisconsin. Sporządzamy notatki na temat ich wyglądu i zachowania, a także umiejętności utrzymania kontaktu wzrokowego, ich stroju i warunków mieszkaniowych.

Wiemy, kto z nich popadł w alkoholizm, a kto właśnie z niego wychodzi. Wiemy, kto głosował na Reagana, kto na Nixona, a kto na Johna F. Kennedy'ego. Zanim akta tego ostatniego zostały przejęte przez bibliotekę prezydencką jego imienia, wiedzieliśmy nawet, na kogo głosował sam Kennedy, ponieważ on również brał udział w naszym badaniu.

Uczestników projektu zawsze pytamy o to, jak radzą sobie ich dzieci, o ile je oczywiście mają. Obecnie przepytujemy również dzieci pierwszych uczestników badania - przedstawicieli pokolenia baby boomers - i mamy nadzieję, że w przyszłości będziemy z kolei badać ich dzieci.

Dysponujemy próbkami krwi, DNA, wykresami elektrokardiogramu, rezonansu magnetycznego, elektroencefalogramu i innych badań obrazujących pracę mózgu. W naszych zbiorach mamy nawet 25 prawdziwych mózgów, które w ostatnim akcie wspaniałomyślności ofiarowali nam uczestnicy projektu.

Nie wiemy jednak, w jaki sposób ani czy w ogóle materiały te zostaną wykorzystane w przyszłych badaniach. Nauka, podobnie jak kultura, ulega ciągłym przemianom i choć większość danych zebranych w przeszłości w ramach Badania okazała się przydatna, część z najbardziej starannie mierzonych na wczesnym etapie zmiennych badano tylko z powodu całkowicie błędnych założeń.

Dla przykładu, w 1938 roku za istotny wskaźnik prognostyczny inteligencji, a nawet poziomu satysfakcji życiowej uważano typ sylwetki - twierdzono, że mezomorficy, czyli ludzie o sportowej, atletycznej sylwetce, mieli przewagę w większości obszarów życia. Kształt i wypukłości czaszki miały z kolei zawierać wskazówki dotyczące charakteru i zdolności umysłowych. Jedno z pierwszych pytań zadawanych podczas wywiadu wstępnego z niewiadomych powodów brzmiało: "Czy masz łaskotki?" i kolejni badacze powtarzali je na wszelki wypadek przez następne 40 lat.

Z perspektywy ponad ośmiu dekad wiemy jednak, że część tych koncepcji należy ocenić w najlepszym razie jako nieco idiotyczne, a w najgorszym jako całkowicie błędne. Czy jest możliwe lub w ogóle przypuszczalne, że za 80 lat niektóre ze zgromadzonych przez nas danych badacze też potraktują z podobnym rozbawieniem lub podejrzliwością?

Rzecz w tym, że każde badanie stanowi owoc swoich czasów oraz przekonań ludzi, którzy je przeprowadzają. Harwardzkim Badaniem kierowali zaś w większości biali, wykształceni i heteroseksualni mężczyźni w średnim wieku. Ze względu na kulturową jednowymiarowość i fakt, że w 1938 roku społeczność zarówno Bostonu, jak i Harvardu stanowili niemal wyłącznie biali, twórcy Badania wybrali najwygodniejsze rozwiązanie i postanowili badać jedynie białych mężczyzn. To powszechny problem, z którym również Badanie musi się borykać, choć cały czas staramy się go naprawić. Dodatkowo część płynących z niego wniosków da się zastosować tylko do jednej lub obu grup, które zaczęły być badane w latach trzydziestych, ale ustalenia ograniczone do tak wąskich grup nie występują w tej książce. Na szczęście możemy teraz porównać wnioski dotyczące pierwszej grupy badanych z tymi, które płyną z naszej obserwacji poszerzonej grupy (obejmującej żony, synów i córki pierwotnych uczestników), a także z wynikami badań prowadzonych na osobach ze znacznie bardziej zróżnicowanym pochodzeniem kulturowym i ekonomicznym, ze zdywersyfikowaną tożsamością płciową i etniczną.

Na kolejnych stronach zaprezentujemy wnioski, które zostały potwierdzone również przez inne badania; wnioski, które sprawdzają się zarówno w przypadku kobiet, osób nie-białych, tych, którzy identyfikują się jako osoby LGBTQ+, i pełnego zakresu warstw socjoekonomicznych z całego świata - mówiąc w skrócie, w przypadku nas wszystkich. Celem niniejszej książki jest przedstawienie, czego dowiedzieliśmy się o kondycji ludzkiej i co Badanie ma do powiedzenia na temat uniwersalnego doświadczenia, jakim jest życie człowieka.

Marc od ponad 25 lat uczy w college'u dla kobiet i każdego roku nowa grupa inteligentnych, pełnych entuzjazmu studentek prosi go o możliwość wzięcia udziału w jego badaniach nad tym, czym jest dobrostan i jak życie ludzkie zmienia się w czasie. Jedną z takich studentek była pochodząca z Indii Ananya7. W sposób szczególny interesowały ją powiązania pomiędzy nieszczęściami spotykającymi ludzi a poczuciem zadowolenia w dorosłym życiu. Marc opowiedział jej o bogatych zbiorach danych, jakie Badanie zgromadziło na temat całego dorosłego okresu życia setek osób. Wszyscy oni byli jednak białymi mężczyznami, w dodatku urodzonymi 70 lat przed Ananyą, która wyraziła na głos wątpliwość, czego się może nauczyć od tak odmiennych od niej ludzi.

Marc zasugerował, żeby w trakcie weekendu zapoznała się z aktami jednego tylko uczestnika Badania. W następnym tygodniu będą mogli o tym porozmawiać. Ananya przyszła na to spotkanie pełna entuzjazmu i zanim Marc zdołał ją o cokolwiek zapytać, oznajmiła, że chce przeprowadzić własne badania nad uczestnikami projektu. Przekonało ją do tego ogromne bogactwo materiałów na temat życia ludzkiego, jakie odkryła podczas lektury dokumentów. Mimo że szczegóły biografii tego konkretnego uczestnika Badania pod tyloma względami różniły się od jej przeżyć - człowiek ten dorastał na innym kontynencie, nigdy nie studiował i wiódł życie białego mężczyzny, ona zaś była studiującą kobietą o brązowej skórze - Ananya dostrzegała w jego historii własne doświadczenia i życiowe wyzwania.

Historia ta powtarza się niemal każdego roku; w ostatnich kilku latach nawet częściej, w miarę jak na polu psychologii i poza nią stwierdza się poważne nierówności wynikające z różnic w pochodzeniu etnicznym i kulturowym. Samego Boba również ogarnęły podobne wątpliwości, kiedy po raz pierwszy zaproponowano mu stanowisko dyrektora harwardzkiego Badania. Ze sceptycyzmem odnosił się do znaczenia historii życia uczestników projektu i do niektórych jego metod badawczych, które uważał za dość osobliwe. Poświęcił jednak weekend na to, żeby przeczytać akta kilku osób, i - podobnie jak Ananya - od razu zachwycił się tym, co odkrył. Mamy nadzieję, że z wami będzie tak samo.

Od czasów, w których na świat przyszli pierwsi uczestnicy Badania, upłynęło już całe stulecie, ale ludzie są tak samo skomplikowanymi istotami jak zawsze i nasza praca wciąż trwa. Kiedy Badanie wkracza w nową dekadę, staramy się dopracowywać i rozwijać naszą bazę informacji, wychodząc z założenia, że każdy szczegół, każda osobista refleksja bądź chwilowe odczucie tworzą pełniejszy obraz kondycji człowieka i w przyszłości mogą nam pomóc odpowiedzieć na pytania, których obecnie nawet sobie nie wyobrażamy. Mamy przy tym świadomość, że nigdy nie uda się uzyskać pełnego obrazu ludzkiego życia.

Żywimy jednak nadzieję, że będziecie nam towarzyszyć w naszych próbach zmierzenia się z najtrudniejszymi pytaniami na temat rozwoju człowieka. Na przykład: dlaczego dobre relacje z innymi wydają się kluczowe dla udanego życia? Jakie czynniki z wczesnego dzieciństwa wpływają na zdrowie psychiczne i fizyczne w średnim i późnym wieku? Jakie czynniki są najsilniej związane z dłuższym życiem? Albo ze zdrowymi relacjami? Mówiąc krótko:

Co sprawia, że życie jest dobre?

Ludzie pytani o to, czego pragną od życia, w wielu przypadkach mówią, że po prostu chcą "być szczęśliwi". Bob w gruncie rzeczy mógłby odpowiedzieć na to pytanie tak samo. Odpowiedź ta, choć wyjątkowo mało konkretna, mówi w zasadzie wszystko. Marc prawdopodobnie zastanowiłby się przez chwilę i odrzekł, że w życiu chodzi o coś więcej.

Ale co oznacza samo "szczęście"? Jak objawia się w codziennym życiu?

By to sprawdzić, możemy po prostu zapytać ludzi, co ich uszczęśliwia, a następnie poszukać w ich odpowiedziach elementów wspólnych. Ale jak niebawem pokażemy, każdy z nas powinien pogodzić się z pewną dość przykrą prawdą, że ludzie najczęściej sami nie wiedzą, co jest dla nich dobre. Wrócimy do tego później.

Ważniejsze od tego, jak ludzie odpowiadają na to pytanie, są niewyrażone i przyswojone mity związane z tym, co decyduje o szczęśliwym życiu. Istnieje ich wiele, ale największym spośród nich jest przekonanie, że szczęście to coś, co trzeba osiągnąć. Jakby to było trofeum, które można oprawić i powiesić na ścianie. Albo jakby to był cel podróży i kiedy pokonawszy wszelkie czające się po drodze przeszkody, wreszcie do niego dotrzemy, możemy tam po prostu przebywać przez resztę życia.

Oczywiście to wcale tak nie działa.

Ponad dwa tysiące lat temu Arystoteles po raz pierwszy użył terminu eudajmonia, który do dziś jest powszechnie stosowany w psychologii. Odnosi się on do stanu głębokiego zadowolenia, w którym człowiek ma poczucie, że jego życie ma swój sens i cel. Często bywa przeciwstawiany hedonii (od tego określenia pochodzi słowo: hedonizm), które oznacza chwilową rozkosz, jaką dają nam rozmaite przyjemności. Ujmując rzecz inaczej, jeśli szczęście hedonistyczne wyraża się w stwierdzeniu, że dobrze się bawiliśmy, o tyle przy szczęściu eudajmonicznym mówimy, że mamy dobre życie. Oznacza to, że niezależnie od danej chwili, od tego, jak przyjemne bądź nieszczęśliwe może być nasze życie, mamy poczucie, że jest ono cenne i przedstawia dla nas wielką wartość. To rodzaj dobrostanu, który może utrzymywać się bez względu na wszelkie wzloty i upadki.

Bez obaw, nie będziemy bez przerwy używać zwrotu "wasze eudajmoniczne szczęście". Pokrótce przyjrzyjmy się jednak temu, jakie określenia będziemy stosować i co one znaczą.

Część psychologów ma zastrzeżenia do słowa "szczęście", ponieważ może ono oznaczać wszystko - od chwilowej przyjemności po niemal mityczne poczucie eudajmonicznego celu, które w rzeczywistości mało komu udaje się osiągnąć. Dlatego zamiast "szczęścia" w popularnej literaturze psychologicznej częściej stosuje się bardziej zniuansowane określenia, jak dobrostan, pomyślność, rozwój i rozkwit. My również posługujemy się nimi w naszej książce. Marc lubi szczególnie pojęcia rozwoju i rozkwitu, ponieważ odnoszą się do ciągłej i aktywnej czynności stawania się, a nie tylko do samego nastroju. Nadal jednak wykorzystujemy czasem termin "szczęście" z tej prostej przyczyny, że za jego pomocą ludzie opisują swoje życie. Nikt nie powie: "Jak rozwija się twoje życie?". Zapytamy raczej: "Czy jesteś szczęśliwy?". W ten również sposób obaj rozmawiamy na co dzień o naszych badaniach. Mówimy o zdrowiu i szczęściu, o poczuciu sensu i celu. Ale zawsze mamy na myśli szczęście eudajmoniczne. Kiedy zaś ludzie nie zastanawiają się, co tak naprawdę oznacza szczęście, to pomimo całej nieokreśloności tego pojęcia wydaje się ono całkowicie naturalne. Gdy ludzie opisują nowo narodzonego wnuka i mówią: "jesteśmy bardzo szczęśliwi", lub kiedy pacjent podczas terapii określa swoje małżeństwo jako "nieszczęśliwe", jest zupełnie jasne, że słowo to odnosi się do trwałej jakości życia, a nie jedynie do przelotnego uczucia. W tym właśnie duchu będziemy używać określenia "szczęście" w naszej książce.

Od danych do życia codziennego

Zastanawiacie się zapewne, skąd mamy pewność, że relacje pełnią tak istotną rolę dla naszego szczęścia oraz zdrowia. Jak jest możliwe oddzielenie ich wpływu na nasze życie od kwestii ekonomicznych, powodzenia i pecha, trudności w dzieciństwie czy jakiegokolwiek innego ważnego czynnika, który oddziałuje na nasze codzienne życie? Czy w ogóle da się odpowiedzieć na pytanie: "Co sprawia, że życie jest dobre?"

Po przestudiowaniu historii życia setek osób możemy potwierdzić to, z czego w gruncie rzeczy wszyscy zdajemy sobie sprawę: na poczucie szczęścia wpływa szeroki wachlarz czynników. Krucha równowaga kwestii ekonomicznych, społecznych, psychologicznych i zdrowotnych jest bardzo złożona i podlega ciągłym zmianom. Rzadko można stwierdzić z absolutną pewnością, że jakiś pojedynczy czynnik powoduje jeden konkretny rezultat, ponieważ ludzie zawsze są pełni niespodzianek. Nie zmienia to faktu, że istnieją odpowiedzi na postawione wyżej pytanie. Jeśli w dłuższym okresie będziemy systematycznie przyglądać się zestawowi danych tego samego rodzaju, zebranych od dużych grup ludzi i pochodzących z różnych badań, zaczniemy dostrzegać pewne prawidłowości i jasno zobaczymy czynniki zapowiadające życiową pomyślność. Wśród licznych aspektów decydujących o szczęściu i zdrowiu, od zdrowej diety przez ruch fizyczny po poziom zarobków, pod względem znaczenia i powtarzalności wyróżniają się dobre relacje z innymi ludźmi.

Badanie nie jest jedynym trwającym przez wiele dekad badaniem podłużnym rozwoju psychologicznego ludzi i stale konfrontujemy naszą pracę z wynikami innych projektów badawczych, aby sprawdzić, czy nasze ustalenia znajdują potwierdzenie w różnych okresach, a także wśród innych grup ludzi. Każde badanie ma własne specyficzne cechy, dlatego powtarzające się w wielu z nich wyniki są tak ważne z naukowego punktu widzenia.

Oto kilka przykładów innych ważnych badań podłużnych, które wspólnie zgromadziły informacje na temat dziesiątek tysięcy osób:

The British Cohort Studies (Brytyjskie badania kohortowe)8, obejmujące pięć dużych grup badanych, pochodzących z całej Wielkiej Brytanii, urodzonych w konkretnych latach (począwszy od przedstawicieli urodzonego tuż po drugiej wojnie światowej pokolenia baby boomers, a skończywszy na grupie osób, które przyszły na świat na początku obecnego millenium). Badania prowadzono przez całe życie uczestników od chwili narodzin.

The Mills Longitudinal Study (Badanie podłużne Millis), prowadzone na grupie kobiet od czasu ukończenia przez nie Mills College w 1958 roku.

The Dunedin Multidisciplinary Health and Development Study (Multidyscyplinarne badanie nad zdrowiem i rozwojem w Dunedin), obejmujące 91% dzieci, które w 1972 roku przyszły na świat w małym mieście w Nowej Zelandii; trwa do dzisiaj - pierwsi respondenci są już w średnim wieku, a ostatnio badanie objęło również ich dzieci9.

The Kauai Longitudinal Study (Badanie podłużne na wyspie Kauai), prowadzone przez trzy dekady i obejmujące wszystkie dzieci urodzone w 1955 roku na hawajskiej wyspie Kauai, które w większości były pochodzenia japońskiego, filipińskiego i hawajskiego10.

The Chicago Health, Aging, and Social Relations Study (CHASRS, Chicagowskie badanie nad zdrowiem, starzeniem się i relacjami społecznymi), rozpoczęte w 2002 roku; w jego ramach przez ponad dekadę uważnie śledzono zróżnicowaną grupę kobiet i mężczyzn w średnim wieku11.

The Healthy Aging in Neighborhoods of Diversity Across the Life Span (HANDLS, Badanie nad procesem zdrowego starzenia się w rejonach o dużej różnorodności), prowadzone od 2004 roku, zajmujące się charakterem i przyczynami dysproporcji pod względem stanu zdrowia pośród tysięcy białych i czarnych mieszkańców Baltimore12.

Student Council Study (Badanie nad członkami samorządów studenckich), rozpoczęte w 1947 roku; w jego ramach śledzono losy studentek i studentów wybranych do samorządów studenckich na uczelniach Bryn Mawr, Haverford i Swarthmore. Zostało zaplanowane po części przez badaczy, którzy stworzyli harwardzkie Badanie, a jego głównym celem było zbadanie doświadczeń kobiet, które w pierwotnym Badaniu pominięto. Projekt ten prowadzono przez ponad 30 lat, a niedawno odkryto archiwa z pochodzącymi z niego dokumentami13. Ze względu na związki między Student Council Study a harwardzkim Badaniem będziecie mieli okazję poznać niektóre biorące w nim udział kobiety.

Wszystkie te projekty, włącznie z naszym Badaniem, stanowią świadectwo tego, jak ważne są więzi między ludźmi. Udowadniają, że ludzie mocniej związani ze swoją rodziną, przyjaciółmi czy społecznością są szczęśliwsi i zdrowsi psychicznie od tych, którzy utrzymują słabsze kontakty z otoczeniem. Ludzie, którzy są bardziej samotni, niż sami by tego chcieli, o wiele szybciej podupadają na zdrowiu oraz krócej żyją. Niestety poczucie odseparowania od innych staje się coraz silniejsze na całym świecie. Mniej więcej jeden na czterech Amerykanów uważa się za osobę samotną - to ponad 60 milionów ludzi. W Chinach w ostatnich latach znacząco wzrósł odsetek osób samotnych wśród starszych14, a w Wielkiej Brytanii powołano ministra do spraw samotności, aby zmierzyć się z tym poważnym problemem zdrowia publicznego.

Wśród osób samotnych są nasi sąsiedzi, nasze dzieci, my sami. Istnieją niezliczone przyczyny społeczne, ekonomiczne i technologiczne takiego stanu rzeczy, ale bez względu na nie dane nie pozostawiają nam wątpliwości: widmo samotności i społecznej izolacji wisi nad naszym nowoczesnym, "skomunikowanym" światem.

Zapewne zadajecie sobie teraz pytanie, czy możecie zrobić coś jeszcze ze swoim życiem. Czy cechy, które sprawiają, że jesteśmy towarzyscy lub nieśmiali, są po prostu wpisane w naszą osobowość? Czy jest nam przeznaczone być kochanymi bądź osamotnionymi, szczęśliwymi bądź nieszczęśliwymi? Czy nasze doświadczenia z dzieciństwa definiują nas raz na zawsze? Ludzie bardzo często zadają nam podobne pytania. Wszystkie sprowadzają się do tej jednej obawy: "Czy nie jest już dla mnie za późno?".

Na to właśnie pytanie stara się odpowiedzieć Badanie. Jego poprzedni dyrektor George Vaillant znaczną część kariery poświęcił analizowaniu tego, czy ludzie zmieniają swoje sposoby radzenia sobie z wyzwaniami życiowymi. Dzięki pracy George'a i innych osób możemy z całą stanowczością stwierdzić, że odpowiedź na to ciągle powracające pytanie - "Czy nie jest już dla mnie za późno?" - brzmi: NIE.

Nigdy nie jest za późno. To prawda, że nasze geny i doświadczenia kształtują sposób, w jaki postrzegamy świat, to, jak komunikujemy się z innymi ludźmi, a także jak reagujemy na negatywne uczucia. Prawdą jest też niewątpliwie to, że możliwości dotyczące rozwoju ekonomicznego i podstawowej ludzkiej godności nie są w równym stopniu dostępne dla wszystkich, zaś niektórzy z nas przychodzą na świat w wyjątkowo niekorzystnych warunkach. Ale to, jak będzie wyglądać nasze życie, nie jest wyryte w kamieniu, tylko raczej zapisane na piasku. Nasze dzieciństwo nie decyduje o naszym losie. Nie decydują o nim nasze naturalne skłonności. Ani okolica, w której dorastaliśmy. Wyniki badań wyraźnie to potwierdzają. Żadne z naszych życiowych doświadczeń nie pozbawia nas możliwości nawiązywania relacji z innymi, rozwijania się i dążenia do szczęścia. Ludziom często wydaje się, że gdy już osiągną dorosłość, to koniec - ich życie oraz sposób, w jaki je przeżywają, są już ustalone. Ale jeśli przyjrzymy się wszystkim badaniom nad rozwojem osób dorosłych, widać, że to po prostu nie jest prawdą. Konstruktywna zmiana jest możliwa15.

Kilka akapitów wyżej napisaliśmy o ludziach, którzy są bardziej samotni, niż sami by tego chcieli. Użyliśmy tego sformułowania nie bez powodu; samotność nie polega tylko na fizycznym odseparowaniu od innych. Liczba osób, które znacie, nie musi wcale decydować o tym, czy czujecie się związani z innymi, czy osamotnieni. Nie decyduje o tym również to, z kim mieszkacie ani jaki jest wasz stan cywilny. Można się czuć samotnym w tłumie, a także w małżeństwie16. Mało tego, trwanie w mocno skonfliktowanym małżeństwie, w którym nie ma miejsca na uczucie, jest dla zdrowia gorsze od rozwodu.

Tak naprawdę liczy się jakość waszych relacji. Ujmując rzecz najprościej, funkcjonowanie pośród ludzi, z którymi łączą nas serdeczne relacje, działa ochronnie na nasz umysł i nasze ciało.

Pojęcie ochrony jest zresztą bardzo ważne. Życie jest trudne i czasami potrafi mocno dać się nam we znaki. Tymczasem ciepłe, serdeczne relacje z innymi chronią nas przed trudami życia codziennego i pomagają w podeszłym wieku.

Kiedy pierwsi uczestnicy harwardzkiego Badania przekroczyli 80 rok życia, postanowiliśmy się przyjrzeć temu, w jakiej sytuacji znajdowali się w średnim wieku, żeby się przekonać, czy potrafiliśmy przewidzieć, kto z nich dożyje sędziwego wieku w zdrowiu i szczęściu. Zebraliśmy więc wszystko, co wiedzieliśmy na ich temat, gdy mieli po 50 lat, i odkryliśmy, że to nie poziom cholesterolu pozwolił nam najtrafniej przewidzieć, jak się zestarzeją, ale to, w jakim stopniu byli zadowoleni z relacji łączących ich z innymi. Ludzie, którzy byli najbardziej zadowoleni ze swoich relacji w wieku 50 lat, okazywali się najzdrowsi (fizycznie i psychicznie) w wieku 80 lat17.

Kiedy badaliśmy to powiązanie dokładniej, wciąż przybywały nowe dowody na potwierdzenie tej tezy. Żyjący w najszczęśliwszych związkach badani, zarówno kobiety, jak i mężczyźni, informowali po 80 roku życia, że nawet w dni, w które odczuwali większe dolegliwości fizyczne, wciąż pozostawali szczęśliwi. Natomiast osoby, które trwały w nieszczęśliwych związkach, zgłaszały, że wraz z cierpieniem fizycznym pogarszał się również ich nastrój, co skutkowało dodatkowym bólem emocjonalnym18. Inne badania przynoszą podobne wnioski na temat olbrzymiej siły relacji międzyludzkich. Wymieńmy kilka znaczących przykładów ze wspomnianych wcześniej badań podłużnych.

W ramach przeprowadzonego w Baltimore badania na grupie 3720 białych i czarnych dorosłych (w wieku od 35 do 64 lat) ustalono, że osoby otrzymujące większe wsparcie ze strony najbliższej społeczności mają mniejsze problemy z depresją.

Uczestnicy badania chicagowskiego - przeprowadzonego na reprezentatywnej grupie mieszkańców miasta - którzy znajdowali się w szczęśliwych związkach, zgłaszali większy poziom zadowolenia z życia.

Na podstawie badań w nowozelandzkim Dunedin ustalono, że charakter relacji towarzyskich w okresie dorastania znacznie lepiej niż osiągnięcia naukowe pozwala przewidzieć pomyślne życie w dorosłości19.

Można by tak długo wymieniać. Ale badania naukowe nie są oczywiście jedyną dziedziną ludzkiej wiedzy, która ma coś do powiedzenia na temat dobrego życia. Prawdę mówiąc, nauka dopiero od niedawna zajmuje się tym zagadnieniem.

Starożytni odkryli to już dawno

Na to, że zdrowe relacje dobrze na nas działają, filozofowie i religie zwracały uwagę od tysiącleci. W pewnym sensie to dość niezwykłe, że ludzie próbujący zrozumieć, czym jest życie człowieka, przez całą historię ludzkości wciąż dochodzą do bardzo podobnych wniosków. Ale to zupełnie logiczne. Mimo że technologie, jakimi dysponujemy, a także nasza kultura ulegają ciągłym przemianom - obecnie o wiele szybciej niż kiedykolwiek wcześniej - fundamentalne aspekty ludzkiego doświadczenia pozostają niezmienione. Kiedy Arystoteles stworzył koncepcję eudajmonii, czerpał oczywiście z obserwacji świata, ale opierał się także na własnych uczuciach, takich samych, jakie przeżywamy w dzisiejszych czasach. Kiedy Lao Tzu powiedział przed blisko 25 wiekami: "im więcej dajesz innym, tym więcej posiadasz", sformułował istnienie pewnego paradoksu, który wciąż jest aktualny. Obaj ci filozofowie żyli w innych czasach, ale ich świat jest nadal naszym światem. Ich mądrość jest naszym dziedzictwem i powinniśmy z niego czerpać.

Odnotowujemy te podobieństwa z naukami starożytnych, aby umieścić nasze badania w szerszym kontekście i podkreślić ponadczasowe znaczenie stawianych przez nas pytań i płynących z nich wniosków. Poza kilkoma wyjątkami badania naukowe nie interesują się zbytnio ani starożytnymi, ani odziedziczonymi po nich mądrościami. Nauka, która od czasu oświecenia zaczęła wytyczać własną ścieżkę, przypomina raczej młodego herosa wyruszającego na wyprawę w poszukiwaniu wiedzy oraz prawdy. Tymczasem jeśli chodzi o kwestię ludzkiego dobrostanu, choć zajęło nam to setki lat, zatoczyliśmy niemal pełny krąg. Wiedza naukowa w końcu bowiem dogania starożytną mądrość, która przetrwała próbę czasu.

Wyboista droga nauki

Każdego dnia przychodzimy obaj do pracy, żeby zmierzyć się z pytaniem o to, co sprawia, że życie jest dobre. W ciągu kolejnych lat niektóre wyniki stanowiły dla nas duże zaskoczenie. Niekiedy całkowicie obalały nasze przypuszczenia, to znów potwierdzały to, co nam wydawało się niezgodne z rzeczywistością. W kolejnych rozdziałach podzielimy się z wami wszystkimi naszymi odkryciami, a przynajmniej ich sporą częścią.

W najbliższych pięciu rozdziałach przyjrzymy się bliżej naturze relacji międzyludzkich i podpowiemy wam, jak zastosować najważniejsze nauki płynące z naszej książki. Opowiemy o tym, jak poznanie własnego miejsca w życiu - świadomość, w którym okresie życia się znajdujemy - może pomóc w odnalezieniu sensu i szczęścia na co dzień. Omówimy ogromnie ważną koncepcję sprawności społecznej i wyjaśnimy, dlaczego odgrywa ona równie istotną rolę jak sprawność fizyczna. Zajmiemy się również tym, w jaki sposób ciekawość i uwaga mogą poprawić nasze relacje i samopoczucie, ponadto przedstawimy rozmaite strategie radzenia sobie z faktem, że relacje także mogą stanowić dla nas poważne wyzwania.

W dalszych rozdziałach przeanalizujemy konkretne typy relacji: od tego, co jest ważne w długich intymnych związkach oraz jak kontakty z rodziną we wczesnym dzieciństwie wpływają na nasze samopoczucie i co możemy z tym zrobić, przez często niedostrzegane możliwości nawiązania relacji w miejscu pracy, po zaskakujące korzyści płynące z wszelkiego rodzaju więzi przyjacielskich. Jednocześnie będziemy dzielić się z wami szczegółami badań naukowych, z których te wnioski pochodzą, i przywoływać wypowiedzi uczestników harwardzkiego Badania, którzy będą opowiadać o swoich życiowych doświadczeniach i o tym, jak przeżywali je w czasie rzeczywistym, na przestrzeni prawie całego stulecia.

Jako dyrektor i zastępca dyrektora harwardzkiego Badania poświęciliśmy nasze życie owemu projektowi i temu, czego nas może nauczyć o szczęściu. Na dobre i na złe łączy nas fascynacja kondycją człowieka. Bob jest psychiatrą i psychoanalitykiem, a więc codziennie spędza po kilka godzin na rozmowach z ludźmi o ich największych obawach. Oprócz kierowania Badaniem uczy młodych psychiatrów, jak należy prowadzić psychoterapię. Jest żonaty od 35 lat, ma dwóch dorosłych synów, a po pracy spędza sporo czasu na poduszce do medytacji, praktykując oraz ucząc zen. Marc jest psychologiem klinicznym i nauczycielem akademickim, który od 30 lat kształci młodych psychologów. On również prowadzi własną praktykę psychoterapeutyczną, jest małżonkiem z długoletnim stażem i wychowuje dwóch synów. Jako że jest zapalonym fanem sportu, w wolnych chwilach można go znaleźć na korcie tenisowym (gdy był młodszy, częściej widywano go na boisku do koszykówki).

Nasza współpraca badawcza oraz przyjaźń zaczęły się przed blisko 30 laty. Poznaliśmy się w Massachusetts Mental Health Center, słynnym szpitalu psychiatrycznym, gdzie obaj pracowaliśmy z ludźmi zmagającymi się z chorobami psychicznymi, którzy ponadto znajdowali się w niezwykle trudnej sytuacji społecznej i ekonomicznej. Obaj - zarówno w pracy klinicznej, jak i badawczej - odczuwaliśmy potrzebę zrozumienia doświadczeń ludzi wywodzących się z całkowicie odmiennych środowisk niż nasze.

Po 30 latach od naszego pierwszego spotkania wciąż się ze sobą przyjaźnimy i nadal prowadzimy wspólnie badania, starając się wprowadzić harwardzkie Badanie wraz z całą przynależną doń skarbnicą wiedzy w drugi wiek jego istnienia. Poznając życie uczestników projektu oraz ich rodzin, wciąż dowiadujemy się wiele o sobie samych i wyciągamy niezwykle cenne wnioski na temat tego, jak powinniśmy żyć. Książka ta jest próbą podzielenia się tą wiedzą oraz nieocenionym darem, jaki uczestnicy Badania pozostawili światu. Wszak nie zgodzili się oni na udział w projekcie wyłącznie ze względu na podobnych do nas badaczy. Zrobili to dla dobra nas wszystkich. Historie życia tych ludzi tworzą serce naszej książki.

Przekonaliśmy się już osobiście, jakie rezultaty daje dzielenie się wnioskami z naszego Badania z szerszą publicznością. W trakcie pracy w ramach Badania wygłosiliśmy setki wykładów na temat naszych odkryć, które przybliżymy wam w kolejnych rozdziałach, a na podstawie tego, czego się dowiedzieliśmy, stworzyliśmy Lifespan Research Foun­dation, organizację non profit, która ma na celu propagować wiedzę na temat rozwoju życiowego poza publikacjami akademickimi i przekształcać ją w narzędzia pomagające ludziom ulepszyć ich życie. Często po wykładach i warsztatach podchodzą do nas osoby, które mówią, że czują wielką ulgę, słysząc to, co odkryliśmy w wyniku naszego badania, ponieważ płynie z niego jasne przesłanie: dobre życie wcale nie musi się znajdować poza naszym zasięgiem. Nie czeka na nas w odległej przyszłości jako zwieńczenie wymarzonego sukcesu zawodowego. Nie rozpocznie się zaraz po tym, jak zdobędziemy jakiś olbrzymi majątek. Dobre życie mamy tuż przed sobą, niekiedy zaledwie na wyciągnięcie ręki. Dobre życie zaczyna się teraz.

Przypisy końcowe

1. Co sprawia, że życie jest dobre?

1 Mark Twain w liście do Clary Spaulding, 20 sierpnia 1886 roku, https://en.wikiquote.org/wiki/Mark_Twain.

2 J.M. Twenge i inni, Generational Differences in Young Adults' Life Goals, Concern for Others, and Civic Orientation, 1966-2009, "Journal of Personality and Social Psychology" 2012, vol. 102, nr 5, s. 1045-1062.

3 Podobną koncepcję starań o dobre życie jako drogi stworzył psycholog Carl Rogers. W 1961 roku Rogers napisał: "Dobre życie jest procesem, nie stanem bycia. Jest ono kierunkiem, nie celem", zob.: C.R. Rogers, O stawaniu się osobą. Poglądy terapeuty na psychoterapię, przeł. M. Karpiński, Poznań 2018, s. 231.

4 Rozległe badania na tym polu przeprowadziła Elizabeth Loftus z Uniwersytetu Waszyngtońskiego. Opis jej działalności naukowej oraz podsumowanie prac na temat zniekształceń pamięci można znaleźć w: N. Zagorski, Profile of Elizabeth F. Loftus, "Proceedings of the National Academy of Sciences", wrzesień 2005, vol. 102, nr 39, s. 13721-13723.

5 Kolejna metoda badawcza, pozwalająca zrozumieć ludzkie zdrowie i zachowanie, to eksperymenty kontrolowane, w których w różnych warunkach wyznacza się uczestnikom losowo wybrane zadania. Prowadzone są zazwyczaj krótkotrwale, ale można je również stosować do zbadania pewnych zjawisk w dłuższych okresach.

6 K. Gustavson i inni, Attrition and Generalizability in Longitudinal Studies. Findings from a 15-Year Population-Based Study and a Monte Carlo Simulation Study, "BMC Public Health" 2012, nr 12.

7 To jedyna poza uczestnikami Badania wymieniona w książce osoba, której imię - w celu ochrony prywatności - zostało zmienione.

8 Siedzibą czterech z pięciu tych niezwykłych badań jest Centre for Longitudinal Studies w londyńskim University College. Dziennikarka naukowa Helen Pearson poświęciła temu projektowi badawczemu książkę pod tytułem The Life Project (2016).

9 C.A. Olsson i inni, A 32-Year Longitudinal Study of Child and Adolescent Pathways to Well-Being in Adulthood, "Journal of Happiness Studies" 2013, vol. 14, nr 3, s. 1069-1083.

10 E.E. Werner, Risk, Resilience, and Recovery. Perspectives from the Kauai Longitudinal Study, "Development and Psychopathology" 1993, vol. 5, nr 4, s. 503-515.

11 J.T. Cacioppo, S. Cacioppo, The Population-Based Longitudinal Chicago Health, Aging, and Social Relations Study (CHASRS). Study Description and Predictors of Attrition in Older Adults, "Archives of Scientific Psychology" 2018, vol. 6, nr 1, s. 21-31.

12 T.K. Novick i inni, Health-Related Social Needs and Kidney Risk Factor Control in an Urban Population, "Kidney Medicine" 2021, vol. 3, nr 4, s. 680-682.

13 Oryginalne dane i materiały badawcze niedawno odkryto, obecnie są przechowywane w siedzibie Harwardzkiego badania rozwoju osób dorosłych w celu przyszłej archiwizacji. Student Council Study zostało zaplanowane i zapoczątkowane przez psychiatrę Earla Bonda, kontynuowała je zaś doktor Rachel Dunaway Cox, która w 1970 roku wydała dokumentującą badanie książkę pod tytułem Youth into Maturity.

14 Y. Luo, L.J. Waite, Loneliness and Mortality Among Older Adults in China, "The Journals of Gerontology. Series B", lipiec 2014, vol. 69, nr 4, s. 633-645.

15 Wspomniane wcześniej w tym rozdziale badanie absolwentek Mills College dostarcza dowodów na to, że nasza osobowość w dalszym ciągu ewoluuje w wieku dorosłym. Zob.: R. Helson i inni, The Growing Evidence for Personality Change in Adulthood. Findings from Research with Inventories, "Journal of Research in Personality" 2002, nr 36, s. 287-306.

16 J.T. Cacioppo, W. Patrick, Loneliness. Human Nature and the Need for Social Connection, New York 2008.

17 G. Vaillant, K. Mukamal, Successful Aging, "American Journal of Psychiatry" 2001, nr 158, s. 839-847.

18 R.J. Waldinger, M.S. Schulz, What's Love Got to Do with It? Social Functioning, Perceived Health, and Daily Happiness in Married Octogenarians, "Psychology and Aging" 2010, vol. 25, nr 2, s. 422-431.

19 Zob.: T.K. Novick i inni, Health-Related Social Needs..., dz. cyt.; J.T. Cacioppo i inni, The Chicago Health, Aging, Social Relations Study, w: The Science of Subjective Well-Being, red. M. Eid, R.J. Larsen, New York 2008, s. 195-219; C.A. Olsson i inni, A 32-Year Longitudinal Study..., dz. cyt.