p

Dla Lucy - Jewel E. Ann

Kup ebooka

49.90 zł
32.43 zł (32,43 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

Rozdział 1

 

 

 

 

 

Trawnik niegdyś należał do mnie, lecz wtedy nie rosły na nim mlecze ani kurdybanek, nie było suchych, żółtych plam. Dbałem o to, co moje, jak na przykład o żonę. Dlatego właśnie kilkanaście razy pomalowałem ten płot.

Na biało.

Myślała, że symbolizował nasze idealne życie.

Jedyną naprawdę idealną rzeczą w nim był sposób, w jaki ją skradłem. Genialne posunięcie. Przez lata z tego żartowaliśmy. Tatum zdmuchiwała z oczu kasztanową, niesforną grzywkę, przy czym jednocześnie się uśmiechała i krzywiła, następnie nazywała mnie: "Złodziejem Emmettem".

Nie jestem już złodziejem, a męczennikiem - chociaż nadal żyję, a przez sześć na siedem dni w tygodniu to życie jest do bani. Dziś jednak wypada ten siódmy dzień. Nie jest do kitu, ale wpatrywanie się w te chwasty... to istna tortura.

Kiedy podwórko było moje, nie rosły na nim żadne mlecze. Ścinałem kwiaty, nim wytworzyły nasiona, nieustannie chodziłem za czerwoną kosiarką spalinową. Wywodzę się z długiej linii mężczyzn, którzy dbają o podwórko. Kiedy się nim zajmowałem, ściągałem na zimę siatkę z obręczy do koszykówki. Teraz wisi w strzępach jak zniszczona po ostatniej bitwie flaga na froncie.

No chodź, Lucy...

Przysięgam, że celowo każe mi czekać. Zakłada, że się poddam i naprawię wszystkie zepsute rzeczy, jeśli będę zmuszony wystarczająco długo się w nie wpatrywać. Niektórych jednak nie da się już naprawić - jak na przykład mojego małżeństwa. Próbowałem. Naprawdę się starałem. Przez wiele dni Lucy i jej mama stały w domu, podążając za mną martwym wzrokiem, gdy kosiłem, wyrywałem chwasty, wymieniałem ściółkę, malowałem płot, zasypywałem dół, który niegdyś był naszym basenem. Zbudowałem na nim miejsce na ognisko z rusztem i samodzielnie zaprojektowaną altanę, a także okalające to nowe miejsce spotkań donice na kwiaty.

Jednak... nikt się tam nie spotykał. Niekiedy siedziałem w altanie jako samotny, wpatrujący się w ogień widz, rozmyślając o tym, dlaczego los postanowił zniszczyć mój świat.

Kiedy siedemnaście lat temu składaliśmy sobie z Tatum przysięgi ślubne, mówiliśmy: "Dopóki śmierć nas nie rozłączy".

Stało się.

Nie złamaliśmy tych ślubów. Nasze małżeństwo wytrzymało jeszcze pół roku po śmierci. Śmierci, której nikt się nie spodziewał. Która nagle i bezsensownie wyrwała duszę z ciała.

Wszystko zaczęło się od obietnicy złożonej na sali porodowej. Po dwunastu godzinach wydawania Lucy na świat żona kazała przysiąc, że będę kochał naszą córkę bardziej. Stwierdziła, że rodzice powinni kochać swoje dzieci bardziej niż siebie nawzajem. Wygadywała jakieś sentymentalne bzdety na temat tego, że nasza maleńka jest najlepszą cząstką nas samych. Ściskała mnie za rękę przed kolejnym skurczem, a położna skarciła mnie spojrzeniem, więc pokiwałem głową. "Oczywiście, kochanie. Czego tylko chcesz".

Tak naprawdę nie zamierzałem kochać naszej córeczki bardziej niż Tatum. Tylko dlatego, że tak bardzo kochałem żonę, znajdowaliśmy się w tym szpitalu, czekając, aby na ten świat przyszedł owoc naszej miłości. Może w moich uczuciach nie nastąpiły gwałtowne zmiany, bo przez dziewięć miesięcy nie nosiłem Lucy pod sercem i nie byłem idiotą, który twierdziłby, że rozumie matczyną miłość. Kiedy przez kolejne pół roku obserwowałem, jak Tatum potrafi funkcjonować, przesypiając nocami zaledwie tylko kilka godzin, przyznałem, że nic na świecie nie mogło równać się z matczynym uczuciem do dziecka.

Tak właściwie miłość Tatum do naszej córeczki i jej nieprzerwane oddanie stanowczo umocniły moje uczucie do niej.

Lucy kochałem dziewięćdziesięcioma dziewięcioma procentami serca, lecz jej matkę nim całym.

Aż... nadeszła śmierć. I się rozstaliśmy.

To złe.

Okropne.

Nastąpiło niewyobrażalne.

Żadna przysięga nie zdoła przygotować człowieka na niewyobrażalne, które zrywa najsilniejsze z więzi, unieważnia przyrzeczenia i pozostawia po sobie nieodwracalną ruinę.

- Wiesz, możesz podejść do drzwi. Nawet nie wiedziałam, że przyjechałeś. - Lucy wsiada do mojego pick-upa i obdarza mnie cwaniackim uśmieszkiem. Ma opalone policzki i równie niesforne włosy, jak jej mama, chociaż kilka tonów ciemniejsze. W tej chwili związała je w kucyk.

Odpowiadam gorzkim uśmiechem, myśląc nad tym, co stało się z moją małą córeczką. Kiedy urosły jej piersi? Dlaczego nosi tak krótkie spodenki, odsłaniając długie nogi, na które z pewnością przez cały czas gapią się jakieś łobuzy? Pomalowała paznokcie na różowo, na twarz nałożyła makijaż. Doprawdy, gdzie podziała się moja mała córeczka?

- Nie spieszyło mi się. Wiedziałem, że w końcu wyjdziesz z domu.

Przewraca oczami, a rzęsy ma ciężkie od tuszu. Dlaczego? Dlaczego próbuje wyglądać jak dwudziestolatka? Co się stało z warkoczykami, z kokardkami i wiśniowym błyszczykiem do ust?

- Czy to... - Zanim wrzucam wsteczny, ruchem głowy wskazuję w jej stronę i mrużę oczy, aby lepiej się przyjrzeć. - Czy ty masz w nosie kolczyk?

Krzywi się i obraca głowę w prawo, ukrywając błyszczącą biżuterię.

- Przestań - poleca, wzdychając.

- Co mam przestać? - Chwytam ją za podbródek i zmuszam, aby na mnie spojrzała.

Lucy bardzo się dąsa. Wydyma usta, ale zaraz mruga psotnymi oczami. Na tę dziewczynę po prostu nie sposób się złościć.

- Przestań być takim tatą.

Puszczam jej podbródek i parskam śmiechem. Cofam podjazdem pełnym pęknięć i kopczyków mrówek.

- Ale jestem w tym dobry. Poczekaj, aż zaczniesz umawiać się z chłopakami. Mam w zanadrzu cały wachlarz ojcowskich zachowań, dzięki którym odstraszę tych, których uznam za niegodnych mojej małej dziewczynki.

Prycha i pochyla głowę nad telefonem.

- Pff... Wiadomość z ostatniej chwili, ja już się umawiam z chłopakami.

- Słucham? - Obracam głowę na bok, zatrzymując się na przystanku trzy przecznice dalej. Obsadzona dębami o zwisających konarach, to jedna z niewielu tak urokliwych ulic w naszej mieścinie - Redington w stanie Missouri. Kilka lat temu tornado o sile F5, które pojawiło się tu bez żadnego ostrzeżenia, spustoszyło nasze miasto, jednak historyczna aleja dębów na Quail Street jakimś cudem przetrwała bez szwanku.

Kiedy nadeszła trąba powietrzna, przebywałem poza miastem, ale pamiętam, że serce mało nie wyskoczyło mi z piersi, gdy usłyszałem wieści. Nasza rodzina doświadczyła niewyobrażalnego. Możliwość utraty Tatum i Lucy sprawiła, że dech uwiązł mi wtedy w gardle.

- I znowu to samo - mówi Lucy i znów wzdycha.

- Co "znowu"?

- Jesteś nadopiekuńczy.

Słowa te uderzają mnie prosto w serce. Może nie zrobiła tego celowo, ale trafiła pierwszorzędnie.

Może przewracać oczami, aż wypadną jej z czaszki. Może wzdychać, jakby chciała unieść się pod chmury. Może oskarżać mnie o to, że mam ojcowskie zapędy i jestem nadopiekuńczy, ale nie zamierzam tego żałować.

Kocham Lucy bardziej. Właśnie o to prosiła mnie Tatum. I niemal pięć lat temu na to właśnie postawiłem. I nadal stawiam.

- Kocham cię. - Patrzy przed siebie, ale widzę, że kąciki jej ust unoszą się w niewielkim uśmiechu.

Szczerzę szeroko zęby.

- Też cię kocham.

Łączy nas niewypowiedziana więź. Tajemnica.

Czasami widzę ją w jej oczach i muszę wierzyć, że ona niekiedy widzi ją w moich. Nie mamy nic do dodania. Taki zawarliśmy pakt: "Nigdy nie będziemy o tym rozmawiać".

***

- Jak mama? - pytam, gdy córka popija koktajl mleczny, bo czekamy na burgery i frytki w restauracji znajdującej się przecznicę od firmy, w której pracuję. Odchrząkuję, na co Lucy posyła mi zażenowany uśmiech i włącza blokadę ekranu w telefonie.

Nie muszę tego mówić. Lucy wie, że nie zamierzam konkurować z jej całodobowym, natychmiastowym dostępem do całego świata. Podczas rozwodu Tatum domagała się pełnej opieki nad Lucy, twierdząc, że nie nadaję się na ojca. Cholernie mnie to zabolało. Siedziałem jednak cicho po drugiej stronie stołu, kiedy nasi prawnicy rozmontowywali nasze życie i przyznawali jego fragmenty temu, którego uznawali za bardziej godnego.

Niemal wszystko dostała Tatum i nie walczyłem o nic, z wyjątkiem Lucy. Musieliśmy stanąć przed sądem. Prawnik wytargował u sędziego, że mogę spędzać z córką jeden dzień w tygodniu.

Jeden nędzny dzień.

I to nawet nie całą dobę, a dziesięć godzin.

Zabieram ją więc w soboty, z wyjątkiem tych, w których robi coś z przyjaciółmi, co zdarza się coraz częściej. Czasami wybiera się nad jezioro i całkowicie odwołuje nasze spotkania. Niekiedy prosi, żebym przyjechał później, bo odsypia noc spędzoną u koleżanek, albo chce, żebym szybciej ją odwiózł, bo... to sobota wieczór.

Biorę, co może mi dać. I tak ją kocham.

- Jak mama? - powtarza moje pytanie. Muszę przyznać, że potrafi jednocześnie pisać ze znajomymi i mnie słuchać. - Dobrze.

- Jak on ma na imię? Josh?

Wzrusza ramionami, krzywiąc się, jakby szukała w głowie najlepszej odpowiedzi.

Najlepszą byłaby: "Josh jest świetny. Uwielbia mamę". Kocham Tatum. Kocham tak bardzo jak wtedy, gdy się z nią ożeniłem, więc zależy mi na jej szczęściu w takim samym stopniu jak wtedy. Po prostu to nie ja ją teraz uszczęśliwiam.

- Jest... czyściochem.

Parskam śmiechem.

- Czyściochem? A to źle?

Lucy kiwa głową, rozważając zagadnienie.

- Nie, że źle, ale... to jakieś zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne. Zawsze myje ręce. Wydaje się, że zaraz zedrze sobie całą skórę. Przecież sterylność nie pomaga we wspieraniu układu odpornościowego.

Kelnerka przynosi nasze talerze, więc uśmiecham się do niej i dziękuję.

- Jest chirurgiem, prawda? Tak mówiłaś?

Przytakuje.

- Zatem mycie rąk i sterylność to jego chleb powszedni. A gdybyś leżała na jego stole operacyjnym, byłabyś wdzięczna za to, że tak skrupulatnie przestrzega higieny.

- Chyba tak. - Zdejmuje wierzch bułki i wyrzuca ze środka pomidora i czerwoną cebulę.

- Ale go lubisz, prawda?

- Chyba tak. Nie widuję go zbyt często. Zazwyczaj pracuje. Albo śpi. Mama mówi, że zawsze zasypia, gdy oglądają razem film.

- Mama nadal uczy tańca? - Kiedy poznałem Tatum, zajmowała się pośrednictwem nieruchomości do sprzedaży i wynajmu, a w wolnym czasie brała udział w konkursach tanecznych. Po ślubie wynajęła lokal w Kansas City, aby przez trzy wieczory w tygodniu prowadzić zajęcia. Ja natomiast ledwie potrafiłem pstrykać palcami do prostego rytmu. Mimo to przez dwanaście lat pasowaliśmy do siebie i było tak idealnie, jak idealnie pomalowałem ten biały płot.

- Tak. Nadal uczy tańca przez trzy wieczory w tygodniu. Wiesz... - Uśmiecha się, mieszając swój koktajl. - Jeśli chcesz wiedzieć, jak ona się miewa czy co robi, sam możesz ją o to zapytać.

Wbijam wzrok w talerz, biorę do rąk burgera i wzruszam ramionami.

- Tak tylko zagadnąłem.

- A jak tam twoje życie uczuciowe? - docieka Lucy.

Wkładając sobie tłustego burgera do ust, zyskuję kilka sekund, aby stworzyć dobrą odpowiedź. Nie popełniam błędu i na nią nie patrzę, bo wiem, że bacznie mnie ocenia. Trudno nadal kochać Tatum do tego stopnia, aby nie interesować się nikim innym, a jednocześnie zapewniać Lucy, że wszystko u mnie w porządku.

Córka nie uwierzy, że jest dobrze, dopóki nie zobaczy, że żyję normalnie i odnajduję coś na kształt szczęścia. Może powinienem wymyślić jakąś historyjkę? Ale po co znów kłamać?

- Jakoś leci - odpowiadam, zerkając na nią przelotnie, nim wyglądam przez szybę po mojej prawej na parę unoszącą się z nowo wyasfaltowanego parkingu.

- Nie spotykasz się z nikim... prawda?

- Cóż... - Ocieram usta serwetką. - W zeszłym tygodniu wypiłem drinka po sąsiedzku.

- Z kobietą? - pyta Lucy, podnosząc głos o oktawę i szeroko otwierając oczy.

- Tak. - Śmieję się. - Z kobietą.

- Nie wiedziałam, że ktoś zamieszkał w tamtym domu. Jak ma na imię? Czym się zajmuje? Rozwiedziona? Wdowa? Singielka? Ma dzieci? Jak wygląda? Podoba ci się?

Tak bardzo tego chce. Czuję, że moja odpowiedź ją zasmuci.

- Ma na imię Nina, jest rozwiedzioną pielęgniarką z dwójką dzieci.

- Ile ma lat?

- Nie jestem pewien. - Ponownie wgryzam się w burgera, aby kupić sobie nieco czasu.

- Poznałeś jej dzieci?

Kręcę głową.

- Zaprosisz ją na randkę?

Przeżuwam i upijam łyk piwa korzennego. Lucy ledwie tknęła kanapkę. Moja córka, która niegdyś potrafiła pochłonąć pół dużej pizzy, teraz je jak ptaszek. Wydaje mi się, że wypiła cztery łyki koktajlu mlecznego i zjadła dwie frytki.

- To moja nowa sąsiadka. Nie wiem, czy tak szybkie randkowanie z nią to dobry pomysł. Jeśli nam nie wyjdzie, później może być niezręcznie. - Wskazuję ruchem głowy na jej talerz. - Nie jesteś głodna?

- To sporo węglowodanów. - Trzymając widelec jak broń, spod góry dodatków wyławia mięso.

- Mogłaś zamówić sałatkę. - Wbijam swój sztuciec w bułkę, ser i ogórki, które wyrzuciła. Nie ma sensu marnować dobrego jedzenia.

- Nie przepadam za sałatkami - mówi i się krzywi.

- Co więc lubisz? Mięso i...?

- Jajka. Ryż kalafiorowy. Migdały. Jogurty. I zmieniasz temat. Muszę wiedzieć, że kogoś sobie szukasz.

Córka potrzebuje zapewnienia.

Jeśli nie przedstawię jej iluzji szczęścia, przytłoczą ją wyrzuty sumienia, bo tajemnica, którą dzielimy, rujnuje życie - i małżeństwa.

- Szukam, ale musi to być właściwa kobieta. Nie zdecyduję się na pierwszą lepszą.

Lucy wskazuje na mnie widelcem.

- Może powinieneś poszukać w sieci. Nie znajdziesz nikogo w Redington. Musisz założyć sobie profil na portalu randkowym. Ma go mama Ashtona i w ciągu niecałego miesiąca była na sześciu randkach.

- Kim jest Ashton? - Wskazuję na nią widelcem, powielając jej gest.

Uśmiecha się, udowadniając, że jest moim słoneczkiem, i uderza w mój widelec swoim jak mieczem.

- Przyjacielem. - Mimo że stara się zbagatelizować tę znajomość, zdradzają ją czerwone policzki. - I być może, chociaż niekoniecznie, wyjdę z nim dzisiaj po tym, gdy odstawisz mnie do domu.

Odchylam się, rzucam serwetkę na stół i krzyżuję ręce na piersi.

- W takim razie zostanę, żeby się z nim spotkać.

- Nie musisz... - Znów używa widelca niczym wskaźnika laserowego. - Zostaniesz, w sensie wejdziesz do domu i poczekasz z... mamą?

- Mogę posiedzieć w aucie. Mam kilka rzeczy do sprawdzenia na komputerze.

- Tato, nie możesz unikać jej w nieskończoność. Minęło wiele lat. Oboje żyjecie dalej. Wszystko w porządku, prawda? To znaczy... - Smutnieje. - Nie jest idealnie, ale jest dobrze. Biorąc pod uwagę... - urywa, nim wkracza na niebezpieczne tory.

Pochylam się i biorę ją za ręce.

- Jeśli twoja mama pozwoli mi wejść, to wejdę do domu i zaczekam.

Spogląda na nasze złączone dłonie, nim unosi wzrok ku mojej twarzy.

- Kilka dni temu przekopywała się przez stare pudełka w garderobie. Znajdowały się w nich wasze zdjęcia. Te sprzed ślubu. Sprzede mnie.

Czuję, że grube blizny na sercu naciągają się, aż ból rozchodzi się po całej mojej piersi.

- Tak? Na pewno spodobały ci się jej bujne włosy, a także moja obsesja na punkcie flanelowych koszul i pasków z wielkimi sprzączkami.

Lucy chichocze, co jest idealnym lekiem na moje pogruchotane serce. Pod wieloma względami jej śmiech nadal brzmi jak wtedy, gdy podrzucałem ją ponad głowę, a potem łapałem. Piszczała i się śmiała, a Tatum patrzyła z uwielbieniem, całkowicie mi ufając.

Straciłem to jej zaufanie.

I ją.

Niemal utraciłem też Lucy.

Jestem pewien, że to by mnie zabiło.

Wystarczy jeden powód, aby nadal działać. Żyć. Czuć się potrzebnym.

Dla mnie tym powodem jest Lucy. Nie mogę tylko pozwolić, by się zorientowała. Dobiłoby ją to, że codziennie rano wstaję z łóżka tylko dla niej. Jakoś udaje mi się wytrzymać sto pięćdziesiąt osiem godzin tygodniowo, żeby móc spędzić te ostatnie dziesięć z nią.

- Co robiliśmy na tych zdjęciach? - pytam.

- Wszystko. Miała fotki z Wielkiego Kanionu. Udawałeś, że spadasz. Fotografie z czwartego lipca z Mount Rushmore, te gdy byliście na nartach w Tahoe i szukaliście muszelek na plaży w Karolinie Południowej. Po prostu wszystkie. Nie wiedziałam, że przed ślubem tak dużo podróżowaliście. - Uśmiecha się grzecznie do kelnerki i kiwa głową, gdy ta pyta, czy może zabrać jej talerz.

Widzę w niej tak dużo Tatum. To w równym stopniu udręka, co i zbawienie.

- Co? - Lucy zerka na mnie, poprawiając kucyk.

- Nic. Chyba nie zdawałem sobie sprawy z tego, że nie podzieliliśmy się z tobą tą częścią naszego życia. Uwielbialiśmy podróże. Właściwie żyliśmy tak, aby osiem cudownych miesięcy spędzić w kamperze, który należał do moich rodziców. Wyruszyliśmy pod wpływem impulsu. W ogóle tego nie żałuję.

W brązowych oczach córki dostrzegam ekscytację i zdziwienie. Podoba mi się. Żyję, by ją taką oglądać.

- Mama mówiła to samo. Stwierdziła, że to było lekkomyślne. - Uśmiecha się. - A potem miała tę dziwną minę. To chyba uśmiech. Powiedziała dokładnie to samo, co ty, że w ogóle tego nie żałuje.

Lekkomyślne.

Zastanawiam się, o co dokładnie chodziło Tatum. Przecież byliśmy lekkomyślni na tak wiele sposobów. Zapamiętałem to, gdy robiła mi loda, kiedy jechałem autostradą międzystanową z prędkością prawie stu dwudziestu kilometrów na godzinę, czy to, że uprawialiśmy seks w toaletach publicznych, gdy kabiny obok nas były zajęte. Coś mi mówi, że nie podzieliła się tymi wspomnieniami z naszą siedemnastoletnią córką.

- Czasami przekraczaliśmy dozwoloną prędkość i nie dawaliśmy wysokich napiwków w restauracjach. Więc... powinnaś się uczyć na naszych błędach. - Nie ma mowy, żebym opowiedział o tym, że uprawialiśmy zbyt dużo seksu bez zabezpieczenia, ani o tym, że kradliśmy w sklepach jakieś drobiazgi typu gumy do żucia, aby móc później mówić, że wiemy, co to życie na krawędzi - jakby ktokolwiek miał trafić za kratki za kradzież paczki listków cynamonowych. Nie mogę dawać jej przykładów, dzięki którym usprawiedliwi swoje być może kiepskie przyszłe zachowanie.

Boże, mam nadzieję, że będzie grzeczna. Nie zniosę zbuntowanej nastolatki, którą będę mógł widywać tylko raz w tygodniu. Powinniśmy dobrze się razem bawić, a nie spędzać ten czas na rodzicielskich pogadankach. Na te ma ją Tatum przez pozostałe sto pięćdziesiąt osiem godzin tygodniowo. To ona może być złym gliniarzem.

- Mama mówiła, że robiłeś znacznie więcej niż przekraczanie dozwolonej prędkości.

Muszę stłumić uśmiech, który pragnie odmalować się na mojej twarzy i przynosi ciepło do piersi, gdy myślę, że Tatum rozmawiała z Lucy o naszej miłości... Tej, która zakończyła się w sposób, jakiego żadne z nas nie mogło się spodziewać.

Jednak początek naszego romansu... był wspaniały.

 

Rozdział 2

 

 

 

 

 

Wtedy

 

Mój starszy brat Will poślubił swoją pierwszą dziewczynę. Kiepska sytuacja, bo uprawiał z siedemnastolatką seks bez zabezpieczenia. Warto też wspomnieć, że jego wybranka... była córką jego szefa.

Will miał dziewiętnaście lat.

Dostał do wyboru dwie możliwości: ślub i stabilną pracę lub bezrobocie i kastrację.

Zatem Will ożenił się z Andi tydzień po ukończeniu szkoły średniej oraz na dwa miesiące przed narodzinami mojej bratanicy. Przeprowadził się do domu rodziców żony i zamieszkał w piwnicy, aby pomagać zmieniać pieluchy. Każdego ranka jeździł do pracy ze swoim szefem i teściem Kennethem Colemanem - właścicielem firmy ogrodniczej Coleman Inc. Zajmowała się wszystkim, od wycinki drzew i mulczowania po kompostowanie i odchwaszczanie. Ken przejął interes po śmierci ojca. Chciał go przekazać synowi, ale urodziła mu się córka, po czym żona musiała przejść pilną histerektomię. Wiele lat później do jego rodziny trafił ciężko pracujący dziewiętnastolatek, który potrafił posługiwać się każdym narzędziem lepiej niż dwukrotnie starsi stażem koledzy, ale nie umiał naciągnąć prezerwatywy, zanim rozdziewiczył córkę szefa.

A kiedy Andi i Will byli małżeństwem z pięcioletnim stażem i dodali do rodziny drugie dziecko, Kenneth Coleman zmarł w wieku pięćdziesięciu pięciu lat z powodu udaru. Will przejął prowadzenie rodzinnego interesu i stał się niezwykle młodym dyrektorem, następnie zaproponował mi pracę. Ponieważ będąc barmanem, nie mogłem nigdzie awansować, a w wieku dwudziestu dwóch lat nadal nie miałem pojęcia, co począć z własnym życiem, pozwoliłem, aby Will uczył mnie koszenia, kopania w ziemi czy wycinania drzew.

Pracowałem w firmie Colemana od jakiegoś pół roku, gdy około dziewiętnastej w niedzielę wieczorem znalazłem się w barze, w którym oglądałem, jak Chiefsi dostają łomot od Packersów. Will mnie olał, ponieważ w ostatniej chwili Andi nie wypuściła go z domu, bo dzieciaki zaczęły gorączkować.

- Cody? - zapytał za moimi plecami kobiecy głos, gdy czekałem na nachosy, w prawej ręce trzymając do połowy wypite piwo korzenne.

Patrzyła na mnie dziewczyna o pofalowanych, ciemnych włosach, z błyszczącymi ustami i zaróżowionymi policzkami. Unosiła pytająco brwi i uśmiechała się ostrożnie. Nie wydawała mi się znajoma, ale wyglądała jak ktoś, kogo chciałbym poznać. Oszałamiająca piękność o delikatnych rysach, wspaniałych długich włosach i drobnej sylwetce.

Jak na ironię... w głośnikach płynęła w tej chwili piosenka Ricka Springfielda Jessie's Girl. Nie miałem pojęcia, kim był Cody, ale zapragnąłem, by nie miał tej dziewczyny.

Te oczy...

To ciało...

- Rude włosy, szara koszula. - Ruchem głowy wskazała na mnie. - Alice powiedziała, że z łatwością cię wypatrzę. - Zdjęła granatowy, wełniany płaszcz i położyła małą, czarną torebkę na barze, następnie usiadła na wysokim stołku koło mnie.

Przez chwilę zerkałem na jej błękitny, chyba kaszmirowy sweter z dekoltem w serek oraz dżinsy idealnie dopasowane do szczupłej talii i zgrabnych nóg. Bez wątpienia spodobała mi się dziewczyna Cody'ego, nawet jeśli nie wiedziałem, kim był, tak samo jak nie miałem pojęcia, kto to jest Alice.

Jednak jeśli ta dziewczyna wzięła mnie za mężczyznę, z którym miała się spotkać, oznaczało to, że go nie znała. Przez głowę przemknęła mi tylko jedna myśl: Żal mi cię, Cody, bo ukradnę ci dziewczynę. Rick Springfield byłby dumny.

- Zamurowało? - Uśmiechnęła się półgębkiem, a jej twarz wydawała się wspaniale niedoskonała.

Pokręciłem głową, włączyłem swój urok osobisty i zacząłem operację "Ukraść dziewczynę Cody'emu".

- Przepraszam. Nie spodziewałem się, że będziesz aż tak piękna. - Wyciągnąłem do niej rękę w dość przebiegłym geście. - Zacznijmy od nowa. Jestem Cody.

Przyjrzała się mojej ręce, zachichotała i podała mi swoją.

- Bardzo dziękuję. Jestem Tatum.

I tak po prostu dowiedziałem się, jak ma na imię. Mógłbym być skutecznym stalkerem lub seryjnym mordercą.

- Tatum. - Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu i mocno uścisnąłem jej dłoń, nim ją puściłem. - Bardzo miło mi cię poznać.

Otworzyły się drzwi baru, wszedł facet o rudych włosach i zmrużył oczy, rozglądając się po wnętrzu. Cody miał właśnie otrzymać kilka ważnych życiowych lekcji.

Zasypiasz, przegrywasz.

Znalezione, nie kradzione.

Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje.

I najbardziej podstawową ze wszystkich: należy być punktualnym.

- Co byś pomyślała o tym, żebyśmy przenieśli się do jakiegoś ładniejszego lokalu niż ten bar? - Wyjąłem dwudziestkę z portfela i rzuciłem na kontuar.

- Cóż... Alice mówiła, że w grę wchodzą tylko drinki. A właściwie tylko jeden. Mam słabą głowę, a przyjechałam samochodem. - Zmarszczyła nos i wiedziałem, że nie było mowy, bym dał jej uciec, a nawet myśl o tym lekko mnie przerażała.

Wziąłem swoją szklankę z piwem korzennym i upiłem duży łyk.

- Ja też prowadzę. To... - Ruchem głowy wskazałem na drzwi. - Po drugiej stronie ulicy jest kawiarnia. Podają gorącą czekoladę z bitą śmietaną. To też napój, nie? - Zerknąłem na Cody'ego, który usiadł dwa stołki od kobiety i cały czas rozglądał się po barze.

Tatum potarła wargami o siebie, rozważając moją propozycję.

- Mamy iść tylko na drugą stronę ulicy?

Wstałem, uważnie obserwując ciekawskiego Cody'ego.

- Tak, na drugą.

Wstała, włożyła płaszcz i wzięła torebkę.

- Gorąca czekolada brzmi idealnie.

Tatum była idealna.

Idealnie nie moja.

- Pana nachosy? - zapytał barman, zgarniając dwudziestkę z blatu.

Wyjąłem z portfela kolejną piątkę i mu podałem.

- Proszę dać kolejne piwo i nachosy facetowi na końcu baru - wymamrotałem, stojąc plecami do Tatum.

- W porządku. - Barman skinął głową.

- Gotowa? - Wziąłem kurtkę i poszedłem za kobietą do drzwi. Otworzyłem je przed nią, nim miała szansę sama to zrobić.

- Czym się zajmujesz, Cody? - Szła obok mnie, rozglądając się na boki, gdy mieliśmy przejść przez ulicę.

- Alice ci nie mówiła? - Trochę niewygodnie, że nie znałem Alice.

- Nie. Powiedziała mi tylko, że grasz w softball z Derekiem i jesteś porządnym facetem. Moje standardy są dość niskie, skoro zgodziłam się iść na randkę w ciemno jedynie na podstawie tego jednego zdania. - Roześmiała się i stało się to moim ulubionym dźwiękiem.

Wszystko układało się pomyślnie. Mogłem uprawiać dowolny sport, więc mógł być również softball z Derekiem, kimkolwiek on był. Zakładałem, że to chłopak lub mąż Alice.

- To ciekawe... - Otworzyłem drzwi kawiarni, więc weszła. - Bo ja słyszałem, że jesteś nieco nieśmiała, ponieważ przez ostatnie trzy lata mieszkałaś w obskurnym mieszkaniu jedynie z siedmioma kotami.

Obróciła się, następnie usiadła w boksie na końcu kawiarni.

- O rety! Alice naprawdę to powiedziała? Mam alergię na koty. I nigdy nie ma mnie w domu, więc zasadniczo stanowię przeciwieństwo odludka. Zabiję ją.

Uśmiechnąłem się szeroko. Sytuacja naprawdę świetnie się układała, jak na tę randkę w ciemno, i to dla obu stron. Randkę, której nie wiedziałem, że potrzebowałem. Jakie były szanse na to, że mój wygłup okaże się tak wspaniały?

Usiedliśmy, zamówiliśmy dwie gorące czekolady, następnie zapadła chwila niezręcznej ciszy.

- Zajmuję się tak jakby projektowaniem. Pracuję u Colemana. Wycinamy drzewa, sprzątamy tereny zielone i takie tam. Brat z żoną zarządzają tą firmą.

- Znam ich. Właściwie po śmierci Kennetha sprzedałam ich dom. To była moja pierwsza tak duża transakcja.

- Jesteś pośredniczką nieruchomości?

- Tak. I tańczę taniec towarzyski. Chcesz kupić dom, a może nauczyć się walca?

W tej chwili byłem gotowy kupić wszystko, co zechciałaby mi sprzedać. Jednak nie było mowy, żeby nauczyła mnie tańczyć.

- Zamierzam zignorować twoją miłość do tańca, ponieważ nie jestem w stanie jednocześnie kołysać się na piętach i pstrykać palcami. A jeśli chodzi o dom, na pewno któregoś dnia będę go potrzebował. Czy ty masz własny? Upolowałaś coś okazyjnie? Przyjaciel bankier dał ci namiar na egzekucję komorniczą?

- Nie. - Roześmiała się, a w tej samej chwili kelnerka przyniosła nasze napoje. Tatum wzięła łyżeczkę z koszyka z owiniętymi białą serwetką sztućcami i zanurzyła ją w bitej śmietanie, następnie oblizała.

Niemal umarłem. Takie coś cholernie silnie działa na facetów.

- Mieszkam z dwoma osobami, które właśnie postanowiły być dla siebie kimś więcej niż współlokatorami. Stało się wręcz niezręcznie. Czuję się jak piąte koło u wozu. A ty? Mieszkasz z kimś?

Upiłem łyk gorącej czekolady, oblizałem górną wargę i powoli pokiwałem głową.

- Z trzema osobami.

- Wow. W mieszkaniu? Czy wynajmujecie dom?

Istniał powód, dla którego tacy faceci jak ja byli singlami, i Tatum znajdowała się o krok od odkrycia go.

- Dwie z tych osób to właściciele domu.

- Pobrały się? - naciskała.

Cody prawdopodobnie miał własne mieszkanie. Uwielbiałem grać poza swoją ligą.

- Tak. Są małżeństwem.

- A co z trzecią osobą? To dziewczyna czy chłopak?

- Chłopak - udzielałem chirurgicznie precyzyjnych odpowiedzi.

- Ile ma lat? - Zgarnęła więcej bitej śmietany z kubka.

Hipnotyzowało mnie wszystko, co robiła.

- Eee... jest ode mnie młodszy.

- Studiuje?

Jeśli natychmiast nie zmienię tematu, sprawa szybko się rypnie.

- Nie. Pochodzisz z Redington?

- Z Kansas City. I tam właśnie mieści się biuro nieruchomości, w którym pracuję, ale w Redington czynsze są niższe. I tak większość ofert dostaję z tego regionu.

- Nieźle. Zwłaszcza skoro tu mieszkasz. Ale prawdziwe pytanie brzmi... lubisz sport?

Rozpogodziła się, spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami.

- Bardzo. Osoby, z którymi mieszkam, dostają karnety sezonowe od Royalsów, a mnie jest smutno za każdym razem, gdy nie mogę iść na mecz. Mój szef ma bilety na sezon Chiefsów, a ponieważ mnie lubi, dostaję jego wejściówki, gdy sam nie może iść, co ostatnio miało miejsce dość często. I... ma miejsca nad linią pięćdziesięciu jardów.

Okradłem bank. Wyniosłem największy brylant z wystawy. Cody jadł moje nachosy po drugiej stronie ulicy, a ja nie mogłem całej tej sytuacji nazwać zrządzeniem losu czy jakimkolwiek zbiegiem okoliczności, ale na pewno było to coś znaczącego.

- Bilety... w liczbie mnogiej? I ktoś musi chodzić z tobą na te mecze Chiefsów?

Objęła kubek z gorącą czekoladą, zbliżyła go do ust i się uśmiechnęła.

- Za wcześnie odkryłam karty. Teraz nigdy nie dowiem się, czy lubisz mnie dla mojej osobowości czy dla biletów w dobrym miejscu przy boisku.

- Polubiłem cię w chwili, w której cię zobaczyłem, ale poślubię cię dlatego, że masz dostęp do biletów na mecze Chiefsów - odpowiedziałem z subtelnym uśmiechem.

Zachichotała na sekundę przed tym, gdy upiła łyk napoju, w jej brązowych oczach połyskiwało rozbawienie.

- Będziesz musiał dać mi coś więcej niż same oświadczyny. Przyszłam, bo ponoć jesteś porządnym facetem, a na mecze zabieram jedynie tych uroczych i inteligentnych.

Przyglądałem się jej, bębniąc palcami po blacie.

- Wiesz już, że uważam cię za piękną. Mógłbym spróbować cię dziś upić, ale zamiast tego jesteśmy tutaj i podnosimy poziom cukru gorącą czekoladą z bitą śmietaną. To oznaka tego, że jestem czarujący. A jeśli chodzi o moją inteligencję... Co chcesz wiedzieć? Czy to, że światło przemieszcza się osiemnaście milionów razy szybciej niż deszcz? Że Mona Lisa została skradziona z Luwru w tysiąc dziewięćset jedenastym roku, a jednym z podejrzanych był Picasso? Że w Tarsdorfie w Austrii znajduje się wioska o nazwie Fucking, a jej mieszkańcy to Fuckinganie? Że heroinę pierwotnie sprzedawano jako lek na kaszel? A może chcesz się dowiedzieć, że peodeiktofilia to rzadko używane określenie na chęć rozbierania się w miejscach publicznych, aby wywołać szok? Nie cierpię na tę chorobę, ale chyba spotkałem kilka osób, które to mają.

Zanim skończyłem zasypywać ją imponującymi, choć raczej przypadkowymi faktami, Tatum patrzyła na mnie, szeroko otwierając usta.

- Czy to dlatego, że powiedziałem tę brzydko kojarzącą się nazwę miejscowości?

Parsknęła śmiechem, przechylając głowę na bok.

- Nie wyglądasz na kujona - skomentowała wesoło.

To prawda. Nie wyglądałem jak typowy mózgowiec. Bardziej przypominałem futbolistę czy hokeistę. Miałem sto dziewięćdziesiąt trzy centymetry wzrostu i lubiłem podnosić sztangę, więc definitywnie nie wyglądałem jak mól książkowy.

- Wygląd może mylić. - Wzruszyłem ramionami.

- W rzeczy samej, Cody. W rzeczy samej.

Cody.

- Czy to wystarczy? Czy uznajesz mnie już za czarującego i bystrego? Czy mogę iść z tobą na mecz?

Wzruszyła ramionami.

- Muszę porozmawiać z Alice i Derekiem. Mówili, że nie chcesz w tej chwili się z nikim wiązać, co jest spoko, ale ja też nie chcę zostać wykorzystana.

Odchyliłem głowę.

- Pozwól, że coś ci wyjaśnię. Nie przeszkadzał ci brak chęci do związku na tyle, że tu przyszłaś... co prowadzi do wniosku, że szukasz czegoś niezobowiązującego... co znowu oznacza też uprawianie pewnych aktywności. I nie masz nic przeciwko temu, ale wyjście razem na mecz wydaje ci się bardziej osobiste?

Zaczerwieniła się, co oznaczało, że nie należała do osób, które uprawiałyby sporo przygodnego seksu. Tatum była pewna siebie, ale nie aż tak bardzo.

- Swobodne uprawianie pewnych aktywności to wzajemne dawanie i branie. - Zmarszczyła brwi. - Przynajmniej tak powinno być. Co więc zyskam, dzieląc się z tobą biletami?

- Oczywiście więcej mojego uroku osobistego i niezrównanej inteligencji.

Pozostała poważna przez kilka długich sekund, ale zaraz się uśmiechnęła.

- Maluję twarz... na mecz. Czy jesteś aż tak zagorzałym fanem?

- Nie noszę koszulki na trybunach, bo maluję klatę.

Kłamstwo.

Jednak poprowadziło nas do godziny rozmowy, dwóch kolejnych kubków gorącej czekolady, zjedzenia na spółkę porcji gofrów belgijskich i takiej ilości śmiechu, że bolał mnie brzuch, jak i siedemnaście używanych przy rechotaniu mięśni twarzy. Ukradłem komuś partnerkę z randki w ciemno.

Najlepsza kiepska decyzja na świecie.

Nadal się uśmiechając, Tatum dopiła ostatnie krople swojego napoju i przesunęła się do krawędzi boksu.

- Powinnam już iść. To tyle, jeśli chodzi o "szybkiego" drinka. Dzięki za czekoladę i gofry. Było...

- Idealnie - powiedziałem, zanim mogła to zepsuć jakimś słabszym określeniem.

Kilkakrotnie pokiwała głową, zastanawiając się nad tym.

- Zgadzam się.

Tak!

- Moglibyśmy iść na film, czy coś. - Nie byłem gotowy, aby się z nią pożegnać.

Wstała.

- Zadzwonię. - Puściła do mnie oko, co byłoby bardzo obiecujące, gdybym nie był dla niej Codym.

- Zaczekaj. Nie masz mojego numeru. - Poszedłem za nią do drzwi.

- Alice i Derek mi dadzą.

Musiałem coś powiedzieć, zanim przejdzie przez ulicę. Za dużo się nad nią napracowałem, żeby dać jej tak odejść.

- Nie mają mojego numeru.

Nacisnęła guzik na słupku i czekała na zmianę światła na przejściu.

- To jak powiadomili cię o naszym spotkaniu?

- Nie zrobili tego.

Zapaliło się zielone dla pieszych, więc weszła na ulicę, jak mogłaby to zrobić jedynie tancerka, rzucając mi rozbawione spojrzenie przez ramię, jakby droczyła się podobnie do mnie, gdy wypomniałem, że jest kociarą. Pobiegłem za nią.

- Pracuję u Colemana. Uwielbiam Chiefsów. Bardzo chciałbym umówić się z tobą na prawdziwą randkę, bo twoja twarz wyryła mi się w mózgu, a to nie w porządku w stosunku do wszystkich tych kobiet, które mogłyby chcieć cię dopaść, gdybyś postanowiła więcej się ze mną nie spotkać.

Tatum obróciła się z ręką na klamce białej toyoty corolli.

- Spodobałeś mi się, Cody. - Przygryzła na chwilę dolną wargę. - Bardzo. Zatem wątpię, żeby było to nasze ostatnie spotkanie.

Poklepałem się po kieszeniach, szukając czegoś do pisania, zastanawiając się przelotnie, czy nie wydrapać jej swojego numeru telefonu kluczykiem na karoserii, ale natychmiast wyrzuciłem ten pomysł na rosnący stos impulsywnych głupot, które popełniłem w swoim życiu.

- Dobranoc, Cody.

- Nie jestem Cody - odpowiedziałem szeptem, bo moje wyznanie pociągnęło za sobą wyrzuty sumienia.

Spoważniała, a gdy przyglądała mi się, przechylając głowę, kosmyk włosów przykleił się jej z jednej strony ust.

- Nie? Więc kim jesteś? - Parsknęła śmiechem.

Oczywiście, że się śmiała. Kradzież czyjejś partnerki z randki była czystym szaleństwem. Spędziłem wesoły wieczór, ale zachowywałem się również spontanicznie, odważnie.

Miałem nadzieję, że pewnego dnia, wspominając moje śmiałe zachowanie, uznamy je za romantyczne i godne podziwu, ponieważ uchwyciłem się jedynie przeczucia i goniłem za czymś, co zdawało się przeznaczeniem. Albo szaleństwem. Często granica między nimi się zacierała, bo znajdowały się tak blisko siebie.

Prawda wykrzywiała moją twarz w paskudnym grymasie.

- Rudzielcem, który przypadkowo znalazł się we właściwym miejscu i we właściwym czasie... w zależności od punktu widzenia.

- Nie nadążam. Wydaje mi się, że mówisz jakimś szyfrem - powiedziała.

Musiałem przyznać, że zasługiwała na uznanie, skoro śmiała się ze wszystkiego, co mówiłem, jakby nie miała dość mojego poczucia humoru, chociaż w tej chwili nie chciałem jej rozbawić.

- Nie jestem Codym. - Wsadziłem ręce do kieszeni dżinsów i uniosłem ramiona, jakbym chciał ją w ten sposób przeprosić i stwierdzić: "Ups, to chyba nic takiego, nie?".

Stało się. Uśmiech spełzł z jej twarzy po moim wyznaniu.

- Założyłaś, że jestem Codym, a ja pomyślałem, że on nigdy nie doceni twojego uśmiechu tak jak ja, więc...

Spojrzała na mnie szerzej otwartymi oczami, a jej nozdrza poruszyły się, gdy odetchnęła powoli.

- Okłamałeś mnie? Ty... ty... O mój Boże! Co z tobą?

Uświadomiłem sobie, że to często było pytanie retoryczne. Mimo to musiałem się jej wytłumaczyć, ponieważ moje postępowanie było bardziej słuszne niż złe.

- Daj mi szansę, abym...

Pokręciła głową i cofnęła się w stronę samochodu.

- Poświęciłam całkowicie nieznajomemu facetowi niemal dwie godziny mojego wieczoru, a mój prawdziwy partner... - Spojrzała w kierunku baru, w którym się poznaliśmy. - Kurde. Alice się wścieknie. A Cody... - Przeszła pospiesznie do baru.

- W kinach grają nowego Bonda, jeśli piątek ci odpowiada - zawołałem, gdy porzuciła mnie przy drodze jak zgniłe jabłko, którym zresztą w tej chwili byłem.

Nie poświęciła mi nawet przelotnego spojrzenia. Pokazała mi jednak środkowy palec tuż przed tym, jak zniknęła w barze.

 

 

 

Tytuł oryginału: For Lucy

 

Text copyright ? 2021 by Jewel E. Ann

All rights reserved

 

Translation copyright ? 2024 by Grupa Wydawnicza FILIA

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2024

 

Projekt okładki: Jenn Beach

Zdjęcia: ? Jovana Milanko/Stocksy

? redcollegiya/Depositphotos

 

Redakcja, korekta, skład i łamanie: Editio

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

"DARKHART"

Dariusz Nowacki

[email protected]

 

eISBN: 978-83-8357-356-4

 

 

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

 

SERIA: HYPE