Ginger
Spóźniam się. Dokładnie o piętnaście minut. Nie to jednak stanowi największy problem dzisiejszego poranka. Nie jest nim również fakt, że ledwo udaje mi się domknąć walizkę, która waży prawdopodobnie tyle co ja, ani to, że zniesienie jej na dół stanowi większe wyzwanie niż godzinny trening na siłowni.
Moim cholernym problemem jest cholerny Weston Prescott, opierający się o bok swojego cholernego samochodu, spoglądający na mnie spod cholernych ciemnych okularów, które ma na nosie, choć jest cholerny grudzień.
Fakt, mimo niskiej temperatury jest dziś wyjątkowo słonecznie, a promienie odbijają się od śniegu, rażąc w oczy, co tłumaczy, dlaczego je założył, ale to wciąż odrobinę zbyt nonszalanckie. Nawet jak na niego.
Prawdę mówiąc, to, że nosi w zimę okulary przeciwsłoneczne, jest naprawdę nieistotnym szczegółem - na którym ja z premedytacją postanawiam się skupić. I robię to wyłącznie dlatego, że boję się pozwolić sobie odpłynąć myślami w stronę tego, co oczywiste.
A oczywiste jest to, że Weston się zmienił.
Spodziewałam się, że będzie wyglądał inaczej. W końcu, gdy widziałam go po raz ostatni, miał dwadzieścia cztery lata, ledwo co skończył studia i właśnie rozpoczynał karierę w jednym z oddziałów sieci hoteli swoich rodziców. Już wtedy miałam go za dojrzałego, zwłaszcza że patrzyłam na niego z perspektywy roztrzepanej dziewiętnastolatki, ale mam wrażenie, że byłam w błędzie.
Dopiero teraz jest dojrzały. W taki prawdziwy, męski sposób. Z ostro zarysowaną szczęką, kilkudniowym, idealnie wypielęgnowanym zarostem i zaczesanymi do tyłu włosami. Jego sylwetka także zmężniała. Po sześciu latach wydaje mi się bardziej postawny. Jego ramiona wyglądają na szersze, a mięśnie na bardziej napięte. Niezmienne pozostało jedynie to, jak jest wysoki.
Weston milczy, kiedy podchodzę do niego z moją ogromną walizką, a ponieważ nie potrafię znieść panującej między nami ciszy, postanawiam ją przerwać.
- Kopę lat - rzucam, gdy zatrzymuję się dwa kroki od niego.
Momentalnie żałuję, że odezwałam się pierwsza.
Kopę lat? Serio?
Nie wierzę, że to nasze pierwsze spotkanie od wieków, a ja witam się z nim jak dziwny, podstarzały mężczyzna, który spotyka w sklepie spożywczym swojego kumpla ze szkoły średniej.
- Ta, kopę lat - mamrocze w odpowiedzi, nawet nie kryjąc się z tym, że mierzy mnie badawczym wzrokiem.
To, w jaki sposób mi się przygląda, mimowolnie sprawia, że przechodzi mnie dreszcz. Wiem, że nie ma w tym nic dziwnego, bo robi to dlatego, że nie widzieliśmy się od naprawdę dawna, a ja, podobnie jak on, również się zmieniłam. Ale intensywność jego spojrzenia powoduje, że znów czuję się jak speszona jego towarzystwem gówniara, choć w rzeczywistości Weston nie wywołuje już we mnie takich reakcji jak lata temu.
- Cześć, Wes - wyduszam z siebie z opóźnieniem, gdy przypomina mi się, że nie przywitałam się z nim jak należy. - Dobrze cię widzieć. - Nie jestem w stu procentach szczera, bo prawdę mówiąc, jego obecność na naszym wyjeździe nie jest mi na rękę i trochę mnie krępuje, ale nie mogę przecież przyznać tego na głos, dlatego postanawiam pokusić się o to drobne kłamstwo.
- Zdecydowanie, mała Hale.
Mała Hale. Te dwa słowa brzmią w jego ustach jednocześnie znajomo i nieswojo, wywołując dziwny skurcz w moim żołądku.
Lata temu, za każdym razem, gdy zwracał się do mnie w ten sposób, miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Ilekroć nazywał mnie młodą lub małą, przypominałam sobie, że traktuje mnie wyłącznie jak głupiutką, niedojrzałą małolatę, a ja uparcie pragnęłam, by dostrzegł we mnie kobietę. Nie zrobił tego. I z perspektywy czasu doskonale rozumiem dlaczego.
Byłam dla niego głupiutką, niedojrzałą małolatą.
W końcu dzieli nas pięć lat różnicy, a to oznacza, że gdy on był poważnym studentem, który wkrótce miał się zająć prowadzeniem rodzinnego biznesu, ja byłam nastolatką z pryszczami na twarzy i obsesją na punkcie swojego ukochanego zespołu. Podsumowując, przez większość życia znajdowaliśmy się na różnych etapach, a gdy w końcu dotarliśmy do podobnego, Weston wyjechał, a ja postanowiłam dać sobie z spokój z nim i z tym bezsensownym zauroczeniem.
- Sześć lat później, a ty wciąż nie znasz się na zegarku - oznajmia, komentując moje spóźnienie. - Powinienem wiedzieć, żeby nie przyjeżdżać po ciebie punktualnie.
Spodziewałam się, że nie będzie największym entuzjastą mojej obecności. W zasadzie nigdy nim nie był. Sądzę, że przez większość czasu byłam mu raczej obojętna. Nie zmienia to jednak faktu, że mógłby oszczędzić sobie złośliwości już pierwszego dnia. Tyle że on nie zamierza tego robić. Wyczuwam to w napięciu jego głosu i zniecierpliwionym spojrzeniu, które właśnie mi posyła - jakby chciał, żebym szybciej mu odpowiedziała.
A ja nie zamierzam zwlekać już ani chwili dłużej.
- Sześć lat później, a ty wciąż jesteś złośliwy - odpieram, papugując jego ton.
Weston ściąga brwi i mruży powieki, zaskoczony tym, że mu odpyskowałam. Prawdopodobnie spodziewał się, że wydam z siebie nerwowy chichot i pokryję się rumieńcem, jak miałam to w zwyczaju kiedyś, ale nic z tego. Teraz jestem dorosła, znacznie pewniejsza siebie i przede wszystkim - już się w nim nie podkochuję, a to oznacza, że w końcu mogę rozmawiać z nim jak równy z równym. Bez jąkania się, speszenia i unikania jego wzroku.
- Nie jestem złośliwy, tylko szczery, Ginger.
- Co to za różnica, skoro twoja prawda brzmi wyjątkowo nieuprzejmie? - mamroczę pod nosem.
- Wolałabyś, żebym skłamał?
- Wolałabym, żebyś w ogóle nie komentował mojego spóźnienia - odpowiadam. - Nie widzieliśmy się tak długo, że kwadrans w jedną czy drugą stronę nie powinien mieć dla ciebie znaczenia.
- Nie wypominam ci tego z powodu ogarniającej mnie tęsknoty. Robię to, bo moglibyśmy być już w drodze, a zamiast tego wciąż tkwimy na twoim podjeździe - wyjaśnia monotonnym, pozbawionym emocji głosem. - Nie znoszę, gdy ktoś nie szanuje cudzego czasu. Nie wiem jak w twoim świecie, ale w moim każda minuta jest na wagę złota.
Prycham pod nosem. Zdaję sobie sprawę z tego, że to niegrzeczne, ale nie potrafię się powstrzymać, gdy raczy mnie tak typowym dla każdego ważniaka banałem.
Zdaje się, że wraz z wyjazdem z Denver Weston stał się jednym z nich.
- W moim świecie spóźnienie oznacza późniejszą pobudkę - informuję po chwili namysłu, wciąż rozbawiona jego nadęciem. - Wybacz, ale nie stawiam nikogo ponad dłuższą drzemkę.
Popycham w jego stronę moją zieloną walizkę, której każdy z brzegów jest ozdobiony naklejkami z poprzednich podróży. Wes unosi pytająco brew, ale nic sobie z tego nie robię. Po prostu zostawiam go z bagażem, a sama obchodzę samochód, by następnie zająć miejsce na siedzeniu pasażera. Zanim zamknę drzwi, pozwalam sobie na jeszcze jedną drobną uszczypliwość pod jego adresem.
- No dalej, Weston - poganiam z cisnącym mi się na usta uśmiechem. - Nie chcemy chyba marnować jeszcze więcej czasu.
Nie odpowiada. Zamiast tego wzdycha z irytacją, po czym wkłada moją walizkę do bagażnika.
Bezwiednie obracam się i obserwuję, jak starannie układa nasze bagaże, po czym, gdy jest już zadowolony z efektu, ściąga z siebie płaszcz i kładzie go na tylnej kanapie, upewniając się, że nie pomnie się podczas drogi. Ja również pozbywam się kurtki, chociaż robię to w znacznie bardziej chaotyczny sposób. Ściągam ją, po czym rzucam na siedzenie za sobą, prosto na ubranie mojego towarzysza.
Na szczęście Weston tego nie komentuje. Przynajmniej nie na głos, bo - sądząc po grymasie na jego twarzy - jestem niemal pewna, że w myślach zrobił to już kilkukrotnie, i to w niezbyt przychylny sposób.
Dołącza do mnie w środku, a następnie wpisuje w nawigację adres posiadłości swoich rodziców. Nim jednak odpali silnik, obrzuca mnie kolejnym spojrzeniem, zatrzymując je dłużej na górze mojego stroju, co zupełnie mnie nie dziwi, biorąc pod uwagę, co na siebie włożyłam.
- Niezły sweter, mała Hale.
Oczywiście, że zwrócił na niego uwagę. Byłabym zdziwiona, gdyby tego nie zrobił, bo ciężko przejść obojętnie obok kogoś, kto ma na sobie sweter z wyhaftowanym zdaniem "Kiedy święty Mikołaj mnie podgląda, ho, ho, ho zamienia się w och, och, och". Szczególnie, że nie tylko napis jest dwuznaczny, ale też obrazek - rękawiczka Mikołaja, w której tkwi laska cukrowa.
Prawdopodobnie powinnam była założyć coś mniej wyzywającego, ale po pierwsze, to jeden z najmniej szalonych swetrów w mojej kolekcji, a po drugie, jest naprawdę wygodny, ja zaś nie zamierzam męczyć się przez kilka godzin w samochodzie w szykownych ubraniach tylko po to, by wyglądać dobrze. W przeciwieństwie do Westona, który - mimo że przed nami długa droga - włożył grube ciemne dżinsy i elegancki, prawdopodobnie niesamowicie drogi golf.
- Dzięki. Jeśli ten ci się podoba, oszalejesz na widok pozostałych z mojej kolekcji.
Staram się zachować zimną krew, choć wewnątrz palę się ze wstydu. I nawet nie wiem dlaczego. Nie darzę już przecież Wesa takimi samymi uczuciami, jak jeszcze sześć lat temu, i udowodniłam dziś jemu i samej sobie, że potrafię z nim rozmawiać bez jąkania się przy każdym słowie, a jednak coś w nim nadal sprawia, że nieco się stresuję.
- Bez wątpienia - rzuca, a ja mogę przysiąc, że kącik jego ust drga z rozbawienia. - Twój gust już nie raz mnie zaskoczył.
Mam ochotę odpowiedzieć, że nie powinien go podważać, ponieważ przez długi czas on także był w moim guście, ale w porę gryzę się w język. Pewnie nie byłoby to nic szokującego, bo jestem niemal stuprocentowo przekonana, że Weston się domyślił, że kiedyś był moim obiektem westchnień, ale nie sądzę, żeby wspominanie o tym teraz było najlepszym pomysłem. Nie, gdy tkwimy we dwoje w jego samochodzie, w którym panuje już i tak dość niezręczna atmosfera. Delikatnie mówiąc.
- Mój gust się zmienił - informuję, z jakiegoś powodu chcąc, by wiedział, że upływający czas odbił się nie tylko na nim, ale też na mnie. - Tak samo jak ja.
- Zdążyłem to zauważyć. Wygląda na to, że jedyną stałą rzeczą są twoje paskudne świąteczne swetry - dodaje. - Choć one też stały się znacznie ostrzejsze i bardziej bezczelne. Zupełnie tak jak ty, Ginger.
Weston
Zapamiętałem Ginger Hale kompletnie inaczej.
Kiedy widziałem ją po raz ostatni, miała dziewiętnaście lat i w moich oczach wciąż była roztrzepaną, nieco nieporadną gówniarą, którą wprawiałem w zakłopotanie samą swoją obecnością. Jej policzki były niemal nieustannie pokryte rumieńcem, a wargi spierzchnięte od sposobu, w jaki je przygryzała, gdy speszona nie potrafiła sklecić przy mnie nawet jednego zdania.
Już wtedy sądziłem, że Ginger jest ładna. Owszem. Ale w taki najzwyklejszy, niezwracający uwagi sposób, w jaki może być ładna przyjaciółka młodszej siostry. Jej włosy miały niemal złoty odcień, oczy były zielone, a twarz delikatna. I mimo że widywałem ją niemal codziennie, przez myśl nigdy nie przeszło mi choćby "wow".
Teraz jest ładna w inny sposób.
Jak kobieta.
Nawet ubrana w ten obrzydliwy sweter z w sumie zabawnym napisem, wydaje mi się dojrzalsza. Te sześć lat zdecydowanie miało na nią duży wpływ. I nie mam na myśli tego, że jest starsza. Nie, chodzi mi o to, że gdy patrzę na nią po tej przerwie, dostrzegam, że jest już dorosła. I choć z jednej strony wciąż wydaje się tą samą nastolatką z blond kosmykami, zaróżowionymi policzkami i pełnymi ustami, z drugiej mam wrażenie, że wszystkie te cechy stały się wyraźniejsze.
Ona się taka stała.
Wyraźniejsza, zadziorniejsza i ostrzejsza.
Dziewczyna, która kiedyś nie była w stanie wypowiedzieć przy mnie pełnego zdania bez choćby pojedynczego chichotu i stawała się czerwona, gdy poświęciłem jej odrobinę uwagi, dziś spogląda na mnie pewnym siebie wzrokiem i nie boi się mi odpowiedzieć. Wręcz przeciwnie - ona mi odpyskowuje. I wnosząc po pełnym zadowolenia błysku w jej oku, sprawia jej to niemałą przyjemność.
Dzięki Bogu, że wciąż nosi te poliestrowe ohydztwa, bo gdyby wyzbyła się także ich, prawdopodobnie bym jej nie poznał.
- Mój gust się zmienił - oznajmia w kontrze do mojego komentarza. - Tak samo jak ja.
- Zdążyłem to zauważyć. Wygląda na to, że jedyną stałą rzeczą są twoje paskudne świąteczne swetry - oznajmiam zgodnie z tym, co przed chwilą pomyślałem. - Choć one też stały się znacznie ostrzejsze i bardziej bezczelne. Zupełnie tak jak ty, Ginger.
Jej dzisiejszy wybór jest, delikatnie mówiąc, zaskakujący. Choć to słowo wydaje mi się naprawdę sporym niedopowiedzeniem, gdy zerkam na dwuznaczny napis i jeszcze bardziej sugestywny obrazek przedstawiający świętego Mikołaja, który robi dobrze cholernej cukrowej lasce.
Ginger Hale stała się nie tylko doroślejsza, ale też zdecydowanie bardziej wyzwolona.
I nie jestem pewien, co powinienem o tym myśleć.
Na szczęście mnie o to nie pyta. Właściwie kompletnie ucina temat i rozsiada się wygodniej na fotelu.
Powstrzymuję się przed komentarzem, gdy - również bez pytania - sięga do kratek z nawiewem i przestawia je według własnego widzimisię, choć w samochodzie panuje idealna temperatura. Nie mówię też nic, gdy ściąga buty i wykłada stopy na deskę rozdzielczą, ani wtedy, gdy wyciąga z torebki krakersy, których okruszki już po chwili sypią się wokół niej, mimo że w myślach liczę już, ile będzie mnie kosztować gruntowne sprzątanie samochodu po tym wyjeździe. Gdy jednak zaczyna majstrować przy ekranie dotykowym, uruchamiając Spotify, postanawiam zabrać głos.
- Co robisz, Ginger? - pytam, próbując skoncentrować się na drodze, choć kątem oka zerkam na jej palce, które wystukują słowo "święta" na wyświetlaczu.
- Puszczam muzykę - rzuca jakby nigdy nic, nawet na moment nie odrywając wzroku od ekranu.
- Może inaczej: dlaczego to robisz?
- Ponieważ nie zamierzam jechać w ciszy przez cztery godziny - wyjaśnia. - Tylko socjopaci potrafią wytrzymać tyle w milczeniu.
- To bzdury.
- To naukowo udowodnione - kontruje.
- Przez kogo? - Skoro ona nie planuje odpuszczać, ja również pozostanę nieugięty.
- Przez naukowców z Uniwersytetu Nie Twój Interes.
Właśnie to miałem na myśli, mówiąc, że się zmieniła.
Kiedyś nie wypowiedziałaby w moim kierunku takiego zdania, a teraz robi to bez najmniejszych oporów.
- Muzyka mnie rozprasza. Szczególnie taka.
To tak zwana półprawda. W rzeczywistości nie mam nic przeciwko włączonemu radiu czy podcastowi, który leci w tle, gdy prowadzę. Wiem jednak, że playlista, którą wybierze Ginger, będzie nie do zniesienia. Fakt, że jej opuszka zawisa właśnie nad piosenką All I Want For Christmas, tylko mnie w tym utwierdza.
- Co masz na myśli, mówiąc "Szczególnie taka"?
- Tandetnie świąteczna - odpieram.
- Ej! - burzy się. - To klasyki.
- To piosenki, które puszczają w supermarketach od października, w nadziei na to, że klienci wpadną w szał zakupowy na dwa miesiące przed Bożym Narodzeniem - tłumaczę, nieco rozbawiony jej reakcją. - Kiedy je słyszę, w mojej głowie niemal automatycznie odtwarza się głos ekspedientki informującej, że właśnie rozpoczęła się promocja na piżamy w renifery.
- Nie ma w tym nic złego. Sama mam taką piżamę.
- Oczywiście, że masz, mała Hale.
Prycham pod nosem, gdy w mojej głowie pojawia się wizja drobnej blondynki ubranej w świąteczny zestaw z Rudolfem lub innym zwierzęciem ze świty świętego Mikołaja.
- Co to niby ma znaczyć?
- Co? - Marszczę brwi.
- Ten tekst. Fakt, że mam taką piżamę, nie jest aż tak oczywisty.
- Jest. Tak samo jak twoja obsesja na punkcie świątecznych rzeczy - wytykam. - Uwielbiasz wszystko, co świecące, błyszczące i kiczowate. Zupełnie jakbyś w grudniu wyzbywała się dobrego smaku.
- Nieprawda! Po prostu staram się poczuć klimat Bożego Narodzenia i nie ma w tym nic złego - oznajmia. - Sam powinieneś spróbować, Wes.
Prawdę mówiąc, nie jestem przeciwnikiem świąt. Cóż, nie jestem też ich największym fanem. Są mi raczej obojętne. Ale nie dam zrobić z siebie cholernego Grincha. W końcu gdybym nim był, nie wiedziałbym nawet o istnieniu tej postaci, prawda? Po prostu w porównaniu z Ginger i jej świąteczną garderobą wypadam słabo. Zresztą jak każdy. I dobrze, bo gdyby większość ludzi kierowała się tą modą, dostawałbym oczopląsu po każdym wyjściu z domu.
- Może wtedy nie byłbyś taki... - zaczyna, ale w porę milknie.
- Jaki? - drążę, celowo wprowadzając ją w zakłopotanie.
Na kilka sekund odwracam głowę w prawo, by na nią spojrzeć. Nie jestem zaskoczony, kiedy dostrzegam na jej twarzy mieszankę frustracji i zdenerwowania.
- Nadęty - rzuca w końcu.
A więc kiedyś byłem jej ideałem faceta, a teraz jestem nadęty.
Świetnie.
Ginger nie żartowała, gdy mówiła o zmianie gustu. Naprawdę jest inna. Wewnątrz i na zewnątrz, a ja potrzebuję czasu, by do tego przywyknąć. Choć nie wiem, dlaczego miałbym. Przecież spędzę z nią raptem trzy tygodnie, a potem znów zapomnimy o swoim istnieniu. To, którą wersją siebie będzie przez ten czas, nie powinno mieć dla mnie znaczenia.
- Więc teraz jestem nie tylko złośliwy, ale też nadęty? - pytam, a moja brew mimowolnie się unosi.
Znów na nią zerkam, kierowany ciekawością. Spodziewam się dojrzeć zakłopotanie na jej anielskiej twarzy, ale równie dobrze mogę zobaczyć coś innego. Ginger zaskoczyła mnie dzisiaj kilkukrotnie i nie będę zdziwiony, jeśli zrobi to ponownie.
- Kiedy ujmujesz to w ten sposób...
- Ty to robisz - wchodzę jej w słowo. - Ja tylko powtarzam to, co powiedziałaś. A wyraźnie powiedziałaś, że jestem złośliwy i nadęty, Ginger.
- Wiem, co powiedziałam - przyznaje, po czym z jej ust wydostaje się zirytowane westchnienie. - Ale nie to miałam na myśli.
- A co? - dociekam. - Bo brzmiało, jakby chodziło ci dokładnie o to.
Dziewczyna milknie na moment, a ja mogę niemal usłyszeć, jak myśli, próbując sformułować jakąś wymówkę. Marszczy nos i układa wargi w zabawny sposób, zupełnie nieświadomie, przez dłuższą chwilę zastanawiając się nad odpowiedzią - i to pierwszy tego dnia gest, w którym dostrzegam Ginger sprzed lat.
- Spoważniałeś - wydusza w końcu.
- Mam trzydzieści lat - zauważam. - Dziwne, gdybym nie spoważniał.
- To, że się zestarzałeś, to jedno, ale to, że stałeś się ważniakiem w drogich ubraniach, to kompletnie inna sprawa - wyjaśnia swobodnie, podczas gdy ja marszczę czoło ze zdziwienia.
Nie tego się spodziewałem. Miałem nadzieję, że ciągnąc ją za język, usłyszę w końcu coś pochlebnego, ale zamiast pochwał otrzymałem jedynie to niezwykle dotkliwe podsumowanie.
- Odnoszę wrażenie, że... - zaczynam, ale tym razem to ona mi przerywa.
- Zmieńmy temat - zarządza, jakby przed chwilą nie oznajmiła, że jestem podstarzałym gburem. - Co z tą muzyką, Weston? Mogę włączyć moją ulubioną playlistę albo możemy puszczać po jednym utworze na przemian.
- Żadnej. Muzyki. Ginger.
- Chryste, w porządku. Na szczęście jestem przygotowana - rzuca, a następnie wyciąga z torebki bezprzewodowe słuchawki. - Miłej jazdy w ciszy, ważniaku.
Wkłada słuchawki do uszu i nie ściąga ich już do końca podróży, dając mi mój upragniony spokój. Spokój w akompaniamencie puszczonego w zapętleniu, zniekształconego All I Want For Christmas, które dociera do mnie z jej zdecydowanie niedźwiękoszczelnego sprzętu.
Ginger
- Jesteście!
Krzyk pani Prescott rozlega się w posiadłości, gdy tylko przekraczamy jej próg, a zaraz za nim podąża charakterystyczny stukot drogich pantofli. Chwilę później kobieta, która jest przyczyną tego zamieszania, pojawia się w holu i nim zdążę się zorientować, zamyka mnie w szczelnym, matczynym uścisku.
- Gigi, skarbie. - Przytula mnie tak mocno, że niemal słyszę, jak pękają mi żebra. - Tak dawno cię nie widziałam. Zdecydowanie za rzadko do nas wpadasz.
Kiedy z Blair byłyśmy młodsze, spędzałam w ich domu każdą wolną chwilę, przez co rodzice mojej przyjaciółki traktowali mnie jak swoje trzecie dziecko. Gdy jednak dorosłyśmy - i co za tym idzie, stałyśmy się bardziej samodzielne - przestałam widywać się z państwem Prescott aż tak często. Właściwie spotykamy się głównie tutaj, w Aspen, na naszym corocznym wyjeździe.
- Tęskniłam za wami - przyznaję szczerze. - I za twoim grzańcem. Nikt nie potrafi przygotować go tak dobrze jak ty.
- Spróbowałabyś powiedzieć co innego. - Grozi mi palcem.
- Nie jestem na tyle odważna - żartuję. - Szczególnie, że mam nadzieję napić się go jeszcze dzisiaj.
- Załatwione. Zaraz go dla ciebie zrobię - obiecuje, a następnie w końcu się ode mnie odsuwa i przenosi uwagę na mojego towarzysza. - Ale najpierw pozwól, że przywitam się ze swoim synem marnotrawnym.
Nie jestem zaskoczona, gdy widzę, że Weston reaguje na ten przydomek grymasem. Z rozbawieniem obserwuję, jak wywraca oczami, ale pozwala objąć się matce, po czym sam również otacza ją ramieniem, z tym że w jego przypadku ten gest wydaje się niezręczny.
- Wes. - Sposób, w jaki Vivian wypowiada jego imię, świadczy o tym, jak bardzo cieszy się z jego wizyty. - Zaczęłam powoli tracić nadzieję, że jeszcze kiedyś do nas dołączysz. Nie wspominając już o tym, że widzę cię rzadziej niż Gigi. Jeszcze rok i zapomniałabym, jak wyglądasz.
- Dzwonisz do mnie przynajmniej raz w tygodniu - rzuca Weston, czym mnie rozbawia. - Na kamerce. Z nikim nie rozmawiam tak często jak z tobą i tatą.
- Na kamerce się nie liczy. Nie jesteśmy jakimiś cyborgami, żeby spotykać się wyłącznie online.
- Mieszkam w Kalifornii, mamo. Dzieli nas siedemnaście godzin drogi samochodem. Dobrze wiesz, że nie mogę ot tak wpaść do ciebie na kawę - tłumaczy ze spokojem.
Vivian zdaje się akceptować jego wyjaśnienia.
- Po prostu uważam, że od czasu do czasu mógłbyś wziąć wolne i nas odwiedzić.
- Właśnie to robię. Przez prawie cały grudzień masz mnie do swojej dyspozycji, a ja zamierzam uprzykrzać ci życie, tak jak robiłem to w dzieciństwie.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo mnie to cieszy. - Sądząc po jej uśmiechu, mówi szczerze. - A teraz chodźcie. Blair pokaże wam pokoje, a ja w tym czasie przygotuję coś do jedzenia. Musicie być głodni po podróży.
- Właściwie to... - zaczynam, ale Weston postanawia się odezwać w tym samym momencie.
- Ja tak - wtrąca. - Ginger zjadła w samochodzie tyle krakersów, że prawdopodobnie nic już w siebie nie wciśnie.
Co za wyliczający mi, ile zjadłam, dupek!
- Wręcz przeciwnie. Chętnie coś przekąszę. Większość moich krakersów i tak skończyła pokruszona na fotelu. - Posyłam mu krzywy uśmiech. - Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe.
- Oczywiście, że mam - odpiera niewzruszony. - Zapłacisz mi za czyszczenie tapicerki, mała Hale.
- Weston! - karci go matka. - Daj spokój tej biednej dziewczynie. I wyluzuj. Nie jesteś w pracy. Nikt tu nie będzie wykonywał twoich poleceń.
Wes otwiera usta, żeby jej odpowiedzieć, ale na szczęście w porę dołącza do nas Blair, która rozładowuje atmosferę. Wita się ze mną i swoim bratem, a następnie prowadzi nas do pokoi, które mamy zajmować przez najbliższe tygodnie.
Państwo Prescott oraz Blair przyjechali do posiadłości chwilę przed nami i zdążyli rozgościć się już na pierwszym piętrze, tam gdzie zwykle, a to oznacza, że ja i Wes będziemy spali na parterze. Nie mamy wielkiego wyboru, bo znajdują się tu tylko dwa pokoje ze wspólną łazienką - i choć nie podoba mi się, że będziemy dzielić ze sobą to pomieszczenie, nie zamierzam marudzić. To byłoby niegrzeczne.
Wes jednak najwyraźniej nie przejmuje się konwenansami, bo zabiera głos, gdy tylko odkrywa, że będziemy mieszkać ze sobą przez ścianę.
- Zamień się ze mną, Blair - niemal rozkazuje.
- Nie ma mowy. Od zawsze śpię na górze.
- Więc w tym roku zrobisz wyjątek - domaga się.
- Odbiło ci. Ten podział pokoi obowiązuje, odkąd przyjechaliśmy tu po raz pierwszy lata temu. Dlaczego mielibyśmy to zmieniać?
- Ponieważ do tej pory zajmowałem dół sam.
To prawda. Kiedy Weston brał jeszcze udział w naszych wypadach do Aspen - zanim przeniósł się do Kalifornii - ja i Blair spałyśmy w jednym pokoju, a on samotnie pomieszkiwał w tym na parterze. Tyle że gdy wyjechał, zwolnił go, a ja skorzystałam z okazji i się tu przeniosłam.
- To było sześć lat temu - wypomina moja przyjaciółka. - Niektóre rzeczy uległy zmianie.
- Niektóre? - prycha pod nosem Wes. - Mam wrażenie, że wszystko jest inne.
Być może mam zwidy, ale przez moment wydaje mi się, że celowo spogląda na mnie, gdy to mówi. Tak, jakby chciał podkreślić, że ja również nie jestem już taka sama. Ale prawdopodobnie tylko sobie to ubzdurałam. Przecież nigdy nie skupiał na mnie uwagi na tyle, by teraz móc zauważyć we mnie różnice.
- Więc zacznij nadążać. - Blair się śmieje. - I pogódź się z tym, że zapanowały tu nowe porządki.
- Dlaczego mam wrażenie, że te "nowe porządki" mi się nie spodobają?
- Bo tak będzie - rzuca niewzruszona, po czym mierzy spojrzeniem kolejno mnie i swojego brata. - No dalej, na co czekacie? Rozpakujcie się, odświeżcie i chodźcie do jadalni.
I właśnie to robimy. Ja zaszywam się w swoim pokoju, Wes również, z tą różnicą, że on akcentuje to głośnym zatrzaśnięciem drzwi. Nie zwracam jednak na to zbytniej uwagi, bo jestem zbyt zajęta rozgaszczaniem się.
To pewnie zabrzmi zabawnie, ale czuję się tu jak w domu. Może to przez to, że byłam tu tak wiele razy, że znam to miejsce jak własną kieszeń, a może przez fakt, że panuje tu niezwykle ciepła atmosfera. Nieistotne. Liczy się to, że ilekroć się tu zjawiam, nikt nie postrzega mnie jako gościa, a członka rodziny. Cóż, to tyczy się głównie Blair i jej rodziców, bo jeśli chodzi o Westona to... sama nie wiem, jak właściwie na mnie patrzy.
O ile w ogóle to robi.
Postanawiam jednak nie zaprzątać sobie nim głowy, skoro on nie zaprząta swojej mną, i skupiam się na sobie. Wyciągam z walizki ubrania, by włożyć je do szafy, zanoszę kosmetyki do łazienki, uprzednio upewniając się, że nie ma w niej mojego współlokatora, a ponieważ zdaje się, że jest zajęty czymś innym, korzystam z chwili prywatności i doprowadzam się do porządku po podróży.
Ku niezadowoleniu Wesa i Blair nie zmieniam swojego stroju, wciąż z dumą nosząc swój zboczony sweter. Wiążę jedynie włosy w wysoki kucyk, by nie opadały mi na twarz, przemywam twarz chłodną wodą, po czym wklepuję w nią krem. Mam naprawdę wrażliwą cerę, która źle znosi niskie temperatury, więc nakładam kosmetyk na policzki nawet kilka razy dziennie - oczywiście pod warunkiem, że nie mam na sobie makijażu. Nie maluję się jednak zbyt często. Być może powinnam, ale jestem zbyt leniwa, by wstawać pół godziny wcześniej tylko po to, żeby nałożyć make-up.
Dołączam do pozostałych kwadrans później. Oczywiście zjawiam się w jadalni jako ostatnia, ale dla nikogo nie stanowi to zaskoczenia. Wręcz przeciwnie, pani Prescott, lub jak każe mi się nazywać - Vivian, bez komentarza poklepuje miejsce między sobą a Blair, które szybko zajmuję.
Kolejną zaletą wspólnego wyjazdu z Prescottami jest bez wątpienia to, że mama mojej przyjaciółki świetnie gotuje. Owszem, robi to rzadko, bo na co dzień zatrudniają gosposię i nawet tutaj, w Aspen, kręci się pomoc kuchenna, ale w niektóre dni daje jej wolne i wtedy osobiście zajmuje się przygotowaniem posiłków. Wychodzi jej to naprawdę fenomenalnie.
Już sam zapach pieczeni sprawia, że zaczynam się ślinić, dlatego bez zbędnych rozmów sięgam po talerz i nakładam sobie porcję mięsa i purée ze słodkich ziemniaków, a następnie zabieram się do jedzenia.
Jestem zbyt pochłonięta obiadem, by uczestniczyć w dyskusji Blair z jej matką na temat... właściwie nie wiem, o czym rozmawiają, bo za bardzo skupiłam się na batatach, ale postanawiam wytężyć słuch, by nie wyjść na ignorantkę. Jak szybko się okazuje, włączyłam się w sam środek dyskusji o życiu miłosnym Westona.
- Miałam nadzieję, że przywieziesz ze sobą kogoś szczególnego - rzuca sugestywnie Vivian w stronę syna. - Ojciec poprosił nawet o dodatkowy komplet pościeli w twoim pokoju.
- Skąd ten pomysł? - Wes ściąga brwi. - Nigdy nie powiedziałem nic, co chociaż sugerowałoby, że się z kimś spotykam.
- Cóż, myślałam, że po prostu rzadko bywasz wylewny, a nie, że jesteś trzydziestoletnim singlem.
Niemal parskam śmiechem, gdy słyszę niezadowolenie w jej głosie.
Pani Prescott ma wiele zalet, ale też jedną sporą wadę - uwielbia wtrącać się w cudze sprawy. Ale tak długo, jak nie wsadza swojego wścibskiego nosa w moje, wydaje mi się to całkiem zabawne. Prawdę mówiąc, lubię od czasu do czasu poobserwować, jak próbuje organizować życie Blair, czy tak jak teraz - Westonowi.
- Co w tym złego?
- Nic. - Wzdycha ciężko. - Chociaż ja w twoim wieku miałam już męża i dziecko w drodze - wypomina, próbując postawić na swoim.
- Wybacz, że nie jestem tak szybki jak ty i tato - sarka Wes. - A nawet gdybym był, nie zamierzam wiązać się z pierwszą lepszą kobietą, by założyć rodzinę - rzuca już bardziej dyplomatycznie. - W dzisiejszych czasach ciężko znaleźć odpowiednią partnerkę.
Po raz pierwszy tego dnia mówi coś, z czym się zgadzam. Wygląda na to, że choć minione lata uwydatniły wiele różnic między nami, łączy nas jedna kwestia: oboje nie mamy szczęścia do związków. Nie zamierzam jednak przyznawać tego na głos.
Niestety okazuje się, że Vivian wręcz przeciwnie.
- Ginger jest wolna - wypala.
Nie muszę widzieć swojego oblicza, by wiedzieć, że robię się czerwona jak burak. Już samo wspomnienie o moim statusie miłosnym, a raczej jego braku, wprawia mnie w zakłopotanie - a fakt, że informuje o nim Wesa, by zasugerować, że jestem dla niego dobrą kandydatką, jedynie pogarsza ten stan.
Cofam wszystko, co pomyślałam o wtrącaniu się pani Prescott.
To wcale nie jest zabawne.
- Co to ma do rzeczy? - pyta po chwili milczenia Weston.
- Po prostu zauważam, że nasza Gigi również z nikim się nie spotyka - oznajmia jego matka, wykazując się absolutnym brakiem subtelności. - A to naprawdę piękna i dobra dziewczyna. Czy to nie dziwne, że wciąż jest sama?
- Ja... - próbuję coś z siebie wydusić, choć nie wiem, jak powinnam wyjść z tej krępującej sytuacji.
- Tak, to naprawdę dziwne - przyznaje Wes, czym skutecznie zbija mnie z tropu.
Podaję w wątpliwość znaczenie jego słów, bo choć ani ton, którym się posługuje, ani jego mina nie wskazują na to, że żartuje, podświadomość podpowiada mi, że ten mężczyzna kpi sobie ze mnie po raz kolejny tego dnia.
Niestety nie udaje mi się rozszyfrować jego zamiarów, bo Weston wstaje od stołu i kieruje się w stronę swojej sypialni, zostawiając nas bez słowa.