p

Co robić, kiedy twój świat się wali. Odkryj, że możesz być jednocześnie zraniony i silny - Laura Williams

Kup ebooka

47.99 zł
37.43 zł (37,43 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wprowadzenie

Gdy zabie­ra­łam się do napi­sa­nia tej książki, nie­ocze­ki­wa­nie tra­fi­łam na zapo­wiedź warsz­ta­tów online, które pro­wa­dzi­łam kilka lat wcze­śniej. Nosiły tytuł: "Nie jesteś [kom­plet­nie] roz­bity" ("You're not bro­ken") i były naj­po­pu­lar­niej­szym inter­ne­to­wym wyda­rze­niem, jakie zor­ga­ni­zo­wa­łam. Ich treść stała się począt­kiem tej książki, ale wtedy tego nie wie­dzia­łam. Myślę, że były tak popu­larne, ponie­waż mówiły o sekret­nym lęku, który żywi każdy z nas: że wszystko, przez co prze­szli­śmy, i każdy popeł­niony przez nas na tej dro­dze błąd świad­czą tak naprawdę o tym, że jeste­śmy potłu­czeni, zła­mani - być może nie­od­wra­cal­nie.

Ale choć możesz tak się czuć, to nie wie­rzę, że w rze­czy­wi­sto­ści jesteś roz­bity. Popę­kany? Być może. W końcu wiele czę­ści cie­bie zostało potur­bo­wa­nych przez twoją prze­szłość. I choć wszyst­kie one wciąż trzy­mają się razem, to na powierzchni na­dal widoczne są rysy - płyty tek­to­niczne naszego życia pod­no­szą się jak pod­czas trzę­sie­nia ziemi, spra­wia­jąc, że nie­gdyś solidny grunt drży i że prze­są­cza się przez niego lawa. A my na­dal, mimo destruk­cji, doma­gamy się rów­no­wagi i sensu w naszym kra­jo­bra­zie, który prze­cież uległ zmia­nie.

Tak wła­śnie wyglą­dało to u mnie, gdy nagle zmarł mój mąż. Przez dwa pierw­sze lata po jego śmierci, która wywró­ciła moje życie do góry nogami, po pro­stu pró­bo­wa­łam odzy­skać grunt pod nogami. Ule­cze­nie się z żałoby i ze straty, jakiej doświad­czy­łam, nie było łatwym zada­niem - wciąż żyję z nimi każ­dego dnia. Nie­mniej z upły­wem czasu i ucze­niem się tego, co znaj­dziesz na kar­tach tej książki, powoli i łagod­nie pozbie­ra­łam kawałki sie­bie i zło­ży­łam je w całość. Dopóki mój świat nie implo­do­wał, nie zda­wa­łam sobie sprawy z ist­nie­nia nie­któ­rych z nich. Na szczę­ście obec­nie wrząca lawa trau­ma­tycz­nej straty przez więk­szość dni jest spo­kojna, a śmierć mojego męża stała się ele­men­tem życia, któ­rym żyję. Inte­gra­cja to klu­czowy cel pracy psy­cho­lo­gicz­nej - wiąże się ze wzmoc­nie­niem two­jego umy­słu, by umoż­li­wić ci zarzą­dza­nie emo­cjami, rozu­mie­nie swo­ich myśli i zaak­cep­to­wa­nie rze­czy­wi­sto­ści przy jed­no­cze­snym pozo­sta­wa­niu w rela­cji ze sobą i z innymi. Powie­dzia­ła­bym, że jestem co naj­mniej na dro­dze do osią­gnię­cia tego stanu.

Przez lata wielu moich pacjen­tów i klien­tów rela­cjo­no­wało mi różne wer­sje tego samego stanu: choć wie­dzieli i rozu­mieli coś obiek­tyw­nie, to ich subiek­tywne odczu­cia czę­sto się z tym kłó­ciły. Na przy­kład zgod­nie z logiką wiem, że nie powin­nam mieć poczu­cia winy, że jestem przy­ja­ciółką, która zapo­mina o uro­dzi­nach, rocz­ni­cach czy odpo­wia­da­niu na czas na wia­do­mo­ści tek­stowe - ale wciąż czuję się z tego powodu winna. Wiem też, że nie pono­szę odpo­wie­dzial­no­ści za emo­cje innych, ale i tak nie jestem w sta­nie zawsze uciec od tego uczu­cia. To odzwier­cie­dla moją oso­bo­wość.

Ist­nieje, jak się wydaje, pewien roz­dź­więk mię­dzy tym, co uzna­jemy za logiczne, a tym, co czu­jemy. Nato­miast tym, jak się czu­jemy, w pierw­szej kolej­no­ści kie­rują nasze myśli. Wayne Dyre, autor i psy­cho­log kli­niczny, któ­rego darzę ogrom­nym podzi­wem, napi­sał książkę na ten temat po tytu­łem: Change Your Tho­ughts, Change Your Life1. Podob­nym torem chcę popro­wa­dzić cie­bie, czy­tel­niku. To głę­boko ludz­kie, że twoje myśli odzwier­cie­dlają nega­tywne lub trudne zda­rze­nia, które zaszły w twoim życiu. Ale jeśli pozwo­lisz, by te myśli cię defi­nio­wały i prze­jęły nad tobą kon­trolę, być może nie będziesz żyć takim życiem, jakie świa­do­mie byś wybrał. Życzę ci, byś był w sta­nie każ­dego dnia wybie­rać dla sie­bie świa­do­mie pozy­tywne życie. A jak możesz tego doko­nać? Dzięki pozna­niu na wylot sie­bie i swo­jej psy­chiki oraz byciu zdol­nym do efek­tyw­nej inter­wen­cji, gdy sprawy nie idą w takim kie­runku, w jakim byś chciał. W kolej­nych roz­dzia­łach pomogę ci to osią­gnąć.

Praca nad tym, by wyzdro­wieć

Jako psy­cho­lożka kli­niczna zosta­łam wyszko­lona w ramach bry­tyj­skiego sys­temu opieki zdro­wot­nej, by dia­gno­zo­wać, defi­nio­wać i leczyć roz­ma­itego rodzaju pro­blemy zdro­wotne i zabu­rze­nia psy­chiczne. Prak­ty­ku­jąc w opar­ciu o dowody medyczne, pomo­głam wielu oso­bom, z któ­rymi pra­co­wa­łam. Wyko­ny­wana przeze mnie praca - psy­cho­edu­ka­cja moich klien­tów, budo­wa­nie z nimi rela­cji opar­tej na zaufa­niu, wspie­ra­nie ich w roz­wi­ja­niu nowego rozu­mie­nia sie­bie i swo­ich oko­licz­no­ści życio­wych oraz dostar­cza­nie im mode­lów zacho­wań i stra­te­gii, któ­rych potrze­bują, by się roz­wi­jać - zwięk­sza ich zdol­ność do zmiany i lecze­nia.

Czę­sto bra­kuje nam potrzeb­nej wie­dzy i rozu­mie­nia naszego stanu psy­chicz­nego, by doko­nać pozy­tyw­nych zmian. Wielu z nas ma także ogra­ni­czony krąg zaufa­nych osób, które mogłyby nas zachę­cać do podróży ku zdro­wie­niu i auten­tycz­nie ją wspie­rać. A jeśli potrzebny nam pro­ces w jakiś spo­sób wiąże się z naszą dyna­miką rodzinną i rela­cyjną, staje się on jesz­cze trud­niej­szy. Wszyst­kie te czyn­niki i sze­roka styg­ma­ty­za­cja pro­ble­mów ze zdro­wiem psy­chicz­nym spra­wiają, że możemy być pozo­sta­wieni samym sobie, cier­piąc w ciszy albo, co gor­sza, być aktyw­nie znie­chę­cani do dba­ło­ści o nasze zdro­wie psy­chiczne. To z kolei ozna­cza, że będzie się nam odma­wiać moż­li­wo­ści roz­wi­nię­cia nowych spo­so­bów rozu­mie­nia i odmien­nych per­spek­tyw. Wielu z nas nie zostało nauczo­nych umie­jęt­no­ści potrzeb­nych do wzmoc­nie­nia i usta­bi­li­zo­wa­nia wła­snego dobro­stanu. Naszym zada­niem tera­peu­tycz­nym jest więc wzię­cie odpo­wie­dzial­no­ści za zdo­by­cie tej wie­dzy i przy­swo­je­nie jej.

Chcę, byś przed roz­po­czę­ciem dal­szej lek­tury wie­dział, że to nie ja wyko­nuję trudną pracę w mojej prak­tyce kli­nicz­nej, lecz moi pacjenci. Jestem jedy­nie koor­dy­na­torką zmiany. Chcia­ła­bym też, byś postrze­gał tę książkę i to, czego mam nadzieję cię nauczyć, wła­śnie w taki spo­sób. Jako koor­dy­na­to­rów zmiany, do któ­rej dążysz. I choć mogę ci tę zmianę uła­twić, to nie mogę prze­czy­tać za cie­bie tej książki - ani wyko­nać nie­zbęd­nej pracy. To już zależy od cie­bie i od two­ich decy­zji. A z tego wyboru pły­nie moc: świa­do­mość, że mamy wpływ na swoją postawę wobec doty­ka­ją­cych nas trud­no­ści.

Gdy umarł mój mąż, mogłam albo zostać w łóżku i nacią­gnąć koł­drę na głowę, albo posta­wić obie stopy na pod­ło­dze i dalej iść naprzód. Czuję się szczę­śliwa, że mia­łam potrzebną wie­dzę, wspar­cie i sieć osób, które mnie moty­wo­wały, tak że zdo­ła­łam dostrzec nowe per­spek­tywy i zbu­do­wać umie­jęt­no­ści nie­zbędne, by przez to przejść. Ale wciąż każ­dego dnia muszę podej­mo­wać tę pracę od nowa. Bez względu na to, jak się czuję i czego doświad­czy­łam.

Trauma jako prze­wod­nik

Pod wie­loma wzglę­dami ta książka doty­czy przede wszyst­kim traumy. Jest o tym, jak my wszy­scy, na swój indy­wi­du­alny spo­sób, żyjemy z ura­zem psy­chicz­nym jako towa­rzy­szem. Nor­ma­li­zuje ideę, że nie zawsze sta­nowi on sku­tek wiel­kich wyda­rzeń, ale obej­muje codzienne sytu­acje, które kształ­tują naszą oso­bo­wość i sto­su­nek do innych. Na tych kar­tach znaj­dziesz histo­rie doświad­czeń - zarówno moich wła­snych, jak i moich klien­tów - ilu­stru­jące kon­cepty i idee psy­cho­lo­giczne.

Jed­nym z nich jest prze­ko­na­nie, że trauma zmie­nia to, kim jeste­śmy i jak reagu­jemy. Nie jest ona samym wyda­rze­niem, ale przede wszyst­kim spo­so­bem, w jaki nasze wewnętrzne pro­cesy - myśli, uczu­cia i zacho­wa­nia - na zawsze zmie­niają się w odpo­wie­dzi na to, co się stało. Wie­rzę, że to wła­śnie te wewnętrzne zmiany mogą spo­wo­do­wać w nas poczu­cie roz­bi­cia. A ostrość, z jaką odczu­wamy tę frag­men­ta­cję, może zale­żeć od natury trau­ma­tycz­nego wyda­rze­nia i tego, na ile było nie­ocze­ki­wane. Co naj­istot­niej­sze, myślę, że więk­szość z nas chce ukryć, pogrze­bać głę­boko to roz­bi­cie i uda­wać, że ono nie ist­nieje. Ale prawda jest taka, że wszy­scy na swój spo­sób ukry­wamy różne czę­ści sie­bie, które są w naszym odczu­ciu nie­kom­pletne lub wywo­łują wstyd. Carl Jung nazwał je cie­niem. Teraz musimy pomóc ci rzu­cić na nie świa­tło, byś mógł na nowo poczuć się cało­ścią.

Wie­rzę, że trauma, wbrew temu, co sądzi spo­łe­czeń­stwo, nie jest wyro­kiem. Wła­ści­wie może nas wiele nauczyć. Moje poglądy nie są może nie­zwy­kle kon­tro­wer­syjne, choć cza­sem się tego oba­wia­łam, ale wiem, że nie każdy się ze mną zgo­dzi. I nie ma w tym nic złego. Po pro­stu biorę udział w dia­logu na temat zdro­wia psy­chicz­nego w spo­sób - mam nadzieję - pomocny dla tych, któ­rzy zgo­dzą się z moim spoj­rze­niem. Liczę też, że mój głos może być gło­sem zara­zem pro­fe­sjo­na­listki, jak i kogoś bli­skiego tobie w two­jej wła­snej podróży.

Kilka lat temu usły­sza­łam w inter­ne­cie nastę­pu­jące słowa: "Make your mess your mes­sage"2. Nie pamię­tam nie­stety, kto je wypo­wie­dział, ale zapa­dły mi w pamięć i od tej pory dąży­łam do osią­gnię­cia tego celu. Podob­nie jak ty, jestem zagma­twa­nym, skom­pli­ko­wa­nym czło­wie­kiem. Ale mam to szczę­ście, że w swoim bała­ga­nie zna­la­złam swój prze­kaz. Dzielę się nim teraz, by pomóc ci zro­zu­mieć twoje życie - nie­upo­rząd­ko­wane, skom­pli­ko­wane i pełne niu­an­sów, bo nie­wąt­pli­wie takie wła­śnie jest.

Jak czy­tać tę książkę

Książka składa się z trzech czę­ści, a każda z nich uzu­peł­niona jest o ćwi­cze­nia, które będziesz wyko­ny­wać w miarę czy­ta­nia. To celowy zabieg, gdyż pra­gnę, by ta lek­tura pozwo­liła ci na aktywne odkry­wa­nie sie­bie. Zachę­cam cię także do zało­że­nia wła­snego dzien­nika, w któ­rym możesz zapi­sy­wać swoje reflek­sje na temat ćwi­czeń.

W czę­ści Poznaj swój wła­sny umysł zapo­znam cię z wagą two­jej uni­kal­nej histo­rii, roz­wi­ja­jąc twoją psy­cho­lo­giczną samo­świa­do­mość i zdol­ność myśle­nia w opar­ciu o wie­dzę tera­peu­tyczną. W roz­dziale pierw­szym opo­wiem ci o okre­sie mojego życia nazna­czo­nym naj­więk­szym zra­nie­niem i o tym, jak dopro­wa­dził mnie on do psy­cho­lo­gicz­nego prze­bu­dze­nia i do spo­strze­żeń, do któ­rych zapewne docho­dzi wiele osób pod wpły­wem jakie­goś waż­nego życio­wego momentu czy wyda­rze­nia. Zapo­znam cię z wagą moty­wa­cji, któ­rej obo­wiąz­kowo muszą się przyj­rzeć tera­peuci i każdy, kto wyko­nuje pracę psy­cho­lo­giczną - po to, by poznać przy­czynę two­jego stanu. W roz­dziale dru­gim opo­wiem o tym, jak reflek­syj­ność psy­cho­lo­giczna i prak­ty­ko­wa­nie mind­ful­ness mogą nam pomóc lepiej zro­zu­mieć samych sie­bie. Pokażę ci też, jak istotne jest, by pozwo­lić sobie na zwol­nie­nie tempa i dostro­je­nie się do swo­jego doświad­cze­nia emo­cjo­nal­nego - zarówno tu i teraz, jak i w pro­ce­sie myśle­nia o swo­jej prze­szło­ści. W roz­dziale trze­cim zba­damy, w jakim sen­sie trauma może mieć na nas pozy­tywny wpływ, o czym czę­sto się zapo­mina - i w jaki spo­sób ofe­ruje nam szansę na odcię­cie się od tego, kim byli­śmy w prze­szło­ści i kim jeste­śmy teraz, pozwa­la­jąc pójść naprzód.

Część druga książki, zaty­tu­ło­wana Prawda o trau­mie, zagłę­bia się w psy­cho­lo­giczne źró­dła traumy. W roz­dziale czwar­tym prze­pro­wa­dzę cię przez klu­czowe kon­cepty, w tym teo­rię przy­wią­za­nia i teo­rię spo­łecz­nego ucze­nia się, oraz wta­jem­ni­czę w to, jak możemy je prze­ło­żyć na swoje doświad­cze­nia. Przed­sta­wię ci też szer­szą defi­ni­cję traumy i pokażę, jak ta obja­wia się w naszych rela­cjach, gdy dora­stamy. W roz­dziale pią­tym przej­dziemy do roz­mowy o mono­polu podej­ścia poznaw­czego w tera­piach. Wyja­śnię też, dla­czego uwa­żam, że tera­pia poznaw­czo-beha­wio­ralna nie zawsze jest naj­bar­dziej pomoc­nym roz­wią­za­niem (w sytu­acjach gdy u pod­łoża danego pro­blemu leżą zło­żone trud­no­ści rela­cyjne). Omó­wiona zosta­nie także tema­tyka wza­jem­no­ści i jej zna­cze­nie dla dobrej jako­ści rela­cji.

W roz­dziale szó­stym zagłę­bimy się w mię­dzy­po­ko­le­niową naturę traumy i to, jak na nasz dobro­stan psy­chiczny wpły­wają czyn­niki bio­lo­giczne, psy­cho­lo­giczne i socjo­lo­giczne. Zaczniemy też badać, jak wzorce odno­sze­nia się do innych, znane jako sche­maty, odzwier­cie­dlają różne aspekty naszej oso­bo­wo­ści i jak mogą wpły­wać na naszą rela­cję z samym sobą. W tym roz­dziale skró­towo pokażę ci także wzorce traumy, które zostały prze­ka­zane w mojej rodzi­nie - przez bab­cię mamie, a potem przez mamę mnie - by zilu­stro­wać, jak może się obja­wiać trauma mię­dzy­po­ko­le­niowa. Wresz­cie zachęcę cię do roz­wi­nię­cia wła­snego zestawu narzę­dzi radze­nia sobie z traumą, tak byś upo­rał się z emo­cjami, które mogą powstać pod­czas czy­ta­nia tej książki i wyko­ny­wa­nia ćwi­czeń.

W ostat­niej czę­ści, Narzę­dzia potrzebne do wyzdro­wie­nia, zazna­jo­mię cię z tym, czego wymaga każda praca psy­cho­lo­giczna. W roz­dziale siód­mym wspo­mi­nam, jak ważna jest kon­cep­tu­ali­za­cja psy­cho­lo­giczna dla zro­zu­mie­nia oko­licz­no­ści pro­ble­mów i wspo­ma­ga­nia lecze­nia. Uprasz­cza­jąc: opo­wiada ona histo­rię tego, jak i dla­czego możesz mieć trud­no­ści z danym pro­ble­mem, na przy­kład z depre­sją, w okre­ślo­nym punk­cie w cza­sie. Sta­nowi ramę pozwa­la­jącą roz­wa­żyć czyn­niki, które wpły­wają na ten pro­blem - poprzez jego łago­dze­nie (czyn­niki ochronne) lub pogłę­bia­nie (czyn­niki pod­trzy­mu­jące). Kon­cep­tu­ali­za­cja wska­zuje także na powią­za­nia tego pro­blemu z prze­szłymi doświad­cze­niami. Wpro­wa­dzę cię też w mój wła­sny czte­ro­eta­powy model HEAL (Zdro­wiej), który z grub­sza odpo­wiada klu­czo­wym ele­men­tom wła­ści­wej pracy psy­cho­lo­gicz­nej.

W roz­dziale ósmym zapro­po­nuję ci przyj­rze­nie się jed­nej z naj­więk­szych barier w psy­cho­lo­gicz­nym dobro­sta­nie: wsty­dowi. Opo­wiem ci o spo­so­bach pie­lę­gno­wa­nia współ­czu­cia jako o anti­do­tum na wstyd. W ostat­nim roz­dziale zasu­ge­ruję, czego możesz fak­tycz­nie potrze­bo­wać, by pora­dzić sobie ze swo­imi przej­ściami. Zba­damy w nim kon­cept potęgi nie­do­sko­na­łego życia, nawią­zu­jąc do pro­blemu per­fek­cjo­ni­zmu (który ogól­nie sta­nowi ważny wątek w tej książce) i do modelu dobrego życia jako podej­ścia pozwa­la­ją­cego zyskać jesz­cze głęb­sze rozu­mie­nie tego, jak według cie­bie powinno wyglą­dać twoje życie.

Samo­po­moc jako ścieżka do zmiany

Oczy­wi­ście prze­czy­ta­nie książki i wyko­na­nie zasu­ge­ro­wa­nej w niej pracy to nie to samo co odby­cie tera­pii. Ale napi­sa­łam ten porad­nik mię­dzy innymi dla­tego, że aż nazbyt dobrze wiem, iż dostęp do dobrej jako­ściowo, opar­tej na dowo­dach tera­pii i infor­ma­cji psy­cho­lo­gicz­nej jest obec­nie trudny. Więc choć niniej­sza lek­tura nie sta­nowi tera­pii per se, to pró­buje wska­zać pyta­nia, jakie mogłyby się na tera­pii poja­wić, i daje ci moż­li­wość samo­dziel­nego wyko­na­nia czę­ści pracy.

Nie jest ona jed­nak roz­wią­za­niem, jeśli znaj­du­jesz się w kry­zy­sie. Jeżeli sądzisz, że tak jest, lub potrze­bu­jesz odpo­wie­dzi, któ­rych ta książka nie może ci dostar­czyć, pro­szę, poszu­kaj pomocy u wykwa­li­fi­ko­wa­nego spe­cja­li­sty zdro­wia psy­chicz­nego tak szybko, jak to moż­liwe.

Nie­mniej wiedz, że auto­te­ra­pia może być potęż­nym pre­kur­so­rem zmiany. Przez lata wie­lo­krot­nie obser­wo­wa­łam, jak różne osoby pró­bo­wałby mozol­nie posu­nąć się naprzód choćby o włos, nawet po mie­sią­cach czy latach tera­pii psy­cho­lo­gicz­nej. Potem, jakby znie­nacka, doko­ny­wały tego, co mogłoby się wyda­wać spon­ta­nicz­nym wyzdro­wie­niem. Sły­sza­łam, jak mówiły: "Pew­nego dnia coś po pro­stu zasko­czyło" czy "Wszystko nabrało sensu". Oczy­wi­ście ich wyzdro­wie­nie tak naprawdę nie było spon­ta­niczne. Czę­sto poprze­dzały je całe mie­siące pracy, rosnące zro­zu­mie­nie i dodat­kowa samo­po­moc wspie­ra­jąca tera­pię.

Do wyzdro­wie­nia potrzeba cze­goś wię­cej niż jed­nej sesji tygo­dniowo. Jest z nim tak jak z suk­ce­sem - dzieje się on wtedy, gdy nikt nie patrzy, nie odnosi się go z dnia na dzień. Praca, która pro­wa­dzi do ule­cze­nia, wymaga dokład­nie tego samego: odda­nia i wysiłku. Cza­sem można mieć wra­że­nie, że "nie chce zasko­czyć" - aż któ­re­goś dnia w końcu to się dzieje. Mocno wie­rzę, że "lecze­nie", któ­rego potrze­bu­jesz, nie­ko­niecz­nie musi zawsze mieć postać indy­wi­du­al­nej tera­pii. Być może ta książka sta­nie się począt­kiem two­jej podróży, a może uży­jesz jej jako dodat­ko­wego ele­mentu tera­pii, któ­rej się pod­da­jesz lub pod­da­łeś. Gdzie­kol­wiek jesteś i cokol­wiek zro­bi­łeś, by dojść do punktu, w któ­rym obec­nie się znaj­du­jesz, wyko­na­nie opi­sa­nej tu pracy tego dopełni.

Oto ostat­nia myśl, którą powi­nie­neś zabrać w tę podróż: jesteś ukształ­to­wany przez to wszystko, co zaszło wcze­śniej - zarówno to, co dobre, jak i to, co złe. Jed­nak prze­trwa­łeś, a to, co ci się przy­da­rzyło, nie jest tobą. Wraz z prze­ciw­no­ściami przy­cho­dzi rezy­lien­cja, mądrość i hart ducha. Mam nadzieję, że możesz pozbie­rać "roz­bite" czę­ści sie­bie i zło­żyć je razem, by żyć życiem rów­nie potęż­nym i nie­do­sko­na­łym jak ty sam.

Będę cię mieć w swo­ich myślach

Rozdział 1. Przebudzenie

Roz­dział 1

Prze­bu­dze­nie

Budzi się z gwał­tow­nym wzdry­gnię­ciem, zrywa z łóżka i pyta nabrzmia­łym paniką gło­sem, czy sły­sza­łam strzał. Mija chwila, nim orien­tuję się, gdzie jestem i co się dzieje. "Nikt nie strze­lał" - uspo­ka­jam go, ale moje słowa naj­wy­raź­niej do niego nie docie­rają, gdyż wci­ska się w róg pokoju z sze­roko otwar­tymi oczyma.

Po zapa­le­niu świa­tła i przyj­rze­niu się jego prze­ra­żo­nej twa­rzy dostrze­gam, że jest nie­obecny i że potrze­buje mojej natych­mia­sto­wej pomocy. Nie­stety nie jest to dla nas coś nie­zwy­kłego. U Matty'ego, za któ­rego wyszłam sie­dem lat wcze­śniej, w wieku dwu­dzie­stu czte­rech lat zdia­gno­zo­wano cukrzycę typu 1. Do tej nocy co naj­mniej trzy razy doszło u niego do gwał­tow­nych ata­ków hipo­gli­ke­mii, w związku z któ­rymi musia­łam wzy­wać karetkę. W takich sytu­acjach mój mąż czę­sto nie jest w sta­nie racjo­nal­nie myśleć i cza­sem zacho­wuje się jak ktoś zupeł­nie inny, a nie jak zwy­kle wylu­zo­wany Matty. Raz miał nawet drgawki. Teraz koła­cze mi się po gło­wie jedna pocie­sza­jąca myśl: znam tę sytu­ację i wiem, co powin­nam zro­bić.

Tak spo­koj­nie, jak tylko mogę, scho­dzę na dół do kuchni, by przy­nieść tro­chę Luco­zade'u. Mijam sypial­nie trojga moich dzieci - wszyst­kie śpią twardo. Luco­zade to słodki napój, który powi­nien szybko pod­nieść obec­nie za niski poziom cukru w krwi Matty'ego, jeśli tylko zdo­łam nakło­nić męża, by go wypił, co nie zawsze jest łatwe. Gdy wra­cam do sypialni, zastaję Matty'ego leżą­cego po jego stro­nie łóżka. Stara się podźwi­gnąć, napi­na­jąc mię­śnie swo­jego smu­kłego, wyso­kiego ciała. Pró­buję go prze­ko­nać, by się napił. Nie chce mi pozwo­lić sobie pomóc, ale wiem, że muszę pró­bo­wać dalej.

Jasno­po­ma­rań­czowy napój wylewa się i pry­ska dookoła. Potem odkryję, że plamy wsią­kły głę­boko w jasno­nie­bie­skie ściany naszej sypialni. Gdy w butelce nic już nie ma, odby­wam kolejny pospieszny kurs do kuchni. Oba­wiam się zosta­wić Matty'ego znów samego i mam świa­do­mość, że coraz szyb­ciej wyczer­puję moż­li­wo­ści pora­dze­nia sobie z tą sytu­acją o wła­snych siłach.

Gdy wra­cam do sypialni led­wie kilka sekund póź­niej, w szoku odkry­wam, że mój mąż leży pła­sko w poprzek łóżka z twa­rzą w dół. Zacho­wuje się ina­czej niż zwy­kle. Jego palce despe­racko pró­bują zła­pać się boków dębo­wej ramy łóżka, gdy napad padacz­kowy bie­rze nad nim górę. Sama nie wiem jak, ale znaj­duję w sobie dość siły, by ścią­gnąć go na pod­łogę i uło­żyć w pozy­cji, która choć tro­chę przy­po­mina boczną usta­loną.

Klę­kam obok jego roze­dr­ga­nego ciała i dzwo­nię naj­pierw po karetkę, a potem do naszych rodzin. W kilka minut zarówno jego, jak i moi bli­scy są u nas. Miesz­kają nie­da­leko i w razie koniecz­no­ści mogą szybko się zja­wić w naszym domu. Teraz są mi potrzebni głów­nie po to, by zająć się dziećmi, gdy ja robię dla Matty'ego, co mogę przed przy­jaz­dem pomocy medycz­nej.

Czas mija, trzy­mam w ramio­nach wspartą na poduszce głowę mojego męża i patrzę, jak jego wargi robią się sine. Przy­gryza język i krwawa ślina ścieka mu z ust na poduszkę. Uświa­da­miam sobie ogrom swo­jego stra­chu. Cze­kam w ciszy, ale mimo nara­sta­ją­cej grozy wie­rzę, że gdy już przy­bę­dzie pomoc, wszystko będzie okay. Tak jak wiele razy wcze­śniej.

Gdy zespół medyczny przej­muje kon­trolę, scho­dzę na dół spraw­dzić, co z moją pię­cio­let­nią córeczką. Obu­dziła się i sie­dzi z bab­cią w salo­nie. Pró­buję ją uspo­koić, ale zara­zem nie chcę zatrzy­my­wać się zbyt długo. Gdy bie­gnę z powro­tem na górę, w poło­wie scho­dów spo­ty­kam tatę. Dostrze­gam jego wzrok, wydaje się spa­ni­ko­wany i dociera do mnie, że dzieje się coś bar­dzo, bar­dzo złego.

- Co jest? - pytam.

Nie wie, co powie­dzieć, wybiera więc mil­cze­nie.

- Co jest?! - tym razem krzy­czę.

Na twa­rzy taty widzę udrękę, z tru­dem powstrzy­muje emo­cje i w końcu wykrztu­sza:

- Nie oddy­cha.

Natych­miast go wymi­jam, poko­nuję bie­giem pozo­stałe schody i wpa­dam do sypialni. W tym momen­cie są w niej już dwa zespoły medy­ków. Gdy omia­tam wzro­kiem pokój, wszy­scy wydają mi się zbyt spo­kojni, nie­mal nic nie robią. Naj­pierw nie mogę zro­zu­mieć dla­czego.

Mój mąż leży na pod­ło­dze mię­dzy naszym łóż­kiem a drzwiami do łazienki. Jego piżamę pośpiesz­nie roz­cięto, a po dywa­nie wala się sprzęt medyczny. Nikt nie patrzy mi w oczy.

- Czy ktoś mi powie, co się dzieje?! - krzy­czę.

Jeden ze sto­ją­cych z boku medy­ków pod­nosi głowę i mówi opa­no­wa­nym gło­sem:

- Matty nie jest w sta­nie samo­dziel­nie oddy­chać, musimy go wen­ty­lo­wać. A potem poje­dziemy z nim do szpi­tala.

- Ale to był tylko atak hipo­gli­ke­mii? - gorącz­kowo dopy­tuję o jego poziom cukru, pewna, że jest za niski.

Męż­czy­zna odpo­wiada, że to hiper­gli­ke­mia i że poziom cukru we krwi Mat­ty­ego jest za wysoki. To w tym momen­cie uświa­da­miam sobie, że nie rozu­miem, co się dzieje. Gdy wcze­śniej działo się coś takiego, miał zawsze za niski cukier. Mój roz­sza­lały mózg pró­buje zna­leźć w tym sens - i ponosi porażkę.

Roz­glą­dam się po pokoju i wresz­cie sku­piam się na twa­rzach medy­ków. I wtedy dociera do mnie, że Matty nie prze­żyje. W ich zacho­wa­niu widoczna jest spo­kojna rezy­gna­cja, którą jestem w sta­nie dosłow­nie poczuć. Nikt mi tego nie mówi, ale ja po pro­stu wiem. Czuję, jak brak nadziei wysysa tę nie­wielką ilość powie­trza, jaka została jesz­cze w pokoju. Gdy wen­ty­lują mojego męża, osu­wam się na zie­mię, opie­ram na rękach i kola­nach. Lekko potrzą­sam sto­pami i łyd­kami Matty'ego, pra­gnąc przy­wró­cić jego ciału życie, cicho bła­ga­jąc go przez łzy, by nas nie opusz­czał. Ale wiem, że medycy po pro­stu kupują czas.

Po wielu minu­tach scho­dzę znów na dół, mijam sypial­nię, gdzie jesz­cze nie­dawno spali twardo nasi dwu­letni bliź­niacy. Mój ojciec bawi się tam z nimi, osła­nia­jąc ich przed grozą tego, co się dzieje. W salo­nie mama wciąż zaj­muje się moją córką. Znów idę spraw­dzić, co z nią. Mała mówi:

- Wszystko będzie dobrze, mamu­siu.

Ona też jest prze­ko­nana, że dzieje się coś, co zda­rzało się już wcze­śniej, i w tej prze­wi­dy­wal­no­ści znaj­duje spo­kój: tata cza­sem miewa się źle, przy­jeż­dża do niego karetka, a potem ma się lepiej. Pro­ste.

Nie mogę spoj­rzeć jej w oczy, przy­cią­ga­jąc ją do sie­bie. W salo­nie hałas maszyny wspo­ma­ga­ją­cej życie, która w sypialni tuż nad naszymi gło­wami mocno pom­puje tlen do płuc Matty'ego, jest ogłu­sza­jący. Mam poczu­cie, że wstrząsa posa­dami naszego domu. Posa­dami naszego świata.

Wresz­cie medycy są gotowi do trans­portu. Nie wolno mi wsiąść do karetki. Nie pro­te­stuję, ubie­ram się, by poje­chać za nimi. Gdy cze­kam w kory­ta­rzu, aż zniosą mojego męża na dół i wyniosą przez fron­towe drzwi, star­sza medyczka scho­dzi po scho­dach. Spo­gląda na moją zalaną łzami twarz i pyta po pro­stu:

- Co tu się stało?

Nie zwraca się do nikogo w szcze­gól­no­ści, jed­nak w jakiś spo­sób jej słowa napeł­niają mnie poczu­ciem winy. Jak­bym była za to odpo­wie­dzialna. Nikt nie odpo­wiada. Gdy wycho­dzę, mama stara się powie­dzieć coś pokrze­pia­ją­cego. Spo­glą­dam na nią i mówię:

- Mamo, on umiera.

Widzę, że nie chce w uwie­rzyć w moje słowa, ale ja jestem tego pewna.

W sali resu­scy­ta­cyj­nej w naszym lokal­nym szpi­talu ści­skam mocno dłoń Matty'ego i od czasu do czasu kładę czoło na jego piersi, pozwa­la­jąc łzom pły­nąć nie­po­wstrzy­ma­nie na jego bladą skórę. Szep­czę cicho do jego ucha, że zawsze będę go kochać. Że dopil­nuję, by nasze dzieci o nim pamię­tały i że zawsze będzie obecny w naszym życiu. Wraz z upły­wem minut jego oddech się zmie­nia. Staje się płyt­szy. Bar­dziej wysi­lony. Nie chcę, by nas zosta­wiał. A potem, zbyt szybko, nad­cho­dzi i odcho­dzi jego ostat­nie tchnie­nie. Zapada cisza. O 3:42 lekarz ogła­sza zgon.

Gdy moja głowa znów opada na nagą pierś Matty'ego, ude­rza mnie potęga mojego cier­pie­nia. Czuję moje serce - ciąży mi w pier­siach. Pytam samą sie­bie: "Jak to moż­liwe, że ono wciąż bije, gdy serce mojego męża zatrzy­mało się na zawsze?". Już tęsk­nię za tym jego dobrym ser­cem.

Wresz­cie pusz­czam dłoń Matty'ego i sia­dam na krze­śle obok łóżka. Mam wra­że­nie, że stoi za daleko. Przy­su­wam je bli­żej. Patrzę, jak bli­scy mojego męża żegnają się z nim z nie­zmie­rzo­nym bólem wypi­sa­nym na twa­rzach. Wszy­scy jeste­śmy wstrzą­śnięci. Patrzę na jego twarz, wciąż popla­mioną krwawą śliną, i czuję nie­od­partą potrzebę umy­cia go. Pytam pie­lę­gniarkę, czy mogę to zro­bić. Mówi, że się tym zajmą i wtedy będziemy mogli posie­dzieć z nim w innej sali; a póki co musimy stąd wyjść. Nie wiem, czy coś takiego jest rze­czy­wi­ście nie­do­zwo­lone, jed­nak kiwam głową i sia­dam z powro­tem. Tak strasz­nie chcę to zro­bić - doko­nać tego ostat­niego aktu czu­ło­ści i intym­no­ści jako jego żona - ale w tam­tym momen­cie nie mam siły, by o to wal­czyć. Nie­speł­nie­nie tego pra­gnie­nia sta­nie się źró­dłem cier­pie­nia, które pozosta­nie we mnie na zawsze.

Pro­szą nas do innego pomiesz­cze­nia i choć jesz­cze tego nie wiem, to będzie ostatni raz, gdy dotknę Matty'ego. Wydaje się, że spę­dzi­li­śmy z nim zde­cy­do­wa­nie za mało czasu, ktoś jed­nak zasu­ge­ro­wał, że powin­ni­śmy już iść. Po raz ostatni pusz­czam dłoń męża i odwra­cam się, by wyjść z pomiesz­cze­nia. Nie pamię­tam, jak daleko doszłam, nim nogi i głowa kazały mi się zatrzy­mać. Roz­sy­puję się i czuję, jak rośnie we mnie potrzeba, by wró­cić i posie­dzieć z nim dłu­żej. Mama Matty'ego obej­muje ręką moje ramiona i pro­wa­dzi mnie dalej. Idę więc. Na zewnątrz jest cicho, a świat wciąż jest na swoim miej­scu, gdy wsu­wamy się do samo­chodu i w mil­cze­niu jedziemy z powro­tem do domu.

Lekcje życia

Nic tak bar­dzo nie wstrząsa ilu­zją dosko­na­łego czy uda­nego życia niż doświad­cze­nie nagłej i przed­wcze­snej śmierci osoby, którą kochasz. Cios przy­cho­dzi zni­kąd, wydaje się wywra­cać rze­czy­wi­stość do góry nogami. Led­wie mie­siąc przed śmier­cią mojego męża sie­dzie­li­śmy w pocze­kalni schlud­nej kli­niki w Edyn­burgu, by wyko­nać bada­nia sta­no­wiące ostatni krok do uzy­ska­nia wiz, które pozwolą nam zamiesz­kać i pra­co­wać w Austra­lii. To było nasze wspólne marze­nie, które dzie­li­li­śmy, odkąd się pozna­li­śmy, mając nie­wiele ponad dwa­dzie­ścia lat. Roz­ma­wia­li­śmy o tym przez całe lata, a nawet poje­cha­li­śmy na mie­siąc mio­dowy do Austra­lii, by spraw­dzić, czy paso­wałby nam tam­tej­szy styl życia. Mie­li­śmy nadzieję, że to będzie przy­goda, która da nam obojgu szanse na roz­wój zawo­dowy i życie pasu­jące naszej rodzi­nie. Jak na iro­nię, tam­tego dnia oby­dwoje otrzy­ma­li­śmy poświad­cze­nie dobrego stanu zdro­wia i wizy zostały pod­stem­plo­wane. Cztery tygo­dnie póź­niej Matty nie żył, a nasze marze­nia i plany na przy­szłość zostały zruj­no­wane.

A teraz pozwól mi coś wyja­śnić. Nie cho­dzi o to, że nasze życie było abso­lut­nie ide­alne, ale wie­dzia­łam i czu­łam, że jeste­śmy szczę­ścia­rzami. Mie­li­śmy wspa­niałą rodzinę i troje zdro­wych dzieci, ota­czali nas przy­ja­ciele, a wyko­ny­wana przez nas praca współ­grała z naszym sty­lem życia. Stać nas było na wyjazdy waka­cyjne i byli­śmy szczę­śliwi. To było dla nas "ide­alne". Ale stop­niowo kieł­ko­wała we mnie myśl, że może nie możemy być tak szczę­śliwi. Że któ­re­goś dnia coś się musi wyda­rzyć.

Myśląc logicz­nie, pew­nie jest to prawda, która spraw­dzi się w przy­padku więk­szo­ści z nas.

W któ­rymś momen­cie wszy­scy doświad­czymy straty kocha­nej osoby i zmie­rzymy się z pro­ble­mem zdro­wot­nym czy z innym życio­wym kry­zy­sem.

Ale ni­gdy nie wyobra­ża­łam sobie, że zostanę zdana na życie bez part­nera, któ­rego wybra­łam led­wie kilka lat wcze­śniej. W książce Z wielką odwagą3 ame­ry­kań­ska autorka Brené Brown okre­śliła ten typ myśle­nia jako "wyrze­ka­nie się rado­ści": uczu­cie zado­wo­le­nia lub szczę­ścia, które natych­miast zostaje wyparte przez mar­twie­nie się o to, co złego może się zda­rzyć (Brown, 2012).

Co zro­bi­łam, gdy takie życie, jakie dotych­czas zna­łam, zostało mi ode­brane? Cóż, zro­bi­łam to, co umia­łam robić. Zaczę­łam dawać sobie radę. Byłam bar­dzo dobra w robie­niu tego, co należy. Zaci­snę­łam zęby i przy­stą­pi­łam do radze­nia sobie z koniecz­no­ścią życia jako owdo­wiała matka trojga małych dzieci. Codzien­nie roz­pra­wia­łam się z biu­ro­kra­cją śmierci. To nie było jakieś tam radze­nie sobie. Byłam w tym świetna. Byłam osobą nasta­wioną na osią­ga­nie celów i gdy natknę­łam się na kolejną rzecz, z którą musia­łam się zmie­rzyć, wie­dzia­łam, że mi się to uda - krok po kroku, aż dotrę do celu.

Nie rozu­mia­łam wtedy, że tu nie będzie punktu koń­co­wego. Celu do osią­gnię­cia. Ta śmierć sta­nie się na zawsze sta­łym ele­men­tem mojego życia. Ale w tam­tym cza­sie byłam po pro­stu w try­bie prze­trwa­nia i odwo­ły­wa­łam się do dobrze zna­nych sche­ma­tów, dzięki któ­rym radzi­łam sobie przez trzy­dzie­ści pięć lat życia - aż do tego momentu. Wyra­żało się to na wiele spo­so­bów. Pierw­szej nocy po śmierci Matty'ego moja mama deli­kat­nie suge­ro­wała, że może ze mną zostać na noc w moim domu. Sta­now­czo odmó­wi­łam. Mia­łam silne poczu­cie, że muszę zacząć funk­cjo­no­wać w try­bie, w któ­rym będę funk­cjo­no­wała już zawsze. Dotych­czas byłam dum­nie nie­za­leżna. Teraz byłam zdana na sie­bie i tak już miało zostać. Jasne i pro­ste.

Wów­czas nie widzia­łam w tym podej­ściu tego, czym było ono naprawdę.

Odpy­cha­łam ludzi od mojego bólu.

Nie czu­łam się kom­for­towo z myślą, że kto­kol­wiek mógłby być świad­kiem mojej żałoby. Dopiero póź­niej zro­zu­mia­łam, że inne osoby będące świad­kami mojej straty osta­tecz­nie będą dla mnie otu­chą. Ale począt­kowo nie mogłam sobie pozwo­lić na przy­ję­cie peł­nego wspar­cia. Wie­rzy­łam, że jeśli po pro­stu zdo­łam zacho­wać kon­trolę, to wszystko będzie w porządku... Kla­syczne zacho­wa­nie per­fek­cjo­ni­sty sta­ra­ją­cego się kon­tro­lo­wać cał­ko­wi­cie nie­kon­tro­lo­walną sytu­ację.

Dostosowywanie się do każdej chwili

Jakieś trzy dni po śmierci Matty'ego dzieci popro­siły mnie, by posta­wić w ogro­dzie dmu­chany base­nik. Był lipiec. Zaczęły się waka­cje, a pogoda była nie­ty­powo gorąca jak na Szko­cję. I tak oto zna­la­złam się w kostiu­mie kąpie­lo­wym, na tyłach domu, dmu­cha­jąc basen i despe­racko sta­ra­jąc się spra­wić, by życie moich dzieci wyda­wało się im nor­malne. Pamię­tam, jak słabo się czu­łam, pom­pu­jąc ten base­nik - wdech po wde­chu, aż do końca. I choć bra­łam wde­chy i wyde­chy, to serce, które tło­czyło w moje ciało tlen, było zła­mane.

Uświa­do­mie­nie sobie, że moje dzieci ni­gdy w pełni nie będą znały swo­jego taty, było przy­tła­cza­jące. Myśl, że Matty ni­gdy nie popro­wa­dzi naszej córki Elli do ołta­rza w dzień jej ślubu, do dziś wyrywa ze mnie szloch. Czę­sto się zasta­na­wiam, czy gdy nadej­dzie ten dzień, Ella poprosi mnie, bym z braku ojca to ja "oddała ją mężowi". Czy w ogóle wyj­dzie za mąż?

Od chwili gdy Matty wydał ostat­nie tchnie­nie, instynk­tow­nie przy­ję­łam za prawdę prze­ko­na­nie, że moim zada­niem jest spra­wić, by dla moich dzieci wszystko było "w porządku". Że muszę jakoś zmniej­szyć ich ból i cier­pie­nie. Wszystko to zale­żało ode mnie. To było coś, co musia­łam zro­bić. Obec­nie wiem, że nie jestem odpo­wie­dzialna za uwal­nia­nie moich dzieci od ich bólu. Że sta­nowi on wyraz miło­ści, jaką czują do swo­jego taty. Nie­mniej jestem odpo­wie­dzialna za bycie przy nich, gdy go doświad­czają, i za ucze­nie ich, że nie zawsze będzie on tak inten­sywny jak w tam­tych naj­trud­niej­szych chwi­lach.

Oczy­wi­ście ta pre­sja, jaką począt­kowo się obcią­ży­łam, spra­wiała, że chwi­lami się roz­kle­ja­łam. Czę­sto doświad­cza­łam zała­ma­nia w samot­no­ści, o zmroku, po zasu­nię­ciu zasłon, gdy dzieci bez­piecz­nie leżały w łóż­kach. Cza­sem uży­wa­łam czer­wo­nego wina, by uśmie­rzyć moje uczu­cia. Cza­sem zaś wino pozwa­lało mi zyskać do nich dostęp. Powód nie miał zna­cze­nia, bo na tym eta­pie nie doświad­cza­łam w pełni żałoby i z pew­no­ścią nie prze­twa­rza­łam moich emo­cji w żaden zna­czący spo­sób.

Mimo to, patrząc wstecz, dość szybko zaczę­łam sto­so­wać wobec sie­bie te same stra­te­gie, które mogła­bym zasu­ge­ro­wać klien­towi prze­ży­wa­ją­cemu stratę podobną do mojej. Dołą­czy­łam do grupy wspar­cia dla osób, które wcze­śnie owdo­wiały, i cho­dzi­łam na spo­tka­nia z nimi oraz zabie­ra­łam dzieci na prze­zna­czone dla nich wyda­rze­nia. Dołą­czy­łam do klubu tria­tlo­no­wego, by moje ciało doświad­czało ruchu. Odby­łam także kilka spo­tkań z moim pry­wat­nym psy­cho­lo­giem i z moim daw­nym men­to­rem z cza­sów tre­ningu kli­nicz­nego, który sam wcze­śnie stra­cił żonę. Pozor­nie wszystko to wyglą­dało jak zdrowe stra­te­gie adap­ta­cyjne. Jed­nak, gdy mam być teraz ze sobą szczera, w moim umy­śle te dzia­ła­nia sta­no­wiły coś w rodzaju listy do odha­cze­nia. Per­fek­cjo­nizm, na któ­rym od lat pole­ga­łam, wysu­nął się na pierw­szy plan. Utknę­łam w try­bie dzia­ła­nia i dąże­nia, zamiast pozwo­lić sobie na odsło­nię­cie mojej prze­strzeni emo­cjo­nal­nej - po to, by się uzdro­wiła. To przy­szło dużo póź­niej.

Przelanie tego na papier

W któ­rymś momen­cie zaczę­łam pisać. Na początku miało mi to pomóc zapa­mię­tać rze­czy zasło­nięte mgłą umy­słową mojej żałoby. Chcia­łam mieć godne zaufa­nia świa­dec­two, któ­rego mogła­bym użyć pew­nego dnia dla wspar­cia pamięci, by poroz­ma­wiać z moimi dziećmi o tym, co się stało.

Jed­nak, zapi­su­jąc moje doświad­cze­nia, odna­la­złam zarówno swój głos, jak i wie­lość emo­cji tłu­mio­nych przez moje per­fek­cjo­ni­styczne dzia­ła­nia i dąże­nia. Prze­le­wa­łam moje uczu­cia razem ze łzami na zapi­sy­wane stro­nice.

Dzięki pisa­niu mogłam dotknąć swo­jej żałoby, a to roz­darło mnie od środka.

Nie­śmiało zaczę­łam dzie­lić się moim pisa­niem w for­mie bloga i postów w mediach spo­łecz­no­ścio­wych. Tra­fia­łam z tym do wielu osób i osta­tecz­nie moje wpisy stały się dzien­ni­kiem i wpraw­kami pisa­nia, a potem wydaną samo­dziel­nie książką Grief Wri­ter: A Jour­nal (Dzien­nik żałoby). To pomo­gło mi zarówno zbu­do­wać wła­sną drogę do ule­cze­nia, jak i stwo­rzyć dzie­dzic­two życia Matty'ego, które mogło pomóc innym w ich podróży poprzez prze­twa­rza­nie emo­cji towa­rzy­szą­cych stra­cie.

Po pierw­sze i naj­waż­niej­sze, pisa­nie stało się bez­pieczną prze­strze­nią, do któ­rej mogłam uciec. A w tam­tym cza­sie chcia­łam uciec przed wszyst­kim. Przed real­no­ścią śmierci Matty'ego. Nie­koń­czą­cymi się, choć pły­ną­cymi z naj­lep­szych inten­cji wia­do­mo­ściami, które poja­wiały się na ekra­nie mojego tele­fonu o wszel­kich porach dnia i nocy. Zapa­chem mojego domu, wypeł­nio­nego tak wie­loma liliami, że cuch­nął śmier­cią.

Chcia­łam też uciec przed ludźmi. Zbyt wie­loma ludźmi. Poli­cjan­tami, z któ­rymi musia­łam roz­ma­wiać z powodu nagłego cha­rak­teru śmierci mojego męża. Gośćmi, któ­rzy wpa­dali spraw­dzić, jak się mam. Rodzi­cami kole­gów i kole­ża­nek moich dzieci, któ­rzy, gdy moja córka poszła do szkoły, zaska­ki­wali mnie na podwórku pyta­niami w rodzaju: "Jak się masz?", "Jak dzieci?" albo, co jesz­cze gor­sze, "To co się wła­ści­wie stało?". Jak w ogóle masz choć spró­bo­wać odpo­wie­dzieć na takie pyta­nie, zwłasz­cza gdy zadają je nie­mal obcy ludzie?

Raz nawet przed­sta­wiono mnie pew­nej kobie­cie jako kogoś, kto kilka tygo­dni wcze­śniej stra­cił męża. Ta kobieta spoj­rzała na mnie z lito­ścią i powie­działa ze swoim wyraź­nym akcen­tem z West Lothina: "Kocha­niutka, wiem, jak się czu­jesz. Gdy kilka lat temu stra­ciłam męża, byłam zała­mana". Ta kobieta była koło sie­dem­dzie­siątki. Uśmiech­nę­łam się tylko i ski­nę­łam głową, ale wewnątrz krzy­cza­łam, że mam trzy­dzie­ści pięć lat, troje dzieci, a mój mąż nie dożył swo­ich trzy­dzie­stych ósmych uro­dzin. Nie miała poję­cia, jak się czuję.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki