ROZDZIAŁ 1 W poszukiwaniu zysków
Ferma robaków
Najpierw cię ignorują, potem śmieją się z ciebie, potem z tobą walczą, a wtedy wygrywasz.
Jestem całkowicie pewien, że Gandhi nie miał pojęcia, kim byłem, kiedy miałem dziewięć lat. I jestem całkowicie pewien, że ja również nie miałem pojęcia, kim on był. Jednak gdyby Gandhi wiedział o mojej wizji i dziecięcym marzeniu zarobienia mnóstwa pieniędzy na masowym karmieniu dżdżownic i sprzedawaniu ich ludziom, myślę, że mógłby użyć tego samego powiedzenia, aby zainspirować mnie do zostania największym sprzedawcą robaków na świecie.
Niestety, Gandhi nie zatrzymał się obok mojego domu, aby zaoferować mi swą głęboką radę i mądrość. Zamiast tego na dziewiąte urodziny powiedziałem moim rodzicom, że chcę, aby zawieźli mnie do oddalonej o godzinę drogi na północ od naszego domu Sonomy, do miejsca, które było wówczas najważniejszym punktem sprzedaży robaków w hrabstwie. Jego właściciele nie mieli pojęcia, że planowałem potajemnie zostać ich największym konkurentem.
Moi rodzice zapłacili 33 dolary i 45 centów za pudełko błota, które miało zawierać co najmniej sto dżdżownic. Pamiętam, że przeczytałem w książce, iż można przeciąć robaka na dwie części i obie połówki same odrosną. Brzmiało to świetnie, jednak wydawało się, że będzie wymagało dużo pracy, więc wymyśliłem lepszy plan: zbudowałem na podwórku "robakowe pudełko", które generalnie przypominało piaskownicę z gęstą siatką na wierzchu. Zamiast wsypać do niej piasek, napełniłem ją błotem z co najmniej stu dżdżownicami, aby mogły pełzać swobodnie i spłodzić wiele małych dżdżownic.
Codziennie brałem kilka żółtek i wrzucałem je na wierzch mojej robaczej fermy. Byłem zupełnie pewien, że dzięki temu robaki będą się rozmnażać szybciej, ponieważ słyszałem, że niektórzy sportowcy piją na śniadanie surowe jajka. Moi rodzice natomiast byli całkowicie pewni, że sprzedaż robaków nie przyniesie mi takiego bogactwa, o jakim marzyłem, jednak pozwalali mi kontynuować codzienne karmienie robaków żółtkami. Myślę, ze jedynym powodem, dla którego mi na to pozwalali, był wysoki poziom cholesterolu w żółtkach jaj. To, że robaki jadły żółtka, oznaczało, że ja i mój brat jemy tylko zawierające mało cholesterolu białka. Moja mama zawsze upewniała się, że nie jemy rzeczy, które mogłyby podnieść nasz poziom cholesterolu. Myślę, że pewnego wieczoru mogła zobaczyć coś na ten temat w wiadomościach lokalnych i zupełnie zbzikowała na tym punkcie.
Po trzydziestu dniach diety żółtkowej, jaką zaaplikowałem robakom, zdecydowałem się sprawdzić ich postępy. W tym celu zacząłem kopać w ziemi, aby sprawdzić, czy urodziły się jakieś małe dżdżownice. Niestety, nie znalazłem ani jednej małej dżdżownicy. Co gorsza, nie znalazłem również żadnej dorosłej dżdżownicy. Spędziłem godzinę, uważnie przesiewając całą ziemię, jaka była w moim pudełku na robaki. Wszystkie robaki zniknęły. Prawdopodobnie uciekły przez siatkę, która znajdowała się na wierzchu pudełka. A może zostały zjedzone przez ptaki, kiedy przyleciały zwabione surowym żółtkiem.
Moje rosnące robacze imperium oficjalnie zbankrutowało. Rodzicom powiedziałem, co prawda, że bycie robaczym farmerem jest nudne, jednak prawda była taka, że porażka bardzo mnie zabolała. Gdyby żył jeszcze Thomas Edison, mógłby zatrzymać się przed moim domem i dodać mi otuchy swoim podejściem do porażki:
Opuściłem moją drogę do sukcesu.
Prawdopodobnie był zbyt zajęty pracą nad innym sprawami, ponieważ, podobnie jak Gandhi, nigdy nie zatrzymał się przy moim domu. Być może obaj byli zbyt zajęci spędzaniem czasu ze sobą.
Dorastanie
Moja mama i tata wyemigrowali z Tajwanu do Ameryki, aby zdobyć wykształcenie na Uniwersytecie Illinois, na którym poznali się i pobrali. Mimo iż urodziłem się w Illinois, moje wspomnienia z tamtego okresu ograniczają się do skoków z trzyipółmetrowej trampoliny oraz łapania świetlików. Wczesne wspomnienia zawsze są rozmyte. Jednak wierzę, że rzeczywiście były to dwa oddzielne wspomnienia, ponieważ nie jest możliwe, bym jako dwulatek był w stanie złapać świetlika w locie.
Kiedy miałem pięć lat, mój tata otrzymał pracę w Kalifornii, więc przenieśliśmy się wszyscy do Marin County, które położone jest po drugiej stronie mostu Golden Gate, na północ od San Francisco. Mieszkaliśmy w Lucas Valley. Nasz dom położony był około dwudziestu minut jazdy od Rancza Skywalkera, miejsca, gdzie mieszkał i z którego prowadził swój filmowy interes George Lucas (sławny dzięki filmowi Gwiezdne wojny).
Moi rodzice byli typowymi azjatycko-amerykańskimi rodzicami. Mój tata pracował jako inżynier chemik dla Chevron, a mama była pracownikiem socjalnym. Mieli wysokie oczekiwania co do wyników naukowych w stosunku do mnie i moich dwóch młodszych braci. Andy był młodszy ode mnie o dwa lata, a mój najmłodszy brat David urodził się cztery lata po przeprowadzce do Kalifornii.
W Marin County nie mieszkało zbyt wiele azjatyckich rodzin, jednak w jakiś sposób moim rodzicom udało się odnaleźć całą ich dziesiątkę i spotykaliśmy się wszyscy, dorośli i dzieci, na regularnych przyjęciach składkowych połączonych ze wspólnymi wyjściami na miasto. Dzieci oglądały telewizję, a dorośli integrowali się w oddzielnym pokoju, chwaląc się przed sobą nawzajem osiągnięciami swoich dzieci. Była to po prostu część azjatyckiej kultury: osiągnięcia dzieci były trofeami, poprzez które wielu rodziców definiowało swój własny sukces i status. Byliśmy ostatecznymi kartami do zapisywania wyników.
Istniały trzy kategorie osiągnięć ważnych dla azjatyckich rodziców.
Kategorię nr 1 stanowiły osiągnięcia naukowe: zaliczało się do niej uzyskiwanie dobrych stopni, wszelkiego rodzaju nagród czy publicznego uznania, otrzymanie wysokiej punktacji w teście SAT czy bycie członkiem matematycznej reprezentacji szkoły. Najważniejszym elementem tego wszystkiego był college, do którego uczęszczało i który ukończyło twoje dziecko. Największe prawa do chwalenia się dzieckiem dawał Harvard.
Kategoria nr 2 to kariera: kariera lekarza czy uzyskanie doktoratu było postrzegane jako najwyższe osiągnięcie, ponieważ w obu przypadkach oznaczało to, że z "Pana Hsieh" stajesz się "Dr. Hsieh".
Kategorią nr 3 było mistrzostwo muzyczne: niemal wszystkie azjatyckie dzieci były zmuszane do nauki gry na fortepianie lub skrzypcach, a nawet na obu tych instrumentach, i na każdym spotkaniu, po zakończeniu kolacji, dzieci musiały wystąpić przed grupą rodziców. Pretekstem było zapewnienie rozrywki, jednak tak naprawdę był to sposób, aby rodzice mogli porównać swoje dzieci z innymi.
Moi rodzice, podobnie jak inni azjatyccy rodzice, wychowywali mnie dość surowo, tak abyśmy mogli wygrać we wszystkich trzech kategoriach. Pozwalano mi oglądać telewizję najwyżej przez godzinę tygodniowo. Oczekiwano, że będę miał piątki z każdego przedmiotu, a rodzice ćwiczyli ze mną testy SAT przez całe gimnazjum i szkołę średnią. SAT jest to standardowy test, który zwykle przechodzi się tylko raz, pod koniec szkoły średniej, jako część procesu zdawania do college'u. Jednak moi rodzice chcieli, bym zaczął przygotowywać się do niego, gdy byłem w szóstej klasie.
Kiedy kończyłem gimnazjum, grałem na czterech instrumentach: fortepianie, skrzypcach, trąbce i rożku francuskim. Przez lata szkolne miałem grać przez pół godziny dziennie na każdym z nich w dni powszednie i po godzinie dziennie w soboty i niedziele. Latem miała to być godzina na każdy instrument dziennie, co powinno zostać zaklasyfikowane jako forma okrucieństwa i niezwykłej kary dla dziecka, które podczas "wakacji letnich" chciało doświadczyć "wakacyjnej" części tego pojęcia.
Wymyśliłem więc sposób, aby nadal cieszyć się weekendami i wakacjami. Wstawałem wcześnie, o szóstej rano, kiedy rodzice jeszcze spali, i schodziłem na dół, gdzie stało pianino. Zamiast naprawdę grać na pianinie, włączałem magnetofon i odtwarzałem godzinną sesję, którą nagrałem wcześniej. Następnie o 7.00 szedłem do pokoju, zamykałem drzwi i puszczałem godzinne nagranie mnie grającego na skrzypcach. Spędzałem ten czas na czytaniu magazynu "Boys' Life" (Chłopięce życie).
Jak sobie możecie wyobrazić, moi nauczyciele fortepianu i skrzypiec nie mogli zrozumieć, dlaczego nie wykazuję żadnych postępów, kiedy przychodzę na cotygodniową lekcję. Myślę, że uważali, iż uczę się powoli. A ja nie mogłem po prostu pojąć, jak nauka gry na tych wszystkich instrumentach muzycznych mogłaby dać mi jakąkolwiek wymierną korzyść.
(Mam nadzieję, że moja mama nie będzie wściekła, kiedy to przeczyta. Prawdopodobnie powinienem oddać jej te wszystkie pieniądze, które wydała na moje lekcje fortepianu i skrzypiec).
Moi rodzice, a w szczególności mama, mieli wielką nadzieję, że ostatecznie pójdę na akademię medyczną lub zdobędę doktorat. Wierzyli, że formalna edukacja jest rzeczą najważniejszą, jednak mnie, mającemu już zaplanowane pierwsze dwadzieścia pięć lat swego życia, wydawało się to zbyt kontrolowane i ograniczające.
Byłem o wiele bardziej zainteresowany prowadzeniem własnego biznesu i wymyślaniem różnych sposobów zarobienia pieniędzy. Kiedy dorastałem, rodzice mówili mi, bym nie martwił się o zarabianie pieniędzy i skoncentrował się na nauce. Mówili, że opłacą całą moją edukację, aż do zdobycia magisterium lub doktoratu. Mówili również, że kupią mi wszystkie ubrania, jakich zapragnę. Na szczęście dla nich nigdy nie miałem wyczucia mody, więc nigdy nie prosiłem o wiele.
Zawsze fantazjowałem na temat zarabiania pieniędzy. Pieniądze oznaczały dla mnie, że później w życiu będę miał zapewnioną wolność robienia tego, co chcę. Pomysł założenia pewnego dnia firmy oznaczał również, że mógłbym być kreatywny i w końcu zacząć żyć na własnych warunkach.
W szkole podstawowej przeprowadziłem wiele wyprzedaży garażowych. Kiedy sprzedałem wszystkie graty z garażu moich rodziców, zapytałem koleżankę, czy możemy zrobić wyprzedaż garażową w jej domu. Wystawiliśmy wszystkie rupiecie z domu jej rodziców na podjazd, przygotowaliśmy trochę lemoniady, a następnie ubraliśmy ją w ubrania dla małych dziewczynek, tak że wyglądała na pięć lat mniej. Pomysł był taki, że nawet jeśli ludzie nic nie kupią, może przynajmniej sprzedamy trochę lemoniady. Ostatecznie zarobiliśmy więcej pieniędzy na sprzedaży lemoniady niż czegokolwiek innego z wyprzedaży.
W gimnazjum szukałem innych sposobów na zarabianie pieniędzy. Rozwoziłem gazety, jednak wkrótce odkryłem, że korzystanie z niezależnych podwykonawców dostarczających gazety na własnym rowerze było po prostu sposobem, w jaki lokalne gazety radziły sobie z prawami pracowniczymi dziecka. Po odrobieniu matematyki obliczyłem, że zarabiam w tej pracy około dwóch dolarów za godzinę.
Skończyłem z rozwożeniem gazet i zdecydowałem się założyć własną gazetę. Każdy numer zawierał około dwudziestu stron napisanych przeze mnie historii, krzyżówek i dowcipów. Drukowałem ją na jaskrawopomarańczowym papierze, zatytułowałem "Indor" i ustaliłem cenę na pięć dolarów. Sprzedałem cztery egzemplarze kolegom ze szkoły. Pomyślałem, że muszę zdobyć więcej przyjaciół, którzy będą w stanie kupić moją gazetę, albo wymyślić inne źródło dochodów. Tak więc, kiedy następny raz poszedłem się ostrzyc, pokazałem swojemu fryzjerowi egzemplarz "Indora" i zapytałem, czy chciałby kupić całostronicową reklamę w następnym numerze za 20 dolarów.
Kiedy się zgodził, wiedziałem, że jestem na dobrym tropie. Wszystkim, czego potrzebowałem, było sprzedanie jeszcze czterech reklam, co dałoby mi sto dolarów - kwotę, jakiej nigdy nie widziałem w całym moim życiu. Pełen wiary po pierwszej sprzedaży, wszedłem do firmy położonej tuż obok fryzjera i zapytałem, czy chcą ogłosić się w gazecie, która będzie sensacją na skalę całego kraju, a przynajmniej hrabstwa.
Wszyscy odmawiali, jednak robili to w najgrzeczniejszy z możliwych sposobów. Po kilku tygodniach wydałem drugi numer "Indora". Tym razem sprzedałem tylko dwa egzemplarze.
Zdecydowałem się zakończyć działalność.
Było z tym za dużo pracy, a moi przyjaciele nie mieli przez to pieniędzy na obiad.
Mój brat Andy i ja zawsze czekaliśmy niecierpliwie na każdy comiesięczny numer magazynu "Boys' Life" i czytaliśmy go od deski do deski. Moją ulubioną częścią był dział reklam poświęcony możliwości zamówienia fantastycznych rzeczy, o których istnieniu wcześniej nie wiedziałem, jednak wiedziałem już, że pewnego dnia muszę je mieć. Były tam wszelkiego rodzaju sztuczki magiczne i nowinki (przez długi czas myślałem, że definicja słowa "nowinka" brzmi "naprawdę superfajny"), w tym zestaw do przerobienia odkurzacza na minipoduszkowiec.
Jednak tym, co interesowało mnie najbardziej, były ogłoszenia na całą ostatnią stronę magazynu, które prezentowały wszystkie rodzaje nagród, jakie można było zdobyć, sprzedając kartki okolicznościowe. Wydawało się to takie łatwe: wystarczyło przejść się po sąsiadach, sprzedać trochę kartek bożonarodzeniowych (których, jak zapewniało mnie ogłoszenie, potrzebuje każdy), zarobić dużo punktów i wymienić je na deskorolkę lub zabawki, których nigdy nie miałem, a obecnie bardzo pragnąłem.
Zdecydowałem się zatem na zamówienie kilku kartek i katalogu, które przyjechały po tygodniu. Ciągle jeszcze miałem wakacje, więc dysponowałem mnóstwem czasu na chodzenie po sąsiadach. Moim pierwszym przystankiem były drzwi najbliższych sąsiadów.
Pokazałem kobiecie, która otworzyła drzwi, katalog ze wszystkimi rodzajami kartek bożonarodzeniowych. Powiedziała mi, że ponieważ jest jeszcze sierpień, nie ma dobrego rynku na sprzedaż kartek bożonarodzeniowych. Pomyślałem, że ma rację. Czułem się jak głupek, próbując sprzedawać kartki świąteczne w sierpniu, więc był to mój ostatni przystanek.
Wróciłem do domu, aby spróbować wymyślić pomysł na biznes, który będzie miał mniej sezonowy charakter.
W szkole podstawowej miałem przyjaciela o imieniu Gustaw. Wszystko robiliśmy razem, bywaliśmy u siebie w domu, wystawialiśmy sztuki dla naszych rodziców, uczyliśmy się wzajemnie tajnych języków i szyfrów, a także nocowaliśmy u siebie raz w tygodniu.
Podczas jednej z moich wizyt w domu Gustawa mój przyjaciel pozwolił mi pożyczyć książkę zatytułowaną Darmowe gadżety dla dzieci. Była to najwspanialsza książka wszech czasów. Były w niej setki reklam darmowych lub kosztujących mniej niż dolara rzeczy, na przykład darmowych map, długopisów za 50 centów i darmowych próbek produktów. W przypadku każdej rzeczy wystarczyło tylko napisać list na wskazany adres, załączając kopertę zwrotną ze znaczkiem oraz sumę, do wysokości dolara, o jaką prosili (jeśli w ogóle). Gustaw i ja przeglądaliśmy książkę i zamawialiśmy wszystkie rzeczy, które naszym zdaniem były super.
Po mojej dziesięciominutowej pracy w charakterze akwizytora kartek bożonarodzeniowych wróciłem do domu, by ponownie przeczytać dział ogłoszeń w "Boys' Life", i zobaczyłem ogłoszenie o zestawie do robienia znaczków oferowanym za 50 dolarów. Zestaw pozwalał na zrobienie ze zdjęcia lub dowolnego kawałka papieru przypinanego do ubrania znaczka. Koszt części do wykonania znaczka wynosił 25 centów za sztukę.
Podszedłem do półki i wziąłem książkę, którą pożyczyłem od Gustawa lata wcześniej i nigdy nie oddałem, i zacząłem ją przeglądać, sprawdzając, czy są jakieś firmy, które oferują znaczki ze zdjęciami. Nie było żadnej.
Napisałem list do wydawcy tej książki, udając producenta znaczków, który chce zostać uwzględniony w przyszłorocznym wydaniu książki. Aby uwiarygodnić mój biznes, do mojego adresu dodałem "Dział DGD", co w moim tajemnym kodzie oznaczało Darmowe Gadżety dla Dzieci. Moja oferta dla dzieci obejmowała wysłanie mi przez nie zdjęcia, koperty zwrotnej oraz 1 dolara. Ja umieszczałem zdjęcie na znaczku i odsyłałem w otrzymanej kopercie. Mój zysk miał wynieść 75 centów na zamówieniu.
Kilka miesięcy później otrzymałem list od wydawcy. Pisał, że moja oferta została wybrana do umieszczenia w kolejnym wydaniu książki. Powiedziałem rodzicom, że muszę zamówić zestaw do robienia znaczków za 50 dolarów oraz wydać dodatkowo kolejne 50 na części, obiecując, że oddam je po pierwszych stu zamówieniach.
Nie wydaje mi się, aby moi rodzice wierzyli, że naprawdę otrzymam sto zamówień. Musiałem najpierw wysłuchać pogadanki o tym, jak dużo pieniędzy miałem zarobić, sprzedając sto egzemplarzy "Indora", i ile miałem dostać za sto zamówień kartek świątecznych. Jednak ciągle miałem dobre oceny w szkole, więc chyba pozwolili mi zamówić zestaw do robienia znaczków i części jako formę nagrody za nie.
Kilka miesięcy później otrzymałem egzemplarz nowego wydania książki. Super było zobaczyć swój adres domowy wydrukowany w prawdziwej książce. Pokazałem książkę rodzicom i z niepokojem oczekiwałem na nadejście pierwszego zamówienia.
Listonosz, który obsługiwał naszą okolicę, zawsze robił taką samą trasę. Nasz dom położony był u stóp wzgórza, a on zaczynał po przeciwnej stronie ulicy, wjeżdżał na wzgórze, zawracał i jechał z powrotem w dół ulicy. Tak więc za każdym razem, kiedy słyszałem wóz pocztowy po drugiej stronie ulicy, wiedziałem, że poczta zostanie dostarczona do naszego domu dokładnie dwanaście minut później, i czekałem na jego przyjazd przed domem. Z reguły miało to miejsce około 13.36.
Dwa tygodnie po opublikowaniu książki otrzymałem pierwsze zamówienie. Otworzyłem kopertę, a w środku było zdjęcie dwunastoletniej dziewczyny w sukience w szkocka kratę, trzymającej pudla. Co ważniejsze, był tam również czek na dolara. Byłem oficjalnie w biznesie! Zamieniłem zdjęcie w znaczek i odesłałem w zaadresowanej kopercie ze znaczkiem. Po południu opowiedziałem o tym rodzicom. Myślę, że byli trochę zaskoczeni, że uzyskałem choć jedno zamówienie. Dałem im czek na dolara i zanotowałem w dzienniku, że mój dług zmalał do 99 dolarów.
Następnego dnia dostałem dwa zamówienia. W ciągu doby biznes rozrósł się dwukrotnie. W ciągu następnego miesiąca były dni, kiedy przychodziło dziesięć zamówień. Do końca pierwszego miesiąca zarobiłem ponad 200 dolarów. Spłaciłem cały dług i zacząłem zarabiać całkiem niezłe pieniądze jak na dzieciaka w gimnazjum. Jednak robienie znaczków zaczęło zajmować do godziny dziennie. W dni, kiedy miałem dużo zadane, nie miałem czasu na robienie znaczków, więc czasem musiałem odkładać zamówienia na weekend. Musiałem wtedy spędzić cztery lub pięć godzin na robieniu znaczków. Pieniądze były świetne, jednak konieczność siedzenia w domu w weekendy - już nie, więc zdecydowałem, że nadszedł czas na przerzucenie się na lepszy sprzęt i kupiłem za 300 dolarów półautomatyczną maszynę do robienia znaczków, aby podniesieść moją efektywność produkcyjną.
Mój znaczkowy biznes zapewniał mi 200 dolarów miesięcznie przez całą szkołę średnią. Myślę, że najcenniejsza lekcja, jaką przyjąłem, była związana z możliwością prowadzenia z powodzeniem biznesu drogą zamówień pocztowych bez relacji bezpośredniej z klientem.
Czasami, kiedy byłem zbyt zajęty, zlecałem część pracy braciom. Kiedy skończyłem szkołę średnią, zacząłem nudzić się codziennym robieniem znaczków i zdecydowałem się przekazać biznes mojemu bratu Andy'emu. Myślałem o założeniu nowego biznesu wysyłkowego, którym coraz bardziej się pasjonowałem.
Wówczas jeszcze o tym nie wiedziałem, lecz biznes znaczkowy miał się stać firmą rodzinną. Kilka lat później Andy przekazał biznes naszemu najmłodszemu bratu, Davidowi. A jeszcze parę lat później przestaliśmy ogłaszać się w książce i zamknęliśmy działalność. Mój ojciec uzyskał awans, który wymagał od niego przeprowadzki do Hongkongu. Zabrał tam ze sobą moją mamę i Davida. Nie było więcej kuzynów, którym można by było przekazać interes.
Patrząc wstecz, myślę, że powinniśmy mieć lepszy plan sukcesji.
Dzwonienie po dolary[1]
Pamiętam, jak myślałem, że pierwszy dzień w liceum nie różni się zbytnio od ostatniego dnia w gimnazjum. Wydawało mi się, że nagle poczuję się starszy i dojrzalszy, że w momencie, w którym zacznę chodzić do liceum, życie w jakiś sposób stanie się inne.
Pewnego dnia, kiedy kręciłem się w pobliżu biblioteki szkolnej, odkryłem pracownię komputerową, ukrytą z boku biblioteki. Spotkałem tam nauczycielkę informatyki, panią Gore, która zaproponowała, bym zapisał się na jej lekcje poświęcone Pascalowi. Nigdy wcześniej nie słyszałem o Pascalu. Powiedziała mi, że jest to język programowania komputerowego, a udział w lekcjach przygotuje mnie do krajowego testu informatycznego. Nie wiedziałem o narodowym teście informatycznym niczego poza tym, że było to coś, co może wyglądać dobrze na moim podaniu do college'u. W gimnazjum nauczyłem się trochę samodzielnie programować w BASIC-u, więc zdecydowałem się zapisać na Pascala.
Bardzo podobały mi się te zajęcia i ostatecznie spędzałem przerwy obiadowe i czas po lekcjach w pracowni komputerowej. Nie miałem pojęciach, że za dwa lata będę tam uczył Pascala na kursach wakacyjnych. Było jeszcze kilka innych osób, które regularnie pojawiały się w pracowni i skończyło się tak, że spędzaliśmy dużo czasu razem.
Zostaliśmy wprowadzeni w świat BBS. Dowiedziałem się, że "BBS" to skrót od "Bulletin Board System"[2]. Jeden z komputerów w pracowni miał modem, czyli specjalne urządzenie podłączone do stacjonarnej linii telefonicznej. Dzięki modemowi komputer miał możliwość dzwonienia do innych komputerów i rozmowy z nimi.
Mieliśmy listę numerów telefonicznych różnych BBS-ów, które były dla nas połączeniami lokalnymi, i dzwoniliśmy do każdego BBS-u i łączyliśmy się z elektronicznym odpowiednikiem tablicy ogłoszeniowej, której uczniowie używali na dole w części recepcyjnej. Każdy mógł zostawić tam wiadomość, reklamę, zapoczątkować dyskusję, ściągnąć pliki lub dołączyć do debaty na jeden z wielu tematów. Była to prainternetowa wersja Craigslist[3].
Szybko odkryliśmy, że komputer i linia telefoniczna nie były ograniczone tylko do rozmów lokalnych i zaczęliśmy łączyć się z BBS-ami w całym kraju. Zadziwiała nas możliwość uczestniczenia w dyskusji z nieznajomymi z Nowego Jorku, Seattle czy Miami.
Nagle uzyskaliśmy dostęp do całego świata, o którego istnieniu wcześniej nie wiedzieliśmy.
Pewnego dnia podczas przerwy obiadowej, kiedy pani Gore była poza pracownią, ktoś wpadł na pomysł odłączenia modemu od gniazdka sieciowego i podłączenia w to miejsce telefonu stacjonarnego. Nie byliśmy pewni, czy to zadziała, jednak gdy wybraliśmy numer w telefonie, usłyszeliśmy sygnał wybierania. Teraz mieliśmy możliwość zadzwonienia wszędzie, gdzie chcemy, za darmo. Nie wiedzieliśmy tylko, do kogo zadzwonić przy pomocy naszej nowo odkrytej tajnej broni.
Zapytałem, czy ktoś słyszał o numerach 976. Widziałem rozmaite ogłoszenia w telewizji z numerami zaczynającymi się od 976. Można było na przykład zadzwonić pod 976-JOKE, aby usłyszeć dowcip dnia w cenie 99 centów za połączenie. Spróbowaliśmy więc zadzwonić pod 976-JOKE i wysłuchaliśmy dowcipu, który nie był zbyt zabawny. Spróbowaliśmy zadzwonić pod ten numer znowu, żeby usłyszeć lepszy dowcip, ale odsłuchaliśmy ten sam. Kiedy myślę o tym teraz, zdaje mi się, że miało to sens, ponieważ miał to być dowcip dnia, a nie dowcip minuty.
Zaczęliśmy łączyć się z innymi numerami 976, aby zobaczyć, co z tego wyjdzie. Jednym z nich był 976-SEXY. Zaczęło się od automatycznego nagrania, które głosiło, że opłata wynosi 2,99 dolara za minutę i że serwis jest wyłącznie dla dorosłych. Nagranie powiadomiło mnie, że jeśli mam mniej niż dwadzieścia jeden lat, powinienem natychmiast odłożyć słuchawkę.
Oczywiście nie odłożyłem słuchawki. Moja ciekawość sięgnęła szczytu.
Usłyszałem namiętny kobiecy głos, który powiedział:
- Cześć, czy czujesz się podniecony?
Cóż, to oczywiście wydawało się bardziej interesujące i zabawne niż łączenie się przez komputer z innymi miłośnikami BBS w Nowym Jorku. Nagle otworzył się przede mną zupełnie nowy świat.
- Uhm. Tak - odpowiedziałem możliwie najgłębszym głosem.
Nagle zmysłowy głos stał się normalnym, zirytowanym głosem, przypominającym głos mojej nauczycielki geometrii, która karci mnie za spóźnienie się na lekcję.
- Czy masz ponad dwadzieścia jeden lat? - zapytała podejrzliwie kobieta.
Najwyraźniej mój najgłębszy głos okazał się w rzeczywistości niezbyt głęboki. Dojrzewanie może być niezwykle trudnym okresem w życiu człowieka. Wziąłem głęboki oddech.
- Tak, oczywiście - powiedziałem pewnym siebie tonem.
- W porządku, w takim razie w którym roku się urodziłeś?
Byłem zupełnie zaskoczony. Oczywiście nie mogłem dokonać w głowie obliczenia na tyle szybko, by ją nabrać. Zabawa była skończona.
- Dwadzieścia jeden lat temu! - wykrzyknąłem i szybko odłożyłem słuchawkę.
Dostaliśmy wszyscy ataku śmiechu. Po kilku minutach zrobiliśmy obliczenia i wszyscy przećwiczyliśmy mówienie pewnym siebie tonem, że urodziliśmy się w 1966 roku. Chcieliśmy mieć pewność, że nie popełnimy tej samej pomyłki w przyszłości. Przez następnych kilka tygodni codziennie gromadziliśmy się po kilku w pracowni komputerowej w czasie obiadu i po kolei dzwoniliśmy pod 976-SEXY. Mogliśmy dzwonić tylko w godzinie obiadu, ponieważ był to jedyny czas, kiedy pani Gore nie było z nami w sali. Stanowiliśmy tajny klub komputerowo-obiadowy, a jego pierwszą zasadą był zakaz opowiadania o komputerowym-klubie-obiadowym.
Nikt nie miał zielonego pojęcia, czym to się skończy.
Pewnego dnia, kiedy już zebraliśmy się podczas przerwy obiadowej, ku naszemu zaskoczeniu pani Gore jeszcze nie poszła na obiad. Być może miała jeszcze do skończenia jakąś pracę, więc postanowiliśmy, czekając na jej wyjście, korzystać z komputera do dzwonienia do BBS-ów.
- Hej, chłopcy - zaczęła pani Gore.
Wszyscy popatrzyliśmy na nią.
- Czy któryś z was wykonywał połączenia telefoniczne pod 976-7399? Właśnie dostałam rachunek telefoniczny, który pokazuje, że w zeszłym miesiącu z modemu zostało wykonanych ponad trzysta połączeń na ten numer. Właśnie próbowałam połączyć się z nim, ale nie odpowiada tam komputer.
Wszyscy patrzyliśmy na nią, a ona na nas. Jestem zupełnie pewien, że wyglądaliśmy na maksymalnie winnych, jednak pamiętaliśmy pierwszą zasadę klubu komputerowo-obiadowego, więc tylko patrzyliśmy na nią i wzruszaliśmy ramionami tak niewinnie, jak tylko mogliśmy.
- To musi być jakaś pomyłka - podsumowała pani Gore. - Zadzwonię do firmy telefonicznej i każę im usunąć wszystkie opłaty. Wydaje mi się to nawet niemożliwe, by człowiek mógł przeprowadzić tyle rozmów telefonicznych.
Nie miała pojęcia o naszych nadludzkich możliwościach.
I to był koniec klubu komputerowo-obiadowego.