Wprowadzenie
Gdy zabierałam się do napisania tej książki, nieoczekiwanie trafiłam na
zapowiedź warsztatów online, które prowadziłam kilka lat wcześniej.
Nosiły tytuł: "Nie jesteś [kompletnie] rozbity" ("You're not broken")
i były najpopularniejszym internetowym wydarzeniem, jakie
zorganizowałam. Ich treść stała się początkiem tej książki, ale wtedy
tego nie wiedziałam. Myślę, że były tak popularne, ponieważ mówiły o sekretnym lęku, który żywi każdy z nas: że wszystko, przez co
przeszliśmy, i każdy popełniony przez nas na tej drodze błąd świadczą
tak naprawdę o tym, że jesteśmy potłuczeni, złamani - być może
nieodwracalnie.
Ale choć możesz tak się czuć, to nie wierzę, że w rzeczywistości jesteś
rozbity. Popękany? Być może. W końcu wiele części ciebie zostało
poturbowanych przez twoją przeszłość. I choć wszystkie one wciąż
trzymają się razem, to na powierzchni nadal widoczne są rysy - płyty
tektoniczne naszego życia podnoszą się jak podczas trzęsienia ziemi,
sprawiając, że niegdyś solidny grunt drży i że przesącza się przez niego
lawa. A my nadal, mimo destrukcji, domagamy się równowagi i sensu w naszym krajobrazie, który przecież uległ zmianie.
Tak właśnie wyglądało to u mnie, gdy nagle zmarł mój mąż. Przez dwa
pierwsze lata po jego śmierci, która wywróciła moje życie do góry
nogami, po prostu próbowałam odzyskać grunt pod nogami. Uleczenie się z żałoby i ze straty, jakiej doświadczyłam, nie było łatwym zadaniem -
wciąż żyję z nimi każdego dnia. Niemniej z upływem czasu i uczeniem się
tego, co znajdziesz na kartach tej książki, powoli i łagodnie
pozbierałam kawałki siebie i złożyłam je w całość. Dopóki mój świat nie
implodował, nie zdawałam sobie sprawy z istnienia niektórych z nich. Na
szczęście obecnie wrząca lawa traumatycznej straty przez większość dni
jest spokojna, a śmierć mojego męża stała się elementem życia, którym
żyję. Integracja to kluczowy cel pracy psychologicznej - wiąże się ze
wzmocnieniem twojego umysłu, by umożliwić ci zarządzanie emocjami,
rozumienie swoich myśli i zaakceptowanie rzeczywistości przy
jednoczesnym pozostawaniu w relacji ze sobą i z innymi. Powiedziałabym,
że jestem co najmniej na drodze do osiągnięcia tego stanu.
Przez lata wielu moich pacjentów i klientów relacjonowało mi różne
wersje tego samego stanu: choć wiedzieli i rozumieli coś obiektywnie, to
ich subiektywne odczucia często się z tym kłóciły. Na przykład zgodnie z logiką wiem, że nie powinnam mieć poczucia winy, że jestem przyjaciółką,
która zapomina o urodzinach, rocznicach czy odpowiadaniu na czas na
wiadomości tekstowe - ale wciąż czuję się z tego powodu winna. Wiem też,
że nie ponoszę odpowiedzialności za emocje innych, ale i tak nie jestem
w stanie zawsze uciec od tego uczucia. To odzwierciedla moją osobowość.
Istnieje, jak się wydaje, pewien rozdźwięk między tym, co uznajemy za
logiczne, a tym, co czujemy. Natomiast tym, jak się czujemy, w pierwszej
kolejności kierują nasze myśli. Wayne Dyre, autor i psycholog kliniczny,
którego darzę ogromnym podziwem, napisał książkę na ten temat po
tytułem: Change Your Thoughts, Change Your Life1. Podobnym torem
chcę poprowadzić ciebie, czytelniku. To głęboko ludzkie, że twoje myśli
odzwierciedlają negatywne lub trudne zdarzenia, które zaszły w twoim
życiu. Ale jeśli pozwolisz, by te myśli cię definiowały i przejęły nad
tobą kontrolę, być może nie będziesz żyć takim życiem, jakie świadomie
byś wybrał. Życzę ci, byś był w stanie każdego dnia wybierać dla siebie
świadomie pozytywne życie. A jak możesz tego dokonać? Dzięki poznaniu na
wylot siebie i swojej psychiki oraz byciu zdolnym do efektywnej
interwencji, gdy sprawy nie idą w takim kierunku, w jakim byś chciał. W kolejnych rozdziałach pomogę ci to osiągnąć.
Praca nad tym, by wyzdrowieć
Jako psycholożka kliniczna zostałam wyszkolona w ramach brytyjskiego
systemu opieki zdrowotnej, by diagnozować, definiować i leczyć
rozmaitego rodzaju problemy zdrowotne i zaburzenia psychiczne.
Praktykując w oparciu o dowody medyczne, pomogłam wielu osobom, z którymi pracowałam. Wykonywana przeze mnie praca - psychoedukacja moich
klientów, budowanie z nimi relacji opartej na zaufaniu, wspieranie ich w rozwijaniu nowego rozumienia siebie i swoich okoliczności życiowych oraz
dostarczanie im modelów zachowań i strategii, których potrzebują, by się
rozwijać - zwiększa ich zdolność do zmiany i leczenia.
Często brakuje nam potrzebnej wiedzy i rozumienia naszego stanu
psychicznego, by dokonać pozytywnych zmian. Wielu z nas ma także
ograniczony krąg zaufanych osób, które mogłyby nas zachęcać do podróży
ku zdrowieniu i autentycznie ją wspierać. A jeśli potrzebny nam proces w jakiś sposób wiąże się z naszą dynamiką rodzinną i relacyjną, staje się
on jeszcze trudniejszy. Wszystkie te czynniki i szeroka stygmatyzacja
problemów ze zdrowiem psychicznym sprawiają, że możemy być pozostawieni
samym sobie, cierpiąc w ciszy albo, co gorsza, być aktywnie zniechęcani
do dbałości o nasze zdrowie psychiczne. To z kolei oznacza, że będzie
się nam odmawiać możliwości rozwinięcia nowych sposobów rozumienia i odmiennych perspektyw. Wielu z nas nie zostało nauczonych umiejętności
potrzebnych do wzmocnienia i ustabilizowania własnego dobrostanu. Naszym
zadaniem terapeutycznym jest więc wzięcie odpowiedzialności za zdobycie
tej wiedzy i przyswojenie jej.
Chcę, byś przed rozpoczęciem dalszej lektury wiedział, że to nie ja
wykonuję trudną pracę w mojej praktyce klinicznej, lecz moi pacjenci.
Jestem jedynie koordynatorką zmiany. Chciałabym też, byś postrzegał tę
książkę i to, czego mam nadzieję cię nauczyć, właśnie w taki sposób.
Jako koordynatorów zmiany, do której dążysz. I choć mogę ci tę zmianę
ułatwić, to nie mogę przeczytać za ciebie tej książki - ani wykonać
niezbędnej pracy. To już zależy od ciebie i od twoich decyzji. A z tego
wyboru płynie moc: świadomość, że mamy wpływ na swoją postawę wobec
dotykających nas trudności.
Gdy umarł mój mąż, mogłam albo zostać w łóżku i naciągnąć kołdrę na
głowę, albo postawić obie stopy na podłodze i dalej iść naprzód. Czuję
się szczęśliwa, że miałam potrzebną wiedzę, wsparcie i sieć osób, które
mnie motywowały, tak że zdołałam dostrzec nowe perspektywy i zbudować
umiejętności niezbędne, by przez to przejść. Ale wciąż każdego dnia
muszę podejmować tę pracę od nowa. Bez względu na to, jak się czuję i czego doświadczyłam.
Trauma jako przewodnik
Pod wieloma względami ta książka dotyczy przede wszystkim traumy. Jest o tym, jak my wszyscy, na swój indywidualny sposób, żyjemy z urazem
psychicznym jako towarzyszem. Normalizuje ideę, że nie zawsze stanowi on
skutek wielkich wydarzeń, ale obejmuje codzienne sytuacje, które
kształtują naszą osobowość i stosunek do innych. Na tych kartach
znajdziesz historie doświadczeń - zarówno moich własnych, jak i moich
klientów - ilustrujące koncepty i idee psychologiczne.
Jednym z nich jest przekonanie, że trauma zmienia to, kim jesteśmy i jak
reagujemy. Nie jest ona samym wydarzeniem, ale przede wszystkim
sposobem, w jaki nasze wewnętrzne procesy - myśli, uczucia i zachowania
- na zawsze zmieniają się w odpowiedzi na to, co się stało. Wierzę, że
to właśnie te wewnętrzne zmiany mogą spowodować w nas poczucie rozbicia.
A ostrość, z jaką odczuwamy tę fragmentację, może zależeć od natury
traumatycznego wydarzenia i tego, na ile było nieoczekiwane. Co
najistotniejsze, myślę, że większość z nas chce ukryć, pogrzebać głęboko
to rozbicie i udawać, że ono nie istnieje. Ale prawda jest taka, że
wszyscy na swój sposób ukrywamy różne części siebie, które są w naszym
odczuciu niekompletne lub wywołują wstyd. Carl Jung nazwał je cieniem.
Teraz musimy pomóc ci rzucić na nie światło, byś mógł na nowo poczuć się
całością.
Wierzę, że trauma, wbrew temu, co sądzi społeczeństwo, nie jest
wyrokiem. Właściwie może nas wiele nauczyć. Moje poglądy nie są może
niezwykle kontrowersyjne, choć czasem się tego obawiałam, ale wiem, że
nie każdy się ze mną zgodzi. I nie ma w tym nic złego. Po prostu biorę
udział w dialogu na temat zdrowia psychicznego w sposób - mam nadzieję -
pomocny dla tych, którzy zgodzą się z moim spojrzeniem. Liczę też, że
mój głos może być głosem zarazem profesjonalistki, jak i kogoś bliskiego
tobie w twojej własnej podróży.
Kilka lat temu usłyszałam w internecie następujące słowa: "Make your
mess your message"2. Nie pamiętam niestety, kto je
wypowiedział, ale zapadły mi w pamięć i od tej pory dążyłam do
osiągnięcia tego celu. Podobnie jak ty, jestem zagmatwanym,
skomplikowanym człowiekiem. Ale mam to szczęście, że w swoim bałaganie
znalazłam swój przekaz. Dzielę się nim teraz, by pomóc ci zrozumieć
twoje życie - nieuporządkowane, skomplikowane i pełne niuansów, bo
niewątpliwie takie właśnie jest.
Jak czytać tę książkę
Książka składa się z trzech części, a każda z nich uzupełniona jest o ćwiczenia, które będziesz wykonywać w miarę czytania. To celowy zabieg,
gdyż pragnę, by ta lektura pozwoliła ci na aktywne odkrywanie siebie.
Zachęcam cię także do założenia własnego dziennika, w którym możesz
zapisywać swoje refleksje na temat ćwiczeń.
W części Poznaj swój własny umysł zapoznam cię z wagą twojej unikalnej
historii, rozwijając twoją psychologiczną samoświadomość i zdolność
myślenia w oparciu o wiedzę terapeutyczną. W rozdziale pierwszym opowiem
ci o okresie mojego życia naznaczonym największym zranieniem i o tym,
jak doprowadził mnie on do psychologicznego przebudzenia i do
spostrzeżeń, do których zapewne dochodzi wiele osób pod wpływem jakiegoś
ważnego życiowego momentu czy wydarzenia. Zapoznam cię z wagą motywacji,
której obowiązkowo muszą się przyjrzeć terapeuci i każdy, kto wykonuje
pracę psychologiczną - po to, by poznać przyczynę twojego stanu. W rozdziale drugim opowiem o tym, jak refleksyjność psychologiczna i praktykowanie mindfulness mogą nam pomóc lepiej zrozumieć samych
siebie. Pokażę ci też, jak istotne jest, by pozwolić sobie na zwolnienie
tempa i dostrojenie się do swojego doświadczenia emocjonalnego - zarówno
tu i teraz, jak i w procesie myślenia o swojej przeszłości. W rozdziale
trzecim zbadamy, w jakim sensie trauma może mieć na nas pozytywny wpływ,
o czym często się zapomina - i w jaki sposób oferuje nam szansę na
odcięcie się od tego, kim byliśmy w przeszłości i kim jesteśmy teraz,
pozwalając pójść naprzód.
Część druga książki, zatytułowana Prawda o traumie, zagłębia się w psychologiczne źródła traumy. W rozdziale czwartym przeprowadzę cię
przez kluczowe koncepty, w tym teorię przywiązania i teorię społecznego
uczenia się, oraz wtajemniczę w to, jak możemy je przełożyć na swoje
doświadczenia. Przedstawię ci też szerszą definicję traumy i pokażę, jak
ta objawia się w naszych relacjach, gdy dorastamy. W rozdziale piątym
przejdziemy do rozmowy o monopolu podejścia poznawczego w terapiach.
Wyjaśnię też, dlaczego uważam, że terapia poznawczo-behawioralna nie
zawsze jest najbardziej pomocnym rozwiązaniem (w sytuacjach gdy u podłoża danego problemu leżą złożone trudności relacyjne). Omówiona
zostanie także tematyka wzajemności i jej znaczenie dla dobrej jakości
relacji.
W rozdziale szóstym zagłębimy się w międzypokoleniową naturę traumy i to, jak na nasz dobrostan psychiczny wpływają czynniki biologiczne,
psychologiczne i socjologiczne. Zaczniemy też badać, jak wzorce
odnoszenia się do innych, znane jako schematy, odzwierciedlają różne
aspekty naszej osobowości i jak mogą wpływać na naszą relację z samym
sobą. W tym rozdziale skrótowo pokażę ci także wzorce traumy, które
zostały przekazane w mojej rodzinie - przez babcię mamie, a potem przez
mamę mnie - by zilustrować, jak może się objawiać trauma
międzypokoleniowa. Wreszcie zachęcę cię do rozwinięcia własnego zestawu
narzędzi radzenia sobie z traumą, tak byś uporał się z emocjami, które
mogą powstać podczas czytania tej książki i wykonywania ćwiczeń.
W ostatniej części, Narzędzia potrzebne do wyzdrowienia, zaznajomię
cię z tym, czego wymaga każda praca psychologiczna. W rozdziale siódmym
wspominam, jak ważna jest konceptualizacja psychologiczna dla
zrozumienia okoliczności problemów i wspomagania leczenia. Upraszczając:
opowiada ona historię tego, jak i dlaczego możesz mieć trudności z danym
problemem, na przykład z depresją, w określonym punkcie w czasie.
Stanowi ramę pozwalającą rozważyć czynniki, które wpływają na ten
problem - poprzez jego łagodzenie (czynniki ochronne) lub pogłębianie
(czynniki podtrzymujące). Konceptualizacja wskazuje także na powiązania
tego problemu z przeszłymi doświadczeniami. Wprowadzę cię też w mój
własny czteroetapowy model HEAL (Zdrowiej), który z grubsza odpowiada
kluczowym elementom właściwej pracy psychologicznej.
W rozdziale ósmym zaproponuję ci przyjrzenie się jednej z największych
barier w psychologicznym dobrostanie: wstydowi. Opowiem ci o sposobach
pielęgnowania współczucia jako o antidotum na wstyd. W ostatnim
rozdziale zasugeruję, czego możesz faktycznie potrzebować, by poradzić
sobie ze swoimi przejściami. Zbadamy w nim koncept potęgi niedoskonałego
życia, nawiązując do problemu perfekcjonizmu (który ogólnie stanowi
ważny wątek w tej książce) i do modelu dobrego życia jako podejścia
pozwalającego zyskać jeszcze głębsze rozumienie tego, jak według ciebie
powinno wyglądać twoje życie.
Samopomoc jako ścieżka do zmiany
Oczywiście przeczytanie książki i wykonanie zasugerowanej w niej pracy
to nie to samo co odbycie terapii. Ale napisałam ten poradnik między
innymi dlatego, że aż nazbyt dobrze wiem, iż dostęp do dobrej
jakościowo, opartej na dowodach terapii i informacji psychologicznej
jest obecnie trudny. Więc choć niniejsza lektura nie stanowi terapii
per se, to próbuje wskazać pytania, jakie mogłyby się na terapii
pojawić, i daje ci możliwość samodzielnego wykonania części pracy.
Nie jest ona jednak rozwiązaniem, jeśli znajdujesz się w kryzysie.
Jeżeli sądzisz, że tak jest, lub potrzebujesz odpowiedzi, których ta
książka nie może ci dostarczyć, proszę, poszukaj pomocy u wykwalifikowanego specjalisty zdrowia psychicznego tak szybko, jak to
możliwe.
Niemniej wiedz, że autoterapia może być potężnym prekursorem zmiany.
Przez lata wielokrotnie obserwowałam, jak różne osoby próbowałby
mozolnie posunąć się naprzód choćby o włos, nawet po miesiącach czy
latach terapii psychologicznej. Potem, jakby znienacka, dokonywały tego,
co mogłoby się wydawać spontanicznym wyzdrowieniem. Słyszałam, jak
mówiły: "Pewnego dnia coś po prostu zaskoczyło" czy "Wszystko nabrało
sensu". Oczywiście ich wyzdrowienie tak naprawdę nie było spontaniczne.
Często poprzedzały je całe miesiące pracy, rosnące zrozumienie i dodatkowa samopomoc wspierająca terapię.
Do wyzdrowienia potrzeba czegoś więcej niż jednej sesji tygodniowo. Jest
z nim tak jak z sukcesem - dzieje się on wtedy, gdy nikt nie patrzy, nie
odnosi się go z dnia na dzień. Praca, która prowadzi do uleczenia,
wymaga dokładnie tego samego: oddania i wysiłku. Czasem można mieć
wrażenie, że "nie chce zaskoczyć" - aż któregoś dnia w końcu to się
dzieje. Mocno wierzę, że "leczenie", którego potrzebujesz, niekoniecznie
musi zawsze mieć postać indywidualnej terapii. Być może ta książka
stanie się początkiem twojej podróży, a może użyjesz jej jako
dodatkowego elementu terapii, której się poddajesz lub poddałeś.
Gdziekolwiek jesteś i cokolwiek zrobiłeś, by dojść do punktu, w którym
obecnie się znajdujesz, wykonanie opisanej tu pracy tego dopełni.
Oto ostatnia myśl, którą powinieneś zabrać w tę podróż: jesteś
ukształtowany przez to wszystko, co zaszło wcześniej - zarówno to, co
dobre, jak i to, co złe. Jednak przetrwałeś, a to, co ci się
przydarzyło, nie jest tobą. Wraz z przeciwnościami przychodzi
rezyliencja, mądrość i hart ducha. Mam nadzieję, że możesz pozbierać
"rozbite" części siebie i złożyć je razem, by żyć życiem równie potężnym
i niedoskonałym jak ty sam.
Będę cię mieć w swoich myślach
Rozdział 1. Przebudzenie
Rozdział 1
Przebudzenie
Budzi się z gwałtownym wzdrygnięciem, zrywa z łóżka i pyta nabrzmiałym
paniką głosem, czy słyszałam strzał. Mija chwila, nim orientuję się,
gdzie jestem i co się dzieje. "Nikt nie strzelał" - uspokajam go, ale
moje słowa najwyraźniej do niego nie docierają, gdyż wciska się w róg
pokoju z szeroko otwartymi oczyma.
Po zapaleniu światła i przyjrzeniu się jego przerażonej twarzy
dostrzegam, że jest nieobecny i że potrzebuje mojej natychmiastowej
pomocy. Niestety nie jest to dla nas coś niezwykłego. U Matty'ego, za
którego wyszłam siedem lat wcześniej, w wieku dwudziestu czterech lat
zdiagnozowano cukrzycę typu 1. Do tej nocy co najmniej trzy razy doszło
u niego do gwałtownych ataków hipoglikemii, w związku z którymi musiałam
wzywać karetkę. W takich sytuacjach mój mąż często nie jest w stanie
racjonalnie myśleć i czasem zachowuje się jak ktoś zupełnie inny, a nie
jak zwykle wyluzowany Matty. Raz miał nawet drgawki. Teraz kołacze mi
się po głowie jedna pocieszająca myśl: znam tę sytuację i wiem, co
powinnam zrobić.
Tak spokojnie, jak tylko mogę, schodzę na dół do kuchni, by przynieść
trochę Lucozade'u. Mijam sypialnie trojga moich dzieci - wszystkie śpią
twardo. Lucozade to słodki napój, który powinien szybko podnieść obecnie
za niski poziom cukru w krwi Matty'ego, jeśli tylko zdołam nakłonić
męża, by go wypił, co nie zawsze jest łatwe. Gdy wracam do sypialni,
zastaję Matty'ego leżącego po jego stronie łóżka. Stara się podźwignąć,
napinając mięśnie swojego smukłego, wysokiego ciała. Próbuję go
przekonać, by się napił. Nie chce mi pozwolić sobie pomóc, ale wiem, że
muszę próbować dalej.
Jasnopomarańczowy napój wylewa się i pryska dookoła. Potem odkryję, że
plamy wsiąkły głęboko w jasnoniebieskie ściany naszej sypialni. Gdy w butelce nic już nie ma, odbywam kolejny pospieszny kurs do kuchni.
Obawiam się zostawić Matty'ego znów samego i mam świadomość, że coraz
szybciej wyczerpuję możliwości poradzenia sobie z tą sytuacją o własnych
siłach.
Gdy wracam do sypialni ledwie kilka sekund później, w szoku odkrywam, że
mój mąż leży płasko w poprzek łóżka z twarzą w dół. Zachowuje się
inaczej niż zwykle. Jego palce desperacko próbują złapać się boków
dębowej ramy łóżka, gdy napad padaczkowy bierze nad nim górę. Sama nie
wiem jak, ale znajduję w sobie dość siły, by ściągnąć go na podłogę i ułożyć w pozycji, która choć trochę przypomina boczną ustaloną.
Klękam obok jego rozedrganego ciała i dzwonię najpierw po karetkę, a potem do naszych rodzin. W kilka minut zarówno jego, jak i moi bliscy są
u nas. Mieszkają niedaleko i w razie konieczności mogą szybko się zjawić
w naszym domu. Teraz są mi potrzebni głównie po to, by zająć się
dziećmi, gdy ja robię dla Matty'ego, co mogę przed przyjazdem pomocy
medycznej.
Czas mija, trzymam w ramionach wspartą na poduszce głowę mojego męża i patrzę, jak jego wargi robią się sine. Przygryza język i krwawa ślina
ścieka mu z ust na poduszkę. Uświadamiam sobie ogrom swojego strachu.
Czekam w ciszy, ale mimo narastającej grozy wierzę, że gdy już
przybędzie pomoc, wszystko będzie okay. Tak jak wiele razy wcześniej.
Gdy zespół medyczny przejmuje kontrolę, schodzę na dół sprawdzić, co z moją pięcioletnią córeczką. Obudziła się i siedzi z babcią w salonie.
Próbuję ją uspokoić, ale zarazem nie chcę zatrzymywać się zbyt długo.
Gdy biegnę z powrotem na górę, w połowie schodów spotykam tatę.
Dostrzegam jego wzrok, wydaje się spanikowany i dociera do mnie, że
dzieje się coś bardzo, bardzo złego.
- Co jest? - pytam.
Nie wie, co powiedzieć, wybiera więc milczenie.
- Co jest?! - tym razem krzyczę.
Na twarzy taty widzę udrękę, z trudem powstrzymuje emocje i w końcu
wykrztusza:
- Nie oddycha.
Natychmiast go wymijam, pokonuję biegiem pozostałe schody i wpadam do
sypialni. W tym momencie są w niej już dwa zespoły medyków. Gdy omiatam
wzrokiem pokój, wszyscy wydają mi się zbyt spokojni, niemal nic nie
robią. Najpierw nie mogę zrozumieć dlaczego.
Mój mąż leży na podłodze między naszym łóżkiem a drzwiami do łazienki.
Jego piżamę pośpiesznie rozcięto, a po dywanie wala się sprzęt medyczny.
Nikt nie patrzy mi w oczy.
- Czy ktoś mi powie, co się dzieje?! - krzyczę.
Jeden ze stojących z boku medyków podnosi głowę i mówi opanowanym
głosem:
- Matty nie jest w stanie samodzielnie oddychać, musimy go wentylować. A potem pojedziemy z nim do szpitala.
- Ale to był tylko atak hipoglikemii? - gorączkowo dopytuję o jego
poziom cukru, pewna, że jest za niski.
Mężczyzna odpowiada, że to hiperglikemia i że poziom cukru we krwi
Mattyego jest za wysoki. To w tym momencie uświadamiam sobie, że nie
rozumiem, co się dzieje. Gdy wcześniej działo się coś takiego, miał
zawsze za niski cukier. Mój rozszalały mózg próbuje znaleźć w tym sens -
i ponosi porażkę.
Rozglądam się po pokoju i wreszcie skupiam się na twarzach medyków. I wtedy dociera do mnie, że Matty nie przeżyje. W ich zachowaniu widoczna
jest spokojna rezygnacja, którą jestem w stanie dosłownie poczuć. Nikt
mi tego nie mówi, ale ja po prostu wiem. Czuję, jak brak nadziei wysysa
tę niewielką ilość powietrza, jaka została jeszcze w pokoju. Gdy
wentylują mojego męża, osuwam się na ziemię, opieram na rękach i kolanach. Lekko potrząsam stopami i łydkami Matty'ego, pragnąc
przywrócić jego ciału życie, cicho błagając go przez łzy, by nas nie
opuszczał. Ale wiem, że medycy po prostu kupują czas.
Po wielu minutach schodzę znów na dół, mijam sypialnię, gdzie jeszcze
niedawno spali twardo nasi dwuletni bliźniacy. Mój ojciec bawi się tam z nimi, osłaniając ich przed grozą tego, co się dzieje. W salonie mama
wciąż zajmuje się moją córką. Znów idę sprawdzić, co z nią. Mała mówi:
- Wszystko będzie dobrze, mamusiu.
Ona też jest przekonana, że dzieje się coś, co zdarzało się już
wcześniej, i w tej przewidywalności znajduje spokój: tata czasem miewa
się źle, przyjeżdża do niego karetka, a potem ma się lepiej. Proste.
Nie mogę spojrzeć jej w oczy, przyciągając ją do siebie. W salonie hałas
maszyny wspomagającej życie, która w sypialni tuż nad naszymi głowami
mocno pompuje tlen do płuc Matty'ego, jest ogłuszający. Mam poczucie, że
wstrząsa posadami naszego domu. Posadami naszego świata.
Wreszcie medycy są gotowi do transportu. Nie wolno mi wsiąść do karetki.
Nie protestuję, ubieram się, by pojechać za nimi. Gdy czekam w korytarzu, aż zniosą mojego męża na dół i wyniosą przez frontowe drzwi,
starsza medyczka schodzi po schodach. Spogląda na moją zalaną łzami
twarz i pyta po prostu:
- Co tu się stało?
Nie zwraca się do nikogo w szczególności, jednak w jakiś sposób jej
słowa napełniają mnie poczuciem winy. Jakbym była za to odpowiedzialna.
Nikt nie odpowiada. Gdy wychodzę, mama stara się powiedzieć coś
pokrzepiającego. Spoglądam na nią i mówię:
- Mamo, on umiera.
Widzę, że nie chce w uwierzyć w moje słowa, ale ja jestem tego pewna.
W sali resuscytacyjnej w naszym lokalnym szpitalu ściskam mocno dłoń
Matty'ego i od czasu do czasu kładę czoło na jego piersi, pozwalając
łzom płynąć niepowstrzymanie na jego bladą skórę. Szepczę cicho do jego
ucha, że zawsze będę go kochać. Że dopilnuję, by nasze dzieci o nim
pamiętały i że zawsze będzie obecny w naszym życiu. Wraz z upływem minut
jego oddech się zmienia. Staje się płytszy. Bardziej wysilony. Nie chcę,
by nas zostawiał. A potem, zbyt szybko, nadchodzi i odchodzi jego
ostatnie tchnienie. Zapada cisza. O 3:42 lekarz ogłasza zgon.
Gdy moja głowa znów opada na nagą pierś Matty'ego, uderza mnie potęga
mojego cierpienia. Czuję moje serce - ciąży mi w piersiach. Pytam samą
siebie: "Jak to możliwe, że ono wciąż bije, gdy serce mojego męża
zatrzymało się na zawsze?". Już tęsknię za tym jego dobrym sercem.
Wreszcie puszczam dłoń Matty'ego i siadam na krześle obok łóżka. Mam
wrażenie, że stoi za daleko. Przysuwam je bliżej. Patrzę, jak bliscy
mojego męża żegnają się z nim z niezmierzonym bólem wypisanym na
twarzach. Wszyscy jesteśmy wstrząśnięci. Patrzę na jego twarz, wciąż
poplamioną krwawą śliną, i czuję nieodpartą potrzebę umycia go. Pytam
pielęgniarkę, czy mogę to zrobić. Mówi, że się tym zajmą i wtedy
będziemy mogli posiedzieć z nim w innej sali; a póki co musimy stąd
wyjść. Nie wiem, czy coś takiego jest rzeczywiście niedozwolone, jednak
kiwam głową i siadam z powrotem. Tak strasznie chcę to zrobić - dokonać
tego ostatniego aktu czułości i intymności jako jego żona - ale w tamtym
momencie nie mam siły, by o to walczyć. Niespełnienie tego pragnienia
stanie się źródłem cierpienia, które pozostanie we mnie na zawsze.
Proszą nas do innego pomieszczenia i choć jeszcze tego nie wiem, to
będzie ostatni raz, gdy dotknę Matty'ego. Wydaje się, że spędziliśmy z nim zdecydowanie za mało czasu, ktoś jednak zasugerował, że powinniśmy
już iść. Po raz ostatni puszczam dłoń męża i odwracam się, by wyjść z pomieszczenia. Nie pamiętam, jak daleko doszłam, nim nogi i głowa kazały
mi się zatrzymać. Rozsypuję się i czuję, jak rośnie we mnie potrzeba, by
wrócić i posiedzieć z nim dłużej. Mama Matty'ego obejmuje ręką moje
ramiona i prowadzi mnie dalej. Idę więc. Na zewnątrz jest cicho, a świat
wciąż jest na swoim miejscu, gdy wsuwamy się do samochodu i w milczeniu
jedziemy z powrotem do domu.
Lekcje życia
Nic tak bardzo nie wstrząsa iluzją doskonałego czy udanego życia niż
doświadczenie nagłej i przedwczesnej śmierci osoby, którą kochasz. Cios
przychodzi znikąd, wydaje się wywracać rzeczywistość do góry nogami.
Ledwie miesiąc przed śmiercią mojego męża siedzieliśmy w poczekalni
schludnej kliniki w Edynburgu, by wykonać badania stanowiące ostatni
krok do uzyskania wiz, które pozwolą nam zamieszkać i pracować w Australii. To było nasze wspólne marzenie, które dzieliliśmy, odkąd się
poznaliśmy, mając niewiele ponad dwadzieścia lat. Rozmawialiśmy o tym
przez całe lata, a nawet pojechaliśmy na miesiąc miodowy do Australii,
by sprawdzić, czy pasowałby nam tamtejszy styl życia. Mieliśmy nadzieję,
że to będzie przygoda, która da nam obojgu szanse na rozwój zawodowy i życie pasujące naszej rodzinie. Jak na ironię, tamtego dnia obydwoje
otrzymaliśmy poświadczenie dobrego stanu zdrowia i wizy zostały
podstemplowane. Cztery tygodnie później Matty nie żył, a nasze marzenia
i plany na przyszłość zostały zrujnowane.
A teraz pozwól mi coś wyjaśnić. Nie chodzi o to, że nasze życie było
absolutnie idealne, ale wiedziałam i czułam, że jesteśmy szczęściarzami.
Mieliśmy wspaniałą rodzinę i troje zdrowych dzieci, otaczali nas
przyjaciele, a wykonywana przez nas praca współgrała z naszym stylem
życia. Stać nas było na wyjazdy wakacyjne i byliśmy szczęśliwi. To było
dla nas "idealne". Ale stopniowo kiełkowała we mnie myśl, że może nie
możemy być tak szczęśliwi. Że któregoś dnia coś się musi wydarzyć.
Myśląc logicznie, pewnie jest to prawda, która sprawdzi się w przypadku
większości z nas.
W którymś momencie wszyscy doświadczymy straty kochanej osoby i zmierzymy się z problemem zdrowotnym czy z innym życiowym kryzysem.
Ale nigdy nie wyobrażałam sobie, że zostanę zdana na życie bez partnera,
którego wybrałam ledwie kilka lat wcześniej. W książce Z wielką
odwagą3 amerykańska autorka Brené Brown określiła ten typ
myślenia jako "wyrzekanie się radości": uczucie zadowolenia lub
szczęścia, które natychmiast zostaje wyparte przez martwienie się o to,
co złego może się zdarzyć (Brown, 2012).
Co zrobiłam, gdy takie życie, jakie dotychczas znałam, zostało mi
odebrane? Cóż, zrobiłam to, co umiałam robić. Zaczęłam dawać sobie radę.
Byłam bardzo dobra w robieniu tego, co należy. Zacisnęłam zęby i przystąpiłam do radzenia sobie z koniecznością życia jako owdowiała
matka trojga małych dzieci. Codziennie rozprawiałam się z biurokracją
śmierci. To nie było jakieś tam radzenie sobie. Byłam w tym świetna.
Byłam osobą nastawioną na osiąganie celów i gdy natknęłam się na kolejną
rzecz, z którą musiałam się zmierzyć, wiedziałam, że mi się to uda -
krok po kroku, aż dotrę do celu.
Nie rozumiałam wtedy, że tu nie będzie punktu końcowego. Celu do
osiągnięcia. Ta śmierć stanie się na zawsze stałym elementem mojego
życia. Ale w tamtym czasie byłam po prostu w trybie przetrwania i odwoływałam się do dobrze znanych schematów, dzięki którym radziłam
sobie przez trzydzieści pięć lat życia - aż do tego momentu. Wyrażało
się to na wiele sposobów. Pierwszej nocy po śmierci Matty'ego moja mama
delikatnie sugerowała, że może ze mną zostać na noc w moim domu.
Stanowczo odmówiłam. Miałam silne poczucie, że muszę zacząć funkcjonować
w trybie, w którym będę funkcjonowała już zawsze. Dotychczas byłam
dumnie niezależna. Teraz byłam zdana na siebie i tak już miało zostać.
Jasne i proste.
Wówczas nie widziałam w tym podejściu tego, czym było ono naprawdę.
Odpychałam ludzi od mojego bólu.
Nie czułam się komfortowo z myślą, że ktokolwiek mógłby być świadkiem
mojej żałoby. Dopiero później zrozumiałam, że inne osoby będące
świadkami mojej straty ostatecznie będą dla mnie otuchą. Ale początkowo
nie mogłam sobie pozwolić na przyjęcie pełnego wsparcia. Wierzyłam, że
jeśli po prostu zdołam zachować kontrolę, to wszystko będzie w porządku...
Klasyczne zachowanie perfekcjonisty starającego się kontrolować
całkowicie niekontrolowalną sytuację.
Dostosowywanie się do każdej chwili
Jakieś trzy dni po śmierci Matty'ego dzieci poprosiły mnie, by postawić
w ogrodzie dmuchany basenik. Był lipiec. Zaczęły się wakacje, a pogoda
była nietypowo gorąca jak na Szkocję. I tak oto znalazłam się w kostiumie kąpielowym, na tyłach domu, dmuchając basen i desperacko
starając się sprawić, by życie moich dzieci wydawało się im normalne.
Pamiętam, jak słabo się czułam, pompując ten basenik - wdech po wdechu,
aż do końca. I choć brałam wdechy i wydechy, to serce, które tłoczyło w moje ciało tlen, było złamane.
Uświadomienie sobie, że moje dzieci nigdy w pełni nie będą znały swojego
taty, było przytłaczające. Myśl, że Matty nigdy nie poprowadzi naszej
córki Elli do ołtarza w dzień jej ślubu, do dziś wyrywa ze mnie szloch.
Często się zastanawiam, czy gdy nadejdzie ten dzień, Ella poprosi mnie,
bym z braku ojca to ja "oddała ją mężowi". Czy w ogóle wyjdzie za mąż?
Od chwili gdy Matty wydał ostatnie tchnienie, instynktownie przyjęłam za
prawdę przekonanie, że moim zadaniem jest sprawić, by dla moich dzieci
wszystko było "w porządku". Że muszę jakoś zmniejszyć ich ból i cierpienie. Wszystko to zależało ode mnie. To było coś, co musiałam
zrobić. Obecnie wiem, że nie jestem odpowiedzialna za uwalnianie moich
dzieci od ich bólu. Że stanowi on wyraz miłości, jaką czują do swojego
taty. Niemniej jestem odpowiedzialna za bycie przy nich, gdy go
doświadczają, i za uczenie ich, że nie zawsze będzie on tak intensywny
jak w tamtych najtrudniejszych chwilach.
Oczywiście ta presja, jaką początkowo się obciążyłam, sprawiała, że
chwilami się rozklejałam. Często doświadczałam załamania w samotności, o zmroku, po zasunięciu zasłon, gdy dzieci bezpiecznie leżały w łóżkach.
Czasem używałam czerwonego wina, by uśmierzyć moje uczucia. Czasem zaś
wino pozwalało mi zyskać do nich dostęp. Powód nie miał znaczenia, bo na
tym etapie nie doświadczałam w pełni żałoby i z pewnością nie
przetwarzałam moich emocji w żaden znaczący sposób.
Mimo to, patrząc wstecz, dość szybko zaczęłam stosować wobec siebie te
same strategie, które mogłabym zasugerować klientowi przeżywającemu
stratę podobną do mojej. Dołączyłam do grupy wsparcia dla osób, które
wcześnie owdowiały, i chodziłam na spotkania z nimi oraz zabierałam
dzieci na przeznaczone dla nich wydarzenia. Dołączyłam do klubu
triatlonowego, by moje ciało doświadczało ruchu. Odbyłam także kilka
spotkań z moim prywatnym psychologiem i z moim dawnym mentorem z czasów
treningu klinicznego, który sam wcześnie stracił żonę. Pozornie wszystko
to wyglądało jak zdrowe strategie adaptacyjne. Jednak, gdy mam być teraz
ze sobą szczera, w moim umyśle te działania stanowiły coś w rodzaju
listy do odhaczenia. Perfekcjonizm, na którym od lat polegałam, wysunął
się na pierwszy plan. Utknęłam w trybie działania i dążenia, zamiast
pozwolić sobie na odsłonięcie mojej przestrzeni emocjonalnej - po to, by
się uzdrowiła. To przyszło dużo później.
Przelanie tego na papier
W którymś momencie zaczęłam pisać. Na początku miało mi to pomóc
zapamiętać rzeczy zasłonięte mgłą umysłową mojej żałoby. Chciałam mieć
godne zaufania świadectwo, którego mogłabym użyć pewnego dnia dla
wsparcia pamięci, by porozmawiać z moimi dziećmi o tym, co się stało.
Jednak, zapisując moje doświadczenia, odnalazłam zarówno swój głos, jak
i wielość emocji tłumionych przez moje perfekcjonistyczne działania i dążenia. Przelewałam moje uczucia razem ze łzami na zapisywane stronice.
Dzięki pisaniu mogłam dotknąć swojej żałoby, a to rozdarło mnie od
środka.
Nieśmiało zaczęłam dzielić się moim pisaniem w formie bloga i postów w mediach społecznościowych. Trafiałam z tym do wielu osób i ostatecznie
moje wpisy stały się dziennikiem i wprawkami pisania, a potem wydaną
samodzielnie książką Grief Writer: A Journal (Dziennik żałoby). To
pomogło mi zarówno zbudować własną drogę do uleczenia, jak i stworzyć
dziedzictwo życia Matty'ego, które mogło pomóc innym w ich podróży
poprzez przetwarzanie emocji towarzyszących stracie.
Po pierwsze i najważniejsze, pisanie stało się bezpieczną przestrzenią,
do której mogłam uciec. A w tamtym czasie chciałam uciec przed
wszystkim. Przed realnością śmierci Matty'ego. Niekończącymi się, choć
płynącymi z najlepszych intencji wiadomościami, które pojawiały się na
ekranie mojego telefonu o wszelkich porach dnia i nocy. Zapachem mojego
domu, wypełnionego tak wieloma liliami, że cuchnął śmiercią.
Chciałam też uciec przed ludźmi. Zbyt wieloma ludźmi. Policjantami, z którymi musiałam rozmawiać z powodu nagłego charakteru śmierci mojego
męża. Gośćmi, którzy wpadali sprawdzić, jak się mam. Rodzicami kolegów i koleżanek moich dzieci, którzy, gdy moja córka poszła do szkoły,
zaskakiwali mnie na podwórku pytaniami w rodzaju: "Jak się masz?", "Jak
dzieci?" albo, co jeszcze gorsze, "To co się właściwie stało?". Jak w ogóle masz choć spróbować odpowiedzieć na takie pytanie, zwłaszcza gdy
zadają je niemal obcy ludzie?
Raz nawet przedstawiono mnie pewnej kobiecie jako kogoś, kto kilka
tygodni wcześniej stracił męża. Ta kobieta spojrzała na mnie z litością
i powiedziała ze swoim wyraźnym akcentem z West Lothina: "Kochaniutka,
wiem, jak się czujesz. Gdy kilka lat temu straciłam męża, byłam
załamana". Ta kobieta była koło siedemdziesiątki. Uśmiechnęłam się tylko
i skinęłam głową, ale wewnątrz krzyczałam, że mam trzydzieści pięć lat,
troje dzieci, a mój mąż nie dożył swoich trzydziestych ósmych urodzin.
Nie miała pojęcia, jak się czuję.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki