p
Rozdział pierwszy
Rozdział pierwszy
- Poproszę drygin - długonoga brunetka zamknęła kartę i zdecydowanym
ruchem podała ją Magdzie.
- Co takiego? Nie usłyszałam, przepraszam - zdziwiła się lekko Magda.
- Drygin - powtórzyła niecierpliwie klientka.
- A może mi to pani pokazać w karcie? - zapytała kelnerka niepewnie.
Brunetka przewróciła oczami, otworzyła kartę i stuknęła w nią długim
czerwonym pazurem.
Magda nachyliła się nad stołem. Karta była otwarta na menu alkoholi, a pazur stukał w napis: Dry gin 50 ml. Magda tylko zamrugała szybko oczami
i bez słowa zabrała kartę.
- Już podaję.
Podeszła do barmana, rzuciła kartę na stół kelnerski i uśmiechnęła się
szeroko.
- Pani prosi o drygin - powiedziała, a barman, oparty łokciami o blat,
drgnął.
- O co?
- O drygin. Pięćdziesiątkę.
- A skąd ja mam ci to wziąć? Co to jest w ogóle?
- Dżin. Wytrawny. Draj-dżin. Dry-gin - przesylabizowała.
- Dobry Boże - westchnął barman. - Ma być z tonikiem czy bez niczego?
- Jakby miał być z czymś, to nie byłby to drygin. Bardzo jestem ciekawa,
czy wypije.
- Wątpię, żeby stała się zagorzałą fanką - mruknął barman i sięgnął po
kieliszek do wódki. - Może jej chociaż cytryny dołożę.
Klientka umoczyła usta, skrzywiła się mimowolnie i odstawiła kieliszek
na stół. Magda przypatrywała się, jak kobieta morduje się ze swoim
dryginem dwadzieścia minut, sącząc napój i krzywiąc się przy każdym
łyku. Pomyślała, że pewnie przyjechała do stolicy, tak jak ona kiedyś, z jakiejś małej miejscowości i próbuje po omacku korzystać z atrakcji
wielkiego miasta.
Pewnej soboty, kiedy przyszła do pracy, menedżer restauracji właśnie
rwał sobie włosy z głowy. Nie zjawił się pomocnik kucharza, a drugi
leżał w szatni, pijany w sztok i nie docierało do niego żadne ludzkie
słowo.
- Cała sala rezerwacji - jęknął menedżer. - Skąd ja mam wziąć człowieka
na już?
- Sam nie dam rady - zastrzegł Igor, który pełnił funkcję kucharza
zmianowego.
- A Jadzia? - zapytała o drugą kucharkę Magda.
- Ma wesele syna - jęknął menedżer. - A Jagoda i Krzysiek pojechali nad
morze. Chyba sam stanę!
- Jeszcze czego - burknął Igor. - Szef nawet noża nie umie trzymać.
Kiedyś szef miał tylko marchewkę pokroić, to pogotowie przyjechało.
- To co zrobić? - jęknął menedżer. - Wysłałem wiadomości do wszystkich
na pejdżery, ale nikt nie oddzwania.
- Może ja pomogę ? - zapytała Magda nieśmiało.
- Ty? - zdziwili się unisono Igor i szef.
- No, coś tam potrafię, pracowałam jako pomoc - zaczęła niepewnie Magda.
- Idź - zdecydował szef. - Zastępstwo za ciebie szybciej znajdę.
Igor za to spojrzał na nią nieufnie i lekko się skrzywił.
- Znasz chociaż menu?
- No przecież muszę znać, skoro zachwalam je klientom. Wiem, jak danie
powinno wyglądać. Daj mi szansę.
Igor, który i tak nie miał innego wyjścia, zrezygnowany kiwnął głową.
- Ale szef płaci trzy razy taką stawkę jak za kelnerowanie! Skoro nie
mam napiwków!
Menedżer tylko jęknął i odesłał ich do kuchni. Nie musiał wiedzieć, że
kucharze i pomoce mieli odpalany procent od kelnerów.
Magda była w siódmym niebie. Miała pracować w kuchni, w stolicy, w jednej z najbardziej znanych restauracji! Igor westchnął i kazał jej
przygotować warzywa. Zerkał spod oka, jak sobie radzi, i z każdym ruchem
jej noża nabierał otuchy, że ten plan może wypalić.
Tymczasem Magda umordowała się trzy razy bardziej niż podczas
kelnerowania. Igor jej nie chwalił, ale wydawał coraz bardziej
skomplikowane polecenia. Od pary włosy skręciły jej się w sprężynki,
miała dwa poparzenia na nadgarstku, bo nie wiedziała, jak wyciągnąć
ziemniaki z frytury, i jedno małe rozcięcie na palcu wskazującym, bo za
szybko siekała natkę. O północy, kiedy zamykali kuchnię, była zgrzana,
zmęczona i bardzo zadowolona.
- Dobra robota - mruknął Igor. - Może zamienisz na stałe salę na
kuchnię?
Magda się uśmiechnęła.
- Pogadam z szefem.
Przybiła piątkę z Igorem i poszła się przebrać. Kiedy wracała do
akademika, zastanawiała się, jak bardzo przejście do kuchni zmniejszy
jej zarobki. Jako kelnerka dostawała całkiem przyzwoite napiwki.
Najbardziej lubiła duże grupy cudzoziemców. Zwykle składali się na
rachunek i każdy dorzucał nieco więcej niż powinien. Kiedyś dostała
napiwek, który wystarczył jej na zapłacenie akademika za cały miesiąc.
Doszła do wniosku, że może uda jej się ustalić z menedżerem, że będzie
pracowała trzy dni w tygodniu jako pomoc kucharza i trzy dni jako
kelnerka.
I tak zaczęła się uczyć, jak przygotować owoce morza, wołowinę, królika
czy jagnięcinę. Pracowała z produktami, o których w Orzycu nikt nie
słyszał. Kto by tam chciał jeść robaki albo rybie jaja? Ale robaki, a w zasadzie krewetki, małże i kalmary smakowały wspaniale. Co prawda,
dopiero kiedy nauczyła się, że na patelnię wrzuca się je dosłownie na
kilkadziesiąt sekund przed podaniem. Pierwsze krewetki smażyła
dwadzieścia minut, aż się trzykrotnie skurczyły. Kiedy Igor to zobaczył,
podszedł, wyrwał jej patelnię i wyrzucił wszystko do śmietnika.
- Zabójczyni - szepnął z wyrzutem, a potem wygrzebał jedną krewetkę ze
śmietnika i kazał jej zjeść. Była ohydna, gumowata i sucha. Wziął nową
patelnię, nalał troszkę oliwy z oliwek, dołożył klarowane masło, wrzucił
drobno posiekane czosnek i chili. Po chwili dorzucił krewetki, smażył
może z minutę, zdjął z ognia i posypał kolendrą. Podał jej patelnię i zachęcił, żeby spróbowała. Smak ją oszołomił.
- To jest... To jest obłędne! - wydukała, oblizując palce.
Igor wzruszył ramionami, rzucił znaczące spojrzenie w stronę kosza na
śmieci i wrócił do pracy.
Magdalena Roztocka była wysoką, szczupłą blondynką z długimi włosami,
które najczęściej wiązała w koński ogon. Miała duże niebieskie oczy w ciemnej oprawie i pokaźny biust. Nic dziwnego, że dobrze sprawdzała się
w kelnerowaniu; jej fizyczne atuty były nie do przecenienia. Prawda
bowiem jest taka, że im atrakcyjniejszy kelner, tym większe dostaje
napiwki. Jest to naturalnie seksistowskie, ale dotyczy proporcjonalnie i sprawiedliwie obu płci. Chociaż najpiękniejszy nawet kelner nie otrzyma
napiwku, jeśli będzie niemiły.
Magda przyjechała do Warszawy na studia w Szkole Głównej Gospodarstwa
Wiejskiego na wydziale Technologii Żywności i Żywienia Człowieka. Od
najmłodszych lat pasjonowała się gotowaniem i na każde pytanie, kim chce
zostać w przyszłości, odpowiadała, że szefową kuchni.
Marzyła, że kiedyś będzie miała własną restaurację.
Do realizacji swoich planów podeszła bardzo poważnie. Pierwszym krokiem
była przeprowadzka z mazurskiego Orzyca do stolicy, drugim - wybór
studiów, najbliżej związanych z szeroko pojętym przygotowywaniem
żywności. Pełne politowania komentarze, że po takiej szkole będzie
pracowała albo w spółdzielni mleczarskiej, albo w zakładach rybnych, nie
robiły na niej żadnego wrażenia. Nie zamierzała wracać po studiach do
Orzyca, gdzie od zawsze królowała jedna restauracja, Mazurska, gdzie
niezastąpiona szefowa kuchni, pani Jadzia, serwowała mięsa, których
nazwy, nie wiadomo dlaczego, wywodziły się od średniowiecznych
urzędników, czyli stek kasztelana, zraz sołtysa czy kotlet wojewody.
Mama Magdy pracowała tam jako kucharka.
Było to najbardziej eleganckie miejsce na kulinarnej mapie tego miasta,
które nawet swego czasu biło się z sukcesem o Złotą Patelnię. Trofeum to
wisiało wyraźnie wyeksponowane na ścianie i przyciągało pełne szacunku
spojrzenia.
Magda często tam wpadała i - oczarowana nowocześnie wyposażoną kuchnią -
pomagała, na ile potrafiła.
Stali bywalcy mogli spróbować kultowego kotleta belwederskiego, czyli
schabu zawijanego z szynką i serem. Serwowano tam również nowinkę
kulinarną, taką jak krem z pieczarek, ale mało kto się do tego dania
przekonywał. Co to w końcu za zupa, przecierana taka, jak dla obłożnie
chorego. Normalny, zdrowy człowiek ma zęby, to może pogryźć warzywa, nie
trzeba ich miksować jak - nie przymierzając - dla niemowlaka albo babci
staruszki.
Argumenty, że to przecież taka elegancka zupa krem, kwitowano
pobłażliwymi uśmiechami.
- Już tam, elegancja wielka. Co to, panom hrabiom się gryźć nie chce?
Krem to może być sułtański, a nie z pieczarek!
Wiadomo przecież, że elegancki obiad to porządny kotlet, nadziany szynką
i serem oraz porządnie opanierowany i obsmażony w głębokim oleju. Do
tego złote frytki. I nie jakieś tam z paczki, mrożone, ale z prawdziwych, świeżych ziemniaków. No i bukiet surówek. Już sama nazwa
"bukiet" była elegancka.
Prowadzenie lokalu utrudniał system reglamentacji towaru, ale były
specjalne przydziały dla restauracji. Kto pracował w takim miejscu,
raczej biedy nie cierpiał. Magda w ogóle nie zastanawiała się, dlaczego
w domu zawsze jest mięso, mleko, mąka czy cukier, skoro wszystko było na
kartki.
Dziewczyna szybko stała się ulubienicą pani Jadzi, która burczała za
każdym razem, kiedy ją widziała, udając, że tylko w kuchni przeszkadza i głowę zawraca. Ale ciągle miała dla niej jakąś robotę. Pokazywała, jak
kroić mięso, jak robić dekoracje z marchewki, i zdradzała sekrety złota
na kotletach.
Magda nigdy nie miała wątpliwości, że zostanie szefem kuchni. Chociaż
pani Jadzia widziała ją w przyszłości jako swoją zastępczynię, to Magda
nie wiązała przyszłości z Orzycem.
Widziała siebie raczej wśród gości we frakach i sukniach wieczorowych,
których nieco brakowało w Mazurskiej. Goście siedzieli nad linem w śmietanie albo nad śledziem w oleju, w wełnianych czapkach, których z nieznanych przyczyn prawie nigdy nie zdejmowali z głów. Odbierało to
nieco szyku tym kolacjom, chociaż bukiet surówek robił, co mógł, żeby to
naprawić.
Kiedy Magda przyjechała do Warszawy, zamieszkała w akademiku, a że znała
trochę angielski, zatrudniła się jako kelnerka w lokalu na Rynku Starego
Miasta.
Tam odkryła, że jako przyszła właścicielka restauracji musi przede
wszystkim poznać wszystkie triki kelnerów i kucharzy, którzy oprócz
pensji i napiwków wyciągali co najmniej trzy razy tyle na różnego
rodzaju przekrętach.
Królował wśród nich kelner Jurek, który nie miał żadnych oporów przed
krojeniem klientów, zwłaszcza zagranicznych.
A kiedy dzięki szalonej inflacji nastąpiła w Polsce denominacja -
zdarzało mu się zarobić w jeden dzień tyle, że mógł opłacić trzy czynsze
za mieszkanie. Potrafił sprzedać w nocy paczkę papierosów za cenę
dziesięć razy wyższą niż urzędowa, flaszkę za dwadzieścia razy więcej,
rzadko kiedy nabijał cokolwiek na kasę, wystawiał lewe rachunki i przyjmował jedynie gotówkę. Nie gardził też walutą, przeliczając ją na
zdenominowane złotówki po kosmicznych kursach.
Żeby właściciel knajpy się nie zorientował, że tyle rachunków idzie
bokiem, cichaczem dokupowali w MAKRO towar i wstawiali go do magazynu,
mając na nim przebitkę kilkuset procent. Jednak najważniejszą osobą w restauracji była pani Janeczka. Pracowała na zmywaku, a od jesieni do
wiosny obstawiała szatnię. Znała się na wszystkich kelnerskich
przekrętach i pobierała stosowny procent od każdej podejrzanej
transakcji.
Magda, która studiowała dziennie, spędzała niemal każde popołudnie i wieczór w restauracji U Bohuna, której nazwę obcokrajowcy wymawiali "ju
bocien" i która była otwarta do ostatniego klienta.
Kiedy należy zamykać, decydowała pani Janeczka, która wprawnym okiem
oceniała stan trzeźwości klientów i potencjał zarobienia na nich
grubszej kasy. Decyzja pani Janeczki była święta i ostateczna, więc
ilekroć powiedziała, że pora zamykać, to wystarczało dziesięć minut,
żeby z lokalu zniknęli wszyscy klienci.
Święte były też puste butelki po prawdziwym szampanie, których nigdy nie
wyrzucano. Okazywano je upierdliwym klientom, którzy potrafili się
awanturować, że trzecia kolejka była polana zwykłym winem musującym. Tak
samo było z dwunastoletnią whisky, której używano bardzo oszczędnie,
posiłkując się najczęściej czerwonym Jasiem Wędrowniczkiem, niezależnie
od rodzaju zamówienia.
Barmani U Bohuna nie bawili się w żadne monety wklejane do miarek
alkoholu, żeby nalać klientowi mniej do szklanki. Uczciwie nalewano
tyle, ile trzeba, a że niekoniecznie to był zamówiony alkohol, to już
naprawdę rzadko który klient się orientował. Pilnowano również, żeby
pierwsza kolejka była zgodna z zamówieniem, tego wymagał w końcu etos
barmana. Potem to już zwyczajnie szkoda było dobrego alkoholu na
pijaków, którzy i tak nie rozróżniali smaków. Powszechnie zatem uważano,
że U Bohuna pracują uczciwi barmani i restauracja niezmiennie cieszyła
się znakomitą opinią.
Rozdział drugi
Rozdział drugi
- To dwa steki poprosimy - klient popatrzył na nią z góry, co było
niemałym osiągnięciem, bo siedział, a Magda stała.
- Jak mają być zrobione? - zapytała grzecznie.
- Mnie pani pyta, jak mają być zrobione? - facet zrobił wielkie oczy. -
Pani zapyta kucharza!
- Oczywiście, przepraszam pana, nowa tu jestem - skłamała Magda. - A wolicie państwo, żeby były dobrze wysmażone czy może średnio?
- No chyba to jest dobra restauracja? - zapytała towarzysząca mu
dziewczyna. - To wiadomo, że dobrze, a nie byle jak!
- Tak, słuszna uwaga, uczę się jeszcze - wymamrotała Magda. - Jakieś
dodatki? Ziemniaki, frytki, warzywa?
- Ziemniaki to też warzywa - pouczyła ją dziewczyna, a Magda w duchu
policzyła do siedmiu.
- To może najpierw zapytam o dodatek skrobiowy. Ziemniaki? Frytki?
- Dodajecie skrobię do posiłków? Jezu, myślałam, że to dobra
restauracja. Chodź, skarbie, pójdziemy gdzie indziej, bo nas tutaj
zatrują!
Dziewczyna zabrała torebkę i rzucając Magdzie oburzone spojrzenie,
wyszła, a jej towarzysz podreptał za nią.
Zdarzali się też klienci, którzy byli namolni, a czasami wręcz
agresywni, ale zwykle wtedy wchodziła do gry pani Janeczka. Była to
osoba dość niska i korpulentna, więc jak się rozpędziła i nabrała
prędkości, to nie można było jej zatrzymać. Wypadała z zaplecza na salę,
lżyła napastującego niewyszukanymi słowy i bezceremonialnie kazała mu
się wynosić. Klienci byli zazwyczaj tak zdziwieni interwencją czerwonej
na obliczu, małej furii, że w pośpiechu opuszczali lokal, nie chcąc
wdawać się z nią w pyskówkę. Zostawiali wtedy więcej gotówki, niż
wymagał rachunek, i nigdy nie czekali na resztę. Pani Janeczka zabierała
w takich sytuacjach pięćdziesiąt procent napiwku, wychodząc ze słusznego
skądinąd założenia, że zysk ten jest głównie zasługą jej zdecydowanych
działań.
Z mniej namolnymi klientami Magda radziła sobie sama, odrzucając końskie
zaloty, propozycje kolacji, wspólnej nocy lub możliwości zarobienia
dodatkowych pieniędzy za rolę przewodnika po nocnej Warszawie. Kiedy
jakiś oblech w wieku jej ojca zaczynał się ślinić na jej widok, pytała
go zwykle o imię. I niezależnie od tego, jakie imię podawał, mówiła: "O!
Tak ma na imię mój dziadek, pan nawet mi go trochę przypomina, chociaż
on jest trochę młodszy!".
Zwykle wystarczało.
Zdarzali się też klienci, którzy koniecznie chcieli pomóc. Tych Magda
nie znosiła z całego serca. Każdy kelner wie, że noszenie ciężkiej tacy
z kilkoma lub kilkunastoma szklankami to sztuka sama w sobie. Należy
posiąść umiejętność balansowania tacy jedną ręką, żeby można było drugą
po kolei zdejmować szklanki i stawiać przed klientem. Najgorsze, co
można zrobić w takiej chwili, to próbować pomóc kelnerowi, zdejmując mu
znienacka z jednej strony tacy ciężki kufel półlitrowego piwa. Cała
wypracowana konstrukcja natychmiast traci równowagę i jeśli kelner nie
zdąży złapać tacy obiema rękami, wszystko ląduje na podłodze.
Klientom Magdy dwukrotnie udała się sztuka wywalenia całej tacy z napojami, dopóki nie nauczyła się tego kontrolować. Za pierwszym razem
potłukła zastawę, której wartość przekraczała jej dniówkę. Klient, który
został oblany spadającym piwem, zażądał również zwrotu za rachunek z pralni.
Magda popłakała się wówczas na zapleczu, aż pani Janeczka kazała jej
przestać się mazać, a nawet posunęła się do tego, że nie wzięła od niej
tego dnia swojego świętego procentu.
W piątkowy wieczór cała restauracja była pełna. Przy wejściu, w szatni,
królowała jak zwykle pani Janeczka, układająca pięciozłotówki od
klientów w wysokie kominy. Szatnia generalnie była bezpłatna, tak jak
toaleta, ale pani Janeczka kontestowała tę zasadę. Skrupulatnie
egzekwowała piątaka za każdy płaszcz, a za futro nie wahała się przyjąć
dyszki albo dwóch.
Magdzie też zdarzały się fuchy w szatni. Bardzo je lubiła. Człowiek
siedział na tyłku cały wieczór, czytał książki albo się uczył, co jakiś
czas brał lub wydawał płaszcz klienta, pobierając stosowną opłatę. Nic
dziwnego, że pod koniec wieczoru pod szatniarskim blatem stało co
najmniej sześć kominów, ułożonych z dziesięciu pięciozłotówek. Trzysta
złotych, nieopodatkowanych, uczciwie zarobionych podczas czytania
książek, to była naprawdę kupa forsy.
Pani Janeczka podniosła nagle czujnie głowę znad liczonych kominów, bo
do restauracji weszła Gwiazda Kina. Gwiazdy mają to do siebie, że
błyszczą światłem odbitym, potrzebują zatem odpowiedniej publiki, w której oczach mogą zobaczyć zachwyt. Gwiazda weszła, stanęła w drzwiach,
rozłożyła ramiona i dźwięcznym głosem zawołała:
- Dzień dobry!
Pani Janeczka aż się wzdrygnęła i dwa kominy rozsypały się po podłodze.
- Żesz, twoja... - zaklęła.
Wszystkie oczy zwróciły się na Gwiazdę, która tanecznym krokiem podeszła
do zarezerwowanego stolika, wyraźnie czekając, aż ktoś jej odsunie
krzesło. Towarzysząca jej świta podreptała za nią. Magda podeszła,
usadziła Gwiazdę wraz z towarzystwem, oddając im adekwatne do oczekiwań
honory.
- Rozumiem, że pierwsze zamówienie gratis? - roześmiała się Gwiazda
perliście i odrzuciła włosy do tyłu, tak że prawie wpadły do żurku osoby
siedzącej przy sąsiednim stoliku.
- Lepiej! - zapewniła ją Magda, a Gwiazda obdarzyła ją aprobującym
uśmiechem. - Dostaną państwo rabat na całe zamówienie!
Gwiazda zmroziła Magdę spojrzeniem. Pomysł na pierwsze zamówienie gratis
był znacznie lepszy, bo chodzili tak od knajpy do knajpy, wszędzie
zadowalając się pierwszą i jednocześnie ostatnią kolejką. Jej wzrok
mówił wyraźnie, że przecież splendor, jaki wnosi Gwiazda ze sobą w momencie wejścia w skromne progi byle gównianej restauracji, jest chyba
bezcenny. Magda klasnęła w dłonie i z radosnym uśmiechem zapytała:
- To co? Szampana? Najlepszego, rzecz jasna!
Gwieździe mina zrzedła i blask jakby nieco przygasł. Zastanawiała się
chwilę i wykrzyknęła:
- Hej! Słuchajcie! A może pójdziemy tutaj obok, tam jest miejsce do
tańczenia! Bo tutaj to sobie nie poszalejemy! - zrobiła srodze
zawiedzioną minę i rzuciła Magdzie mordercze spojrzenie.
Świta przyklasnęła i wszyscy zaczęli się zbierać.
- Ach! Jaka szkoda! - westchnęła Magda, przykładając obie dłonie do
policzków. - Taki splendor! Taka Gwiazda! Taki honor dla naszej
restauracji! Może następnym razem!
Gwiazda rzuciła Magdzie spojrzenie wyraźnie mówiące, że następnego razu
nie będzie, i całe towarzystwo opuściło lokal.
W poniedziałkowe popołudnia nie było za to zbyt dużego ruchu. Magda
siedziała przy barze i czytała notatki z wykładu, kiedy do sali zajrzał
jakiś turysta z dużym plecakiem.
- Dzień dobry! Czy można tu coś zjeść?
- Tak, oczywiście, zapraszam.
Turysta wyraźnie się ucieszył, zdjął plecak i postawił obok stolika.
Magda zeskoczyła z barowego stołka i sięgnęła po kartę, kiedy pani
Janeczka syknęła na nią.
- Ty, muszę dziś wcześniej wyjść, poradzicie sobie ze zmywaniem?
- Jasne - Magda kiwnęła głową. W poniedziałki zamykali najczęściej przed
północą, bo lokal świecił pustkami. - Spoko, damy radę.
Odwróciła się, żeby zanieść kartę nowemu gościowi, i otworzyła usta ze
zdumienia.
Gość wyciągnął z plecaka własne kanapki, rozłożył je na stoliku i pochłaniał je z wyraźnym zadowoleniem.
- Tak się cieszę - powiedział do niej turysta między jednym a drugim
kęsem - że mogłem sobie przysiąść. Wszędzie mnie przeganiali. A pani
taka miła i się zgodziła - uśmiechnął się szeroko, aż kawałek mortadeli
wypadł mu z ust na stolik. - Oj, przepraszam!
Magdzie na chwilę odebrało głos, ale nie miała serca go wyrzucać.
- Może chociaż herbaty pan się napije? - zapytała słabo.
- Nie, nie, nie mam za dużo pieniędzy, wie pani. Zjem sobie i zaraz
pójdę.
Magda podeszła do ekspresu i nalała wrzątku do kubka. Położyła na
talerzyku torebkę herbaty English breakfast, plasterek cytryny i zaniosła mu do stolika.
- Na koszt firmy.
- O jejku! Bardzo dziękuję! Pani naprawdę taka miła! - ucieszył się
turysta, otwierając kopertę z herbatą. - Herbatę to ja lubię, wie pani.
Ale tych wymyślnych drinków to nie rozumiem. Wczoraj przyjechałem i wszyscy mnie namawiali, żebym jednego drinka chociaż spróbował, no to
wziąłem. Taka dziwna nazwa... A wiem! Moczajto. Ale wie pani, nie bardzo
mi to smakowało. Nie dość, że same takie niedojrzałe cytryny dostałem,
nie to co tutaj, u pani, to jeszcze ta bułka tarta... w zębach okropnie
chrzęściło! No czego to ludzie nie wymyślą, naprawdę! - pokręcił głową z niedowierzaniem, wrzucił cytrynę do herbaty i znowu uśmiechnął się do
Magdy. - Bo ja tu z wycieczką przyjechałem. Ale już dziś wracamy, długa
droga w autobusie, wie pani. Ale dziękuję, że mogłem sobie na chwilę
usiąść. No i za herbatę z prawdziwą cytryną! Jeszcze raz bardzo
dziękuję, będę leciał, bo jeszcze nie zdążę na zbiórkę.
Pomachał jej i wyszedł. Magda zachichotała i odmachała ze szczerą
sympatią.
Kilka minut później weszła para. Ona, ubrana w obcisłe legginsy i bluzeczkę odsłaniającą pępek, miała może ze dwadzieścia lat. On był co
najmniej dwa razy starszy od niej i nadzwyczaj z siebie zadowolony.
Usiedli przy tym samym stoliku, przy którym siedział przed chwilą
przemiły turysta.
Facet pstryknął na Magdę palcami.
Podeszła do nich z kartami.
- Dzień dobry państwu.
- Ja chcem ekspresso z bejlejem - zaordynowała pewnym głosem dziewczyna.
- Jaką najdroższą whisky macie? - zapytał jej towarzysz, nie zaglądając
do karty.
- Polecam piętnastoletniego single malta... - zaczęła Magda.
- Może być. Z colą i onderok.
- On the rocks? - upewniła się.
- No przecież mówię.
- Już podaję - Magda uśmiechnęła się grzecznie i wróciła do barmana.
- Czerwonego jasia mu nalej z colą i na lodzie - mruknęła i dodała
szeptem, jak wyglądało prawdziwe zamówienie. Barman kiwnął głową,
sięgnął po butelkę Highland Park i udał, że ją odkręca.
Para zaczęła się migdalić przy stoliku. Magda bez słowa zaniosła im
zamówienie, zastanawiając się smutno nad przekrojem klienteli na
warszawskiej Starówce. Dziewczyna wyginała się na krześle jak rosyjska
gimnastyczka. Facet łyknął w amoku whisky, zakrztusił się i zaczął
kaszleć, pokazując Magdzie, żeby go uderzyła w plecy. Zrobiła to z największą przyjemnością. Chętnie zdzieliłaby go kijem bejsbolowym, ale
nie mając na podorędziu kija, włożyła w uderzenie ręką całe serce.
- Jezu! Co pani! - wycharczał facet, łapiąc się dramatycznie za bok. -
Chce mnie pani zabić?
- Skąd taka myśl? - zdziwiła się teatralnie. - Chciałam tylko pomóc. I chyba pomogłam?
Facet rzucił jej urażone spojrzenie, ale jego kicia znowu zaczęła się
gibać i giąć jak trzcina, więc wrócił do przerwanych przez whisky
czynności. Para oderwała się od siebie, coś poszeptała i po chwili
zeszła do toalety, ale Magdzie nie chciało się za nimi lecieć, a potem
kłócić. Była pewna, że i tak za dziesięć minut będzie po robocie, i nie
myliła się. Dziewczyna wróciła, poprawiając topik, a mina faceta
świadczyła, że w jego przekonaniu spisał się znakomicie. Poprosili o rachunek, który wyniósł siedemdziesiąt złotych, facet rzucił na stół
stówę i wyszli.
Rozdział trzeci
Rozdział trzeci
Magdzie brakowało czasu dla siebie. Od rana miała zajęcia na uczelni, po
południu leciała do Bohuna na jedną ze swoich szycht jako kelnerka,
pomoc kucharza lub szatniarka. Nie zdarzało się, żeby kończyli przed
północą, a Magdę czekał jeszcze kurs nocnym autobusem do akademika.
Którejś nocy wracała ze Starówki z bandą kompletnie zalanych studentów i kiedy jeden z nich narzygał jej na buty, zdecydowała, że oto nadszedł
czas na zakup własnego auta.
- ...szepraszam, siężniczko - wybełkotał pijak, starając się zetrzeć pawia
rękawem kurtki.
Magda skrzywiła się i odwróciła głowę, obiecując sobie w duchu, że w ciągu najdalej dwóch tygodni zmieni środek lokomocji na własny.
Siedmioletniego malucha w kolorze yellow bahama kupiła od starszego
pana, który zapewniał, że jeździł nim jedynie po zakupy w niedzielę, i wyglądało na to, że nie mijał się z prawdą. Autko było bardzo zadbane,
zimowało pod pokrowcem, srebrne zderzaki były wypucowane i lśniące. Do
tego miało wyciągane z deski rozdzielczej radio Safari, więc Magda nie
posiadała się z radości. Wreszcie mogła pospać godzinę dłużej, bo po
pracy szybciej wracała do domu i mogła później wstawać na zajęcia. Co
prawda nadal nie miała czasu dla siebie, ale widziała w tym też dobre
strony, bo oznaczało to również brak czasu na wydawanie pieniędzy.
Nigdzie nie wyjeżdżała, nie kupowała sobie nowych ciuchów, pieniądze
szły jedynie na benzynę. Kominy gotówki rosły. Ulokowała je na wszelki
wypadek w banku, obawiając się, że akademik to nie jest
najbezpieczniejsze miejsce dla takiej ilości forsy. Pracowała całe
studia, również w wakacje, wpadając jedynie na kilka dni w roku do
Orzyca. Dyplom obroniła z wynikiem bardzo dobrym i jako świeżo upieczona
magister inżynier technologii żywienia zaczęła się zastanawiać, co robić
dalej.
Nie porzuciła marzenia o otwarciu własnej restauracji, ale czuła, że ma
zdecydowanie za mało doświadczenia w zarządzaniu, żeby rzucać się na aż
tak głęboką wodę. Bała się stracić z takim wysiłkiem zarobione pieniądze
i zastanawiała się, czy na początek nie poszukać wspólnika, z którym
mogłaby dzielić sukcesy i ryzyko. Przeglądała ogłoszenia o pracy, kiedy
w oko wpadł jej anons wielkiej, międzynarodowej firmy, która szukała
menedżerów w zarządzaniu siecią restauracji. To było to.
W latach dziewięćdziesiątych międzynarodowe korporacje pchały się na
polski rynek niczym gołębie do chleba na krakowskim rynku. Nie było
fachowców, którzy znali się na zarządzaniu, wszyscy uczyli się na
własnych błędach, a korporacyjni menedżerowie szastali kasą na szkolenia
i wyjazdy wszelkiej maści. Magda jeździła po całym świecie, oglądając
stołówki i kuchnie we francuskich szkołach, amerykańskich szpitalach,
irlandzkich fabrykach, a nawet kolumbijskich więzieniach. Uczyła się,
jak wygląda zbiorowe żywienie, czym różni się restauracja w centrum
biznesu od stołówki w fabryce papierosów. Poznawała nowe technologie,
takie jak sous vide czy głębokie zamrażanie, systemy tacowe w szpitalach i live cook w hotelowych restauracjach. Chłonęła wiedzę jak
gąbka.
Zrozumiała, że kelnerzy i kucharze mogli bezkarnie okradać właściciela
restauracji U Bohuna, gdyż nie umiał on wprowadzić żadnych mechanizmów
kontrolnych. Ale pojęła też, że wychodził z założenia, iż dopóki on
przyzwoicie zarabia, to znaczy, że jego pracownicy znają pojęcie umiaru
i nie przekraczają granic przyzwoitości.
Praca w korporacji dała jej ogromną wiedzę w zakresie administrowania
kosztami, organizacji pracy, kontroli wydatków i pracy z ludźmi.
Z tymi ostatnimi było najgorzej.
- Witek jest nagrzany jak stodoła - syknęła Magda do kelnera Tośka. -
Pójdę i go jakoś dyskretnie wyprowadzę od tyłu - westchnęła ciężko - I chyba go w końcu wyrzucę. Albo zabiję. Sama nie wiem.
Weszła do kuchni.
- Panie Witku, może pan pozwoli ze mną na sekundę na zewnątrz? -
poprosiła, a Witek podniósł nieco mętny wzrok, kiwnął potakująco głową i ruszył za nią.
Stanęli na rampie dostawczej, tuż koło kontenerów na śmieci.
- Pan jest pijany - powiedziała spokojnie Magda do kucharza, który
chwiał się lekko na nogach, ale nie wypuszczał z ręki wielkiego tasaka
do mięsa. Biała czapka przekrzywiła mu się na głowie, kiedy pochylił się
do szefowej, żeby lepiej słyszeć.
- Sze co? Sze niby ja? - prychnął i ręką, w której trzymał tasak, otarł
ślinę z dolnej wargi, cudem tylko nie ucinając sobie nosa.
- Pan odłoży ten tasak - zaproponowała Magda, bo kucharz znowu się
zachwiał. - I pójdzie do domu się wyspać.
- Wyszszszpać? Po co? Jestem bardzo, ale to bardzo wyszszpany.
Dla podkreślenia swoich słów machnął tasakiem, stracił równowagę i runął
na kosze ze śmieciami. Kosze na śmieci, jak wiadomo, wykonane są ze
sztucznego tworzywa, dość mocnego, ale jednak nie jest to pancerna
korweta. Stęknęły pod ciężarem kucharza i z ogromnym hukiem przewróciły
się na beton. Kucharz, ogromnie zdziwiony nagłą utratą pionu, złapał
Magdę za ramię i pociągnął za sobą, nadal wymachując tasakiem jak Zorro
szablą. Huknąwszy skronią w kant kontenera na śmieci, stracił kontakt z rzeczywistością i upadł bezwładnie, bezbłędnie trafiając głową w worek,
w którym znajdowały się resztki surowej wątróbki. Worek pękł, wątróbka
malowniczo rozbryzgała się dookoła, pokrywając krwistymi plamami
kucharza, jego czapkę, oraz Magdę.
Niemal cały personel kuchenny oraz wszyscy kelnerzy wypadli na rampę
zobaczyć, co się dzieje.
- Jednak go zabiłaś? - zapytał żałośnie Tosiek, patrząc na ciało
kucharza, zakrwawioną Magdę i tasak, który leżał między nimi.
Magda spojrzała na niego ze złością, otarła twarz z krwawych resztek
wątróbki i odwróciła się do pozostałego personelu.
- Tak jest. Taki koniec spotka każdego, kto przyjdzie do roboty pijany.
Czy to jasne? - podniosła tasak, a gapie rozpierzchli się w popłochu.
Poszła do biura i zadzwoniła po pogotowie. Czekając na ratowników,
ponuro zastanawiała się, skąd ma wziąć normalnych pracowników.
Od pewnego czasu bowiem nie było jakoś chętnych. Korzystała nawet z pomocy urzędu pracy, ale kierowano do niej głównie pijaków, ćpunów i złodziei, którzy nigdzie nie mogli zagrzać miejsca. Nierzadko zaś
kandydaci jednocześnie i ćpali, i pili, następnie w transie robili
burdy. A gdy troszkę przetrzeźwieli, to przychodzili coś ukraść, żeby
mieć znowu na alkohol i narkotyki. Potrafili wynieść stalowy, stulitrowy
garnek, wart mniej więcej osiemset pięćdziesiąt złotych i sprzedać na
złomowisku za dwie dyszki. Magda odpalała co miesiąc dwie stówki
pracownikowi złomowiska, który odkładał jej stalowy sprzęt kuchenny,
przyniesiony przez zdesperowanych żuli. Kradli wszystko: chochle do
zupy, stalowe pojemniki, blachy, dzbanki, bochenek chleba, puszkę
groszku, gicz cielęcą, papier toaletowy i mydło w płynie. Przyłapani na
gorącym uczynku, odgrywali sceny godne diwy operowej, zaklinając się na
wszystko, że to dla chorej córki, umierającej matki albo
niepełnosprawnego męża i, olaboga, to tylko ten jeden raz i na milion
procent ostatni, niech nam pani da jeszcze szansę, bo córka, bo matka,
bo niepełnosprawny brat.
Kobiety, jak zapiły i nie przyszły na swoją zmianę, to kolejnego dnia
przybiegały, łapały się za głowę i urządzały przedstawienie, że to ten
łajdak, knur cholerny, konkubent, zamknął w domu, klucze zabrał, bo
powiada, że się puszczam. A gdzie ja tam się puszczam, pani kochana, ja
nie mam czasu na puszczanie, ja pracować muszę, czasem tam może pójdę na
materac z jednym czy z drugim, ale to zawsze po robocie, człowiek w końcu musi jakoś odetchnąć i jakiś leraks mieć, to normalne przecież,
ale żeby się puszczać, to nigdy. Słowo honoru daję.
Magda doskonale wiedziała, że Witek, kiedy nie pił, gotował jak
natchniony i tworzył kulinarne dzieła sztuki. Niestety, okresy, kiedy
nie pił, robiły się coraz krótsze, aż doszło do tego, że nawet gdy
przychodził trzeźwy i obwąchany przez Magdę zostawał dopuszczony do
pracy, po dwóch godzinach już zaczynał odpływać. Miał kilka kryjówek, w których kitrał małpki i puszki z piwem. Choć Magda większość z nich
znała i bezlitośnie czyściła, zawsze potrafił znaleźć jakąś mysią
dziurę, w której chował swój mały zapasik.
- Ale co szefowa gada, jakie picie? Jedno piwo, żeby robota szła, to
tak, ale żadnego picia nie ma, co szefowa wymyśla?
Kiedy korporacja zdecydowała się wejść z żywieniem w segment służby
zdrowia, Magda zaczęła pracować po piętnaście godzin dziennie. Okazało
się, że cała logistyka, związana z zamawianiem posiłków, ich produkcją,
pakowaniem i dystrybucją, jest niezwykle skomplikowana. Kiedy musisz
codziennie przygotować tysiąc śniadań, obiadów i kolacji, podzielonych
na osiemdziesiąt różnych diet, zapakować i dostarczyć do trzech szpitali
w okolicy, zlokalizowanych w siedmiu różnych budynkach, to musisz bardzo
dokładnie wiedzieć, jak to zrobić. Każda pomyłka może być fatalna w skutkach. Magda nieraz rwała sobie włosy z głowy, bo kucharz używał
jednej łyżki do mieszania zupy
na diety podstawową i bezglutenową, przenosząc drobiny mąki do garnka, w którym nie miało prawa jej być wcale.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki