Irytuje mnie, kiedy ktoś używa trudnych słów bez żadnego uzasadnienia.
Prostsze określenia prawie zawsze sprawdzają się lepiej. Po co operować trudnym słownictwem, jeśli możemy po prostu użyć łatwiejszego? Oczywiście zawsze przyjemnie "zademonstrować", że "dysponuje się" "szerokim zasobem leksykalnym", ale dobrą książkę da się napisać łatwym językiem. Trudne słowa "zaburzają klarowność przekazu" - o przepraszam: utrudniają zrozumienie tego, co chce się powiedzieć. Czasem pomagają coś wyjaśnić, ale mogą wznieść barierę nie do przeskoczenia dla całej rzeszy czytelników.
Coś w tym rodzaju dzieje się właśnie teraz w świecie nauki. Badacze używają żargonu, który rozmywa sens artykułów i uniemożliwia szerokiej opinii publicznej śledzenie debat oraz kierunków rozwoju. Musimy komunikować się lepiej. Zamiast zakładać, że czytelnicy wiedzą, co to jest pęcherzyk presynaptyczny, możemy spokojnie nazwać go "małą kieszonką gromadzącą neuroprzekaźniki" i przejść nad tym do porządku dziennego. Odszukanie łatwiejszego sposobu tłumaczenia różnych zagadnień jest znacznie bardziej konstruktywne niż pakowanie w zdania tyle żargonu, ile się tylko da, i trzymanie kciuków, że czytelnicy jakoś się w tym wszystkim połapią. Jeśli my, naukowcy, naprawdę chcemy zmieniać świat na lepsze, to nie możemy być strażnikami wiedzy, tylko musimy otworzyć bramy dla innych. Ja zapraszam do lektury tej książki wszystkich czytelników. Proszę mnie źle nie zrozumieć - zamierzam opowiedzieć o bardzo wielu poważnych zagadnieniach z dziedziny neuronauki, ale będę używał takiego języka, który pozwoli docenić te zjawiska bardzo różnym odbiorcom. Lekarze składają przyrzeczenie nawiązujące do zasady ukutej przez Hipokratesa, która brzmi "po pierwsze nie szkodzić". Moja obietnica brzmi: po pierwsze nie używać żargonu.
To powiedziawszy, muszę zaznaczyć, że czasem nie sposób tego uniknąć. Niektóre terminy są po prostu potrzebne. GABA (skrót od kwasu gamma-aminomasłowego) to GABA, nie da się tego inaczej powiedzieć. Ale takie nazwy zawsze da się jakoś wyjaśnić. Podczas prac nad tą książką odkryłem, że bez pewnych terminów naukowych nie mogę się obyć, więc - żeby nikogo nie wykluczać - napisałem dodatek, który znajdziecie na końcu książki. Wyjaśniam w nim, co różne określenia tak naprawdę znaczą i czasem poszerzam trochę ich kontekst. Jeśli natkniecie się w tekście na taki znak: (+), to znaczy, że na ten temat można znaleźć nieco więcej informacji w dodatku. Mam nadzieję, że tam zajrzycie.