GRETA
Zaletą alzheimera jest możliwość śmiania się z tych samych żartów bez końca. Usłyszałam to od pewnego lekarza i nie do końca byłam przekonana, czy jego słowa to właśnie jeden z tych ponurych żartów, czy gorzka prawda. Okazało się, że prawda. Po pewnym czasie zaakceptowałam ją i powtarzam jako żart za każdym razem, gdy spotykam tego sympatycznego człowieka. A widujemy się naprawdę często. Chyba zaczął żałować swojej wesołkowatości.
Siedzę w dolnej sali zachodniego skrzydła mojej rezydencji. Mam osiemdziesiąt cztery lata. Albo osiemdziesiąt siedem. Pewnych faktów już nigdy nie ustalę. Wymagałyby wyprawy na drugi koniec domostwa i odnalezienia dowodu osobistego, w którym, swoją drogą, mogą tkwić kłamstwa.
Jestem złym człowiekiem. Mimo że zrobiłam sporo dobrego, odziedziczyłam gen zła i nic nie mogę na to poradzić.
Kiedyś nosiciela genu zła nazywano po imieniu: hitlerowskim dzieckiem, niemrą lub tak, jak nie wypada mi nawet myśleć. Lista epitetów była długa i każdy z nich w pełni zasłużony. Dzięki temu, w jaki sposób się do mnie zwracano, nauczyłam się kląć.
Alzheimer rzeczywiście pozwala mi czasem na chwilę zapomnienia. Ulatują mi z głowy imiona, daty i fragmenty wspomnień. Potem jednak znów powraca świadomość, a wraz z nią przekonanie o tym, że zostałam naznaczona. I nie tylko ja.
Niklas Frank, syn Hansa Franka, generalnego gubernatora i ministra Rzeszy, rozliczył się ze swoim ojcem w pełnym popłuczyn dzienniku. Gudrun, córka Heinricha Himmlera, do swoich ostatnich dni nie zaakceptowała prawdy i broniła pamięci o ojcu. Podobnie zachowały się również dzieci Mengelego oraz Hessa. Natomiast kilkoro potomków Hermanna Göringa poddało się sterylizacji, by nie przekazać genów marszałka Rzeszy. Takie same kroki mieli też podjąć krewni Hitlera.
Żałuję, że nie zrobiłam tego samego. Że nie przecięłam linii, którą płynęła krew SS-Hauptsturmführera Martina Rotta.
Tyle że ja go naprawdę kochałam. Pamiętam zapach jego wody kolońskiej oraz wygłupy, gdy biegał po domu, udając konia i nucąc Marsz Radetzkiego. Pamiętam prezenty oraz czułe słowa na dobranoc. Pamiętam, jak gładził mi włosy.
- Przejedziesz się ze mną? Masz dzisiaj ochotę na krótką przejażdżkę?
- Oczywiście! Jak się cieszę!
- Wiesz dokąd?
- Dokąd?
- Może niedługo będziemy musieli stąd wyjechać. Tylko my dwoje. Aż do Rzeszy, ale nie na długo. Do samego domu. Pewnie już prawie nie pamiętasz Bawarii?
Nie pamiętałam, dlatego interesowało mnie, kiedy w końcu wyjedziemy.
- Już dziś?
- Nie, moja droga. - Ręka ojca ląduje na mojej głowie. Gładzi mnie i delikatnie rozczesuje palcami włosy. - Jeszcze nie dzisiaj. Dziś przejedziemy się po okolicy. Żeby zaczerpnąć świeżego powietrza.
Wiem, co mam robić. Przebrać się, założyć kapelusz z łamanym rondem i jedwabną apaszkę. Po chwili jestem gotowa.
- Karl! - krzyczy ojciec, idąc do drzwi. Stukot jego obcasów niesie się po całym domu. - Karl, do cholery, gdzie jesteś?
Karl otwiera drzwi i wybiega na schody. Samochód już czeka na podjeździe. To lśniący czarny mercedes ze złożonym brezentowym dachem. Zawsze urzekają mnie chromowane reflektory oraz koła, w których można się przejrzeć jak w lustrze. Lubię zapach nagrzanych słońcem skórzanych foteli i cichy klekot silnika.
Dwóch żołnierzy salutuje ojcu, a on bierze mnie na ręce i wsiada do auta. Karl usadawia się przed nami na miejscu kierowcy.
- Dokąd, Herr Hauptsturmführer?
- Prosto. Nie potrzebuję niczego więcej.
Ojciec obejmuje mnie ramieniem i odwraca twarz do słońca (sądzę, że lubiłam to właśnie dlatego, że i on to lubił). Jego ostre rysy nagle się rozluźniają. Delikatnie rozchyla wąskie wargi, a z wysokiego czoła znika głęboka bruzda, która pojawia się, gdy jest strapiony - czyli ostatnio całymi dniami. Zaczesane do tyłu jasne włosy smaga wiatr. Na skroniach dostrzegam siwiznę. Na prawym, gładko ogolonym policzku widać niewielkie zacięcie. Gdy na nie patrzę i wyobrażam sobie wypływającą krew, przebiega mnie nieprzyjemny dreszcz.
Choć nie jest ciepło, na niebie nie ma ani jednej chmurki. Ojciec duma z przymkniętymi oczami. Zaciska długie palce na trzymanej na kolanach czapce z orłem oraz srebrną trupią główką na czarnym otoku. Wiatr muska nam twarze i czuję się zupełnie szczęśliwa. Tak bardzo szczęśliwa, że mam ochotę krzyczeć. Nie istnieje nic prócz nas oraz czarnego kabrioletu.
Jesteśmy tak cudownie wolni.
- Ale pięknie... - szepczę, choć podekscytowana nie zwracam żadnej uwagi na krajobraz. Kominy obozu przesuwają się na horyzoncie. Stanowią jedynie mało ciekawe tło.
- Karl, przyspiesz, do cholery. - Zdenerwowany ojciec ponagla adiutanta. Na jego czole znów pojawia się bruzda.
- Tak jest.
- A ty, moja droga, przytrzymuj kapelusz. Osłaniaj oczy przed pyłem.
Posłusznie dociskam go do głowy i nie mogę powstrzymać uśmiechu. Ot, tak. Bez powodu.
- Ślicznie ci w nim.
Ojciec szczypie mnie w policzek, a ja uśmiecham się jeszcze szerzej. Nagle Karl gwałtownie przyhamowuje. Opony chrzęszczą na żwirze i kamieniach.
- Przepraszam...
Mrugam i zdaję sobie sprawę, że wzdłuż drogi, którą jedziemy, maszeruje długa kolumna więźniów. Są zabiedzeni i nie potrafią nawet utrzymać się w szyku. Słaniają się na nogach. Tylko niektórzy mają dość odwagi, by przelotnie na mnie zerknąć. Zawsze nienawistnie. Nie rozumiem tych groźnych, wrogich spojrzeń. Odpowiadam na nie uśmiechem. A mój uśmiech wzbudza jeszcze większą nienawiść.
- Co się tu dzieje? - Ojciec wychyla się z auta i zagaduje do spoconego podoficera.
- Więźniowie nie dają rady utrzymać tempa, panie Hauptsturmführer. Przepraszam, ale...
- Maszerują jak bydło! Zajmujecie całą cholerną drogę.
- Proszę wybaczyć, panie Ha...
Ojciec nie pozwala podoficerowi skończyć.
- Jazda, ruszać się! - krzyczy na więźniów. - Won na pobocze! Cholerne bydło!
Jego twarz znów przybiera grymas, który utrzymuje się potem jeszcze jakiś czas, gdy wraca do domu. Już nie tylko bruzda szpeci jego czoło, lecz także na skroniach pojawiają się nabrzmiałe żyły. Pomiędzy wargą i nosem zbierają się krople potu.
Wysoki, potwornie chudy więzień upada tuż przed autem. Wychylam się, aby go lepiej zobaczyć. Podpiera się na łokciach, a jego ciało drży. Nie ma siły się podnieść. Wspiera się na dłoniach, jego mięśnie pulsują jak u głaskanego po kręgosłupie kota. Z powrotem pada na ziemię.
- Jedź, Karl - nakazuje ojciec.
- Ale...
- Jedź, mówię.
Karl odwraca się i dodaje gazu. Ojciec gniewnie nasuwa na głowę czapkę. Na jego oczy pada cień.
- Dodaj gazu!
Więźniowie po naszej prawej odwracają głowy albo spuszczają oczy. Teraz w ich spojrzeniach nie ma wrogości, jest jedynie pustka. Podoficer zatrzymał się i rozgląda się zaniepokojony. Trzyma dłoń na kolbie karabinu.
Nagle auto delikatnie podskakuje, a następnie rozlega się ciche plaśnięcie. Coś zaplątuje się w koła i tłucze o błotniki. Wydaje mi się, że słyszę stłumiony krzyk. Silnik rzęzi na wysokich obrotach.
Ojciec wyciąga z kabury pistolet i wychyla się ponad drzwiami. Zaciska usta. Wychyla się jeszcze mocniej, po czym strzela. Dwukrotnie. Samochód zeskakuje z przeszkody i toczy się dalej.
Słyszę pukanie.
Ojciec przeładowuje i strzela raz jeszcze.
I znów.
Pukanie jest coraz intensywniejsze. Przypomina odgłos kolejnych wystrzałów.
Zaciskam dłonie na drewnianych poręczach fotela i zwracam się w stronę drzwi. Ktoś przybył do dolnej sali zachodniego skrzydła mojej stuletniej rezydencji.
- Proszę - zachęcam. - Proszę wejść.
Jestem wdzięczna, że wyrwano mnie ze świata wspomnień. Nie wiem tylko, który świat jest prawdziwy.
W progu staje Stanisław. Przez chwilę przypatruje się mi, jakby oczekiwał na kolejne zaproszenie. Uśmiecham się do niego i to wystarcza. Wchodzi do pokoju, po czym cicho zamyka za sobą drzwi. Zawsze sprawia wrażenie zakłopotanego.
Porusza się powoli i niezgrabnie. Prawą dłoń zaciska na rzeźbionej rękojeści bambusowej laski. Idąc, rozstawia nogi, jakby całe życie spędził, jeżdżąc konno. Wiem, że to nieprawda, choć teraz nie pamiętam, czym się zajmował. Lubię go, bo wygląda jak starcy w moich najdawniejszych wspomnieniach.
Mija zastawioną bibelotami komódkę i podchodzi do masywnego, eklektycznego stołu. Ociężale siada na jednym z krzeseł. Wzdycha, po czym jedwabną chusteczką ociera pot z czoła.
- Jak się czujesz? - pyta zachrypniętym, ale ciepłym głosem.
- Może być. Tak samo jak sto lat temu.
Stanisław się uśmiecha. Zaciska rękę na srebrnej rękojeści i obraca ją zgrabiałymi palcami.
- Masz ochotę na spacer? - pyta z nieśmiałością uczniaka.
Zerkam w stronę okna. Jest już późne popołudnie i słońce rzuca pomarańczowe światło. Wiatr świszczy w lufciku. O tej porze najbardziej lubię patrzeć w niebo i popijać herbatę. Najlepiej jedząc przy tym miętowe ciastka. Albo pomarańczowe. Tak dawno nie jadłam już pomarańczowych ciastek...
- Byłeś u mojego syna?
Nagle przypominam sobie, że Eryk od bardzo dawna mnie nie odwiedził. Chciałabym z nim porozmawiać. Chciałabym, żeby siedział obok mnie i po prostu się uśmiechał. Moglibyśmy milczeć.
Stanisław na moment odwraca wzrok. Nerwowo splata dłonie na lasce i znów na mnie zerka. Tylko przez chwilę. Przeczesuje palcami nieuczesane siwe włosy.
- Twój syn nie żyje - stwierdza i zaciska usta.
- Co takiego?!
Mój Boże. Kręci mi się w głowie i oblewa mnie pot. Chcę poderwać się z fotela, lecz Stanisław podchodzi, po czym z trudem się pochyla. Delikatnie chwyta moją dłoń. Przez moment mam wrażenie, że chce ją pocałować, lecz się rozmyśla.
- On nie żyje od ponad trzydziestu lat. Przez tę chorobę czasem o tym zapominasz.
- Co ty pleciesz?
Mam ochotę zdzielić go w twarz. To cholerny żart, a z takich rzeczy się nie żartuje. Przecież kilka tygodni temu rozmawiałam z Erykiem. Był tu. Siedział na krześle przy ścianie i zaśmiewał się, opowiadając mi jakąś historię.
- Wyjdź! - krzyczę. - Wynocha stąd!
Stanisław spuszcza głowę i czołem dotyka mojej ręki. Chcę wstać, lecz czuję, że ugięłyby się pode mną nogi. Z trudem łapię oddech. Zabieram dłoń i zaciskam palce na skórzanym podłokietniku.
Stanisław podnosi się i wspiera na lasce. Pochyla głowę, a jego twarz wydaje mi się potwornie blada. Tak blada, jak blade są twarze na upiornych obrazach tego... Zapomniałam, jak się nazywał twórca tych szkaradzieństw. Ojciec obiecywał, że w naszym bawarskim domu jego dzieła zawiesimy nad kominkiem.
- Greta... Proszę. Uspokój się.
- Czego ty chcesz? Wygadujesz takie rzeczy o moim synu, a potem chcesz, żebym była spokojna! Ja jestem spokojna! Kurewsko spokojna! Nie chcę cię, kurwa, znać!
Przekleństwo mnie razi, ale nie potrafiłam go powstrzymać. Podobnie jak potoku kolejnych. Podnoszę się z fotela i wspieram na oparciu. Dyszę.
Stanisław cofa się i spuszcza głowę. W oczach ma łzy. Przygryza wargi, jakby zaraz miał się rozpłakać. Zaczyna się cały trząść, co przyprawia mnie o jeszcze większą furię.
- Wynocha! - krzyczę i nagle braknie mi tchu. Nie wiem, co więcej miałabym powiedzieć. Nie wiem, dlaczego krzyczę.
Mrugam i dostrzegam przed sobą starca. Skądś go kojarzę, lecz nie wiem, co robi w moim domu. Chwytam szal i szczelniej się nim okrywam.
- Kim pan jest?
Starzec uśmiecha się ponuro. Z zaczerwienionych oczu ciekną mu łzy. Robi krok w moją stronę, ale nagle się zatrzymuje. Pochyla głowę, po czym cicho wzdycha. Ciężarem całego ciała wspiera się na bambusowej lasce tak, że boję się, że ta zaraz się złamie.
W ogóle w piersi dusi mnie strach. O siebie, o niego, o...
- Stanisław - odzywa się, znów na mnie patrząc. - Nazywam się Stanisław i jestem twoim przyjacielem.
- Przyjacielem? Ledwie pana pamiętam.
- To się zdarza...
- Słucham? Co niby się zdarza?
To jakiś obłęd.
- Proszę stąd wyjść, nim wezwę policję. Jak się pan tu w ogóle dostał? Czego pan chce?! - Mimowolnie podnoszę głos. Boję się, że ten mężczyzna coś mi zrobi. Nie wiem, dlaczego czuję z jego strony zagrożenie. Jest mi bardzo nieswojo i chciałabym uciec. Nie powinien tu wchodzić bez pozwolenia. To mój dom. Mój. - Proszę natychmiast iść!
Starzec kiwa głową i stara się wyprostować.
- Przepraszam - odzywa się. - Przepraszam, że cię wystraszyłem.
Nie jesteśmy na ty, ale już nic nie mówię. Chcę, żeby jak najszybciej wyszedł z tego pokoju. Jeżeli kiedyś byliśmy przyjaciółmi, teraz to zupełnie nieważne. Zapomniałam o nim. Nieistotni ludzie ulatują z naszej pamięci. Gdy starzec podchodzi do drzwi, robię kilka kroków w jego stronę.
- Nie chcę odświeżać dawnych znajomości - stwierdzam. - Stoję nad grobem i nie chcę stać nad innymi. Mam dość pogrzebów. - Taka jest prawda.
Starzec otwiera drzwi i z powrotem wspiera się na lasce. Drugą dłonią ukradkiem ociera łzę. Staje w progu i sięga do wewnętrznej kieszeni znoszonej marynarki.
- Mam coś dla ciebie.
Podaje mi gruby, zniszczony zeszyt w twardej oprawie.
- Niczego od pana nie chcę.
- Proszę, weź go.
- Co to? - Nieufnie zerkam na okładkę, ale nie widzę, co na niej zapisano. - Nie mam okularów...
- Spodoba ci się. Zobaczysz. Wystarczy, że zaczniesz czytać.
- Nie chcę go. - Wzbraniam się i unoszę dłonie. - Proszę już iść!
Starzec rozgląda się wokół i kładzie zeszyt na stojącym przy ścianie niciaku. Boję się go. Naprawdę chcę, żeby już poszedł.
Mężczyzna kłania mi się i przez chwilę zatrzymuje wzrok na mojej twarzy. Jest tak bardzo smutny. Nigdy nie widziałam równie smutnego człowieka. Boję się jego smutku.
- Do widzenia - szepcze, po czym zamyka za sobą drzwi.
W pomieszczeniu pozostał po nim delikatny zapach kosmetyków do golenia. Powinnam otworzyć szerzej okna, ale boję się przeziębienia.
Moje spojrzenie pada na pozostawiony przez niego zeszyt. Może lepiej by było, gdybym mu go oddała? Albo natychmiast wyrzuciła?
Nie wiem, dlaczego go biorę i otwieram na pierwszej stronie. Wygładzam dłonią kartki. Na palcu mam złoty pierścień z małym rubinem, którego nie kojarzę. Nie wiem, od kogo go dostałam. Nie wiem, co obok niego robi obrączka.
Nie chcę wiedzieć.
Boże, myśli tak bardzo mi się plączą...
Znowu ktoś puka do moich drzwi.