p

Chata pod starym świerkiem - Wioletta Piasecka

Kup ebooka

54.90 zł
43.92 zł (32,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

W ulicz­nych la­tar­niach skrzył się śnieg i wi­ro­wał nie­siony wia­trem, zu­peł­nie jak gdyby pra­gnął tym ostat­nim tań­cem za­chwy­cić świat, nim bia­łym pu­chem opad­nie na da­chy do­mów, zmar­z­niętą zie­mię albo ga­łę­zie przy­szpi­tal­nych świer­ków. Ten pierw­szy gru­dniowy śnieg cie­szył oczy ma­łych pa­cjen­tów szpi­tala w Skar­ży­sku-Ka­mien­nej, szcze­gól­nie tych, któ­rzy w naj­bliż­szym cza­sie nie mieli szans, by pójść na spa­cer, ule­pić bał­wana czy po­ba­wić się w śnieżki.

Dok­tor Ja­goda Ko­wa­lik wła­śnie koń­czyła dy­żur. Swoim zwy­cza­jem obe­szła jesz­cze wszyst­kie sale i sze­ro­kim, ci­chym o tej po­rze ko­ry­ta­rzem zmie­rzała w stronę ga­bi­netu le­kar­skiego. Uśmiech­nęła się do idą­cej na wprost ko­biety. Wo­lon­ta­riuszka Mo­nika Stel­ma­siuk od­wza­jem­niła uśmiech, a spo­czy­wa­jąca na wózku klatka z pa­pugą za­ko­ły­sała się lekko. Pa­puga skwi­to­wała to krót­kim skrze­kiem. Obie pa­nie za­śmiały się ci­cho na ten pi­skliwy okrzyk nie­za­do­wo­le­nia, a po­tem każda po­szła do swo­ich spraw. Drzwi pierw­szej sali otwo­rzyły się i do uszu dok­tor Ko­wa­lik do­tarły ra­do­sne dzie­cięce okrzyki za­chwytu. To był czas ba­jek z Mo­niką i z jej pa­pugą Wio­lin­kiem, czas, na który dzieci cze­kały cały długi dzień. Ja­goda znów się uśmiech­nęła i po­my­ślała cie­pło o prze­mi­łej wo­lon­ta­riuszce, która dzień w dzień umi­lała dzie­ciom trudny po­byt w pla­cówce. Tak, Mo­nika była dla szpi­tala nie­oce­nioną po­mocą, dzięki niej na nie­jed­nej dzie­cię­cej twa­rzyczce ob­sy­chały łzy i choć na chwilę ma­lała tę­sk­nota za bli­skimi.

Le­karka z ręką na klamce na­słu­chi­wała jesz­cze chwilę, ale po ko­ry­ta­rzu nie niósł się ża­den od­głos. We­szła do swo­jego ga­bi­netu, ścią­gnęła biały ki­tel i ma­rzyła już tylko o tym, by zna­leźć się pod prysz­ni­cem i za­po­mnieć o tro­skach dzi­siej­szego dy­żuru. Za każ­dym ra­zem przy­rze­kała so­bie, że od­dzieli ży­cie pry­watne i za­wo­dowe, ale wciąż nie po­tra­fiła tego roz­gra­ni­czyć. Dzie­liła się z mę­żem zmar­twie­niami, opo­wia­dała o dzie­cię­cych nie­szczę­ściach i po­wi­kła­niach cho­ro­bo­wych, a także o śmierci.

Śnieg gęst­niał, za­le­gał na jezdni i chod­niku, pługi śnieżne i pia­skarki nie wy­je­chały jesz­cze na mia­sto. Ja­goda wolno dro­biła kroki po śli­skim chod­niku i w du­chu dzię­ko­wała mę­żowi, że na­mó­wił ją, by do pracy po­je­chała au­tem. Od ja­kie­goś czasu cho­dziła pie­szo, bo po pierw­sze, z Wi­leń­skiej do szpi­tala miała nie­całe dwa ki­lo­me­try, a po dru­gie, bra­ko­wało jej spa­ce­rów na świe­żym po­wie­trzu. Z tru­dem do­szła do za­par­ko­wa­nego na przy­szpi­tal­nym par­kingu czar­nego te­re­no­wego nis­sana, po­cze­kała, aż sil­nik się lekko roz­grzeje, ustą­piła pierw­szeń­stwa wy­jeż­dża­ją­cej na sy­gnale ka­retce i wolno ru­szyła w stronę domu.

Otwo­rzyła pi­lo­tem bramę i wje­chała do pu­stego ga­rażu pod­ziem­nego. Zdzi­wiła się, że nie ma sa­mo­chodu męża. Nie mó­wił, że póź­niej wróci, choć mieli nie­pi­saną za­sadę, że in­for­mują się choćby ese­me­sem, je­śli coś za­trzyma ich w pracy dłu­żej. Ja­goda otrze­pała śnieg z płasz­cza i po­tup­tała kilka razy w miej­scu, by zo­sta­wić mo­kre dro­binki w ga­rażu i nie zmo­czyć po­sadzki w domu, a po­tem scho­dami udała się do po­miesz­czeń miesz­kal­nych.

W sa­lo­nie na szkla­nym ka­wo­wym stole stał ku­bek z her­batą, wy­pitą do po­łowy, a na ka­na­pie le­żał pi­lot od włą­czo­nego te­le­wi­zora. Le­ciała siat­kówka, którą Ar­tur uwiel­biał. Mu­siało się stać coś nie­spo­dzie­wa­nego - po­my­ślała ko­bieta, za­nim zdjęła płaszcz i na­sta­wiła od­bior­nik na pierw­szy z brzegu se­rial. Nie miała za­miaru nic oglą­dać, ale nie lu­biła ci­szy, a za spor­tem nie prze­pa­dała.

W pięk­nych, no­wo­cze­snych wnę­trzach nic nie przy­po­mi­nało, że do świąt Bo­żego Na­ro­dze­nia zo­stały za­le­d­wie dwa ty­go­dnie. Be­żowy sa­lon to­nął w cie­płym świe­tle lamp. Stało ich kilka. Jedna przy ka­na­pie, druga, mniej­sza, na ko­mo­dzie, a dwie cał­kiem małe na pa­ra­pe­tach dwóch okien. Przy­tul­ność domu po­dzia­łała ko­jąco na Ja­godę. Ścią­ga­jąc z sie­bie po­szcze­gólne czę­ści gar­de­roby, we­szła po scho­dach do sy­pialni, tam na sze­ro­kiej pu­fie zo­sta­wiła ubra­nia i po­szła pod prysz­nic. Oparła się dłońmi o ścianę i pod­dała ciało cie­płemu stru­mie­niowi wody, do­piero po dłuż­szej chwili na­my­dliła się oliw­ko­wym że­lem. Ra­zem z wodą i z pach­nącą pianą spły­nęło z niej zmę­cze­nie. Prysz­nic za­wsze ją od­prę­żał. Prze­tarła dło­nią za­pa­ro­wane lu­stro, wy­tarła się ener­gicz­nie ręcz­ni­kiem, wtarła prze­ciw­zmarszcz­kowy krem, na­wil­żyła ciało bal­sa­mem i roz­cze­sała kasz­ta­nowe, dłu­gie włosy. Uchy­liła drzwi od ła­zienki, bo zro­biło jej się go­rąco, i w tym mo­men­cie usły­szała kroki na dole. Chwy­ciła biały szla­frok frotté, wsu­nęła po­spiesz­nie ró­żowe bam­bo­sze i roz­sma­ro­wu­jąc krem na dło­niach, zbie­gła po scho­dach.

- Cześć, ko­cha­nie, tro­chę się nie­po­ko­iłam o cie­bie. Stało się coś? - Po­de­szła do męża i cmok­nęła go w usta.

- Wi­taj, skar­bie, nie, nic się nie stało. W szkole znów włą­czył się alarm. - Ar­tur po­cie­rał zmar­z­nięte ręce. - Ale ziąb na dwo­rze. Dawno wró­ci­łaś?

- Przed chwilą, do­piero co wzię­łam prysz­nic. Może po­wi­nie­neś po­pro­sić, by fa­chowcy spraw­dzili sys­tem alar­mowy, prze­cież to non­sens, że­byś ty, bądź co bądź dy­rek­tor szkoły, bie­gał kilka razy wie­czo­rem czy na­wet nocą, żeby alarm wy­łą­czyć. To ja­kiś ab­surd. - Ja­goda prze­szła do czę­ści ku­chen­nej i na­lała wody do czaj­nika. - Za­pa­rzyć ci her­batę?

- Po­pro­szę. - Ar­tur od­wie­sił czarną pi­ko­waną kurtkę, ścią­gnął buty i sta­nął w holu przed lu­strem. Po­pa­trzył z uwagą na swoje od­bi­cie. Zmierz­wił dło­nią włosy, ciemne, bez oznak si­wi­zny, mimo jego czter­dzie­stu pię­ciu lat były chlubą męż­czy­zny, tak samo jak i szczu­pła, wy­spor­to­wana syl­wetka. - Jak ci mi­nął dy­żur? - za­gad­nął, wcho­dząc do sa­lonu.

- Je­stem pad­nięta. Po­win­nam wziąć kilka dni wol­nego, ale Irena jest na zwol­nie­niu, za bar­dzo nie ma mnie kto za­stą­pić. A dy­żur ciężki jak dia­bli. Emo­cjo­nal­nie je­stem wra­kiem. Wy­obraź so­bie, przy­wieźli dziś ośmio­latka be­stial­sko po­bi­tego przez matkę i jej kon­ku­benta. Co­raz czę­ściej zda­rzają się ta­kie hi­sto­rie, a ja co­raz mniej mogę na to pa­trzeć. - Ja­goda za­ci­snęła moc­niej pa­sek od szla­froka i przy­trzy­mała dło­nią roz­chy­la­jące się poły. Wy­jęła kubki i nim wło­żyła w nie sa­szetki, za­gwiz­dał czaj­nik na pły­cie in­duk­cyj­nej. - Zjesz tor­tillę ze szpi­na­kiem? - spy­tała, sto­jąc w otwar­tych drzwiach lo­dówki.

- Nie, by­łem tak głodny, że pod­je­cha­łem do McDo­nalda. - Za­śmiał się, słusz­nie spo­dzie­wa­jąc się obu­rze­nia ze strony mał­żonki.

- No wiesz! Przy­rzą­dzi­łam ta­kie sma­ko­łyki, a ty do McDo­nalda jeź­dzisz, nie wstyd ci? - Ob­ró­ciła się i roz­ba­wiona spio­ru­no­wała męża uda­wa­nym groź­nym spoj­rze­niem. Wie­działa, że mąż fast fo­odów nie jada. Mu­siało go rze­czy­wi­ście przy­pi­lić, że zde­cy­do­wał się na je­dze­nie na mie­ście, i do tego w McDo­nal­dzie.

- Wiem, idiota ze mnie, ale obie­cuję, że to przed­ostatni raz. - Uniósł dło­nie i prze­wró­cił za­baw­nie oczami. Na co oboje par­sk­nęli śmie­chem. Bar­dzo do­brze czuli się w swoim to­wa­rzy­stwie. Do ich mał­żeń­stwa mimo tylu wspól­nych lat ni­gdy nie za­kra­dła się nuda. Lu­bili ze sobą roz­ma­wiać, lu­bili też mil­czeć, ro­zu­mieli się bez słów. Przede wszyst­kim jed­nak bez­gra­nicz­nie so­bie ufali.

Ja­goda po­sta­wiła dwa go­rące kubki na wy­spie ku­chen­nej, usia­dła na wy­so­kim, obi­tym kre­mo­wym plu­szem ho­ke­rze, oparła łok­cie na bla­cie i po­ło­żyła pod­bró­dek na sple­cio­nych dło­niach. Cze­ka­jąc, aż tor­tilla się przy­ru­mieni w opie­ka­czu, spo­glą­dała to na ekran te­le­wi­zora, to na krzą­ta­ją­cego się po sa­lo­nie męża. Roz­luź­nił kra­wat, a po­tem zdjął go przez głowę i od­wie­sił na po­ręcz ka­napy, roz­piął dwa gu­ziki pod szyją i pod­ka­sał rę­kawy błę­kit­nej ko­szuli. Kie­dyś ubie­rał się do pracy bar­dziej na lu­zie, ale od­kąd kilka lat temu ob­jął funk­cję dy­rek­tora szkoły, cho­dził w ide­al­nie skro­jo­nym gar­ni­tu­rze, pach­niał drogą wodą po go­le­niu i nieco prze­sad­nie dbał o swój wi­ze­ru­nek. Ja­godę wzru­szała ta tro­ska o szcze­góły, sama rów­nież zdrowo się od­ży­wiała, raz w ty­go­dniu cho­dziła do klubu fit­ness, ale mimo zdro­wego trybu ży­cia cier­piała na bez­sen­ność. Praca w szpi­talu i co­dzienne pa­trze­nie na krzywdę dzieci ob­cią­żały jej psy­chikę. Z upły­wem lat go­rzej zno­siła wi­dok nie­szczęść, któ­rym nie po­tra­fiła za­ra­dzić.

- Znajdź ja­kiś do­bry film, ostat­nio co­raz czę­ściej ła­pie mnie dziwna no­stal­gia. - Le­karka od­su­nęła ta­lerz z na wpół zje­dzoną tor­tillą. - Chyba do­padł mnie kry­zys czter­dzie­sto­latki.

- Nie prze­sa­dzaj, ko­cha­nie. Wy­glą­dasz jak osiem­nastka. - Ar­tur prze­ska­ki­wał pi­lo­tem z ka­nału na ka­nał w po­szu­ki­wa­niu re­lak­su­ją­cej ko­me­dii ro­man­tycz­nej.

- Ale czuję się na sto. W do­datku świa­do­mość, że wkrótce święta, a nie­któ­rzy moi pa­cjenci nie wyjdą na­wet na prze­pustkę, przy­bija mnie. A co po­nie­któ­rzy na­wet nie mają do­kąd wró­cić w ogóle. - Wes­tchnęła prze­cią­gle.

- My­ślisz o tym po­bi­tym ośmio­latku?

- Mhm - mruk­nęła.

- Świata nie zba­wisz, ta­kie rze­czy działy się od za­wsze, może na­wet gor­sze. Te­raz każdy ma pod ręką ka­merę i na­gła­śnia wszystko w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych, po­ru­sza­jąc tym opi­nię pu­bliczną. I bar­dzo do­brze.

- Jak można być ta­kim po­two­rem, żeby wła­sne dziecko ska­to­wać? Co trzeba mieć w sercu i w gło­wie, by bić nie­winną istotę? Gdyby mi było dane do­świad­czyć ro­dzi­ciel­stwa, po­świę­ci­ła­bym mo­jemu ma­leń­stwu całą sie­bie.

- Nie myśl o tym, ko­cha­nie. Nie za­drę­czaj się. Usiądź na ka­na­pie, za­raz się za­cznie ko­me­dia z Hugh Gran­tem. We­zmę szybki prysz­nic i do cie­bie do­łą­czę. Wleję nam po lampce ko­niaku i spę­dzimy uro­czy wie­czór. Co ty na to?

- Świetna pro­po­zy­cja. - Roz­cią­gnęła usta w nieco wy­mu­szo­nym uśmie­chu, ale słowa męża rze­czy­wi­ście po­dzia­łały na nią ko­jąco. Zsu­nęła się z ho­kera i usia­dła na ka­na­pie z no­gami pod­wi­nię­tymi pod sie­bie. - Do­brze, że już wró­ci­łeś. Chodź mnie przy­tul, mu­sisz od­go­nić te smu­teczki.

- Te­raz chcesz ko­niak czy po­cze­kasz na mnie? - Ar­tur po­chy­lił się nad żoną i cmok­nął ją w usta. - Już le­piej?

- Dużo le­piej. Jak do­brze wró­cić do cie­płego, spo­koj­nego domu.

- To prawda. Za oknem za­mieć, a my w cie­pełku. Na­lać ci te­raz ko­niaku? - po­wtó­rzył py­ta­nie. Wziął odło­żony wcze­śniej na po­ręcz ka­napy kra­wat, prze­rzu­cił ma­ry­narkę przez ra­mię, by ją za­nieść do szafy w sy­pialni, i z te­le­fo­nem w ręku skie­ro­wał się w stronę scho­dów.

- Sama nie wiem. Po­cze­kam na cie­bie... Albo nie, mo­żesz mi wlać te­raz - zde­cy­do­wała z ocią­ga­niem.

- Do­brze, żo­neczko, twoja prośba jest dla mnie roz­ka­zem. - Mru­gnął okiem i ukło­nił się za­ma­szy­ście, ma­cha­jąc dło­nią. Odło­żył te­le­fon na stół, ma­ry­narkę i kra­wat po­now­nie prze­wie­sił przez po­ręcz ka­napy i pod­szedł do ko­mody. Wy­jął dwa kie­liszki i oba na­peł­nił bursz­ty­no­wym pły­nem. - Nie smuć się, za dwa ty­go­dnie święta, na dy­żu­rach zo­staną naj­młodsi sta­żem, a ty so­bie od­pocz­niesz. - Po­dał żo­nie kie­li­szek.

- Mam taką na­dzieję i po ci­chu na to li­czę. Jaka szkoda, że nie by­li­śmy ni­g­dzie la­tem, prawda jest taka, że przez na­wał obo­wiąz­ków od czte­rech lat nie jeź­dzimy na urlop. Przy­znaj, pra­cu­jemy dla sa­mej pracy. Nie wia­domo po co i na co. - Upiła spory łyk. Ogni­ste cie­pło roz­lało jej się po prze­łyku.

- Ależ cię na­szły smu­tasy, obie­cuję, że wy­go­spo­da­ruję w przy­szłym roku kilka dni wol­nego. A tym­cza­sem czeka mnie jesz­cze wy­cieczka do Wie­liczki. - Wes­tchnął te­atral­nie.

- Przed świę­tami? - Unio­sła brwi w zdzi­wie­niu.

- Tak, przed świę­tami. - Przy­siadł obok żony na ka­na­pie, ujął jej dłoń w swoją i pod­niósł do ust. - Obie­ca­łem ma­tu­rzy­stom, że obej­rzymy w ko­palni soli wy­stawę bo­żo­na­ro­dze­nio­wych szo­pek. To ich ostatni rok, nie­któ­rzy pójdą na stu­dia, inni do pracy. Ostat­nie chwile bez­tro­ski. A przy oka­zji zwie­dzimy Wa­wel.

- Da­cie radę w je­den dzień? - Wtu­liła się w obej­mu­jące ją ra­mię.

- Nie­stety, nie, bę­dziemy no­co­wać w Kra­ko­wie, ale wiesz, jaka to frajda dla mło­dzia­ków. Te ostat­nie po­drygi przed wy­fru­nię­ciem ze szkol­nych mu­rów są naja­trak­cyj­niej­sze. - Ar­tur oparł się wy­god­nie, cze­ka­jąc na dal­sze słowa żony, ale Ja­goda się za­my­śliła i umil­kła. - Trzy dni, dwie noce, szybko zlecą. Wiem, że nie lu­bisz, gdy nie ma mnie na noc...

- Nie przej­muj się, we­zmę so­bie dy­żury nocne, skoro te­raz nie ma Ireny, to we­zmę za nią, a po­tem, jak wróci z cho­ro­bo­wego, ona weź­mie moje. Nie będę sama.

- No i bar­dzo do­brze. Po­wiedz mi le­piej, czy na­pi­sa­łaś list do Świę­tego Mi­ko­łaja?

- Nie wiem, czy by­łam grzeczna. - Par­sk­nęła śmie­chem.

- W końcu udało się roz­go­nić twoje smu­teczki. - Ucie­szył się. - No to, zdradź mi, ko­cha­nie, co byś chciała pod cho­inkę?

- A chcesz ubie­rać cho­inkę? - spy­tała zdzi­wiona. - Prze­cież wy­jeż­dżamy na święta do SPA.

- Jesz­cze nie za­mó­wi­łem, to zna­czy nie za­pła­ci­łem... Je­steś pewna, że chcemy spę­dzać święta poza do­mem?

- No tak, tak pla­no­wa­li­śmy. Wy­bra­li­śmy ośro­dek, a ty się jesz­cze wa­hasz? Co bę­dziemy tu ro­bić sa­mot­nie?

- Od­po­czy­wać! - Ro­ze­śmiał się. - Chyba się sta­rzeję. - Ar­tur od­sta­wił kie­li­szek i wstał z ka­napy. - Czy w domu, czy w SPA, i tak, pro­szę, prze­myśl, co święty ma ci przy­nieść pod cho­inkę, a już ja go po­go­nię, żeby spro­stał twoim za­chcian­kom.

- Może coś z bi­żu­te­rii, ja­kiś ładny złoty łań­cu­szek albo... Po­my­ślę. A co ty byś chciał?

- Za­sta­no­wię się pod prysz­ni­cem, bo film się nam za­raz za­cznie. - Ar­tur kla­snął ener­gicz­nie i nie za­bie­ra­jąc po­zo­sta­wio­nych rze­czy, wbiegł po scho­dach do ob­szer­nej ła­zienki znaj­du­ją­cej się tuż obok sy­pialni.

Ja­goda upiła łyk ko­niaku, ale nie miała zbyt­niej ochoty na al­ko­hol. Chciała od­sta­wić kie­li­szek i aku­rat gdy wy­chy­liła się, by to zro­bić, za­dźwię­czała po­zo­sta­wiona na stole ko­mórka Ar­tura. Na wy­świe­tla­czu uka­zało się zdję­cie dziew­czynki z czar­nymi krót­kimi war­ko­czy­kami od­sta­ją­cymi śmiesz­nie przy uszach, a po chwili przy­szła wia­do­mość tek­stowa. Do­bra­noc, ta­tu­siu.

Ko­bieta wpa­try­wała się w nie­wielki ekran, a po­tem uśmiech­nęła się no­stal­gicz­nie. Prze­uro­cza dziew­czynka przy­wo­łała od­le­głe bo­le­sne wspo­mnie­nie, które z tru­dem zdo­łała od­su­nąć na sam spód serca i du­szy. Za­pa­trzyła się w okno. W bla­sku ulicz­nej la­tarni wciąż wi­ro­wał gę­sty śnieg. Nie­zbyt prze­pa­dała za przed­świą­tecz­nym okre­sem. Zda­wała so­bie sprawę, że święta Bo­żego Na­ro­dze­nia są wy­jąt­kowo ro­dzinne, ona na­to­miast od dawna nie utrzy­my­wała kon­tak­tów ze swoją ro­dziną, a wła­ści­wie z sio­strą - je­dyną ro­dziną, jaką miała. Ich drogi cał­ko­wi­cie się ro­ze­szły i mimo upływu czasu żadna z sióstr nie gar­nęła się do zbu­rze­nia muru mil­cze­nia. Gdy ro­dzice żyli, pró­bo­wali po­go­dzić młode ko­biety, ale po ich śmierci Ja­goda i Ma­lina trwały w mil­cze­niu i wza­jem­nej nie­chęci.

Ja­goda, po­chło­nięta pracą w szpi­talu, na co dzień nie za­uwa­żała ro­dzin­nej pustki, w do­datku ma­jąc przy so­bie ko­cha­ją­cego męża, nie roz­pa­mię­ty­wała za­prze­szłych zda­rzeń. Jed­nak okres bo­żo­na­ro­dze­niowy przy­wo­ły­wał wspo­mnie­nia i do­bre i złe.

- Już je­stem, Ja­gódko. Za­czął się? - Otu­lony sza­rym szla­fro­kiem frotté Ar­tur ener­gicz­nie zbie­gał po scho­dach, wią­żąc pa­sek. - Znowu zmar­kot­nia­łaś - za­uwa­żył za­tro­skany.

- Ach, to przez małą uro­czą po­myłkę. - Za­śmiała się.

- Uro­czą po­myłkę? Prze­ga­pi­łem coś faj­nego? Uro­cza po­myłka brzmi cu­dow­nie! - Się­gnął po pi­lota i usiadł obok żony.

- Gdy od­sta­wi­łam kie­li­szek, na twoim wy­świe­tla­czu uka­zała się ro­ze­śmiana za­wa­diacka buźka ma­łej dziew­czynki z czar­nymi ster­czą­cymi war­ko­czy­kami i wia­do­mość: Do­bra­noc, ta­tu­siu. - Ko­bieta prze­łknęła ślinę i przy­mknęła po­wieki.

- Fak­tycz­nie, po­myłka. - Ar­tu­rowi za­drżał głos, pi­lot wy­padł mu z ręki, łap­czy­wie się­gnął po te­le­fon i szyb­kim klik­nię­ciem od­blo­ko­wał go.

- Śliczna dziew­czy­neczka, prawda? - szep­nęła Ja­goda, a po po­liczku ko­biety po­to­czyła się łza. Ar­tur jed­nak jej nie do­strzegł, za­jęty po­spiesz­nym ka­so­wa­niem wia­do­mo­ści.

- Śliczna, ład­nie na­pi­sane - od­chrząk­nął. - Ja­kiś ta­tuś nie do­stał czu­łej wia­do­mo­ści od swo­jej córki. Ach, te dzie­ciaki, ta­kie roz­trze­pane.

- Nie ża­łu­jesz? - spy­tała nie­mal bez­gło­śnie.

- Czego? - Męż­czy­zna aż pod­sko­czył na ka­na­pie, a po­nie­waż mil­czała, po­wtó­rzył py­ta­nie: - Czego nie ża­łuję?

- Tam­tej chyba... zbyt po­chop­nej de­cy­zji. - Za­gry­zła usta. - Dziecko mia­łoby już...

- Nie za­drę­czaj się, pro­szę - po­wie­dział dość szorstko.

Ja­godę za­sko­czył oschły ton. Mąż był nie­zwy­kle spo­koj­nego uspo­so­bie­nia. Bar­dzo rzadko do­cho­dziło mię­dzy nimi do kłótni. Otwo­rzyła oczy i przyj­rzała się Ar­tu­rowi.

- A ty nie my­ślisz cza­sami o...

- Nie - uciął krótko, nim zdo­łała do­koń­czyć py­ta­nie. - Umó­wi­li­śmy się, że nie bę­dziemy do tego wra­cać. Czasu i tak cof­nąć się nie da. No, ko­cha­nie, nie smuć się. Film już się za­czyna. Masz twój kie­li­szek, wtul się we mnie i nie myśl za dużo, bo mia­łaś ciężki dzień. No, już do­brze. Ko­cham cię, skar­bie. - Oto­czył ją ra­mie­niem, a gdy Ja­goda uf­nie wtu­liła głowę w jego ra­mię, pod­niósł te­le­fon i wy­tę­żył wzrok, by spraw­dzić, czy zdo­łał wy­ka­so­wać wszyst­kie wia­do­mo­ści.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki