Chechło - Paulina Świst
31.90 zł
25.52 zł
(25,02 zł najniższa cena z 30 dni)

p
Reflow text when sidebars are open.
- Paula!
Niechętnie podniosłam wzrok znad ekranu komputera. Właśnie pisałam ognistą scenkę. Mój główny bohater wyrywał bohaterkę w katowickim pubie, a ona nieustannie mu pyskowała, jednocześnie zastanawiając się, czy bardziej pragnie mu dać, czy pozostać porządną dziewczyną. Niestety nie ułatwiłam jej zadania - wykreowałam takiego faceta, że jej szanse na niewylądowanie za chwilę w jego mieszkaniu, w dodatku na kolanach, oceniałam na dwadzieścia procent. Teoretycznie to zależało ode mnie, bo to ja ich wymyślałam. Praktycznie zaś robili, co chcieli, i totalnie nie umiałam nad nimi zapanować. W konsekwencji takiego rozwoju akcji miałam rumieńce jak dziewica, kończyłam trzeciego red bulla i popalałam ukradkiem elektronika. Ostatnie, czego teraz potrzebowałam, to zawracanie mi dupy. I nie miało żadnego znaczenia, że jestem aktualnie w pracy.
- Yhym? - Spojrzałam na swoją szefową, nawet nie starając się ukryć irytacji.
- Co tam klepiesz z takim zaangażowaniem? - Próbowała zapuścić żurawia na ekran, więc błyskawicznie przełączyłam okno na służbowego Facebooka.
- Piszę post o obchodach Dni Gminy Świerklaniec - rzuciłam arcypoważnym tonem. - Znasz jakiegoś grafika, który wytnie mi leżące na drodze łajno z fotek obrazujących procesję konną? Jakoś tak nietwarzowo zostawić, a nie wiem, czy ludzie uwierzą, jak napiszę w opisie, że to nie łajno, tylko znany już na cały świat krakowski "lagun".
Poczekałam, aż przestanie trząść się ze śmiechu. Bawienie ludzi miałam wpisane w system. Mimo że czasy nie sprzyjały specjalnej wesołości...
- Dobra, dobra, kochana, ja ci wierzę. - Szefowa otarła załzawione od śmiechu oczy. - Piszesz post o paradujących po wsi konikach, które nikogo oprócz małoletnich koniar i napalonych na nie starych, zboczonych dziadów nie obchodzą, i właśnie dlatego masz minę, jakby przed chwilą oświadczył ci się Marcin Dorociński... Ciulać to my, a nie nas.
- No dobra, prywatę robię - skapitulowałam. - Ale wszystko, co miałam zaplanowane na dziś, a nawet na za miesiąc, już ogarnęłam. A te posty na oficjalnych portalach są tak sztywne, że powinnam się porządnie nawalić, zanim nacisnę Enter, żeby móc spokojnie zasnąć. Jak kiedyś zdecyduję się stąd odejść, to wreszcie dodam post w swoim stylu - rzuciłam jedną ze stałych gróźb.
Pracowałam tu zaledwie sześć miesięcy, a już dostawałam pierdolca. To kompletnie nie była robota dla mnie, ale nie miałam wyjścia. Jakiegokolwiek.
- Z okazji nadchodzących Świąt życzę wszystkim mieszkańcom Gminy, aby ich nikt nie wkurwiał. Nie chlejcie za dużo, pozdro 600? - dopytała Grażyna.
Skubana, kiedy ona zdążyła mnie tak poznać?
- Powiadomienia dostawałabym do końca życia. - Uśmiechnęłam się szeroko. - No dobra, ale pewnie czegoś ode mnie chcesz?
- Wójt ma zaraz gości. Trzeba tam im zanieść jakieś kawki, ciastka i inne pierdolety. Wyglądasz najlepiej, więc idziesz.
- Uroda zawsze była moim przekleństwem. - Przewróciłam oczami. - Poza tym mam już swoje lata, niech idzie Natalia.
Natalka była dwudziestoletnią blondynką. Pracowała w sekretariacie i miała buzię piękną jak z obrazka. Z trudem zdała maturę, mimo iż w dwa tysiące dwudziestym pierwszym roku najtrudniejszym zadaniem na egzaminie dojrzałości było pokolorowanie drwala na obrazku. Nikt nie wie, jakich użyła sztuczek i czarów, ale dostała pracę w urzędzie. Zwierzyła mi się kiedyś, że kolejną jej ambicją jest zostanie żoną czterdziestoletniego miejscowego dżolera, którego jeszcze nikomu nie udało się usidlić. Powiedziałam, że kibicuję jej z całego serca, ale może warto poznać trochę świata, zrobić jakieś studia i nie padać od razu na kolana przed podstarzałym królem wsi tylko dlatego, że ma starą betę, na dodatek w LPG... Stwierdziła, że się nie znam, a ja przyznałam jej rację. W końcu miałam trzydzieści pięć lat, nie zamierzałam zostać niczyją żoną, a swoją maturę zdałam na szóstkę, ale tak dawno, że nie byłam pewna, czy Natalka była już wtedy na świecie.
- Nie może iść Natalia, gdyż po pierwsze: wójt życzy sobie ciebie, a po drugie, potrzebny jest mu ktoś z mózgiem...
- A to fakt, Natka odpada.
Popatrzyłam przez szybę oddzielającą mój pokój od jej boksu. Cielęcym wzrokiem gapiła się w ekran telefonu. Potem zaczęła stroić miny i na zmianę wydymać wargi, i wciągać policzki. Jej brwi, które przypominały dwie opite krwią pijawki przyssane nad oczami, ułożyły się tak, że wyglądała jak Oskar Zrzęda z Ulicy Sezamkowej. Nie wiem, czemu dzieci się tak oszpecają... Po jej wyniosłej minie widziałam, że przygotowywała właśnie instafotkę z jakimś gównianym filtrem: okrągłymi okularami lub psimi uszami... Co ja tu, kurwa, robię? Jak ja się tu znalazłam?
- Ktoś z mózgiem? Do podania kawy? Zwarło mu styki? - wróciłam do tematu.
Rozmyślanie o tym, jak wpakowałam się w centrum dowodzenia i egzystencjonalnych problemów tego zadupia, nie mogło przynieść mi nic dobrego.
Grażynka wyglądała, jakby w myślach odliczała do dziesięciu.
- Nie mów tak o nim, bo jeszcze usłyszy. Przyjeżdża jakaś delegacja, a jednym z jej członków jest... - Zawiesiła teatralnie głos.
- Adam Maszyniok - zgadłam z rezygnacją.
- Tak! - Uśmiechnęła się triumfalnie. - A tylko ty umiesz sobie radzić z tym starym capem.
Westchnęłam ciężko i wstałam zza biurka.
- - -
koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji