p
Rozdział 1.
Pobudka w lesie
Każdy chce mieć dokąd uciec.
Co za banał. Chociaż czy to właśnie nie banały są tak często najprawdziwszymi zdaniami, jakie przyszło nam wypowiedzieć lub usłyszeć?
Naumyślnie przekreśliłam pierwsze zdanie mojej powieści grubą kreską, ale jestem pewna, że mimo to je odczytaliście.
To, co będzie się działo dalej, zdecydowanie nie jest przeznaczone dla zdroworozsądkowców, zatem drżyjcie, miłośnicy logiki.
Dlaczego? Bo będziecie musieli uwierzyć w moc własnej wyobraźni.
Nie wiem, jak wy, ale ja prowadziłam dotychczas dwa życia.
Jedno z nich dzieje się nadal, w chwili gdy piszę te słowa. Jest bardziej skomplikowane, brutalniejsze, dłuższe.
Drugie toczyłam do niedawna dopiero po zaśnięciu. Było odskocznią od pierwszego. Ale jego już nie ma. I nie ma też żadnych innych snów, które miewa każdy, gdy zamknie powieki i przyłoży głowę do poduszki.
Teraz mam tylko jeden sen, który ciągnie się na jawie niemalże w nieskończoność. Bo dopiero śmierć kończy wszystko.
***
Wzdrygnęłam się, poczuwszy chłód, jakby ktoś nieoczekiwanie ściągnął ze mnie kołdrę. Zdegustowana do granic możliwości otworzyłam oczy i... zesztywniałam. Bynajmniej nie z zimna.
Przecież nie dalej jak przed sekundą byłam w łóżku, w wynajmowanym na czas studiów pokoju.
Tymczasem teraz leżałam na leśnej ściółce, a wokół mnie zamiast nocnych ciemności roztaczał się blask słońca.
- Co do cho... - zaczęłam i zerwałam się na równe nogi, przestraszona swoim odkryciem.
- Czy ja śnię? - zapytałam samą siebie i spojrzałam na swoje ręce i stopy: wyglądały normalnie. Ubrana byłam w stary szary dres, w którym uwielbiałam spać. Wszystko poza otoczeniem zdawało mi się takie jak przed zamknięciem oczu.
- To tylko sen - stwierdziłam głośno, by przekonać samą siebie. Tylko czemu leśna ściółka tak uwierała mnie w podeszwy stóp i musiałam mrużyć oczy, by nie oślepnąć od patrzenia na słońce? Czemu drzewa wokół widziałam tak wyraźnie? Z reguły moje sny były zamazane, nieprecyzyjne, no i co najważniejsze: zawsze coś się w nich działo.
Ta ostatnia myśl przyszła mi do głowy w złą godzinę, bo nagle usłyszałam tętent kopyt. Ktoś się zbliżał!
Odwróciłam się w stronę, skąd zdawały się dochodzić coraz głośniejsze dźwięki. Nie zawiodłam się: zza drzew wyłonił się jeździec w czarnej pelerynie, siedzący na karym koniu, którego grzywa, falując lekko podczas jazdy, rozpływała się na boki, jakby składała się z mgły. Nie dane było mi przyjrzeć się bliżej, ponieważ musiałam szybko uskoczyć w bok, aby nie zostać stratowana.
- Hej! - Zdążyłam tylko krzyknąć, zanim zaliczyłam kolejne bliskie spotkanie z leśnym podłożem.
Jeździec zatrzymał się gwałtowanie.
Oj. Chyba nie o to mi chodziło. Poczułam, jak ze strachu serce gwałtownie mi przyspiesza, ale nie zdecydowałam się na ucieczkę. Przecież to tylko sen, prawda? Nic mi nie grozi, więc dlaczego miałabym tchórzyć? Niepewnie się podniosłam, otrzepałam swoje spodnie z igliwia, a w tym czasie przybysz zsiadł z konia i ku mojemu zaskoczeniu wyciągnął zza siebie... miecz!
- Kim jesteś?! - ryknął donośnym barytonem. - Jak śmiesz stawać na mojej drodze?!
Przeraziłam się, ale zignorowałam to ciut za bardzo realistyczne uczucie strachu, objawiające się ciarkami na całej skórze, i dumnie uniosłam głowę, aby powiedzieć:
- Jestem Kia... Kiara! I nie mam po... pojęcia, jak się tutaj znalazłam, ale z pewnością moim zamiarem nie było przeszkadzać panu w podróży.
Mój głos zdradzał zdenerwowanie i ujawniał mą bezbronność, ale to nie skłoniło nieznajomego do opuszczenia broni. W międzyczasie mu się przyjrzałam. Wyglądał, jakby wyskoczył ze średniowiecznego filmu o rycerzach i królach: miał brodę, długie ciemne włosy oraz twarz pooraną bruzdami, z pewnością pozostałymi po jakiejś walce. Co ja takiego oglądałam przed zaśnięciem, żeby teraz śniły mi się takie głupoty?! Mężczyzna po chwili namysłu schował miecz i narzucił na głowę kaptur, który skrył jego groźne oblicze.
- Pójdziesz ze mną - stwierdził i odszedł w stronę swojego konia, jakby nie przyjmował do wiadomości, że niekoniecznie muszę za nim podążyć.
Niestety nie było już we mnie w obecnej chwili ani grama odwagi, więc potulnie dałam się nieznajomemu wsadzić na konia. I już za chwilę, trzymając się mocno jeźdźca, modliłam się, by nie umrzeć od jego smrodu lub nie spaść, kiedy w oszałamiająco szybkim tempie mknęliśmy przez las.
- Dokąd jedziemy?! - krzyknęłam w ucho mężczyzny, ale on nie kwapił się do udzielenia mi odpowiedzi. Jasny gwint, w co ja się wpakowałam?
Zerknęłam na konia i już bez większego zdziwienia zobaczyłam, że jego grzywa nie przypominała mgły, a w istocie nią była. Skoro to nie jawa, czemu miałabym być zaskoczona? Miewałam dziwniejsze koszmary.
Nieoczekiwanie wyjechaliśmy z lasu na polanę, zupełnie strawioną przez pożar, a gdzieniegdzie nadal tlił się ogień. Tu i ówdzie kręciło się kilku wyglądających na wieśniaków mężczyzn, dogaszających pogorzelisko.
Zsiedliśmy z konia, a mój towarzysz zapytał jednego z nieznajomych:
- Gdzie pan?
- W namiocie, o tam - odparł przerażony człowiek i drżącą ręką wskazał skraj polany, gdzie w istocie rozstawiono... hm... "namiot" to chyba za mało powiedziane. Był to niemalże pałac! Mimo zachwytu, jaki wzbudziło we mnie owo arcydzieło krawiectwa, nie uszło mojej uwadze, jak zapytany wieśniak spuścił potulnie głowę i cicho dodał:
- Jest bardzo zły dzisiaj.
Te słowa nie wróżyły niczego dobrego, ale mój towarzysz zdawał się nie zwracać na to szczególnej uwagi, śmiało skierował swe kroki we wskazanym kierunku. Z kolei ja nie bardzo wiedziałam, co ze sobą zrobić. Stałam w miejscu i rozglądając się naokoło, spostrzegłam, że zgromadzeni tu ludzie ukradkiem mi się przyglądają. W ich oczach malował się strach, ale też zdziwienie? Obawa? Nie potrafiłam nazwać tego uczucia jednoznacznie, co wprawiło mnie w lekką konsternację. Z rozmyślań wyrwał mnie znany mi już głos:
- Za mną, natychmiast! - zagrzmiał mężczyzna w pelerynie, a echo jego słów rozniosło się po całej polanie. Pochyliłam głowę i posłusznie dogoniłam człowieka, który, jak podpowiadało mi przeczucie, wiódł mnie właśnie do klatki lwa, niczym jagnię na pożarcie.
Im bliżej byliśmy naszego celu, tym wyraźniej dochodziły do mnie hałasy, których źródło skrywał pałaco-namiot. Coś podobnego do odgłosu tłuczonego szkła oraz trzasku łamanego drewna. Mój przewodnik zdawał się tym zupełnie nie przejmować, bez uprzedzenia wszedł do środka, rozchyliwszy pewnym ruchem skrywające wejście poły ozdobnego materiału.
W pierwszej chwili moje spojrzenie padło na połamane drewniane krzesła, walające się po dywanie razem z połyskującymi odłamkami butelek i podartymi tkaninami, ale to nie ten widok zaparł mi dech w piersiach. Pośrodku tego pobojowiska w rozkroku stał mężczyzna z zaciśniętymi w pięści dłońmi. Jego twarz o wyrazistych rysach, które dodatkowo uwydatniały krótko przycięte kruczoczarne włosy, była napięta, a jej mięśnie drgały nerwowo pod bladą skórą przy każdym oddechu.
Nieznajomy, który musiał być złym panem i sprawcą tego bałaganu, wydał mi się, owszem, groźny, ale nie przeraziło mnie to tak, jak można by się spodziewać. Uznałam, że musi być to bardzo dziwny sen, skoro ta nowa postać zdała się w moich oczach... piękna.
Hipnotyzująca. Tajemnicza. Pociągająca.
- Marlok - wycedził pan przez zaciśnięte zęby takim tonem, że po plecach przeszedł mi lodowaty dreszcz. - Jak śmiesz przyprowadzać do mnie swoją dziwkę? Nie pomyślałeś, że mogę być w tej chwili zajęty? - dodał zimno. Przechylił nieznacznie głowę i wwiercił spojrzenie w mojego kompana. Wpatrywał się w niego wyczekująco iście bazyliszkowym wzrokiem.
Czy ja wcześniej wyraziłam jakąkolwiek aprobatę dla tego człowieka? Cóż, pierwsze wrażenie bywa mylące.
Choć ta twarz...
- Królu Vincencie - zaczął niezrażony tym powitaniem Marlok, schyliwszy swą głowę pokornie, jak wcześniej robili to wobec niego wieśniacy na pogorzelisku. - Kazałeś, aby informować cię o wszystkim, na co natkniemy się w okolicy, a co szczególnie zwróci naszą uwagę. Zgodnie z rozkazem, mój królu, przywiodłem do ciebie tę, której o mało nie stratowałem w Lesie Pagitty.
Zapadła cisza. Nie ośmieliłam się odezwać, bo teraz to na mnie spoczęło chłodne spojrzenie władcy krainy, o której właśnie śniłam.
- W jednym z lasów należących do mnie, powiadasz, Marlok? Kim zatem jesteś, dziewko, że ośmieliłaś się postawić stopę na moich terenach? - spytał powoli, starannie dobierając słowa.
Przełknęłam ślinę. Chyba w końcu nadszedł czas, żebym wyznała, co o tym wszystkim myślę.
- Jestem Kiara i nie uważam się za żadną dziewkę, ani tym bardziej dziwkę. Nie wiem, jak znalazłam się w twoim lesie, ale na pewno świadomie nie ryzykowałabym spotkania z tobą. Kimkolwiek jesteś.
Moje słowa sprawiły, że Marlok, dotychczas spokojny, teraz wyraźnie się spiął, a król uniósł w zdziwieniu brew.
- Sługo, możesz odejść.
- Tak, panie.
Mężczyzna się skłonił, szybko opuścił namiot i zostawił mnie sam na sam z nieznajomym.
Objęłam swoje ramiona, ponieważ miałam wrażenie, że temperatura spadła o kilka stopni. "Obudź się wreszcie, Kiaro!" - krzyczałam w myślach, ale nic takiego nie następowało.
Tymczasem król założył ręce za plecami i zaczął się przechadzać po pobojowisku, namyślając się nad czymś intensywnie.
- Zanim zginiesz, musisz wiedzieć, jak wiele niewybaczalnych błędów popełniłaś - powiedział, ale ta groźba mnie nie wystraszyła. Przecież śmierć oznaczała koniec tego dziwnego snu, prawda? A właśnie tego pragnęłam w tej chwili najbardziej.
- Po pierwsze: zapamiętaj sobie do końca swego marnego życia, że masz się do mnie zwracać per królu lub panie. Czy to dla ciebie jasne? - zapytał zimno. Nie zatrzymał się przy tym ani na mnie nie zerknął.
- Tak, panie - odparłam z lekkim przekąsem.
- Po drugie: z racji swojej pozycji to ja tutaj decyduję, kto jest kim, dziewko. Czy i to zrozumiałaś?
- Tak, panie - powtórzyłam tym samym tonem co wcześniej.
- W takim razie najwyższy czas, abyś zgięła przede mną swe kolana! - ryknął niespodziewanie król i odwrócił się gwałtownie w moją stronę. Wycelował we mnie swój palec wskazujący, uniósł dumnie głowę, a potem...
A potem nic takiego się nie wydarzyło.
Rozdział 2.
W chacie wiedźmy
- Mam teraz klęknąć, panie? - spytałam niepewnie, ale mężczyzna nie od razu odpowiedział. Ponownie machnął dłonią, a kiedy znowu nic się nie stało, spojrzał na nią oszołomiony.
- To niemożliwe - wyszeptał, a potem zmarszczył brwi i gwałtownie wyrzucił rękę w górę. Wrzasnęłam wystraszona, gdy poły namiotu zaczęły nagle łopotać, jakby poruszane silnym wiatrem. Kiedy opuścił dłoń, wszystko ucichło.
- Pójdziesz ze mną w pewne miejsce. Natychmiast - zakomenderował, a gdy pstryknął palcami, jego ramiona okryła czarna peleryna, podobna do tej, którą miał na sobie Marlok. - Masz jakieś wierzchnie odzienie?
Zerknęłam na swój dres.
- A to nie wystarczy?
- Nie - uciął krótko i pstryknął palcami po raz kolejny. W jego dłoni pojawił się czarny materiał, który rzucił mi niedbale. Zabolało mnie to lekceważące traktowanie, ale nie dałam tego po sobie poznać. Zacisnęłam wargi i okryłam się peleryną.
- Nałóż kaptur - zarządził król ostro.
Posłuchałam rozkazu, a kiedy byłam zajęta wiązaniem okrycia, nieoczekiwanie poczułam silny ucisk na swojej talii, a moje stopy oderwały się od ziemi.
- Hej, co ty wyprawiasz?! - krzyknęłam zaskoczona.
- Czyżbyś już zapomniała, jak masz się zwracać do władcy Magicznego Świata? - wycedził wyraźnie zniesmaczony mężczyzna. - Zabieram cię do Perpetuy. Pojedziemy konno.
Nie odważyłam się spytać, kim jest kobieta, o której wspomniał król, i pozwoliłam się wsadzić na konia po raz drugi tego dnia. Przypadło mi miejsce przed jeźdźcem. Siedziałam po damsku, ale nie bałam się, że spadnę, bo pan trzymał mnie mocno w swoim pewnym uścisku. Czułam się bezpiecznie. Chociaż przy tym człowieku nie powinnam myśleć tymi kategoriami.
Droga minęła jak z bicza strzelił. Koń szedł równo, a dzięki kapturowi pęd powietrza nie smagał mojej twarzy. Zatrzymaliśmy się i król postawił mnie na ziemi.
- Jesteśmy na miejscu - rzucił oschle. Rozejrzałam się po otoczeniu. Znajdowaliśmy się na skraju lasu, tuż przed małą chatką ze zbutwiałego drewna. Dach pokryto świeżą strzechą, ale daleka byłam od nazwania tego miejsca urokliwym.
Odwróciłam się. W oddali majaczyło miasteczko, nad którym górował potężny zamek ze smukłymi wieżami. Kontemplację krajobrazu przerwało mi skrzypnięcie drzwi.
- Widzę, że mam gości - odezwała się wychodząca z chatki miedzianowłosa staruszka.
- Witaj, babciu - powiedział król. Nieoczekiwanie dla mnie ukląkł przed kobietą na jedno kolano, by z szacunkiem pocałować ją w rękę.
Królewska rodzina w takim miejscu? Czy to nie dziwne, nawet jak na sen?
- Vincencie, kim jest twoja towarzyszka? - spytała nieśmiało staruszka, bacznie mi się przyglądając.
- Właśnie o tym chciałem porozmawiać.
- W takim razie zapraszam do środka - zaproponowała ciepło (cóż za przeciwieństwo wnuka!) i natychmiast zniknęła wewnątrz. Zerknęłam na władcę w oczekiwaniu na rozkazy, a on wskazał mi ręką drzwi.
- Panie przodem - powiedział niechętnie, ale zignorowałam to i minęłam go pewnym krokiem.
W środku chatka nie wyglądała wcale tak źle. Po przekroczeniu progu znalazłam się w małym pokoju urządzonym dość prosto, skromnie, ale schludnie.
- Proszę, siadajcie, rozgośćcie się - zachęcała staruszka, zajmując miejsce przy kominku na jednym z foteli. Drugi zajął król, a mnie przypadło miejsce na kanapie naprzeciwko nich.
- Przejdźmy od razu do konkretów - rozpoczął Vincent. - Od momentu gdy wspólnie rzuciliśmy zaklęcie, w moim skarbcu nie przybyło monet ani mnie nie przybyło siły. Moi ludzie przez całą noc prowadzili poszukiwania, spalili nawet jedną z wiosek, której mieszkańcy odmówili wstępu do swoich domów...
- I co? - wtrąciła w ekscytacji staruszka. Vincent spojrzał na nią ponuro.
- I nic! Wszystko jest jak zwykle, żadnych śladów działania magii. Aż do dzisiejszego ranka. Spójrz tylko na nią, babciu.
Ich twarze natychmiast odwróciły się w moją stronę.
- Ekhm! - Odchrząknęłam. Zaczęło mnie trochę irytować, że w moim śnie jestem postrzegana jak jakieś dziwadło. - Przepraszam, ale co jest ze mną nie tak?
- Chociażby twój wygląd, kochanie. - Kobieta natychmiast udzieliła mi odpowiedzi. - Dziewczęta nie noszą spodni.
Zerknęłam już po raz któryś na swój dres. No tak. To dlatego wieśniacy na pogorzelisku przyglądali mi się z takim zainteresowaniem.
- To jeszcze nic. To dziewczę...
Ach, znowu ten ton!
- To dziewczę jest odporne na moją magię i najwyraźniej do momentu spotkania ze mną nie wiedziało o moim istnieniu.
- To wszystko jest bardzo intrygujące - rzekła ostrożnie staruszka, ale to nie powstrzymało złości króla.
- Intrygujące?! Kobieto, ty nie masz chyba pojęcia, o czym mówisz! - ryknął i zerwał się z miejsca. Chodząc po pokoju, mówił dalej: - Poddani się buntują, a moja matka nieustannie spiskuje, aby strącić mnie z tronu. Nie mam teraz czasu na intrygujące pomyłki. Potrzebuję natychmiast więcej mocy i pieniędzy.
- Vincencie, usiądź - poprosiła babcia króla, a on zacisnął zęby i jej posłuchał. - To zaklęcie nigdy się nie myli. Pragnąłeś szczęścia i najwyraźniej dostałeś je pod taką postacią.
Spojrzałam z niedowierzaniem na Vincenta. Vincent spojrzał na mnie z obrzydzeniem.
- Kiaro, zbudź się w końcu - mruknęłam do siebie.
- Co takiego powiedziałaś, skarbie? Że chcesz się obudzić, prawda? - zaczęła dopytywać staruszka, a następnie spojrzała na swojego wnuka z miną obwieszczającą: "a nie mówiłam?".
- I co z tego? - burknął król niechętnie i skrzyżował ręce na piersi.
- Vincencie, nie udawaj, że nie rozumiesz. Ona nie jest z tego świata! To zaklęcie sprawiło, że podczas każdego snu w jej krainie będzie przenosić się w nasze strony! A gdy u nas będzie śnić, wtedy jej życie toczyć się będzie w jej wymiarze. Jednak czas nie będzie w obu światach równoległy: jej popołudniowa drzemka może ją tu zatrzymać na dwa dni bez snu. Ta dziewczyna ma teraz dwa życia, a każde z nich może niestety zakończyć śmierć.
To ostatnie słowo, które padło z ust kobiety, odbiło się od gołych ścian chatki i rozbrzmiało echem.
- Czyli - zaczęłam nieśmiało zastanawiać się na głos - oznacza to, że jeżeli za chwilę zginę przeszyta mieczem przez pani wnuka, będzie to oznaczało, że nigdy więcej nie powrócę we śnie do tego świata?
- Zgadza się - przytaknęła ochoczo staruszka, najwyraźniej ucieszona tym, że pojęłam jej słowa.
- W takim razie możemy się ciebie szybko i łatwo pozbyć - stwierdził z satysfakcją Vincent, a jego ręka powędrowała do tego miejsca u boku pasa, przy którym trzymał broń.
Ogarnął mnie chłód.
- Nie, wnuku. Źle zrobisz, jeśli to uczynisz.
- Ale będzie gorzej, jeżeli ktoś się dowie, że ona jest skutkiem naszego zaklęcia i jest odporna na magię! Nie wiadomo, w jaki sposób mogliby to wykorzystać moi przeciwnicy. - Król się denerwował, spoglądając na mnie gniewnie.
- Więc nie pozwól na to - ucięła Perpetua i podniosła się ze swojego miejsca. - Ukryj ją na zamku, uczyń ją jedną ze swoich sług lub powierz jej funkcję sprawowaną obecnie przez Alicję. Obojętne mi to. Jedno jest pewne: musicie już wracać.
Również wstałam i spojrzałam na pana w oczekiwaniu na jego rozkazy.
- Za mną - wycedził, ale zanim wyszedł, ucałował z szacunkiem rękę swej babki. Sama ograniczyłam się jedynie do lekkiego skinienia głową. Jakoś nie mogłam jej wybaczyć tych ostatnich słów, które, jak podejrzewałam, wiązały się z zamknięciem mnie w jakimś lochu. Niespodziewanie, jakby odgadnąwszy moje myśli, kobieta uśmiechnęła się do mnie.
- Nie bój się, on cię nie skrzywdzi - powiedziała ciepłym głosem i położyła swoją dłoń na moim ramieniu, aby dodać mi otuchy. Przy okazji zauważyłam, że na jej ręce brakuje końcówek palców: opuszków i paznokci. Perpetua chyba zauważyła moje nagłe zakłopotanie i cofnęła szybko dłoń. Lekkim ruchem głowy wskazała drzwi.
Vincent stał już obok swojego wierzchowca i spoglądał na zamek w oddali, który z pewnością należał do niego.
- Podejdź - zakomenderował, a ja niechętnie wykonałam polecenie. Niedbałym pociągnięciem nasunął mi kaptur czarnego płaszcza na głowę, a następnie zabrał się do krępowania moich rąk sznurem, którego koniec przyczepił do swojego siodła. Przelękłam się, gdy pomyślałam o tym, co za chwilę nastąpi.
- Przecież nie nadążę za tym koniem!
Vincent tylko uśmiechnął się pogardliwie na mój akt paniki.
- Pojadę wolno.
Pewnym ruchem dosiadł swojego rumaka i ruszyliśmy.
Mój król. Jak to śmiesznie brzmiało. Dotychczas rozkazywać mi i stanowić o obowiązującym mnie prawie mogli co najwyżej rodzice oraz posłowie wybierani przeze mnie w wyborach. Tymczasem znalazłam się w świecie, w którym władzę miał jeden człowiek i mógł ją narzucić każdemu. Na początek obrał sobie za cel poniżenie mnie, ale zacisnęłam zęby. Postanowiłam, że nie będę narzekać, nie dam mu tej satysfakcji.
Kierowaliśmy się w stronę zamku, tak jak się spodziewałam, a droga, którą zapewne celowo wybrał Vincent, usypana była drobniutkimi, ale za to ostrymi kamieniami, boleśnie raniącymi moją skórę. Mimo że zgodnie z wcześniejszą obietnicą król prowadził konia chyba najwolniej, jak się dało, ból przy każdym kroku stawał się nie do zniesienia. Zerknęłam na swoje stopy i na broczącą z nich krew. Z trudem zmusiłam się do spojrzenia przed siebie i zagryzając wargi, hamowałam łzy. W głębi duszy rodziła się we mnie coraz większa nienawiść do Vincenta, który jadąc przede mną, ani razu na mnie nie spojrzał, nie odezwał się do mnie i generalnie zachowywał się tak, jakby prowadził za sobą... jeńca.
O tak. Jeniec. Zdobycz. To chyba najlepsze słowa, jakie opisywały moją sytuację. Stałam się zakładnikiem we własnym śnie z gatunku tych, po których mocno boli głowa i przez cały dzień nie możemy się otrząsnąć z dojmującego poczucia nieszczęścia.
Rozdział 3.
Królewski zamek
Otworzyłam oczy. Sufit. Przekręciłam głowę. Stolik nocny, mała lampka i pusty kubek po kawie. Szybko usiadłam na łóżku. Nie wierzyłam własnemu szczęściu. Najwidoczniej musiałam się obudzić!
- Co za koszmar - mruknęłam i zerknęłam na zegarek: szósta pięćdziesiąt dwie. Mój budzik miał zadzwonić dopiero o ósmej, ponieważ dziś zajęcia na uczelni zaczynałam później niż zwykle. Nie zdecydowałam się jednak na dłuższe wylegiwanie się i wstałam. Mimowolnie zerknęłam na swoje stopy: skóra na nich nie była rozcięta.
Chwyciłam się za głowę i schowałam ją między kolanami. Czułam się źle. Pamiętałam, co przed chwilą się wydarzyło. Każdy szczegół, każdą napotkaną osobę i widok pomieszczeń, które przyszło mi odwiedzić. Wszystko było niewiarygodnie realistyczne, jak w żadnym z moich dotychczasowych snów. A słowa tej kobiety o zaklęciu...
Pomyślałam sobie, że zwariowałam. Odbiło mi. Stałam się jedną z tych niepoczytalnych osób, o których słyszy się w telewizji. Pewnie niedługo stracę świadomość na tyle, że zapomnę, kim jestem.
- O nie, twoje niedoczekanie - powiedziałam znowu sama do siebie i powzięłam stanowczą decyzję: spróbuję zasnąć. Jeżeli tym razem nie przeniosę się do tamtej krainy, będzie to oznaczało, że jestem normalna.
Położyłam się i naciągnęłam kołdrę na głowę.
Przez długi czas się kręciłam, nie mogąc ułożyć się na swoim łóżku, a kiedy w końcu znalazłam wygodną pozycję, poczułam nieznośny ból w stopach. Otworzyłam oczy i zesztywniałam.
Leżałam na skraju drogi, którą Vincent prowadził swojego konia. Nie miałam już skrępowanych rąk, a moje stopy były owinięte jakimiś szmatami. Nie byłam jednak sama. Niedaleko mnie stał król, ale nie widział, jak się budzę. Był odwrócony do mnie plecami, a swoją prawą rękę zaciskał na szyi jakiegoś wieśniaka, którego trzymał kilka centymetrów nad ziemią.
- Zostaw go! - krzyknęłam, a ręce Vincenta się rozluźniły. Mężczyzna upadł i zaczął nerwowo nabierać głębokimi haustami powietrza.
- Coś ty powiedziała? - wycedził król, a jego wykrzywiona gniewem twarz zwróciła się w moją stronę.
Ups.
- Przepraszam, że ośmielam się przerywać tobie, o wielki i gromowładny władco - zaczęłam trochę ironicznie, po czym dodałam stanowczo: - Nie chcę, aby temu człowiekowi stała się krzywda.
- Widział więcej, niż powinien - oznajmił mężczyzna stanowczo i zwrócił się w stronę przerażonego wieśniaka.
- Królu, ja nikomu nie powiem! Przysięgam! - Biedak klęknął, ale Vincent to zignorował. Pstryknął palcami, a twarz mężczyzny natychmiast zbladła. Jego oczy zamarły, usta zastygły w bezruchu i cicho osunął się na ziemię.
Z mojego gardła wydostał się głuchy jęk, więc szybko zakryłam dłonią usta. Łzy mimowolnie pojawiły się w kącikach moich oczu, a ciałem wstrząsnął dreszcz. Właśnie byłam świadkiem zabójstwa człowieka.
Vincent wyciągnął rękę przed siebie, a wtedy trup wieśniaka zapadł się pod ziemię.
- Coś ty narobił! - wykrztusiłam z siebie, ledwo opanowawszy dygot. Król zaszczycił mnie swoim pustym wzrokiem.
- Tak musiało się stać - stwierdził zimno.
- Że co?! Ty... ty... nie masz pojęcia, o czym mówisz! - krzyknęłam rozpaczliwie. - Żaden człowiek nie zasługuje na śmierć! Zwłaszcza gdy błaga na kolanach o życie! Nie masz moralnego prawa, aby zabijać!
- Jestem królem, przypominam ci o tym - odparł beznamiętnie.
Objęłam kolana rękoma i zacisnęłam powieki. Pragnęłam teraz usnąć i wrócić do swojego świata. Milion razy bardziej wolałam pójść na znienawidzone przeze mnie zajęcia z filozofii, niż być świadkiem takich scen.
- Krwawiłaś. Zemdlałaś. Opatrzyłem ci rany. Ten wieśniak to widział. Gdyby rozpowiedział o tym, że twoja krew jest czerwona, nie przeżyłabyś długo w tym świecie - wytłumaczył Vincent. Albo się przesłyszałam, albo próbował mi wmówić, że przez kolor substancji płynącej w moich żyłach zginął człowiek.
Nie odpowiedziałam. Król najwyraźniej uznał, że udzielił mi satysfakcjonującego wyjaśnienia, i dodał:
- Jedźmy.
Tym razem nie musiałam iść pieszo. Vincent posadził mnie przed sobą na koniu. Czułam wstręt, gdy jego ręka mnie objęła i gdy podczas galopu nasze ciała ocierały się o siebie. Mężczyzna chyba zauważył tę niechęć i spiął konia, aby ten przyspieszył.
Po jakimś czasie wjechaliśmy do miasteczka okalającego królewski zamek. Z daleka wydawało mi się ono nieco mniejsze, ale gdy zagłębiliśmy się w labirynt wąskich uliczek, szybko straciłam i tak kiepską orientację w terenie. Zauważyłam, że ludzie, którzy kręcili się tu i ówdzie, na nasz widok szybko uskakiwali w bok i padali na kolana, prawdopodobnie zdjęci strachem przed swoim władcą. Przed chwilą miałam okazję podziwiać, jak wyglądają jego rządy. Może lepiej byłoby, abym została zabita? Nie musiałabym więcej oglądać takich obrazków.
Im bliżej zamku byliśmy, tym droga stawała się szersza, a domostwa po jej bokach większe i ładniej wykończone. W końcu pojawiły się także drzewa oraz inna roślinność na poboczu. Tylko czekałam, aż wśród tego przepychu dostrzegę palmy rodem z Hollywood i aleję odciśniętych rąk sławnych osób z Magicznego Świata.
Nie było mi jednak dane ich zobaczyć. Zamiast tego ulica uległa zwężeniu, gwałtownie skręciliśmy i wjechaliśmy na zwodzony most. Po jego drugiej stronie wyrosła przed nami gigantyczna budowla, którą wcześniej widziałam tylko z oddali.
Królewski zamek.
Straże stojące po obu stronach drogi patrzyły na nas uważnie, a gdy rozpoznały konia Vincenta, zasalutowały kolejno, co wyglądało dla mnie dość zabawnie, bo skojarzyło mi się z falą robioną przez kibiców na trybunach. Szybko się jednak opanowałam, przypomniawszy sobie wydarzenia sprzed kilku chwil.
Koń wyhamował, gdy tylko znalazł się na dziedzińcu. Natychmiast pojawiło się przy nas dwóch ludzi w czarnych płaszczach, a także chłopak w koszuli tego samego koloru. Wszyscy skłonili się głęboko, gdy król zeskoczył z konia.
- Zawołać mi Mattiasa. Teraz - zakomenderował.
- Tak, panie - odparło szybko dwóch mężczyzn. Okryli swoje głowy kapturami, po czym oddalili się prędko, a Vincent zwrócił się do jednego z nowo przybyłych:
- Uszykuj dla mnie Błyskawicę. Wracam do Lasu Pagitty. Grom niech odpocznie, wyczesz go dobrze oraz nakarm - rzucił zwięźle, a potem nagle chwycił mnie w pasie i postawił na ziemi. Chłopak szybko złapał za lejce i oddalił się razem z koniem.
- Nie mamy dużo czasu - zwrócił się do mnie król. - Mam inne zajęcia niż niańczenie cię, dlatego zajmie się tobą mój kuzyn, Mattias. Jeżeli chcesz tutaj przeżyć...
- Nie chcę - rzuciłam szybko, ale Vincent mnie zignorował.
- ...to musisz pamiętać o kilku prostych zasadach. Pierwsza: nie zrań się. Nikt nie może się dowiedzieć, jakiego koloru jest twoja krew. Po drugie: nie mów o swoim prawdziwym pochodzeniu. Nie ufaj nikomu poza mną i Mattiasem. Nie buntuj się, bo źle się to dla ciebie skończy. Wieczorem wydam co do ciebie szczegółowe rozporządzenia. Radzę się do nich stosować.
Po tych słowach Vincent odwrócił się na pięcie i odszedł jak gdyby nigdy nic. Dotarło do mnie, że po raz pierwszy zostałam sama. Rozejrzałam się. Nigdzie żywej duszy. Żaden obcy człowiek nie próbował mnie wsadzić na konia, nikt mnie nie ciągnął w kolejne nieznane mi miejsce. Na wybrukowanym dziedzińcu znajdowała się fontanna, wokół niej w donicach ktoś zasadził różnego rodzaju kwiaty, których nazw nie mogłam przywołać z pamięci. Dostrzegłam między nimi ławeczkę i zdecydowałam się na niej usiąść. Woda przyjemnie szumiała, a słońce mocno przygrzewało mimo wczesnej pory.
Byłam ciekawa, dlaczego nikt mnie nie pilnował. Przecież to królewski zamek! A gdybym była jakimś płatnym mordercą czy Kubą Rozpruwaczem i chciała się tu zaczaić na Vincenta? Kto by mnie powstrzymał?
Odpowiedź poznałam, gdy skierowałam swój wzrok na mury. Nie zdążyłam jednak zrobić nic więcej, jak drgnąć z zaskoczenia, ponieważ usłyszałam niski, zachrypnięty męski głos.
Rozdział 4.
Mattias de domo Margoletti
- Nie trzeba się ich bać. No chyba że nie masz zbyt czystych intencji.
Nie odpowiedziałam, ponieważ mój wzrok zatrzymał się na okalającym jedną z zamkowych wież ganku, gdzie stali strażnicy podobni do tych, których już spotkałam na moście. Jedyną różnicą było to, że ci goście tam wysoko mieli broń wycelowaną we mnie i najwyraźniej byli gotowi w każdej chwili oddać strzał. Ale skoro nie miałam nic na sumieniu, to chyba nie powinni stanowić dla mnie zagrożenia?
Uprzytomniłam sobie, że ktoś się odezwał. Zerknęłam w stronę, skąd wcześniej dosłyszałam słowa, i ujrzałam uśmiechniętego, bosko umięśnionego młodego mężczyznę, jednak w dość niechlujnym (acz bogato zdobionym) stroju i z rozczochraną burzą kędzierzawych włosów na głowie.
- Gdzież moje maniery pierwszego kawalera na tym zamku? Jestem Mattias Jonathan Walter Patrick de domo Margoletti - wyrecytował i skłonił się przede mną głęboko. Wstałam ze swojego miejsca.
- Kiara de domo Konwalicka - odparłam i dygnęłam, rozłożywszy poły czarnej peleryny, którą zostawił mi Vincent. Oboje się wyprostowaliśmy, a mężczyzna nie krył zdziwienia.
- Czy to już koniec tej niewątpliwie uroczej, krótkiej prezentacji? - zapytał, a ja się zmieszałam, nie wiedząc, o co mu chodziło. Jakie jeszcze informacje miałam wyjawić podczas pierwszego spotkania? Rozmiar buta?
- To znaczy... - Mattias się spłoszył. - Sądziłem, że panna, nad którą opiekę mi powierzono, pochodzi ze stanu książąt, skoro jest specjalnym gościem mojego kuzyna.
- W takim razie proszę o wybaczenie, obawiam się, że Konwaliccy nie mają żadnych szlacheckich korzeni.
- Ciekawe. Vincent kazał mi zaopatrzyć pannę w strój odpowiedniejszy dla gościa stolicy Magicznego Świata i pokazać jej okolicę. Zanim jednak gdziekolwiek pojedziemy, zjedzmy coś, a ja, jeśli panna pozwoli, zmienię swoje odzienie na nieco bardziej wyjściowe?
Skinęłam głową i dałam się powieść Mattiasowi do gigantycznej sali, w której znajdował się stół, a przy nim rząd krzeseł. Spoczęłam na jednym z nich, a chwilę potem zza drzwi w kącie pomieszczenia wyszedł młody chłopak, ubrany podobnie jak stajenny, z tym że jego strój był schludniejszy.
- Obsłuż zacnie tę pannę podczas mojej nieobecności. Jest królewskim gościem, więc się postaraj, aby zapamiętała pobyt tutaj jak najlepiej - rozkazał surowo Mattias, a sługa ukłonił się przed nim niemalże do samej ziemi.
- Tak, książę.
- Wrócę najszybciej, jak się da. W tym czasie nie żałuj sobie niczego. Moje motto to "jedz, pij i baw się na koszt królewskiego skarbu"! - stwierdził radośnie Mattias, mrugnął do mnie, a następnie opuścił salę.
- Czego sobie panna życzy na śniadanie, panno...? - zapytał sługa, kiedy zostaliśmy sami, a ja posłusznie dokończyłam:
- Panno Kiaro. Wiesz co, przynieś mi cokolwiek, tylko niech to nie będzie surowe mięso i niech będzie podane w małych ilościach w czystych naczyniach - oznajmiłam z pewną obawą co do jakości tutejszej gastronomii.
Chłopak się ukłonił. Skinęłam mu głową, co zaskoczyło go chyba nie bardziej niż moje zamówienie, i zniknął za drzwiami, zza których wcześniej się wyłonił. W oczekiwaniu na posiłek zaczęłam się rozglądać po wystawnym wnętrzu. Na drugim końcu sali stali dwaj strażnicy z wycelowaną we mnie bronią. Środki ostrożności w tym miejscu były naprawdę zdumiewające. Chyba żaden prezydent na świecie nie był tak dobrze chroniony jak ten zakichany król Vincent, który, biorąc pod uwagę jego moc, prawdopodobnie wcale tej ochrony nie potrzebował.
Wkrótce sługa wrócił z kilkoma talerzami w rękach. Ustawił przede mną różne potrawy, po czym napełnił mój kielich czerwonym winem.
- Życzę pannie smacznego, panno Kiaro - rzekł uprzejmie, a następnie wrócił do swoich zajęć i zostawił mnie samą. Zajęłam się znajdującymi się przede mną smakołykami. Moje życzenia zostały uwzględnione: talerze lśniły, dania pachniały pysznie, więc ochoczo spróbowałam kilku z nich. Były dobre. Naprawdę dobre. Lepsze niż obiady mojej mamy, ale tego nigdy jej nie powiem.
- Smakuje? - zapytał Mattias, który wrócił, gdy kończyłam jedzenie. Zerknęłam na niego. Wyglądał lepiej niż poprzednio: jego ubranie było uporządkowane, włosy zaczesane gładko do tyłu, twarz ogolona. Niestety niewyspania, które zdradzała sina skóra pod oczami, nie dało się tak łatwo ukryć.
- Wszystko jest pyszne. Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak byłam głodna.
Mattias się zaśmiał.
- Każdy, kto choć raz spróbował dań naszych kucharzy, już nigdy nie powie, że jadł coś lepszego. Król Vincent dba o jakość oraz wysokie standardy. Właśnie dlatego nie możesz chodzić po tych korytarzach ubrana... w spodnie - zakończył Mattias, wyraźnie zażenowany tym, że musiał mi wytknąć ten szczegół. Zauważyłam też, że przestał się do mnie zwracać per panno.
- W takim razie nie traćmy czasu. Może znajdziemy coś, w czym nie będę wyglądać jak straszydło - stwierdziłam ochoczo i wstałam od stołu.
- Ekhm... No tak... - Mężczyzna chrząkał, starając się ukryć rozbawienie. - Nie będę oponował przeciwko tym planom. W drodze porozmawiamy sobie trochę o panujących w tych stronach zasadach eleganckiej konwersacji.
- Spoko - odparłam, a Mattias, nie mogąc się już powstrzymać, parsknął śmiechem.
***
- Król nie zdążył mi wspomnieć, z jakiej krainy panna pochodzi. Może teraz panna raczy nadrobić te zaległości? - zaczął Mattias, kiedy karoca ruszyła.
Nie spodobało mi się, że gdy tylko znaleźliśmy się wewnątrz, zasłonił okna. Nie żebym chciała podziwiać widoki albo miała klaustrofobię czy coś w tym stylu. Po prostu siedzenie w ciemnym, a do tego niezbyt przestronnym pomieszczeniu z obcym człowiekiem to żaden komfort dla mojej i tak już roztrzęsionej dziś psychiki. Do tego ponownie ten oficjalny ton! Trzeba z tym skończyć.
- Mattias, czy możemy zwracać się do siebie na "ty", omijając te śmieszne konwenanse? - zapytałam, ale mój rozmówca zdążył tylko skinąć głową na znak zgody, bo nie dałam mu dojść do głosu. - Świetnie. W takim razie, Mattiasie, nie mogę ci wyjaśnić, skąd pochodzę. Skoro twój pan i władca ci tego nie wyjawił, również nie czuję takiej potrzeby.
Mężczyzna odchylił się na swoim siedzeniu. Spojrzał na mnie z podziwem.
- No proszę, już się stawiamy? Pierwszego dnia w stolicy?
- Oby ostatniego - ucięłam.
Dalsza część podróży minęła w milczeniu. Mattias kilka razy wyraźnie się zbierał, aby nawiązać rozmowę, ale ja nie paliłam się do pogaduszek.
Czułam, że wszystko, co działo się wokół mnie, nie jest snem, lecz czymś bardziej realnym. Powinnam zacząć się odnajdywać w nowej sytuacji, ale nadal trudno było mi przyjąć to do wiadomości.
- Jesteśmy na miejscu. Pozwolisz? - Gdy tylko nasz pojazd wyhamował, Mattias zwinnym ruchem z niego wyskoczył i pomógł mi wysiąść. Znajdowaliśmy się przed czymś, co nazwałabym wypożyczalnią strojów teatralnych: na to wskazywałyby suknie znajdujące się na wystawie. Jęknęłam na widok tych wszystkich gorsetów, koronek i falbanek tyleż pięknych, co z pewnością niewygodnych.
Weszliśmy do środka.
- Czy zastałem Marię? - rzucił w przestrzeń Mattias.
- Zależy, kto pyta - odezwał się cichy kobiecy głos. Zza kotary po lewej wyszła drobna postać, ubrana w pstrokatą, bufiastą suknię (w stylu tych, które znajdowały się w witrynie). Pomarszczoną twarz nieznajomej okalały luźne kosmyki siwych włosów, buntowniczo niedające się upiąć w komicznie duży kok na szczycie głowy.
- Witaj - rzekł Mattias i zgiął się wpół przed kobietą, a ona w odpowiedzi lekko skinęła mu głową. - Pozwolisz, że przedstawię: oto panna Kiara de domo Konwalicka.
Tu zostałam lekkim kuksańcem zmuszona przez mojego towarzysza do dygnięcia.
- Jest królewskim gościem i musi mieć natychmiast strój odpowiadający tutejszej modzie. Tam, skąd przybywa, najwyraźniej nie słyszano o twoich zniewalających projektach, pani.
Kobieta mierzyła mnie przez chwilę świdrującym wzrokiem, po czym szybko się odwróciła i kazała mi pójść za sobą. Mattias delikatnie pchnął mnie w stronę kotary, za co zgromiłam go wzrokiem. Czy ja wyglądam na sklepowy wózek?!
Sala, do której przeszłam, była dobrze oświetlona, czysta i przestronna, mimo wszechobecnych manekinów z sukniami.
Widoczne tutaj stroje byłam gotowa włożyć i nie zdejmować ich aż do śmierci. Ze zdziwienia otworzyłam usta.
- Myślę, że wybierzemy dla panny coś w czerwieni.
Maria zaczęła przymiarki. Mattias usiadł na kanapie pod ścianą, zdawał się drzemać, a ja stanęłam na podwyższeniu na środku sali i dałam się wbijać w niewygodne gorsety, spódnice i halki.
W pewnym momencie usłyszeliśmy krzyki w oddali. Królewski kuzyn otworzył oczy (chwała Bogu, że byłam akurat ubrana), a krawcowa zastygła w bezruchu.
- Co się dzieje? - zapytałam niespokojnie, ale nie dostałam odpowiedzi, bo mój towarzysz zerwał się i wybiegł szybko z sali.
- Hej! Nie waż się mnie zostawiać! - krzyknęłam za nim i rzuciłam się do biegu, choć utrudniał mi to mój nowy strój.
Usłyszałam za sobą krzyk:
- Nie skończyłam wiązać gorsetu!
Nie zatrzymałam się. Wypadłam niczym przeciąg z zakładu krawieckiego Marii i błyskawicznie się rozejrzałam, by rozeznać się w sytuacji.
Na ulicy, wcześniej pustej, gromadził się teraz tłum ludzi zarówno bogato, jak i ubogo wyglądających, co było dość dziwne, biorąc pod uwagę, że znajdowaliśmy się bliżej zamku, czyli w bardziej ekskluzywnej części stolicy. Przez środek tej ciżby przeciskało się wojsko, otaczające zwartym szykiem kilka osób. Zebrani tu ludzie byli wyraźnie podzieleni w swoich opiniach na temat tego zajścia.
- Zabić ich!
- Na stos!
- Zostawcie tę biedną dziewczynę! Fatmo, nie daj się!
- Rewolucjonistom powinno się od razu ścinać głowy!
Zaskoczona całym zajściem, przylgnęłam do ściany, aby nie zostać rozdeptana. Wzrok skupiłam na dziewczynie nazywanej Fatmą, która najwyraźniej wywołała całe zamieszanie.
Nie wiedziałam, czym sobie zasłużyła na aresztowanie, ale nie wyglądała mi na morderczynię ani żadnego groźnego przestępcę. Miała na sobie prostą, skromną niebieską suknię. Włosy związane w warkocz odsłaniały hipnotyzującą twarz: nieskazitelnie białą, piękną, skupioną. Dziewczyna zdawała się być ponad całym tym zgromadzeniem. Wzrok miała trochę nieobecny i skierowany w jedną stronę. Podążyłam za jej spojrzeniem i ku własnemu zaskoczeniu ujrzałam, że Fatma patrzy na... Mattiasa!
- Mattias! - krzyknęłam w jego stronę, ale nie było szans, aby mnie usłyszał w tym hałasie. Zresztą kuzyn króla zdawał się nie zwracać uwagi na to, co działo się wokół niego. Przeciskał się w stronę aresztowanej dziewczyny, co wyraźnie ją zaniepokoiło. Chciała się cofnąć, ale natychmiast zagrodzono jej drogę.
- Ona pójdzie ze mną! - ryknął Mattias, chwycił Fatmę mocno za rękę i wyprowadził z kordonu strażników, którzy niechętnie na to przystali.
- Na co się gapicie?! Rozejść się! - krzyczał Mattias do tłumu. Ludzie przycichli i pospiesznie zaczęli się oddalać, podczas gdy wojsko ruszyło z pozostałymi jeńcami w stronę zamku. Gdy tylko zrobiło się więcej miejsca, spróbowałam przecisnąć się w stronę obserwowanej przeze mnie dwójki. Jednak kiedy znalazłam się bliżej, to, co zobaczyłam, zmusiło mnie do powtórnego zatrzymania się.
- Zostaw mnie! Nie chcę cię znać! - jęczała Fatma, próbując wyrwać się z silnych rąk wściekłego w tej chwili Mattiasa.
- Jak śmiałaś spiskować przeciwko Vincentowi?! Postradałaś resztki rozumu?! Nie wiesz, co ci teraz grozi?!
- W takim razie puść mnie, a ucieknę i uniknę śmierci na szubienicy!
- Jak śmiesz mnie o to prosić?!
Wydarzenia potoczyły się bardzo szybko. Gdy Mattias wymierzył dziewczynie policzek, nie zastanawiałam się ani chwili. Ruszyłam ze swojego miejsca. Zareagowałam instynktownie: uderzyłam mężczyznę w jego najwrażliwsze miejsce. Zaskoczony puścił Fatmę, która bez namysłu rzuciła się do ucieczki. Poszkodowany Mattias nie był zdolny do ścigania jej, więc swoją złość wyładował na mnie.
Zdezorientowana cofnęłam się o krok i chwyciłam za twarz. Łzy bólu po nieoczekiwanym ciosie napłynęły mi do oczu. Kilka osób, które nadal znajdowały się na ulicy, nie widziało lub nie chciało widzieć tego, co właśnie się wydarzyło.
- Nigdy więcej... nie waż się... - dyszał wzburzony Mattias, trzymając się za krocze, które musiało go nieźle piec po moim ciosie kolanem.
Nie zdążyłam odpowiedzieć nic mądrego, bo zza rogu dobiegł nas tętent kopyt. Odwróciliśmy wzrok w tamtą stronę akurat w tym samym czasie, gdy zza jednego z domów wyłonił się nie kto inny jak...
Vincent.
Król Vincent.
Rozdział 5.
Nowy Czarny Kapturek
Vincent wydawał się równie zaskoczony jak my.
- Co tu robicie? - spytał chłodno i spojrzał na nas podejrzliwie. Nadal trzymając rękę przy twarzy, otworzyłam usta, by coś powiedzieć, ale Mattias był szybszy.
- Dzięki twojej nowej znajomej Fatma właśnie uciekła.
Słowa te podziałały na króla niczym płachta na byka. Jego zimny wzrok spoczął teraz na mnie, a ja spuściłam oczy w przekonaniu, że nie wytrzymam tego spojrzenia. Kilku wojskowych, którzy siedzieli na koniach tuż za Vincentem, wstrzymało oddech.
- Zabierz ją do zamku - wysyczał przez zaciśnięte zęby król. - Niech Baltazar sporządzi jej portret. Jutro po tych ulicach będzie chodził nowy Czarny Kapturek.
Za tymi słowami musiało kryć się coś przerażającego, skoro Mattias zrobił się blady ze strachu.
- Tak jest, panie - odparł.
Vincent zawrócił konia i wydał strażom krótką komendę: "znajdźcie ją", a następnie samotnie pogalopował na białym rumaku w stronę zamku, nie zaszczyciwszy spojrzeniem mnie ani Mattiasa, któremu nareszcie udało się wyprostować po wcześniej doznanym uszczerbku.
Rozejrzałam się szybko w poszukiwaniu innych świadków zajścia, ale tłum ulotnił się już wcześniej. Zostaliśmy sami. Mój towarzysz nie wiedział, co powiedzieć, a ja nie zamierzałam mu ułatwiać rozpoczęcia rozmowy. Na jego szczęście Maria wychyliła się zza drzwi swojego domu.
- Czy dobrze słyszałam? - Jej głos drżał, co nie napawało mnie optymizmem.
- Będziemy potrzebować czarnej sukni - mruknął naburmuszony Mattias. Z żalem spojrzałam na czerwone cudo, które miałam na sobie. Jakkolwiek niewygodny był ten gorset, a falbany drapały moją skórę, czułam, że udawanie księżniczki zaczyna mi sprawiać frajdę. Uznałam jednak, że nie będę protestować. Chyba na dziś nawarzyłam sobie wystarczająco dużo piwa, które teraz należało wypić.
W pracowni zapanowała grobowa atmosfera. Po raz kolejny stanęłam na podwyższeniu pośrodku sali. Mattias usiadł na kanapie w kącie, ale nie wydawał się już tak zrelaksowany jak wcześniej. Twarz ukrył w dłoniach, a łokcie oparł na kolanach. Można było się tylko domyślać, jak wielki chaos panował teraz w jego głowie.
A co ze mną? Przede wszystkim nie czułam się winna. Coś w głębi mojej duszy mówiło, że zrobiłam dobrze, ale chyba tu nie należało się do tego przyznawać. Najwyraźniej postąpiłam gorzej niż niewłaściwie i musiałam ponieść karę. Czy miało być nią noszenie czarnej sukni, w którą właśnie ubierała mnie Maria?
- Proszę, możesz się teraz sobie przyjrzeć - powiedziała, a ja zeszłam z platformy i podeszłam do dużego lustra nieopodal.
Nie dało się zaprzeczyć: w odbiciu znajdowała się moja twarz. Strój, który teraz miałam na sobie, był bardzo prosty i skromny, za to dzięki brakowi zdobień oraz gorsetu okazał się niezwykle wygodny.
- Czas na nas - stwierdził Mattias. Obsypał krawcową kolejnymi komplementami i podziękował jej za pomoc. Zdecydowałam się wyrazić wdzięczność dygnięciem i ciepłym uśmiechem, ale kobieta potraktowała mnie niczym powietrze.
***
- Możesz przestać się wiercić?
- Przepraszam - burknęłam w odpowiedzi. Starałam się nie ruszać, ale trudno było mi ukryć znudzenie. Od kilku godzin pozowałam królewskiemu malarzowi Baltazarowi, stojąc w cieniu przy zamkowym murze. Znajdujący się przede mną artysta w średnim wieku przez cały czas okazywał swoje niezadowolenie: a to za nisko trzymałam brodę, a to znowu celowo utrudniałam mu pracę, zmieniając nieoczekiwanie wyraz twarzy.
Jednakże on, w przeciwieństwie do mnie, mógł siedzieć i nie czuł odrętwienia w nogach. Nie okazywał też żadnych oznak zmęczenia, a jego pomocnicy, którzy siedząc za nim, uwijali się zręcznie niczym pszczółki, kopiowali skrupulatnie dzieło mistrza.
Słońce powoli zachodziło i dzień chylił się ku końcowi. Odkąd Mattias oddał mnie w ręce tych pseudoartystów, minęło sporo czasu. Nie do końca rozumiałam, jaki sens miało malowanie moich miniaturowych portretów z podpisem "Czarny Kapturek".
- I jak tam, Baltazarze, kończycie?
Odwróciłam głowę w stronę, z której dobiegał głos Mattiasa, na co malarz po raz kolejny syknął:
- Nie ruszaj się!
Było jednak za późno, bo zmieniłam pozycję. Ujrzałam królewskiego kuzyna, który jedną ręką opierał się o ścianę zamkową, a w drugiej trzymał do połowy pustą butelkę jakiegoś trunku. Mężczyzna trochę się chwiał, co świadczyło o tym, że był nietrzeźwy, ale sądząc po jego pochmurnej minie, najwyraźniej alkohol nie poprawił mu humoru.
- Wystarczy, zanieście te ulotki sługom. Zostawcie nas samych - rozkazał Mattias, a Baltazar pokornie się ukłonił i wraz ze swoimi uczniami zebrał prace.
Usiadłam na trawie, by rozprostować zbolałe nogi. Mattias przykucnął tuż obok, ale nie spojrzałam na niego. Dostojnie (no cóż, przynajmniej chciałam, żeby to tak wyglądało) wpatrywałam się w dal przed sobą. Woda szumiała niedaleko moich stóp, a w oddali rysowała się ciemna ściana lasu. Wbrew wyczerpaniu dzisiejszym dniem poczułam, że ten świat może też mieć swoją dobrą, jasną stronę.
Mattias wyciągnął do mnie butelkę.
- Chcesz?
- Nie - odparłam z odrazą.
- Twoja sprawa. - Wzruszył ramionami i pociągnął łyk trunku. - Na twoim miejscu bym się napił.
Spojrzałam na niego zirytowana.
- Co jest nie tak z moim położeniem?
- Popadłaś w niełaskę króla. Była wina, będzie kara - stwierdził ze stoickim spokojem.
- Chyba będzie kara bez winy. Nie czuję, abym zrobiła coś złego.
- Czy wiesz, kim jest Fatma?
- Nie do końca. Z tego, co zrozumiałam z krzyków tłumu, jest jakąś rewolucjonistką i część ludzi z tego miasta chętnie ujrzałaby ją na stosie. Mam rację?
- Owszem. Fatma jest przywódczynią Ruchu Błękitnych, który dąży do zabicia Vincenta i przejęcia władzy w tym mieście.
- Może należy jej na to pozwolić? Wyglądała mi na taką, która potrafiłaby rządzić o wiele lepiej niż twój naburmuszony kuzyn.
Usłyszawszy moje słowa, Mattias uśmiechnął się z politowaniem.
- Nie wszystko jest takie, na jakie wygląda. Wróćmy jednak do sprawy, którą przyszedłem tu z tobą omówić.
Mężczyzna znowu się napił, a z oddali odezwały się dzwony.
- Słyszysz?
- Yhm. - Objęłam kolana rękoma, a potem położyłam na nich głowę. Zmęczenie doskwierało mi coraz bardziej. - Co oznacza ten dźwięk?
- Właśnie palą na stosie Alicję, dotychczasowego Czarnego Kapturka.
Przeszedł mnie zimny dreszcz.
- Baltazar malował moją podobiznę z tym podpisem.
- Robił to, ponieważ za chwilę całe miasto zobaczy portret nowego Czarnego Kapturka. A teraz lepiej się napij, bo naprawdę nie chcesz dalej słuchać na trzeźwo.
Wzięłam butelkę z ręki Mattiasa i pociągnęłam z niej łyk. Myślałam, że w środku jest wino, ale to była czysta wódka, którą od razu się zakrztusiłam.
- Zabierz to ode mnie - wykaszlałam i oddałam trunek mężczyźnie. Mój rozmówca nie wyśmiał mojego braku doświadczenia w piciu alkoholu, co trochę zrehabilitowało go w moich oczach po wcześniejszych wydarzeniach.
- Kiaro, musisz wiedzieć, kim jest Czarny Kapturek, bo jutro nim zostaniesz - zaczął powoli i spojrzał na mnie. - Skup się teraz: wiem już, że nie jesteś z Magicznego Świata, a wszystko, co tutaj widzisz, jest ci obce. Na początek musisz sobie uświadomić, że tutejsze społeczeństwo dzieli się na cztery klasy. Najwyższą stanowi król wraz z rodziną. Drugą książęta Tergotu, Paladrynu, Salhaimu i Rabrodinu, trzecią mieszczaństwo i chłopstwo, najniżej zaś są słudzy.
- Gdzie tu jest miejsce dla mnie? - spytałam z niepokojem.
- Właśnie to próbuję ci przekazać. Ty zostaniesz Czarnym Kapturkiem: osobą spoza tych wszystkich klas.
- To dobrze czy źle?
Mattias milczał przez chwilę.
- Ta funkcja jest postrzegana bardzo negatywnie - odezwał się w końcu. - Związane jest to z tym, że będziesz musiała zajmować się Perpetuą: starą królową, której tu wszyscy nienawidzą. Do tego każdy mieszkaniec Magicznego Świata ma prawo zgłaszać ci swoje skargi, a przy tym może cię zelżyć lub pobić.
Przełknęłam ślinę.
- Dlaczego mam wysłuchiwać narzekań innych ludzi? - zapytałam, udając, że nie słyszałam najgorszego.
- Vincent unika oficjalnych audiencji z biedniejszymi mieszkańcami stolicy, a to głównie oni będą się do ciebie zwracać. Każdego wieczoru będziesz spotykać się z królem i będziesz mu składać sprawozdanie z tego, co usłyszysz podczas codziennego spaceru do domu Perpetuy.
Coraz bardziej mi się to wszystko nie podobało.
- Skoro reprezentuję czyjeś interesy, to czemu mam być... lżona? - Ostatnie słowo nie chciało mi przejść przez gardło.
- Czarny Kapturek to osoba o mocno podejrzanej reputacji. Po pierwsze: masz kontakt ze starą królową. Ludzie nie mają pewności, czy nie nauczy cię rzucania jakichś klątw. Jeżeli przejdziesz obok czyjegoś gospodarstwa zbyt blisko, a następnego dnia wieśniakowi zdechnie krowa, będzie to twoja wina.
- Przecież to bez sensu!