1 Royce, obecnie
Siedziałem w obszernym, obitym skórą fotelu w głębi biura, zarzuciwszy stopę na kolano drugiej nogi. Starałem się skupić na poprawianiu mankietów i nie ulec pełzającej po moim ciele wściekłości.
W pomieszczeniu wisiało nieprzyjemne napięcie. Jednocześnie aż biło tu pretensjonalnością na miarę wody mineralnej za parę stów. Wszechobecne drewniane ozdoby i wyeksponowane pierwsze edycje albumów podsycały tylko kłujące w oczy wrażenie arogancji i ostentacyjnego farmazoniarstwa.
Przekrzywiwszy nieco głowę, przyjrzałem się mężczyźnie zasiadającemu na dętym tronie po drugiej stronie biurka. Miał na sobie garnitur i krawat - jak zawsze. Jego włosy były perfekcyjnie ułożone i zaczesane na bok. Tylko brzuch zaczynał mu za bardzo pęcznieć. Jego właściciel najwyraźniej pozwolił dumie z samego siebie wygrać z sumieniem.
Cały Karl Fitzgerald.
Właściciel wytwórni Mylton Records, złamas światowej klasy.
Mój pieprzony ojczym.
Wychodząc za niego, moja matka nie miała przed oczami serduszek, a wielkie znaczki dolara.
- Royce - zagaił takim tonem, jakby łaskawie pozwolił mi zabrać głos.
- Tato - zdobyłem się na uśmiech. - Miło cię widzieć.
Moje słowa aż ociekały sarkazmem i pogardą. Nie mogłem zdzierżyć widoku tego bydlaka. Pechowa sprawa, bo tak się składało, że był on także moim szefem.
Był to jednak element planu. Znacie to powiedzenie: przyjaciół trzymaj blisko, a wrogów jeszcze bliżej. Zamierzałem siedzieć mu na ogonie aż do chwili, gdy go wyprzedzę i zniszczę.
Wcześniej to on okradł mnie ze wszystkiego. Wszystko, co miałem, zmiażdżył w swoich chciwych łapskach. Nie mogłem się doczekać, aż mu się odpłacę.
- Chcę tylko, żebyśmy mieli jasność sytuacji. Nie chciałbym, żeby miały miejsce... kolejne błędy - powiedział kąśliwie.
- Wyraziłeś się bardzo jasno.
- Doprawdy? - odparował. - Za pierwszym razem się nie wywiązałeś i nie życzę sobie powtórki.
W moim gardle wezbrał śmiech niedowierzania. Wyjrzałem za okno i powiodłem wzrokiem po rozległej posiadłości ojczyma. Jak okiem sięgnąć - wszędzie perfekcyjnie przystrzyżona trawa, a na końcu, na samym urwisku, odkryty basen bez krawędzi. Miało się wrażenie, że lustro wody sięga szczytów wieżowców w rozciągającym się poniżej mieście.
Wytatuowanymi palcami bębniłem po kolanie, którym z kolei z kosmiczną częstotliwością poruszałem w górę i w dół. Moje zmysły zaczynało przesycać wzburzenie. Czułem, jak krew w moich żyłach wrze.
Powoli ponownie skierowałem wzrok na człowieka, który niczym upiór okrył cieniem całą moją rodzinę. Mieliśmy u steru wcielonego potwora.
- Pojawiła się... pewna trudność - nie zamierzałem bardziej go wtajemniczać.
- "Trudność"? - odparł drwiąco. - Twoja robota polega na tym, żeby je eliminować. Masz doprowadzać sprawy do końca. Wszystko ma być na piśmie, podpisane atramentem, krwią czy czym tam, kurwa, będzie trzeba. Nie może być tak, że podkulasz ogon, kiedy ktoś ci mówi "nie".
Byłem tak rozgoryczony, że aż zacisnąłem dłoń w pięść. Oczywiście, że dla niego "nie" nigdy nie starczało za odpowiedź. Uważał, że rozwiązaniem zawsze są pieniądze - że pozwolą obejść każdą przeszkodę, dadzą odpowiedź na każde pytanie i zagłuszą wszelkie wątpliwości. Wierzył, że dają bezkarność i pozwolą zatuszować każde przestępstwo.
Zastanawiałem się, czy była jakaś granica. Jak bardzo był zepsuty i zdeprawowany? Jak mocno zdołał już zatruć świat takim myśleniem?
Z wolna podniosłem się z fotela. Gniew buzował we mnie tak bardzo, że nie byłem w stanie usiedzieć. Przemierzyłem pokój i stanąłem tuż przy biurku ojczyma, opierając dłonie na lśniącej politurze.
- Bardzo dobrze wiem, na czym polega moja praca. Działam po swojemu i jestem w tym zajebiście dobry. Masz z tym problem? No to śmiało, zwolnij mnie.
Wiedziałem, że tego nie zrobi. Potrzebował mnie. Sam dopilnowałem, żeby tak było. Nie miał nikogo lepszego ode mnie, więc byłem mu niezbędny. Nie znaczyło to jednak wcale, że mnie lubi.
Poczerwieniał na twarzy, a jego oczy pociemniały od nienawiści.
- Jesteś tu dziś dzięki mnie. Nie zapominaj o tym.
Nachyliłem się do niego i wycedziłem:
- Jestem tu, bo mnie potrzebujesz. Nie zachowuj się, jakbym ci cokolwiek zawdzięczał. O nic cię nigdy nie prosiłem.
Pozycja - to jedyne, co zapewniła mi moja żałosna matka. Zrobiła to z poczucia winy, a ja z cieknącą ślinką przyjąłem stanowisko, by od pierwszych dni snuć plan zemsty.
Na twarzy ojczyma zagościł jadowity uśmiech.
- Złościmy się, co? Młody gniewny zaraz nam tu wybuchnie - kląsknął wrednie w typowy dla siebie sposób. - Może lepiej by było, gdybyś dalej siedział.
Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu.
- Kto wie. Może i tak.
Wypuścił powietrze nosem i rozparł się w fotelu.
- Coś jeszcze? - spytałem, przechylając lekko głowę. - Mam sporo roboty.
Gdy skinął drętwo głową, obróciłem się na pięcie i zostawiwszy go przy biurku, ruszyłem przed siebie korytarzem. Odgłos moich kroków po marmurowej posadzce niósł się głośnym echem.
- Masz nie wracać, póki nie załatwisz sprawy.
Gdy zza pleców dobiegł mnie głos ojczyma, zesztywniałem. Czując, jak znów wzbiera we mnie gniew, zerknąłem na niego przez ramię. Czułem cholerny niesmak z tego powodu, że - choć z różnych powodów - obaj chcemy tego samego.
- Zaufaj mi. To już praktycznie dopięte.
- Zuch chłopak - rzucił z szyderczym błyskiem w oku. Jakbym choć trochę go obchodził.
Nie uraczywszy starego kutasa odpowiedzią, wyszedłem do holu.
Zaraz zbił mnie z tropu widok mojej młodszej siostry, Maggie, kręcącej się przy schodach. Była szatynką; odcień jej spiętych w kucyk włosów był o dwa tony jaśniejszy od mojego. To chucherko zawsze otaczała aura strachu. Dałbym wszystko, żeby Maggie mogła się uwolnić od lęku.
Zrobiła dwa kroki w moją stronę. Na widok blizny wyzierającej z jej dekoltu jak zawsze poczułem przypływ nieuleczalnej wściekłości. Ta nieusuwalna czerwona pręga była jak mój gniew.
Maggie przysłoniła dekolt, krzyżując ręce. Na jej twarzy malował się wyraz niewinnego niezrozumienia.
- Nie wiem, po co się z nim kłócisz. Przecież wiesz, że nic się od tego nie zmieni.
Natychmiast zbliżyłem się do niej i przytuliłem ją.
- Wychodzi na to, że czasem nad sobą nie panuję - odparłem, całując ją w czoło.
Tak, przy Karlu Fitzgeraldzie zdecydowanie nie umiałem nad sobą zapanować.
- Znów jesteś zły. To smutne - szepnęła gdzieś w stronę mojego serca. Była tak niziutka, że sięgała mi ledwie do połowy klatki piersiowej.
- Nie jestem zły.
- Nie kłam - rzekła. - Przecież słyszę. Czuję to.
Wzruszenie chwyciło mnie za gardło. Naprawdę kochałem siostrę. Tylko miłość do niej mi pozostawała. Z żadnej innej, którą czułem w życiu, nie zostało nic. Moje dawne wielkie uczucia spaliły się na popiół, a ich miejsce zajęła pogarda.
Przytuliłem Maggie jeszcze mocniej.
- Jestem ostatnią osobą, o którą powinnaś się martwić.
- Chcę po prostu, żebyś był szczęśliwy - odpowiedziała.
- Jestem przy tobie - wyszeptałem ponad czubkiem jej głowy.
Maggie wsunęła dłonie do kieszeni mojej marynarki, odchyliła się i spojrzała na mnie, mrugając.
- Wiesz, że to za mało. Przecież przeze mnie straciłeś wszystko.
Chwyciłem ją za ramiona.
- Nie chrzań.
Do oczu Maggie napłynęły łzy.
- Ale to prawda.
Musiałem się powstrzymać, bo znów poczułem przypływ wściekłości. Rozpierała mnie chęć, by wparować do gabinetu ojczyma i zmusić go, by wyznał, kto naprawdę był za to odpowiedzialny. Wtedy wszystko to wreszcie by się skończyło.
Musiałem jednak pamiętać o celu, który sobie wyznaczyłem. Nad planem ataku pracowałem już od czterech lat.
- Nie, Maggie, to nieprawda. To ani trochę nie była twoja wina.
Ten bydlak, nasz chciwy ojczym, dopilnował, by ten, kto naprawdę był winny, nie poniósł konsekwencji.
Pogładziłem siostrę po policzku, ocierając z niego łzę.
- Więcej się na mnie nie zawiedziesz, Mag. Obiecuję.
- Chcę tylko być bezpieczna. Niech to się już skończy.
- Już niedługo - szepnąłem, przyciskając usta do jej skroni.
Potem odwróciłem się i wyszedłem. Na półkolistym podjeździe czekał już na mnie samochód. Wśliznąłem się na tylną kanapę.
- Dzień dobry, panie Reilly. Dokąd jedziemy? - Kierowca przyjrzał mi się w lusterku, czekając na to, co powiem.
- Na lotnisko - odparłem, rozpierając się w fotelu.
Rozpiąłem marynarkę, westchnąłem i potargałem lekko włosy. Starałem się uspokoić i zapanować nad tłukącym się szaleńczo sercem. Kierowca wyprowadził auto z długiego podjazdu pod posiadłość Karla, po czym ruszył krętą drogą w dół wzgórza. Kierowaliśmy się wprost na lotnisko. Tam, w prywatnym hangarze, czekał na mnie odrzutowiec.
Gdy dotarliśmy na miejsce, steward wniósł do samolotu mój bagaż.
Wszedłem po schodkach i skinieniem głowy przywitałem się z pilotami i stewardesą. Zająłem miejsce w fotelu i poczęstowałem się podaną mi whisky. Potem sięgnąłem po telefon, który zawibrował w mojej kieszeni. Dostałem SMS: Zależy nam na tym, żebyś to załatwił.
Już jestem w drodze - odpisałem.
* * *
koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji