Rozdział pierwszy
Enzo
Nastaje w życiu mężczyzny taki dzień, kiedy to wchodzi gdzieś z nadzieją w sercu i pierścionkiem w kieszeni, w pełni przygotowany do tego, by przyklęknąć i ślubować swe wieczne oddanie. Gotów wziąć bratnią duszę za rękę, zadać pytanie i przyrzec miłość, uczciwość i wierność na wieki, póki śmierć was nie rozdzieli.
To nie był ten dzień.
Co prawda miałem w kieszeni pierścionek - bardzo ładny, z blisko półtorakaratowym brylantem na złotej obrączce. Zrobiłem na nim świetny interes - mój kuzyn Paulie pracował w sklepie jubilerskim, gdzie jakiś biedak właśnie zwrócił to cacko. Owszem, na obrączce wygrawerowano czyjeś imię, ale Paulie mnie zapewnił, że da się je usunąć.
Z perspektywy czasu wiem, że powinienem był to zrobić przed oświadczynami, ale nie myślałem jasno. Potrzebowałem żony. I to szybko.
A wszystko to przez tę niedorzeczną tradycję w mojej rodzinie. Aby przejąć firmę budowlaną Moretti & Sons, najstarszy syn musi się ustatkować, czyli mieć żonę, a najlepiej też jedno lub dwoje dzieci, a to wszystko przed ukończeniem trzydziestego piątego roku życia. Ojciec miał już sześćdziesiąt osiem lat i szykował się do przejścia na emeryturę. Od lat groził mi, że przekaże firmę mojemu młodszemu bratu Pietrowi.
Pieprzony Pietro!
Może i miał trzydzieści dwa lata, żonę i trzecie bambino w drodze, ale nigdy się nie wyrabiał na czas, zawsze był źle zorganizowany i stanowczo zbyt niefrasobliwy, aby być efektywnym menedżerem. Kontrahenci, dostawcy i klienci bezustannie wchodzili mu na głowę, bo nienawidził konfrontacji.
Nie zrozumcie mnie źle, to mój braciszek i kocham gnojka - a bratanica i bratanek są cudowni - ale nie wybiera się kogoś takiego do zarządzania firmą wartą wiele milionów dolarów.
A ja? Uwielbiałem konfrontację. Nie bałem się powiedzieć komuś, że partaczy robotę, albo przypomnieć o cenie, jaką zaproponował, lub terminie, na jaki przystał. Wiedziałem, kiedy się wykazać urokiem, a kiedy zachować się jak fiut. Wiedziałem również, kiedy być czarującym fiutem. I jak dobić targu.
A przynajmniej tak mi się wydawało.
Tak było przed zaręczynami.
Spotykałem się z Reiną od trzech miesięcy i uznałem, że to wystarczająco długo, chociaż mogłem nie być w tej kwestii najlepszym ekspertem, bo długotrwałe związki nie były moją specjalnością. I bynajmniej nie zachowywałem się jak palant - zawsze dbałem o to, by kobieta doskonale rozumiała, co mogę jej zaoferować (piekielnie dobrą zabawę), a czego nie (nic, co przypominałoby związek).
Niestety, trzydziestka piątka się zbliżała, a groźby ojca stawały się coraz bardziej realne. Uświadomiłem sobie, że pora zachować się po męsku i wsunąć pierścionek na czyjś palec.
Reina wydawała się równie dobrą kandydatką na panią Moretti jak każda inna. Była bardzo młoda - wczoraj skończyła dwadzieścia jeden lat - trochę zbyt mocno przywiązana do swojego telefonu i nie miałem bladego pojęcia, o czym do mnie mówi, ale poza tym jej kandydatura mi odpowiadała. Dziewczyna była piękna, miała równo pod sufitem, dobre relacje z rodziną, a jej matka, kobieta przed pięćdziesiątką, nadal świetnie się trzymała. Czy mog-łem prosić o więcej?
Spełniała też kryteria moich rodziców: katoliczka, Włoszka, a moja i jej nonna się znały.
Czy byłem zakochany? Nie. Lecz przecież miłość rodzi się z czasem, prawda? Nie miałem co do tego pewności, bo nigdy jej nie doświadczyłem. Miłość kojarzyła mi się z czymś, do czego się przyzwyczajasz, jak do kanapy, która na początku jest trochę twarda, ale staje się coraz wygodniejsza, im więcej na niej przesiadujesz. Uznałem, że w końcu dotrzemy do tego etapu.
W tej chwili ważne było, abym zapewnił sobie stanowisko szefa firmy Moretti & Sons, w której pracowałem dzień po dniu od czternastego roku życia. Nie po to angażowałem się w sprawy firmy całym sobą i żyły sobie wypruwałem, żeby teraz przejął ją Pietro, a już na pewno nie będę jedynym najstarszym synem od pięciu pokoleń, który nie poprowadzi firmy. I jeśli w tym celu muszę mieć żonę i dziecko, to je sobie sprawię.
Czy to takie trudne?
Okazało się nieco trudniejsze, niż sądziłem.
Dla uczczenia urodzin Reiny zabrałem ją na kolację do DiFiore, najlepszej włoskiej restauracji w mieście należącej do kuzyna mamy, Dużego Tony'ego. Siedzieliśmy w najlepszym boksie. Świece na stole płonęły, z głośników płynęła łagodna muzyka, a ja miałem na sobie nowy garnitur i krawat. Dałem sobie ostrzyc włosy i skrócić zarost. Pachniałem fantastycznie, moje falowane włosy robiły to coś z przodu i włożyłem szczęśliwe bokserki.
Byłem gotowy.
Poczekałem, aż kelnerka, moja kuzynka Lara, sprzątnie talerzyki po deserze, usiadłem prosto i odchrząknąłem. Czułem, że skręca mnie w żołądku, ale to zignorowałem.
- Jak ci się podobają urodziny?
Reina uśmiechnęła się do mnie, odgarnęła energicznie długie, proste, ciemne włosy.
- Jest super. Dzięki za kolację. Ravioli były pycha.
- Nie ma za co. - Zerknąłem na jej kieliszek i zauważyłem, że był prawie pełny. Wykosztowałem się na butelkę barolo i stwierdziłem, że było warte swojej ceny. - Wino ci nie smakowało?
- Chcesz znać prawdę? - Wzruszyła ramionami. - Nie przepadam za czerwonym winem. Nie chciałam jednak być niegrzeczna.
- Prosząc o to, na co masz ochotę, nie jesteś niegrzeczna - odparłem. - Dam ci to, czego sobie życzysz.
- Mogę prosić o dietetyczną colę?
- Oczywiście. - Przywołałem Larę, zamówiłem dla Reiny dietetyczną colę, a kiedy ją podano, patrzyłem, jak sączy napój przez słomkę. - A więc... mamy twoje urodziny - zacząłem ponownie.
- Tak. - Zerknęła na telefon leżący na stole.
- Chciałabyś dostać prezent?
Rozpromieniła się jak dzieciak, któremu zaproponowano właśnie cukierka.
- Masz dla mnie prezent?
- Niewykluczone. - Przechyliłem głowę i posłałem jej swoje najbardziej uwodzicielskie spojrzenie.
- Enzo, nie musiałeś mi nic kupować. Zabrałeś mnie dzisiaj na kolację.
- Słuchaj, dwadzieścia jeden lat kończy się raz w życiu. Chciałem upamiętnić tę okazję.
- O. To słodkie.
Sięgnąłem do kieszeni marynarki i wyjąłem pudełeczko. Otworzyłem je, błysnąłem brylantem w jej kierunku i uniosłem brew.
- I? Co ty na to?
Otworzyła usta. Gapiła się na klejnot jak na gigantycznego pająka, którego ataku się obawiała.
- Co to jest?
- Pierścionek zaręczynowy. - Zajrzałem do środka, żeby sprawdzić, czy nadal się tam znajdował.
- To... widzę. Ale dlaczego pokazujesz mi pierścionek zaręczynowy w tej chwili?
- No... cóż. - Nagle zrobiło mi się gorąco i się spociłem. Poluzowałem krawat. - Chcę się zaręczyć.
- Ze mną?
- Tak. - Znowu odchrząknąłem. - Z tobą.
- Ale... nawet się nie oświadczyłeś.
- Zrobiłem to.
- Nie. Tylko pokazałeś mi pierścionek.
- W takim razie powinienem się oświadczyć. - Najpierw jednak wsunąłem dwa palce za kołnierzyk białej koszuli i szarpnąłem, by go poluzować. - Wyjdziesz za mnie?
Przyglądała mi się przez chwilę z zaciśniętymi ustami.
- Czuję się niezręcznie, ale... nie.
- Słucham? - Zamrugałem powiekami. - Jak to: nie?
- No, nie. Nie chcę za ciebie wyjść. Spotykamy się od zaledwie trzech miesięcy, Enzo.
- Wiem, ale czas ucieka i... niedługo... miną cztery miesiące.
Wyglądała na zmieszaną.
- Słucham?
- Posłuchaj, wiem, że to się może wydawać takie... nagłe - powiedziałem i znowu pociągnąłem za kołnierzyk. - Ale naprawdę mi się podobasz.
- Tak?
- Jasne.
Splotła ręce na piersi i przyjrzała mi się podejrzliwie.
- To dlaczego nie podejmowałeś żadnych prób?
- Co masz na myśli?
- Całowaliśmy się, ale na tym koniec. A w tych kilku przypadkach, kiedy próbowałam zainicjować coś więcej, wycofywałeś się.
- Starałem się okazywać ci szacunek. - Chwyciłem szklankę z wodą z lodem i upiłem duży łyk. - Chciałem ci dać do zrozumienia, że jestem gotów poczekać.
Pokręciła głową, jakby czegoś nie rozumiała.
- Wiem, ale... to dla mnie dziwne. Myślałam, że jesteś gejem.
- To, że ktoś nie chce uprawiać z tobą seksu, nie musi oznaczać, że jest gejem - rzuciłem z rozdrażnieniem. - I co jest dziwnego w tym, że facet okazuje szacunek dziewczynie, z którą chce się ożenić?
Wywróciła oczami.
- Enzo, na Boga. My nie weźmiemy ślubu.
- A niby czemu?
- Po pierwsze, mam dopiero dwadzieścia jeden lat. Chcę zrobić w życiu różne rzeczy. A kiedy wyjdę za mąż, jeśli w ogóle wyjdę, to owszem chcę, żeby mąż mnie szanował, ale też żeby nie mógł rąk przy sobie utrzymać. Pragnę, by mnie kochał.
- Miłość - prychnąłem ze ściągniętymi brwiami. - Co to jest?
- To coś, co powinieneś czuć do osoby, której się oświadczasz. I... O, a co tu wygrawerowano na tym pierścionku? - Wyciągnęła go z pudełeczka, zanim zdążyłem ją powstrzymać. - "Twój na wieki. Ricky".
- Eee...
- Czy... - Spojrzała na pierścionek, a potem na mnie. Z niedowierzaniem. - Chciałeś mi dać pierścionek kogoś innego?
- Mogę to wyjaśnić - powiedziałem, chociaż dotarło do mnie, że wszelkie wyjaśnienia zabrzmią okropnie.
- Nie fatyguj się. - Z westchnieniem wcisnęła pierścionek w poduszeczkę i pchnęła pudełeczko w moją stronę. - To bez znaczenia.
Upokorzony zatrzasnąłem wieczko.
- Rety. Pokpiłem sprawę, prawda?
- Zgadza się. Ale to nie pierścionek stanowi problem. - Reina pochyliła się do przodu, wyciągnęła rękę nad stołem, żeby dotknąć mojego przedramienia. - Nie kocham cię, Enzo. A ty nie kochasz mnie, prawda?
Wbiłem wzrok w obrus i pokręciłem głową.
- Poza tym... - Cofnęła rękę i znowu westchnęła. - Wydaje mi się, że wcale by się nam nie udało. Jesteś dla mnie trochę... za stary.
Uniosłem głowę.
- Że co, proszę?
- Nie jesteś stary - poprawiła się szybko. - Ale za stary dla mnie.
W pełni się z nią zgadzałem, ale nie podobało mi się, jak to zabrzmiało. Sięgnąłem po kieliszek i pociągnąłem kilka drogich łyków.
Reina spojrzała na telefon.
- Słuchaj, dzięki za kolację i... i za wszystko, ale chyba będzie najlepiej, jeśli przestaniemy się spotykać.
- Dobra - rzuciłem i pochłonąłem jeszcze trochę wina.
- Moi przyjaciele są w Tipsy Canoe przy tej samej ulicy - oznajmiła. To był niedawno otwarty bar cieszący się popularnością wśród młodszej klienteli. - Chyba po prostu tam pójdę.
- Pozwól, że cię przynajmniej podwiozę. - Odstawiłem pusty kieliszek, wyciągnąłem portfel i rozejrzałem się za Larą, żeby podała mi rachunek.
- Nie musisz, naprawdę. Dopij wino. Wolę się przejść. - Wstała od stołu i wsunęła torebkę pod pachę. - Nie żywisz do mnie urazy?
Usiłowałem się uśmiechnąć, ale kiepsko mi to wyszło.
- Nie żywię.
- Świetnie - powiedziała i znowu zerknęła na telefon. - To do zobaczenia. - Oddalając się, stukała w klawiaturę telefonu.
Skrzywiłem się, wsunąłem pudełeczko z pierścionkiem z powrotem do kieszeni i dolałem sobie wina. W tym momencie stanęła obok mnie Lara.
- Hej - odezwała się. Wyglądała na zdziwioną. - Właśnie widziałam twoją dziewczynę przy drzwiach. Rzuciła cię?
- Uzgodniliśmy, że każde pójdzie w swoją stronę - skłamałem.
- Dzisiaj? Czy tak ogólnie?
- Tak ogólnie.
- Aha. - Zamilkła. - Dobrze się czujesz?
- Tak. - To nie było prawdą. Moje plany właśnie legły w gruzach, a winę za taki stan rzeczy ponosiłem wyłącznie ja sam.
- Podać ci rachunek, żebyś mógł wyjść? - spytała ze współczuciem Lara.
Wzruszyłem ramionami.
- Nie. Nie mam dokąd iść. Chyba że potrzebujesz tego stolika. Jeśli nie, to posiedzę tu jak starzec i wypiję wino w samotności. I tak pewnie będzie do końca moich dni. Mogę się zacząć przyzwyczajać.
- Daj spokój. Wiesz, że nie będziesz długo sam. - Lara dała mi kuksańca w ramię. - A siedź, ile chcesz. Jeśli będę musiała cię wykopać, dam ci znać.
- Dzięki. Zostawię ci dobry napiwek.
Puściła do mnie oko.
- Wiem.
Zostałem sam. Piłem wino i gapiłem się na migoczący płomień świecy, zastanawiając się, co też zrobiłem źle. Czy to moja wina, że nie kochałem Reiny? Powinienem był udawać? Przespać się z nią, żeby to udowodnić? Ten przykład pokazywał doskonale, dlaczego stroniłem od związków.
Kobiety są nieprzewidywalne, wkurzające, zmienne, porywcze. Mówią jedno, robią drugie. Oczekują, że będziesz wiedział, jak postąpić i co powiedzieć, chociaż nic ci nie podpowiedzą. Im zależy na jasnowidzach, nie na mężczyznach. A potem, jeśli zrobisz lub powiesz coś nie tak, albo nie zrobisz lub nie powiesz czegoś, co ich zdaniem powinieneś, wpadają we wściekłość i rzucają w ciebie talerzami bądź przestają się do ciebie odzywać. Rodzice dopiero co świętowali swoją trzydziestą szóstą rocznicę, więc widziałem na własne oczy, jak funkcjonuje małżeństwo. Zmienne nastroje matki i jej wybuchowy temperament doprowadzają ojca do szału, w zamian on potrafi być naprawdę upartym i wojowniczym dupkiem. Mówię o trzydziestu sześciu latach awantur, trzaskania drzwiami i gróźb, że ktoś odejdzie albo wymieni zamki.
Żadne z nich tych gróźb nie zrealizowało. Przecież mam piątkę młodszego rodzeństwa - dwóch braci i trzy siostry. A kiedy rodzice się nie kłócili, całą szóstką zgodnie twierdziliśmy, jakie to żenujące, że nie potrafią rąk od siebie oderwać. Niemniej zawsze przechodzili od jednej skrajności do drugiej. Jak tak można żyć? Gdzie w tym urok?
- Cześć. To miejsce jest zajęte?
Jakby dzisiejszy wieczór nie był dość zły, podniósłszy wzrok, zobaczyłem Biancę DeRossi - ze wszystkich osób na świecie najmniej przeze mnie lubianą. Stała obok stolika z kieliszkiem wina w dłoni.
- A jak ci się zdaje? - warknąłem.
Uśmiechnęła się i usiadła naprzeciwko mnie.
- Dzięki. Chętnie ci potowarzyszę.
Ściągnąłem brwi, dopiłem to, co miałem w kieliszku, i wlałem do niego resztę trunku z butelki. Nigdy nie traktowałem kobiety tak niegrzecznie, ale Bianca nie była zwykłą kobietą. Znałem ją od dziecka - nasze rodziny się przyjaźniły - a ona była zarozumiałym molem książkowym, który uważał, że jest dla mnie za mądry. Za każdym razem, gdy próbowałem z nią porozmawiać, zamykała się w sobie i odchodziła. Rodzice zmusili mnie kiedyś, żebym poszedł z nią na potańcówkę w jej katolickim liceum tylko dla dziewcząt. Nie zdziwiłem się, że nie potrafiła zorganizować sobie chłopaka, skoro przyniosła w torebce książkę i nosa z niej nie wyściubiła. Dla rozrywki prosiłem do tańca inne dziewczyny. Skąd mogłem wiedzieć, że ją tym rozwścieczę na tyle, by powiedziała przyjaciółkom, że mam małego? Nigdy się do niego nie zbliżyła!
O tym, co zrobiła, dowiedziałem się dopiero kilka lat później, kiedy wyrwałem jedną z jej byłych koleżanek z klasy. Dziewczyna wyraziła miłe zaskoczenie szczodrym rozmiarem mojego przyrodzenia. Zapytana o to, dlaczego się spodziewała czegoś innego, wyjawiła mi, co Bianca naopowiadała.
Nadal byłem na nią o to zły.
Bianca od czasu studiów mieszkała w Chicago, ale parę lat temu przeniosła się do Bellamy Creek i od razu przystąpiła do denerwowania mnie, jak za dawnych czasów. Była projektantką wnętrz i lubiła kupować domy, by sprzedawać je z zyskiem, podobnie jak ja. Udawało się jej przebić mnie za każdym razem, gdy rywalizowaliśmy o tę samą nieruchomość, a przez cały czas zachowywała się słodziutko, jak byśmy byli najlepszymi kumplami.
Nie byliśmy. Nie znosiłem jej. Już nie była zarozumiałym molem książkowym, umiała jednak zaleźć mi za skórę.
Co mnie irytowało jeszcze bardziej?
To, że była cholernie seksowna.
- Co tu robisz? - spytałem.
- Rodzina urządziła tu urodziny mojego taty. Nasze spotkania rodzinne szybko się kończą, bo babcia Vinnie ma dziewięćdziesiąt sześć lat. Zasypia mniej więcej po godzinie.
- Rety. Dziewięćdziesiąt sześć lat. - Na moment odpuściłem sobie złość i doceniłem długie życie.
- Tak. Do tego hajtnęła się w wieku dwudziestu jeden lat, urodziła piątkę dzieciaków przed skończeniem trzydziestki i była żoną dziadka Jacka przez siedemdziesiąt lat, aż do jego śmierci. Powtarza mi to za każdym razem, gdy ją widzę, a potem pyta, dlaczego wciąż jestem sama. - Bianca pociągnęła łyk wina.
- Mam kilka wyjaśnień.
Szturchnęła mnie pod stołem stopą.
- A co u ciebie? Wydawało mi się, że cię widziałam z dziewczyną. Albo byłeś na randce, albo się nią opiekowałeś.
Posłałem jej gniewne spojrzenie.
- Zabawne.
Uśmiechnęła się szeroko.
- Kto to był? Twoja dziewczyna?
- Nie. Rozstaliśmy się.
Otworzyła szeroko oczy.
- Och. Przykro mi to słyszeć.
- Kłamiesz.
- Enzo, być może cię zaskoczę, ale nie jestem twoim wrogiem. Nawet nie jest tak, że jakoś szczególnie cię nie lubię.
- Tak? A od kiedy to?
Wzruszyła ramionami.
- Odkąd przestaliśmy być niedojrzałymi niezdarnymi dzieciakami, które nie wiedziały, jak się przyjaźnić z przedstawicielem przeciwnej płci. Chyba jakoś wtedy.
- Mów za siebie. Ja miałem masę przyjaciółek.
Jej błękitne oczy błysnęły w świetle świec.
- To prawda. Zawsze byłeś kobieciarzem.
Wywróciłem oczami.
- Nieważne. Teraz siedzę tu sam.
- Chwila. Oczekujesz, że będę się nad tobą użalać? Jakbyś nie mógł po wyjściu stąd wyrwać pierwszej napotkanej dziewczyny? Nie ma na świecie kobiety, która potrafi się oprzeć twojemu urokowi, Enzo. Te ciemne oczy. Falujące włosy. Zawadiacki krok Morettich.
- Najwyraźniej straciłem rozpęd - mruknąłem i przelałem do swojego kieliszka wino zostawione przez Reinę.
Bianca przechyliła głowę na bok.
- Wątpię. Przecież ta dziewczyna tak naprawdę ci się nie podobała. Mam rację?
Wzruszyłem ramionami.
- Była okej.
- Stać cię na więcej.
- Nie w tym rzecz.
- A więc w czym?
- Muszę działać szybko.
- Dlaczego? - Zaśmiała się. - Czy o północy zamienisz się w dynię?
- Nie. Jeśli przed trzydziestym piątym rokiem życia nie znajdę sobie żony, firmę Moretti & Sons przejmie mój brat Pietro.
Szczęka jej opadła.
- Serio?
Zamiast odpowiedzieć, wychyliłem ostatnie krople barolo i odstawiłem głośno kieliszek.
- Muszę się czegoś napić. Czegoś mocniejszego.
- Ja też - powiedziała i dopiła swoje wino.
Przywołałem Larę i zamówiliśmy drinki - Dirty Martini z wódką dla Bianki i burbona z lodem dla mnie. Gdy dostaliśmy swoje napoje, pociągnąłem łyk i przyjrzałem się siedzącej naprzeciwko mnie kobiecie. Nie wiem, czy to przez wino, ale wydawała mi się jeszcze bardziej urocza, niż kiedy ją ostatnio widziałem.
Skórę miała tak jasną, że praktycznie świeciła w ciemności, wściekle rude włosy opadały jej do ramion i błyskały złotem w blas-ku świec, błękitne oczy patrzyły uważnie zza okularów w czarnych oprawkach, a szerokie mięsista usta miały kolor krwistej czerwieni. Nos i uszy miała małe - w zasadzie cała była mała i o ile dobrze pamiętałem, nie lubiła, żeby jej to wytykać.
- Co jest? - spytała, skrępowana moim spojrzeniem. Dotknęła włosów. - Dlaczego tak na mnie patrzysz?
- Zastanawiam się, czym rodzice cię karmili, co nie pozwoliło ci urosnąć.
Karmazynowe usta zrobiły nadąsaną minkę. Usiadła prościej.
- Jestem średniego wzrostu.
- Średniego dla kogo? Dla wiewiórek?
Pociągnęła łyk drinka i zacmokała językiem.
- Masz odwieczną obsesję na punkcie wielkości. Co nam to mówi, doktorze Freudzie? Ktoś tu się martwi, że ma za małego?
- Hej, to ty zapoczątkowałaś plotki o rozmiarach mojego... warsztatu - rzuciłem gniewnie i wypiąłem klatę. - Pozwolę sobie dodać, że zupełnie bezpodstawnie.
- Dobra, dobra. - Odstawiła kieliszek i uniosła ręce. - Pora, żebym cię za to przeprosiła.
- Nie jestem pewien, czy przyjąć przeprosiny - odparłem urażony. - Nie można obrażać męskości faceta w ten sposób, kiedy się jej nawet nie widziało, i oczekiwać, że on stwierdzi, że nic się nie stało. Oczerniłaś klejnoty rodzinne.
Zaśmiała się i wsunęła włosy za ucho.
- Naprawdę przepraszam za to, co powiedziałam. Już nigdy więcej nie oczernię twoich klejnotów.
- A dlaczego w ogóle to zrobiłaś?
Podniosła kieliszek i pociągnęła łyczek.
- Żeby się na tobie odegrać za to, że prosiłeś do tańca wszystkie dziewczyn z wyjątkiem mnie, rzecz jasna
- Co takiego? - prychnąłem. - To absurd. Nie chciałaś ze mną tańczyć.
- A skąd wiesz? Nie zaproponowałeś mi tego.
- Bianca, wzięłaś ze sobą tę pieprzoną książkę i przez cały czas ją czytałaś.
Przycisnęła dłonie do mostka.
- Zmierzch to nie jest zwykła książka, Enzo. Nadal ją czytam co roku.
- Zmierzch? Czy to nie jest o tym nastoletnim wampirze?
- Ten wampir przynajmniej był dżentelmenem.
Wywróciłem oczami.
- Nieważne. Nie chciałaś ze mną nawet rozmawiać, a ja się nudziłem, więc brałem dziewczyny do tańca. Nie wydawało mi się, żeby to było takie ważne.
- Zraniłeś moje uczucia - oznajmiła i kiwnęła w moją stronę zadartym małym nosem. - Wiedziałam, że nie miałeś ochoty tam iść i że to rodzice cię do tego zmusili. Okropnie się z tym czułam, więc postanowiłam się źle zachowywać, żeby zamaskować swoje upokorzenie.
- Nie miałem o tym najmniejszego pojęcia, bo nigdy nic nie powiedziałaś. Ale... przepraszam za to, że zraniłem twoje uczucia.
- Przeprosiny przyjęte. Czy teraz przyjmiesz moje?
- Chyba tak - bąknąłem i znowu się napiłem.
Uśmiechnęła się promiennie.
- Dziękuję. Czy możemy się zacząć przyjaźnić?
- Myślę, że możemy spróbować. Niemniej wciąż nie rozumiem, dlaczego byłaś wtedy taka zarozumiała, zawsze zbyt doskonała, żeby ze mną porozmawiać.
- Nie byłam zarozumiała, Enzo, tylko nieśmiała! - wykrzyknęła, jakbym powinien był to wiedzieć. - A ciebie zawsze otaczał wianuszek dziewczyn, które trzepotały rzęsami, poprawiały długie blond włosy i chichotały jak kretynki ze wszystkiego, co powiedziałeś. To, że do nich się nie zaliczałam, nie znaczy, że uważałam się za zbyt doskonałą. Szczerze mówiąc, jestem w szoku, że w ogóle mnie pamiętasz z tamtego okresu. Nigdy nie zwracałeś na mnie uwagi, bo przeszkadzało ci w tym rozbuchane ego, które przesłaniało ci cały świat.
- No dobra, może powinniśmy już nie wałkować tego, co było - stwierdziłem. Przypomniało mi się, dlaczego za nią nie przepadałem. - Najwyraźniej mamy się zawsze ze sobą nie zgadzać.
- W porządku. - Wyjęła wykałaczkę z drinka i zjadła oliwkę. - A jak się miewa twoje ego dzisiaj? Trochę poobijane, co?
- Nic mu nie jest - powiedziałem i zacisnąłem krawat. - Reina najwidoczniej nie była odpowiednią kandydatką na żonę. Cieszę się, że odmówiła.
Bianca zaczęła się krztusić oliwką.
- Czekaj. - Powachlowała się dłonią i zdołała przełknąć. - Ty się oświadczyłeś tej... Jak miała na imię ta dziewczynka?
- Reina. I nie powinnaś porównywać nikogo do dziecka, Mała.
Zgodnie z moją nadzieją na dźwięk starego przezwiska zmar-szczyła się na chwilę.
- W tej chwili rozmawiamy o tobie. Prosiłeś ją dzisiaj o rękę? Miałeś pierścionek?
Westchnąłem, żałując, że o tym wspomniałem.
- Tak. Miałem.
Oczy jej błysnęły.
- Pokaż.
- Nie.
- Dlaczego?
- Bo to będzie oznaczało wcieranie soli w moje rany.
- Enzo, do cholery. Nie jesteś ranny. Nawet nie kochasz tej dziewczyny. Miałeś wsunąć jej na palec pierścionek, żeby twój ojciec umieścił twoje nazwisko na pierwszym miejscu w firmie. - Wyciągnęła rękę. - Daj mi go.
Coś mi podpowiadało, że pożałuję, ale sięgnąłem do kieszeni marynarki i wyciągnąłem pudełeczko.
Wzięła je ode mnie i otworzyła.
- Śliczny - stwierdziła z oszczędnym podziwem. Zmrużyła oczy i podsunęła okulary na nosie. - Dałeś coś wygrawerować?
Podniosłem szklankę z burbonem i pociągnąłem solidny łyk.
- Nie.
- Ale tu jest napisane... - Odłożyła pudełeczko i wyciągnęła pierścionek z poduszeczki, żeby się lepiej przyjrzeć. Zaczęła się śmiać. - "Twój na wieki. Ricky"?!
- Oddawaj. - Pochyliłem się nad stołem, by odebrać jej pierścionek, ale przesunęła rękę tak, że nie mogłem go dosięgnąć.
- Chwila! Chcę go przymierzyć.
Oparłem się ciężko o ściankę boksu, podniosłem szklankę i dopiłem jej zawartość. Czy ten wieczór może być jeszcze gorszy?
Bianca wsunęła pierścionek na palec - pasował - i wyciągnęła dłoń przed siebie, żeby się jej przyjrzeć.
- A co jej powiedziałeś?
- Oświadczyłem się.
- Ale jak? Powiedziałeś: "Jesteś miłością mojego życia i chcę być z tobą już zawsze"?
- No, niezupełnie. Nie chciałem jej okłamywać. Po prostu... dałem jej pierścionek. - Wykonałem ręką zamaszysty gest.
- Przecież musiałeś coś przy tym powiedzieć.
- A co to za różnica? - spytałem z rozdrażnieniem.
- Słuchaj, tylko próbuję ci pomóc. Zdecydowanie pokpiłeś dzisiaj sprawę, a z tego, co mówisz, to powinieneś znaleźć Lucy dla swojego Ricky'ego dość szybko. Zgadza się?
Rozejrzałem się za Larą. Musiałem się jeszcze napić. I ktoś będzie musiał mnie zawieźć do domu.
- Zgadza się? - Bianca znowu szturchnęła mnie stopą. - Pozwól, że ci pomogę.
- Mogłabyś mi pomóc, wyłącznie biorąc ze mną ślub - burknąłem i przywołałem Larę. - A że to nie wchodzi w grę, kończymy temat.
- Poczekaj chwilę. Kto powiedział, że to nie wchodzi w grę?
- Że co? - Gapiłem się na nią, jakby rogi jej wyrosły.
Bianca nadal przyglądała się pierścionkowi na swoim palcu.
- Tylko głośno myślę. Zdaje się, że każde z nas ma cel, a moglibyśmy te cele zrealizować dzięki jednemu, pozorowanemu, związkowi.
Pokręciłem głową, jakbym chciał myśleć jaśniej, ale mgła pozostała.
- Wiem, że jestem pijany, ale co ty wygadujesz?
Westchnęła i podniosła kieliszek, żeby się napić.
- Mówię o tym, że potrzebujesz żony, by uzyskać to, czego chcesz. Zgodzę się zostać tą żoną, na jakiś czas i na konkretnych warunkach, jeśli ty się zgodzisz dać mi to, czego ja chcę.
Zaprzeczyłem ruchem głowy.
- O nie. Nic z tego. Już wiem, co kombinujesz. Nie zapłacę ci za udawanie mojej żony.
Bianca wywróciła oczami.
- Daruj sobie, Enzo. Nie chcę twoich pieniędzy. Ani ich nie potrzebuję.
- W takim razie nie kumam - powiedziałem, po raz kolejny zupełnie nie rozumiejąc kobiety. - Czego takiego mogłabyś chcieć, co mógłbym ci dać?
Uśmiech, który się pojawił na ustach w kolorze piekielnej czerwieni, powinien był mnie ostrzec o niebezpieczeństwie.
- Dziecka. Chcę dziecka.