p

Czy to rozważne, Panno Marto? - Agnieszka Łuniewska

Kup ebooka

21.90 zł
18.18 zł (18,18 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I 

Marta siedziała zrezygnowana przy toaletce, patrząc z niechęcią na swe odbicie w kryształowym lustrze:

- I po cóż ja mam tam iść, Mario!

- Ależ moje dziecko! Co tydzień to samo! Nie możesz zapominać przecież, że jesteś panienką! - odparła stojąca nad nią starsza pani w ogromnym białym czepku.

- O! Doprawdy?! Czyli nie ma dla mnie ratunku, czy tak? - żartowała Marta patrząc w oczy starej ochmistrzyni, wsparłszy łokcie na białym marmurowym blacie.

- Oj, panno Marto! Na pewno pan Wincenty zawsze rad gościć cię pod swoim dachem.

- Tak, jest kochanym wujem, ale ciotka Eleonora... - Panna przewróciła oczami

- No cóż - starsza pani zamyśliła się - dobrze, że nie zniechęca swojego męża do zapraszania panienki dwa razy w tygodniu - dodała i usiadła, z ulgą odstawiając pod ścianę swą wysłużoną laskę z dębowego drewna.

- Och! Nie mówmy już o tym do czego i kogo zniechęciła już moja ciotka! - panna Marta zirytowała się na myśl o pani Eleonorze i zaczęła wiercić się na krześle - Ojej, Kasiu! Rób to nieco delikatniej, proszę!

- Ależ próbuję, panienko, ale włosy ma panienka tak poplątane i suche jak to zeszłoroczne siano w stodole!

Marta znów z niechęcią spojrzała w lustro. Rzeczywiście nad opalonym obliczem, na tle którego wesołe zielone oczy świeciły jak dwoje szmaragdów, unosił się ku pobielonej powale wielki ciemny kołtun, tuż nad bladym czołem cały dzień ukrytym pod chustką jak u młodej chłopki.

- I co my teraz zrobimy? - Marta skrzywiła usta i spojrzała pytająco na Kasię. Służąca tylko westchnęła i odparła:

- Coś będziemy musiały zaradzić. Jak zwykle.

Również jak zwykle Marta była spóźniona. Zmierzchało już, kiedy pięknie uczesana, ze świeżo przyciętą grzywką, zasłaniającą blade czoło, stanęła w szeroko otwartych drzwiach murowanego dworu w majątku Załubice. W zniszczonych dłoniach, ukrytych pod niemodnymi koronkowymi rękawiczkami, ściskała, wypłowiałą torebkę swojej matki. Biała skromna suknia podkreślała pięknie świeżą urodę dwudziestotrzyletniej kobiety, choć toaleta ta pamiętała czasy debiutu panny na salonach i dekolt już miała ciut przyciasny, z którego nieznacznie wylewał się dość obfity biust Marty. Dziewczyna poprawiła na ramionach kwiecisty szal, również pamiątkę po swej zmarłej matce, a resztki złotej nitki wijące się między bladoczerwonymi różami błysnęły delikatnie w świetle dziesiątek świec, którymi zastawiona była chłodna sień. Chłód ów był dla Marty miłą odmianą po upalnym majowym dniu spędzonym przy codziennych gospodarskich obowiązkach, a zatem panna wziąwszy głęboki oddech pchnęła drzwi prowadzące do salonu.

Białe podwoje o mosiężnych klamkach otworzyły się z impetem, ukazując mały pokój zalany światłem świec ustawionych na dwóch kryształowych żyrandolach, zbyt błyszczących, zbyt dużych i zbyt wyszukanych jak na mały wiejski salon.

Pokój szczelnie wypełniony był paniami w różnokolorowych wydekoltowanych sukniach, wedle najnowszej mody odsłaniających również ramiona, o spódnicach szerokich jak odwrócone kielichy polnych maków. Damom towarzyszyli panowie w ciemnych wieczorowych frakach i kolorowych jak majowe łąki kamizelkach. Nad tym barwnym tłumem unosił się głośny gwar rozmów i nikt nie zwrócił uwagi ani na hałas otwieranych energicznym ruchem drzwi, ani na zaskoczoną widokiem tylu gości spóźnialską pannę.

Stała ona w bezruchu dłuższą chwilę omiatając wzrokiem tę nieprzebraną grupę ludzi, kiedy jej oczy padły na czarny błyszczący fortepian w prawym rogu pokoju.

Za fortepianem stał wysoki, nie znany Marcie mężczyzna o przystojnej, choć nieco smutnej twarzy, jasnych kręconych włosach i bokobrodach oraz wąsach, którego błękitne oczy obserwowały bacznie drugiego, nieco młodszego mężczyznę siedzącego przy instrumencie - obaj prowadzili ożywioną rozmowę. Wzrok Marty również przeniósł się na tego drugiego młodzieńca, na którego widok jej serce zadrżało.

- Witam drogą chrześnicę mojego męża! - Nieco zbyt głośne powitanie ciotki Eleonory wyrwało pannę z zamyślenia, a część bliżej stojących gości zmusiło do przerwania rozmów i przeniesienia wzroku na obie panie oraz obserwowania udawanej wylewności pani domu.

Ciotka chwyciła pannę za ramiona i ucałowała w powietrzu jej oba policzki, zamiatając przy tym kryształowy żyrandol olbrzymim piórem przypiętym ogromną brylantową spinką do sztucznego koka na czubku głowy. Następnie zerknęła nieznacznie w stronę fortepianu i odciągnęła Martę w przeciwległy kąt pokoju, sypiąc tysiącem iskier z obszytej szkiełkami jasnoszarej sukni, spod której błyskały srebrne pantofelki.

- Nareszcie jesteś moje dziecko! - Wuj Wincenty podszedł do Marty z szeroko rozpostartymi ramionami, szczerze uradowany z powodu przybycia chrześnicy - Chodź, moja droga, naleję ci wina! Nikt nie dał ci jeszcze kieliszka? To jest właśnie to wino, o którym ostatnio wspominałem! Z południowego stoku Bystrej. Szczep przeżył i mączniaka, i długą zimę, i całkiem dobre czerwone winko z niego wyszło! Ale mam tylko kilka butelek, dla specjalnych gości! - Uśmiechnął się szeroko, ukazując rząd śnieżnobiałych zębów w swej ogorzałej szczupłej twarzy, okolonej krótko przyciętymi siwiejącymi bokobrodami.

Marta spróbowała trunku. Nie było to wino najlepszej jakości, ale należało podziwiać zacięcie i upór gospodarza w utrzymaniu swej małej domowej winnicy, podczas gdy wszystkie w okolicy, ba nawet w wielu miejscach Europy, od kilku lat nie rodziły owoców z powodu chłodniejszego ostatnio klimatu.

- Widziałaś? - rzekł wuj kończąc swój kieliszek. - Piotr przyjechał nareszcie! Zostanie już z nami, będzie leczył zwierzęta. Bardzo brakuje nam weterynarza, cała okolica się ucieszyła...

- To Piotr już w tym roku zakończył naukę w Krakowie? - spytała, czerwieniąc się.

- Tak, tak moja Marciu - ciągnął wuj, nalewając znów ciemnego trunku do kryształowego kieliszka Marty - minęło już pięć lat... Zaskoczył nas wszystkich, kiedy zjawił się z dyplomem na odczytaniu testamentu mojej dalekiej kuzynki Leokadii, która jak wiesz zmarła kilka tygodni temu w Krakowie...

- Tak, wuju. Przyjmij moje kondolencje...

- A, tak, dziękuję ci mojej dziecko - tak, tak... pobyt w Krakowie nie należał do przyjemnych - wuj westchnął ciężko, tylko na chwilę tracąc dobry humor - ale za to przywiozłem ze sobą do domu swojego syna oraz wychowanka mojej świętej pamięci kuzynki, Leopolda. Biedaczysko nie ma gdzie się podziać po jej śmierci, więc chociaż lato spędzi u nas, z dala od miejsca nieprzyjemnych przeżyć ostatnich dni. Ale gdzie moje maniery! Chodź przedstawię ci Leopolda! - i zanim Marta zdążyła się odezwać, wuj pociągnął pannę w stronę fortepianu, skąd już od dłuższej chwili obserwował ją ów siedzący przy instrumencie młodzieniec.

Mężczyzna ten był pięć lat młodszy i nieco niższy od Leopolda, liczył sobie około dwudziestu pięciu lat, a jego równie jasne włosy nie były tak kędzierzawe i modnie przystrzyżone jak u jego starszego kuzyna, tylko zaczesane do góry opadały lekko na ramiona okalając młodą, gładko ogoloną twarz. W tej chwili jego wzrok napotkał wzrok Marty i jakby czekając na to od dłuższej chwili, ruszył w stronę swego ojca i panny. Za nim podążał Leopold.

- O, właśnie... Pozwól Marto, że ci przedstawię naszego kuzyna: Leopold von Herberstein, mecenas z Krakowa...

- Wybacz, wuju! - przerwał mu mężczyzna. - Nazywam się Leopold Kunicki. - Młodzieniec zwrócił się do Marty wykonując długi elegancki ukłon.

- Marta Zaliwska - Panna odpowiedziała równie eleganckim ukłonem, który wykonała z zaskakującą gracją.

- Leopold kiedyś spędzał u nas lato regularnie, a i teraz, mam nadzieję, zostanie jak najdłużej.

Leopold ukłonił się wujowi, dziękując za te słowa, a jego smutne usta wykrzywiły się w uśmiechu tylko nieznacznie.

- A tego młodzieńca nie muszę ci przedstawiać - rzekł pan Wincenty, klepiąc po ramieniu swego syna. Zauważywszy w tym momencie pana rejenta Zakrzewskiego, z którym najwyraźniej chciał o czymś pilnym pomówić, oddalił się w jego stronę przepraszając młodzież.

- Witaj, Marto - rzekł ciepło Piotr, kłaniając się powoli i z namaszczeniem, nie spuszczając przy tym oczu ze stojącej przed nim panny.

- Witaj, Piotrze - odrzekła nieco zmieszana Marta, obdarzając Piotra dużo mniej eleganckim ukłonem, podczas gdy ten obserwował jej twarz, szyję i najbardziej uważnie... zbyt głęboki dekolt.

- Zmieniłaś się... - wyszeptał podchodząc bliżej.

- Minęło pięć lat, w ciągu których wiele się wydarzyło... - Głos nieco załamał się w gardle Marty, ale nie straciła kontroli nad swoimi emocjami.

- Tak. Słyszałem o śmierci twoich rodziców...

- I nawet to nie skłoniło cię, aby napisać do mnie parę słów lub zjawić się na pogrzebie!? - odparła zimno Marta, zerkając niepewnie na Leopolda.

Ten zorientował się, że nie powinien uczestniczyć w tej rozmowie i ukłoniwszy się przepraszająco, dyskretnie oddalił się powolnym krokiem w głąb pokoju, znikając wśród barwnego tłumu gości.

- Tęskniłem za tobą - odparł Piotr, nie zwracając uwagi na ostatnie słowa panny, za to biorąc rękę Marty w swoją dłoń.

- Zapraszamy wszystkich do stołu! - w tym momencie dał się słyszeć donośny głos pani domu, zupełnie nie korespondujący z jej wyuczonymi, delikatnymi gestami elegantki, za jaką pragnęła uchodzić. Panna przywitała zaproszenie ciotki z ulgą i pospiesznie ruszyła do jadalni.

Przy ogromnym dębowym stole nakrytym śnieżnobiałym obrusem i zastawionym najlepszą rodową porcelaną i najcenniejszymi srebrami zostali rozsadzeni wszyscy goście w odpowiednim porządku wedle starego zwyczaju.

U szczytu stołu zasiedli pan i pani domu, a po prawicy gospodarza najstarszy i najważniejszy gość, czyli pan Antoni Krupiński naprzeciwko swej małżonki, obok niego pani Zakrzewska, a naprzeciwko niej, jej mąż, ów brzuchaty rejent, z którym wuj rozmawiał przed chwilą, dalej inni bliżsi i dalsi sąsiedzi majątku Załubice. Marta znała wszystkie te osoby, bywały one również i w jej majątku w Kalinkach, jako goście jej rodziców.

Po ich śmierci, spowodowanej nieszczęśliwym wypadkiem, nikt jednak do panny Marty nie zaglądał i nie spieszył jakoś ani z pomocą, ani z dobrym słowem. Jedynie wuj Wincenty od dwóch lat regularnie zapraszał ją dwa razy w tygodniu do siebie, co zdaniem jego żony było wystarczającym wyrazem opieki nad chrześnicą. Z pomocą oferował się często jego starszy syn, Tomasz, ale panna Marta starała się nie zawracać mu głowy swoimi problemami, bowiem Tomasz miał już swoją rodzinę i w praktyce to właśnie on prowadził całe załubickie gospodarstwo i miał na głowie dużo więcej niż ta młoda ziemianka.

Zatem, pomimo faktu, że formalnie panna pełnoletnia nie była i pozostawała pod opieką wuja Wincentego, przekonała wszystkich, że umie sobie radzić sama i tak okrzepła w swym codziennym trudzie, że teraz już nawet nie chciałaby korzystać z niczyjej pomocy.

W końcu zaczęto usadzać również młodzież. Marta z Leopoldem zostali uznani za najważniejszych gości. Obok Marty zasiadł Piotr, a obok Leopolda panna Karolina Krupińska, dalej pan Kleofas, panna Jadwiga, pan Wiktor i panna Weronika po prawej stronie pani Eleonory, gospodyni domu.

- Proponuję wznieść toast - odezwał się pan Wincenty, wstając z obitego perłowym żakardem krzesła - za dwóch młodzieńców, którzy dziś przybyli do mojego domu. Za mojego syna Piotra, który zdobył upragniony i wszystkim nam potrzebny zawód weterynarza, ale przede wszystkim za mojego kuzyna Leopolda, którego chciałbym serdecznie powitać w Załubicach i oferować mu swój dom na tak długo, jak zechce, aby znalazł tu spokój ducha i wytchnienie od miejskich spraw.

Leopold, nie zmieniając swojego smutnego wyrazu twarzy, uśmiechnął się nieznacznie i wzniósł do góry kieliszek likieru w podzięce za toast.

Wuj uśmiechnął się zaś od ucha do ucha i chcąc nieco rozweselić krewniaka, ciągnął:

- Mam nadzieję, że pomogą mu w tym nasze piękne panny i może mój kuzyn w ogóle nie zechce wrócić do Krakowa. - Słowa te spotkały się z salwą śmiechu i nawet Leopold uśmiechnął się wreszcie szeroko, spoglądając na dziewczęta siedzące blisko niego.

- Bo musicie wiedzieć drogie panienki - ciągnął Wincenty - że nasz młody kuzyn jest do wzięcia. - Tu spojrzał na wszystkie cztery siedzące przy stole panny, z których trzy spłonęły bordowym rumieńcem, a Marta, czwarta z nich, uśmiechnęła się do wuja serdecznie.

- I musicie wiedzieć, moje drogie - przerwała mężowi ciotka Eleonora, chcąc również zdobyć uwielbienie gości - że Leopold to poważna partia, bo nie dość, że jest mecenasem w Krakowie, to właśnie odziedziczył w spadku po zmarłej ciotce sześćdziesiąt tysięcy złotych reńskich.

Po tych słowach rozbawienie natychmiast zniknęło z twarzy obecnych, a w jadalni zapanowała niezręczna cisza, przerywana chrząknięciami skrępowanych gości. Marta spojrzała z troską na Leopolda, który posmutniał jeszcze bardziej, powoli odstawił swój kieliszek i kłaniając się elegancko gospodarzom, przeprosił wszystkich oraz wyszedł z jadalni. Marta westchnęła ciężko i kręcąc głową usiadła głębiej na swym złoconym krześle. Wuj od kilku już minut patrzył niezadowolonym wzrokiem na ciotkę, ciskając gromy ze swych zazwyczaj łagodnych w wyrazie oczu. Pani Eleonora zaś uniosła dumnie głowę i rzekła władczym tonem:

- Proszę wnieść rosół z kaczki!

Tego wieczoru Leopold wychodził wielokrotnie i z jadalni, i z salonu, ale już do nikogo się nie odzywał.

W końcu wyszła i Marta uciekając przed nachalnymi zalotami Piotra i paplaniną panien Jadwigi, Weroniki i Karoliny. Przecisnęła się przez duszny salon do wielkich przeszklonych drzwi wiodących do ogrodu i z ulgą zbiegła po trzech kamiennych schodkach łapiąc głęboki oddech i rozkoszując się nocnym zapachem kwitnących bzów. Stanęła na środku trawnika oświetlona przez jasne światło księżyca i drgający blask świec wylewający się z okien dworu. Wzniosła oczy ku rozgwieżdżonemu niebu i nieco zirytowana mówiła sama do siebie:

- Och, obiecałam sobie, że więcej tu nie przyjadę! Żeby najważniejszym tematem do rozmowy było to, czy jak usiądę bokiem i pan Kleofas zobaczy mój profil, to się ze mną ożeni! I po co? Żeby przez całe życie patrzeć na żonę bokiem? - mówiła głośno, chodząc w kółko środkiem trawnika, rozplątując, to znów okręcając szal wokół swej długiej szyi. - Może na tym właśnie małżeństwo polega? Na patrzeniu na żonę bokiem! - wzruszyła ramionami - Choć gdyby tak się zastanowić nad małżeństwem mojego wuja...

- Hmm... hmm... - usłyszała chrząknięcie i stanęła wystraszona. Z cienia jaki rzucała ściana domu wyłonił się Leopold z papierosem w ręku:

- Proszę o wybaczenie, nie chciałem pani wystraszyć - mówił chowając za siebie papieros - za to stałem się mimowolnym świadkiem pani głośnych rozważań, czego zapewne pani by sobie nie życzyła - urwał, lecz po chwili uśmiechnął się szeroko, już drugi raz tego wieczoru - Ukrywam się tutaj prawie całe przyjęcie i też przychodzą mi do głowy podobne spostrzeżenia - dodał.

Marta odpowiedziała lekkim uśmiechem, uspokoiła się i zrobiła kilka kroków w stronę swojego rozmówcy. Spoważniała nieco i rzekła:

- Proszę przyjąć moje najszczersze kondolencje i - zawahała się nieco - bardzo pana przepraszam za zachowanie mojej ciotki - panna znów ukłoniła się elegancko.

- Bardzo pani dziękuję za dobre słowo i również proszę przyjąć moje kondolencje - mężczyzna spojrzał w oczy panny, a ta zaskoczona podziękowała skinieniem głowy

- I naprawdę proszę nie przepraszać - dodał szczerze Leopold.

- Mam nadzieję, że mimo niefortunnego początku będzie się pan czuł dobrze u nas na wsi.

- Dziękuję, to bardzo miłe - odparł mężczyzna gasząc papierosa.

- Na mnie już czas, czeka mnie jutro dużo pracy w gospodarstwie. Dobranoc panie Leopoldzie - rzekła panna dygając.

- Dobranoc, panno Marto - mężczyzna ukłonił się równie elegancko jak przy pierwszym spotkaniu i z gracją ucałował dłoń dziewczyny.

Rozdział II

Marta obudziła się jak zwykle o szóstej rano. Słońce świeciło już mocnym światłem przez białe muślinowe firany, rozświetlając też lekki jak mgiełka baldachim, zawieszony nad łóżkiem jeszcze przez jej mamę, panią Ewę Zaliwską. Ów jasny majowy poranek czynił ten wesoły pokój jeszcze bardziej promiennym, ale mimo tak pięknego świtu panna obudziła się z jakimś dziwnym niepokojem w duszy i wciąż rozespana, z wysiłkiem dotknęła wilgotnego policzka - pewnie znów płakała przez sen. Pamięta, że śniła jej się mama, taka jak na portrecie obok toaletki, pochylała się nad nią ubrana w swoją granatową wieczorową suknię z długim sznurem pereł na szyi i z uśmiechem gładziła ją po twarzy. Marcie zdawało się, że jeszcze czuje na policzku ciepło jej dłoni. Dziewczyna usiadła ciężko na białej pościeli, spuszczając stopy na miękki beżowy perski dywanik. Westchnęła głęboko. Była zmęczona, jak każdego ranka. To nic! Zaraz przyjdzie Kasia, pomoże jej się ubrać, potem Marta pójdzie na pole, do zwierząt i do gospodarstwa, i wpadnie w codzienny wir pracy. Nawet uśmiechnęła się na tę myśl!

Już dwadzieścia minut później stała pod drzwiami swego gabinetu witając się z rządcą, panem Wawrzyńcem Lipeckim. Pan Wawrzyniec pracował w Kalinkach już trzydzieści lat i był energicznym starszym panem, którego panna Marta darzyła absolutnym zaufaniem.

- To co mamy dzisiaj w planie, panie Wawrzyńcu? - spytała panna siadając za wielkim ciemnym dębowym biurkiem swojego ojca.

- Zaczynamy wysiew lnu i prosa, i to już od samego rana, żeby nie tracić czasu, panno Marto. No i dalej kosimy koniczynę, więc wielu włościan dziś pracuje w polu cały dzień. Oczywiście dopilnuję wszystkiego.

- Dziękuję. Czy coś nowego w folwarku leśnym?

- Wiosna w pełni, zatem trochę spadło zapotrzebowanie na drewno. Zapewne wszystko naprawiono już po zimie - uśmiechnął się.

- Rozumiem. A czy dochód zadowalający?

- No, cóż. - odparł pan Lipecki, zaglądając do swoich notatek. - Nie gorszy niż w zeszłym roku. Prawdę mówiąc... spodziewałem się nieco wyższego, panno Marto.

- To niedobrze. - Marta posmutniała. - A czy jakieś zaskakujące wydarzenia miały miejsce od wczoraj? - spytała panna, przeglądając pobieżnie stos dokumentów piętrzących się na biurku.

- Wojtek przypomina, że ta kara klacz Rozalia od tygodnia nie chce jeść i pić. Trzeba by wreszcie posłać po weterynarza.

- Rozumiem. Pójdę do koni po śniadaniu i sama się jej przyjrzę - rzekła panna otwierając księgi.

Pan Wawrzyniec spojrzał z uwagą na dokumenty i przeniósł swój wzrok na pannę:

- Proszę się nie martwić. Z lasu dochód umiarkowany, ale plony zapowiadają się obfitsze niż w zeszłym roku, ozimina pięknie odbiła - uśmiechnął się, kiedy Marta podniosła na niego wzrok. Na pewno sobie poradzimy. Jak zwykle! - dodał patrząc na pannę swymi czarnymi śmiejącymi się oczyma.

- Nie wątpię. - Marta również uśmiechnęła się. - Jeżeli to wszystko, to pójdę już przypilnować obrządku, a potem przyjadę na pole zobaczyć, jak idą zasiewy, tylko proszę pamiętać o robieniu przerw na odpoczynek i posiłek. Od dobrej kondycji naszych chłopów i ich ciężkiej pracy zależy nasz byt...

- Oczywiście, panno Marto. Jak zwykle! - rządca wstał, ukłonił się pannie, a jego olbrzymie siwe bokobrody okalające twarz, uniosły się w uśmiechu.

Kiedy za panem Lipeckim zamknęły się drzwi, Marta usiadła jeszcze raz za biurkiem i z jego dolnej szuflady wyjęła nieco pożółkły dokument. Odnalazła ostatnią stronę zapisaną rzędami cyfr, a na niej odpowiedni wiersz i zapamiętawszy datę oraz kwotę westchnęła ciężko i zamknęła dokument z powrotem w szufladzie, przekręcając klucz w zamku. Spojrzała na wielki portret swojego ojca, wiszący na przeciwległej ścianie i posmutniała. Spojrzała w prawo przez zawsze otwarte okno na olbrzymi krzew bzu obsypany białym kwieciem, którego woń wypełniała gabinet. Widok ten i ta woń sprawiły, że młoda kobieta uśmiechnęła się wreszcie, podniosła energicznie z miejsca i wybiegła z dworu kierując się w lewo w stronę obory, skąd dochodziło donośne muczenie krów.

Hałas ten zaniepokoił pannę, więc jeszcze przyspieszyła kroku.

Wpadła do obory jak burza i zastała tam dwie młode chłopki usiłujące w pośpiechu wydoić 40 krów.

- Dlaczego dopiero teraz zaczynacie dojenie? I dlaczego jesteście tylko we dwie?! - spytała z wyrzutem Marta, biorąc się pod boki.

- Bo my, proszę panienki - zaczęła niepewnie chuda dziewczyna o długim czarnym warkoczu - zaspałyśmy do roboty, a Antosia to chyba nawet jeszcze śpi...

- I to nie sama! - dodała chichocząc druga dziewczyna w zakasanej spódnicy, ukazującej grube nogi.

Panna zaczerwieniła się nieco, ale nic nie odpowiedziała tylko wykrzyknęła nagle:

- Kto pierwszy wydoi pięć krów! - Złapała za stojący najbliżej skopek i już stała przy pierwszej krowie, wycierając jej wymiona wiązką słomy.

Zaskoczone chłopki szybko poszły w ślady panny i wszystkim trzem dziewczętom robota paliła się w rękach wśród głośnych śmiechów i żartów. W końcu pannie Marcie zaczęła przeszkadzać zbyt długa suknia i zbyt ciasny gorset, więc poluzowała go nieco, a spódnicę zakasała wysoko aż nad kolana.

Po dłuższej chwili w oborze nagle pojawił się Piotr i stanąwszy w otwartych wrotach, ukłonił się pannie nisko nie spuszczając oczu z jej wyeksponowanych wdzięków. Marta podniosła się szybko ze swojego miejsca, spłonęła ciemnym rumieńcem i odwróciła się tyłem do gościa.

- Kulturalny kawaler odwróciłby wzrok! - rzekła z wyrzutem Marta, sznurując na powrót swój rudy wypłowiały gorset i poprawiając jasną płócienną spódnicę.

- Zapewniam cię, Marto, że żaden kawaler nie darowałby sobie utraty takich widoków - odparł Piotr, uśmiechając się zaczepnie.

- Możecie już iść! Tylko proszę nie urońcie ani kropli mleka! - Marta zwróciła się do dziewcząt, które właśnie zakończyły dojenie i sprzątały po robocie. Chłopki ukłoniły się, szybko zlały mleko i pospiesznie wyszły z obory.

- Cóż cię do mnie sprowadza o tak wczesnej porze? - spytała zimno Marta, ochłonąwszy już nieco i odwracając się wreszcie w stronę niezapowiedzianego gościa.

- Liczyłem na dokończenie naszej wczorajszej rozmowy, droga Marto...

- A na czym ją przerwaliśmy, przypomnij mi! Ach, już pamiętam! Na twoich nachalnych zalotach! Tak, rzeczywiście od rana je kontynuujesz, tylko że ja nie jestem zainteresowana, czemu dałam wczoraj wyraz wielokrotnie - mówiła stojąc z założonymi rękami.

- Czemu taka jesteś? - rzekł łagodniej Piotr, podchodząc bliżej. - Wracam stęskniony po tylu latach, a ty nie masz dla mnie nawet odrobiny sympatii? - spytał patrząc jej głęboko w oczy. Jak kiedyś.

- Nie dawałeś znaku życia przez pięć długich lat i do tego wyjechałeś z dnia na dzień bez pożegnania - rzekła już łagodnie Marta, ujęta na moment jego szczerością.

- Matka mnie zmusiła... - odrzekł niedbale Piotr wydymając usta i wzruszając ramionami, licząc jak zwykle na wyrozumiałość zakochanej w nim dziewczyny.

- No tak... - powiedziała z przekąsem panna wracając do przytomności - a zatem życzę ci wiele szczęścia i pomyślności z twoją matką. - Ukłoniła się przesadnie elegancko, uśmiechnęła złośliwie i wyszła z obory pozostawiając na jej środku osłupiałego adoratora.

Wracała do dworu nieco poirytowana, a do tego majowy poranek choć słoneczny, był jeszcze chłodny, więc panna pocierała swoje zmarznięte ręce i rozcierała dłonie, bowiem nie zdążyła narzucić na suknię żadnego szala. Kiedy minęła grupę dębów oddzielającą dworskie zabudowania gospodarskie od ogrodu warzywnego, dostrzegła z daleka na ganku drobną postać Marii. Stara ochmistrzyni podpierała się laską lewą ręką, prawą oparłszy o stół ustawiony w podcieniu ganku, na którym rozłożone zostały młode pokrzywy do suszenia. Marta pomachała do starej ochmistrzyni z daleka i lekko podbiegła mijając grządkę ziół pod oknem kuchni.

- Dzień dobry, Mario! - zawołała wesoło Marta, otulając starszą panią jej zielonym włóczkowym szalem, który zsunął się ze szczupłych ramion służącej. Pani Maria uśmiechnęła się życzliwie do swej wychowanicy.

Była to do niedawna bardzo żwawa staruszka, która nie tylko z wprawą wykonywała i nadzorowała wszystkie prace domowe, ale też odznaczała się dobrą pamięcią i nadspodziewaną umiejętnością planowania. Dawniej była guwernantką młodej pani Zaliwskiej, pięknie mówiła po francusku, zainteresowała pannę Ewcię, matkę Marty, francuską modą i historią, jako że przypadało to na czas Księstwa Warszawskiego. Właśnie z tamtego okresu pochodzą wszystkie sprzęty w dawnej sypialni pani domu, zajmowanej teraz przez jej córkę, ponieważ dziecięcy pokój Marty został przez panią Marię uznany za zbyt skromny dla młodej panienki, która była już przecież kobietą.

Marta zwlekała ponad rok z przenosinami do pokoju matki, stratę ukochanej osoby przeżywała jeszcze bardzo mocno i daleko było do zakończenia żałoby, ale mądra Maria, która jak zwykle miała rację, postanowiła nakłonić do tego panienkę, aby ta szybciej przyzwyczaiła się do roli pani domu i prędko stanęła na nogi. Choć Marta nadal uważała ten pokój za zbyt elegancki jak dla niej, prostej ziemianki, która sama rąbie drewno, wiąże snopki i powozi wozem, jednak dobrze czuła się wieczorem w sypialni, w której nadal unosił się duch jej matki.

Pani Maria starała się zastąpić dawną panią Zaliwską jak tylko umiała. Ponieważ panna zajęła się gospodarstwem, przejmując te obowiązki po swym zmarłym ojcu, pani Marii nie pozostało nic innego jak jeszcze bardziej zaangażować się w sprawy prowadzenia domu i zastąpić w tej pracy panienkę.

Dla Marty prowadzenie gospodarstwa nie było nowością. Pan Ignacy Zaliwski nie miał syna, a Marta była jedynaczką i długo wyczekiwanym dzieckiem kochającej się pary, więc od małego przyuczana była zarówno do jazdy konnej, postępowania ze służbą, oceny wielkości plonów i prowadzenia ksiąg przez ojca, jak i dobrych manier, mody, wyszywania, układania menu i przyjmowania gości przez matkę, z czego te wszystkie damskie zajęcia, no może poza tańcem, grą na fortepianie i dobrą książką, nudziły pannę Martę niepomiernie.

Pani Maria była ubogą szlachcianką i jedynie służącą w majątku Kalinki, a mimo to cieszyła się głębokim szacunkiem nie tylko ze strony służby i chłopów, ale również okolicznej szlachty, która nie zwracała się inaczej do charyzmatycznej ochmistrzyni jak "pani Mario".

Marta ostatnio dostrzegała jednak, jak jej dawna niania i nauczycielka postarzała się bardzo przez ostatni rok, liczyła już sobie bowiem ponad osiemdziesiąt wiosen i jej pani zastanawiała się często, kto mógłby starą ochmistrzynię zastąpić w najbardziej wymagającej pracy. Coraz więcej obowiązków spadało na Kasię, ale ona i tak zajmowała się już we dworze prawie wszystkim i niepodobna było dokładać jej i obowiązków, i odpowiedzialności. Marta sama nie mogła zająć się jeszcze prowadzeniem domu i na propozycje Marii, żeby choć trochę przyuczyła się do tego reagowała nerwowością i wykręcała się od siedzenia w domu jak mogła. Kryła się za tym pewna tajemnica, której szczegóły znała tylko panna Marta i pan Wawrzyniec.

- Dzień dobry, moje dziecko! - odparła z uśmiechem pani Maria. - Antosia czeka na panienkę w jadalni...

- Antosia? A co ona tutaj robi!? - zdenerwowała się panna Marta i weszła do domu szybkim krokiem.

W jasnej sieni, pachnącej zeszłorocznymi ziołami wiszącymi u powały, przywitały pannę dwa ogary pana Ignacego, z którymi ojciec Marty polował za życia. Psy nadstawiły grzbiety do pogłaskania, po czym na powrót położyły się między starymi skrzyniami ustawionymi wzdłuż ścian, w których przechowywano ostrogi i buty do jazdy konnej.

Marta minęła drzwi gabinetu po lewej, wejście do kuchni po prawej i otworzyła energicznie następne podwoje, wpadając do pomieszczenia jak burza, a uśmiech zdążył już zniknąć z jej twarzy.

Właśnie z bocznych drzwi jadalni, wiodących z kuchni przez kredens i spiżarnię, wyszła Antosia niosąc na starej cynowej tacy konfitury malinowe i masło.

- Dzień dobry, Antosiu! Dlaczego nie było cię przy dojeniu krów? - spytała Marta ze srogą miną, krzyżując ręce na piersi.

- Bo ja... - zaczęła zawstydzona dziewczyna o wielkich niebieskich oczach, wydatnych ustach i grubym jasnym warkoczu sięgającym pasa - ... za późno wstałam i przyszłam do dworu, żeby tu panience coś pomóc i do śniadania służyć... - mówiła, patrząc w podłogę i ściskając rąbek szarego lnianego fartucha.

- Nie byłaś sama, prawda?

Dziewczyna potrząsnęła przecząco głową czerwieniąc się jeszcze bardziej.

- Z Kubą?

- Z Błażejem...

Marta załamała ręce i zrezygnowana usiadła ciężko na mahoniowym krześle. Zdenerwowanie ustąpiło trosce:

- Kuba, Błażej, a wcześniej Jasiek... Jeśli sama nie będziesz się szanować, to żaden mężczyzna nie będzie szanował ciebie, rozumiesz to?

- Tak, panienko - dodała cicho, ale zaraz rzuciła się pannie Marcie do nóg i poczęła błagać: - Panienko, to się już nie powtórzy, obiecuję! Ja już będę dobrze pracować! Ja wszystko zrobię!

- Dosyć tego, Antosiu, wstań proszę. Wiem, że będziesz dobrze pracować, ale już nie u mnie na służbie - odrzekła Marta, skrępowana tą sytuacją. Uwolniła się z uścisków Antosi i wstała z krzesła.

Chłopka stała cicho, zaskoczona decyzją dziedziczki, a Marta uspokoiwszy się starała się sprawę załatwić uczciwie i rozsądnie, tak jak zrobiliby to jej rodzice:

- Idź zaraz do pana Wawrzyńca, niech wystawi ci jak najlepsze referencje i wypłaci całą dniówkę za dziś - zaczęła panna już całkiem spokojnie. - Dziękuję ci za wszystko i mam nadzieję, że w nowym miejscu będziesz prowadziła się porządnie, bo dobra z ciebie dziewczyna... - dodała smutno.

Antosia nic już nie odpowiedziała, pokłoniła się panience, szurając bosymi stopami i wyszła przez pokój kredensowy, cichutko zamykając za sobą drzwi.

Marta oparła się o wielki owalny stół i stała tak dłuższą chwilę ze spuszczoną głową, próbując uspokoić się całkowicie i wsłuchując w kojącą ciszę prawie pustego domu. W końcu uniosła głowę. Na czystym białym obrusie przygotowane było jedno tylko nakrycie u szczytu stołu zarezerwowanego dla pani domu. Dziewczyna usiadła ciężko, z niechęcią patrząc na małą gomółkę sera, spodeczek konfitur, dwa plasterki szynki i kawałek masła oraz dymiący dzbanek kawy i jedną słodką bułeczkę.

- Muszę coś zjeść, przede mną długi dzień - rzekła sama do siebie i powoli sięgnęła po dzbanek z kawą.

Zegar wiszący w rogu jadalni wybił godzinę dziewiątą tak głośno, że aż panna podskoczyła na swoim miejscu.

Po śniadaniu Marta udała się do stajni. Wojciech kończył poranną krzątaninę przy koniach i zaraz miał iść pomagać staremu Jackowi przy rąbaniu drewna i noszeniu wiader z pożywieniem dla świń. Wojciech był sierotą, siedemnastoletnim bratankiem Jacka tak wdzięcznym rodzinie Zaliwskich za przygarnięcie go jako małego chłopca, że pracował bez ustanku, aż Marta sama chodziła go prosić, żeby odpoczął. A on śmiał się wtedy i mówił, że jak jest ciemna noc i panna nadal w robocie, to jemu nie wypada skończyć przed panną dziedziczką. Marta uśmiechnęła się na myśl o tym, stając w szeroko otwartych wrotach stajni. Od razu wszystkie konie, a zwłaszcza siwa Ramonka zarżały radośnie na jej widok.

- O, panienka! Dzień dobry panience! - przywitał Martę chudy pryszczaty chłopak, zdejmując czapkę ze zmierzwionej ciemnej czupryny.

- Witaj, Wojtku! Czy Rozalia coś dziś zjadła? - spytała z troską panna.

- A, tak! Nawet bardzo dużo! - zawołał wyrostek wyraźnie uradowany.

- Och, to kamień z serca! - odparła Marta rzeczywiście łapiąc się za serce. Z ulgą przyjęła wiadomość o tym, że klacz czuje się lepiej, zwłaszcza że oznaczało to, że nie będzie musiała prosić Piotra o pomoc przy badaniu zwierzęcia. Weterynarz, z którego usług korzystano do tej pory, mieszkał aż w Jaworznie, trzy dni drogi stąd, dlatego cała okolica ucieszyła się z wykształcenia Piotra.

Marta podeszła do swej ulubionej siwej klaczy Ramonki, która strzygła uszami i przestępowała z nogi na nogę, nie mogąc doczekać się osiodłania.

- Moja kochana, droga przyjaciółko - szeptała Marta gładząc konia po łbie.

- Jeśli panienka pozwoli, to osiodłam dla panienki Ramonę - zaoferował się Wojtek odstawiając widły.

- Wojtek, a jadłeś już śniadanie? - spytała Marta.

- No...nie... - zamyślił się chłopak, który rzeczywiście tak zapomniał się w robocie, że nie pamiętał, czy zjadł już, czy nie.

- To idź do kuchni, tam pewnie i Jacek, i Kaśka już czekają na ciebie, a powiedz, że Zośka ma dać ci wszystko co chcesz do jedzenia, bo spisałeś się przy koniach od rana wspaniale - dodała wyraźnie zadowolona panna, wodząc oczami po idealnie wysprzątanej stajni, wyczyszczonych koniach i zauważając, że każdy z nich ma obrok i świeżą wodę.

- Dziękuję, panienko! - krzyknął Wojtek i pobiegł w stronę wyjścia. Wybiegając, odwrócił się jeszcze i ze śmiechem dodał: - Panienka jest najlepsza na świecie!

Marta roześmiała się, osiodłała Ramonkę, poprowadziła ją pod dwór, założyła pod suknię spodnie do jazdy konnej, przerobione ze stroju ojca, ciemnozielony płaszcz, czarny beret i owinęła szyję białym szalem. Dosiadła konia po męsku, pognała przez łąki i polne drogi wprost do drewnianego mostu na Bystrej, rzeczce o skalistym dnie i wartkim strumieniu, która meandrując między gruntami załubickimi a ziemiami majątku Kalinki, kilka kilometrów dalej wpadała do Wisły.

Już na moście widać było ludzi po drugiej stronie rzeczki krzątających się przy sianiu lnu i prosa. Te pola położone były na łagodnym stokach niewysokich wzgórz, z wierzchołka których roztaczał się widok na dębowe lasy na horyzoncie z jednej strony i ciemny sosnowy bór nad brzegiem Wisły z drugiej. Tam, gdzie były nieużytki, rosły strzeliste krzewy jałowca, a cała okolica falowała świeżą zielenią łąk i majowych zbóż. Między tymi soczyście zieleniącymi się polami wschodzącej oziminy, kolorowymi łąkami, na których pasły się wielkie stada bydła, widać było oazy pokrytych młodym listowiem drzew, wśród których cienia ukryte były dwory, pałacyki i ruiny zameczków należących do okolicznej szlachty. Między nimi łączące je drogi i wsie chłopskie rozrzucone w dolinach oraz szeroki gościniec wiodący do Krakowa, na którym zawsze panował ruch powozów i pieszych.

Po polu, między ciężko pracującymi chłopami ze wsi należących do Kalinek przechadzał się pan Wawrzyniec doglądając roboty. Marta zsiadłszy z konia omówiła z nim kilka spraw, zdała relację z poranka w gospodarstwie i zleciwszy na szybko następne prace, zawróciła w stronę domu.

Starała się jednak nadkładać drogi, żeby puścić Ramonkę w galop i poczuć pęd konia, na co ukochana klacz Marty czekała od samego rana.

Marta była świetnym jeźdźcem, a kiedy dosiadała obcego jej konia umiała wyczuć jego temperament i charakter już po pierwszej przejażdżce. Ramonka była ruchliwym i zrównoważonym zwierzęciem, nie płoszyła się łatwo i szybko się uczyła. Marta miała ją od źrebięcia, a zaprzyjaźniły się i pokochały od razu. Ta piękna klacz miała jednak charakter zadziorny jak jej pani, ale też tak jak ona, usposobienie nieco figlarne i wesołe. I była odważna i silna, tak jak ta młoda kobieta dotknięta przez los, która nie zatraciwszy swej wrażliwości umiała radzić sobie z najtrudniejszymi codziennymi sprawami.

W świetle tych spraw, które dla każdej dwudziestotrzyletniej panny byłyby trudnościami nie do przeskoczenia, nie bojąc się ciężkiej pracy i podejmowania trudnych decyzji, prawie za nic miała konwenanse, które ograniczałyby jej codzienne działania lub wręcz je uniemożliwiały. Dlatego tak bardzo różniła się od swoich rówieśniczek i tak rzadko znajdowała z nimi wspólny język. Ale to jej nie trapiło, nie czuła z nimi więzi takiej jak czuła ze swoją służbą, z panią Marią, takiej jak czuła z Anną Załubicką, żoną Tomasza, starszego brata Piotra i takiej jak czuła z wujem Wincentym czy nawet z panem Wawrzyńcem. Żadna z tych osób jednak nie znała Marty na wskroś i z żadną z tych osób Marta nie mogła być szczera do końca i we wszystkich sprawach.

Rozdział III

Niedzielny poranek w Kalinkach wyglądał inaczej niż w pozostałe dni tygodnia. Maria kazała Marcie leżeć w łóżku do ósmej i drzemać, a Kaśce przynieść panience do sypialni obfite śniadanie. Na posiłek ów składały się zazwyczaj jajecznica, kakao i szarlotka z zeszłorocznych jabłek, pięknie przechowujących się na strychu. Prawdziwe rarytasy jak na czas przednówku! Maria zawsze rozsądnie i z umiarem wydzielała spiżarniane zapasy, żeby Marcie nie zabrakło tych smakołyków co niedziela, przez cały rok.

Panna była oczywiście bardzo wdzięczna za tę troskę, ale nie potrafiła się do niej przyzwyczaić. Ponadto jej wrodzony temperament nie pozwalał na bezczynne leżenie w łóżku. Wierciła się więc, czytała książki, robiła notatki na następny tydzień pracy, zamartwiała się problemami. Zamiast leżeć i drzemać, jak robi większość pań i panien, zanim wyjadą do kościoła, Marta męczyła się okrutnie.

Zatem, aby urozmaicić sobie nieco ten nadmiernie leniwy poranek, dziewczyna zrywała się z pościeli od czasu do czasu i ciągnąc za sobą przydługą koszulę nocną, z okrzykiem radości podbiegała do okrągłego stolika przystawionego do białego szezlonga na środku pokoju i zapisywała jakieś swoje nowe pomysły.

W efekcie przed wyjściem na mszę, jajecznica pozostawała nietknięta, a kakao zimne. Zawsze po mszy panna jechała na proszony obiad. Był to drugi w tygodniu obowiązkowy posiłek u ojca chrzestnego.

Tej niedzieli do stołu zasiadała niewielka liczba osób. Po pierwsze dlatego, że zabrakło już sąsiadów, którym pani Eleonora mogłaby się jeszcze pochwalić dyplomem syna. A po drugie, na przednówku pan Wincenty postanowił ukrócić wystawne przyjęcia aż do września.

Marta jak zwykle przyjechała ostatnia. Wysiadła ze swojego powozu i weszła do chłodnej sieni załubickiego dworu. Tym razem we wnętrzu panował zwykły półmrok, ponieważ światło wpadało jedynie przez drzwi wejściowe. Korytarz nie prowadził na przestrzał do ogrodu na tyłach, jak było w domu Marty, ale zakończony był drzwiami do spiżarni ciotki Eleonory. Za jej ścianą znajdowały się pokoje młodych państwa Załubickich, czyli Anny i Tomasza.

Panna podniosła głowę i zatrzymała wzrok na zeszłorocznym wieńcu dożynkowym wiszącym u ciemnej powały. Był on przystrojony wyblakłymi już kolorowymi wstążkami i pomarszczonymi jabłkami z sadu wuja. Wieniec przypomniał jej o zbliżających się żniwach. Wprawdzie od dwóch lat pogoda sprzyjała zbożom i ani susza, ani nadmiar wiosennych deszczów nie nękały okolicznych gospodarzy, ale przecież nigdy nie ma gwarancji, że tego lata pogoda znowu dopisze!

Marta westchnęła ciężko, nawet niedziela nie dawała jej wytchnienia od zmartwień, a zapewne zachowanie ciotki Eleonory lub Piotra przysporzy jej za chwilę następnych.

Panna powoli otworzyła pierwsze drzwi po prawej i weszła do jadalni. Tym razem nikt nie pospieszył do niej z wylewnym powitaniem. Po lewej siedziała ciotka, na wyściełanym pistacjowym atłasem stuletnim białym krześle. Nad nią na ścianie znajdowało się panoplium z sześcioma polskimi szablami oraz miniaturą przedstawiającą Tadeusza Kościuszkę.

Eleonora dziś była ubrana w suknię w kolorze koralu, mniej błyszczącą niż ostatnio, za to obszytą nadmierną ilością falban w tym samym kolorze. Nad panią Eleonorą pochylał się Piotr w szarym tużurku i takich samych spodniach - oboje prowadzili spokojną rozmowę. Dostrzegłszy Martę przywitali się z nią uprzejmie, ale z daleka, jedynie skinieniem głowy. Marta odpowiedziała na powitanie w identyczny sposób i zwróciła się do drugiej i ostatniej dzisiaj grupy gości.

Grupa ta składała się jedynie z wuja Wincentego i pana Leopolda. Obaj dyskutowali o czymś żywo, stojąc obok przysadzistej flandryjskiej witryny, przez której szklane drzwi widać było najlepsze załubickie srebra, czekające na następne bardziej uroczyste przyjęcie niż dzisiejsze.

Spostrzegłszy Martę obaj panowie pokłonili się uprzejmie i ze szczerym uśmiechem, po czym natychmiast wrócili do swojej konwersacji. Marta westchnęła, ominęła zastawiony już do obiadu stół i wymknęła się do biblioteki. Pomieszczenie to było ukryte w głębi domu - po drugiej stronie sieni, za pachnącym tytoniem gabinetem wuja.

Nie spotykało się w okolicznych dworach tak zasobnych księgozbiorów. W jej rodzinnych Kalinkach nie było nawet biblioteki, a jedynie kilka półek z książkami w gabinecie ojca. Każdy pamiętał bibliotekę Załuskich i modę wśród magnaterii na tworzenie własnych księgozbiorów. Robili to tylko najbogatsi. I miało to miejsce dawniej, w wolnej Rzeczypospolitej, ale wtedy Marty jeszcze na świecie nie było. To ciotka Eleonora odziedziczyła większość tych załubickich woluminów po swym dalekim krewnym księciu Ogińskim z bocznej linii. Sama jednak nie przepadała za lekturą. No chyba że chodziło o najmodniejsze czasopisma, które chętnie prenumerowała. Tak było choćby z "Pierwiosnkiem"1 kilka lat temu.

Marta uśmiechnęła się do siebie - pismo to redagowane wyłącznie przez kobiety pochwalało samodzielność i zaradność młodych panien, a przede wszystkim ich prawo do wyboru własnej drogi życiowej. Czyli ogólnie rzecz biorąc, sposób życia, jaki prowadziła Marta, a którego z kolei nie pochwalała ciotka.

"Ciekawe, jak umiała te sprzeczności ze sobą pogodzić, rozważając w swej wystudiowanej pozie tezy Narcyzy Żmichowskiej"2 - pomyślała z przekąsem Marta, uśmiechając się do siebie.

Tej pannie, autorki artykułów, felietonów i opowiadań zamieszczanych w "Pierwiosnku" pomogły uwierzyć w swoje możliwości jako gospodyni majątku. A przede wszystkim w to, że kobieta też może być silna czy zaradna i nie powinna wstydzić się swej pomysłowości.

Zatem to właśnie po "Pierwiosnka" Marta sięgała najczęściej po przedwczesnym odejściu rodziców, kiedy chowała się tutaj w pierwszych tygodniach żałoby. Siadała wtedy przy małym ciemnym dębowym biureczku przystawionym do okna, w wielkim zielonym fotelu z obiciem w motyw liści akantu.

Ileż to razy ukrywali się tu też i z Piotrem! Jako dzieci czytali legendy i klechdy, a kilka lat później... poezję miłosną Mickiewicza, wówczas młodego wileńskiego poety. Marta odszukała znajomy tomik Sonetów i otworzyła go na przypadkowej stronie:

Dobry wieczór! on dla mnie najsłodszym życzeniem;Nigdy, czy to przed nocą dzieli nas zapora,Czyli mię ranna znowu przywołuje pora,Nie żegnam się ni witam z takim zachwyceniem,

Jak w tę chwilę, wieczornym ośmielony cieniem;Ty nawet, milczeć rada i płonić się skora,Gdy usłyszysz życzenie dobrego wieczora,Żywszym okiem, głośniejszym rozmawiasz westchnieniem.

Niechaj dzień dobry wschodzi tym, co społem żyją,Objaśniać pracę, która ich ręce jednoczy;Dobranoc niech szczęśliwych kochanków otoczy,

Gdy z rozkoszy kielicha trosk osłodę piją;A tym, co się kochają i swą miłość: kryją,Dobry wieczór niech przyćmi zbyt wymowne oczy3.

Marta posmutniała i odłożyła książkę, starając się oddalić od siebie związane z nią wspomnienia.

Przypomniała sobie za to, jakie książki przeczytała tutaj sama. Podsuwał je jej wuj po śmierci rodziców, zwłaszcza takie o prowadzeniu gospodarstwa. A, właśnie! Wuj obiecał jej w zeszłym roku książkę o hodowli koni!

- Zaraz, zaraz - mówiła panna do siebie, krążąc wśród ciężkich dębowych półek, a było ich aż trzy rzędy! - Gdzie ta książka była? O! Już mam! Świetnie! - wykrzyknęła z radości Marta i, ściskając w dłoni tom: O chowie koni i polepszeniu rasy w Galicji4 autorstwa pana Sanguszki, ruszyła w stronę wyjścia.

Wtedy drzwi zastąpił jej Piotr. Marta wystraszyła się, zadrżała i cofnęła o dwa kroki.

- Nie bój się, proszę - rzekł łagodnie młodzieniec. - Nie będę cię już nękał swoją nachalnością - dodał, zdaniem Marty nie do końca szczerze, zatem dziewczyna spytała niegrzecznie choć spokojnie:

- Czego chcesz znowu ode mnie?

- Bardzo proszę cię o chwilę szczerej, poważnej rozmowy...

- Nie czas i nie miejsce na to! - rzekła panna, kierując się do wyjścia.

- Dlaczego nie? - Piotr delikatnie, lecz stanowczo chwycił ją za ramię.

- Puść mnie... - wyszeptała Marta już mniej stanowczo, czując, że zaczyna ulegać jego urokowi.

- Naprawdę chcę z tobą porozmawiać, Marto! Wyjaśnić parę nieporozumień, może uda nam się...

Urwał, bo w korytarzu dało się słyszeć wesołe głosy nowo przybyłych gości i radosne okrzyki powitalne gospodarzy.

- Dobrze - oprzytomniała Marta, wyrwawszy się wreszcie z łagodnego uścisku mężczyzny - przyjdź do mnie jutro rano, pójdziemy na spacer i porozmawiamy.

- Dziękuję - odparł młodzieniec kłaniając się pannie elegancko, co Martę nieco zirytowało.

Dziewczyna nie miała jednak czasu, żeby zastanawiać się nad intencjami Piotra, bo zaciekawiły ją znajome głosy dobiegające z sieni i wreszcie udało jej się opuścić bibliotekę.

Na środku korytarza stał bardzo wysoki i mocno zbudowany, ponad trzydziestoletni mężczyzna o ciemnych kręconych włosach, czarnych oczach i niewielkich bokobrodach, który głośne śmiechy witających, bez trudu przekrzykiwał swym wesołym, niskim, tubalnym głosem. Obok niego stała dużo bardziej powściągliwa w reakcjach elegancka kobieta o urodzie greckiej bogini. Jej falujące kruczoczarne włosy były uczesane i upięte na grecką modłę. Piwne oczy i szeroki uśmiech tej damy również wyrażały szczerą radość, której jako kobieta z klasą starała się nadmiernie nie okazywać.

Byli to młodzi państwo Załubiccy, Tomasz i Anna. Tomasz przywitawszy się serdecznie ze swoimi rodzicami i z bratem, nie mniej wylewnie przywitał się z Leopoldem. Był to jego stary i chyba najlepszy przyjaciel jeszcze z czasów dzieciństwa i wspólnych wakacji, które Leopold spędził kilka razy w Załubicach.

Marta czekała spokojnie, aż wszyscy się uściskają i korzystając z okazji, że dorośli są zajęci sobą, przywitała się serdecznie z dziećmi Anny i Tomasza, które kochała jak mało kogo na świecie.

Pięcioletnia Marcelinka i dwuletni Jaś natychmiast wpadli w objęcia ulubionej cioci ze śmiechem. Za to trzynastoletnia Justynka, wykonała śliczny dyg i przywitała się z panną Martą z szacunkiem, jakim powinna darzyć przyjaciółkę swej matki.

- Jak ty szybko rośniesz! - uśmiechnęła się Marta. - Prawdziwie śliczna i dobrze wychowana z ciebie panienka! - dodała, ujmując dziewczynkę za dłonie i przytulając ją czule do siebie - Za kilka dni was odwiedzę i przyniosę ci coś co mam nadzieję, że ci się spodoba.

- Dziękuję, ciociu - odparła nieco zawstydzona Justynka, wykonując kolejny dyg przed Martą.

- Marto! Doprawdy! Bez przerwy rozpieszczasz moje dzieci prezentami! - zwróciła się do Marty Anna, której nareszcie udało się uwolnić od szczerych uścisków, eleganckich ucałowań dłoni i udawanych pocałunków - Witaj, kochana! Nareszcie się spotykamy! Mam ci tyle do opowiedzenia! - powiedziała Anna zaskakująco wylewnie, przytulając Martę do siebie, a panna śmiejąc się swymi zielonymi błyszczącymi oczyma wtuliła się w ramię przyjaciółki:

- Zdążyłam się już za tobą stęsknić... - odparła panna mrugając.

- Zapraszam do jadalni! - rzekła pani Eleonora.

Po obfitym obiedzie, składającym się dziś z zupy cebulowej, pieczonych przepiórek w koszulce z bekonu, kluseczek i świeżych sałat, dzieci w towarzystwie swej niani udały się na popołudniową drzemkę. Ciotka Eleonora rozmawiała długo z Tomaszem, a Marta nareszcie mogła przysiąść się do swojej przyjaciółki.

Obie panie usiadły wygodnie w bawialni na wąskiej białej sofie, na wprost czarnego fortepianu. Był to ulubiony zakątek i gości, i domowników. Biała napoleońska sofa o mosiężnych lwich nóżkach stała prostopadle to trzystuletniej niezwykle wygodnej barwnej tureckiej otomany, o obłych podłokietnikach zakończonych wypłowiałymi złotymi chwostami. Panie rozkoszowały się tortem marcepanowym i filiżanką kawy prowadząc długą spokojną rozmowę.

Anna opowiadała przede wszystkim o dzieciach, o wizycie u jej rodziców pod Krakowem, o pogrzebie pani Leokadii Kunickiej, ciotki Leopolda i o odczytaniu testamentu dwa dni później. Wszystkich obecnych na tym wydarzeniu zaskoczyło nie tyle pojawienie się u notariusza Piotra z dyplomem weterynarza, ale fakt, że pani Leokadia Kunicka nie zapisała Leopoldowi, swojemu wychowankowi, krakowskiego mieszkania zajmującego całe piętro kamienicy i reszty dość pokaźnego jeszcze majątku, a jedynie sześćdziesiąt tysięcy złotych reńskich pod warunkiem, że ten się ożeni.

- A zatem w momencie pogrzebu Leopold został bez dachu nad głową i bez majątku, z niewielkimi oszczędnościami - zakończyła swą opowieść Anna, strzepując okruszki z pistacjowej sukni.

- Czy wiadomo z jakiego powodu starsza pani postąpiła w ten sposób?

- No cóż! Pani Kunicka była dość ekscentryczną osobą i wiele razy zaskakiwała otoczenie swoimi dziwactwami. Pochodziła z arystokratycznego rodu Kunickich i nie zmieniła swego nazwiska wychodząc za mąż za człowieka niższego stanu, choć dość majętnego. Sama przyszła na świat w wielkim pałacu. Jej ojciec hazardzista przegrał większość majątku w karty i pannie Leokadii zostało tylko trochę rodzinnych pamiątek i cudem zachowane krakowskie mieszkanie. Jak plotki głoszą, wykupił je od zadłużonego teścia sam mąż pani Leokadii.

- Pan Leopold też przedstawił się używając nazwiska Kunicki, ale wuj Wincenty podał inne nazwisko, zdaje się von Herberstein... - zaczęła Marta.

- A, tak! Trwa to już kilka lat! - Anna ożywiła się, odstawiając filiżankę na okrągły szary marmurowi stolik. - Leopold używa panieńskiego nazwiska swej matki, a siostry zmarłej ciotki, ponieważ jest w nienajlepszych relacjach ze swoim ojcem.

- Rozumiem...

- Chodzi tu zdaje się nie tylko o sprawy rodzinne... - Anna ściszyła głos, ponieważ Leopold właśnie minął panie, usiadł do fortepianu i zaczął cicho grać.

- Ojciec Leopolda, pan Joseph von Herberstein, jest austriackim generałem, Marto - dodała szeptem.

Panna już nic nie odpowiedziała, ponieważ do jej uszu dobiegły dźwięki znajomej melodii - ulubionego utworu jej matki, od którego ta zawsze zaczynała swój codzienny wieczorny koncert.

Po salonie rozległy się delikatne dźwięki nokturnu b moll Fryderyka Chopina granego z takim wyczuciem, z takim rozumieniem utworu i z takim kunsztem, że wszyscy obecni przerwali rozmowy i zastygli w bezruchu zasłuchani w grę Leopolda. Pianista z kolei zdawał się nie zauważać obecnych i grał jakby wyłącznie dla siebie.

Kiedy skończył, w salonie zapanowała kompletna cisza, przerwana po chwili gromkimi brawami, tak głośnymi, jakby słuchaczy było co najmniej pięćdziesięciu.

Jedyną osobą, która nie klaskała, była Marta. Przez cały czas siedziała w bezruchu ściskając spodeczek filiżanki o złoconych brzegach. Nie zmieniła pozycji również po ucichnięciu owacji. Kiedy goście podchodzili do fortepianu, gratulując Leopoldowi wspaniałej gry, Marta wolno podniosła się ze swojego miejsca i wyszła cicho do ogrodu.

Stanęła jak zwykle na środku trawnika i przymknęła oczy próbując wyciszyć buzujące w jej duszy emocje. Mimo największych wysiłków powstrzymania smutku i tęsknoty, po jej policzkach spłynęły dwie wielki łzy.

Ten nokturn zawsze wprowadzał w duszę Marty spokój i harmonię, a całą rodzinę Zaliwskich w miły nastrój po ciężkim dniu pracy i jednoczył wszystkich wokół fortepianu.

Dziś wywołał u Marty inne odczucia, bowiem Leopold wlał w tak dobrze znane jej dźwięki ból i przepastny żal po stracie ukochanej osoby.

Marta nie wiedziała, jak długo spacerowała po ogrodzie czekając, aż uspokoi się zupełnie. Musiało to trwać ponad godzinę, bo słońce poczęło już zachodzić za dom. Kiedy wracała, na stopniach wiodących z ogrodu do domu spostrzegła Leopolda, który najwyraźniej upodobał sobie to miejsce. Mężczyzna właśnie miał zapalić papierosa, kiedy zauważył pannę. Ta podeszła do niego bardzo blisko i powiedziała nieprzytomnym głosem, jakby do siebie:

- Dziękuję - i po prostu odeszła.

Leopold nic nie odpowiedział nieco zaskoczony tym nietypowym zachowaniem. Ale wiedział przecież dobrze, że Marta też, tak jak on, jest ciągle w żałobie. Westchnął tylko ciężko i zapalił papierosa. Zwykł tak czynić bardzo często. Ale ani nawyk ciągłego palenia, ani czasem zbyt duża ilość trunku wypitego samotnie przed snem nie były w stanie, z oczywistych powodów, ukoić jego żalu.

Po powrocie do Kalinek Marta chciała nieco odpocząć. Dziś nie była w stanie zbyt długo przebywać w swojej sypialni, gdzie z portretu patrzyła na nią jej zmarła dwa lata temu mama i każdy sprzęt jej o niej przypominał. Przebrała się więc szybko w skromniejszy strój, czyli białą bluzkę z długim bufiastym rękawem zapinaną pod szyją i czarną szeroką spódnicę. Zeszła na dół po drewnianych, skrzypiących schodach na porośniętą starą winoroślą świeżo odmalowaną na biało werandę. Tutaj już czekał na Martę dzbanek gorącej herbaty i szarlotka.

- Och, kochana Maria! Kochana Zosia! - powiedziała głośno, rozczulona panna. Napełniła filiżankę i poszła do gabinetu po księgi i dokumenty. Otuliła się fioletowym wełnianym szalem, a mijając w sieni lustro zatrzymała się na chwilę i poprawiła upięcie włosów na karku, bowiem kasztanowe loki zdążyły się już rozsypać długimi pasmami na plecy.

Usiadła wreszcie na werandzie w głębokim wiklinowym fotelu i zajęła się starannym wypełnianiem rubryk. Słońce świeciło jeszcze jasno, a kukułki ukryte w młodych listkach ogromnych buków stojących na brzegu stawu prowadziły ze sobą długie monotonne ptasie rozmowy.

Nie wiedziała, kiedy usnęła. Obudził ją chłód wieczoru, a za moment przyszła Kasia z wiadomością, że kąpiel i kolacja są już gotowe. Panna zjadła niewiele, ale kąpielą w wannie z dębowych deszczułek wyłożonej białym prześcieradłem rozkoszowała się długo, aż poczuła się bardzo zmęczona. Znalazła się w łóżku jeszcze przed godziną dziewiątą i zasnęła kamiennym snem przy odmawianiu wieczornego pacierza.

Rozdział IV

Marta przyszła do stajni już po śniadaniu. Na niedzielnym przyjęciu zdążyła jeszcze poprosić Piotra, żeby jednak zbadał Rozalię i pozostałe konie. Teraz więc stała w boksie, gładząc klacz czule po łbie, z książką z załubickiej biblioteki pod pachą i z niepokojem myśląc o wizycie Piotra.

Mężczyzna zjawił się po chwili. Marta bez słowa skinęła głową na powitanie i odsunęła się od konia, a on ukłoniwszy się w milczeniu zajął miejsce Marty. Jego wyraz twarzy z miejsca stał się mniej napięty. Widać było, że przebywanie ze zwierzętami sprawia mu dużą przyjemność.

Marta pamiętała to z dawnych czasów - uśmiechnęła się na ten widok i na wspomnienie wspólnego ratowania kulawych kotów i leczenia złamanych bocianich skrzydeł po okolicznych wsiach. Rozalia wyczuła sympatię gościa, parskała radośnie i potrząsała grzywą. Po chwili klacz dostrzegła marchewkę wystającą z kieszeni Piotra i nie wiadomo kiedy sprawnie chwyciła ją zębami i natychmiast schrupała ku uciesze Marty, która wybuchła na ten widok gromkim śmiechem.

- Jaki piękny i mądry koń! - odezwał się Piotr, łagodnie gładząc klacz i jednocześnie zaglądając jej w zęby i oczy. - Dobra dziewczynka! Obejrzymy teraz kopyta. - Mężczyzna przemawiał czule do zwierzęcia, które teraz stało spokojnie poddając się wszystkim zabiegom i pozwalając na każde badanie, dzięki czemu przebiegły one dość sprawnie.

- No cóż - zaczął Piotr pakując swą torbę - ta klacz jest całkowicie zdrowa. Potrzeba jej tylko trochę więcej ruchu, dużo świeżej trawki, owoców i warzyw, bo spodziewa się źrebięcia.

- Coś takiego! - od dawna nie było źrebaka w tym stadzie! - wykrzyknęła zaskoczona i uradowana Marta, podchodząc do konia - już myślałam, że robię coś nie tak! No jeśli Rozalka spodziewa się potomka, to oznacza, że te koniki czują się tutaj lepiej niż przypuszczałam! - dodał wachlując się książką.

- Wiedzą, że wiosna to czas miłości - odparł wolno Piotr, zniżając głos, patrząc przy tym pannie w oczy głęboko i przeciągle.

Ta z miejsca spoważniała, odeszła od konia i ze słowami:

- Przejdziemy się? - odwróciła się otulając się swym fioletowym szalem i ruszyła w stronę wyjścia.

Piotr uśmiechnął się pod nosem, zamknął swą torbę lekarską i zostawiwszy ją w przejściu między boksami, ruszył za panną ku wyjściu.

Marta wyszła przed stajnię wprost na polną drogę, która w lewo wiodła ku łanom zielonego jeszcze żyta, a w prawo przecinając główną lipową aleję, biegła w stronę łąk i gościńca.

Skierowali się w prawo ku rozstajom dróg i idąc wzdłuż sadu należącego do dworu, dotarli aż do krzyża stojącego przy skręcie na gościniec. Aż do tego miejsca nie odezwali się do siebie ani słowem.

- Pójdźmy w stronę domu! - zaproponowała Marta, kierując się w prawo na ledwo widoczną ścieżkę wijącą się pomiędzy młodymi drzewkami owocowymi. Gałęzie rosły nisko, zatem kluczyli oboje strącając ostatnie wiosenne kwiaty z wiśni i jabłoni. Marta szła przodem brnąc wśród różowych płatków którymi wyściełana była trawiasta dróżka.

- Tego dnia, gdy wyjechałem na studia... zamierzałem poprosić cię o rękę - Piotr z miejsca przeszedł do sedna, uprzednio nabierając powietrza w płuca.

Marta zatrzymała się w miejscu i zaskoczona odwróciła w jego stronę. Stanęli oboje.

- Pamiętasz pierścień mojej matki z małym okrągłym rubinem, który oglądaliśmy jako dzieci zakradając się do jej buduaru?

Panna kiwnęła potakująco głową.

- Jak wiesz, był to pierścień mojej babki. Wziąłem go tamtego dnia i oznajmiłem matce swoje zamiary. Matka wstała z miejsca i pobladła, za chwilę poczerwieniała z gniewu. Zaczęła krzyczeć, że jesteś zbyt pospolitą panną i ona nie życzy sobie synowej co biega boso z chłopskimi dziećmi i sama czyści konie. Poza tym jesteśmy za młodzi na małżeństwo. Krzyczała coraz głośniej, aż w końcu wpadła w szał. Kazała mnie natychmiast spakować, a po pół godzinie dwóch pachołków wepchnęło mnie do powozu i dopilnowało, żebym szybko znalazł się w dyliżansie do Krakowa. Tak jak stałem, wyjechałem na studia miesiąc przed ich rozpoczęciem.

Mężczyzna zamilkł i patrzył w napięciu na reakcję Marty. Ta stała nieruchomo, patrząc mu głęboko w oczy i zastanawiając się, czy po raz kolejny w życiu nie usłyszała historyjki ubarwionej przez wyobraźnię młodzieńca. Piotr dostrzegł jej wahanie i postanowił spytać.

- Wierzysz mi? Rozumiesz co się stało?

- Rozumiem... - odrzekła wreszcie ochrypłym szeptem Marta. - To znaczy... staram się zrozumieć, Piotrze - dodała wciąż wahając się.

W końcu odwróciła się i bez słowa, wolnym krokiem ruszyła dalej w głąb sadu. Kiedy wydostali się wreszcie do ogrodu, a splątane gałęzie młodych drzewek ustąpiły miejsca równym klombom żółtych róż, panna zatrzymała się i spytała:

- A dlaczego nie napisałeś do mnie potem żadnego listu, który wyjaśniłby mi tę sytuację?

- Matka mi zakazała... - odparł, odwracając wzrok, bo wyznanie to było szczere i wstydliwe.

Panna nie wytrzymała. Podniosła wyżej głowę, zmarszczyła czoło i już miała złośliwy komentarz na końcu języka, kiedy Piotr odezwał się znowu:

- Poza tym mieszkałem u dalekiej rodziny matki na stancji i miałem zostać narzeczonym mojej kuzynki... - urwał wpatrując się w ziemię.

Marta zamarła, lecz po chwili znów ruszyła przed siebie, kręcąc z niedowierzaniem głową. Wydawało jej się, że resztka afektu jakim darzyła jeszcze przed chwilą swą pierwszą młodzieńczą miłość, uleciała właśnie bezpowrotnie. Zatem panna uspokoiła się i postanowiła poznać wszystkie fakty:

- I gdzież teraz jest twoja narzeczona?

- W Krakowie - odparł Piotr, idąc obok Marty - wyszła za innego, bo spodziewała się jego dziecka...

Teraz już Marta nie powstrzymała się od komentarza:

- Co za wspaniała rodzina! Tylko pogratulować! Powinnam chyba też powinszować samej sobie, że nie stałam się jej częścią! - dodała coraz bardziej wzburzona, zatrzymując się przed altaną, z której było widać położony w dole staw.

Piotr ku zaskoczeniu panny, przejął się jej komentarzem. Zbierał w sobie myśli przez pewien czas, w końcu odezwał się z żarliwością:

- Marto! To wszystko nie ma już żadnego znaczenia! Wróciłem, rozmawiam z tobą, dałem już kilka razy do zrozumienia, że nie jesteś mi obojętną... Proszę cię, odpowiedz mi na pytanie... muszę to wiedzieć, czy... - tu zawahał się i zamilkł.

- Czy jeszcze coś do ciebie czuję? - dokończyła za niego Marta, siadając ciężko we wnętrzu altany obrośniętej chmielem. Patrząc przed siebie, wyznała po chwili:

- Tak, kochałam cię. Kochałam łapać z tobą żaby, biegać boso po łące, całować się w krzakach i czytać sonety Szekspira. To wszystko wystarczało za miłość siedemnastoletniej dziewczynie. Ale nie wystarczy dwudziestotrzyletniej kobiecie, która straciła rodziców i sama musi zmagać się ze światem. Której ukochany nie raczył jej spytać w liście, co czuje po śmierci ojca i matki, której ukochany nie raczył na ich pogrzeb przyjechać lub chociaż skreślić kilku słów pocieszenia lub wyrazić tęsknotę. Przez całe pięć lat! - skończyła wzburzona i wstała z miejsca.

Piotr spoważniał, wydął z niesmakiem usta i powiedział:

- Chyba niczego nie zrozumiałaś, Marto, i powiedziałaś już dość! Zatem życzę pani szczęścia i powodzenia! - wykonał przesadnie elegancki ukłon i nie spoglądając więcej na dziewczynę oddalił się w stronę stajni, pozostawiając zaskoczoną i rozzłoszczoną pannę samą sobie.

Ta zacisnęła pięści, zerwała się z miejsca i rzuciła pędem w stronę szczytu domu, gdzie pod ścianą stał pieniek do rąbania drewna. Marta złapała za siekierę i z głośnym okrzykiem przecięła na pół potężny świerkowy kloc. Ułożyła na pniu następny pokaźny kawałek drewna i powtórzyła czynność z równie głośnym okrzykiem. Przez następne 10 minut rąbała największe pniaki drewna, aż wióry leciały. Nie mogła wiedzieć, że stojąc w kuchennym oknie całą tę scenę obserwują pani Maria, kucharka Zośka i stary Jacek, który właśnie miał iść narąbać drew dla kuchni.

Po kilku minutach Marta uspokoiła się zupełnie. Sapiąc i dysząc poprawiła na sobie suknię i fryzurę, co niewiele zmieniło w jej wyglądzie. Zataczając się ze zmęczenia ułożyła sobie całe naręcze drewna, po czym weszła kuchennymi drzwiami. Spojrzała obojętnie na grupę stojącą pod oknem, zrzuciła drwa przy palenisku i najspokojniej w świecie spytała, czy Jacek wystrugał już obiecane zabawki dla Marcelinki i Jasia. Wszystkie trzy osoby natychmiast oprzytomniały i ukłoniwszy się zakłopotane, bez słowa wróciły do swoich zajęć, a Jacek za chwilę wyciągnął z płóciennego worka drewnianą laleczkę i konika na biegunach.

- Och, dziękuję ci bardzo! Zabawki są piękne! - rzekła Marta, jak gdyby nigdy nic uśmiechając się do wiernego służącego. Skierowała się w stronę jadalni, a wychodząc pociągnęła za sobą Marię.

- Mario, proszę cię, zapłać Jackowi za te zabawki - rzekła Marta patrząc staruszce w oczy. Ochmistrzyni nic nie odpowiedziała, tylko pokręciła głową i mocno przytuliła do siebie pannę, gładząc ją po plecach i ciężko wzdychając.

Rozdział V

W swym malutkim pokoiku, przypominającym klasztorną celę, siedział na łóżku Leopold. Siedział ze wzrokiem tępo wlepionym w białą skośną ścianę przed sobą. Czasami zdawało mu się, że nic nie czuje, czasami odczuwał złość na ciotkę Leokadię za jej decyzję, która wywracała jego życie do góry nogami. Czasem czuł rozżalenie z powodu ich nie najlepszych relacji pod koniec jej życia. Denerwowało go to, że już nie może jej niczego wyjaśnić, ani z nią porozmawiać. Wtedy brała go nagle taka tęsknota za ukochaną ciocią, że gotów był płakać jak dziecko.

Zerwał się w końcu z łóżka, uważając by nie zawadzić głową o niski sufit i ze złością zaczął rozwiązywać krawat i rozpinać guziki kamizelki. Frak dawno już rzucił w nieładzie na jedyne w pokoju krzesło. Pod koszulą wyczuł zawieszony na szyi pierścień swojej babki, najcenniejszą z niewielu pamiątek, które udało mu się zabrać z Krakowa. Zdjął łańcuszek z pierścieniem, podszedł do czarnego sekretarzyka o białym marmurowym blacie i schował klejnot w szufladzie, zamykając ją złoconym kluczem.

Już uspokojony sięgnął po resztkę koniaku schowaną w nocnej szafce. Popatrzył na bursztynowy płyn i odstawił butelkę na miejsce. W końcu rozebrał się, umył nad białą miednicą stojącą za pożółkłym parawanem na szafce obok biurka. Podszedł do mahoniowej komódki stojącej pod oknem umieszczonym w małej lukarnie w skosie dachu. Rozebrany do pasa, drżał z zimna szukając w szufladach koszuli nocnej. W końcu zgasił świecę i z ulgą wsunął się pod kołdrę. Jednak wiercił się na łóżku, a jego myśli wciąż krążyły wokół nieprzyjemnych wspomnień. Zasnął dopiero o drugiej nad ranem. Jak każdej nocy od chwili śmierci ciotki.

Zerwał się z łóżka jak zaczęło świtać. Nie umiał powiedzieć, czy to z powodu niezbyt przyjemnego snu, jaki przed chwilą mu się przyśnił, czy z powodu ostrych promieni wschodzącego słońca, które padały prosto na jego poduszkę. Ubrał się w swoje gorsze spodnie i samą koszulę z wykładanym kołnierzykiem oraz buty do jazdy konnej i wyszedł z domu.

Otworzył ciężkie okute drzwi i stanął na schodkach przedsionka. Chłód majowego poranka otrzeźwił go natychmiast i przeszył jego ciało zimnym dreszczem. Leopold z lubością wciągnął w nozdrza świeże powietrze i skierował się przez ogród na drugą stronę domu.

Dom w Załubicach był najstarszym stale zamieszkanym dworem w okolicy. Do wnętrza wchodziło się nie przez ganek wsparty na kolumienkach jak w domu Marty, a przez dwustuletni przedsionek zwieńczony półkoliście. Ów półkolisty szczyt po obu stronach był zakończony "baranimi rogami", a na jego środku wybite zostało okrągłe okienko.

Dom przykryty był typowym polskim dwuspadowym dachem krytym gontami, w którym podczas ostatniej przebudowy piętnaście lat temu wybito miejsca na okna na poddaszu i wybudowano w tym celu po dwie małe lukarny z obu stron domu.

Okna te doświetlały dwa najmniejsze pokoje na poddaszu, teraz zajmowane przez Piotra i Leopolda. Na parterze znajdowały się jadalnia na prawo od wejścia, a za nią bawialnia, czyli salon. Zaś po lewej stronie był gabinet wuja, przez który można było dostać się do biblioteki w głębi domu. Druga para drzwi po lewej prowadziła z sieni do prywatnych pokoi gospodarzy, składających się z sypialni wuja Wincentego i buduaru ciotki Eleonory wraz z jej prywatnym salonikiem. Na "górce", poza sypialniami dwóch młodzieńców było wejście na obszerny strych.

Układ drugiej części domu, zamieszkanego przez Annę i Tomasza, stanowił mniej więcej lustrzane odbicie domu głównego, z gabinetem gospodarza po lewej i jadalnią po prawej od wejścia. Nie było w nim jednak typowej wąskiej sieni, a zamiast tego mały przytulny salonik z kominkiem, fotelami i ławami, gdzie przyjemnie czekało się na spotkanie z panem domu w jego gabinecie. Na górce był pokój niani połączony z pokojem dziecięcym, za to wspólna sypialnia młodych państwa Załubickich, salon i pokój gościnny na dole.

Z tej strony domu wielobarwny kwiatowy ogród opadał długim łagodnym stokiem w stronę koryta rzeczki Bystrej. Potok ten dalej wpadał do Wisły, zaś tutaj obejmował zakolem całe dworskie założenie.

Z powodu pochyłości terenu do domu Anny i Tomasza wchodziło się po dość stromych kamiennych schodach na przykryty prostym dachem wysoki otwarty ganek. Ganek ten i jego gruba kamienna balustrada były wykonane z żółtego piaskowca, który nie zdążył jeszcze poszarzeć od czasu wybudowania wejścia i wybicia drzwi piętnaście lat temu.

Leopold skierował się wprost do kamiennych schodów wiodących na ganek domostwa Anny i Tomasza.

Właśnie z drzwi wyszedł gospodarz zakładając zielony tużurek.

- Witaj Leopoldzie! - odezwał się wesoło do gościa - coś ty taki wymięty i nieszczęśliwy? Zobacz, jaki piękny dzień nam się zapowiada!

- Daj mi jakąś robotę, bo zwariuję! - odparł mężczyzna nie zwracając uwagi na wesoły nastrój przyjaciela.

- Takiś chętny do pracy?! - zdziwił się Tomasz dopinając ostatni guzik i poprawiając spodnie z ciemnego sukna - Nie bój się, jeszcze twoją gotowość wykorzystam. Żniwa idą, przydasz się...

- Żniwa to będą za dwa miesiące...

- No proszę, jaki znawca spraw agrarnych mi się trafił! No dobrze. Sam tego chciałeś. Chodź za mną! - Tomasz poprowadził Leopolda w głąb ogrodu, gdzie przy wolnostojącej kuchni, wśród gęstych krzewów głogu ukryta była drewutnia.

Z budynku kuchni czuć było zapach rosołu gotowanego na obiad, którą to woń Tomasz zdawał się chłonąć całym sobą, co chwila przełykając ślinę. A pod oknem, między kiełkami młodych jarzyn przechadzały się kury, beztrosko grzebiąc w ziemi, nieświadome kulinarnego losu ich niedawnej koleżanki z grzędy. Tomasz chwycił za siekierę i podał ją Leopoldowi.

- Robiłeś to już? - spytał.

Leopold spoglądał z przestrachem to na przyjaciela, to na drób w warzywniku.

- Nie... - odparł niepewnie.

- Tu jest sterta drzewa do porąbania - Tomasz w końcu rozwiał wątpliwości Leopolda co do charakteru jego pracy - pokażę ci.

Wyjął siekierę z rąk mężczyzny i jednym wprawnym ruchem przepołowił słusznych rozmiarów pieniek brzozy.

- Teraz jeszcze raz na pół i układasz tutaj - tłumaczył - trzeba dużo porąbać, bo kuchnia sporo zużywa, a i w obu częściach domu jeszcze palimy na noc w piecach i kominkach. Spróbuj!

Leopold wziął siekierę, zamachnął się, ale ostrze tylko ześlizgnęło się po korze i mężczyzna o mało nie uciął sobie dużego palca u nogi.

Tomasz tylko uniósł brwi:

- Jeszcze raz!

Teraz Leopoldowi poszło nieco lepiej. Tomasz poklepał przyjaciela po plecach i ze słowami "Będzie dobrze" udał się do swoich obowiązków w gospodarstwie.

Leopold zaś zapamiętał się w robocie. Ciął drewno tak jak umiał. Na szczęście nie robił sobie przy tym krzywdy. Do późnego popołudnia pracował przy drewutni, z przerwami jedynie na podstawowe posiłki. Śniadanie i obiad zjadł w kuchni w towarzystwie ładnej, jak uważał, służącej, a podczas pracy wodę ze studni przynosiła mu równie urodziwa dziewka o rudych włosach. Jednym zdaniem - nie było powodu, żeby skończył pracę zbyt wcześnie.

Nareszcie jego miejski nieprzywykły od dawna do wysiłku organizm nieco się zbuntował i Leopold musiał udać się na poobiednią drzemkę. Ocknął się, jak było już ciemno. Umył się, przebrał i wyjąwszy z szafki nocnej, tym razem pełną butelkę koniaku ruszył znowu w stronę domu swego przyjaciela.

Zapukał cicho do drzwi, które otworzył służący w towarzystwie Anny:

- Ach to ty, Leopoldzie! Wejdź proszę! Zawołam Tomasza - odezwała się miło, choć była nieco niezadowolona z powodu tak późnej pory wizyty kuzyna jej męża, ponieważ właśnie kładła dzieci do snu. Tomasz zjawił się po chwili, zobaczył w czym rzecz, wrócił ze szklankami i uspokoił żonę, że posiedzą z Leopoldem na ganku.

- A jeśli tak, to życzę wam miłego wieczoru. Ja położę się wcześniej. Dobranoc. - Anna skłoniła głowę, a Leopold postarał się wykonać elegancki ukłon, o ile da się to zrobić wobec damy trzymając butelkę alkoholu w dłoni.

- Nie będzie miała ci za złe?

- Ależ, skąd! To święta kobieta! - odparł Tomasz, stawiając na stoliku szklanki.

Leopold z miejsca nalał trunku do obu i nie czekając na współtowarzysza, wychylił szklankę do dna, okraszając tę czynność sapnięciem wyrażającym szczęście.

Tomasz jeszcze nie sięgnął po swoją szklankę tylko przyglądał się poważnie i z uwagą swemu koledze:

- To, ile poszło? - spytał w końcu.

Leopold spojrzał przelotnie przyjacielowi w oczy i spokojnie odpowiedział:

- Roczny dochód.

- Ładnie! A ile kobiet było?

- Za dużo! - odrzekł mężczyzna krzywiąc się po drugiej szklance. Tomasz teraz zamilkł i sięgnął wreszcie po swój trunek. Po chwili zapytał:

- W Krakowie?

- Jeszcze w Wiedniu. Ciotka dowiedziała się po latach... - Leopold odwrócił twarz w stronę ogrodu i patrzył przez chwilę w czerń nocy. Teraz umilkli obaj. Tomasz westchnął ciężko i z niezadowoleniem pokręcił głową.

- To co teraz będziesz robił?

- Nie wiem... w szkole wiejskiej będę uczył...

- Taaa... będziesz wzorem dla dzieci... - odparł Tomasz z przekąsem, dopijając szklankę, podczas gdy Leopold nalewał sobie już piątą.

Znów zapanowało długie milczenie, podczas którego Leopold pił jedną szklankę za drugą, a Tomasz w milczeniu sączył swój trunek powoli, z uwagą przyglądając się przyjacielowi.

- Późno jest, żona na ciebie czeka i butelka już pusta... pójdę sobie - rzekł w końcu Leopold. Wstał z krzesła, ale zachwiał się na nogach, aż Tomasz musiał go podtrzymać. Mężczyzna uwiesił się na jego ramieniu.

- Odprowadzę cię - zaproponował Tomasz.

- Dobry z ciebie przyjaciel - wybełkotał Leopold, patrząc na kuzyna zamglonym wzrokiem.

- Taaa...

Koniec fragmentu

1 "Pierwiosnek" - polskie czasopismo (rodzaj almanachu wzorowanego na wydawnictwach niemieckich i francuskich XIX wieku), wydawane w latach 1838-43, będące pierwszym polskim zbiorowym wydawnictwem tworzonym wyłącznie przez kobiety. Wydawnictwo miało charakter literacko-społeczny i wyrażało "ostrożnie nowatorskie" poglądy na rolę kobiety. (Jeśli nie zostało zaznaczone inaczej, wszystkie przypisy pochodzą od autora).

2 Narcyza Żmichowska ps. Gabryella ur. 4 marca 1819 w Warszawie, zm. 25 grudnia 1876 tamże - powieściopisarka i poetka, autorka Poganki - powieści romantycznej. Uważana za jedną z prekursorek feminizmu w Polsce.

3 Adam Mickiewicz, Poezje, T. 2, Wiersze z lat 1825-1855 (Pieśni - Sonety - Poezje patrjotyczne, relig?ne i filozoficzne - Wiersze okolicznościowe - Bajki), wyd. 2 poprawione, Krakowska Spółdzielnia Wydawnicza, Kraków 1928

4 O chowie koni i polepszeniu rasy w Galicyi. Uwagi Władysława Księcia Lubartowicza Sanguszki Lwów 1839, drukiem Piotra Pillera

Redaktor prowadzący

Michał Smętek

Skład, łamanie i konwersja

Ferratus

Okładka

Ewa Majewska

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-66695-39-9

? Copyright by Manufaktura Słów 2021

? Copyright by Agnieszka Łuniewska 2021

Wydawnictwo

"Manufaktura Słów"

Ferratus Michał Smętek

ul. Stefana Żeromskiego 32/315

81-369 Gdynia

[email protected]

manufakturaslow.pl