3: Rhett
- Jedna tequila... druga tequila... trzecia tequila - podśpiewywałem sobie między shotami bursztynowego alkoholu. Już prawie nie czułem palenia w przełyku. Do diabła, moje żyły przestały pompować krew wieki temu, teraz płynęły w nich alkohol i kokaina.
Co to ja mówiłem?
Zdezorientowany ześlizgnąłem się z sofy na dywan. Tak bardzo kręciło mi się w głowie, że nie byłem w stanie siedzieć.
- Podłoga. - Usłyszałem czyjś cichy głos.
W sofie, tuż nad moją leżącą na podłodze głową, zrobiło się wgłębienie, a gdy z trudem uchyliłem powieki, ujrzałem Jace'a.
- Słucham?
- Jedna tequila, druga tequila, trzecia tequila, podłoga*. - Skinął w stronę pustych kieliszków, po czym wskazał na leżącą na dywanie postać. Czyli na mnie. Pieprzony żartowniś.
Nie było mi do śmiechu, więc jedynie jęknąłem. A potem ziewnąłem. Kiedy ja ostatni raz spałem?
- Dawaj, pomogę ci wgramolić się do wyra - powiedział Jace, jak gdyby czytał mi w myślach. Albo, do diabła, powiedziałem to na głos. Kto by to wiedział.
Odtrąciłem jego rękę, gdy próbował mnie podnieść z dywanu.
- Odpierdol się - wymamrotałem. - Nie potrzebuję twojej pomocy.
Jace znał mnie na tyle dobrze, by nie protestować. Usiadł więc z powrotem na sofie i obserwował, jak chwieję się na czworakach niczym zalany w trupa pancernik, a następnie wywlekam swój tyłek z salonu. Miałem wystarczające doświadczenie w byciu pijanym, by nawet nie próbować wstać na nogi. Ostatnim razem wszedłem w futrynę i skończyłem z podbitym okiem.
Zanim dotarłem do sypialni i rzuciłem się w skotłowaną pościel, zdążyłem już zapomnieć, że szedł za mną Jace. Wzdrygnąłem się, gdy postawił wiadro na drewnianej podłodze obok łóżka. Rzuciłem mu gniewne spojrzenie.
- No co? - odpowiedział, krzywiąc się. - Podziękujesz za nie, gdy zaczniesz trzeźwieć.
Przewróciłem oczami. Jasna cholera, kiedy wsiedliśmy na statek? To było jedyne logiczne wytłumaczenie, dlaczego tak mocno mną kołysało. Prawda? Chyba że to przez tequilę.
- Spierdalaj z tym twoim pełnym samozadowolenia ryjem, Jace - wymamrotałem, a następnie parsknąłem śmiechem. - Podaj mi trochę tych... - Wskazałem stolik, na którym stała na wpół opróżniona buteleczka z tabletkami.
Jace podniósł ją, przeczytał etykietkę - co za wścibski kutas - i westchnął.
- Rhett, totalnie cię pogięło, chłopie. Musisz się pozbierać i odstawić to gówno.
W odpowiedzi wyciągnąłem rękę, ponownie prosząc o podanie mi tabletek.
Jace spiorunował mnie wzrokiem, ale odkręcił buteleczkę, a dwie białe pigułki wylądowały na mojej dłoni. Nie zawracałem sobie głowy popiciem ich wodą, połknąłem je na sucho, po czym zanurzyłem twarz w poduszce. Działały zaskakująco szybko, gdy płynęło we mnie tyle alkoholu. Czy się obudzę? Ryzykowne. Nie na darmo ostrzegali, że nie powinno się mieszać wódki ze środkami nasennymi, ale wolałem to niż pieprzoną bezsenność.
- Będę tu, kiedy się obudzisz.
Nigdy go nie było, również wtedy, gdy zasypiałem nieco bardziej trzeźwy. Stał się zbyt zajęty uciekaniem od przeszłości, nawet gdy ta go dopadła i dręczyła. Zbyt pochłonięty ignorowaniem własnych problemów, zatracił się w uzależnieniu, które sam dla siebie wybrał: bezimiennych cipkach.
Też chciałbym móc tak postępować, ale sama myśl o pieprzeniu się z jakąś fanką sprawiała, że czułem się chory.
A może to znów sprawka tequili.
Kto by tam wiedział. Kogo to, do cholery, obchodziło.
***
- Wstawaj, Silver - powiedział ktoś zdecydowanie zbyt blisko mojego ucha.
Skrzywiłem się i nakryłem twarz poduszką, by stłumić dźwięk.
- Odwal się, palancie - odburknąłem.
Gówno mnie obchodziło, czy intruz mnie słyszy. To znów Jace. Tak mi się wydawało. A może Gray? Nie, głos był zbyt melodyjny, a Gray brzmiał, jakby śpiewał w zespole trash metalowym. W takim razie to na pewno Jace. Kutas.
Zerwał ze mnie koc zbyt gwałtownym ruchem, czym wprawił moje ciało w drżenie.
Rechotu, który się potem rozległ, nie da się pomylić z niczym innym. To musiał być Jace.
- Odpierdol się! - krzyknąłem, sięgając po zabrane mi okrycie.
Było zdecydowanie za zimno, by paradować jedynie w bokserkach, a ja miałem na to zbyt wielkiego kaca. Gdzie butelka z tequilą?
- Wstawaj, Silver - powtórzył. Po czym wykrzywił twarz i dodał: - I weź, do cholery, prysznic. Cuchniesz.
Złapałem ręcznik, który mi rzucił, i uniosłem rękę, by powąchać pachę. Miał rację. Mój własny odór sprawił, że prawie mnie zemdliło, i był powodem, dla którego zawlokłem tyłek do łazienki. Tyran Jace nie miał z tym nic wspólnego.
- Czemu jesteś dziś w takim dobrym nastroju? - spytałem, przeciągając samogłoski, po czym się rozebrałem i wgramoliłem pod prysznic.
Jace poszedł za mną, a ja nie miałem nic przeciwko. Byliśmy najlepszymi kumplami i kolegami z zespołu wystarczająco długo, by z tysiąc razy zdarzyło mu się oglądać mojego fiuta. W kwestii nagości nie mieliśmy już nic do ukrycia.
- Wczoraj wieczorem zacząłem pisać nowy kawałek - powiedział z szelmowskim uśmieszkiem.
Uniosłem brwi, łypiąc na niego przez szklane drzwi kabiny.
- Serio?
- Czułem, że już pora. - Wzruszył ramionami.
- Gray cię dopadł, co? Tutaj też wczoraj był. - Roześmiałem się.
- Serio? Jak ci się udało go spławić?
Zmrużyłem oczy, próbując sobie przypomnieć.
- Pewnie rzuciłem w niego butelką ginu i nazwałem wstrętną ryjówką.
Jace parsknął śmiechem.
- Jak, kurwa? Wstrętną ryjówką? Skąd ty bierzesz takie gówniane epitety?
Prychnąłem, nacierając pachy, a później krocze sporą ilością mydła.
- Nie mam, kurwa, pojęcia. Byłem najebany, a on wparował tutaj i gderał niczym irytujący Wielki Ptak. A wiesz, jak potrafi się wkurwić, gdy się go nazywa brzydalem.
Bo to ewidentne kłamstwo. Gray był przystojny, tylko że potężny i szeroki w barach, z licznymi bliznami i długimi włosami... Nie wyglądał jak przystojniaczek Jace, więc często słyszał, że jest tym mniej atrakcyjnym członkiem Bellerose.
- Nie nadążam - przyznał Jace, co było także widoczne na jego twarzy. - Jakim cudem z Wielkiego Ptaka stał się nagle ryjówką? Czy Wielki Ptak to czasem nie kurczak?
Zmyłem mydło i zakręciłem wodę.
- Jace, stary, uwielbiam cię, ale, kurwa, czasem tępak z ciebie. Wielki Ptak to kanarek z potężnym dupskiem, a ryjówka to taki, no wiesz, drągowaty ptak z dorodnym dziobem przynoszący dzieci. - Wytarłem się ręcznikiem, który mi podał.
Jace zarechotał.
- Mówisz o bocianie. Ryjówka to bardziej taki szczur. Albo kret. Albo inny gryzoń z jadem w ślinie. Wyobrażam sobie, jak się zdziwił Gray, gdy tak go nazwałeś. A skoro wróciliśmy do Graysona, faktycznie przypomniał mi, że wisimy wytwórni album, więc zacząłem pisać i chciałbym, żebyś tego posłuchał.
- Tak po prostu posłuchał, tak? - Rozgoryczenie w moim głosie było ostre jak brzytwa.
Owinąłem się ręcznikiem wokół pasa i przeczesałem dłonią niebieskiego irokeza - od tygodni nie zawracałem sobie głowy nakładaniem na niego żelu, a na bokach zaczynały odrastać włosy w kolorze brudny blond, moim naturalnym odcieniu.
Wymaszerowałem z łazienki i ruszyłem w stronę kuchni. Byłem zbyt trzeźwy, żeby znosić bredzenie Jace'a, kac rozsadzał mi czaszkę. Miałem wrażenie, że Grayson zamieszkał w moim mózgu i robił z niego miazgę.
Rozejrzałem się, ale nigdzie nie dostrzegłem butelki tequili, którą napocząłem zeszłej nocy. A może dziś rano? Nieważne, i tak jej nie było. Może ją dokończyłem, a Jace posprzątał.
Albo...
- Kurwa, gdzie jest alkohol? - Odwróciłem się i zażądałem wyjaśnienia tej posuchy w kuchni.
Jace skrzyżował ramiona, a na jego twarzy zauważyłem malujący się upór.
- Wywaliłem. Czas, żebyś wytrzeźwiał, Rhett. Użalasz się nad sobą, jakbyś był w tej suce zakochany.
Szczęka opadła mi do samej podłogi.
- Że co?
- Dobrze, kurwa, słyszałeś. Pieprzyłeś się z nią dwa tygodnie, a zachowujesz się, jakby żona rzuciła cię po dwunastu latach małżeństwa. Weź się w garść, stary, musimy stworzyć album. Jeżeli twój kutas czuje się samotny, to jest mnóstwo lasek gotowych przeczołgać się po potłuczonym szkle, byle tylko wyruchał je wielki Rhett Silver.
Chwyciłem kryształową szklaneczkę, którą miałem pod ręką, i w przypływie wściekłości z całej siły cisnąłem nią w Jace'a. Roztrzaskała się o ścianę za nim, a drań nawet nie zrobił uniku.
- To tylko udowadnia, że mam rację - powiedział cicho i przyjrzał się kawałkom szkła. Westchnął i podszedł bliżej, jak gdyby prosił się o śmierć.
- Rhett, rozumiem, że cała ta gówniana sprawa z Billie rozbudziła w tobie bolesne wspomnienia. Nie jestem aż takim ignorantem, za jakiego mnie masz. Ale musisz też dostrzec pewne różnice. Ona nie jest twoją mamą, a wyrachowaną, zdradliwą suką. Nie kochała cię i ty też jej nie kochałeś. To jedynie niezła dupa i nic poza tym. Ale rozumiem cię. Mnie też tak załatwiła. Potrafi sprawić, że uważasz ją za swoją bratnią duszę, prawda? Jakbyś znał ją w poprzednim życiu albo jakbyście byli sobie pisani czy inne takie gówniane bajeczki, ale to wszystko brednie.
Potrząsnąłem głową, by powstrzymać ten przepełniony nienawiścią słowotok. Niczego nie rozumiał. Nie miał bladego pojęcia.
- Kurwa, nie kumasz tego, Jace - wymamrotałem i w przypływie frustracji potarłem twarz dłońmi. Potrzebowałem alkoholu, dragów lub czegokolwiek, co zapewni mi przerwę od własnych myśli. - To nie wystarczy. To nigdy, kurwa, nie wystarczy. Co mam zrobić? Co mam zrobić, żeby ten jeden jedyny raz wybrała mnie?
Gdy tylko to powiedziałem, zbladłem i poczułem skręt w żołądku. Kurwa, miał rację. Myliłem zdradę Billie z tym, co dziesięć lat temu zrobiła moja matka. Jezu Chryste, muszę się naćpać. Może to dobry dzień na odlot? Nie, halucynacje to teraz chyba kiepski pomysł.
- Zostaw mnie w spokoju - powiedziałem, a właściwie jęknąłem zrezygnowany i zawstydzony.
- Nie ma opcji - odparł, potrząsając głową. - Jesteś moim najlepszym przyjacielem. Nie mogę stać z założonymi rękami i patrzeć, jak siebie niszczysz. Tak więc wytrzeźwiejesz, nażresz się zieleniny, nawodnisz, a potem pomożesz mi z tym tekstem, który wczoraj zacząłem.
Poklepał mnie po ramieniu, jak to robią faceci, zamiast się ściskać, ale odtrąciłem go. Nie miałem w tej chwili sił na jego optymizm - dobijał mnie kac.
- Do diabła z tobą, Jace. Nie naprawisz wszystkiego w mgnieniu oka, nawet jeśli nagle spłynęła na ciebie wena.
Wysunąłem szufladę i wyłowiłem z niej kluczyki do samochodu. Nie mogłem znaleźć kurtki, ale Jace przesunął się w stronę wyjścia. Zawsze to jakiś pozytyw.
- Dokąd się wybierasz, Rhett? - spytał mój przyjaciel, gdy włożyłem buty. - Musimy... - Przerwało mu głośne pukanie do drzwi. Rzuciłem Jace'owi gniewne spojrzenie, ale wyglądał na równie zdezorientowanego. - Kurwa, kto to?
- Ty mi powiedz - wymamrotałem i otworzyłem gwałtownym szarpnięciem. Nie obawiałem się, że to napalona fanka, bo najpierw musiałaby sforsować ochronę w holu. - Serio? Co, do cholery, Jace? Czy to jakaś pieprzona interwencja?
Grayson spojrzał na mnie, wyraźnie wkurwiony. Być może nadal miał żal o tę paskudną ryjówkę.
- Jeśli chcesz, to może być interwencja. Wpuścisz nas?
Z obrzydzeniem wykrzywiłem usta.
- Ciebie? Jasne. Ją? Nie ma mowy. Wynoś się, Florence.
- Jezu, Rhett - warknął Jace i odsunął mnie na bok, by wpuścić Graya. - Nie musisz od razu tak na wszystkich naskakiwać, jesteśmy twoją rodziną.
Parsknąłem śmiechem i teraz to ja potrząsnąłem głową.
- Niewiarygodne - wymamrotałem. - Ale proszę bardzo, zajmijcie się tą podstępną żmiją. Ja spadam.
Nie czekając na odpowiedź, przemknąłem obok Flo - cholernej zdrajczyni - i wskoczyłem do windy, zanim ta zdążyła odjechać. Pieprzyć to, pieprzyć ich i ich pieprzoną interwencję, nie miałem zamiaru tego tolerować.
Rodzina nic już dla mnie nie znaczyła i Jace dobrze o tym wiedział.
Musiałem się narąbać, bo jedyne, o czym potrafiłem teraz myśleć, to fakt, że Billie wróciła do toksycznego związku. Dokonała takiego samego wyboru jak moja matka, gdy dziesięć lat temu zostawiła mnie na pastwę losu. Nie zniósłbym tych wspomnień, więc jedyną opcją było nafaszerowanie się czymkolwiek, co wpadnie mi w ręce.
Może tym razem zaćpam się na śmierć. Wszystko mi jedno.
* Bohater cytuje słowa piosenki 3 Tequila Floor Josiaha Siski (przyp. red.).