ROZDZIAŁ 3
Z bliska pałacyk prezentował się jeszcze ładniej, bo można było dostrzec intrygujące detale, które naprawdę warte były uwagi. Kasia przyglądała się pięknej fasadzie utrzymanej w pastelowych odcieniach zieleni i różu i myślała sobie, że mogłaby tak mieszkać. Szczególnie podobał się jej malowniczy balkonik z białymi kolumnami, po których pięła się róża.
"Ślicznie tu jest" - pomyślała kobieta. "Tak spokojnie i elegancko".
Stała jeszcze przez chwilę, podziwiając kolejne szczegóły, aż dał o sobie znać głód. Weszła do kawiarni i zamówiła kawę i ciastko, a potem, zachęcona przez kelnerkę, usiadła na tarasie, bo dzień był wyjątkowo ciepły. Popatrzyła na park w jesiennej szacie i pełen uroku staw, w którym odbijały się promienie słońca. Na powierzchni wody unosiły się kolorowe liście, a łagodny wiatr poruszał nimi, tworząc fale, mieniące się ciepłymi barwami jesieni. Kasia nagle nabrała ochoty, żeby zostać tutaj na noc. Do tej pory rzadko miała okazję, by ulegać swoim zachciankom, a teraz zamierzała to zmienić.
- Czy pokój, do którego należy ten balkonik, jest wolny? - zapytała, gdy kelnerka przyszła się upewnić, czy jedyny gość kawiarni niczego nie potrzebuje.
- Zaraz zapytam w recepcji, ale chyba tak, bo to już koniec października, więc mało chętnych na wypoczynek...
Po chwili kobieta wróciła i potwierdziła, że pokój można wynająć, więc gdy Kasia skończyła posiłek, poszła do recepcji, żeby się zameldować. Świetnie się czuła z tą spontanicznością, na którą do tej pory prawie nigdy nie mogła sobie w życiu pozwolić. Pokój kosztował sporo, ale wart był każdej złotówki. Zaraz po przekroczeniu progu Kasia poczuła się jak księżniczka: łóżko z baldachimem, eleganckie meble, śliczna staroświecka komoda, fotel i pełna uroku łazienka z wielką wanną na nóżkach w kształcie łodyg kwiatów.
"Ktoś zadbał o każdy, nawet najmniejszy szczególik" - zachwycała się, dotykając miękkich ręczników i puszystego szlafroka pozostawionego do dyspozycji gości.
Nalała wody do wanny, dodała olejku, który oferował hotel, i położyła się w pachnącej pianie. Pierścionek na jej palcu zalśnił mocno, kiedy go zamoczyła, i Kasia przypomniała sobie dzień, który sprawił, że zaczęła inaczej patrzeć na odziedziczony po wujku majątek, a w jej serce wkradły się strach i niepewność. To był pogodny, ciepły poranek, który wcale nie zapowiadał przełomowych wydarzeń. W aptece pojawiało się niewielu klientów, więc Kasia postanowiła posprzątać w szafkach z lekami, bo od dłuższego czasu miała wrażenie, że zaniedbała swoje miejsce pracy. Umyła starannie półki, wytarła kurz z figurek aniołków, które zdobiły gablotkę, poukładała równo pudełka i słoiki, przemyła podłogę pachnącym płynem. Nagle przed domem zatrzymał się samochód i do apteki wszedł po chwili młody jasnowłosy mężczyzna, trzymając przy twarzy chustkę.
- Czy ma pani coś do zatamowania krwotoku? - wykrztusił.
Spojrzała na niego uważniej i spostrzegła, że spomiędzy palców trzymających chusteczkę sączy mu się krew. Posadziła go na krześle, położyła zimny kompres i pomogła opanować krwawienie z nosa, a potem usiedli razem przy otwartych drzwiach, ze szklankami zimnej wody w rękach. Kasia zauważyła, że mężczyzna patrzy na nią uważnie i raz po raz zerka na jej dłoń.
"Pewnie chce sprawdzić, czy jestem mężatką" - pomyślała i uśmiechnęła się, bo nieznajomy bardzo jej się spodobał. Nie był jakoś niewiarygodnie przystojny, ale miał niezwykłe, niebieskie oczy i ładnie wykrojone usta, a także zadbane dłonie o długich palcach. We Wszeborowie mężczyźni nie zwracali uwagi na takie szczegóły jak czyste paznokcie, a widać było, że jasnowłosy poświęca czas na ich pielęgnację. Mimo woli wyobraziła sobie, jak te wypielęgnowane, delikatne dłonie błądzą po jej skórze...
- Przepiękny jest ten pani pierścionek i kolczyki - powiedział w pewnym momencie mężczyzna i Kasia została sprowadzona na ziemię. Poczuła lekkie ukłucie rozczarowania, że interesuje go biżuteria, a nie - jej właścicielka. - Są wspaniałe - dodał. - Jestem jubilerem i chyba nigdy w całym swoim zawodowym życiu nie widziałem tak pięknie oszlifowanych brylantów i tak czystych szafirów.
- Brylantów? - powtórzyła.
- Takiego szlifu i blasku nie da się podrobić - odpowiedział z przekonaniem.
- Jest pan pewien? - Zaskoczona zdjęła pierścionek z palca i podała mu go. Była przekonana, że gdy mężczyzna przyjrzy mu się dokładniej, powie, że to zwykłe jarmarczne świecidełko. Jej gość wyciągnął z kieszeni na piersi jakieś szkiełko i przyglądał się bacznie klejnotowi, a potem oddał go jej, trzymając tak delikatnie, jakby mógł uszkodzić pierścionek zbyt mocnym dotknięciem.
- Jest wart ze dwadzieścia tysięcy. Co najmniej, bo gdyby zbadać go staranniej, wyszłoby na pewno więcej. Kamień jest doskonały! A kolczyki warte pewnie ze trzy razy tyle. Gdzie pani to kupiła?
- Odziedziczyłam po krewnym - odpowiedziała zgodnie z prawdą. - To jedyne, co mi zostawił - dodała na wszelki wypadek, bo nagle przestraszyła się, że mężczyzna może rozpowiedzieć w okolicy, że w jej domu znajdują się tak drogocenne klejnoty.
- Cudeńko. Prawdziwe arcydzieło sztuki jubilerskiej. Lepiej mieć jeden taki komplet niż całą szufladę innych świecidełek.
Gdy mężczyzna odjechał, Kasia z oszołomieniem wpatrywała się w pierścionek. Uświadomiła sobie, że nie zdjęła go do prac w ogrodzie i potem szorowała szczoteczką do zębów, miała go również na palcu podczas sprzątania, mycia okien, zmywania naczyń i robienia przetworów.
"Przecież nic mu się nie stało" - przerwała wreszcie te myśli. "Jest cały i nadal taki śliczny, jak był. Ale żeby dwadzieścia tysięcy..." Raz jeszcze spojrzała z niedowierzaniem na złoto. W pierwszym odruchu chciała zdjąć komplet i schować, ale po chwili pomyślała, że to niedorzeczne. Skoro jej się podoba i nosiła go przez tyle tygodni, to chyba nic się nie stanie, jeśli nadal będzie ją zdobić.
- Po to jest biżuteria, żeby ją nosić, a nie ukrywać w pudełeczkach - powiedziała do siebie.
Dopiero wtedy dotarło do niej, że pozostałe ukryte w pudełeczkach w domu jej wujka wyroby złotnicze również mogą być wartościowe. Przestraszyła się, bo zupełnie nie potrafiła tego wyjaśnić.
"Skąd wujek miał tyle pieniędzy?" - zastanawiała się. "Przecież nie wyglądał na milionera, nie żył ponad stan. A może to tylko ten jeden komplet jest taki drogocenny, a reszta to podróbki? Może kupił go na pchlim targu, a sprzedający nie zdawał sobie sprawy z wartości biżuterii? Tak, z pewnością" - prychnęła po chwili w duchu, zdając sobie sprawę z tego, że to bardzo mało prawdopodobne. "Przez czysty przypadek trafiłam akurat na jedyny autentyczny i drogocenny zestaw? Bzdura".
Zamknęła wówczas wcześniej punkt apteczny i pojechała do miasteczka. Kiedy wchodziła do domu wuja, miała wrażenie, że z okien naprzeciwko śledzą ją czyjeś spojrzenia.
"Brednie! Nikt nie wie, że wujek zgromadził taką kolekcję!" - strofowała się w duchu, ale przypomniał jej się mężczyzna z tłustymi włosami, który wspominał o chęci kupienia "dodatków" i strach ścisnął ją za gardło. Chyba jednak ktoś wiedział... Zamknęła drzwi i pociągnęła za klamkę, żeby się upewnić, czy na pewno nikt za nią nie wejdzie. Dopiero wtedy wolno podeszła do szafy, otworzyła drzwiczki i z uwagą obejrzała kilka kompletów, jednak nie potrafiła ocenić ich wartości. Teraz, kiedy wiedziała, że jej biżuteria jest tak drogocenna, inaczej patrzyła na te świecidełka. Ich blask wydał jej się nagle zbyt ostentacyjny, jakby z daleka krzyczały: "Jesteśmy bardzo, bardzo drogie!".
"Co ja mam z tym zrobić?" - myślała, dotykając nieśmiało gładkich kamieni.
Wreszcie wybrała na chybił trafił trzy pudełka oraz wyjęła z woreczka dwa pierścionki spośród kilkunastu tam zgromadzonych i następnego dnia pojechała do Krakowa, żeby wycenić je u jubilerów. Zdecydowała się na Kraków, bo był dużym miastem, więc liczyła na anonimowość, a przy tym położony był na tyle blisko od Wszeborowa, że dało się załatwić sprawę w ciągu jednego dnia. Jubiler, do którego przyszła w pierwszej kolejności, obejrzał z uwagą naszyjnik z czerwonymi kamieniami i stwierdził, że to rubiny.
- Żeby podać dokładną wartość, musiałbym dokonać analiz, ale tak na pierwszy rzut oka nie mam wątpliwości, że to naturalne kamienie. Piękne okazy. A to na środku to diament, też bardzo niezwykły. No i białe złoto najwyższej próby. Kupiłbym go od pani za trzydzieści tysięcy.
Gdy jednak usłyszał, że Kasia nie posiada dowodów zakupu ani żadnych certyfikatów, zrezygnował z zakupów, za to podał jej adres jubilera, który, jak sam stwierdził, niespecjalnie przejmuje się formalnościami. Kasia odwiedziła jeszcze cztery pracownie, w każdej pokazując inny klejnot - i w każdej usłyszała, że to naprawdę wartościowe przedmioty. Jeden z jubilerów, niezainteresowany kupnem, choć zachwycony prezentowaną biżuterią, stwierdził, że nie powinna sprzedawać naszyjnika za mniej niż pięćdziesiąt tysięcy. W końcu poszła do jubilera, którego wskazał jej pierwszy z mężczyzn, i rzeczywiście - po obejrzeniu zestawu kolczyków i pierścionka z perłami zaoferował jej niezłą sumę, choć mniejszą o jedną trzecią od kwoty, którą usłyszała u złotnika. Patrzyła na niego oszołomiona, co odebrał jako próbę targowania się i podniósł cenę o trzy tysiące.
- No nie mogę więcej - powiedział. - Nie ma pani na to żadnych papierów, żadnego dowodu zakupu, wiadomo, że nie będę mógł wystawić oficjalnie. Trzeba zrobić ekspertyzy, a to kosztuje...
- Zgoda - odpowiedziała, bo od dłuższego czasu planowała remont i nagle otworzyły się przed nią możliwości, aby wykonać go już teraz, bez konieczności odkładania pieniędzy przez cały rok, a przy tym zrobić go tak, jak jej się marzyło, nie oglądając się na koszty. Wtedy jeszcze nie myślała o tym, że równie dobrze może rzucić Wszeborowo i zacząć nowe życie w jakimkolwiek miejscu sobie wymarzy...
Gdy wróciła do domu, dopadły ją wyrzuty sumienia. Torebka, w której schowała pieniądze, nagle wydała jej się potwornie ciężka, a banknoty tak brudne, że odsunęła ich plik od siebie. Myśli kołatały się w jej głowie, jedna gorsza od drugiej.
"A jeśli to są klejnoty pochodzące z kradzieży? Jeśli wujek należał do jakiejś szajki? Jeśli jest na nich krew?"
Zastanawiała się, czy nie powinna pójść na policję, ale z drugiej strony trudno jej było uwierzyć w to, że wujek Romek mógłby dopuścić się przestępstwa. Przecież dobrze go znała, był łagodnym, spokojnym człowiekiem, który lubił czytać książki historyczne i pomagał w różnych pracach staruszce mieszkającej przy tej samej ulicy. Czy ktoś taki mógł być złodziejem?
- Oczywiście, że mógł. Każdego dnia ludzie dowiadują się, że ich sąsiad jest przestępcą, i wtedy mówią, że wydawał się taki porządny, miły i spokojny... - przekonywał jakiś głosik w jej głowie, ale Kasia odrzucała go.
"Jeśli pójdę na policję, zacznie się dochodzenie i zszargam dobre imię wujka, a być może i tak niczego się nie dowiem".
Zza okna dobiegło ją nagle ćwierkanie ptaków i Kasia wróciła do rzeczywistości. Rozejrzała się po hotelowej łazience. Woda w wannie zrobiła się już chłodna, więc kobieta zakończyła kąpiel, założyła długi podkoszulek i wyciągnęła się na wspaniałym łożu.
"Muszę się wybrać na zakupy i sprawić sobie jakieś ładne koszulki nocne, bieliznę i ubrania" - pomyślała. Z tą myślą zasnęła. We śnie znalazła się na polanie Wszebory. Stała na skraju lasu, w rzęsistym deszczu, który czuła na całym ciele, i nagle spostrzegła, że drewniana postać dziewczyny ożywa. Jej włosy zafalowały na wietrze, zdrewniałe powieki otworzyły się i na Kasię spojrzały zielone oczy. Przez chwilę obie wpatrywały się w siebie, a potem Wszebora wyciągnęła ku niej ręce i pociągnęła ją do tańca wokół dębu. Wirowały obie, aż kręciło im się w głowach, a ich śmiech niósł się po lesie, zmieszany z ptasim świergotem.
- Jestem przy tobie i nie opuszczę cię, dopóki o mnie pamiętasz! - powiedziała Wszebora, a Kasię wypełniło szczęście i poczucie, że wszystko świetnie się ułoży.