p

Consider Me. Playing For Keeps. Tom 1 - Becka Mack

Kup ebooka

38.90 zł
32.29 zł (29,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1. Pechowa trzynastka

1

Pechowa trzy­nastka

Car­ter

- KURWA.

Prze­wra­cam się na plecy i daję sobie chwilę na zła­pa­nie odde­chu, przy oka­zji zdej­mu­jąc kon­dom z szybko kur­czą­cego się kutasa. Zli­zuję języ­kiem kro­pelkę potu, która przy­lgnęła do mojej gór­nej wargi i prze­jeż­dżam pal­cami po wło­sach. Jestem, kurwa, wykoń­czony.

- Nie - jęczy Laura, nie­mal rzu­ca­jąc się na łóżko, kiedy pró­buję wstać. - Jesz­cze nie idź, Car­ter.

Pod­no­szę pre­zer­wa­tywę. To chyba wystar­cza­jąco suge­stywne, prawda?

- Tylko wyrzu­cam gumkę, Lauro.

Marsz­czy brwi.

- Lacey.

Duszę w sobie śmiech. Ups.

- Jasne. Prze­pra­szam. Lacey.

Lacey to blond rakieta, która była na okładce "Maxima" w sierp­niu zeszłego roku. Tyle zapa­mię­ta­łem, bo powtó­rzyła mi to dzi­siaj przy barze trzy­na­ście razy. Zaczą­łem liczyć po trze­cim.

- Może druga runda? - woła, kiedy wyrzu­cam kon­dom do kosza w łazience.

Opie­ram się przed­ra­mie­niem o ścianę i odle­wam, pod­czas gdy ona papla coś o spę­dze­niu razem całej nocy. To moż­liwe, ale wolał­bym, żeby już wyszła. Wbrew powszech­nej opi­nii cenię sobie czas spę­dzany w samot­no­ści, nawet jeśli alter­na­tywą jest wsa­dze­nie pew­nej czę­ści ciała w atrak­cyjną dziew­czynę.

Nie zro­zum­cie mnie źle, Lacey jest typem laski, z którą idziesz do łóżka, nie zasta­na­wia­jąc się dwa razy. To dla­tego pie­przy­li­śmy się jak kró­liki przez ostat­nie pół godziny, po tym, jak zma­ca­łem ją w win­dzie w dro­dze na górę, bo, Chry­ste, chcia­łem, żeby prze­stała gadać. Zro­zu­mia­łem po pierw­szych dwu­na­stu razach - była na okładce maga­zynu.

Myśla­łem, że trzy­nastka to szczę­śliwa liczba, a nie zły omen.

- Nie mogę - odpo­wia­dam w końcu, myjąc ręce i prze­glą­da­jąc się w lustrze. Mam paskudne roz­cię­cie na spuch­nię­tej dol­nej war­dze. Dzi­siaj poszło mi łatwo, dru­giemu face­towi nie. - Mam lot wcze­śnie rano.

Lecimy dopiero po połu­dniu. Po pro­stu nie chcę, żeby została.

Krzy­żuję ramiona na klatce pier­sio­wej, opie­ram się o fra­mugę i patrzę, jak Lacey wtula się w koc. Tak, zde­cy­do­wa­nie nic z tego.

- Chyba powin­naś już iść.

Wkła­dam bok­serki i kładę ręce na bio­drach. Cze­kam. Nic nie robi, tylko wpa­truje się we mnie sze­roko otwar­tymi, nie­bie­skimi oczami. Chyba ma wra­że­nie, że im są więk­sze, tym łatwiej mnie prze­kona. Nawet nie wiem, jak dać jej do zro­zu­mie­nia, że jest w błę­dzie.

Dra­pię się po gło­wie. Koły­szę się na pię­tach, ude­rzam kilka razy pię­ścią w dłoń, kli­kam języ­kiem i cze­kam aż coś, kurwa, zrobi.

- Mogę zostać? - pyta w końcu.

Ech, kurwa. Znowu to pyta­nie. Sły­szę je za każ­dym razem. Nie wiem, czy to dla­tego, że naprawdę chce zostać, czy po pro­stu skry­cie wie­rzy, że będzie dziew­czyną, która prze­kona Car­tera Bec­ketta do ustat­ko­wa­nia się. Cza­sami mam wra­że­nie, że toczy się o to jakaś gra ze spe­cjalną nagrodą.

Och, już wiem, jaka to nagroda. Ośmio­cy­frowa pen­sja kapi­tana dru­żyny Van­co­uver Vipers.

Za każ­dym razem moja odpo­wiedź jest taka sama:

- Nie ofe­ruję noc­le­gów.

- Ale... - Jej pod­bró­dek drży, a w oczach poja­wiają się łzy. Do kurwy nędzy. Pozna­li­śmy się rap­tem dwie godziny temu, o co ta histe­ria? - Myśla­łam, że dobrze się doga­du­jemy. Myśla­łam... myśla­łam, że może ci się podo­bam.

- Podo­bał mi się dzi­siej­szy wie­czór. - Pró­buję jakoś z tego wybrnąć. Seks oce­nił­bym na solidne sie­dem na dzie­sięć. - Dobrze się bawi­łem.

Czas prze­szły ma pod­kre­ślać, że w tym miej­scu się roz­sta­jemy i praw­do­po­dob­nie ni­gdy wię­cej się nie zoba­czymy, ale osią­gam odwrotny efekt.

Na jej twa­rzy poja­wia się sze­roki uśmiech.

- Może umó­wimy się na randkę.

Opie­ram się chęci ude­rze­nia dło­nią w czoło. Naprawdę. Zamiast tego prze­cią­gam nią po twa­rzy w wol­nym tem­pie, a następ­nie z powro­tem w górę, jed­no­cze­śnie tłu­miąc jęk. Punkt dla mnie.

- Miesz­kamy w innych kra­jach.

- Może mogła­bym przy­le­cieć do Van...

- Ja nie rand­kuję. - Pod­no­szę spodnie, które rzu­ci­łem przy drzwiach pokoju, wycią­gam tele­fon i otwie­ram apli­ka­cję Ubera. - To nic oso­bi­stego. Po pro­stu nie szu­kam teraz niczego poważ­nego.

Szcze­rze mówiąc, nie rozu­miem, dla­czego wciąż muszę to powta­rzać. Nie kryję się ze swoim życiem oso­bi­stym.

Nie, gówno prawda. Ludzie nic nie wie­dzą o moim życiu oso­bi­stym, wyjąt­kiem są kole­dzy z dru­żyny i rodzina. Ale ten czas pomię­dzy meczami i samot­nym leże­niem w łóżku? Nie wsty­dzę się go. W każdy week­end jestem foto­gra­fo­wany z inną kobietą. Dziew­czyny wie­dzą, co ode mnie dostaną. Powstały nawet spe­cjalne fora inter­ne­towe. Narze­kają, że trak­tuję je jak przy­godę na jedną noc, bo w głębi duszy liczą na drugą prze­jażdżkę na moim drążku.

Ale tym dla mnie są, wszyst­kie. Przy­godą na jedną noc. Dosko­nale wie­dzą, co dostaną, a wycho­dzą roz­cza­ro­wane, kiedy dokład­nie tak się to koń­czy.

Odkła­dam tele­fon i ponow­nie sku­piam się na kobie­cie w łóżku. Bawi się jedwa­bi­stą, czer­woną tka­niną i patrzy na mnie.

- Zamó­wi­łem ci Ubera. Będzie za pięć minut.

- Ale...

- Słu­chaj, Lau­ren...

- Lacey.

- Lacey, jasne, prze­pra­szam. Słu­chaj, Lacey, wspa­niale się z tobą dzi­siaj bawi­łem, ale za dużo podró­żuję, żeby utrzy­mać coś poważ­nego.

- I to jedyny powód? - Wsuwa swoją dłoń w moją i pozwala ścią­gnąć się z łóżka. - Jesteś zbyt zajęty swoim hoke­jo­wym ter­mi­na­rzem?

- Tak - kła­mię. - Nie mam czasu.

Pew­nie mógł­bym go zna­leźć. Gdy­bym chciał. Ale nie chcę.

- Och. - Chyba zała­go­dzi­łem sytu­ację. Może dzięki temu jej samo­ocena pozo­sta­nie nie­na­ru­szona. Nie, żeby mnie to jakoś szcze­gól­nie obcho­dziło. - Cóż, dasz mi swój numer?

Kurwa, no nie.

- Nie podaję swo­jego numeru.

Ni­gdy.

Zanim zdąży odpo­wie­dzieć, coś pika dwa razy i drzwi do mojego pokoju się otwie­rają.

- Jesteś na nogach, Bec­kett? Masz czas na szybką gierkę przed... nosz kurwa mać. - Mój kolega z dru­żyny i naj­lep­szy kum­pel Emmett Bro­die zatrzy­muje się w progu i spo­gląda to na mnie, to na Lauu... Lacey. Potem pod­nosi rękę, żeby zasło­nić dziew­czynę. Pew­nie wycho­dzi z zało­że­nia, że Cara utnie mu jaja, jeśli cho­ciaż spoj­rzy na inną kobietę. Szcze­rze mówiąc, mogłoby tak być. Ostra z niej laska. - Wła­śnie dla­tego jestem w pokoju z Loc­kwo­odem.

Taka sytu­acja utrzy­muje się od około roku, odkąd poznał Carę. Chyba nie chce mieć przy­pad­ko­wych nagich dziew­czyn w pokoju, gdy jeste­śmy w tra­sie. Rozu­miem to. Tak myślę. To zna­czy, nic nie wiem o związ­kach, poważ­nych czy jakich­kol­wiek.

- Wycho­dzi - mówię, zer­ka­jąc na Lacey. Wciąż jest naga. I chyba gówno ją obcho­dzi, że Emmett tu stoi. Co wię­cej, pożera go wzro­kiem.

TO NOR­MALNE U WIĘK­SZO­ŚCI DZIEW­CZYN, które spo­ty­kam. Mają w dupie, z kim sypiają, dopóki jest w dru­ży­nie i zara­bia miliony. Dla­tego nazywa się je kró­licz­kami hokeja, ska­czą z jed­nego gra­cza na dru­giego.

- Uber już tu jest - mówię jej. - Może się ubierz, mała.

- Cóż, ja...

- On ma dziew­czynę, a ja nie jestem zain­te­re­so­wany. - Szczęka mi się trzę­sie z iry­ta­cji. Chcę po pro­stu pograć z kum­plem w Call of Duty, zjeść całe opa­ko­wa­nie Oreo i wal­nąć się twa­rzą na poduszkę. O za dużo pro­szę?

Lacey łaska­wie wkłada sukienkę przez głowę, czer­wony jedwab ide­al­nie układa się na jej bio­drach. Kurwa, jest dobra. Jej imię wyleci mi z głowy tuż po tym, jak wyj­dzie, ale to na pewno zapa­mię­tam.

- Mogę dać ci swój numer? Zadzwoń do mnie, kiedy następ­nym razem będziesz w mie­ście, albo jeśli zmie­nisz zda­nie i będziesz chciał, żebym przy­le­ciała do...

- Pew­nie. - Wska­zuję papier hote­lowy i dłu­go­pis leżące na sto­liku noc­nym. - Pisz.

Emmett sze­rzej otwiera oczy, a kącik jego ust unosi się, kiedy mija mnie i wcho­dzi do łazienki.

Lacey idzie za mną do drzwi z miną zagu­bio­nego szcze­niaka. Może się dąsać ile chce, nie zabiorę jej ze sobą do domu.

- Cóż, dzięki... za dzi­siaj. Może jesz­cze się zoba­czymy.

Jej uśmiech jest tak pogodny, że aż pra­wie mi jej szkoda. Ale potem pochyla się, żeby poca­ło­wać mnie w usta, a ja w ostat­niej chwili odchy­lam głowę. Tra­fia w moją szczękę.

- Cześć, Lau­ren. - Zamy­kam drzwi i prze­krę­cam zamek.

- Lacey! - Zdą­żyła jesz­cze krzyk­nąć z kory­ta­rza.

Emmett wycho­dzi z łazienki, trzę­sąc się ze śmie­chu.

- Jesteś dup­kiem, Car­ter.

Padam na kanapę, a on włą­cza Xboxa.

- Dziew­czyny tego nie rozu­mieją. Nie szu­kam związku. - Chwy­tam na wpół opróż­nione pudełko Oreo, odkrę­cam jedno i zli­zuję nadzie­nie. - Ofe­ruję przy­godny seks, a nie oświad­czyny.

- Czyli masz w dupie ich nadzieje i marze­nia o szczę­śli­wym życiu u boku kocha­ją­cego męż­czy­zny?

Nadzieje i marze­nia? Co, kurwa?

- Cara cał­ko­wi­cie pozba­wiła cię jaj. Mogą marzyć, ile chcą, ale nie o mnie.

- Bo ni­gdy się nie ustat­ku­jesz?

Wzru­szam ramio­nami.

- Nie wiem. Może, może nie. Na pewno nie w naj­bliż­szym cza­sie.

Emmett śmieje się i rzuca kon­tro­ler na moje kolano.

- Pew­nego dnia jakaś dziew­czyna wkro­czy do two­jego życia, wywróci świat do góry nogami i jedyne, o czym będziesz w sta­nie myśleć to klęk­nię­cie przed nią i bła­ga­nie, żeby ni­gdy nie ode­szła.

Kiwam głową, wrzu­ca­jąc do ust kolejne ciastko.

- I to będzie dzień, w któ­rym się ustat­kuję.

Rozdział 2. Łóżko > seks

2

ŁÓŻKO > SEKS

Car­ter

MINU­SEM PODRÓŻY MIĘ­DZY­NA­RO­DO­WYCH jest bru­talny szok dla orga­ni­zmu, gdy wra­casz do domu do Kolum­bii Bry­tyj­skiej w poło­wie grud­nia po kilku dniach na Flo­ry­dzie i Karo­li­nie Pół­noc­nej.

Tem­pe­ra­tura jest bli­ska skraj­nego mrozu. To bar­dzo nie­ty­powe dla zachod­niego wybrzeża, a prze­cież jesz­cze nie mamy zimy. Miesz­kam w pół­noc­nym Van­co­uver, gdzie zima jest rze­czy­wi­ście tro­chę bar­dziej typowo kana­dyj­ska, ale na pewno nie aż tak. Wydaje się, że to zły omen, ale zazwy­czaj igno­ruję oczy­wi­ste znaki.

Jest zimno jak w psiarni, mam kaca i spę­dzi­łem pięć i pół godziny w samo­lo­cie, gra­jąc w karty z kole­gami z dru­żyny, wygry­wa­jąc tylko jedną, cho­lerną par­tię. Dzi­siaj wypada jedna z tych rzad­kich sobót, kiedy hokej dla nas nie ist­nieje, ale zamiast sie­dzieć w domu w dre­sach, przy mara­to­nie z Disneyem i ogrom­nej pizzy, spę­dzam wietrzny wie­czór, idąc na uro­dzi­nową imprezę-nie­spo­dziankę.

- Ale jestem zje­bany. - Wkła­dam ręce do kie­szeni weł­nia­nego płasz­cza i nacią­gam zębami sza­lik na brodę.

- Ja też. - Gar­rett Ander­sen, pra­wo­skrzy­dłowy, daje się ponieść swo­jemu wschod­niemu akcen­towi i prze­ciąga samo­gło­ski. Robi to wtedy, gdy jest zmę­czony albo pijany. Aku­rat w tej chwili, to pierw­sze. - Pra­wie odpu­ści­łem, ale na szczę­ście zasta­no­wi­łem się dwa razy. Dzię­kuję bar­dzo, ale wolał­bym, żeby moje jajca zostały na swoim miej­scu.

Podzie­lam jego zmar­twie­nie. Sole­ni­zantka wie­lo­krot­nie gro­ziła nam kastra­cją za znacz­nie łagod­niej­sze prze­wi­nie­nia. Nadep­nię­cie na odcisk Carze to ostat­nia rzecz, jaką chcę zro­bić na jej dwu­dzie­ste piąte uro­dziny. Jest dość prze­ra­ża­jąca na co dzień, a teraz prze­ga­pi­li­śmy jesz­cze tę część imprezy, kiedy wyska­ku­jemy zza kanapy i krzy­czymy "nie­spo­dzianka!". Liczę na to, że jest już po trzech drin­kach i będzie wystar­cza­jąco zado­wo­lona z zawar­to­ści błysz­czą­cej, różo­wej torby pre­zen­to­wej, którą mam prze­wie­szoną przez ramię, żeby zapo­mnieć, że jest na nas zła.

- Zawi­jam się wcze­śniej - mówię mu.

Gar­rett prze­wraca oczami.

- Ta, jasne.

- No co? Naprawdę. Tęsk­nię za moim łóż­kiem.

- Yhy.

- Dam radę trzy­mać go w spodniach przez jedną noc.

Pod­biega przez ulicę, w stronę baru, do któ­rego wcho­dzi przede mną.

- Wąt­pię!

Bar wygląda tak, jak się spo­dzie­wa­łem: kurew­sko różowy i kurew­sko prze­ła­do­wany. Zwy­kle roz­kwi­tam w cha­osie, ale dziś chcę po pro­stu usiąść w rogu z kole­gami z dru­żyny i wysą­czyć piwko albo dwa.

Oprócz różu jest dużo złota i kwia­tów. Chwała przy­ja­ciółce Cary, bo pra­wie zosta­li­śmy wezwani do pomocy z deko­ra­cjami, ale Emmett prze­ka­zał nam, że dziew­czyna ma wszystko pod kon­trolą. Nie pozna­łem jej, ale musi być odważna, skoro dobro­wol­nie wzięła na sie­bie deko­ro­wa­nie przy­ję­cia dla sole­ni­zantki, która pro­wa­dzi wła­sną firmę zaj­mu­jącą się pla­no­wa­niem imprez. Ja nie ryzy­ko­wał­bym roz­cza­ro­wa­nia Cary, patrz wspo­mniane wcze­śniej gro­że­nie kastra­cją.

- Gare-Bear! Car­ter! - Jakieś ciało wci­ska mi się w ramiona i owija dłu­gimi koń­czy­nami, pozba­wia­jąc tchu.

- Sto lat, Care - śpie­wam, gdy sole­ni­zantka ześli­zguje się ze mnie, żeby teraz zmiaż­dżyć Gar­retta.

Cara patrzy na małą, różową torebkę, którą trzy­mam i pod­ska­kuje w swo­ich nie­bo­tycz­nie wyso­kich szpil­kach.

- Ooooch, daj mi, daj mi!

- Eee. - Odsu­wam torbę. - Gdzie twoje maniery?

Prze­wraca nie­bie­skimi oczami i kła­dzie dłoń na wypię­tym bio­drze.

- Dawaj mój jebany pre­zent, pro­szę.

Par­skam, a ona wyrywa mi torbę z rąk i nie traci czasu, od razu roz­ry­wa­jąc ją na strzępy. Otwiera małe, aksa­mitne pudełko i pisz­czy, wycią­ga­jąc z niego pla­ty­nowy łań­cu­szek z wysa­dzaną bry­lan­tami literą C. Potrząsa mi nim przed twa­rzą.

- Załóż, załóż!

Patrzę, jak się obraca, prze­cią­ga­jąc się­ga­jące do pasa mięk­kie, złote loki przez swoje ramię. Mój wzrok wędruje w dół jej krę­go­słupa do krą­głego tyłka. Sukienka bez ple­ców. Nie­źle.

Dobra, to dziew­czyna jed­nego z moich naj­lep­szych kum­pli. Ni­gdy w życiu bym jej nie tknął, ale nie mam kło­po­tów ze wzro­kiem. Potra­fię doce­nić kobiece piękno bez chęci zadzia­ła­nia.

Gar­rett ładuje łokieć w moją klatkę pier­siową, przez co pra­wie upa­dam z gło­śnym stęk­nię­ciem, po czym wyrywa łań­cu­szek z wycią­gnię­tej ręki Cary i zapina go na jej szyi. Cara pod­ska­kuje i całuje nas obu w poli­czek, a potem pro­wa­dzi do baru.

- Będzie­cie się świet­nie bawić. Moi zna­jomi są zaje­bi­ści, szcze­gól­nie moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka. Nie mogę się docze­kać, aż ją pozna­cie! - Rzuca mi spoj­rze­nie mówiące, żebym nie świ­ro­wał, zanim jesz­cze cokol­wiek zdą­ży­łem zro­bić. - Macie się dobrze zacho­wy­wać.

Wyrzu­cam ręce w górę.

- I co to ma, kurwa, zna­czyć?

- Dosko­nale wiesz. Nie kom­bi­nuj z Liv.

- Kim jest Liv?

Cara pry­cha.

- Oli­via! Moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka!

- Aaach, tak, tak. Ona. - Jakimś cudem przez rok udało mi się unik­nąć spo­tka­nia z nią, co praw­do­po­dob­nie wyszło na dobre, a to wszystko z powodu Emmetta. Wspo­mi­nał coś mię­dzy wier­szami o rucha­niu jej i łama­niu serca, co w jakiś pokrę­cony spo­sób dopro­wa­dziło do tego, że Cara z nim zerwała i była to moja wina. Czyli chyba nie wolno mi jej doty­kać czy coś w tym stylu.

Nie mam z tym pro­blemu. Wia­do­mo­ści od Lacey na Insta­gra­mie noto­rycz­nie przy­po­mi­nają mi, dla­czego powi­nie­nem zro­bić sobie prze­rwę od kobiet na tydzień lub dwa. Trudno zapo­mnieć, jak ma na imię, skoro wysyła trzy­na­ście wia­do­mo­ści na godzinę, czyli dokład­nie tyle, ile razy wspo­mi­nała, że była na okładce "Maxima". Przy­pa­dek? No, kurwa, nie sądzę.

Cara opusz­cza nas z obiet­nicą, że zła­piemy się póź­niej, a ja i Gar­rett znaj­du­jemy resztę naszych nie­sfor­nych kole­gów z dru­żyny sto­ją­cych w rogu. Wygląda na to, że tro­chę już popili. Moje chło­paki i wolna sobota.

- Jak udało wam się wymi­gać z nie­spo­dzianki? - Zbi­jam piątkę z naszym bram­ka­rzem Ada­mem Loc­kwo­odem, który podaje mi piwo. - Far­cia­rze.

- Utkną­łem u matki. - Pra­wie zawsze popeł­niam ten błąd. Moja mama to jedna z tych osób, które tuż przed koń­cem wizyty przy­po­mi­nają sobie, że miały coś waż­nego do powie­dze­nia i to nie może zacze­kać. Buzia jej się nie zamyka, ale zaprze­cza, że tak jest i że prze­ka­zała tę cechę mnie. Była dzie­więt­na­sta, kiedy w końcu wysze­dłem, a musia­łem jesz­cze wró­cić do domu i wziąć prysz­nic.

- Ej, Woody. - Sztur­cham Adama, bo widzę, że nie ma z nim rudzielca, który nor­mal­nie jest przy­kle­jony do jego ramie­nia. - Gdzie twoja dziew­czyna?

Prze­cze­suje dło­nią swoje ciemne loki i kręci głową.

- Court miała inne plany.

- Ach. - Wygląda na to, że to już u niej stan­dard. Nie pamię­tam, kiedy ostat­nio ją widzia­łem. Zanim udaje mi się to sko­men­to­wać, ciężka łapa ląduje na moim ramie­niu, przez co roz­le­wam tro­chę piwa.

Od razu wiem, że to Emmett, bo łapie mnie w jeden z tych swo­ich niedź­wie­dzich uści­sków. Do tego jest pijany, mówi nie­wy­raź­nie w stronę mojego policzka.

- Spóź­ni­łeś się.

- Prze­pra­szam, stary. - Mierz­wię jego włosy, głów­nie dla­tego, że faj­nie jest draż­nić takiego dużego i sil­nego faceta. - Troszkę się upi­łeś, wiel­ko­lu­dzie?

Odtrąca moją dłoń.

- Dla two­jej wia­do­mo­ści, nie wolno ci sypiać z kole­żan­kami Cary.

Jęczę i odchy­lam głowę.

- Dobrze, tato. - Moje spoj­rze­nie wędruje do dłu­giego baru za morzem ludzi poru­sza­ją­cych się na par­kie­cie. - To i tak nie ma zna­cze­nia. Nie czuję... eee, ja nie... - Słowa grzę­zną mi w gar­dle, kiedy mój wzrok pada na nią. - Eee, to zna­czy nie... dzi­siaj. - Gesty­ku­luję dło­nią, w któ­rej trzy­mam piwo, bo to wszystko, na co mnie teraz stać.

- Słu­cham?

Patrzę na Emmetta, a potem znowu na nią. Zapo­mi­nam, o czym roz­ma­wia­li­śmy, bo nic nie jest waż­niej­sze od drob­nej, olśnie­wa­ją­cej bru­netki tań­czą­cej z Carą.

Mówiąc szcze­rze, "taniec" to mało dokładna defi­ni­cja tego, w jaki spo­sób ta dwójka wspól­nie się poru­sza. Nie wiem, jak to nazwać, ale ja pier­dolę.

Coś we mnie iskrzy, kiedy wpa­truję się w tę nie­zna­jomą, osza­ła­mia­jącą, małą istotę prze­rzu­ca­jącą ciemne włosy przez ramię i prze­cią­ga­jącą języ­kiem po gór­nej war­dze. Wyrzuca ręce w górę i prze­chyla głowę, żeby usły­szeć to, co Cara szep­cze jej do ucha. Patrzę z zachwy­tem, jak odchyla się i wybu­cha śmie­chem.

Jestem ocza­ro­wany i zafik­so­wany. Mam obse­sję. Nie mogę ode­rwać wzroku, a kiedy Cara łapie ją za talię i powoli prze­suwa dło­nie w dół jej bio­der, powstrzy­muję się, żeby nie jęk­nąć, bo chyba chciał­bym zro­bić z nią to samo.

- Nawet o tym nie myśl, Car­ter.

Jakoś udaje mi się spoj­rzeć na Emmetta.

- Co?

Emmett kręci głową.

- Nie. Nie ona.

Nie ona? A kto to? Znów spo­glą­dam na nią, aku­rat gdy jakiś męż­czy­zna przy­ciąga ją do sie­bie.

Chło­pak? Kurwa.

Czuję ulgę, kiedy uśmie­cha się zmie­szana, kręci głową i mówi mu "nie, dzię­kuję", po czym odwraca się tyłem do niego. I do mnie.

I słodki Jezu, ten tył. Krę­go­słup w kolo­rze mleka pro­wa­dzący do kre­mo­wych ramion w świe­tle migo­czą­cych lamp. Jej talia łagod­nie prze­cho­dzi w piękną krzy­wi­znę sze­ro­kich bio­der, a czarna skó­rzana spód­nica przy­wiera do niej niczym druga skóra. Jakim, kurwa, cudem ją na sie­bie wci­snęła? I jak, do cho­lery, mam ją z niej póź­niej ścią­gnąć? Ważne pyta­nia, na które potrze­buję natych­mia­sto­wej odpo­wie­dzi.

Nożyczki, posta­na­wiam. Prze­tnę ją, a póź­niej wyślę nową.

Gar­rett dotyka mojego pod­bródka i zamyka mi usta.

- Chry­ste, Bec­kett. W porządku?

Wycią­gam rękę w jej kie­runku.

- Chło­pie. - Tylko tyle potra­fię z sie­bie wydu­sić. Oni też to widzą?

Gar­rett podąża za moim spoj­rze­niem i mru­czy pod nosem z uzna­niem, ale Emmett psuje całą zabawę. Prze­wraca oczami, co jest w jakiś dziwny spo­sób sły­szalne.

- Mówię poważ­nie, Car­ter. Cara nakarmi cię two­imi wła­snymi jajami, jeśli ją dotkniesz.

- Pora­dzę sobie z Carą.

Emmett par­ska, Gar­rett chi­cho­cze, a Adam ude­rza się pię­ścią w klatkę pier­siową, krztu­sząc się ze śmie­chu. Nikt nie radzi sobie z Carą. Nawet Emmett.

- Jak ma na imię?

Emmett wciąż kręci głową. Pajac.

- Nie. Nic ci nie powiem.

Patrzę, jak prze­rzuca ciemne loki przez ramię i staje na pal­cach, żeby szep­nąć coś Carze do ucha, a potem idzie po par­kie­cie poru­sza­jąc bio­drami na boki. Siada na stołku i uśmie­cha się do bar­mana. Ten pod­suwa jej piwo i pusz­cza oczko, a ona rumieni się i odwraca wzrok. Uro­cze.

Jestem dziw­nie urze­czony spo­so­bem, w jaki zakłada jedną nogę na drugą i przy­suwa szklankę do ust, opróż­nia­jąc połowę jed­nym hau­stem, jakby robiła to na co dzień. Roz­gląda się po pomiesz­cze­niu, a ja już ukła­dam tekst na pod­ryw. Patrzy za mnie i obok mnie.

A potem pro­sto na mnie.

Robi się czer­wona na szyi i policz­kach, więc rzu­cam jej mój popi­sowy uśmiech, uwy­dat­nia­jąc dołeczki i śmieję się, kiedy odwraca głowę. Przy­kleja wzrok do tele­wi­zora i udaje, że mnie nie widziała.

- Sam się dowiem, jak ma na imię. - Kle­pię kum­pla w plecy i pusz­czam oczko do reszty kole­gów z zespołu. - Pano­wie wyba­czą.

- Powo­dze­nia, Bec­kett. - Emmett zagłu­sza swój podi­ry­to­wany śmiech szklanką z piwem. - Gwa­ran­tuję ci, że tego nie kupi. Nie wyrwiesz jej.

Nie wyrwę jej? Szcze­rze wąt­pię. Jestem kapi­ta­nem dru­żyny i jed­nym z naj­le­piej opła­ca­nych gra­czy NHL w histo­rii. Nie mogę nawet wyjść do sklepu bez dosta­nia numeru albo pro­po­zy­cji matry­mo­nial­nej, więc korzy­stam z dostaw do domu.

Nie boję się też wyzwań.

Rozdział 3. Pierwsze razy są do dupy

3

PIERW­SZE RAZY SĄ DO DUPY

Car­ter

OOOCH, TO CIE­PŁO, które bije od mojej nowej ulu­bio­nej bru­netki. Aż skwier­czy.

Na pewno wie, że tu stoję, ale dosko­nale udaje, że jest zain­te­re­so­wana reklamą w tele­wi­zji, jedną z tych o schro­ni­sku z Sarah McLa­chlan i pier­dy­liar­dem słod­kich szcze­nia­ków. Wyraź­nie widać, że serce jej się kraje, to chyba ten typ, który pła­cze przy takich rze­czach.

Zaj­muję miej­sce na stołku obok i zaha­czam ją udem, kiedy sia­dam w ste­reo­ty­powo męskiej pozy­cji, któ­rej nie­na­wi­dzi moja sio­stra. Jej wzrok pada na miej­sce dotyku. To nie­sa­mo­wite, że może rumie­nić się jesz­cze bar­dziej, ale robi się ciem­no­czer­wona, kiedy spo­gląda z powro­tem na tele­wi­zor.

Nie wiem, w co gra, ale wcho­dzę w to. Mogę na nią patrzeć cały, pie­przony, dzień.

Kładę łokieć na bar oraz pod­bró­dek na pięść i pla­nuję wpa­try­wać się w jej twarz dłu­żej niż na cokol­wiek innego w życiu.

Dłu­gie gęste rzęsy oka­lają ładne brą­zowe oczy, cie­płe i sze­ro­kie, jak fili­żanka espresso. Jej kości policz­kowe i dół nosa są deli­kat­nie obsy­pane pie­gami. Są rów­nie sma­ko­wite, co reszta jej ciała. Do tego wygięte w łuk usta, poma­lo­wane wiśniową szminką, pre­zen­tu­jące ide­alny gry­mas. Szkoda, bo wyglą­da­łyby nie­sa­mo­wi­cie wokół mojego...

- Co?

Marsz­czę brwi na jej kąśliwy ton i ostre spoj­rze­nie.

Zamyka oczy i cicho wzdy­cha, jakby potrze­bo­wała chwili, żeby się uspo­koić.

- Prze­pra­szam. Nie chcia­łam być nie­grzeczna. Mogę w czymś pomóc?

Uno­szę drink do ust.

- Nie.

Obraca się, roz­py­cha­jąc moje kolana swo­imi.

- Nie? Przy­sze­dłeś tu, żeby się na mnie gapić?

- Na to wycho­dzi. - Chyba nie można mnie za to winić? Poza tym, ona też nie może ode­rwać ode mnie wzroku, przy­gląda mi się od góry do dołu, co łechce moje ego. - Mogę posta­wić ci drinka?

Patrzy na mnie, jakby zapo­mniała, że jestem żyjącą, oddy­cha­jącą istotą.

- Nie, dzięki. - Bie­rze łyk piwa, po czym wysta­wia język, żeby zli­zać kro­pelkę bursz­ty­no­wego napoju z gór­nej wargi. - Mam już jeden.

- W takim razie po tym, jak go skoń­czysz. - Czyli za jakieś dzie­sięć sekund, bio­rąc pod uwagę tempo, w jakim opróż­nia szklankę.

- Potra­fię sama kupo­wać drinki - war­czy. - Ale dzię­kuję - dodaje cicho. - Ponow­nie spo­gląda w stronę baru, jakby liczyła, że zniknę, jeśli nie będzie na mnie patrzyła.

- Nie insy­nu­owa­łem, że nie potra­fisz. Po pro­stu chcia­łem kupić ci drinka i sie­dzieć obok, kiedy będziesz go piła.

- Jasne. Ale już to robisz. - Prze­kręca głowę i przy­gląda mi się z taką zdrową dozą podejrz­li­wo­ści, że jestem gotowy przy­znać się do prze­stęp­stwa, któ­rego nie popeł­ni­łem.

- Skąd znasz Carę?

- Jest moją naj­lep­szą przy­ja­ciółką - odpo­wiada chłodno, jakby nie miała ochoty ze mną roz­ma­wiać.

Ach, trudna do zdo­by­cia psiap­siółka. Teraz już wiem, dla­czego Emmett kazał mi trzy­mać się od niej z daleka.

- Szkoda, że nie pozna­li­śmy się wcze­śniej, co? Cara trzy­mała cię tylko dla sie­bie. - Uno­szę dwa palca do bar­mana, a potem wska­zuję na szklankę mojej nowej kole­żanki. - Jak masz na imię? - Wiem, że Cara mi to mówiła, ale wtedy mia­łem to w nosie. Teraz już nie mam.

Ciężko wzdy­cha, kiedy przed nią poja­wia się nowe piwo. Zdą­ży­łem się domy­ślić, że je uwiel­bia, więc naprawdę musi nie mieć ochoty poświę­cać mi czasu. To tylko spra­wia, że mam na nią jesz­cze więk­szą ochotę.

Wciąż cze­kam, żeby podała mi swoje imię, więc sie­dzę cicho, popi­ja­jąc piwo, bo jeśli teraz się ode­zwę, to na pewno to spie­przę. Wiele razy sły­sza­łem, że bra­kuje mi hamul­ców, czyli cze­goś, co ma więk­szość zwy­kłych ludzi. Ja nie jestem zwy­kły, jestem Car­ter Bec­kett.

Kolejne wes­tchnie­nie, tym razem zre­zy­gno­wane.

- Oli­via.

Imię dry­fuje deli­kat­nie w prze­strzeni pomię­dzy nami. Mru­czę pod nosem, powta­rza­jąc je naj­pierw w gło­wie.

- Miło cię poznać, Oli­via. Póź­niej możesz mi podzię­ko­wać za to piwo, jeśli chcesz. - Pusz­czam jej oczko, a ona, kurwa, pry­cha. Co gor­sza, w chuj mi się to podoba.

- Wola­ła­bym już wsa­dzić głowę w górę śniegu przed domem. - Unosi szklankę. - Zatrzy­mam piwo, bo nie mam zamiaru mar­no­wać dobrego trunku, a ty musisz zado­wo­lić się zwy­kłym "dzię­kuję".

Oooch, chyba mi się podoba. Minęło w chuj czasu odkąd musia­łem zapra­co­wać, żeby pójść z kimś do łóżka. Nie lubię, kiedy mój talent się mar­nuje, a trudno wyobra­zić sobie kogoś bar­dziej god­nego wysiłku niż soczy­sta bru­netka, która wciąż mi się przy­pa­truje.

- Nie wiesz, kim jestem, prawda?

Oli­via patrzy na mnie swo­imi ciem­nymi oczami znad kra­wę­dzi szklanki.

- Uwierz, dosko­nale wiem, kim jesteś.

- Czyli kim, słodka?

- Car­ter Bec­kett. - Chyba ni­gdy nie sły­sza­łem tych dwóch słów wypo­wie­dzia­nych w tak pusty spo­sób i nie wiem, czy zro­bić smutną minę czy się zaśmiać, kiedy odwraca się z powro­tem do tele­wi­zora, jakby miała kom­plet­nie w dupie to, kim jestem. - Kapi­tan Van­co­uver Vipers. A tą "słodką" możesz sobie wsa­dzić w dupę.

Piwo wpada w złą dziurkę, a ja, krztu­sząc się, ude­rzam pię­ścią w klatkę pier­siową.

- Nie jesteś fanką hokeja, co?

W pra­wym rogu ust widzę zalą­żek uśmie­chu.

- Uwiel­biam hokej. Gra­łam pięt­na­ście lat.

Uno­szę brwi.

- Bez jaj. - Prze­jeż­dżam kciu­kiem po bro­dzie na myśl o wygłu­pia­niu się z dziew­czyną, która ma poję­cie o hokeju, a do tego jesz­cze w niego grała. - Mło­dzie­żówka?

Znowu pry­cha. Jakie to jest kurew­sko uro­cze.

- No dobra. Biorę to za "nie". - Patrzę na jej krą­gło­ści, opa­lone łydki i czarne szpilki. - Jesteś malutka. Musieli cię tam nie­źle prze­sta­wiać.

- Pro­szę się nie mar­twić, panie Bec­kett. Potra­fię o sie­bie zadbać.

- Pew­nie spę­dzi­łaś tro­chę czasu na ławce kar?

- Pra­wie tyle samo, co ty - odpo­wiada, a w jej cze­ko­la­do­wych oczach poja­wia się błysk, kiedy spo­gląda na moją roz­ciętą wargę po bójce, w którą wda­łem się pod­czas wczo­raj­szego meczu.

Uśmie­cham się. Nie wie­rzę, że nie jest mną cho­ciaż tro­chę zain­te­re­so­wana.

Przy­su­wam się bli­żej, nie mogąc się oprzeć jej magne­ty­zmowi.

- Moje miesz­ka­nie jest nie­da­leko stąd.

- Dobrze dla cie­bie.

- Dzie­sięć minut na pie­chotę.

Oli­via unosi szklankę do swo­ich cału­śnych ust.

- Tak bli­sko.

- Mogę zamó­wić Ubera, jeśli wolisz.

Krztusi się ze śmie­chu i zasła­nia dło­nią buzię, żeby nie wypluć piwa. Z zafa­scy­no­wa­niem patrzę, jak wyciera kąciki ust i blat wokół sie­bie. Widzę roz­ba­wie­nie w jej oczach, więc jestem cał­kiem pewny kie­runku, w któ­rym będziemy dzi­siaj zmie­rzać - pro­sto, ulicą, do mojego miesz­ka­nia.

- Panie Bec­kett, jest pan rów­nie naiwny, co atrak­cyjny. - Kle­pie mnie pro­tek­cjo­nal­nie w klatkę pier­siową. - Twój dom to ostat­nie miej­sce, do któ­rego się wybie­ram.

- Dla­czego? - Przy­su­wam twarz bli­żej i zauwa­żam dokładny moment, kiedy jej oddech się zatrzy­muje. Wysuwa język i obli­zuje dolną wargę, co tylko pro­wo­kuje mnie do wypo­wie­dze­nia moich następ­nych słów: - Chcę cię zerżnąć. Może posa­dzić cię na ławce kar.

Twarz Oli­vii wykrzy­wia się, co jest rów­nie uro­cze, co samo par­sk­nię­cie.

- Nie powiesz mi, że wyry­wasz wszyst­kie te dziew­czyny tek­stami tego typu?

- Oczy­wi­ście, że nie.

- Tak myśla­łam.

Uśmie­cham się.

- Zazwy­czaj moje nazwi­sko i ładna buzia w zupeł­no­ści wystar­czają.

Prze­wraca oczami, a ja chwy­tam kosmyk jej ciem­no­brą­zo­wych wło­sów z nutą kar­melu i owi­jam go wokół pal­ców. Ma piękne włosy. Piękne usta. Piękne uda. Kurwa, po pro­stu jest piękna.

Deli­kat­nym szarp­nię­ciem przy­su­wam ją do sie­bie i uśmie­cham się, czu­jąc, że nie­świa­do­mie mi się pod­daje.

- Możemy być u mnie za osiem minut, jeśli wsko­czysz mi na barana - szep­czę. - Owi­niesz mi te śliczne, małe nóżki wokół pasa, zanim ja owinę je sobie wokół twa­rzy.

Bije od niej cie­pło, odro­binę roz­wiera usta, bie­rze oddech, ale nagle się odsuwa. Odchrzą­kuje, wyciąga tele­fon i zaczyna prze­glą­dać Insta­gram, jakby była potwor­nie znu­dzona.

- Fatalny pomysł.

- Pozwolę się nie zgo­dzić.

Odwza­jem­nia moje spoj­rze­nie z bły­skiem w oku.

- Masz rację. Bolą mnie stopy od tego całego tań­cze­nia. Jazda na barana brzmi wspa­niale. - Uśmie­cha się, kiedy ja chi­cho­czę, a potem dodaje poważ­niej­szym tonem: - Nie bawię się w przy­gody na jedną noc, Car­ter.

Kurwa.

Muskam zębami dolną wargę, obser­wu­jąc, jak jej palce bęb­nią w kie­li­szek, jak zerka na mnie co kilka sekund, żeby spraw­dzić, czy na­dal na nią patrzę i jak rumie­niec poja­wia się na jej policzku, kiedy zdaje sobie sprawę, że to wła­śnie robię. Jej mowa ciała i ner­wowe krę­ce­nie się pod wpły­wem mojego spoj­rze­nia nie pasują do kąśli­wych komen­ta­rzy, co w jakiś spo­sób czyni ją jesz­cze bar­dziej intry­gu­jącą.

- No dobra - mówię, zanim jesz­cze to dobrze prze­my­śla­łem, ale w sumie pie­przyć to, czemu nie? Jeśli ist­nieje jakaś kobieta, z którą chciał­bym zoba­czyć się jesz­cze raz, to rów­nie dobrze może to być Oli­via. Po co poprze­sta­wać na jed­nej nocy? Mam prze­czu­cie, że jest typem pio­senki, którą pusz­czał­bym na okrą­gło. Mogę nawet roz­wa­żyć zawie­sze­nie mojej zasady o nie­no­co­wa­niu. Możemy spę­dzić razem cały jutrzej­szy dzień zanim ode­ślę ją do domu. Ude­rzam dło­nią w blat i poka­zuję głową w kie­runku drzwi. - Chodźmy, piękna.

Jej szczęka się roz­luź­nia.

- Żar­tu­jesz.

- Rano nawet zabiorę cię na śnia­da­nie. - Uśmie­cham się do niej w spo­sób, który kie­dyś opi­sano jako cza­ru­jący.

Oli­via mam­ro­cze pod nosem coś, co brzmi dokład­nie jak "pie­przony, zaro­zu­miały dupek" i prze­ciąga dło­nią po twa­rzy.

- Chyba źle mnie zro­zu­mia­łeś.

Dopija resztkę piwa, zeska­kuje ze stołka i nachyla się przy mojej twa­rzy. Ład­nie pach­nie, jak świeżo upie­czony chleb bana­nowy. Czy to dziwne? Wiem tylko, że chcę jej spró­bo­wać.

- Nie mam abso­lut­nie żad­nych chęci - zaczyna powoli, akcen­tu­jąc każde słowo, żebym lepiej zro­zu­miał, jak podej­rze­wam - być twoją kolejną zdo­by­czą. Jestem prze­ko­nana, że ta nie­chlujna fry­zura, ładne zie­lone oczy i szel­mow­ski uśmiech ścią­gnęły wiele maj­tek, ale na pewno nie ścią­gną moich.

Opusz­czam głowę i uśmie­cham się.

- Czyli przy­zna­jesz, że jestem atrak­cyjny.

Prze­wraca oczami.

- Nie jestem nawet odro­binę zasko­czona, że to z tego zro­zu­mia­łeś. - Poka­zuje za sie­bie. - Możesz mieć tu każdą dziew­czynę. Idź i zapro­po­nuj śnia­da­nie komuś innemu.

Cóż, to nie przej­dzie. Oferta śnia­da­niowa była prze­zna­czona tylko dla niej.

- Ale ja chcę cie­bie - jęczę figlar­nie, łapiąc ją za dłoń. Jest taka cie­pła i malutka, momen­tal­nie znika w mojej. - Nie mogę ode­rwać od cie­bie wzroku, znasz się na hokeju, kaza­łaś mi spie­przać na przy­naj­mniej trzy różne spo­soby i nie pamię­tam, kiedy ostat­nio tak mnie do kogoś cią­gnęło.

Pod­cho­dzi bli­żej, a mój puls przy­spie­sza. Opuszki jej pal­ców tań­czą po moim ramie­niu i muskają szczękę. Jej twarz unosi się w tym samym momen­cie, w któ­rym moja opada, a ogień w jej spoj­rze­niu obie­cuje nie­za­po­mnianą noc.

- Czy ktoś kie­dy­kol­wiek był w sta­nie ci odmó­wić? - pyta szep­tem.

Dum­nie wypi­nam klatkę pier­siową.

- Ni­gdy.

Uśmie­cha się i Chry­ste, to wspa­niały widok.

- Cóż, zawsze musi być pierw­szy raz.

Marsz­czę czoło, a ona odcho­dzi.

- Co?

- Miłej reszty wie­czoru! - woła przez ramię i znika w tłu­mie. Jezu Chry­ste, naprawdę będę musiał wró­cić do domu i zro­bić to, co mi kazała: samemu się pie­przyć.

Kurwa. Nie podoba mi się to.

Rozdział 4. Dzięki, ale nie

4

DZIĘKI, ALE NIE

Oli­via

NIE­DZIELNE KACE są stwo­rzone do dwóch rze­czy: śmie­cio­wego jedze­nia i drze­mek.

Wszystko, czego chcę, to tłu­sty che­ese­bur­ger wiel­ko­ści mojej głowy i super­duże frytki, ale sie­dzę w Star­buck­sie, popi­ja­jąc mro­żoną latte w środku grud­nia, jak­bym nie mogła bez niej żyć i jem posi­łek z jed­nego z tych zdro­wych bok­sów z ide­al­nym obli­czo­nym makro, a to wszystko dla­tego, że McDo­nald's ser­wuje śnia­da­niowe menu jesz­cze przez pięt­na­ście minut.

Cara unosi ide­al­nie wyre­gu­lo­waną brew, wpa­tru­jąc się w mój napój.

- Jest zimno jak skur­wy­syn, Liv.

Nucę z nosem przy słomce i wsu­wam dło­nie w rękawy swe­tra.

- Nad­cho­dzi zima.

- Zima już tu jest - odpo­wiada, nawią­za­nie do Gry o tron cał­ko­wi­cie jej umyka. Tak, jak podej­rze­wa­łam. - A ty popi­jasz pie­przoną kawę mro­żoną.

- Mro­żona latte - popra­wiam, grze­biąc w moim serowo-owo­co­wym, pro­te­ino­wym pudełku. Trą­cam jajko ugo­to­wane na twardo. Serio, co to ma być? Nie podoba mi się to. Jem takie rze­czy od ponie­działku do piątku, ale nie w nie­dzielny pora­nek po tym, jak poprzed­niego wie­czoru wla­łam w sie­bie tyle piwa, co połowa mojej wagi. Wzdy­cham i zamy­kam pudełko. Popro­szę Carę, żeby zaje­chała do okienka w McDo­nal­dzie po dro­dze do domu.

- Nie­ważne, co masz w kubku, Ollie, ważne, że jest mro­żone.

Nor­mal­nie wolę her­batę, bez kofe­iny. Cara mówi, że jestem psy­cho­patką, ale kofe­ina spra­wia, że boli mnie brzuch i dostaję trzę­siawki. Ale tego ranka jej potrze­bo­wa­łam. Jestem prze­ko­nana, że nie funk­cjo­nuję popraw­nie. Nie­na­wi­dzę gorą­cej kawy, więc mia­łam ogra­ni­czone moż­li­wo­ści, kiedy skła­da­ły­śmy zamó­wie­nie dzie­sięć minut temu. Bari­sta patrzył na mnie, jak­bym miała trze­cie oko i popro­sił, żebym powtó­rzyła, co chcę.

- Boli mnie głowa - mówię, robiąc szcze­nięce oczy.

- Ooo, kocha­niutka. Za mocno przy­im­pre­zo­wa­łaś.

- Bolą mnie stopy. - Na gwałt potrze­buję je wymo­czyć albo masażu. Zacze­piam jedną nogę wokół kostki Cary i szo­ruję nią w górę i w dół jej dłu­giej łydki.

Strząsa ją.

- Nie mam zamiaru maso­wać ci stóp. Może Em to zrobi, kiedy wró­cimy do domu.

Wykrzy­wiam twarz.

- Nie popro­szę two­jego chło­paka, żeby wyma­so­wał mi stopy.

- Dla­czego? - Wkłada wino­grono do ust. - Ma do tego dobre dło­nie. Duże. Silne. - Unosi brwi. - Magiczne.

- Nie musia­łam tego wie­dzieć. - Rzu­cam w nią opa­ko­wa­niem po słomce.

Cara zakłada nogę na nogę i patrzy na mnie, zwę­ża­jąc oczy.

- Czas poga­dać o oczy­wi­stym pro­ble­mie.

Biorę łyk kawy. Mój Boże, jest prze­pyszna. Pew­nie nie zasnę przez kilka dni.

- Jakim pro­ble­mie?

- Pro­blem to może złe słowo. Poga­dajmy o mie­rzą­cej ponad metr dzie­więć­dzie­siąt ścia­nie mię­śni wyglą­da­ją­cej jak super­bo­ha­ter z Marvela albo grecki bóg.

Spo­glą­dam na swój kubek.

- Nie wiem, o czym mówisz.

Wypy­cha języ­kiem wnę­trze policzka, kąciki jej ust się uno­szą.

- Do cho­lery, Liv, cho­dzi mi o Car­tera Bec­ketta.

- Ach. Ten pro­blem. - Patrzę na lakier na swo­ich paznok­ciach. - Już o nim roz­ma­wia­ły­śmy. - Dopiero co udało mi się usu­nąć jego iry­tu­jącą, nar­cy­styczną twarz z pamięci.

- Byłam po trzech mojito i pię­ciu szo­tach tequ­ili. Nic nie pamię­tam z tej roz­mowy.

Pole­gała głów­nie na tym, że Cara trzy­mała mnie za szyję i odcią­gała jak naj­da­lej od Car­tera Bec­ketta: kapi­tana Van­co­uver Vipers, mul­ti­mi­lio­nera, eks­tra­wa­ganc­kiego play­boya. Muszę jej oddać, że pró­bo­wała przed­sta­wić garść powo­dów, przez które abso­lut­nie nie powin­nam się do niego zbli­żać, ale trudno było ją zro­zu­mieć, bo sior­bała i wkła­dała sobie do ust jakąś przy­stawkę za każ­dym razem, kiedy kel­ner prze­cho­dził obok z tacą.

- Powie­dzia­łaś, żebym trzy­mała dystans, a ja odpo­wie­dzia­łam, że to wła­śnie robię. - Był taki krótki moment, kiedy trzy­mał mnie za rękę i patrzył na mnie swo­imi szma­rag­do­wymi oczami, kiedy mogłam... to roz­wa­żyć. Może. Zasta­no­wić się. Obwi­niam o to alko­hol.

Car­ter Bec­kett to defi­ni­cja sek­sow­no­ści. Aro­gan­cja przy­ozdo­biona dro­gimi ubra­niami, gład­kimi nabi­tymi mię­śniami i cza­ru­ją­cym uśmie­chem. Cał­kiem moż­liwe, że jego twarz nosi ślady chla­my­dii, nie mam pew­no­ści. Raczej się zabez­pie­cza, ale zali­cza dziew­czyny na całym świe­cie.

Cara opiera pod­bró­dek na pię­ści.

- Powin­nam była się domy­ślić, że mu się spodo­basz.

- Spodo­bam mu się? To nie­prawda. Po pro­stu chce się ze mną prze­spać. I jak mogłaś się domy­ślić? Nie jestem w jego typie.

- Jesteś.

- Nie.

Cara przez chwilę bawi się tele­fo­nem, a potem poka­zuje mi zdję­cie dłu­go­no­giej bru­netki. Bec­kett obej­muje ją w pasie, a ona całuje go w szyję. Punkty dla nich, że udało im się przejść ulicą i unik­nąć tra­ge­dii.

- Widzisz? Też jest bru­netką!

Prze­wra­cam oczami, igno­ru­jąc to, że jest przy­naj­mniej trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów wyż­sza. Stu­kam w ozna­cze­nie na Insta­gra­mie i nie­wzru­szona spo­glą­dam na Carę.

- To che­er­le­aderka Dal­las Cow­boys.

Nie­na­wi­dzę grać kartą "jestem inna", jak każda kobieta, ale taka jest prawda: w niczym nie przy­po­mi­nam kobiet, z jakimi widy­wany jest ten męż­czy­zna.

Jeśli to, co widzę w mediach spo­łecz­no­ścio­wych jest jaką­kol­wiek wska­zówką, Car­ter woli kobiety, które przy­po­mi­nają Carę: nogi do nieba, dłu­gie szczu­płe torsy i lśniące pro­ste włosy. Cały czas jestem prze­ko­nana, że jedy­nym powo­dem, przez który ta dwójka się nie spo­tyka jest to, że są do sie­bie zbyt podobni - pyskaci, pre­ten­sjo­nalni, dumni. Pro­sta recepta na zde­to­no­wa­nie pokoju.

- Okej, jesteś drobna. - Macha ręką, baga­te­li­zu­jąc moją nie­wzru­szoną minę. - Jasne, nie jesteś modelką. Ale pra­cu­jesz jako nauczy­cielka wf-u, więc to pra­wie to samo...

- To w ogóle nie to samo.

- Ale jesteś tak samo piękna - mówi to w prze­ko­nu­jący spo­sób, ale prze­cież od zawsze bar­dzo mnie wspie­rała.

Pochy­lam się nad sto­łem i trą­cam ją pal­cem w nos.

- Dzięki, ale postę­pu­jesz zgod­nie z kodek­sem naj­lep­szej przy­ja­ciółki. Musisz tak mówić.

Ciężko wzdy­cham i spo­glą­dam na ludzi prze­cha­dza­ją­cych się po cen­trum han­dlo­wym z tor­bami prze­wie­szo­nymi przez ramiona. Muszę prze­stać spać u Cary po impre­zach. Rzu­ciła się na mnie, zanim przy­po­mnia­łam sobie, jak się nazy­wam, nie mówiąc już o tym, jak być aser­tywną, i tak wylą­do­wa­łam tutaj: na zaku­pach w cen­trum han­dlo­wym w nie­dzielny pora­nek, a co naj­gor­sze, bez mojego McDo­nald'sa na kaca.

Powta­rzam: wszystko przez alko­hol.

- Jestem głodna - narze­kam. Kciuki Cary latają po ekra­nie tele­fonu. - Potrze­buję nor­mal­nego jedze­nia.

- Ide­alne wyczu­cie czasu, kochana. - Chowa tele­fon i wstaje. - Emmett wła­śnie wstał i zama­wia pizzę na lunch.

Czuję, że coś się we mnie uru­cha­mia. To może być mój żołą­dek.

- Z beko­nem?

- Z podwój­nym beko­nem.

CARA OZNAJ­MIA, że wró­ciła do domu w taki sam spo­sób, w jaki oznaj­mia swoje przy­by­cie gdzie­kol­wiek: z przy­tu­pem. Roz­po­ściera ramiona od razu, gdy wcho­dzimy do środka, zrzuca sześć toreb z zaku­pami na pod­łogę i robi piruet.

- Jeste­śmy, kocha­nie! Liv potrze­buje masażu stóp!

- Nie­prawda! - krzy­czę, zdej­mu­jąc buty. Uwiel­biam Emmetta, ale chło­pak mojej naj­lep­szej przy­ja­ciółki masu­jący mi stopy to lekka prze­sada. Swoją drogą, nie mogę porząd­nie wło­żyć pie­przo­nej skar­petki. Zwisa mi z pal­ców u stóp. Ska­czę na jed­nej nodze po kory­ta­rzu, w kie­runku zapa­chu pep­pe­roni i bekonu, pró­bu­jąc ją popra­wić.

Nie­na­wi­dzę skar­pe­tek. Nie­na­wi­dzę cięż­kich butów. Nie­na­wi­dzę zimy.

Uno­szę głowę, pocią­gam nosem i wolną ręką pocie­ram brzuch.

- Pach­nie wspa­niale, Em. Chodź do mamy.

Udaje mi się zacze­pić palec o skar­petkę i nacią­gnąć ją na piętę z okrzy­kiem "a-ha" na ustach, ale źle ląduję, śli­zgam się na weł­nie wyło­żo­nej na błysz­czą­cym mar­mu­rze i wywra­cam do tyłu, wykrzy­ku­jąc losowe prze­kleń­stwa i macha­jąc rękami szu­ka­jąc cze­goś, czego mogła­bym się zła­pać.

A tym oka­zują się być silne ramiona. Nie­zwy­kle musku­larne. Z żyłami na wierz­chu. Och, te przed­ra­miona są wspa­niałe. Owi­jają się wokół mojej talii i przy­trzy­mują przed upad­kiem tył­kiem na pod­łogę. Cie­pło roz­cho­dzi się po moim ciele, kiedy sta­wiają mnie z powro­tem na nogi. Spo­glą­dam w dół na wyjąt­kowo dużą dłoń obej­mu­jącą mój tors, trzy­ma­jącą mnie pew­nie i dreszcz prze­biega mi po krę­go­słu­pie na szep­tane do ucha słowa.

- Cześć, mała.

Moja dłoń prze­suwa się powoli w dół jego przed­ra­mie­nia i zauwa­żam wyraźny kon­trast pod pal­cami. Tam, gdzie ja jestem blada i miękka, on jest wyjąt­kowo opa­lony i twardy.

Gorący oddech spływa po mojej szyi, a ja zamy­kam oczy, gdy kuszący aro­mat wiruje wokół mnie, nuty cytru­sów zmie­szane z limonką i drze­wem cedro­wym.

Dosko­nale wiem, czyje ramiona mnie obej­mują, czyje dło­nie trzy­mają mnie bli­sko, czyje usta znaj­dują się przy mojej szczęce. Wiem, ale to nie powstrzy­muje mnie przed tym, co robię póź­niej.

Powoli obra­cam głowę. Bar­dzo powoli. Jak w hor­ro­rach. Nie jestem pewna, czy moja szczęka kie­dy­kol­wiek była tak nisko. Pew­nie zmie­ści­ła­bym w buzi zaci­śniętą pięść, jeśli bym chciała. Mój brat wyzwał mnie, kiedy mia­łam dzie­więć lat i zro­bi­łam to tylko po to, żeby udo­wod­nić, że się myli.

Przy­glą­dam się tym zie­lo­nym oczom i burzy kasz­ta­no­wych wło­sów, temu iry­tu­ją­cemu, sek­sow­nemu, szel­mow­skiemu uśmie­chowi i robię jedyną, sen­sowną rzecz: pisz­czę.

Odpy­cham Car­tera Bec­ketta i bie­gnę do kuchni tak szybko, że nogi mi się roz­jeż­dżają. Emmett rzuca się do przodu i chwyta mnie pod ramię, a on wyje ze śmie­chu. Pachwina boli tak bar­dzo, że mam ochotę upaść na pod­łogę i roz­pła­kać się przy tale­rzu z kawał­kiem pizzy.

- Szkoda, że tego nie nagra­łam - par­ska Cara, wycie­ra­jąc łzy spły­wa­jące jej po policz­kach. - Car­ter, założę się, że to pierw­szy raz, kiedy dziew­czyna tak przed tobą spie­prza. Kurwa mać. - Poka­zuje to na mnie, to na Car­tera kawał­kiem pizzy trzy­ma­nym w dłoni. - Genialne.

Skóra mi cierp­nie, gdy biorę talerz i zaj­muję się sobą, pró­bu­jąc - bez­sku­tecz­nie - uda­wać, że Car­ter Bec­kett nie wisi mi nad ramie­niem i nie obser­wuje każ­dego mojego ruchu.

Jego dło­nie lądują po obu stro­nach blatu, bio­rąc mnie w klesz­cze.

- Pospie­szysz się, pisz­czałko? Duży chło­piec jest głodny.

- Pró­buję usta­lić, który kawa­łek ma naj­wię­cej bekonu. Nie popę­dzaj mnie, duży chłop­cze.

Nachyla się i szep­cze mi do ucha, a ja dostaję gęsiej skórki:

- Nie śmiał­bym cię pospie­szać. Chcę delek­to­wać się cza­sem spę­dzo­nym razem, Oli­vio.

- Och, na litość boską. - Odwra­cam się do Cary oraz Emmetta i opie­ram rękę na bio­drze. - Które z was zapo­mniało mi powie­dzieć, że on też wpada na lunch?

Cara wyrzuca ramiona w górę.

- Nie mam poję­cia.

Emmett recho­cze.

- No raczej, że ty. Napi­sa­łem ci... - Jego słowa giną za dło­nią, którą Cara kła­dzie mu na ustach.

Ta dziew­czyna uwiel­bia dramy. Podej­rze­wam, że to jedyny powód, dla któ­rego ponow­nie umie­ściła mnie i Car­tera w jed­nym pomiesz­cze­niu. Albo chce zoba­czyć jak pozba­wiam go pew­no­ści sie­bie. Daj ludziom to, czego chcą.

Car­ter patrzy na mnie, ocze­ku­jąc jakiejś reak­cji, więc biorę naj­więk­szy kęs, jaki potra­fię, patrząc mu pro­sto w oczy, prze­cho­dzę obok niego i sia­dam na kana­pie. Jak można się było spo­dzie­wać, dołą­cza do mnie jakieś pięt­na­ście sekund póź­niej i sze­roko się uśmie­cha.

Te dołeczki są kurew­sko uro­cze. Nie­na­wi­dzę ich.

Sztur­cha mnie ramie­niem.

- Mam wię­cej bekonu.

- Nie­prawda. - Nachy­lam się i przy­glą­dam temu, co ma. Być może kac wpły­nął na moje oko do ide­al­nych kawał­ków pizzy. - Cho­lera.

Śmieje się cicho, kła­dzie swój kawa­łek pizzy na moim tale­rzu i bie­rze ten z mniej­szą ilo­ścią bekonu. To uro­czy gest, dla­tego robię się podejrz­liwa. Zeszłej nocy posta­wił mi piwo i brzmiał tak, jakby miał nadzieję, że jest to rów­no­znaczne z wsa­dze­niem mi póź­niej do ust pew­nej czę­ści ciała.

- To tylko kawa­łek pizzy, Oli­vio. Mogę go zjeść, jeśli nie chcesz.

Przy­su­wam talerz do sie­bie.

- Wara, Bec­kett.

Cara prze­cho­dzi obok i rzuca na mój talerz pojem­nik z dipem. Zuży­wam cały na dwa kawałki pizzy. Car­ter cały czas się patrzy, bok mojej twa­rzy roz­grzewa się pod jego spoj­rze­niem.

- Mogę ci w czymś pomóc? - pytam w końcu.

Uśmie­cha się.

- Nie. Dzięki.

Zjada cztery kawałki pizzy, idzie do kuchni, bie­rze kolejne dwa i koń­czy je, pod­czas gdy ja na­dal męczę się ze swo­imi.

- Wolno jesz - stwier­dza, odkła­da­jąc talerz na sto­lik do kawy. Sta­ram się nie patrzeć na sze­ro­kie mię­śnie ple­ców odzna­cza­jące się pod koszulą, ale cho­lera jasna, trudno tego nie robić.

Wła­śnie mam powie­dzieć, że nie jem wolno, po pro­stu on rzuca w sie­bie wszystko jak odku­rzacz, ale słowa grzę­zną mi w gar­dle, kiedy kła­dzie sobie moje stopy na kola­nie i zdej­muje mi skar­petki. Jego kciuki wbi­jają się w pod­bi­cie i nagle robię się nie­zwy­kle wdzięczna Carze, że spę­dzi­ły­śmy wczo­raj­szy pora­nek w spa.

Car­ter dotyka kar­ma­zy­no­wego lakieru na moich paznok­ciach.

- Ładny.

- Co ty wypra­wiasz? - pytam w końcu, a potem jęczę, kiedy masuje wyjąt­kowo obo­lałe miej­sce.

- Cara powie­działa, że potrze­bu­jesz masażu. Oto on.

Czy moja odpo­wiedź powinna brzmieć "nie, dzię­kuję"? Naj­praw­do­po­dob­niej. Szko­puł w tym, że ma ogromne dło­nie, sze­ro­kie opuszki i dużo siły, a ja za dużo wczo­raj wypi­łam, przez co prze­sa­dzi­łam z tań­cze­niem. Poza tym, to takie przy­jemne.

- Jezu Chry­ste - wyrywa mi się z ust. Wygi­nam się w jego stronę. - Dzię­kuję.

- Nie ma pro­blemu. Jeśli jesteś fanką masaży, możemy iść do mnie...

- I wła­śnie wszystko zepsu­łeś. - Wyry­wam stopy z jego magicz­nego uści­sku i pod­wi­jam je pod pupę. - Po co psuć coś tak przy­jem­nego?

Patrzy mi pro­sto w oczy.

- Bar­dzo chcia­łem cię zepsuć i uwierz mi, to byłoby jesz­cze przy­jem­niej­sze. - Śmieje się na mój zszo­ko­wany wyraz twa­rzy i łapie kon­tro­ler od Xbox'a, który rzuca mu Emmett. - Bar­dzo się rumie­nisz, Oli­vio.

Cara pry­cha.

- Pew­nie trudno ci to pojąć, ale ona nie jest zain­te­re­so­wana, Car­ter.

- Śmiem wąt­pić, ale spoko.

On i Emmett odpa­lają grę NHL, bo naj­wy­raź­niej, kiedy nie grają w hokeja w praw­dzi­wym życiu, muszą to robić na kon­soli. Pomimo sku­pio­nego spoj­rze­nia, Car­ter nie odpusz­cza poga­wędki.

- Lubisz śnieg, pisz­czałko?

- Nie za bar­dzo.

- Dla­czego?

- Bo muszę nosić skar­petki.

- Wio­sna czy lato?

- Lato.

- Słod­kie czy słone?

- Słod­kie.

- Jak wró­ci­łaś wczo­raj do domu?

- Spa­łam tutaj.

Mru­czy coś pod nosem, a ja mam ochotę chwy­cić go za gar­dło.

- Gdy­bym wie­dział, że tu śpisz, też bym przy­szedł zamiast wra­cać do domu. Mogli­by­śmy sobie dłu­żej poga­dać.

Czy on tak na serio? Nie pamięta dziew­czyny, która przy­kle­iła się do niego pół godziny po tym, jak ode­szłam? Nie mógł zapo­mnieć, że spoj­rzał na mnie i puścił mi oczko. "To mogłaś być ty", mówiło to spoj­rze­nie, jestem pewna.

- Ta, cóż, mia­łeś pełne ręce roboty z ładną małą blon­dynką.

Odrywa oczy od gry i spo­gląda na mnie.

- Nie tak ładną, jak ty.

To ma być kom­ple­ment? "Dziew­czyna, którą wczo­raj wyrwa­łem po tym, jak mnie ola­łaś, nie może się z tobą rów­nać, ale i tak ją zerżną­łem"? Jest takim dziw­ka­rzem, a ja nie chcę być kolej­nym kró­licz­kiem, któ­rego prze­leci i rzuci, więc ze wstrę­tem prze­wra­cam oczami.

- Nie zabra­łem jej do domu, Oli­vio.

Pry­cham, nie­do­wie­rza­jąc. Poza tym, mam to w dupie.

- Śmiem wąt­pić, ale spoko.

- Chyba jesteś zazdro­sna.

- Uwierz, nie jestem.

- Nie mogłem się do tego zmu­sić po tym, jak całą noc patrzy­łem na cie­bie. - Zdo­bywa gola i mam­ro­cze "tak, kurwa" pod nosem, a Emmett wypo­wiada ciąg prze­kleństw, po czym stwier­dza, że potrze­buje wię­cej pizzy.

- Nie­ważne.

Car­ter odkłada kon­tro­ler i odwraca się z trud­nym do odczy­ta­nia wyra­zem twa­rzy, wręcz pustym. Nie podoba mi się to. Jeśli ja nie mogę go roz­czy­tać, nie chcę, żeby on roz­czy­tał mnie.

- Wydaje mi się, że jesteś - odpo­wiada w końcu, szorst­kim szep­tem.

Jego palce muskają moje udo, nad roz­cię­ciem w kola­nie, tak deli­kat­nie, że nie wiem, czy fak­tycz­nie mnie dotyka. Przez chwilę roz­ko­szuję się cie­płymi, stward­nia­łymi dłońmi. Przez chwilę chcę wię­cej.

Przez chwilę. Potem uży­wam mózgu.

Co ja tu do cho­lery robię? Czemu dostar­czam roz­rywki temu ego­istycz­nemu dup­kowi? Mogła­bym sie­dzieć w domu, bez sta­nika, i uci­nać sobie drzemkę.

- Muszę spa­dać - wołam przez ramię, zeska­ku­jąc z kanapy. - Dzięki za lunch.

- Co? Już? - W odbi­ciu drzwi od patio widzę, że Cara wymie­rza wście­kły palec Car­te­rowi.

- Muszę wpaść do Jeremy'ego. - To prawda, ale mam jesz­cze kilka godzin.

Całuję Carę w poli­czek, przy­tu­lam Emmetta i uni­kam Car­tera. Oczy­wi­ście, idzie za mną do drzwi i patrzy, jak wkła­dam kozaki.

- Kim jest Jeremy? Twoim chło­pa­kiem?

Waham się. A potem kła­mię.

- Tak.

- Widzisz się z bra­tem? - Emmett krzy­czy z holu. - Powiedz Jeremu, że będę online o dzie­sią­tej, jeśli chce dzi­siaj pograć!

Ach, cho­lera.

Car­ter krzy­żuje ramiona na sze­ro­kiej klatce pier­sio­wej i unosi brew.

- Mała kłam­czu­cha.

No cóż, bywa. Wzru­szam nie­win­nie ramio­nami i zakła­dam płaszcz. Car­ter chwyta za jego klapy i przy­ciąga do sie­bie. Prze­cho­dzi mi przez myśl, że będzie chciał mnie poca­ło­wać i, co gor­sza, że nie zdo­łam go powstrzy­mać, ale zamiast tego zapina guziki mojego weł­nia­nego płasz­cza.

Car­ter Bec­kett zapina mi płaszcz.

- Dasz mi swój numer?

Mru­gam.

- Eee... - Mam zamiar odmó­wić. Nie rozu­miem, dla­czego nie mogę wykrztu­sić ani słowa.

Widzi oka­zję w moim waha­niu i pod­cho­dzi bli­żej, a ja cofam się, aż doty­kam ple­cami drzwi. Sty­kami się tor­sami. Mój Boże, wspa­niałe uczu­cie. Jest cie­pły, sze­roki, twardy. I wysoki. Cho­lera, tak bar­dzo wysoki. Moja pochwa wyko­nuje śmieszny mały taniec, jakby miała nadzieję, że coś zaraz dosta­nie. Myli się.

Jego dłoń prze­suwa się po moim boku, a bicie mojego serca odro­binę przy­spie­sza, kiedy wyciąga moje włosy spod płasz­cza i kła­dzie je na moim ramie­niu.

- Zróbmy tak, pisz­czałko. Ja dam ci swój numer, cho­ciaż ni­gdy tego nie robię. Będziesz pierw­sza. - Widzę w jego oczach błysk zado­wo­le­nia. Czuję, że zaraz powie coś, przez co cał­ko­wi­cie wsiąknę. - Bo jesteś wyjąt­kowa, Oli­vio.

I co, to tyle? Jakim cudem tyle kobiet z nim sypia?

Kładę dłoń na jego klatce pier­sio­wej i odpy­cham go o krok w tył. Uśmie­cham się - eks­tra słodko - a Car­ter uśmie­cha się jesz­cze sze­rzej, odsła­nia­jąc wszyst­kie dołeczki.

Jest teraz bar­dzo pewny sie­bie.

Nie mogę się docze­kać, żeby go znisz­czyć.

Prze­jeż­dżam opusz­kiem palca po koł­nie­rzyku jego koszulki, po czym kładę dłoń na karku i przy­cią­gam jego twarz do swo­jej. On łapie mnie za bio­dra, kiedy muskam ustami jego ucho. Nie­na­wi­dzę tego, że tak dobrze pach­nie. Jakaś irra­cjo­nalna część mnie chce poli­zać go jak loda w rożku.

- Nie, dzię­kuję.

Patrzę, jak zado­wo­lony z sie­bie uśmiech znika z jego przy­stoj­nej twa­rzy, a ta za drzwiami, które zatrza­skuję.

Cho­lera, świet­nie uczu­cie.

Rozdział 5. Czy to moja twarz?

5

CZY TO MOJA TWARZ?

Oli­via

ZAZWY­CZAJ DOBRZE SOBIE RADZĘ z moim niskim wzro­stem. W kan­cia­pie trzy­mam sto­łek, na wypa­dek gdy­bym go potrze­bo­wała i wspi­nam się na blat kuchenny, kiedy muszę dosię­gnąć sza­fek, co nie zda­rza się zbyt czę­sto. Pro­blem polega na tym, że nawet w tym wieku, wciąż się cza­sem zapo­mi­nam. Mnó­stwo razy nacią­gnę­łam mię­sień sto­jąc na pal­cach i pró­bu­jąc się­gnąć "jesz­cze ciupkę wyżej" i zamie­nić się w Spi­der-Mana, żeby ścią­gnąć siatkę do siat­kówki.

Dzi­siaj znowu muszę się z nią zmie­rzyć. Odgłosy, które przy tym wydaję przy­po­mi­nają dźwięki zare­zer­wo­wane dla moich spo­tkań sam na sam w sypialni z wibru­ją­cym przy­ja­cie­lem. Wciąż zer­kam za sie­bie, w stronę kan­ciapy znaj­du­ją­cej się na dru­gim końcu sali gim­na­stycz­nej. Widzę, że jest tam ten cho­lerny sto­łek, przy­trzy­mu­jący drzwi, żebym na pewno o nim nie zapo­mniała.

Jestem tro­chę roz­trze­pana w ostat­nim dniu szkoły przed prze­rwą świą­teczną. Zaraz będę miała dwa tygo­dnie wol­nego i dosko­nałą wymówkę, żeby nie nosić sta­nika.

- Pani Par­kerrr. - Widzę zado­wo­le­nie na twa­rzy jed­nego z uczniów naj­star­szej klasy, który cią­gle za mną łazi. - Chce pani wpaść na imprezę w ten week­end?

Rzu­cam puste spoj­rze­nie pia­sko­wemu blon­dy­nowi, sto­ją­cemu w drzwiach prze­bie­ralni dla chłop­ców.

- Prze­stań zapra­szać mnie na imprezy, Brad. Jestem twoją nauczy­cielką.

- Tak, naj­lep­szą nauczy­cielką. - Brad zmie­rza w moją stronę nie­zwy­kle pew­nym kro­kiem. Nie­bez­piecz­nie przy­po­mina Car­tera Bec­ketta i prze­cho­dzi mnie dreszcz na myśl, że w przy­szło­ści może mu dorów­nać. - Bar­dzo chęt­nie byśmy z panią poim­pre­zo­wali.

Mam dziwną ochotę przy­wa­lić mu kola­nem tam, gdzie naj­bar­dziej zaboli, ale powstrzy­muję się i sku­piam się na zada­niu: wycią­gnię­ciu głu­piego sznurka z głu­piej pętli, a potem scho­wa­nie głu­piej siatki aż do przy­szłego roku. Chwilę póź­niej Brad stoi już tuż za mną, jego klatka pier­siowa dotyka moich ple­ców, a ja sta­ram się nie zakrztu­sić zapa­chem wody koloń­skiej. Jedno psik­nię­cie jest okej, przy sied­miu wra­cam myślami do Spring Fling w ósmej kla­sie, kiedy pierw­szy raz się cało­wa­łam. Upa­ja­jące doświad­cze­nie, ale nie dla­tego, że poca­łu­nek był świetny. Chło­pak miał na sobie tyle taniej wody koloń­skiej, że aż krę­ciło mi się w gło­wie.

Brad ratuje mnie z opre­sji, pocią­ga­jąc za sznu­rek u góry, dzięki czemu jedna część siatki ląduje na ziemi.

- Dzięki - mam­ro­czę, prze­cho­dząc z jed­nej strony sali na drugą i skła­da­jąc siatkę. Brad prze­cho­dzi obok mnie i opiera się o słup, do któ­rej wciąż jest przy­mo­co­wana jej druga część. - Zdej­mij ją, Brad, pro­szę.

- Nawet pani nie spró­buje?

- Nie, bo to bez sensu, po co mia­ła­bym to robić? - Krzy­żuję ramiona na klatce pier­sio­wej i uno­szę brew. Mam tro­chę tem­pe­ra­mentu, co, jak się oka­zuje, dobrze pasuje do roli nauczy­ciela wf-u w liceum. Radzę sobie z humor­kami nasto­lat­ków, a oni z moimi. - Zdej­muj.

- Jezu, bez ner­wów. - Idzie za mną do maga­zynku i opiera się o drzwi, a ja cho­wam siatkę. - Mam uro­dziny trze­ciego stycz­nia. Po powro­cie z prze­rwy świą­tecz­nej, będę miał osiem­na­ście lat.

A ja wciąż będę miała dwa­dzie­ścia pięć, będę jego nauczy­cielką i będę kom­plet­nie nie­za­in­te­re­so­wana.

- Dobrze dla cie­bie. - Trza­skam drzwiami, zasu­wam zamek i idę do kan­ciapy, rzu­ca­jąc na odchodne "Weso­łych Świąt, Brad".

Brad nie rozu­mie suge­stii - co u niego nor­malne - i podąża za mną jak zagu­biony szcze­niak.

- Kie­dy­kol­wiek prze­sta­nie pani zgry­wać nie­do­stępną?

- Jesteś moim uczniem?

- Tak.

- W takim razie, nie.

- Dobra. Ale za sześć i pół mie­siąca nie będę już pani uczniem!

Do kurwy nędzy. Mam ser­decz­nie dość tych roz­wy­drzo­nych war­chla­ków. Zawsze myślą nie tą głową, co trzeba. Póź­niej dora­stają i dalej robią dokład­nie to samo.

- Wyno­cha! - Wyga­niam go za drzwi. - Wróć w stycz­niu i wybij sobie z głowy flir­to­wa­nie z wuefistką. To iry­tu­jące, nie­kom­for­towe i bar­dzo nie­sto­sowne.

Wybiega na kory­tarz, jakby paliło mu się w dupie, a ja wra­cam do kan­ciapy, żeby się spa­ko­wać. Przed wyj­ściem spraw­dzam wia­do­mo­ści. Jedna od mamy, z życze­niami na ostatni dzień szkoły. Jedna od brata, z prośbą o upie­cze­nie jego ulu­bio­nego cia­sta jago­do­wego na deser w święta, plus seria emo­tek z rękami zło­żo­nymi do modli­twy. Jedna od bra­ta­nicy, Alan­nah, pełna emo­tek i z pod­pi­sem "kocham cię, cio­ciu Ollie". Ma rap­tem sie­dem lat, ale bab­cia i dzia­dek roz­piesz­czają ją na potęgę - naj­pew­niej dla­tego, że widują ją raz na kilka mie­sięcy - toteż na uro­dziny dostała iPada i pisze do mnie z niego każ­dego dnia. Nie mam nic prze­ciwko, te wia­do­mo­ści spra­wiają, że serce mi rośnie.

Nie mam czasu odczy­tać sznurka wia­do­mo­ści od Cary, bo dzwoni tele­fon.

- Jak ty to robisz? - pytam, przy­trzy­mu­jąc tele­fon mię­dzy uchem i ramie­niem, przy oka­zji szu­ka­jąc w torebce klu­czy­ków od samo­chodu. - Jakim cudem zawsze wiesz, kiedy trzy­mam tele­fon w ręce?

- Nazwijmy to bliź­nia­czym połą­cze­niem - odpo­wiada Cara.

- Nie jeste­śmy bliź­niacz­kami. Nie jeste­śmy nawet spo­krew­nione.

- Mamy brat­nie dusze, Liv. Dosko­nale o tym wiesz.

Wcho­dzę do auta, prze­krę­cam klu­czyk w sta­cyjce i słu­cham jak sil­nik się dusi, a potem gaśnie.

- Kurwa mać - stę­kam i pró­buję jesz­cze raz.

- Potrze­bu­jesz nowego samo­chodu.

- Nie. Czer­wona Rhonda spra­wuje się wspa­niale, prawda, kochana? - Kle­pię deskę roz­dziel­czą, mam­ro­czę modli­twę pod nosem i ponow­nie prze­krę­cam klu­czyk. Sil­nik budzi się do życia, a ja opa­dam na fotel, wzdy­cham z ulgą i cze­kam aż samo­chód się roz­grzeje.

- W końcu zajeź­dzisz starą Rhondę - śmieje się Cara. - W każ­dym razie, mam eks­tra bilet na mecz dziś wie­czo­rem. Chcesz wpaść? Póź­niej wypi­jemy kilka drin­ków.

Mecz hokeja? Drinki?

Powiedz mi, że to nie­bez­pieczny pomysł, bez mówie­nia mi, że to nie­bez­pieczny pomysł. Ja zacznę: muszę spę­dzić cały wie­czór igno­ru­jąc Car­tera, co jest dość trudne, bo jest kapi­ta­nem zespołu i takie tam. Na pewno będzie się przy nim krę­ciła jakaś dziew­czyna albo dwie, a to iry­tu­jące, cho­ciaż wiem, że jest dziw­ka­rzem. Praw­do­po­dob­nie nie będzie pamię­tał mojego imie­nia, co jesz­cze bar­dziej iry­tu­jące, a nie potra­fię długo powstrzy­my­wać swo­jego kolana przed powę­dro­wa­niem w wia­dome miej­sce.

- Jestem zmę­czona - rzu­cam w końcu.

To nie do końca prawda, ale ni­gdy nie rezy­gnuję z oka­zji, żeby zrzu­cić sta­nik, wło­żyć naj­cie­plej­sze dresy i zwi­nąć się w kłę­bek na kana­pie z dobrym ero­ty­kiem albo czte­ro­go­dzin­nym mara­to­nem Net­flixa.

- Ach, no dawaj! Pamię­tasz, jak dobrze się bawi­ły­śmy w zeszły week­end? Masz ferie! Przy­im­pre­zujmy!

Czy pamię­tam, jak dobrze się bawi­łam? A którą część dokład­nie? Krę­ce­nie tył­kiem przed Carą, bo bycie przy­zwo­itym czło­wie­kiem pięć dni w tygo­dniu jest wyczer­pu­jące i potem roz­pacz­li­wie pra­gnę odpiąć wrotki? Czy słu­cha­nie tego, jak Car­ter Bec­kett bar­dzo chce mnie wyru­chać i wziąć na śnia­da­nie? A może dwu­go­dzinna drzemka po pizzy z Car­terem, a póź­niej trzy­go­dzinny mara­ton z Bro­oklyn 99, po powro­cie do domu z nie­dziel­nej kola­cji w domu brata.

To ostat­nie było cał­kiem spoko.

- Livvie? Pro­szę, kocha­nie. Dla mnie. - Widzę przed oczami jej wydęte wargi. - Będę twoją naj­lep­szą przy­ja­ciółką.

- Już jesteś moją naj­lep­szą przy­ja­ciółką - zauwa­żam, ale kiedy zaczyna skom­leć, gło­śno wzdy­cham. - Jesteś nie­moż­liwa.

- A ty miękka jak skur­wy­syn. Musisz nauczyć się mi odma­wiać od czasu do czasu. - Od jej prze­ni­kli­wego pisku aż dzwoni mi w uchu. Potem papla o szcze­gó­łach doty­czą­cych dzi­siej­szego wie­czoru i natych­miast się roz­łą­cza, zanim zdążę zmie­nić zda­nie.

- Nie rozu­miem, jakim cudem pod­łogi są już tak lep­kie, cho­ciaż mecz jesz­cze się nawet nie zaczął. - Marsz­czę nos za każ­dym razem, kiedy moje trampki odkle­jają się od pod­łogi. - A już w szcze­gól­no­ści tutaj.

Przy­glą­dam się are­nie, kiedy idziemy wzdłuż rzędu i zaj­mu­jemy miej­sca. Sie­dzimy tuż za ławką rezer­wo­wych - korzy­ści z uma­wia­nia się z dru­gim kapi­ta­nem, jak mnie­mam - więc to nie tak, że pięć­set osób szło tędy zanim zna­la­zło swoje miej­sca. Toteż powta­rzam pyta­nie: dla­czego, do cho­lery, moje buty przy­kle­jają się do wszyst­kiego?

- Pod­łogi zawsze są obrzy­dliwe. - Cara otwiera puszkę piwa i mi ją wrę­cza. - Dla­tego w pew­nym momen­cie odpu­ści­łam szpilki.

- To musiała być dla cie­bie taka trudna decy­zja, prze­cież to ide­alne buty na mecz hokeja.

Pstryka mnie w skroń, a ja chi­cho­czę i kradnę garść popcornu z wiel­kiego kubła, który trzyma na kola­nach.

- Car­ter pytał o cie­bie Emmetta w tym tygo­dniu.

Ude­rzam pię­ścią w klatkę pier­siową, bo popcorn grzęź­nie mi w gar­dle.

- Słu­cham?

- Car­ter - powta­rza, otwie­ra­jąc opa­ko­wa­nie Skit­tle­sów. Wrzuca przy­naj­mniej jedną trze­cią do buzi, po czym poka­zuje na lód. - Bec­kett.

Podą­żam za jej spoj­rze­niem i wspól­nie patrzymy, jak Vipers wycho­dzą na swoją domową arenę na roz­grzewkę. Od razu namie­rzam ogromną syl­wetkę pana Bec­ketta. Wska­kuje Emmet­towi na plecy i obej­muje go ramio­nami, ich gło­śny rechot odbija się od lodu, po czym Emmett zrzuca go na zie­mię. To inte­re­su­jący widok, bo wujek Google mógł mi pod­po­wie­dzieć, że Car­ter jest o cen­ty­metr wyż­szy od Emmetta.

- Dosko­nale wiem, o kim mówisz. - Odwra­cam głowę, zanim zdąży na mnie spoj­rzeć. - Ale chyba się prze­sły­sza­łam. Mówi­łaś, że o mnie pytał.

- Dokład­nie to powie­dzia­łam. W zasa­dzie pytał kil­ku­krot­nie. - Roz­rywa opa­ko­wa­nie lukre­cji, odgryza kawa­łek, a potem obraca go dookoła. Jestem prze­ko­nana, że ma na kola­nie cały bar z prze­ką­skami. - Podobno śpie­wał o tobie jakąś pio­senkę.

Prze­staję krę­cić kosmy­kiem wło­sów, który obec­nie odcina mi dopływ krwi do palca i przy­kła­dam zimną puszkę piwa do szybko roz­grze­wa­ją­cej się twa­rzy.

- Co?

- Moja dziew­czyna zro­biła na nim nie­złe wra­że­nie zeszłego week­endu.

Pry­cham.

- Dla­tego, że ni­gdy wcze­śniej nie usły­szał odmowy? - I to dwa dni z rzędu. Widok zszo­ko­wa­nego Car­tera, po tym, jak nie dostał tego, czego chciał, to moje naj­więk­sze życiowe osią­gnię­cie.

- Coś w tym stylu.

- Pro­szę cię, dwa­dzie­ścia minut póź­niej już przy­kle­iła się do niego jakaś inna panna.

- Nie stuk­nął jej, co do niego nie­po­dobne. Wyszedł sam, zaraz po tym, jak wsie­dli­śmy z Emmet­tem do Ubera.

Macham lek­ce­wa­żąco ręką. Czy Car­ter powie­dział mi dokład­nie to samo następ­nego dnia? Tak. Czy mu uwie­rzy­łam? Nie. Czy wie­rzę mu teraz? Wciąż nie. Poza tym, to nie ma zna­cze­nia. On to Car­ter Bec­kett, milio­ner i kapi­tan dru­żyny hoke­jo­wej. Ja to Oli­via Par­ker, spłu­kana nauczy­cielka w liceum. Dzieli nas prze­paść. Cho­lera, nawet nie jeste­śmy na tej samej orbi­cie.

A nawet gdy­by­śmy byli, jed­no­ra­zowe numerki i poli­ga­mia to nie moja para kalo­szy, podob­nie jak wyso­kie praw­do­po­do­bień­stwo zła­pa­nia cho­roby wene­rycz­nej, jeśli za bar­dzo się zbli­żymy i przy­pad­kowo zatań­czymy bez maj­tek. Już wspo­mnia­łam, że nie podej­muję naj­lep­szych decy­zji pod wpły­wem alko­holu.

Nie prze­pa­dam za rand­kami. Cara nie­stru­dze­nie pró­buje umó­wić mnie z tymi "faj­niej­szymi" kole­gami z dru­żyny Emmetta - jej dobór słów - a ostat­nio przy­ła­pa­łam ją na two­rze­niu mojego pro­filu w apli­ka­cji do rand­ko­wa­nia. Chyba nie mam za dużo czasu, żeby kogoś poznać, ale wciąż uwa­żam, że to się sta­nie, kiedy nadej­dzie odpo­wied­nia chwila. Nie spie­szy mi się, na razie nie mam nic prze­ciwko byciu samej. Wolę pocze­kać na kogoś, kto ma podobne prio­ry­tety. Nie jestem zain­te­re­so­wana rand­ko­wa­niem dla samego rand­ko­wa­nia, ani pie­prze­niu się tylko po to, żeby poczuć się lepiej.

Od tego są przy­ja­ciele zasi­lani bate­riami, a ja trzy­mam swo­jego w szu­fla­dzie w domu. Co wię­cej, wycią­gnę­łam go w nie­dzielne popo­łu­dnie, kiedy tylko wró­ci­łam do domu po tym, jak zosta­wi­łam Car­tera z opad­niętą szczęką. I tak, myśla­łam o jego głu­piej przy­stoj­nej twa­rzy, kiedy go uży­wa­łam. Nie jest mi wstyd.

Ni­gdy nikomu nie powiem.

Zamiast sta­rać się upo­rząd­ko­wać swoje myśli na temat Car­tera Bec­ketta, sku­piam się na chwili, która nad­cho­dzi. Pomimo że w are­nie jest cie­pło, chłodny wiatr prze­szywa powie­trze, kiedy gra­cze jeż­dżą wokół, roz­cią­gają się i oddają roz­grzew­kowe strzały na bramkę. Wszystko jest tutaj spo­tę­go­wane, ostry dźwięk łyżew śli­zga­ją­cych się po lodzie, ude­rze­nia kom­po­zy­to­wych kijów o gumowe krążki, zanim te prze­tną powie­trze, zapach maśla­nego popcornu, miga­nie świa­teł i roz­mowy, któ­rych nie da się zro­zu­mieć.

To spra­wia, że tęsk­nię za gra­niem w hokeja. Jest coś wyjąt­ko­wego w jeź­dzie po świe­żym lodzie, mroź­nym powie­trzu sma­ga­ją­cym policzki oraz przy­pły­wie adre­na­liny, kiedy zmie­rzasz do bramki z krąż­kiem na czubku kija. Wycho­dzę na lód co tydzień z dru­żyną mojej bra­ta­nicy, ale to nie to samo, zwłasz­cza bio­rąc pod uwagę osiem­na­sto­let­nią róż­nicę wieku i to, że sta­ram się ogar­nąć bandę sied­mio­lat­ków.

Cara gło­śno wzdy­cha.

- Cóż, cały czas ci się przy­pa­try­wał.

- Nie­prawda - mam­ro­czę i opie­ram stopy o szybę, żeby widzieć swoje buty, a nie męż­czy­znę, o któ­rym mowa.

- Ty jemu też, smar­kulo. Może i byłam nawa­lona, ale trudno nie zauwa­żyć w kogo wpa­truje się naj­sław­niej­szy facet w pomiesz­cze­niu.

Moja twarz robi się cie­pła. Nie podoba mi się to. Ostat­nią rze­czą, jaką chcę robić, to rumie­nić się na wzmiankę o męż­czyź­nie, który pew­nie pomyli moje imię, kiedy do nas przyj­dzie. Chcę czuć, że coś dla kogoś zna­czę, a nie być wyzwa­niem dobra­nia się do maj­tek, bo jestem pierw­szą kobietą, która nie padła mu do stóp.

Skła­ma­ła­bym, gdy­bym powie­działa, że cho­ciaż przez chwilę nie roz­wa­ża­łam przy­ję­cia pro­po­zy­cji Car­tera w zeszły week­end. Minęło już tro­chę czasu od ostat­niego razu, a zawsze miło jest zostać prze­bol­co­waną. Cara twier­dzi, że ci gra­cze hokeja mają nie­sa­mo­witą kon­dy­cję i mogą jechać całą noc. A ktoś tak doświad­czony jak on musi być wspa­niały w łóżku. Sprawi, że zapadnę w śpiączkę na dzień lub dwa. Aku­rat mogła­bym się w końcu wyspać.

Ni­gdy się nie dowiem. A przy­naj­mniej, nie powin­nam.

Prawda?

Nie. Nie, Oli­vio, do jasnej cho­lery.

- Jestem pewna, że szybko zapo­mni, o ile już tego nie zro­bił - to nudna odpo­wiedź, któ­rej w końcu udzie­lam Carze.

Ciało ude­rza w pleksi przede mną. Krzy­czę i zaci­skam dłoń na udzie Cary.

- Jezu - mam­ro­czę, trzy­ma­jąc rękę na walą­cym sercu.

Cara par­ska śmie­chem.

- Mhm. Szybko zapo­mni. Na pewno. - Sztur­cha mnie łok­ciem, po czym macha pal­cami do osoby stu­ka­ją­cej w szybę. - Chyba masz gościa.

Wiem, kto to jest. Czuję jego obec­ność. Wiruje mi w żołądku, a krew napływa do miej­sca mię­dzy nogami. Dla­czego? Nie mam, kurwa, poję­cia, ale ten facet to czy­sty seks jeż­dżący na łyż­wach i teraz jestem wkur­wiona, bo po powro­cie do domu będę musiała zafun­do­wać sobie kolejny średni orgazm, wyobra­ża­jąc sobie tego sek­sow­nego męż­czy­znę, bła­ga­ją­cego o moją aten­cję.

Usta Cary wykrzy­wiają się w uśmie­chu.

- Nie patrzysz, prawda?

Kręcę głową i marsz­czę brwi.

- Nie. Nie mogę.

- Oli­via! - krzy­czy Car­ter Bec­kett. To naprawdę nie­po­trzebne. Na litość boską, jestem tuż obok.

Znowu to cho­lerne stu­ka­nie. Im dłu­żej go igno­ruję, tym gło­śniej stuka. Jest nie­ustę­pliwy i iry­tu­jący. Wokół mnie robi się szum­nie, wszy­scy zasta­na­wiają się dla­czego chce mojej uwagi i, co wię­cej, dla­czego do cho­lery go igno­ruję.

Nie rozu­mieją. Może mnie odrzu­cać, że bez­tro­sko wyko­rzy­stuje kobiety, ale moja siła też ma swoje gra­nice. Oba­wiam się, że samym uro­kiem może ścią­gnąć mi spodnie. Jeśli kto­kol­wiek jest w sta­nie to zro­bić, to wła­śnie on.

- Liv, Liv, Liv, Liv, Liv - skan­duje Car­ter, a po każ­dym wypo­wie­dze­niu mojego imie­nia stuka w pleksi.

- Co? - szep­czę-krzy­czę i w końcu odwra­cam się w jego stronę, wyrzu­ca­jąc ramiona nad głowę.

Jego uśmiech jest bom­bowy, atrak­cyjny, sek­sowny i dopro­wa­dza­jący do szału. Pochyla się nad ban­dami, trzy­ma­jąc długi kij, któ­rego koniec spo­czywa na kra­wę­dzi szyby.

- Cześć.

Dobry Boże, nie mogę. Co się dzieje?

Car­ter obser­wuje, jak rumie­niec oblewa moje policzki wła­śnie przez niego. Mogę uda­wać nie­do­stępną, ale ten gość jest o wiele bar­dziej kumaty niż się wydaje. Dosko­nale wie, że podoba mi się to, co widzę, czyli on, męż­czy­zna cał­ko­wi­cie swo­bod­nie i pew­nie czu­jący się w swo­jej skó­rze, uśmie­cha­jący się w ten durny, iry­tu­jąco-uro­czy spo­sób, z prze­szy­wa­ją­cymi szma­rag­do­wymi oczami, skrzą­cymi się rado­ścią i zde­cy­do­wa­nie zbyt dużą dozą aro­gan­cji.

Car­ter wie, co ze mną robi. Wła­śnie roz­po­czął się mój upa­dek.

Pochyla się bli­żej, a ja nie­na­wi­dzę sie­bie za to, że robię dokład­nie to samo. Wyglą­damy, jakby mówił sekret prze­zna­czony tylko dla moich uszu.

Kącik ust Car­tera unosi się, odsła­nia­jąc nie­sa­mo­wity uśmiech. Opiera pod­bró­dek o dłoń w ręka­wiczce.

- Zdo­będę dla cie­bie gola. - Sły­szę pew­ność w jego głę­bo­kim gło­sie oraz aro­gan­cję, która spra­wia, że ści­ska mnie w żołądku. Pusz­cza mi oczko i odjeż­dża, krę­cąc bio­drami, po czym upada na kolana, roz­sze­rza nogi odsła­nia­jąc kro­cze i robi wiel­kiego, różo­wego balona z gumy. Robi to wszystko cały czas na mnie patrząc.

- Cała drżysz - mam­ro­cze Cara, prze­żu­wa­jąc garść M&M'sów.

W końcu udaje mi się ode­rwać wzrok od Car­tera. Impo­nu­jące osią­gnię­cie, bio­rąc pod uwagę, że wciąż na mnie patrzy, a ja roz­bie­ram go w myślach i zasta­na­wiam się, jak długi jest kij, który trzyma mię­dzy nogami. Pew­nie ogromny, jak cały on.

- Hę?

- Mówię, że wyglą­dasz jak­byś zasta­na­wiała się nad wzię­ciem udziału w jego misji prze­le­ce­nia cię.

Każda nuta pożą­da­nia staje się kwa­śna w moich ustach. Marsz­czę nos i krzy­żuję ramiona.

- Nie biorę udziału w żad­nej misji ani nie chcę, żeby zamiesz­czali moje zdję­cia na forach plot­kar­skich jako kolejną dziew­czynę pusz­cza­jącą się z Kapi­ta­nem Syfi­li­sem.

Połowa popcornu roz­sy­puje się na pod­łogę, kiedy Cara pochyla się i wybu­cha śmie­chem.

- Wiesz, w rze­czy­wi­sto­ści jest kom­plet­nym gamo­niem i potrafi być słodki, kiedy nie pró­buje dobrać ci się do maj­tek.

- Tak, cóż, raczej ni­gdy się nie dowiem. - Kładę stopy z powro­tem na szybę w taki spo­sób, że cał­ko­wi­cie zasła­niają twarz Car­tera. Prze­chyla się w lewo, wciąż uśmie­cha­jąc się jak pajac. - I co z two­imi wszyst­kimi ostrze­że­niami? Spę­dzi­łaś dobrą połową swo­jej imprezy uro­dzi­no­wej mówiąc mi, że jest iry­tu­jący i żebym nie nabrała się na jego gadki. Wysy­łasz mi sprzeczne sygnały.

- Och, zde­cy­do­wa­nie jest iry­tu­jący. Uwiel­biam go, ale gdy­bym była sin­gielką, praw­do­po­dob­nie chcia­ła­bym wyrwać mu fujarę i wsa­dzić do gar­dła. - Poka­zuje kro­cze, a potem wsa­dza wyima­gi­no­wa­nego kutasa do ust. - Ale póź­niej robi takie rze­czy. - Rzuca kawa­łek popcornu nad pleksi, a Car­ter łapie go do buzi. Po różo­wej gumie balo­no­wej nie ma śladu. Wyśpie­wuje podzię­ko­wa­nie, a potem zde­rza się z Emmet­tem w jakie­goś rodzaju niedź­wie­dzim uści­sku. Upa­dają razem na lód, a kiedy wstają, Car­ter ude­rza go kijem w tyłek. Przy­się­gam, cza­sami czuję się, jak­bym miała do czy­nie­nia z dziećmi.

Mimo­wol­nie chi­cho­czę i cie­szę się, że po roz­po­czę­ciu meczu będziemy mogły zosta­wić tę roz­mowę za sobą. Idzie dość łatwo, bo Cara drze się przy każ­dym zagra­niu. Nic nie wie­działa o hokeju przed pozna­niem Emmetta, a teraz cią­gle krzy­czy na sędziów.

- Ach, co jest, panie sędzio! - Wali pię­ścią w szybę. - Nie masz w domu żony do wyru­cha­nia? Prze­stań ruchać moich chłop­ców!

Car­ter prze­ska­kuje przez bandy i uśmie­cha się do mnie, po czym siada na ławce.

Dwie minuty póź­niej usta­wia się do wzno­wie­nia, nachy­lony, z kijem przy kola­nach, z ide­al­nie wypię­tym tył­kiem. I uśmie­cha się do mnie.

Prze­jeż­dża przy ławce. Uśmie­cha się do mnie.

Wlewa sobie wodę do ust. Uśmie­cha się do mnie.

Potra­fię sku­pić się tylko na jego wyso­kim, sze­ro­kim ciele poru­sza­ją­cym się płyn­nie i szybko, cho­ciaż bez widocz­nego wysiłku, po lodzie z krąż­kiem przy czubku kija. Nie­ustan­nie krzy­czy i dowo­dzi, pro­wa­dząc swoją dru­żynę i żar­tuje z gra­czami obu dru­żyn.

A kiedy tego nie robi, patrzy na mnie.

W poło­wie dru­giej ter­cji Car­ter domaga się poda­nia, sto­jąc przy czer­wo­nej linii i ude­rza­jąc ostrzem kija w lód. Wystrze­li­wuje jak bły­ska­wica, mija obrońcę, pochyla się na jed­nej nodze i ude­rza krą­żek. Patrzę z roz­dzia­wio­nymi ustami jak prze­la­tuje obok głowy bram­ka­rza, który reaguje sekundę za późno. Wybrzmiewa syrena, a cie­płe miej­sce pomię­dzy moimi udami jest już mokre.

Zaraz, co? Nie. Lód. Lód jest mokry. Ja nie... nie. To... nie­do­rzeczne.

Zaci­skam uda i patrzę, jak Car­ter wyrzuca ramiona w górę, a jego krzyk roz­nosi się na całą arenę, kiedy jego kole­dzy z dru­żyny przy­ci­skają go do band. Potem prze­jeż­dża obok ławki, stu­ka­jąc się ręka­wicą z każ­dym gra­czem i w końcu hamuje roz­pry­sku­jąc lód.

Jego elek­try­zu­jące spoj­rze­nie spo­tyka się z moim.

Jego kij unosi się w zwol­nio­nym tem­pie i wska­zuje... mnie. Car­ter Bec­kett wska­zuje mnie swoim cho­ler­nym kijem.

Po czym pusz­cza mi oczko. Kurwa, pusz­cza oczko.

Dla cie­bie, mówią bez­gło­śnie jego ide­alne usta.

O. Nie.

Kamery lądują na mnie, razem z ośle­pia­ją­cymi bia­łymi świa­tłami. Zagłę­biam się na krze­sełku tak głę­boko, jak to tylko moż­liwe i cho­wam twarz w dło­niach.

Ale Car­ter jesz­cze nie skoń­czył. O, nie, oczy­wi­ście, że nie. Nie byłby sobą, gdyby na tym poprze­stał.

Wska­kuje na ławkę, przy­ci­ska ręka­wice do szyby i uśmie­cha się do mnie.

- Podoba ci się to, Oli­vio? - wrzesz­czy. - To było dla cie­bie!

A co jest jesz­cze gor­sze?

Moja twarz wid­nieje na jeba­nym tele­bi­mie.

Rozdział 6. Rozbuchaj mojego ego

6

ROZ­BU­CHAJ MOJEGO EGO

Car­ter

JESTEM W EKS­TA­ZIE po wygra­nej, uno­szę się w powie­trzu i czuję się nie­znisz­czalny. To mocne i uza­leż­nia­jące uczu­cie. Czuję głód, który chcę zaspo­koić i, Chry­ste, dokład­nie wiem, jak.

Jed­nak Emmett nie jest tak pozy­tyw­nie nasta­wiony, jak ja.

- Liv wydłu­bie ci oczy widel­cem - mówi, wycie­ra­jąc się ręcz­ni­kiem w szatni.

Brzmi jak coś, co mogłaby zro­bić. Ale i tak pytam "dla­czego?".

- Dla­czego tak myślisz?

Powo­dów może być mul­tum. Wszystko, co robię, wydaje się ją wkur­wiać. Ale gdy­bym miał zga­dy­wać...

- Bo przeze mnie wylą­do­wała na tele­bi­mie?

- Bingo.

Wycią­gam ramiona.

- Ja tylko poka­za­łem światu, jaka jest piękna.

Adam par­ska.

- Dobre. Zostaw to na moment, kiedy będzie dzia­bała cię tym widel­cem. Może to cię ocali.

Emmett kręci głową, ale się śmieje.

- Zdra­dzi­łeś też całemu światu jej imię.

- Och, prze­stań. - Kładę dło­nie na bio­drach, bo naprawdę, jeśli nie mogę o niej mówić w pome­czo­wych wywia­dach, bo jeden z repor­te­rów zapy­tał, kim jest, to po cho­lerę mi to wszystko? - Któ­rej dziew­czy­nie by się to nie spodo­bało?

Pró­buję zapunk­to­wać i uwa­żam, że na razie dobrze mi idzie. Z daleka czu­łem jej wście­kłość. A dla­czego się wście­kała? Bo jestem nie­ustę­pliwy i dopro­wa­dzam ją do szału? Nie­wy­klu­czone. Ale moim zda­niem przede wszyst­kim dla­tego, że mnie pra­gnie i w chuj jej się to nie podoba.

- To ta dziew­czyna, która olała cię w zeszły week­end? - pyta Gar­rett.

Emmett szcze­rzy zęby.

- Dwa razy.

- Nie olała mnie. - Wycie­ram mokre włosy ręcz­ni­kiem przed wło­że­niem czapki.

- Dwa. Razy. - Dwa palce, które przy­sta­wia mi do twa­rzy są kom­plet­nie nie­po­trzebne.

- Dopiero się pozna­jemy. - Wzru­szam ramio­nami. - Jesz­cze nie jest pewna.

- Chło­pie. Kiedy zapro­po­no­wa­łeś, że dasz jej swój numer, powie­działa "nie, dzię­kuję" i zamknęła ci drzwi przed nosem.

Gar­rett recho­cze.

- Nieee. Zro­biła ci Randy'ego Jack­sona? Prze­za­bawne. Pew­nie nie spa­łeś całą noc.

No dobra, przy­znaję, to było śmieszne. Kiedy już się otrzą­sną­łem, gęba mi się śmiała. Jest coś w Oli­vii, co przy­kuwa moją uwagę. Nie tylko jej bez­czel­ność i sar­ka­stycz­ność, ale też deli­kat­ność cza­jąca się tuż pod sko­rupą. Założę się, że pluje całym tym jadem, żeby jej fasada nie runęła jak zamek z pia­sku. Kie­ruje się zasadą "wszystko albo nic", pew­nie dla­tego nie lubi przy­gód na jedną noc.

Mam to gdzieś. Chcę tylko, żeby polu­biła mnie.

Może dla­tego, gdy docie­ramy do baru, moje spoj­rze­nie od razu kie­ruje się w stronę dzi­kiej grzywy ciem­no­cze­ko­la­do­wych loków z nutami kar­melu. Wygląda jak pie­przony deser lodowy, a ja muszę jej posma­ko­wać.

Prze­śli­zguję się przez tłum, igno­ru­jąc ludzi, któ­rzy chcą ze mną poga­dać i podą­żam za unie­sio­nymi gło­sami Cary i Oli­vii.

- Po pro­stu uda­waj, że to się nie wyda­rzyło.

- Oooch. Uda­wać, że to się nie wyda­rzyło. Super. Super, super, super. Wspa­niała rada, Care. - Oli­via wycho­dzi z loży. - Udam, że Car­ter Bec­kett nie podał mojego imie­nia w tele­wi­zji. Udam, że nie zade­dy­ko­wał mi strze­lo­nej bramki przed całą Ame­ryką Pół­nocną.

Cara unosi brew i uśmie­cha się, co daje mi do zro­zu­mie­nia, że jest taką samą fanką cha­rak­terku Oli­vii jak i ja.

- No dobra, tygry­sie. Gdzie się wybie­rasz?

Oli­via unosi rękę i idzie dalej.

- Muszę się napić.

Cho­lera, podoba mi się. Lubię patrzeć, jak się poru­sza...

Auten­tycz­nie, prze­chy­lam się w prawo i patrzę jak bio­dra pod­ska­kują, kiedy idzie przez bar. Ma ide­alne krą­gło­ści i zaje­bi­stą, krą­głą dupę. Dżinsy są jak druga skóra i przed­sta­wiają ładny obraz tego, co mam nadzieję, czeka mnie pod­czas nad­cho­dzą­cych nocy.

Emmett sztur­cha mnie łok­ciem zanim zdążę za nią ruszyć.

- Zacho­wuj się.

Mógł­bym, ale nie taką mam naturę.

Spo­sób, w jaki stoi przy barze, trzy­ma­jąc łok­cie na bla­cie i koły­sze tył­kiem w przód i w tył nucąc pod nosem, to widok, który mógł­bym podzi­wiać całą noc. Ale zamie­rzam zro­bić rysę na tej fasa­dzie, którą tak lubi się zasła­niać, więc zmniej­szam dzie­lący nas dystans i uśmie­cham się, kiedy nie­ru­cho­mieje. Jakby czuła, że nad­cho­dzę.

Nachy­lam się nad jej uchem i roz­ko­szuję się tym, jak drży.

- Zimno?

Obraca się tak szybko, że potyka się o sto­łek. Nagle patrzymy sobie pro­sto w oczy. Opiera się o mnie, żeby zła­pać rów­no­wagę, a ja z rado­ścią obej­muję ją ramie­niem w talii. Sze­roko otwiera oczy, a jej klatka pier­siowa spo­czywa na mojej. Nie chcę odnieść sro­mot­nej porażki, więc zacho­wuję komen­ta­rze na temat jej reak­cji dla sie­bie.

Ale podoba mi się to przed­sta­wie­nie.

A mówiąc przed­sta­wie­nie mam na myśli spo­sób, w jaki te głę­bo­kie brą­zowe oczy wypa­lają mi twarz, a potem powoli - w chuj powoli - znowu patrzą w moje. Przy­gryza dolną wargę, a jej opuszki pal­ców wbi­jają się w moje przed­ra­mię.

- Skoń­czy­łaś?

Marsz­czy brwi, jest zmie­szana.

- Skoń­czy­łaś, Oli­vio? - powta­rzam, pusz­cza­jąc ją i odry­wa­jąc palce od przed­ra­mie­nia. Zosta­wiła ślady, ale nie dbam o to. Pozwolę jej wyryć swoje imię na mojej skó­rze, jeśli dostanę to, czego chcę. - Skoń­czy­łaś mnie obcza­jać?

Otwiera usta i macha głową.

- Ja... ja... co? Ja cię... nie obcza­ja­łam... co?

Mhm, a ja nie wyru­cha­łem wła­śnie prze­ciw­nego zespołu. To pierw­szy taki przy­pa­dek. Zde­cy­do­wa­nie wie, jak roz­bu­chać mojego ego, kiedy tego nie potrze­buję.

Patrzy na mój pewny sie­bie uśmiech i ta chwila koń­czy się szyb­ciej, niż bym chciał. Wyrywa się i odwraca w stronę baru, wra­ca­jąc do igno­ro­wa­nia mnie na pełen etat.

Oczy­wi­ście zaj­muję miej­sce obok, bo lubię jej reak­cje. W ogóle lubię prze­by­wać w jej towa­rzy­stwie. Świet­nie pach­nie i bije od niej cie­pło. Poza tym uwiel­biam, kiedy kwi­tuje moje złe zacho­wa­nie tym swoim prze­wra­ca­niem oczami. To naj­lep­sza nagroda.

Odsuwa się, kła­dzie dłoń na policzku i pio­ru­nuje mnie wzro­kiem, a ja wyko­rzy­stuję tę oka­zję, żeby po raz enty przyj­rzeć się jej ubio­rowi.

Wygląda zaje­bi­ście w obci­słej bluzce, znad pasa dżin­sów z dziu­rami wystaje odro­binę kre­mo­wej skóry, wokół bio­der ma owi­niętą koszulę w kratę, a na nogach trampki Chuck Tay­lor.

Podą­żam za krzy­wi­zną bio­der, kiedy wypy­cha jedno z nich, i mój wzrok pada na jej dosko­nałe cycki, na któ­rych krzy­żuje ramiona. Nie miał­bym nic prze­ciwko, żeby wsa­dzić tam co nieco dziś w nocy.

Unosi ide­al­nie wyde­pi­lo­waną brew, a ja się uśmie­cham.

- Co? Ty możesz patrzeć, ale ja nie? - Opie­ram pod­bró­dek na pię­ści. - Podwójne stan­dardy. A co z rów­no­ścią płci i tak dalej?

Zaci­ska usta, jakby z całych sił powstrzy­my­wała uśmiech. Szkoda. Widzia­łem, jak uśmie­chała się do Cary pod­czas meczu i to roz­świe­tliło całą arenę. Nie miał­bym nic prze­ciwko, gdyby zro­biła to samo dla mnie.

Chwy­tam za rękawy koszuli w kratę i przy­cią­gam ją do sie­bie. Nie opiera się, jej palce prze­su­wają się po moich przed­ra­mio­nach.

- Jak to w ogóle moż­liwe, że wyglą­dasz jesz­cze lepiej niż w zeszły week­end? Koszula w kratę, dżinsy z dziu­rami, Chucksy? Kurwa... - mam­ro­czę i odchy­lam głowę. - Jesteś pie­przo­nym dzie­łem sztuki. Mógł­bym zabrać cię do domu i całą noc przy­tu­lać się na kana­pie. Jak to się nazywa... Net­flix and chill? - Owi­jam rękawy wokół pię­ści i zgi­nam szyję. Ona unosi głowę i sty­kamy się czub­kami nosów. - Dawaj, Oli­vio. Zróbmy to.

Doty­kam kącika jej ust, dokład­nie tam, gdzie się wygi­nają.

- Gdy­bym nie znał cię lepiej, pomy­ślał­bym, że to przy­gry­za­nie wargi jest despe­racką próbą powstrzy­ma­nia uśmie­chu. No dawaj, Liv. Pokaż go. Daj nie­grzecz­nemu chłopcu się wyka­zać.

Robi to, pozwa­la­jąc uśmie­chowi eks­plo­do­wać na twa­rzy. Wyrywa jej się też słodki chi­chot, ale od razu zasła­nia usta.

- Och, kurwa - szep­cze, odwra­ca­jąc się.

Zatrzy­muję bar­mana zanim Oli­via zdąży go zoba­czyć. Nie­stety odwraca się w samą porę, żeby przy­ła­pać mnie na pła­ce­niu za drinki, które posta­wił na barze i uśmiech znika z jej pięk­nej twa­rzy.

- Hej! To dla mnie i Cary.

- Dosta­niesz je z powro­tem, jeśli poświę­cisz mi czas.

- Nie jestem ci nic winna, a już na pewno nie pozwolę ci pła­cić za moje drinki. - Pię­ści: poznaj­cie bio­dra. Jej oczy w kolo­rze whi­skey nie­bez­piecz­nie się zwę­żają. Oli­via wypro­wa­dza zaska­ku­jąco silny cios. - Mam pracę, jeśli chciał­byś wie­dzieć.

- Płacą ci trzy­na­ście milio­nów dola­rów rocz­nie?

- Mam w nosie to, ile zara­biasz.

Naprawdę wygląda, jakby nic jej to nie obcho­dziło. Pró­buje dosię­gnąć drin­ków, które trzy­mam nad głową, pod­ska­ku­jąc i ocie­ra­jąc się o mnie.

- A tak w ogóle, to czym się zaj­mu­jesz?

Oli­via kwęka coś pod nosem, ale zdo­ła­łem wychwy­cić tylko "Boże", "dupek", "sek­sowny". Szkoda, że nie usły­sza­łem cało­ści.

- Dobra, nie­ważne. Zamó­wię drinki przy sto­liku. - Wyrzuca ręce nad głowę, dając do zro­zu­mie­nia, że ze mną skoń­czyła.

Pro­blem polega na tym, że ja jestem daleki od skoń­cze­nia z nią. Dla­tego idę tuż za nią, kiedy wraca do loży.

- Nazwa­łaś mnie dziw­ka­rzem? - pytam, sia­da­jąc obok niej i wyła­pu­jąc koń­cówkę jej roz­mowy z Carą.

- Ni­gdy bym cię tak nie nazwała - twier­dzi, wyry­wa­jąc mi piwo z ręki.

- Ta. - Cara z uśmie­chem przyj­muje swój tru­nek. - Nazwała cię panem dziw­ka­rzem.

Oli­via ukrywa swój skru­szony uśmiech za brze­giem szklanki.

- To znacz­nie bar­dziej wyra­fi­no­wane.

Deli­kat­nie szczy­pię ją w łokieć.

- Ale z cie­bie gów­niara, co?

- Ze mnie? To ty ni­gdy nie prze­sta­jesz.

- Jestem jak szcze­nia­czek - mówię jej.

- Iry­tu­jący, nie­wy­cho­wany i wyma­ga­jący dużo pracy?

Nachy­lam się do niej i obni­żam głos.

- Nie­sa­mo­wi­cie uro­czy i uwiel­bia­jący być w cen­trum uwagi.

Kolejny chi­chot, szczery, słodki, lekki. Uśmie­cham się.

- Drugi raz - zauwa­żam.

- Drugi raz, co?

- Drugi raz spra­wi­łem, że się zaśmia­łaś.

Unosi brew, popi­ja­jąc piwo.

- Mhmm. Pro­wa­dzimy jakąś sta­ty­stykę?

- Dokład­nie. Celuję w dzie­sięć.

- Cóż, powo­dze­nia, chło­paku. To był ostatni raz.

- Zoba­czymy - mru­czę i patrzę Emmetta, który wła­śnie nad­cho­dzi.

- Ollie! Dwa tygo­dnie z rzędu! - Pod­nosi ją pro­sto z sie­dze­nia i mocno ści­ska, czyli coś, co ja chciał­bym robić. Chęt­nie bym spraw­dził, jak wpa­so­wuje się w moje ramiona. Kiedy sadza ją z powro­tem, Oli­via przy­trzy­muje się mojego uda.

Led­wie daję radę, ale poma­gam jej się wypro­sto­wać, trzy­ma­jąc dłoń na dol­nej czę­ści jej ple­ców, zamiast zasu­ge­ro­wać, żeby­śmy poszli się pie­przyć i obni­żyli to napię­cie, które wibruje mię­dzy nami od tygo­dnia.

- Ollie? - pyta, a Cara wyli­cza na pal­cach przy­domki Oli­vii.

- Tak, no wiesz, Liv, Livvie, Ol, Ollie, Ollie Wal­lie. I oczy­wi­ście, mój ulu­biony. - Odrzuca głowę i stęka. - Och, pani Par­kerrr.

Cie­pło bije od drob­nej kobiety sie­dzą­cej obok mnie. Zasła­nia twarz dłońmi.

Patrzę na nią, muska­jąc kciu­kiem dolną wargę.

- Jest pani nauczy­cielką, pani Par­ker?

Wpa­truje się w stół, cały czas obej­mu­jąc twarz dłońmi.

- Nie?

- W liceum - wtrąca się Cara. - Wszy­scy chłopcy ze star­szych klas chcą dostać się mię­dzy jej soczy­ste uda.

- Żaden uczeń ni­gdy nie dosta­nie się... fuj. - Jej ręce znowu wędrują do twa­rzy.

Chry­ste, jest dokład­nie taką nauczy­cielką, jaką chcia­łem mieć w liceum. Prze­piękna, z ide­al­nym peł­nym tył­kiem i sar­ka­styczna.

- Zga­dzam się, Ollie. Oprócz oczy­wi­stych wzglę­dów, potrze­bu­jesz męż­czy­zny, który wie, jak się tobą zaopie­ko­wać. - Moje palce wędrują w górę jej uda, a jej owi­jają się wokół mojego bicepsa i trzy­mają się go, kiedy magne­tyzm instynk­tow­nie przy­ciąga nas bli­żej. - Kogoś, kto zna wszyst­kie wła­ściwe... miej­sca.

Zapada cisza, a ja wytrzy­muję jej spoj­rze­nie i zauro­cze­nie, które w nim tań­czy, nawet jeśli nie chce tego przy­znać.

- Okej... - Kątem oka widzę, że Emmett macha mię­dzy nami pal­cem. - Co tu się dzieje?

Oli­via mruga i zaklę­cie pry­ska. Odsuwa się, zabie­ra­jąc ze sobą swoje cie­pło.

- Nic - twier­dzi.

- Ollie zgrywa nie­do­stępną - mówię w tym samym momen­cie.

Cara macza nachosa w sosie śmie­ta­no­wym i wyce­lo­wuje go we mnie.

- Nie zgrywa. Jest nie­do­stępna.

Oli­via sztur­cha mnie w ramię.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki