p
Rozdział 1. Pechowa trzynastka
1
Pechowa trzynastka
Carter
- KURWA.
Przewracam się na plecy i daję sobie chwilę na złapanie oddechu, przy
okazji zdejmując kondom z szybko kurczącego się kutasa. Zlizuję językiem
kropelkę potu, która przylgnęła do mojej górnej wargi i przejeżdżam
palcami po włosach. Jestem, kurwa, wykończony.
- Nie - jęczy Laura, niemal rzucając się na łóżko, kiedy próbuję wstać.
- Jeszcze nie idź, Carter.
Podnoszę prezerwatywę. To chyba wystarczająco sugestywne, prawda?
- Tylko wyrzucam gumkę, Lauro.
Marszczy brwi.
- Lacey.
Duszę w sobie śmiech. Ups.
- Jasne. Przepraszam. Lacey.
Lacey to blond rakieta, która była na okładce "Maxima" w sierpniu
zeszłego roku. Tyle zapamiętałem, bo powtórzyła mi to dzisiaj przy barze
trzynaście razy. Zacząłem liczyć po trzecim.
- Może druga runda? - woła, kiedy wyrzucam kondom do kosza w łazience.
Opieram się przedramieniem o ścianę i odlewam, podczas gdy ona papla coś
o spędzeniu razem całej nocy. To możliwe, ale wolałbym, żeby już wyszła.
Wbrew powszechnej opinii cenię sobie czas spędzany w samotności, nawet
jeśli alternatywą jest wsadzenie pewnej części ciała w atrakcyjną
dziewczynę.
Nie zrozumcie mnie źle, Lacey jest typem laski, z którą idziesz do
łóżka, nie zastanawiając się dwa razy. To dlatego pieprzyliśmy się jak
króliki przez ostatnie pół godziny, po tym, jak zmacałem ją w windzie w drodze na górę, bo, Chryste, chciałem, żeby przestała gadać. Zrozumiałem
po pierwszych dwunastu razach - była na okładce magazynu.
Myślałem, że trzynastka to szczęśliwa liczba, a nie zły omen.
- Nie mogę - odpowiadam w końcu, myjąc ręce i przeglądając się w lustrze. Mam paskudne rozcięcie na spuchniętej dolnej wardze. Dzisiaj
poszło mi łatwo, drugiemu facetowi nie. - Mam lot wcześnie rano.
Lecimy dopiero po południu. Po prostu nie chcę, żeby została.
Krzyżuję ramiona na klatce piersiowej, opieram się o framugę i patrzę,
jak Lacey wtula się w koc. Tak, zdecydowanie nic z tego.
- Chyba powinnaś już iść.
Wkładam bokserki i kładę ręce na biodrach. Czekam. Nic nie robi, tylko
wpatruje się we mnie szeroko otwartymi, niebieskimi oczami. Chyba ma
wrażenie, że im są większe, tym łatwiej mnie przekona. Nawet nie wiem,
jak dać jej do zrozumienia, że jest w błędzie.
Drapię się po głowie. Kołyszę się na piętach, uderzam kilka razy pięścią
w dłoń, klikam językiem i czekam aż coś, kurwa, zrobi.
- Mogę zostać? - pyta w końcu.
Ech, kurwa. Znowu to pytanie. Słyszę je za każdym razem. Nie wiem, czy
to dlatego, że naprawdę chce zostać, czy po prostu skrycie wierzy, że
będzie dziewczyną, która przekona Cartera Becketta do ustatkowania się.
Czasami mam wrażenie, że toczy się o to jakaś gra ze specjalną nagrodą.
Och, już wiem, jaka to nagroda. Ośmiocyfrowa pensja kapitana drużyny
Vancouver Vipers.
Za każdym razem moja odpowiedź jest taka sama:
- Nie oferuję noclegów.
- Ale... - Jej podbródek drży, a w oczach pojawiają się łzy. Do kurwy
nędzy. Poznaliśmy się raptem dwie godziny temu, o co ta histeria? -
Myślałam, że dobrze się dogadujemy. Myślałam... myślałam, że może ci się
podobam.
- Podobał mi się dzisiejszy wieczór. - Próbuję jakoś z tego wybrnąć.
Seks oceniłbym na solidne siedem na dziesięć. - Dobrze się bawiłem.
Czas przeszły ma podkreślać, że w tym miejscu się rozstajemy i prawdopodobnie nigdy więcej się nie zobaczymy, ale osiągam odwrotny
efekt.
Na jej twarzy pojawia się szeroki uśmiech.
- Może umówimy się na randkę.
Opieram się chęci uderzenia dłonią w czoło. Naprawdę. Zamiast tego
przeciągam nią po twarzy w wolnym tempie, a następnie z powrotem w górę,
jednocześnie tłumiąc jęk. Punkt dla mnie.
- Mieszkamy w innych krajach.
- Może mogłabym przylecieć do Van...
- Ja nie randkuję. - Podnoszę spodnie, które rzuciłem przy drzwiach
pokoju, wyciągam telefon i otwieram aplikację Ubera. - To nic
osobistego. Po prostu nie szukam teraz niczego poważnego.
Szczerze mówiąc, nie rozumiem, dlaczego wciąż muszę to powtarzać. Nie
kryję się ze swoim życiem osobistym.
Nie, gówno prawda. Ludzie nic nie wiedzą o moim życiu osobistym,
wyjątkiem są koledzy z drużyny i rodzina. Ale ten czas pomiędzy meczami
i samotnym leżeniem w łóżku? Nie wstydzę się go. W każdy weekend jestem
fotografowany z inną kobietą. Dziewczyny wiedzą, co ode mnie dostaną.
Powstały nawet specjalne fora internetowe. Narzekają, że traktuję je jak
przygodę na jedną noc, bo w głębi duszy liczą na drugą przejażdżkę na
moim drążku.
Ale tym dla mnie są, wszystkie. Przygodą na jedną noc. Doskonale wiedzą,
co dostaną, a wychodzą rozczarowane, kiedy dokładnie tak się to kończy.
Odkładam telefon i ponownie skupiam się na kobiecie w łóżku. Bawi się
jedwabistą, czerwoną tkaniną i patrzy na mnie.
- Zamówiłem ci Ubera. Będzie za pięć minut.
- Ale...
- Słuchaj, Lauren...
- Lacey.
- Lacey, jasne, przepraszam. Słuchaj, Lacey, wspaniale się z tobą
dzisiaj bawiłem, ale za dużo podróżuję, żeby utrzymać coś poważnego.
- I to jedyny powód? - Wsuwa swoją dłoń w moją i pozwala ściągnąć się z łóżka. - Jesteś zbyt zajęty swoim hokejowym terminarzem?
- Tak - kłamię. - Nie mam czasu.
Pewnie mógłbym go znaleźć. Gdybym chciał. Ale nie chcę.
- Och. - Chyba załagodziłem sytuację. Może dzięki temu jej samoocena
pozostanie nienaruszona. Nie, żeby mnie to jakoś szczególnie obchodziło.
- Cóż, dasz mi swój numer?
Kurwa, no nie.
- Nie podaję swojego numeru.
Nigdy.
Zanim zdąży odpowiedzieć, coś pika dwa razy i drzwi do mojego pokoju się
otwierają.
- Jesteś na nogach, Beckett? Masz czas na szybką gierkę przed... nosz
kurwa mać. - Mój kolega z drużyny i najlepszy kumpel Emmett Brodie
zatrzymuje się w progu i spogląda to na mnie, to na Lauu... Lacey. Potem
podnosi rękę, żeby zasłonić dziewczynę. Pewnie wychodzi z założenia, że
Cara utnie mu jaja, jeśli chociaż spojrzy na inną kobietę. Szczerze
mówiąc, mogłoby tak być. Ostra z niej laska. - Właśnie dlatego jestem w pokoju z Lockwoodem.
Taka sytuacja utrzymuje się od około roku, odkąd poznał Carę. Chyba nie
chce mieć przypadkowych nagich dziewczyn w pokoju, gdy jesteśmy w trasie. Rozumiem to. Tak myślę. To znaczy, nic nie wiem o związkach,
poważnych czy jakichkolwiek.
- Wychodzi - mówię, zerkając na Lacey. Wciąż jest naga. I chyba gówno ją
obchodzi, że Emmett tu stoi. Co więcej, pożera go wzrokiem.
TO NORMALNE U WIĘKSZOŚCI DZIEWCZYN, które spotykam. Mają w dupie, z kim
sypiają, dopóki jest w drużynie i zarabia miliony. Dlatego nazywa się je
króliczkami hokeja, skaczą z jednego gracza na drugiego.
- Uber już tu jest - mówię jej. - Może się ubierz, mała.
- Cóż, ja...
- On ma dziewczynę, a ja nie jestem zainteresowany. - Szczęka mi się
trzęsie z irytacji. Chcę po prostu pograć z kumplem w Call of Duty,
zjeść całe opakowanie Oreo i walnąć się twarzą na poduszkę. O za dużo
proszę?
Lacey łaskawie wkłada sukienkę przez głowę, czerwony jedwab idealnie
układa się na jej biodrach. Kurwa, jest dobra. Jej imię wyleci mi z głowy tuż po tym, jak wyjdzie, ale to na pewno zapamiętam.
- Mogę dać ci swój numer? Zadzwoń do mnie, kiedy następnym razem
będziesz w mieście, albo jeśli zmienisz zdanie i będziesz chciał, żebym
przyleciała do...
- Pewnie. - Wskazuję papier hotelowy i długopis leżące na stoliku
nocnym. - Pisz.
Emmett szerzej otwiera oczy, a kącik jego ust unosi się, kiedy mija mnie
i wchodzi do łazienki.
Lacey idzie za mną do drzwi z miną zagubionego szczeniaka. Może się
dąsać ile chce, nie zabiorę jej ze sobą do domu.
- Cóż, dzięki... za dzisiaj. Może jeszcze się zobaczymy.
Jej uśmiech jest tak pogodny, że aż prawie mi jej szkoda. Ale potem
pochyla się, żeby pocałować mnie w usta, a ja w ostatniej chwili
odchylam głowę. Trafia w moją szczękę.
- Cześć, Lauren. - Zamykam drzwi i przekręcam zamek.
- Lacey! - Zdążyła jeszcze krzyknąć z korytarza.
Emmett wychodzi z łazienki, trzęsąc się ze śmiechu.
- Jesteś dupkiem, Carter.
Padam na kanapę, a on włącza Xboxa.
- Dziewczyny tego nie rozumieją. Nie szukam związku. - Chwytam na wpół
opróżnione pudełko Oreo, odkręcam jedno i zlizuję nadzienie. - Oferuję
przygodny seks, a nie oświadczyny.
- Czyli masz w dupie ich nadzieje i marzenia o szczęśliwym życiu u boku
kochającego mężczyzny?
Nadzieje i marzenia? Co, kurwa?
- Cara całkowicie pozbawiła cię jaj. Mogą marzyć, ile chcą, ale nie o mnie.
- Bo nigdy się nie ustatkujesz?
Wzruszam ramionami.
- Nie wiem. Może, może nie. Na pewno nie w najbliższym czasie.
Emmett śmieje się i rzuca kontroler na moje kolano.
- Pewnego dnia jakaś dziewczyna wkroczy do twojego życia, wywróci świat
do góry nogami i jedyne, o czym będziesz w stanie myśleć to klęknięcie
przed nią i błaganie, żeby nigdy nie odeszła.
Kiwam głową, wrzucając do ust kolejne ciastko.
- I to będzie dzień, w którym się ustatkuję.
Rozdział 2. Łóżko > seks
2
ŁÓŻKO > SEKS
Carter
MINUSEM PODRÓŻY MIĘDZYNARODOWYCH jest brutalny szok dla organizmu, gdy
wracasz do domu do Kolumbii Brytyjskiej w połowie grudnia po kilku
dniach na Florydzie i Karolinie Północnej.
Temperatura jest bliska skrajnego mrozu. To bardzo nietypowe dla
zachodniego wybrzeża, a przecież jeszcze nie mamy zimy. Mieszkam w północnym Vancouver, gdzie zima jest rzeczywiście trochę bardziej typowo
kanadyjska, ale na pewno nie aż tak. Wydaje się, że to zły omen, ale
zazwyczaj ignoruję oczywiste znaki.
Jest zimno jak w psiarni, mam kaca i spędziłem pięć i pół godziny w samolocie, grając w karty z kolegami z drużyny, wygrywając tylko jedną,
cholerną partię. Dzisiaj wypada jedna z tych rzadkich sobót, kiedy hokej
dla nas nie istnieje, ale zamiast siedzieć w domu w dresach, przy
maratonie z Disneyem i ogromnej pizzy, spędzam wietrzny wieczór, idąc na
urodzinową imprezę-niespodziankę.
- Ale jestem zjebany. - Wkładam ręce do kieszeni wełnianego płaszcza i naciągam zębami szalik na brodę.
- Ja też. - Garrett Andersen, prawoskrzydłowy, daje się ponieść swojemu
wschodniemu akcentowi i przeciąga samogłoski. Robi to wtedy, gdy jest
zmęczony albo pijany. Akurat w tej chwili, to pierwsze. - Prawie
odpuściłem, ale na szczęście zastanowiłem się dwa razy. Dziękuję bardzo,
ale wolałbym, żeby moje jajca zostały na swoim miejscu.
Podzielam jego zmartwienie. Solenizantka wielokrotnie groziła nam
kastracją za znacznie łagodniejsze przewinienia. Nadepnięcie na odcisk
Carze to ostatnia rzecz, jaką chcę zrobić na jej dwudzieste piąte
urodziny. Jest dość przerażająca na co dzień, a teraz przegapiliśmy
jeszcze tę część imprezy, kiedy wyskakujemy zza kanapy i krzyczymy
"niespodzianka!". Liczę na to, że jest już po trzech drinkach i będzie
wystarczająco zadowolona z zawartości błyszczącej, różowej torby
prezentowej, którą mam przewieszoną przez ramię, żeby zapomnieć, że jest
na nas zła.
- Zawijam się wcześniej - mówię mu.
Garrett przewraca oczami.
- Ta, jasne.
- No co? Naprawdę. Tęsknię za moim łóżkiem.
- Yhy.
- Dam radę trzymać go w spodniach przez jedną noc.
Podbiega przez ulicę, w stronę baru, do którego wchodzi przede mną.
- Wątpię!
Bar wygląda tak, jak się spodziewałem: kurewsko różowy i kurewsko
przeładowany. Zwykle rozkwitam w chaosie, ale dziś chcę po prostu usiąść
w rogu z kolegami z drużyny i wysączyć piwko albo dwa.
Oprócz różu jest dużo złota i kwiatów. Chwała przyjaciółce Cary, bo
prawie zostaliśmy wezwani do pomocy z dekoracjami, ale Emmett przekazał
nam, że dziewczyna ma wszystko pod kontrolą. Nie poznałem jej, ale musi
być odważna, skoro dobrowolnie wzięła na siebie dekorowanie przyjęcia
dla solenizantki, która prowadzi własną firmę zajmującą się planowaniem
imprez. Ja nie ryzykowałbym rozczarowania Cary, patrz wspomniane
wcześniej grożenie kastracją.
- Gare-Bear! Carter! - Jakieś ciało wciska mi się w ramiona i owija
długimi kończynami, pozbawiając tchu.
- Sto lat, Care - śpiewam, gdy solenizantka ześlizguje się ze mnie, żeby
teraz zmiażdżyć Garretta.
Cara patrzy na małą, różową torebkę, którą trzymam i podskakuje w swoich
niebotycznie wysokich szpilkach.
- Ooooch, daj mi, daj mi!
- Eee. - Odsuwam torbę. - Gdzie twoje maniery?
Przewraca niebieskimi oczami i kładzie dłoń na wypiętym biodrze.
- Dawaj mój jebany prezent, proszę.
Parskam, a ona wyrywa mi torbę z rąk i nie traci czasu, od razu
rozrywając ją na strzępy. Otwiera małe, aksamitne pudełko i piszczy,
wyciągając z niego platynowy łańcuszek z wysadzaną brylantami literą C.
Potrząsa mi nim przed twarzą.
- Załóż, załóż!
Patrzę, jak się obraca, przeciągając sięgające do pasa miękkie, złote
loki przez swoje ramię. Mój wzrok wędruje w dół jej kręgosłupa do
krągłego tyłka. Sukienka bez pleców. Nieźle.
Dobra, to dziewczyna jednego z moich najlepszych kumpli. Nigdy w życiu
bym jej nie tknął, ale nie mam kłopotów ze wzrokiem. Potrafię docenić
kobiece piękno bez chęci zadziałania.
Garrett ładuje łokieć w moją klatkę piersiową, przez co prawie upadam z głośnym stęknięciem, po czym wyrywa łańcuszek z wyciągniętej ręki Cary i zapina go na jej szyi. Cara podskakuje i całuje nas obu w policzek, a potem prowadzi do baru.
- Będziecie się świetnie bawić. Moi znajomi są zajebiści, szczególnie
moja najlepsza przyjaciółka. Nie mogę się doczekać, aż ją poznacie! -
Rzuca mi spojrzenie mówiące, żebym nie świrował, zanim jeszcze cokolwiek
zdążyłem zrobić. - Macie się dobrze zachowywać.
Wyrzucam ręce w górę.
- I co to ma, kurwa, znaczyć?
- Doskonale wiesz. Nie kombinuj z Liv.
- Kim jest Liv?
Cara prycha.
- Olivia! Moja najlepsza przyjaciółka!
- Aaach, tak, tak. Ona. - Jakimś cudem przez rok udało mi się uniknąć
spotkania z nią, co prawdopodobnie wyszło na dobre, a to wszystko z powodu Emmetta. Wspominał coś między wierszami o ruchaniu jej i łamaniu
serca, co w jakiś pokręcony sposób doprowadziło do tego, że Cara z nim
zerwała i była to moja wina. Czyli chyba nie wolno mi jej dotykać czy
coś w tym stylu.
Nie mam z tym problemu. Wiadomości od Lacey na Instagramie notorycznie
przypominają mi, dlaczego powinienem zrobić sobie przerwę od kobiet na
tydzień lub dwa. Trudno zapomnieć, jak ma na imię, skoro wysyła
trzynaście wiadomości na godzinę, czyli dokładnie tyle, ile razy
wspominała, że była na okładce "Maxima". Przypadek? No, kurwa, nie
sądzę.
Cara opuszcza nas z obietnicą, że złapiemy się później, a ja i Garrett
znajdujemy resztę naszych niesfornych kolegów z drużyny stojących w rogu. Wygląda na to, że trochę już popili. Moje chłopaki i wolna sobota.
- Jak udało wam się wymigać z niespodzianki? - Zbijam piątkę z naszym
bramkarzem Adamem Lockwoodem, który podaje mi piwo. - Farciarze.
- Utknąłem u matki. - Prawie zawsze popełniam ten błąd. Moja mama to
jedna z tych osób, które tuż przed końcem wizyty przypominają sobie, że
miały coś ważnego do powiedzenia i to nie może zaczekać. Buzia jej się
nie zamyka, ale zaprzecza, że tak jest i że przekazała tę cechę mnie.
Była dziewiętnasta, kiedy w końcu wyszedłem, a musiałem jeszcze wrócić
do domu i wziąć prysznic.
- Ej, Woody. - Szturcham Adama, bo widzę, że nie ma z nim rudzielca,
który normalnie jest przyklejony do jego ramienia. - Gdzie twoja
dziewczyna?
Przeczesuje dłonią swoje ciemne loki i kręci głową.
- Court miała inne plany.
- Ach. - Wygląda na to, że to już u niej standard. Nie pamiętam, kiedy
ostatnio ją widziałem. Zanim udaje mi się to skomentować, ciężka łapa
ląduje na moim ramieniu, przez co rozlewam trochę piwa.
Od razu wiem, że to Emmett, bo łapie mnie w jeden z tych swoich
niedźwiedzich uścisków. Do tego jest pijany, mówi niewyraźnie w stronę
mojego policzka.
- Spóźniłeś się.
- Przepraszam, stary. - Mierzwię jego włosy, głównie dlatego, że fajnie
jest drażnić takiego dużego i silnego faceta. - Troszkę się upiłeś,
wielkoludzie?
Odtrąca moją dłoń.
- Dla twojej wiadomości, nie wolno ci sypiać z koleżankami Cary.
Jęczę i odchylam głowę.
- Dobrze, tato. - Moje spojrzenie wędruje do długiego baru za morzem
ludzi poruszających się na parkiecie. - To i tak nie ma znaczenia. Nie
czuję... eee, ja nie... - Słowa grzęzną mi w gardle, kiedy mój wzrok
pada na nią. - Eee, to znaczy nie... dzisiaj. - Gestykuluję dłonią, w której trzymam piwo, bo to wszystko, na co mnie teraz stać.
- Słucham?
Patrzę na Emmetta, a potem znowu na nią. Zapominam, o czym
rozmawialiśmy, bo nic nie jest ważniejsze od drobnej, olśniewającej
brunetki tańczącej z Carą.
Mówiąc szczerze, "taniec" to mało dokładna definicja tego, w jaki sposób
ta dwójka wspólnie się porusza. Nie wiem, jak to nazwać, ale ja
pierdolę.
Coś we mnie iskrzy, kiedy wpatruję się w tę nieznajomą, oszałamiającą,
małą istotę przerzucającą ciemne włosy przez ramię i przeciągającą
językiem po górnej wardze. Wyrzuca ręce w górę i przechyla głowę, żeby
usłyszeć to, co Cara szepcze jej do ucha. Patrzę z zachwytem, jak
odchyla się i wybucha śmiechem.
Jestem oczarowany i zafiksowany. Mam obsesję. Nie mogę oderwać wzroku, a kiedy Cara łapie ją za talię i powoli przesuwa dłonie w dół jej bioder,
powstrzymuję się, żeby nie jęknąć, bo chyba chciałbym zrobić z nią to
samo.
- Nawet o tym nie myśl, Carter.
Jakoś udaje mi się spojrzeć na Emmetta.
- Co?
Emmett kręci głową.
- Nie. Nie ona.
Nie ona? A kto to? Znów spoglądam na nią, akurat gdy jakiś mężczyzna
przyciąga ją do siebie.
Chłopak? Kurwa.
Czuję ulgę, kiedy uśmiecha się zmieszana, kręci głową i mówi mu "nie,
dziękuję", po czym odwraca się tyłem do niego. I do mnie.
I słodki Jezu, ten tył. Kręgosłup w kolorze mleka prowadzący do
kremowych ramion w świetle migoczących lamp. Jej talia łagodnie
przechodzi w piękną krzywiznę szerokich bioder, a czarna skórzana
spódnica przywiera do niej niczym druga skóra. Jakim, kurwa, cudem ją na
siebie wcisnęła? I jak, do cholery, mam ją z niej później ściągnąć?
Ważne pytania, na które potrzebuję natychmiastowej odpowiedzi.
Nożyczki, postanawiam. Przetnę ją, a później wyślę nową.
Garrett dotyka mojego podbródka i zamyka mi usta.
- Chryste, Beckett. W porządku?
Wyciągam rękę w jej kierunku.
- Chłopie. - Tylko tyle potrafię z siebie wydusić. Oni też to widzą?
Garrett podąża za moim spojrzeniem i mruczy pod nosem z uznaniem, ale
Emmett psuje całą zabawę. Przewraca oczami, co jest w jakiś dziwny
sposób słyszalne.
- Mówię poważnie, Carter. Cara nakarmi cię twoimi własnymi jajami, jeśli
ją dotkniesz.
- Poradzę sobie z Carą.
Emmett parska, Garrett chichocze, a Adam uderza się pięścią w klatkę
piersiową, krztusząc się ze śmiechu. Nikt nie radzi sobie z Carą. Nawet
Emmett.
- Jak ma na imię?
Emmett wciąż kręci głową. Pajac.
- Nie. Nic ci nie powiem.
Patrzę, jak przerzuca ciemne loki przez ramię i staje na palcach, żeby
szepnąć coś Carze do ucha, a potem idzie po parkiecie poruszając
biodrami na boki. Siada na stołku i uśmiecha się do barmana. Ten podsuwa
jej piwo i puszcza oczko, a ona rumieni się i odwraca wzrok. Urocze.
Jestem dziwnie urzeczony sposobem, w jaki zakłada jedną nogę na drugą i przysuwa szklankę do ust, opróżniając połowę jednym haustem, jakby
robiła to na co dzień. Rozgląda się po pomieszczeniu, a ja już układam
tekst na podryw. Patrzy za mnie i obok mnie.
A potem prosto na mnie.
Robi się czerwona na szyi i policzkach, więc rzucam jej mój popisowy
uśmiech, uwydatniając dołeczki i śmieję się, kiedy odwraca głowę.
Przykleja wzrok do telewizora i udaje, że mnie nie widziała.
- Sam się dowiem, jak ma na imię. - Klepię kumpla w plecy i puszczam
oczko do reszty kolegów z zespołu. - Panowie wybaczą.
- Powodzenia, Beckett. - Emmett zagłusza swój podirytowany śmiech
szklanką z piwem. - Gwarantuję ci, że tego nie kupi. Nie wyrwiesz jej.
Nie wyrwę jej? Szczerze wątpię. Jestem kapitanem drużyny i jednym z najlepiej opłacanych graczy NHL w historii. Nie mogę nawet wyjść do
sklepu bez dostania numeru albo propozycji matrymonialnej, więc
korzystam z dostaw do domu.
Nie boję się też wyzwań.
Rozdział 3. Pierwsze razy są do dupy
3
PIERWSZE RAZY SĄ DO DUPY
Carter
OOOCH, TO CIEPŁO, które bije od mojej nowej ulubionej brunetki. Aż
skwierczy.
Na pewno wie, że tu stoję, ale doskonale udaje, że jest zainteresowana
reklamą w telewizji, jedną z tych o schronisku z Sarah McLachlan i pierdyliardem słodkich szczeniaków. Wyraźnie widać, że serce jej się
kraje, to chyba ten typ, który płacze przy takich rzeczach.
Zajmuję miejsce na stołku obok i zahaczam ją udem, kiedy siadam w stereotypowo męskiej pozycji, której nienawidzi moja siostra. Jej wzrok
pada na miejsce dotyku. To niesamowite, że może rumienić się jeszcze
bardziej, ale robi się ciemnoczerwona, kiedy spogląda z powrotem na
telewizor.
Nie wiem, w co gra, ale wchodzę w to. Mogę na nią patrzeć cały,
pieprzony, dzień.
Kładę łokieć na bar oraz podbródek na pięść i planuję wpatrywać się w jej twarz dłużej niż na cokolwiek innego w życiu.
Długie gęste rzęsy okalają ładne brązowe oczy, ciepłe i szerokie, jak
filiżanka espresso. Jej kości policzkowe i dół nosa są delikatnie
obsypane piegami. Są równie smakowite, co reszta jej ciała. Do tego
wygięte w łuk usta, pomalowane wiśniową szminką, prezentujące idealny
grymas. Szkoda, bo wyglądałyby niesamowicie wokół mojego...
- Co?
Marszczę brwi na jej kąśliwy ton i ostre spojrzenie.
Zamyka oczy i cicho wzdycha, jakby potrzebowała chwili, żeby się
uspokoić.
- Przepraszam. Nie chciałam być niegrzeczna. Mogę w czymś pomóc?
Unoszę drink do ust.
- Nie.
Obraca się, rozpychając moje kolana swoimi.
- Nie? Przyszedłeś tu, żeby się na mnie gapić?
- Na to wychodzi. - Chyba nie można mnie za to winić? Poza tym, ona też
nie może oderwać ode mnie wzroku, przygląda mi się od góry do dołu, co
łechce moje ego. - Mogę postawić ci drinka?
Patrzy na mnie, jakby zapomniała, że jestem żyjącą, oddychającą istotą.
- Nie, dzięki. - Bierze łyk piwa, po czym wystawia język, żeby zlizać
kropelkę bursztynowego napoju z górnej wargi. - Mam już jeden.
- W takim razie po tym, jak go skończysz. - Czyli za jakieś dziesięć
sekund, biorąc pod uwagę tempo, w jakim opróżnia szklankę.
- Potrafię sama kupować drinki - warczy. - Ale dziękuję - dodaje cicho.
- Ponownie spogląda w stronę baru, jakby liczyła, że zniknę, jeśli nie
będzie na mnie patrzyła.
- Nie insynuowałem, że nie potrafisz. Po prostu chciałem kupić ci drinka
i siedzieć obok, kiedy będziesz go piła.
- Jasne. Ale już to robisz. - Przekręca głowę i przygląda mi się z taką
zdrową dozą podejrzliwości, że jestem gotowy przyznać się do
przestępstwa, którego nie popełniłem.
- Skąd znasz Carę?
- Jest moją najlepszą przyjaciółką - odpowiada chłodno, jakby nie miała
ochoty ze mną rozmawiać.
Ach, trudna do zdobycia psiapsiółka. Teraz już wiem, dlaczego Emmett
kazał mi trzymać się od niej z daleka.
- Szkoda, że nie poznaliśmy się wcześniej, co? Cara trzymała cię tylko
dla siebie. - Unoszę dwa palca do barmana, a potem wskazuję na szklankę
mojej nowej koleżanki. - Jak masz na imię? - Wiem, że Cara mi to mówiła,
ale wtedy miałem to w nosie. Teraz już nie mam.
Ciężko wzdycha, kiedy przed nią pojawia się nowe piwo. Zdążyłem się
domyślić, że je uwielbia, więc naprawdę musi nie mieć ochoty poświęcać
mi czasu. To tylko sprawia, że mam na nią jeszcze większą ochotę.
Wciąż czekam, żeby podała mi swoje imię, więc siedzę cicho, popijając
piwo, bo jeśli teraz się odezwę, to na pewno to spieprzę. Wiele razy
słyszałem, że brakuje mi hamulców, czyli czegoś, co ma większość
zwykłych ludzi. Ja nie jestem zwykły, jestem Carter Beckett.
Kolejne westchnienie, tym razem zrezygnowane.
- Olivia.
Imię dryfuje delikatnie w przestrzeni pomiędzy nami. Mruczę pod nosem,
powtarzając je najpierw w głowie.
- Miło cię poznać, Olivia. Później możesz mi podziękować za to piwo,
jeśli chcesz. - Puszczam jej oczko, a ona, kurwa, prycha. Co gorsza, w chuj mi się to podoba.
- Wolałabym już wsadzić głowę w górę śniegu przed domem. - Unosi
szklankę. - Zatrzymam piwo, bo nie mam zamiaru marnować dobrego trunku,
a ty musisz zadowolić się zwykłym "dziękuję".
Oooch, chyba mi się podoba. Minęło w chuj czasu odkąd musiałem
zapracować, żeby pójść z kimś do łóżka. Nie lubię, kiedy mój talent się
marnuje, a trudno wyobrazić sobie kogoś bardziej godnego wysiłku niż
soczysta brunetka, która wciąż mi się przypatruje.
- Nie wiesz, kim jestem, prawda?
Olivia patrzy na mnie swoimi ciemnymi oczami znad krawędzi szklanki.
- Uwierz, doskonale wiem, kim jesteś.
- Czyli kim, słodka?
- Carter Beckett. - Chyba nigdy nie słyszałem tych dwóch słów
wypowiedzianych w tak pusty sposób i nie wiem, czy zrobić smutną minę
czy się zaśmiać, kiedy odwraca się z powrotem do telewizora, jakby miała
kompletnie w dupie to, kim jestem. - Kapitan Vancouver Vipers. A tą
"słodką" możesz sobie wsadzić w dupę.
Piwo wpada w złą dziurkę, a ja, krztusząc się, uderzam pięścią w klatkę
piersiową.
- Nie jesteś fanką hokeja, co?
W prawym rogu ust widzę zalążek uśmiechu.
- Uwielbiam hokej. Grałam piętnaście lat.
Unoszę brwi.
- Bez jaj. - Przejeżdżam kciukiem po brodzie na myśl o wygłupianiu się z dziewczyną, która ma pojęcie o hokeju, a do tego jeszcze w niego grała.
- Młodzieżówka?
Znowu prycha. Jakie to jest kurewsko urocze.
- No dobra. Biorę to za "nie". - Patrzę na jej krągłości, opalone łydki
i czarne szpilki. - Jesteś malutka. Musieli cię tam nieźle przestawiać.
- Proszę się nie martwić, panie Beckett. Potrafię o siebie zadbać.
- Pewnie spędziłaś trochę czasu na ławce kar?
- Prawie tyle samo, co ty - odpowiada, a w jej czekoladowych oczach
pojawia się błysk, kiedy spogląda na moją rozciętą wargę po bójce, w którą wdałem się podczas wczorajszego meczu.
Uśmiecham się. Nie wierzę, że nie jest mną chociaż trochę
zainteresowana.
Przysuwam się bliżej, nie mogąc się oprzeć jej magnetyzmowi.
- Moje mieszkanie jest niedaleko stąd.
- Dobrze dla ciebie.
- Dziesięć minut na piechotę.
Olivia unosi szklankę do swoich całuśnych ust.
- Tak blisko.
- Mogę zamówić Ubera, jeśli wolisz.
Krztusi się ze śmiechu i zasłania dłonią buzię, żeby nie wypluć piwa. Z zafascynowaniem patrzę, jak wyciera kąciki ust i blat wokół siebie.
Widzę rozbawienie w jej oczach, więc jestem całkiem pewny kierunku, w którym będziemy dzisiaj zmierzać - prosto, ulicą, do mojego mieszkania.
- Panie Beckett, jest pan równie naiwny, co atrakcyjny. - Klepie mnie
protekcjonalnie w klatkę piersiową. - Twój dom to ostatnie miejsce, do
którego się wybieram.
- Dlaczego? - Przysuwam twarz bliżej i zauważam dokładny moment, kiedy
jej oddech się zatrzymuje. Wysuwa język i oblizuje dolną wargę, co tylko
prowokuje mnie do wypowiedzenia moich następnych słów: - Chcę cię
zerżnąć. Może posadzić cię na ławce kar.
Twarz Olivii wykrzywia się, co jest równie urocze, co samo parsknięcie.
- Nie powiesz mi, że wyrywasz wszystkie te dziewczyny tekstami tego
typu?
- Oczywiście, że nie.
- Tak myślałam.
Uśmiecham się.
- Zazwyczaj moje nazwisko i ładna buzia w zupełności wystarczają.
Przewraca oczami, a ja chwytam kosmyk jej ciemnobrązowych włosów z nutą
karmelu i owijam go wokół palców. Ma piękne włosy. Piękne usta. Piękne
uda. Kurwa, po prostu jest piękna.
Delikatnym szarpnięciem przysuwam ją do siebie i uśmiecham się, czując,
że nieświadomie mi się poddaje.
- Możemy być u mnie za osiem minut, jeśli wskoczysz mi na barana -
szepczę. - Owiniesz mi te śliczne, małe nóżki wokół pasa, zanim ja owinę
je sobie wokół twarzy.
Bije od niej ciepło, odrobinę rozwiera usta, bierze oddech, ale nagle
się odsuwa. Odchrząkuje, wyciąga telefon i zaczyna przeglądać Instagram,
jakby była potwornie znudzona.
- Fatalny pomysł.
- Pozwolę się nie zgodzić.
Odwzajemnia moje spojrzenie z błyskiem w oku.
- Masz rację. Bolą mnie stopy od tego całego tańczenia. Jazda na barana
brzmi wspaniale. - Uśmiecha się, kiedy ja chichoczę, a potem dodaje
poważniejszym tonem: - Nie bawię się w przygody na jedną noc, Carter.
Kurwa.
Muskam zębami dolną wargę, obserwując, jak jej palce bębnią w kieliszek,
jak zerka na mnie co kilka sekund, żeby sprawdzić, czy nadal na nią
patrzę i jak rumieniec pojawia się na jej policzku, kiedy zdaje sobie
sprawę, że to właśnie robię. Jej mowa ciała i nerwowe kręcenie się pod
wpływem mojego spojrzenia nie pasują do kąśliwych komentarzy, co w jakiś
sposób czyni ją jeszcze bardziej intrygującą.
- No dobra - mówię, zanim jeszcze to dobrze przemyślałem, ale w sumie
pieprzyć to, czemu nie? Jeśli istnieje jakaś kobieta, z którą chciałbym
zobaczyć się jeszcze raz, to równie dobrze może to być Olivia. Po co
poprzestawać na jednej nocy? Mam przeczucie, że jest typem piosenki,
którą puszczałbym na okrągło. Mogę nawet rozważyć zawieszenie mojej
zasady o nienocowaniu. Możemy spędzić razem cały jutrzejszy dzień zanim
odeślę ją do domu. Uderzam dłonią w blat i pokazuję głową w kierunku
drzwi. - Chodźmy, piękna.
Jej szczęka się rozluźnia.
- Żartujesz.
- Rano nawet zabiorę cię na śniadanie. - Uśmiecham się do niej w sposób,
który kiedyś opisano jako czarujący.
Olivia mamrocze pod nosem coś, co brzmi dokładnie jak "pieprzony,
zarozumiały dupek" i przeciąga dłonią po twarzy.
- Chyba źle mnie zrozumiałeś.
Dopija resztkę piwa, zeskakuje ze stołka i nachyla się przy mojej
twarzy. Ładnie pachnie, jak świeżo upieczony chleb bananowy. Czy to
dziwne? Wiem tylko, że chcę jej spróbować.
- Nie mam absolutnie żadnych chęci - zaczyna powoli, akcentując każde
słowo, żebym lepiej zrozumiał, jak podejrzewam - być twoją kolejną
zdobyczą. Jestem przekonana, że ta niechlujna fryzura, ładne zielone
oczy i szelmowski uśmiech ściągnęły wiele majtek, ale na pewno nie
ściągną moich.
Opuszczam głowę i uśmiecham się.
- Czyli przyznajesz, że jestem atrakcyjny.
Przewraca oczami.
- Nie jestem nawet odrobinę zaskoczona, że to z tego zrozumiałeś. -
Pokazuje za siebie. - Możesz mieć tu każdą dziewczynę. Idź i zaproponuj
śniadanie komuś innemu.
Cóż, to nie przejdzie. Oferta śniadaniowa była przeznaczona tylko dla
niej.
- Ale ja chcę ciebie - jęczę figlarnie, łapiąc ją za dłoń. Jest taka
ciepła i malutka, momentalnie znika w mojej. - Nie mogę oderwać od
ciebie wzroku, znasz się na hokeju, kazałaś mi spieprzać na przynajmniej
trzy różne sposoby i nie pamiętam, kiedy ostatnio tak mnie do kogoś
ciągnęło.
Podchodzi bliżej, a mój puls przyspiesza. Opuszki jej palców tańczą po
moim ramieniu i muskają szczękę. Jej twarz unosi się w tym samym
momencie, w którym moja opada, a ogień w jej spojrzeniu obiecuje
niezapomnianą noc.
- Czy ktoś kiedykolwiek był w stanie ci odmówić? - pyta szeptem.
Dumnie wypinam klatkę piersiową.
- Nigdy.
Uśmiecha się i Chryste, to wspaniały widok.
- Cóż, zawsze musi być pierwszy raz.
Marszczę czoło, a ona odchodzi.
- Co?
- Miłej reszty wieczoru! - woła przez ramię i znika w tłumie. Jezu
Chryste, naprawdę będę musiał wrócić do domu i zrobić to, co mi kazała:
samemu się pieprzyć.
Kurwa. Nie podoba mi się to.
Rozdział 4. Dzięki, ale nie
4
DZIĘKI, ALE NIE
Olivia
NIEDZIELNE KACE są stworzone do dwóch rzeczy: śmieciowego jedzenia i drzemek.
Wszystko, czego chcę, to tłusty cheeseburger wielkości mojej głowy i superduże frytki, ale siedzę w Starbucksie, popijając mrożoną latte w środku grudnia, jakbym nie mogła bez niej żyć i jem posiłek z jednego z tych zdrowych boksów z idealnym obliczonym makro, a to wszystko dlatego,
że McDonald's serwuje śniadaniowe menu jeszcze przez piętnaście minut.
Cara unosi idealnie wyregulowaną brew, wpatrując się w mój napój.
- Jest zimno jak skurwysyn, Liv.
Nucę z nosem przy słomce i wsuwam dłonie w rękawy swetra.
- Nadchodzi zima.
- Zima już tu jest - odpowiada, nawiązanie do Gry o tron całkowicie
jej umyka. Tak, jak podejrzewałam. - A ty popijasz pieprzoną kawę
mrożoną.
- Mrożona latte - poprawiam, grzebiąc w moim serowo-owocowym,
proteinowym pudełku. Trącam jajko ugotowane na twardo. Serio, co to ma
być? Nie podoba mi się to. Jem takie rzeczy od poniedziałku do piątku,
ale nie w niedzielny poranek po tym, jak poprzedniego wieczoru wlałam w siebie tyle piwa, co połowa mojej wagi. Wzdycham i zamykam pudełko.
Poproszę Carę, żeby zajechała do okienka w McDonaldzie po drodze do
domu.
- Nieważne, co masz w kubku, Ollie, ważne, że jest mrożone.
Normalnie wolę herbatę, bez kofeiny. Cara mówi, że jestem psychopatką,
ale kofeina sprawia, że boli mnie brzuch i dostaję trzęsiawki. Ale tego
ranka jej potrzebowałam. Jestem przekonana, że nie funkcjonuję
poprawnie. Nienawidzę gorącej kawy, więc miałam ograniczone możliwości,
kiedy składałyśmy zamówienie dziesięć minut temu. Barista patrzył na
mnie, jakbym miała trzecie oko i poprosił, żebym powtórzyła, co chcę.
- Boli mnie głowa - mówię, robiąc szczenięce oczy.
- Ooo, kochaniutka. Za mocno przyimprezowałaś.
- Bolą mnie stopy. - Na gwałt potrzebuję je wymoczyć albo masażu.
Zaczepiam jedną nogę wokół kostki Cary i szoruję nią w górę i w dół jej
długiej łydki.
Strząsa ją.
- Nie mam zamiaru masować ci stóp. Może Em to zrobi, kiedy wrócimy do
domu.
Wykrzywiam twarz.
- Nie poproszę twojego chłopaka, żeby wymasował mi stopy.
- Dlaczego? - Wkłada winogrono do ust. - Ma do tego dobre dłonie. Duże.
Silne. - Unosi brwi. - Magiczne.
- Nie musiałam tego wiedzieć. - Rzucam w nią opakowaniem po słomce.
Cara zakłada nogę na nogę i patrzy na mnie, zwężając oczy.
- Czas pogadać o oczywistym problemie.
Biorę łyk kawy. Mój Boże, jest przepyszna. Pewnie nie zasnę przez kilka
dni.
- Jakim problemie?
- Problem to może złe słowo. Pogadajmy o mierzącej ponad metr
dziewięćdziesiąt ścianie mięśni wyglądającej jak superbohater z Marvela
albo grecki bóg.
Spoglądam na swój kubek.
- Nie wiem, o czym mówisz.
Wypycha językiem wnętrze policzka, kąciki jej ust się unoszą.
- Do cholery, Liv, chodzi mi o Cartera Becketta.
- Ach. Ten problem. - Patrzę na lakier na swoich paznokciach. - Już o nim rozmawiałyśmy. - Dopiero co udało mi się usunąć jego irytującą,
narcystyczną twarz z pamięci.
- Byłam po trzech mojito i pięciu szotach tequili. Nic nie pamiętam z tej rozmowy.
Polegała głównie na tym, że Cara trzymała mnie za szyję i odciągała jak
najdalej od Cartera Becketta: kapitana Vancouver Vipers, multimilionera,
ekstrawaganckiego playboya. Muszę jej oddać, że próbowała przedstawić
garść powodów, przez które absolutnie nie powinnam się do niego zbliżać,
ale trudno było ją zrozumieć, bo siorbała i wkładała sobie do ust jakąś
przystawkę za każdym razem, kiedy kelner przechodził obok z tacą.
- Powiedziałaś, żebym trzymała dystans, a ja odpowiedziałam, że to
właśnie robię. - Był taki krótki moment, kiedy trzymał mnie za rękę i patrzył na mnie swoimi szmaragdowymi oczami, kiedy mogłam... to
rozważyć. Może. Zastanowić się. Obwiniam o to alkohol.
Carter Beckett to definicja seksowności. Arogancja przyozdobiona drogimi
ubraniami, gładkimi nabitymi mięśniami i czarującym uśmiechem. Całkiem
możliwe, że jego twarz nosi ślady chlamydii, nie mam pewności. Raczej
się zabezpiecza, ale zalicza dziewczyny na całym świecie.
Cara opiera podbródek na pięści.
- Powinnam była się domyślić, że mu się spodobasz.
- Spodobam mu się? To nieprawda. Po prostu chce się ze mną przespać. I jak mogłaś się domyślić? Nie jestem w jego typie.
- Jesteś.
- Nie.
Cara przez chwilę bawi się telefonem, a potem pokazuje mi zdjęcie
długonogiej brunetki. Beckett obejmuje ją w pasie, a ona całuje go w szyję. Punkty dla nich, że udało im się przejść ulicą i uniknąć
tragedii.
- Widzisz? Też jest brunetką!
Przewracam oczami, ignorując to, że jest przynajmniej trzydzieści
centymetrów wyższa. Stukam w oznaczenie na Instagramie i niewzruszona
spoglądam na Carę.
- To cheerleaderka Dallas Cowboys.
Nienawidzę grać kartą "jestem inna", jak każda kobieta, ale taka jest
prawda: w niczym nie przypominam kobiet, z jakimi widywany jest ten
mężczyzna.
Jeśli to, co widzę w mediach społecznościowych jest jakąkolwiek
wskazówką, Carter woli kobiety, które przypominają Carę: nogi do nieba,
długie szczupłe torsy i lśniące proste włosy. Cały czas jestem
przekonana, że jedynym powodem, przez który ta dwójka się nie spotyka
jest to, że są do siebie zbyt podobni - pyskaci, pretensjonalni, dumni.
Prosta recepta na zdetonowanie pokoju.
- Okej, jesteś drobna. - Macha ręką, bagatelizując moją niewzruszoną
minę. - Jasne, nie jesteś modelką. Ale pracujesz jako nauczycielka wf-u,
więc to prawie to samo...
- To w ogóle nie to samo.
- Ale jesteś tak samo piękna - mówi to w przekonujący sposób, ale
przecież od zawsze bardzo mnie wspierała.
Pochylam się nad stołem i trącam ją palcem w nos.
- Dzięki, ale postępujesz zgodnie z kodeksem najlepszej przyjaciółki.
Musisz tak mówić.
Ciężko wzdycham i spoglądam na ludzi przechadzających się po centrum
handlowym z torbami przewieszonymi przez ramiona. Muszę przestać spać u Cary po imprezach. Rzuciła się na mnie, zanim przypomniałam sobie, jak
się nazywam, nie mówiąc już o tym, jak być asertywną, i tak wylądowałam
tutaj: na zakupach w centrum handlowym w niedzielny poranek, a co
najgorsze, bez mojego McDonald'sa na kaca.
Powtarzam: wszystko przez alkohol.
- Jestem głodna - narzekam. Kciuki Cary latają po ekranie telefonu. -
Potrzebuję normalnego jedzenia.
- Idealne wyczucie czasu, kochana. - Chowa telefon i wstaje. - Emmett
właśnie wstał i zamawia pizzę na lunch.
Czuję, że coś się we mnie uruchamia. To może być mój żołądek.
- Z bekonem?
- Z podwójnym bekonem.
CARA OZNAJMIA, że wróciła do domu w taki sam sposób, w jaki oznajmia
swoje przybycie gdziekolwiek: z przytupem. Rozpościera ramiona od razu,
gdy wchodzimy do środka, zrzuca sześć toreb z zakupami na podłogę i robi
piruet.
- Jesteśmy, kochanie! Liv potrzebuje masażu stóp!
- Nieprawda! - krzyczę, zdejmując buty. Uwielbiam Emmetta, ale chłopak
mojej najlepszej przyjaciółki masujący mi stopy to lekka przesada. Swoją
drogą, nie mogę porządnie włożyć pieprzonej skarpetki. Zwisa mi z palców
u stóp. Skaczę na jednej nodze po korytarzu, w kierunku zapachu
pepperoni i bekonu, próbując ją poprawić.
Nienawidzę skarpetek. Nienawidzę ciężkich butów. Nienawidzę zimy.
Unoszę głowę, pociągam nosem i wolną ręką pocieram brzuch.
- Pachnie wspaniale, Em. Chodź do mamy.
Udaje mi się zaczepić palec o skarpetkę i naciągnąć ją na piętę z okrzykiem "a-ha" na ustach, ale źle ląduję, ślizgam się na wełnie
wyłożonej na błyszczącym marmurze i wywracam do tyłu, wykrzykując losowe
przekleństwa i machając rękami szukając czegoś, czego mogłabym się
złapać.
A tym okazują się być silne ramiona. Niezwykle muskularne. Z żyłami na
wierzchu. Och, te przedramiona są wspaniałe. Owijają się wokół mojej
talii i przytrzymują przed upadkiem tyłkiem na podłogę. Ciepło rozchodzi
się po moim ciele, kiedy stawiają mnie z powrotem na nogi. Spoglądam w dół na wyjątkowo dużą dłoń obejmującą mój tors, trzymającą mnie pewnie i dreszcz przebiega mi po kręgosłupie na szeptane do ucha słowa.
- Cześć, mała.
Moja dłoń przesuwa się powoli w dół jego przedramienia i zauważam
wyraźny kontrast pod palcami. Tam, gdzie ja jestem blada i miękka, on
jest wyjątkowo opalony i twardy.
Gorący oddech spływa po mojej szyi, a ja zamykam oczy, gdy kuszący
aromat wiruje wokół mnie, nuty cytrusów zmieszane z limonką i drzewem
cedrowym.
Doskonale wiem, czyje ramiona mnie obejmują, czyje dłonie trzymają mnie
blisko, czyje usta znajdują się przy mojej szczęce. Wiem, ale to nie
powstrzymuje mnie przed tym, co robię później.
Powoli obracam głowę. Bardzo powoli. Jak w horrorach. Nie jestem pewna,
czy moja szczęka kiedykolwiek była tak nisko. Pewnie zmieściłabym w buzi
zaciśniętą pięść, jeśli bym chciała. Mój brat wyzwał mnie, kiedy miałam
dziewięć lat i zrobiłam to tylko po to, żeby udowodnić, że się myli.
Przyglądam się tym zielonym oczom i burzy kasztanowych włosów, temu
irytującemu, seksownemu, szelmowskiemu uśmiechowi i robię jedyną,
sensowną rzecz: piszczę.
Odpycham Cartera Becketta i biegnę do kuchni tak szybko, że nogi mi się
rozjeżdżają. Emmett rzuca się do przodu i chwyta mnie pod ramię, a on
wyje ze śmiechu. Pachwina boli tak bardzo, że mam ochotę upaść na
podłogę i rozpłakać się przy talerzu z kawałkiem pizzy.
- Szkoda, że tego nie nagrałam - parska Cara, wycierając łzy spływające
jej po policzkach. - Carter, założę się, że to pierwszy raz, kiedy
dziewczyna tak przed tobą spieprza. Kurwa mać. - Pokazuje to na mnie, to
na Cartera kawałkiem pizzy trzymanym w dłoni. - Genialne.
Skóra mi cierpnie, gdy biorę talerz i zajmuję się sobą, próbując -
bezskutecznie - udawać, że Carter Beckett nie wisi mi nad ramieniem i nie obserwuje każdego mojego ruchu.
Jego dłonie lądują po obu stronach blatu, biorąc mnie w kleszcze.
- Pospieszysz się, piszczałko? Duży chłopiec jest głodny.
- Próbuję ustalić, który kawałek ma najwięcej bekonu. Nie popędzaj mnie,
duży chłopcze.
Nachyla się i szepcze mi do ucha, a ja dostaję gęsiej skórki:
- Nie śmiałbym cię pospieszać. Chcę delektować się czasem spędzonym
razem, Olivio.
- Och, na litość boską. - Odwracam się do Cary oraz Emmetta i opieram
rękę na biodrze. - Które z was zapomniało mi powiedzieć, że on też wpada
na lunch?
Cara wyrzuca ramiona w górę.
- Nie mam pojęcia.
Emmett rechocze.
- No raczej, że ty. Napisałem ci... - Jego słowa giną za dłonią, którą
Cara kładzie mu na ustach.
Ta dziewczyna uwielbia dramy. Podejrzewam, że to jedyny powód, dla
którego ponownie umieściła mnie i Cartera w jednym pomieszczeniu. Albo
chce zobaczyć jak pozbawiam go pewności siebie. Daj ludziom to, czego
chcą.
Carter patrzy na mnie, oczekując jakiejś reakcji, więc biorę największy
kęs, jaki potrafię, patrząc mu prosto w oczy, przechodzę obok niego i siadam na kanapie. Jak można się było spodziewać, dołącza do mnie jakieś
piętnaście sekund później i szeroko się uśmiecha.
Te dołeczki są kurewsko urocze. Nienawidzę ich.
Szturcha mnie ramieniem.
- Mam więcej bekonu.
- Nieprawda. - Nachylam się i przyglądam temu, co ma. Być może kac
wpłynął na moje oko do idealnych kawałków pizzy. - Cholera.
Śmieje się cicho, kładzie swój kawałek pizzy na moim talerzu i bierze
ten z mniejszą ilością bekonu. To uroczy gest, dlatego robię się
podejrzliwa. Zeszłej nocy postawił mi piwo i brzmiał tak, jakby miał
nadzieję, że jest to równoznaczne z wsadzeniem mi później do ust pewnej
części ciała.
- To tylko kawałek pizzy, Olivio. Mogę go zjeść, jeśli nie chcesz.
Przysuwam talerz do siebie.
- Wara, Beckett.
Cara przechodzi obok i rzuca na mój talerz pojemnik z dipem. Zużywam
cały na dwa kawałki pizzy. Carter cały czas się patrzy, bok mojej twarzy
rozgrzewa się pod jego spojrzeniem.
- Mogę ci w czymś pomóc? - pytam w końcu.
Uśmiecha się.
- Nie. Dzięki.
Zjada cztery kawałki pizzy, idzie do kuchni, bierze kolejne dwa i kończy
je, podczas gdy ja nadal męczę się ze swoimi.
- Wolno jesz - stwierdza, odkładając talerz na stolik do kawy. Staram
się nie patrzeć na szerokie mięśnie pleców odznaczające się pod koszulą,
ale cholera jasna, trudno tego nie robić.
Właśnie mam powiedzieć, że nie jem wolno, po prostu on rzuca w siebie
wszystko jak odkurzacz, ale słowa grzęzną mi w gardle, kiedy kładzie
sobie moje stopy na kolanie i zdejmuje mi skarpetki. Jego kciuki wbijają
się w podbicie i nagle robię się niezwykle wdzięczna Carze, że
spędziłyśmy wczorajszy poranek w spa.
Carter dotyka karmazynowego lakieru na moich paznokciach.
- Ładny.
- Co ty wyprawiasz? - pytam w końcu, a potem jęczę, kiedy masuje
wyjątkowo obolałe miejsce.
- Cara powiedziała, że potrzebujesz masażu. Oto on.
Czy moja odpowiedź powinna brzmieć "nie, dziękuję"? Najprawdopodobniej.
Szkopuł w tym, że ma ogromne dłonie, szerokie opuszki i dużo siły, a ja
za dużo wczoraj wypiłam, przez co przesadziłam z tańczeniem. Poza tym,
to takie przyjemne.
- Jezu Chryste - wyrywa mi się z ust. Wyginam się w jego stronę. -
Dziękuję.
- Nie ma problemu. Jeśli jesteś fanką masaży, możemy iść do mnie...
- I właśnie wszystko zepsułeś. - Wyrywam stopy z jego magicznego uścisku
i podwijam je pod pupę. - Po co psuć coś tak przyjemnego?
Patrzy mi prosto w oczy.
- Bardzo chciałem cię zepsuć i uwierz mi, to byłoby jeszcze
przyjemniejsze. - Śmieje się na mój zszokowany wyraz twarzy i łapie
kontroler od Xbox'a, który rzuca mu Emmett. - Bardzo się rumienisz,
Olivio.
Cara prycha.
- Pewnie trudno ci to pojąć, ale ona nie jest zainteresowana, Carter.
- Śmiem wątpić, ale spoko.
On i Emmett odpalają grę NHL, bo najwyraźniej, kiedy nie grają w hokeja
w prawdziwym życiu, muszą to robić na konsoli. Pomimo skupionego
spojrzenia, Carter nie odpuszcza pogawędki.
- Lubisz śnieg, piszczałko?
- Nie za bardzo.
- Dlaczego?
- Bo muszę nosić skarpetki.
- Wiosna czy lato?
- Lato.
- Słodkie czy słone?
- Słodkie.
- Jak wróciłaś wczoraj do domu?
- Spałam tutaj.
Mruczy coś pod nosem, a ja mam ochotę chwycić go za gardło.
- Gdybym wiedział, że tu śpisz, też bym przyszedł zamiast wracać do
domu. Moglibyśmy sobie dłużej pogadać.
Czy on tak na serio? Nie pamięta dziewczyny, która przykleiła się do
niego pół godziny po tym, jak odeszłam? Nie mógł zapomnieć, że spojrzał
na mnie i puścił mi oczko. "To mogłaś być ty", mówiło to spojrzenie,
jestem pewna.
- Ta, cóż, miałeś pełne ręce roboty z ładną małą blondynką.
Odrywa oczy od gry i spogląda na mnie.
- Nie tak ładną, jak ty.
To ma być komplement? "Dziewczyna, którą wczoraj wyrwałem po tym, jak
mnie olałaś, nie może się z tobą równać, ale i tak ją zerżnąłem"? Jest
takim dziwkarzem, a ja nie chcę być kolejnym króliczkiem, którego
przeleci i rzuci, więc ze wstrętem przewracam oczami.
- Nie zabrałem jej do domu, Olivio.
Prycham, niedowierzając. Poza tym, mam to w dupie.
- Śmiem wątpić, ale spoko.
- Chyba jesteś zazdrosna.
- Uwierz, nie jestem.
- Nie mogłem się do tego zmusić po tym, jak całą noc patrzyłem na
ciebie. - Zdobywa gola i mamrocze "tak, kurwa" pod nosem, a Emmett
wypowiada ciąg przekleństw, po czym stwierdza, że potrzebuje więcej
pizzy.
- Nieważne.
Carter odkłada kontroler i odwraca się z trudnym do odczytania wyrazem
twarzy, wręcz pustym. Nie podoba mi się to. Jeśli ja nie mogę go
rozczytać, nie chcę, żeby on rozczytał mnie.
- Wydaje mi się, że jesteś - odpowiada w końcu, szorstkim szeptem.
Jego palce muskają moje udo, nad rozcięciem w kolanie, tak delikatnie,
że nie wiem, czy faktycznie mnie dotyka. Przez chwilę rozkoszuję się
ciepłymi, stwardniałymi dłońmi. Przez chwilę chcę więcej.
Przez chwilę. Potem używam mózgu.
Co ja tu do cholery robię? Czemu dostarczam rozrywki temu egoistycznemu
dupkowi? Mogłabym siedzieć w domu, bez stanika, i ucinać sobie drzemkę.
- Muszę spadać - wołam przez ramię, zeskakując z kanapy. - Dzięki za
lunch.
- Co? Już? - W odbiciu drzwi od patio widzę, że Cara wymierza wściekły
palec Carterowi.
- Muszę wpaść do Jeremy'ego. - To prawda, ale mam jeszcze kilka godzin.
Całuję Carę w policzek, przytulam Emmetta i unikam Cartera. Oczywiście,
idzie za mną do drzwi i patrzy, jak wkładam kozaki.
- Kim jest Jeremy? Twoim chłopakiem?
Waham się. A potem kłamię.
- Tak.
- Widzisz się z bratem? - Emmett krzyczy z holu. - Powiedz Jeremu, że
będę online o dziesiątej, jeśli chce dzisiaj pograć!
Ach, cholera.
Carter krzyżuje ramiona na szerokiej klatce piersiowej i unosi brew.
- Mała kłamczucha.
No cóż, bywa. Wzruszam niewinnie ramionami i zakładam płaszcz. Carter
chwyta za jego klapy i przyciąga do siebie. Przechodzi mi przez myśl, że
będzie chciał mnie pocałować i, co gorsza, że nie zdołam go powstrzymać,
ale zamiast tego zapina guziki mojego wełnianego płaszcza.
Carter Beckett zapina mi płaszcz.
- Dasz mi swój numer?
Mrugam.
- Eee... - Mam zamiar odmówić. Nie rozumiem, dlaczego nie mogę
wykrztusić ani słowa.
Widzi okazję w moim wahaniu i podchodzi bliżej, a ja cofam się, aż
dotykam plecami drzwi. Stykami się torsami. Mój Boże, wspaniałe uczucie.
Jest ciepły, szeroki, twardy. I wysoki. Cholera, tak bardzo wysoki. Moja
pochwa wykonuje śmieszny mały taniec, jakby miała nadzieję, że coś zaraz
dostanie. Myli się.
Jego dłoń przesuwa się po moim boku, a bicie mojego serca odrobinę
przyspiesza, kiedy wyciąga moje włosy spod płaszcza i kładzie je na moim
ramieniu.
- Zróbmy tak, piszczałko. Ja dam ci swój numer, chociaż nigdy tego nie
robię. Będziesz pierwsza. - Widzę w jego oczach błysk zadowolenia.
Czuję, że zaraz powie coś, przez co całkowicie wsiąknę. - Bo jesteś
wyjątkowa, Olivio.
I co, to tyle? Jakim cudem tyle kobiet z nim sypia?
Kładę dłoń na jego klatce piersiowej i odpycham go o krok w tył.
Uśmiecham się - ekstra słodko - a Carter uśmiecha się jeszcze szerzej,
odsłaniając wszystkie dołeczki.
Jest teraz bardzo pewny siebie.
Nie mogę się doczekać, żeby go zniszczyć.
Przejeżdżam opuszkiem palca po kołnierzyku jego koszulki, po czym kładę
dłoń na karku i przyciągam jego twarz do swojej. On łapie mnie za
biodra, kiedy muskam ustami jego ucho. Nienawidzę tego, że tak dobrze
pachnie. Jakaś irracjonalna część mnie chce polizać go jak loda w rożku.
- Nie, dziękuję.
Patrzę, jak zadowolony z siebie uśmiech znika z jego przystojnej twarzy,
a ta za drzwiami, które zatrzaskuję.
Cholera, świetnie uczucie.
Rozdział 5. Czy to moja twarz?
5
CZY TO MOJA TWARZ?
Olivia
ZAZWYCZAJ DOBRZE SOBIE RADZĘ z moim niskim wzrostem. W kanciapie trzymam
stołek, na wypadek gdybym go potrzebowała i wspinam się na blat
kuchenny, kiedy muszę dosięgnąć szafek, co nie zdarza się zbyt często.
Problem polega na tym, że nawet w tym wieku, wciąż się czasem zapominam.
Mnóstwo razy naciągnęłam mięsień stojąc na palcach i próbując sięgnąć
"jeszcze ciupkę wyżej" i zamienić się w Spider-Mana, żeby ściągnąć
siatkę do siatkówki.
Dzisiaj znowu muszę się z nią zmierzyć. Odgłosy, które przy tym wydaję
przypominają dźwięki zarezerwowane dla moich spotkań sam na sam w sypialni z wibrującym przyjacielem. Wciąż zerkam za siebie, w stronę
kanciapy znajdującej się na drugim końcu sali gimnastycznej. Widzę, że
jest tam ten cholerny stołek, przytrzymujący drzwi, żebym na pewno o nim
nie zapomniała.
Jestem trochę roztrzepana w ostatnim dniu szkoły przed przerwą
świąteczną. Zaraz będę miała dwa tygodnie wolnego i doskonałą wymówkę,
żeby nie nosić stanika.
- Pani Parkerrr. - Widzę zadowolenie na twarzy jednego z uczniów
najstarszej klasy, który ciągle za mną łazi. - Chce pani wpaść na
imprezę w ten weekend?
Rzucam puste spojrzenie piaskowemu blondynowi, stojącemu w drzwiach
przebieralni dla chłopców.
- Przestań zapraszać mnie na imprezy, Brad. Jestem twoją nauczycielką.
- Tak, najlepszą nauczycielką. - Brad zmierza w moją stronę niezwykle
pewnym krokiem. Niebezpiecznie przypomina Cartera Becketta i przechodzi
mnie dreszcz na myśl, że w przyszłości może mu dorównać. - Bardzo
chętnie byśmy z panią poimprezowali.
Mam dziwną ochotę przywalić mu kolanem tam, gdzie najbardziej zaboli,
ale powstrzymuję się i skupiam się na zadaniu: wyciągnięciu głupiego
sznurka z głupiej pętli, a potem schowanie głupiej siatki aż do
przyszłego roku. Chwilę później Brad stoi już tuż za mną, jego klatka
piersiowa dotyka moich pleców, a ja staram się nie zakrztusić zapachem
wody kolońskiej. Jedno psiknięcie jest okej, przy siedmiu wracam myślami
do Spring Fling w ósmej klasie, kiedy pierwszy raz się całowałam.
Upajające doświadczenie, ale nie dlatego, że pocałunek był świetny.
Chłopak miał na sobie tyle taniej wody kolońskiej, że aż kręciło mi się
w głowie.
Brad ratuje mnie z opresji, pociągając za sznurek u góry, dzięki czemu
jedna część siatki ląduje na ziemi.
- Dzięki - mamroczę, przechodząc z jednej strony sali na drugą i składając siatkę. Brad przechodzi obok mnie i opiera się o słup, do
której wciąż jest przymocowana jej druga część. - Zdejmij ją, Brad,
proszę.
- Nawet pani nie spróbuje?
- Nie, bo to bez sensu, po co miałabym to robić? - Krzyżuję ramiona na
klatce piersiowej i unoszę brew. Mam trochę temperamentu, co, jak się
okazuje, dobrze pasuje do roli nauczyciela wf-u w liceum. Radzę sobie z humorkami nastolatków, a oni z moimi. - Zdejmuj.
- Jezu, bez nerwów. - Idzie za mną do magazynku i opiera się o drzwi, a ja chowam siatkę. - Mam urodziny trzeciego stycznia. Po powrocie z przerwy świątecznej, będę miał osiemnaście lat.
A ja wciąż będę miała dwadzieścia pięć, będę jego nauczycielką i będę
kompletnie niezainteresowana.
- Dobrze dla ciebie. - Trzaskam drzwiami, zasuwam zamek i idę do
kanciapy, rzucając na odchodne "Wesołych Świąt, Brad".
Brad nie rozumie sugestii - co u niego normalne - i podąża za mną jak
zagubiony szczeniak.
- Kiedykolwiek przestanie pani zgrywać niedostępną?
- Jesteś moim uczniem?
- Tak.
- W takim razie, nie.
- Dobra. Ale za sześć i pół miesiąca nie będę już pani uczniem!
Do kurwy nędzy. Mam serdecznie dość tych rozwydrzonych warchlaków.
Zawsze myślą nie tą głową, co trzeba. Później dorastają i dalej robią
dokładnie to samo.
- Wynocha! - Wyganiam go za drzwi. - Wróć w styczniu i wybij sobie z głowy flirtowanie z wuefistką. To irytujące, niekomfortowe i bardzo
niestosowne.
Wybiega na korytarz, jakby paliło mu się w dupie, a ja wracam do
kanciapy, żeby się spakować. Przed wyjściem sprawdzam wiadomości. Jedna
od mamy, z życzeniami na ostatni dzień szkoły. Jedna od brata, z prośbą
o upieczenie jego ulubionego ciasta jagodowego na deser w święta, plus
seria emotek z rękami złożonymi do modlitwy. Jedna od bratanicy,
Alannah, pełna emotek i z podpisem "kocham cię, ciociu Ollie". Ma raptem
siedem lat, ale babcia i dziadek rozpieszczają ją na potęgę - najpewniej
dlatego, że widują ją raz na kilka miesięcy - toteż na urodziny dostała
iPada i pisze do mnie z niego każdego dnia. Nie mam nic przeciwko, te
wiadomości sprawiają, że serce mi rośnie.
Nie mam czasu odczytać sznurka wiadomości od Cary, bo dzwoni telefon.
- Jak ty to robisz? - pytam, przytrzymując telefon między uchem i ramieniem, przy okazji szukając w torebce kluczyków od samochodu. -
Jakim cudem zawsze wiesz, kiedy trzymam telefon w ręce?
- Nazwijmy to bliźniaczym połączeniem - odpowiada Cara.
- Nie jesteśmy bliźniaczkami. Nie jesteśmy nawet spokrewnione.
- Mamy bratnie dusze, Liv. Doskonale o tym wiesz.
Wchodzę do auta, przekręcam kluczyk w stacyjce i słucham jak silnik się
dusi, a potem gaśnie.
- Kurwa mać - stękam i próbuję jeszcze raz.
- Potrzebujesz nowego samochodu.
- Nie. Czerwona Rhonda sprawuje się wspaniale, prawda, kochana? - Klepię
deskę rozdzielczą, mamroczę modlitwę pod nosem i ponownie przekręcam
kluczyk. Silnik budzi się do życia, a ja opadam na fotel, wzdycham z ulgą i czekam aż samochód się rozgrzeje.
- W końcu zajeździsz starą Rhondę - śmieje się Cara. - W każdym razie,
mam ekstra bilet na mecz dziś wieczorem. Chcesz wpaść? Później wypijemy
kilka drinków.
Mecz hokeja? Drinki?
Powiedz mi, że to niebezpieczny pomysł, bez mówienia mi, że to
niebezpieczny pomysł. Ja zacznę: muszę spędzić cały wieczór ignorując
Cartera, co jest dość trudne, bo jest kapitanem zespołu i takie tam. Na
pewno będzie się przy nim kręciła jakaś dziewczyna albo dwie, a to
irytujące, chociaż wiem, że jest dziwkarzem. Prawdopodobnie nie będzie
pamiętał mojego imienia, co jeszcze bardziej irytujące, a nie potrafię
długo powstrzymywać swojego kolana przed powędrowaniem w wiadome
miejsce.
- Jestem zmęczona - rzucam w końcu.
To nie do końca prawda, ale nigdy nie rezygnuję z okazji, żeby zrzucić
stanik, włożyć najcieplejsze dresy i zwinąć się w kłębek na kanapie z dobrym erotykiem albo czterogodzinnym maratonem Netflixa.
- Ach, no dawaj! Pamiętasz, jak dobrze się bawiłyśmy w zeszły weekend?
Masz ferie! Przyimprezujmy!
Czy pamiętam, jak dobrze się bawiłam? A którą część dokładnie? Kręcenie
tyłkiem przed Carą, bo bycie przyzwoitym człowiekiem pięć dni w tygodniu
jest wyczerpujące i potem rozpaczliwie pragnę odpiąć wrotki? Czy
słuchanie tego, jak Carter Beckett bardzo chce mnie wyruchać i wziąć na
śniadanie? A może dwugodzinna drzemka po pizzy z Carterem, a później
trzygodzinny maraton z Brooklyn 99, po powrocie do domu z niedzielnej
kolacji w domu brata.
To ostatnie było całkiem spoko.
- Livvie? Proszę, kochanie. Dla mnie. - Widzę przed oczami jej wydęte
wargi. - Będę twoją najlepszą przyjaciółką.
- Już jesteś moją najlepszą przyjaciółką - zauważam, ale kiedy zaczyna
skomleć, głośno wzdycham. - Jesteś niemożliwa.
- A ty miękka jak skurwysyn. Musisz nauczyć się mi odmawiać od czasu do
czasu. - Od jej przenikliwego pisku aż dzwoni mi w uchu. Potem papla o szczegółach dotyczących dzisiejszego wieczoru i natychmiast się
rozłącza, zanim zdążę zmienić zdanie.
- Nie rozumiem, jakim cudem podłogi są już tak lepkie, chociaż mecz
jeszcze się nawet nie zaczął. - Marszczę nos za każdym razem, kiedy moje
trampki odklejają się od podłogi. - A już w szczególności tutaj.
Przyglądam się arenie, kiedy idziemy wzdłuż rzędu i zajmujemy miejsca.
Siedzimy tuż za ławką rezerwowych - korzyści z umawiania się z drugim
kapitanem, jak mniemam - więc to nie tak, że pięćset osób szło tędy
zanim znalazło swoje miejsca. Toteż powtarzam pytanie: dlaczego, do
cholery, moje buty przyklejają się do wszystkiego?
- Podłogi zawsze są obrzydliwe. - Cara otwiera puszkę piwa i mi ją
wręcza. - Dlatego w pewnym momencie odpuściłam szpilki.
- To musiała być dla ciebie taka trudna decyzja, przecież to idealne
buty na mecz hokeja.
Pstryka mnie w skroń, a ja chichoczę i kradnę garść popcornu z wielkiego
kubła, który trzyma na kolanach.
- Carter pytał o ciebie Emmetta w tym tygodniu.
Uderzam pięścią w klatkę piersiową, bo popcorn grzęźnie mi w gardle.
- Słucham?
- Carter - powtarza, otwierając opakowanie Skittlesów. Wrzuca
przynajmniej jedną trzecią do buzi, po czym pokazuje na lód. - Beckett.
Podążam za jej spojrzeniem i wspólnie patrzymy, jak Vipers wychodzą na
swoją domową arenę na rozgrzewkę. Od razu namierzam ogromną sylwetkę
pana Becketta. Wskakuje Emmettowi na plecy i obejmuje go ramionami, ich
głośny rechot odbija się od lodu, po czym Emmett zrzuca go na ziemię. To
interesujący widok, bo wujek Google mógł mi podpowiedzieć, że Carter
jest o centymetr wyższy od Emmetta.
- Doskonale wiem, o kim mówisz. - Odwracam głowę, zanim zdąży na mnie
spojrzeć. - Ale chyba się przesłyszałam. Mówiłaś, że o mnie pytał.
- Dokładnie to powiedziałam. W zasadzie pytał kilkukrotnie. - Rozrywa
opakowanie lukrecji, odgryza kawałek, a potem obraca go dookoła. Jestem
przekonana, że ma na kolanie cały bar z przekąskami. - Podobno śpiewał o tobie jakąś piosenkę.
Przestaję kręcić kosmykiem włosów, który obecnie odcina mi dopływ krwi
do palca i przykładam zimną puszkę piwa do szybko rozgrzewającej się
twarzy.
- Co?
- Moja dziewczyna zrobiła na nim niezłe wrażenie zeszłego weekendu.
Prycham.
- Dlatego, że nigdy wcześniej nie usłyszał odmowy? - I to dwa dni z rzędu. Widok zszokowanego Cartera, po tym, jak nie dostał tego, czego
chciał, to moje największe życiowe osiągnięcie.
- Coś w tym stylu.
- Proszę cię, dwadzieścia minut później już przykleiła się do niego
jakaś inna panna.
- Nie stuknął jej, co do niego niepodobne. Wyszedł sam, zaraz po tym,
jak wsiedliśmy z Emmettem do Ubera.
Macham lekceważąco ręką. Czy Carter powiedział mi dokładnie to samo
następnego dnia? Tak. Czy mu uwierzyłam? Nie. Czy wierzę mu teraz? Wciąż
nie. Poza tym, to nie ma znaczenia. On to Carter Beckett, milioner i kapitan drużyny hokejowej. Ja to Olivia Parker, spłukana nauczycielka w liceum. Dzieli nas przepaść. Cholera, nawet nie jesteśmy na tej samej
orbicie.
A nawet gdybyśmy byli, jednorazowe numerki i poligamia to nie moja para
kaloszy, podobnie jak wysokie prawdopodobieństwo złapania choroby
wenerycznej, jeśli za bardzo się zbliżymy i przypadkowo zatańczymy bez
majtek. Już wspomniałam, że nie podejmuję najlepszych decyzji pod
wpływem alkoholu.
Nie przepadam za randkami. Cara niestrudzenie próbuje umówić mnie z tymi
"fajniejszymi" kolegami z drużyny Emmetta - jej dobór słów - a ostatnio
przyłapałam ją na tworzeniu mojego profilu w aplikacji do randkowania.
Chyba nie mam za dużo czasu, żeby kogoś poznać, ale wciąż uważam, że to
się stanie, kiedy nadejdzie odpowiednia chwila. Nie spieszy mi się, na
razie nie mam nic przeciwko byciu samej. Wolę poczekać na kogoś, kto ma
podobne priorytety. Nie jestem zainteresowana randkowaniem dla samego
randkowania, ani pieprzeniu się tylko po to, żeby poczuć się lepiej.
Od tego są przyjaciele zasilani bateriami, a ja trzymam swojego w szufladzie w domu. Co więcej, wyciągnęłam go w niedzielne popołudnie,
kiedy tylko wróciłam do domu po tym, jak zostawiłam Cartera z opadniętą
szczęką. I tak, myślałam o jego głupiej przystojnej twarzy, kiedy go
używałam. Nie jest mi wstyd.
Nigdy nikomu nie powiem.
Zamiast starać się uporządkować swoje myśli na temat Cartera Becketta,
skupiam się na chwili, która nadchodzi. Pomimo że w arenie jest ciepło,
chłodny wiatr przeszywa powietrze, kiedy gracze jeżdżą wokół, rozciągają
się i oddają rozgrzewkowe strzały na bramkę. Wszystko jest tutaj
spotęgowane, ostry dźwięk łyżew ślizgających się po lodzie, uderzenia
kompozytowych kijów o gumowe krążki, zanim te przetną powietrze, zapach
maślanego popcornu, miganie świateł i rozmowy, których nie da się
zrozumieć.
To sprawia, że tęsknię za graniem w hokeja. Jest coś wyjątkowego w jeździe po świeżym lodzie, mroźnym powietrzu smagającym policzki oraz
przypływie adrenaliny, kiedy zmierzasz do bramki z krążkiem na czubku
kija. Wychodzę na lód co tydzień z drużyną mojej bratanicy, ale to nie
to samo, zwłaszcza biorąc pod uwagę osiemnastoletnią różnicę wieku i to,
że staram się ogarnąć bandę siedmiolatków.
Cara głośno wzdycha.
- Cóż, cały czas ci się przypatrywał.
- Nieprawda - mamroczę i opieram stopy o szybę, żeby widzieć swoje buty,
a nie mężczyznę, o którym mowa.
- Ty jemu też, smarkulo. Może i byłam nawalona, ale trudno nie zauważyć
w kogo wpatruje się najsławniejszy facet w pomieszczeniu.
Moja twarz robi się ciepła. Nie podoba mi się to. Ostatnią rzeczą, jaką
chcę robić, to rumienić się na wzmiankę o mężczyźnie, który pewnie
pomyli moje imię, kiedy do nas przyjdzie. Chcę czuć, że coś dla kogoś
znaczę, a nie być wyzwaniem dobrania się do majtek, bo jestem pierwszą
kobietą, która nie padła mu do stóp.
Skłamałabym, gdybym powiedziała, że chociaż przez chwilę nie rozważałam
przyjęcia propozycji Cartera w zeszły weekend. Minęło już trochę czasu
od ostatniego razu, a zawsze miło jest zostać przebolcowaną. Cara
twierdzi, że ci gracze hokeja mają niesamowitą kondycję i mogą jechać
całą noc. A ktoś tak doświadczony jak on musi być wspaniały w łóżku.
Sprawi, że zapadnę w śpiączkę na dzień lub dwa. Akurat mogłabym się w końcu wyspać.
Nigdy się nie dowiem. A przynajmniej, nie powinnam.
Prawda?
Nie. Nie, Olivio, do jasnej cholery.
- Jestem pewna, że szybko zapomni, o ile już tego nie zrobił - to
nudna odpowiedź, której w końcu udzielam Carze.
Ciało uderza w pleksi przede mną. Krzyczę i zaciskam dłoń na udzie Cary.
- Jezu - mamroczę, trzymając rękę na walącym sercu.
Cara parska śmiechem.
- Mhm. Szybko zapomni. Na pewno. - Szturcha mnie łokciem, po czym macha
palcami do osoby stukającej w szybę. - Chyba masz gościa.
Wiem, kto to jest. Czuję jego obecność. Wiruje mi w żołądku, a krew
napływa do miejsca między nogami. Dlaczego? Nie mam, kurwa, pojęcia, ale
ten facet to czysty seks jeżdżący na łyżwach i teraz jestem wkurwiona,
bo po powrocie do domu będę musiała zafundować sobie kolejny średni
orgazm, wyobrażając sobie tego seksownego mężczyznę, błagającego o moją
atencję.
Usta Cary wykrzywiają się w uśmiechu.
- Nie patrzysz, prawda?
Kręcę głową i marszczę brwi.
- Nie. Nie mogę.
- Olivia! - krzyczy Carter Beckett. To naprawdę niepotrzebne. Na litość
boską, jestem tuż obok.
Znowu to cholerne stukanie. Im dłużej go ignoruję, tym głośniej stuka.
Jest nieustępliwy i irytujący. Wokół mnie robi się szumnie, wszyscy
zastanawiają się dlaczego chce mojej uwagi i, co więcej, dlaczego do
cholery go ignoruję.
Nie rozumieją. Może mnie odrzucać, że beztrosko wykorzystuje kobiety,
ale moja siła też ma swoje granice. Obawiam się, że samym urokiem może
ściągnąć mi spodnie. Jeśli ktokolwiek jest w stanie to zrobić, to
właśnie on.
- Liv, Liv, Liv, Liv, Liv - skanduje Carter, a po każdym wypowiedzeniu
mojego imienia stuka w pleksi.
- Co? - szepczę-krzyczę i w końcu odwracam się w jego stronę, wyrzucając
ramiona nad głowę.
Jego uśmiech jest bombowy, atrakcyjny, seksowny i doprowadzający do
szału. Pochyla się nad bandami, trzymając długi kij, którego koniec
spoczywa na krawędzi szyby.
- Cześć.
Dobry Boże, nie mogę. Co się dzieje?
Carter obserwuje, jak rumieniec oblewa moje policzki właśnie przez
niego. Mogę udawać niedostępną, ale ten gość jest o wiele bardziej
kumaty niż się wydaje. Doskonale wie, że podoba mi się to, co widzę,
czyli on, mężczyzna całkowicie swobodnie i pewnie czujący się w swojej
skórze, uśmiechający się w ten durny, irytująco-uroczy sposób, z przeszywającymi szmaragdowymi oczami, skrzącymi się radością i zdecydowanie zbyt dużą dozą arogancji.
Carter wie, co ze mną robi. Właśnie rozpoczął się mój upadek.
Pochyla się bliżej, a ja nienawidzę siebie za to, że robię dokładnie to
samo. Wyglądamy, jakby mówił sekret przeznaczony tylko dla moich uszu.
Kącik ust Cartera unosi się, odsłaniając niesamowity uśmiech. Opiera
podbródek o dłoń w rękawiczce.
- Zdobędę dla ciebie gola. - Słyszę pewność w jego głębokim głosie oraz
arogancję, która sprawia, że ściska mnie w żołądku. Puszcza mi oczko i odjeżdża, kręcąc biodrami, po czym upada na kolana, rozszerza nogi
odsłaniając krocze i robi wielkiego, różowego balona z gumy. Robi to
wszystko cały czas na mnie patrząc.
- Cała drżysz - mamrocze Cara, przeżuwając garść M&M'sów.
W końcu udaje mi się oderwać wzrok od Cartera. Imponujące osiągnięcie,
biorąc pod uwagę, że wciąż na mnie patrzy, a ja rozbieram go w myślach i zastanawiam się, jak długi jest kij, który trzyma między nogami. Pewnie
ogromny, jak cały on.
- Hę?
- Mówię, że wyglądasz jakbyś zastanawiała się nad wzięciem udziału w jego misji przelecenia cię.
Każda nuta pożądania staje się kwaśna w moich ustach. Marszczę nos i krzyżuję ramiona.
- Nie biorę udziału w żadnej misji ani nie chcę, żeby zamieszczali moje
zdjęcia na forach plotkarskich jako kolejną dziewczynę puszczającą się z Kapitanem Syfilisem.
Połowa popcornu rozsypuje się na podłogę, kiedy Cara pochyla się i wybucha śmiechem.
- Wiesz, w rzeczywistości jest kompletnym gamoniem i potrafi być słodki,
kiedy nie próbuje dobrać ci się do majtek.
- Tak, cóż, raczej nigdy się nie dowiem. - Kładę stopy z powrotem na
szybę w taki sposób, że całkowicie zasłaniają twarz Cartera. Przechyla
się w lewo, wciąż uśmiechając się jak pajac. - I co z twoimi wszystkimi
ostrzeżeniami? Spędziłaś dobrą połową swojej imprezy urodzinowej mówiąc
mi, że jest irytujący i żebym nie nabrała się na jego gadki. Wysyłasz mi
sprzeczne sygnały.
- Och, zdecydowanie jest irytujący. Uwielbiam go, ale gdybym była
singielką, prawdopodobnie chciałabym wyrwać mu fujarę i wsadzić do
gardła. - Pokazuje krocze, a potem wsadza wyimaginowanego kutasa do ust.
- Ale później robi takie rzeczy. - Rzuca kawałek popcornu nad pleksi, a Carter łapie go do buzi. Po różowej gumie balonowej nie ma śladu.
Wyśpiewuje podziękowanie, a potem zderza się z Emmettem w jakiegoś
rodzaju niedźwiedzim uścisku. Upadają razem na lód, a kiedy wstają,
Carter uderza go kijem w tyłek. Przysięgam, czasami czuję się, jakbym
miała do czynienia z dziećmi.
Mimowolnie chichoczę i cieszę się, że po rozpoczęciu meczu będziemy
mogły zostawić tę rozmowę za sobą. Idzie dość łatwo, bo Cara drze się
przy każdym zagraniu. Nic nie wiedziała o hokeju przed poznaniem
Emmetta, a teraz ciągle krzyczy na sędziów.
- Ach, co jest, panie sędzio! - Wali pięścią w szybę. - Nie masz w domu
żony do wyruchania? Przestań ruchać moich chłopców!
Carter przeskakuje przez bandy i uśmiecha się do mnie, po czym siada na
ławce.
Dwie minuty później ustawia się do wznowienia, nachylony, z kijem przy
kolanach, z idealnie wypiętym tyłkiem. I uśmiecha się do mnie.
Przejeżdża przy ławce. Uśmiecha się do mnie.
Wlewa sobie wodę do ust. Uśmiecha się do mnie.
Potrafię skupić się tylko na jego wysokim, szerokim ciele poruszającym
się płynnie i szybko, chociaż bez widocznego wysiłku, po lodzie z krążkiem przy czubku kija. Nieustannie krzyczy i dowodzi, prowadząc
swoją drużynę i żartuje z graczami obu drużyn.
A kiedy tego nie robi, patrzy na mnie.
W połowie drugiej tercji Carter domaga się podania, stojąc przy
czerwonej linii i uderzając ostrzem kija w lód. Wystrzeliwuje jak
błyskawica, mija obrońcę, pochyla się na jednej nodze i uderza krążek.
Patrzę z rozdziawionymi ustami jak przelatuje obok głowy bramkarza,
który reaguje sekundę za późno. Wybrzmiewa syrena, a ciepłe miejsce
pomiędzy moimi udami jest już mokre.
Zaraz, co? Nie. Lód. Lód jest mokry. Ja nie... nie. To... niedorzeczne.
Zaciskam uda i patrzę, jak Carter wyrzuca ramiona w górę, a jego krzyk
roznosi się na całą arenę, kiedy jego koledzy z drużyny przyciskają go
do band. Potem przejeżdża obok ławki, stukając się rękawicą z każdym
graczem i w końcu hamuje rozpryskując lód.
Jego elektryzujące spojrzenie spotyka się z moim.
Jego kij unosi się w zwolnionym tempie i wskazuje... mnie. Carter
Beckett wskazuje mnie swoim cholernym kijem.
Po czym puszcza mi oczko. Kurwa, puszcza oczko.
Dla ciebie, mówią bezgłośnie jego idealne usta.
O. Nie.
Kamery lądują na mnie, razem z oślepiającymi białymi światłami.
Zagłębiam się na krzesełku tak głęboko, jak to tylko możliwe i chowam
twarz w dłoniach.
Ale Carter jeszcze nie skończył. O, nie, oczywiście, że nie. Nie byłby
sobą, gdyby na tym poprzestał.
Wskakuje na ławkę, przyciska rękawice do szyby i uśmiecha się do mnie.
- Podoba ci się to, Olivio? - wrzeszczy. - To było dla ciebie!
A co jest jeszcze gorsze?
Moja twarz widnieje na jebanym telebimie.
Rozdział 6. Rozbuchaj mojego ego
6
ROZBUCHAJ MOJEGO EGO
Carter
JESTEM W EKSTAZIE po wygranej, unoszę się w powietrzu i czuję się
niezniszczalny. To mocne i uzależniające uczucie. Czuję głód, który chcę
zaspokoić i, Chryste, dokładnie wiem, jak.
Jednak Emmett nie jest tak pozytywnie nastawiony, jak ja.
- Liv wydłubie ci oczy widelcem - mówi, wycierając się ręcznikiem w szatni.
Brzmi jak coś, co mogłaby zrobić. Ale i tak pytam "dlaczego?".
- Dlaczego tak myślisz?
Powodów może być multum. Wszystko, co robię, wydaje się ją wkurwiać. Ale
gdybym miał zgadywać...
- Bo przeze mnie wylądowała na telebimie?
- Bingo.
Wyciągam ramiona.
- Ja tylko pokazałem światu, jaka jest piękna.
Adam parska.
- Dobre. Zostaw to na moment, kiedy będzie dziabała cię tym widelcem.
Może to cię ocali.
Emmett kręci głową, ale się śmieje.
- Zdradziłeś też całemu światu jej imię.
- Och, przestań. - Kładę dłonie na biodrach, bo naprawdę, jeśli nie mogę
o niej mówić w pomeczowych wywiadach, bo jeden z reporterów zapytał, kim
jest, to po cholerę mi to wszystko? - Której dziewczynie by się to nie
spodobało?
Próbuję zapunktować i uważam, że na razie dobrze mi idzie. Z daleka
czułem jej wściekłość. A dlaczego się wściekała? Bo jestem nieustępliwy
i doprowadzam ją do szału? Niewykluczone. Ale moim zdaniem przede
wszystkim dlatego, że mnie pragnie i w chuj jej się to nie podoba.
- To ta dziewczyna, która olała cię w zeszły weekend? - pyta Garrett.
Emmett szczerzy zęby.
- Dwa razy.
- Nie olała mnie. - Wycieram mokre włosy ręcznikiem przed włożeniem
czapki.
- Dwa. Razy. - Dwa palce, które przystawia mi do twarzy są kompletnie
niepotrzebne.
- Dopiero się poznajemy. - Wzruszam ramionami. - Jeszcze nie jest pewna.
- Chłopie. Kiedy zaproponowałeś, że dasz jej swój numer, powiedziała
"nie, dziękuję" i zamknęła ci drzwi przed nosem.
Garrett rechocze.
- Nieee. Zrobiła ci Randy'ego Jacksona? Przezabawne. Pewnie nie spałeś
całą noc.
No dobra, przyznaję, to było śmieszne. Kiedy już się otrząsnąłem, gęba
mi się śmiała. Jest coś w Olivii, co przykuwa moją uwagę. Nie tylko jej
bezczelność i sarkastyczność, ale też delikatność czająca się tuż pod
skorupą. Założę się, że pluje całym tym jadem, żeby jej fasada nie
runęła jak zamek z piasku. Kieruje się zasadą "wszystko albo nic",
pewnie dlatego nie lubi przygód na jedną noc.
Mam to gdzieś. Chcę tylko, żeby polubiła mnie.
Może dlatego, gdy docieramy do baru, moje spojrzenie od razu kieruje się
w stronę dzikiej grzywy ciemnoczekoladowych loków z nutami karmelu.
Wygląda jak pieprzony deser lodowy, a ja muszę jej posmakować.
Prześlizguję się przez tłum, ignorując ludzi, którzy chcą ze mną pogadać
i podążam za uniesionymi głosami Cary i Olivii.
- Po prostu udawaj, że to się nie wydarzyło.
- Oooch. Udawać, że to się nie wydarzyło. Super. Super, super, super.
Wspaniała rada, Care. - Olivia wychodzi z loży. - Udam, że Carter
Beckett nie podał mojego imienia w telewizji. Udam, że nie zadedykował
mi strzelonej bramki przed całą Ameryką Północną.
Cara unosi brew i uśmiecha się, co daje mi do zrozumienia, że jest taką
samą fanką charakterku Olivii jak i ja.
- No dobra, tygrysie. Gdzie się wybierasz?
Olivia unosi rękę i idzie dalej.
- Muszę się napić.
Cholera, podoba mi się. Lubię patrzeć, jak się porusza...
Autentycznie, przechylam się w prawo i patrzę jak biodra podskakują,
kiedy idzie przez bar. Ma idealne krągłości i zajebistą, krągłą dupę.
Dżinsy są jak druga skóra i przedstawiają ładny obraz tego, co mam
nadzieję, czeka mnie podczas nadchodzących nocy.
Emmett szturcha mnie łokciem zanim zdążę za nią ruszyć.
- Zachowuj się.
Mógłbym, ale nie taką mam naturę.
Sposób, w jaki stoi przy barze, trzymając łokcie na blacie i kołysze
tyłkiem w przód i w tył nucąc pod nosem, to widok, który mógłbym
podziwiać całą noc. Ale zamierzam zrobić rysę na tej fasadzie, którą tak
lubi się zasłaniać, więc zmniejszam dzielący nas dystans i uśmiecham
się, kiedy nieruchomieje. Jakby czuła, że nadchodzę.
Nachylam się nad jej uchem i rozkoszuję się tym, jak drży.
- Zimno?
Obraca się tak szybko, że potyka się o stołek. Nagle patrzymy sobie
prosto w oczy. Opiera się o mnie, żeby złapać równowagę, a ja z radością
obejmuję ją ramieniem w talii. Szeroko otwiera oczy, a jej klatka
piersiowa spoczywa na mojej. Nie chcę odnieść sromotnej porażki, więc
zachowuję komentarze na temat jej reakcji dla siebie.
Ale podoba mi się to przedstawienie.
A mówiąc przedstawienie mam na myśli sposób, w jaki te głębokie brązowe
oczy wypalają mi twarz, a potem powoli - w chuj powoli - znowu patrzą
w moje. Przygryza dolną wargę, a jej opuszki palców wbijają się w moje
przedramię.
- Skończyłaś?
Marszczy brwi, jest zmieszana.
- Skończyłaś, Olivio? - powtarzam, puszczając ją i odrywając palce od
przedramienia. Zostawiła ślady, ale nie dbam o to. Pozwolę jej wyryć
swoje imię na mojej skórze, jeśli dostanę to, czego chcę. - Skończyłaś
mnie obczajać?
Otwiera usta i macha głową.
- Ja... ja... co? Ja cię... nie obczajałam... co?
Mhm, a ja nie wyruchałem właśnie przeciwnego zespołu. To pierwszy taki
przypadek. Zdecydowanie wie, jak rozbuchać mojego ego, kiedy tego nie
potrzebuję.
Patrzy na mój pewny siebie uśmiech i ta chwila kończy się szybciej, niż
bym chciał. Wyrywa się i odwraca w stronę baru, wracając do ignorowania
mnie na pełen etat.
Oczywiście zajmuję miejsce obok, bo lubię jej reakcje. W ogóle lubię
przebywać w jej towarzystwie. Świetnie pachnie i bije od niej ciepło.
Poza tym uwielbiam, kiedy kwituje moje złe zachowanie tym swoim
przewracaniem oczami. To najlepsza nagroda.
Odsuwa się, kładzie dłoń na policzku i piorunuje mnie wzrokiem, a ja
wykorzystuję tę okazję, żeby po raz enty przyjrzeć się jej ubiorowi.
Wygląda zajebiście w obcisłej bluzce, znad pasa dżinsów z dziurami
wystaje odrobinę kremowej skóry, wokół bioder ma owiniętą koszulę w kratę, a na nogach trampki Chuck Taylor.
Podążam za krzywizną bioder, kiedy wypycha jedno z nich, i mój wzrok
pada na jej doskonałe cycki, na których krzyżuje ramiona. Nie miałbym
nic przeciwko, żeby wsadzić tam co nieco dziś w nocy.
Unosi idealnie wydepilowaną brew, a ja się uśmiecham.
- Co? Ty możesz patrzeć, ale ja nie? - Opieram podbródek na pięści. -
Podwójne standardy. A co z równością płci i tak dalej?
Zaciska usta, jakby z całych sił powstrzymywała uśmiech. Szkoda.
Widziałem, jak uśmiechała się do Cary podczas meczu i to rozświetliło
całą arenę. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby zrobiła to samo dla mnie.
Chwytam za rękawy koszuli w kratę i przyciągam ją do siebie. Nie opiera
się, jej palce przesuwają się po moich przedramionach.
- Jak to w ogóle możliwe, że wyglądasz jeszcze lepiej niż w zeszły
weekend? Koszula w kratę, dżinsy z dziurami, Chucksy? Kurwa... -
mamroczę i odchylam głowę. - Jesteś pieprzonym dziełem sztuki. Mógłbym
zabrać cię do domu i całą noc przytulać się na kanapie. Jak to się
nazywa... Netflix and chill? - Owijam rękawy wokół pięści i zginam
szyję. Ona unosi głowę i stykamy się czubkami nosów. - Dawaj, Olivio.
Zróbmy to.
Dotykam kącika jej ust, dokładnie tam, gdzie się wyginają.
- Gdybym nie znał cię lepiej, pomyślałbym, że to przygryzanie wargi jest
desperacką próbą powstrzymania uśmiechu. No dawaj, Liv. Pokaż go. Daj
niegrzecznemu chłopcu się wykazać.
Robi to, pozwalając uśmiechowi eksplodować na twarzy. Wyrywa jej się też
słodki chichot, ale od razu zasłania usta.
- Och, kurwa - szepcze, odwracając się.
Zatrzymuję barmana zanim Olivia zdąży go zobaczyć. Niestety odwraca się
w samą porę, żeby przyłapać mnie na płaceniu za drinki, które postawił
na barze i uśmiech znika z jej pięknej twarzy.
- Hej! To dla mnie i Cary.
- Dostaniesz je z powrotem, jeśli poświęcisz mi czas.
- Nie jestem ci nic winna, a już na pewno nie pozwolę ci płacić za moje
drinki. - Pięści: poznajcie biodra. Jej oczy w kolorze whiskey
niebezpiecznie się zwężają. Olivia wyprowadza zaskakująco silny cios. -
Mam pracę, jeśli chciałbyś wiedzieć.
- Płacą ci trzynaście milionów dolarów rocznie?
- Mam w nosie to, ile zarabiasz.
Naprawdę wygląda, jakby nic jej to nie obchodziło. Próbuje dosięgnąć
drinków, które trzymam nad głową, podskakując i ocierając się o mnie.
- A tak w ogóle, to czym się zajmujesz?
Olivia kwęka coś pod nosem, ale zdołałem wychwycić tylko "Boże",
"dupek", "seksowny". Szkoda, że nie usłyszałem całości.
- Dobra, nieważne. Zamówię drinki przy stoliku. - Wyrzuca ręce nad
głowę, dając do zrozumienia, że ze mną skończyła.
Problem polega na tym, że ja jestem daleki od skończenia z nią. Dlatego
idę tuż za nią, kiedy wraca do loży.
- Nazwałaś mnie dziwkarzem? - pytam, siadając obok niej i wyłapując
końcówkę jej rozmowy z Carą.
- Nigdy bym cię tak nie nazwała - twierdzi, wyrywając mi piwo z ręki.
- Ta. - Cara z uśmiechem przyjmuje swój trunek. - Nazwała cię panem
dziwkarzem.
Olivia ukrywa swój skruszony uśmiech za brzegiem szklanki.
- To znacznie bardziej wyrafinowane.
Delikatnie szczypię ją w łokieć.
- Ale z ciebie gówniara, co?
- Ze mnie? To ty nigdy nie przestajesz.
- Jestem jak szczeniaczek - mówię jej.
- Irytujący, niewychowany i wymagający dużo pracy?
Nachylam się do niej i obniżam głos.
- Niesamowicie uroczy i uwielbiający być w centrum uwagi.
Kolejny chichot, szczery, słodki, lekki. Uśmiecham się.
- Drugi raz - zauważam.
- Drugi raz, co?
- Drugi raz sprawiłem, że się zaśmiałaś.
Unosi brew, popijając piwo.
- Mhmm. Prowadzimy jakąś statystykę?
- Dokładnie. Celuję w dziesięć.
- Cóż, powodzenia, chłopaku. To był ostatni raz.
- Zobaczymy - mruczę i patrzę Emmetta, który właśnie nadchodzi.
- Ollie! Dwa tygodnie z rzędu! - Podnosi ją prosto z siedzenia i mocno
ściska, czyli coś, co ja chciałbym robić. Chętnie bym sprawdził, jak
wpasowuje się w moje ramiona. Kiedy sadza ją z powrotem, Olivia
przytrzymuje się mojego uda.
Ledwie daję radę, ale pomagam jej się wyprostować, trzymając dłoń na
dolnej części jej pleców, zamiast zasugerować, żebyśmy poszli się
pieprzyć i obniżyli to napięcie, które wibruje między nami od tygodnia.
- Ollie? - pyta, a Cara wylicza na palcach przydomki Olivii.
- Tak, no wiesz, Liv, Livvie, Ol, Ollie, Ollie Wallie. I oczywiście, mój
ulubiony. - Odrzuca głowę i stęka. - Och, pani Parkerrr.
Ciepło bije od drobnej kobiety siedzącej obok mnie. Zasłania twarz
dłońmi.
Patrzę na nią, muskając kciukiem dolną wargę.
- Jest pani nauczycielką, pani Parker?
Wpatruje się w stół, cały czas obejmując twarz dłońmi.
- Nie?
- W liceum - wtrąca się Cara. - Wszyscy chłopcy ze starszych klas chcą
dostać się między jej soczyste uda.
- Żaden uczeń nigdy nie dostanie się... fuj. - Jej ręce znowu wędrują do
twarzy.
Chryste, jest dokładnie taką nauczycielką, jaką chciałem mieć w liceum.
Przepiękna, z idealnym pełnym tyłkiem i sarkastyczna.
- Zgadzam się, Ollie. Oprócz oczywistych względów, potrzebujesz
mężczyzny, który wie, jak się tobą zaopiekować. - Moje palce wędrują w górę jej uda, a jej owijają się wokół mojego bicepsa i trzymają się go,
kiedy magnetyzm instynktownie przyciąga nas bliżej. - Kogoś, kto zna
wszystkie właściwe... miejsca.
Zapada cisza, a ja wytrzymuję jej spojrzenie i zauroczenie, które w nim
tańczy, nawet jeśli nie chce tego przyznać.
- Okej... - Kątem oka widzę, że Emmett macha między nami palcem. - Co tu
się dzieje?
Olivia mruga i zaklęcie pryska. Odsuwa się, zabierając ze sobą swoje
ciepło.
- Nic - twierdzi.
- Ollie zgrywa niedostępną - mówię w tym samym momencie.
Cara macza nachosa w sosie śmietanowym i wycelowuje go we mnie.
- Nie zgrywa. Jest niedostępna.
Olivia szturcha mnie w ramię.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki