Mgła i smoki,
krew i żelazo
Wszystko
zaczęło się bardzo powoli - tak że tego prawie
nie zauważyłam. Trochę jak w letni, słoneczny
dzień, na który stopniowo opuszcza się mgła. Najpierw
przesłania słońce w sposób niemal niewidoczny,
potem gęstnieje, ale słońce świeci nadal, i dopiero,
gdy już go zupełnie nie widać i wszędzie robi się zimno,
a ptaki milkną - dopiero wtedy spostrzegasz, co się
dzieje. Ale wówczas mgła już tam jest, słońce znikło,
szczegóły krajobrazu zaczynają się rozmywać
i nie ma już dostatecznie dużo czasu, aby odnaleźć
szlak, bo opadająca mgła jest tak gęsta, że wszystkie
ścieżki stają się niewidoczne. Wtedy zaczynasz
się bać. Bo tak naprawdę nie wiesz ani co, ani dlaczego
się zdarzyło, ani jak długo będzie trwać. Rozumiesz
jedynie, że zostałeś sam i że zaraz zabłądzisz,
i potwornie się boisz, że już nigdy nie odnajdziesz
drogi do domu.
Nie przypominam sobie,
kiedy ani jak to się zaczęło, ale pamiętam, że będąc
w gimnazjum po raz pierwszy poczułam strach. Nie miałam
jeszcze wtedy do niego specjalnych powodów, nie był
on też szczególnie silny, zauważyłam jednak,
że coś jest nie tak. Zawsze dotąd byłam cichą,
grzeczną, zdolną dziewczynką, która trzymała
się raczej samotnie, dużo marzyła na jawie i nie
miała zbyt wielu przyjaciół. Miałam kilka dobrych
przyjaciółek, a zwłaszcza jedną bardzo bliską, nie
była to jednak nigdy duża grupa. W szkole podstawowej
trochę mi dokuczano. Nie było to prześladowanie
brutalne, tylko takie ciche, codzienne dokuczanie,
które pomalutku odbiera wiarę w siebie,
zabija przyjaźń i radość, pozostawiając cię
samotnym, z przekonaniem, że tak będzie dla ciebie
najlepiej. Podobnie było w gimnazjum - nie za dużo,
tylko trochę dokuczania - ale wystarczająco,
abym to odczuła. Guma do żucia w moich włosach, ludzie,
którzy podnosili się, aby odejść, gdy ja przychodziłam,
zabierali spode mnie w ostatniej chwili krzesło lub
śmiali się szyderczo. Wszelka praca grupowa to był
koszmar, a przerwy spędzałam przeważnie samotnie. Tak
było właściwie od dawna, ale wtedy, w gimnazjum,
zauważyłam, że jestem coraz bardziej i coraz
częściej samotna, i że nie jest to już taka zwykła
samotność zewnętrzna, ale że zaczęła ona wpełzać
w moje wnętrze. Na tym lub innym etapie najwyraźniej
wydarzyło się coś, co spowodowało, że byłam
samotna już nie tylko dlatego, iż po prostu nie było
z kim być, ale ponieważ mgła stopniowo utrudniała mi
komunikację, a samotność stała się częścią
mojego ja.
W szkole miałam zawsze dobre
oceny. Spędzałam dużo czasu ze swoją najlepszą
przyjaciółką, chodziłam do kina, za niewielką
opłatą pilnowałam małych dzieci, rysowałam,
malowałam i słuchałam muzyki. Śmiałam się,
miałam wiele planów na przyszłość. Jednak coraz
częściej wychodziłam wieczorami na długie
spacery, podczas których myślałam o wszystkim
i o niczym, a czasami wręcz trudno mi było sobie
przypomnieć, gdzie byłam. Sporo rozmyślałam
o śmierci. Zdarzało mi się w środku lata wspinać na
sam szczyt skoczni narciarskiej i stojąc tam, wyobrażać
sobie, jakby to było polecieć w dół i wylądować
w całkiem innym miejscu, takim, z którego się już
nie wraca. Zdaje się, że w całym okresie gimnazjum nie
napisałam żadnego wypracowania, w którym bym
kogoś nie zabiła, może za wyjątkiem prac rzeczowych
i związanych z faktami - ale nawet one były
dość ponure. Stałam się jeszcze cichsza i bardzo
dużo słuchałam muzyki. Dużo również czytałam
i często była to literatura ciężka i smutna,
troszeczkę zbyt smutna jak na czternastolatkę,
na przykład Bleikeplassen czy
Ptaki Tarjei Vesaasa, Kafka
i Dostojewski. Byłam jednocześnie bardzo
dorosła i bardzo dziecinna i sama miałam
trudności z określeniem, kim jestem. W dziewiątej
klasie chciałam dostać pod choinkę podręcznik do
łaciny oraz lalkę-niemowlę. Byłam coraz bardziej
zdezorientowana i dużo pisałam w swoim bardzo
ponurym pamiętniku.
Żadna z tych spraw sama
w sobie nie była zbyt dziwna. Byłam przecież
nastolatką, a nastolatki są z reguły
nieprzewidywalne. Rozdziera je chęć bycia
zarówno dorosłym, jak i dzieckiem, a pewna doza
smutku i nagłe decyzje są całkiem normalne i nie
stanowią z reguły powodu do zmartwień. Kiedy
zastanawiałam się nad tym wszystkim już po czasie, to
widziałam, że najważniejszym sygnałem ostrzegawczym
była moja zanikająca tożsamość, moje poczucie
bezpieczeństwa, że "ja" to ja. Stawałam się coraz
bardziej niepewna, czy w ogóle istnieję, czy może
jestem tylko postacią z książki albo kimś, kogo
ktoś sobie wymyślił. Nie miałam wcale pewności,
kto kieruje moimi myślami i działaniami - czy
to jestem ja - czy może ktoś inny - na przykład
"autor"... Czułam się coraz bardziej niepewnie
i zastanawiałam się nad tym, czy tak naprawdę
w ogóle żyję, bo wszystko było tak strasznie
puste i szare. W pamiętniku zastąpiłam słowo
"ja" słowem "ona" i po pewnym czasie znalazło to
odzwierciedlenie również w moim sposobie myślenia:
"Ona szła drogą, która wiodła do szkoły. Była smutna
i zastanawiała się, czy umrze". Głęboko we mnie coś
zadawało sobie pytanie, czy "ona" to nadal "ja",
ale zaraz przychodziła odpowiedź, że coś tu się nie
zgadza, bo "ona" była przynajmniej smutna, natomiast
ja - byłam niczym. Tylko szarością.
Mniej więcej w tym okresie
zdałam sobie sprawę, że potrzebuję pomocy. Bardzo
obawiałam się o nią poprosić, ale pewnego dnia, gdy
siedziałam sama w klasie i odrabiałam zadania
z norweskiego, zebrałam się nagle na odwagę
i poszłam do szkolnej pielęgniarki. Była to pogodna
i miła osoba, czułam jednak, że nie potrafię jej
niczego wyjaśnić. Zapytała mnie, czy jem normalnie,
a ja przecież jadłam, czy boję się utyć albo jeździć
autobusem, a tego się przecież nie bałam. Bałam
się tego, że nie istnieję i że moje myśli nie
są moimi myślami, ale o to pielęgniarka już nie
zapytała. Powiedziałam jej, że wszystko wydaje mi
się szare i że nie mam siły dalej żyć, więc umówiła
mnie na wizytę do szkolnego psychologa. Bałam
się, było mi głupio, ale nie zamierzałam nikomu
o tym mówić. Moja wizyta wypadała w czasie
ferii zimowych, a wtedy szkoła była na szczęście
zamknięta. W domu powiedziałam, że idę się
przejść, a potem schowałam się na cmentarzu
tuż przy szkole aż do chwili, gdy zobaczyłam,
że psycholog już przyjechał. Mimo że bardzo się
bałam, to naprawdę chciałam z nim porozmawiać, bo
widziałam coraz wyraźniej, że zaczynam się gubić
we mgle i że potrzebuję pomocy. Nie wiedziałam
jednak, jak poprosić o tę pomoc ani jak wyjaśnić
komukolwiek, co takiego się ze mną dzieje, bo mgła
była już na tyle gęsta, że bardzo utrudniała mi
komunikację. Powiedziałam psychologowi, że
czuję się zdezorientowana, a on mi odpowiedział, że
tak się czuje większość nastolatków. Wspomniałam, że
mam wrażenie jakbym nie kontrolowała już sama swoich
myśli i działań, a on narysował mi freudowskie
koła z "ego", "id" oraz "superego". Nic z tego
nie zrozumiałam, a zarazem upewniłam się, że on
też nie rozumie zbyt wiele z tego, co próbowałam
mu powiedzieć. Następna wizyta u psychologa
kolidowała z klasówką, pobiegłam więc do
gabinetu pielęgniarki i powiedziałam jej, że nie
mam na nią czasu i że nie jest mi już potrzebna, bo czuję
się dużo lepiej. Było to wielkie kłamstwo, ale mgła
stała się już tak gęsta, że z trudem przychodziło
mi rozsądne myślenie a tym bardziej wyrażanie
takich myśli, więc znacznie łatwiej było po prostu
skłamać. Wiedziałam, że nigdy nie zdołam w pełni
wyrazić, jak się naprawdę czuję. Wolałam zatem
powiedzieć, że wszystko jest w porządku i dalej
walczyć samotnie.
O dziwo, moje wyniki
w szkole były nadal bardzo dobre. Wypracowania
miały tragiczną wymowę, ale wciąż były bardzo dobrze
napisane, a przedmioty ścisłe też nie sprawiały
mi problemów. Daty i gatunki botaniczne oraz wojny
i wzory chemiczne stanowiły bezpieczne, proste,
namacalne fakty w coraz bardziej chaotycznym
świecie i w związku z tym nie przysparzały mi
żadnych kłopotów. Były tym, czym były - nieczułe
i niezmienne, niepoddające się wpływom mojego
wewnętrznego chaosu - mogłam się ich po prostu
nauczyć na pamięć i to wystarczało. W dalszym
ciągu chodziłam na spacery, pilnowałam dzieci,
odrabiałam lekcje, pisałam sprawdziany i nikt
nie wiedział, że z każdym dniem jestem coraz bardziej
zagubiona i że coraz bardziej oddalam się od
domu. A tak się właśnie działo.
W takim stanie rozpoczęłam
naukę w szkole średniej. Na początku wszystko
szło dobrze. Dostałam się do sympatycznej klasy,
w której część osób znałam już wcześniej, a część
zobaczyłam po raz pierwszy. Zauważyłam, że
ludzie potrafią być mili, że potrafię zdobyć
nowych przyjaciół i wspólnie z nimi przyjemnie
spędzać czas. Załatwiłam sobie pracę po szkole
jako sprzedawczyni czekolady w miejscowym
kinie i mimo że oznaczało to konieczność dość
długiego dojazdu autobusem, podobała mi się
zarówno ta praca, jak i moi nowi koledzy. Czułam się
dobrze. Bardzo dobrze. Zbyt dobrze. Bo przecież świat
wcześniej tak nie wyglądał i nie do takiego byłam
przyzwyczajona i gdy sprawy miały się świetnie,
tym wyraźniej było widać, jak bardzo boleśnie
i samotnie było mi wcześniej. W mojej piersi
nadal czaił się smutek i w chwilach, gdy śmiałam się
w towarzystwie kolegów i koleżanek, uciskał mnie
w klatce piersiowej, przypominając, że życie wcale
nie jest takie łatwe, zabawne i dobre, ale samotne,
bolesne i smutne. Czułam się przez to jeszcze bardziej
samotna. Poza tym wcześniej tak długo mi dokuczano,
że fakt, iż ludzie są dla mnie mili, był nieco męczący
i niezwykły. A gdybym miała naprawdę dopuścić do
siebie myśl, że oni po prostu są mili i że wcale nie
muszą być dla mnie inni, to wtedy również musiałabym
dopuścić do siebie smutek z powodu tego, co działo
się wcześniej. A na to nie miałam siły. Szarość
narastała i przybierała na sile. Coraz wyraźniej
widziałam, jak bardzo źle jest mi w mojej roli cichej,
grzecznej, zdolnej dziewczynki. Chciałam umieć latać
i zaczęłam rysować złocistoczerwone smoki
ziejące ogniem, smoki, z których emanowała siła
i życie, czyli wszystko to, czego mi brakowało. Bo ja
byłam jedynie szarością.
Już w okresie gimnazjum moje
zmysły zaczęły się nieuchwytnie zmieniać. Również
ten proces przebiegał tak stopniowo i ostrożnie, że
na początku prawie tego nie zauważyłam, jednak
od czasu do czasu, a zwłaszcza gdy byłam zmęczona,
dźwięki wydawały mi się nieco dziwne. Były zbyt
głośne lub zbyt ciche albo po prostu dziwaczne. Teraz
zrobiło się jeszcze gorzej. Zazwyczaj dźwięki
mają swój określony porządek, jedne są głośne,
inne ciche, jedne ważne, inne mniej istotne, teraz
jednak te zasady stały się mniej wyraźne. Zdarzało
się, że szłam z kimś i rozmawiałam, zauważając
jednocześnie, że trudno mi usłyszeć, co mówi
ta druga osoba, ponieważ dźwięk jej głosu jest
zagłuszany odgłosem uderzeń moich adidasów
o asfalt. Natomiast szmery dochodzące z rur
stawały się głośne i zagrażające i sprawiały
mi wręcz fizyczny ból. Czasami nie miałam pewności,
czym właściwie był dany dźwięk, czy to tylko szmery,
czy może ktoś coś mówi...? Zdarzało się, że głos
nauczyciela prowadzącego wykład zamiast słów
niósł jedynie wycie piły lub szum szalejącego
wiatru. To, co widziałam, również zaczynało
się zmieniać, granice między światłem a cieniem
stawały się coraz ostrzejsze i czasami bywały
wręcz zagrażające. Gdy szłam ulicą, domy wokół
mnie rosły, aż były ogromne i groźne i czułam,
jak się na mnie zwalają. Przewidywalne zasady
dotyczące perspektywy i przestrzeni przestawały
obowiązywać i wydawało mi się, że poruszam się
w surrealistycznym świecie malarstwa Picassa
lub Salvadora Dali - męczącym i pełnym
dezorientacji. Pewnego dnia w drodze do pracy
zatrzymałam się i przez pół godziny nie miałam
odwagi przejść przez ulicę. Nie byłam w stanie ocenić
odległości dzielącej mnie od przejeżdżających
samochodów, a krawężnik robił wrażenie
czyhającej bezdennej przepaści, upadek w którą
oznaczał śmierć. Lęk i rozpacz narastały i w końcu
nie było już innego wyjścia, jak ostatecznie zrobić
ten krok. Jeśli zginę, to trudno, przynajmniej będzie
po wszystkim. Nie zabiłam się. Przeszłam przez ulicę,
dotarłam do pracy i powiedziałam, że autobus
nie przyjechał na czas. Pierwszy raz spóźniłam się
tak bardzo i mimo że jakoś się udało, czułam się
okropnie, ponieważ kłamałam. A zarazem, co innego
mogłam powiedzieć...? Że bałam się, iż się zabiję,
jeśli spadnę do przepaści za chodnikiem? To przecież
nie było możliwe. Brzmiałoby to jak najczystsze
szaleństwo. Równolegle z narastaniem chaosu
w świecie zewnętrznym, nadal istniało we mnie
coś, co rejestrowało te wydarzenia i mówiło
mi, że coś jest nie tak. Na takim czy innym poziomie
wiedziałam, że krawężniki mają
15-20 centymetrów wysokości, a nie 15-20 metrów,
i że człowiek nie zabija się,
robiąc krok. Dla mnie jednak wszystko wyglądało
inaczej i chociaż pewna część mnie mówiła jedno,
to druga twierdziła zupełnie coś innego i coraz
trudniej było mi rozumieć i oddzielać te rzeczy od
siebie.
Nadal pisałam pamiętnik
i nadal używałam formy "ona". Było mi z tym
dziwnie. Jeśli ja jestem tym samym, co "ona",
kim jest ten, kto pisze o "niej"? Czy "ja" to
"ona"? Wszystko stawało się coraz bardziej
chaotyczne i nie potrafiłam sobie niczego
sama wyjaśnić. Pewnego wieczoru poddałam się
całkowicie i zastąpiłam wszystkie "ja" przez
"x" - symbol nieznanego. Czułam, że przestałam
istnieć i że wszystko jest wyłącznie nieładem
i chaosem, i nie miałam już nawet pojęcia, czym
lub kim jestem i czy w ogóle jestem. Mnie już nie było,
w każdym razie nie było osoby z tożsamością,
granicami, początkiem i końcem. Byłam jedynie
niedefiniowalnym, rozlewającym się morzem
chaosu, podobnym do mgły. Rozmyta i pozbawiona
granic. Ale nadal byłam sobą. Gdy powracam
do moich zapisków w pamiętniku z tej nocy, gdy
moja tożsamość rozpłynęła się całkowicie
i psychoza zwyciężyła, widzę to bardzo
wyraźnie. Wtedy właśnie, gdy chaos zagrażał mi coraz
bardziej i byłam w tak głębokiej rozpaczy, że nie
miałam już sił ciągnąć tego dalej, napisałam tak
- cytuję dosłownie - "Teraz x nie ma już więcej
siły. X nie ma pojęcia kim jest x i x nie ma już nawet siły
się nad tym zastanawiać. X uważa, że x idzie położyć y
(forma uprzedmiotowiona)". I mimo iż bardzo dobrze
pamiętam rozpacz i pustkę, które były związane
z absolutną samotnością, pozbawioną nawet
solidnego "ja", to nie mogę się nie uśmiechnąć. Bo
przecież widzę wyraźnie, że przez cały czas byłam tam
obecna i że moja tożsamość istniała całkiem mocno,
mimo uczucia, iż rozpłynęła się i rozpuściła
w chaosie. Bardzo interesuje mnie język
i gramatyka. Stanowi to część owej szczególnej
kombinacji, która składa się na moją tożsamość
i powoduje, że ja to ja. Zatem i wtedy byłam
w swojej chorobie obecna. Tylko po prostu tego nie
widziałam.
Świat poszarzał, zmysły
oszalały i nie wiedziałam, jak mam się odnieść
do konfliktu pomiędzy "zdolną dziewczynką"
a "żywym życiem". Moja rola była tak ograniczona,
że miałam w duszy rany od ucisku, który czułam,
bolało mnie przez cały czas i nie miałam pojęcia,
w jaki sposób mogę żyć z tym dalej. Rysowałam
smoki. Pojedyncze rysunki złotych stworów lecących
przez nocne niebo i całe serie składające się
z wielu obrazków tworzących całość. Jedna
z serii zaczynała się od wizerunku lodowej
księżniczki w błękitno-fioletowej sukience
idącej samotnie w zimową noc przez ciemny las,
pełen nagich, martwych drzew. Las był pełen dzikich
zwierząt, wilków, węży, małych diabełków, ale
wszyscy szli w inną stronę i żaden z nich nawet nie
patrzył na lodową księżniczkę. Była zupełnie,
zupełnie sama. Na następnym obrazku księżniczka
została połknięta przez wielkiego, złotego,
ziejącego ogniem smoka, który w gruncie rzeczy
wyglądał na poczciwe stworzenie, nawet wtedy,
gdy zjadał księżniczkę. Trzeci ukazywał smoka
znoszącego wielkie, białe jajo, a na czwartym jajo
pękało i wychodziła z niego złocistoczerwona
księżniczka. Zarówno ona, jak i smok uśmiechali
się pełni szczęścia. Na ostatnim obrazku ognista
księżniczka ponownie szła przez zimowy las. Las był
równie ciemny i zimny jak poprzednio i tak samo roił
się od dzikich i niebezpiecznych zwierząt. Ale ponieważ
księżniczka już tu nie pasowała, zwierzęta ruszyły
na nią i zaatakowały ją. Nie była już chroniona
przez lód, stała się żywa i łatwo było ją zranić,
znajdowała się więc w wielkim niebezpieczeństwie -
mogła zostać zjedzona. A jednak napisałam w moim
pamiętniku: "Cena nie ma znaczenia, nie chcę umrzeć,
zanim nie użyję wszystkich kolorów moich farb, nie
chcę żyć w pastelach." Napisałam tak, nie wiedząc
nic o przyszłości - i zarazem nakreśliłam
jej przerażająco dokładny obraz. Wiedziałam,
że zostanę zjedzona. I wiedziałam też, że
przeżyję.
Na innej serii obrazków
lodowa księżniczka jest zjadana przez hordę małych,
szarych kawałków wełny bez ciała, ale za to z wielkimi
ustami. Żeby tego uniknąć, wybiera ponowne
zjedzenie przez smoka. Jednak tym razem nie pojawia
się żadne jajo, smok leży na łące i płacze. Jego
łzy zbierają się i tworzą rzekę, a przy jej brzegu
wyrasta kwiat. Pąk rozwija się i ze śpiewem wychodzi
z niego ognista księżniczka.
Byłam kompletnie
zagubiona, nie rozumiałam niczego i nie
potrafiłam wyjaśnić, co się ze mną dzieje, bo sama
tego nie wiedziałam. Pamiętam to dobrze i wiem, że tak
naprawdę było. Ale rysunki, porządnie oznaczone
datami od chwili, gdy wszystko się zaczęło, klarownie
opowiadają moją historię. Pokazują, że
chociaż nie rozumiałam niczego - to jednocześnie
pojmowałam wszystko.
Również w innych dziedzinach
dochodziło do głosu to wszystko, na co nie znajdowałam
słów. Nie czułam się dobrze w swojej roli, ale zamiast
ją porzucić, stałam się bardzo pilna. Zaczęłam
pracować codziennie po szkole, a mimo to chciałam mieć
równie dobre - jeśli nie jeszcze lepsze - oceny jak
przedtem. Wieczorami po powrocie z pracy uczyłam się,
często do bardzo późna w nocy. Potem kilka godzin snu
i wstawałam o świcie, jeszcze trochę się uczyłam
albo sprzątałam w domu - cichutko, aby nikt mnie
nie słyszał i nie zauważył - a potem szłam znów
do szkoły, do pracy i do nauki. Nie miałam czasu ani na
przyjaciół, ani na hobby i mimo że nie było to dobre, to
jednocześnie czułam się bardziej bezpiecznie, bo wtedy
mogłam uniknąć odczuwania smutku wynikającego
z tych wszystkich lat, gdy byłam tak bardzo samotna. W tym
czasie moje życie wyglądało równie źle, jak zwykle,
ale było też bezpieczne i znajome.
Spałam teraz mniej
i zaczęłam również jeść coraz mniej. Nie dlatego,
abym się chciała odchudzać, ale po to, żeby się do
czegoś zmusić i uzyskać nad sobą kontrolę. Wtedy
pojawił się Kapitan. Po raz pierwszy w chwili, gdy
pisałam pamiętnik. Byłam zmęczona, siedziałam
i pisałam, i nagle zauważyłam, że jedno ze zdań
zostało zakończone w inny sposób, niż to sobie
zaplanowałam. Przestraszyłam się i napisałam:
"Kto dokończył to zdanie?" a on powiedział: "Ja
to zrobiłem" - i tak to się zaczęło. Droga
od pisania pamiętnika do natrętnych myśli
i od myśli do głosów jest krótka, w każdym razie
taka była dla mnie. Moje zmysły były zaburzone
i zniekształcone już od długiego czasu i dlatego
usłyszenie głosów przyszło mi łatwo. Właściwie
słyszałam je już wcześniej, a przynajmniej miałam
wątpliwości co do tego, co słyszę, ale zawsze były
to głosy niewyraźne, mamrotanie, odległy szum,
odgłos mowy na tyle zamazanej, że nie rozróżniałam
słów ani nie wiedziałam, kto mówi. Teraz wszystkie
wątpliwości znikły. Przemawiał do mnie Kapitan,
a to co mówił, było bardzo wyraźne. Nie dało się
nie zrozumieć jego słów. Kapitan był kapitanem,
a kapitanowie wydają rozkazy. On jednak
był całkiem miły, przynajmniej na początku. Był
sympatyczny i powiedział, że się mną zaopiekuje
i że nie muszę się niczym ani nikim martwić, bo on mnie
będzie pilnował. Powiedział również, że nikt inny nie
zna mnie tak dobrze jak on, i dowiódł tego opowiadając mi
o moich życzeniach i marzeniach, co nie było trudne,
zważywszy, że był mną. Oświadczył, że mogę przestać
myśleć o tym, czy inni mnie lubią i czy chcą ze mną
przebywać i że nie muszę już się zastanawiać, czego
chcę lub kim jestem. On się tym wszystkim zajmie. Obiecał
również, że nigdy mnie nie opuści. Muszę tylko mu zaufać
i robić to, co mi poleci. Tak też zrobiłam. Nie było
to zbyt trudne, zwłaszcza na początku. "Najlepiej,
jakbyś jeszcze trochę popracowała nad tym
zadaniem" mówił Kapitan. A ja przepisywałam
zadanie jeszcze raz. "Nadal nie jest jeszcze tak,
jak trzeba" twierdził Kapitan. "Zaufaj mi, to
zadanie nie jest dobre, napisz je jeszcze raz". A ja
mu ufałam. Odrabiałam zadanie po raz kolejny,
sprawdzałam nowe informacje w encyklopediach
i szlifowałam je bez końca. "Niedobrze" - mówił
Kapitan. "Musisz być bezdennie głupia, ale ciesz się,
że masz mnie do pomocy. Napisz jeszcze raz, tym razem
naprawdę porządnie!" Ale ja nie dawałam rady
ze zmęczenia, nadchodziła godzina czwarta nad
ranem, a to było przecież tylko zwykłe zadanie,
które napisałam już trzy razy i wcale nie
wymagało aż tyle pracy. "Nie tylko głupia, ale
w dodatku leniwa" stwierdzał Kapitan. Uderzał
mnie w twarz, mocno, kilkakrotnie, abym nauczyła
się zachowywać porządnie i abym się zupełnie nie
zmarnowała. Wiedziałam i widziałam, że uderza mnie
moja własna ręka, ale czułam, że to absolutnie nie
ja nią kieruję. Dziwnie to pewnie brzmi, ale przez wiele
poprzednich lat zastanawiałam się, kto kieruje moimi
myślami i działaniami, wcale nie będąc pewna,
że w ogóle istnieję, dlatego następnym krokiem
była utrata kontroli nad rękami. W gruncie rzeczy
był to krok nieduży. Byłam gotowa na przyjęcie
tych przeżyć, więc gdy Kapitan uderzał, to czułam
po prostu, że Kapitan mnie bije. Bałam się, ale nie
potrafiłam go powstrzymać. Bił mocno, mamrocząc przy
tym przekleństwa prosto w moje ucho, głośno, głośno,
coraz głośniej. Potem się trochę uciszał, ja ocierałam
łzy i ponownie przepisywałam zadanie. Nadal nie
było ono wystarczająco dobre, ale już nie miałam
siły go poprawić, ponieważ nadchodził ranek
i musiałam iść do szkoły. Kapitan szedł ze mną i był
wystarczająco miły, żebym czuła wdzięczność,
że jest taki dobry i że mnie pilnuje, abym nie zrobiła
jakiegoś głupstwa.
Od tamtej chwili bił mnie
bardzo często - za każdym razem, gdy zrobiłam coś nie
tak. Byłam zbyt opieszała, zbyt głupia i leniwa. Jeśli
zbyt wolno szło mi przygotowanie rozliczenia podczas
pracy w kiosku w kinie, zabierał mnie w przerwie
do toalety i bił po twarzy, raz za razem. Jeśli
zapomniałam podręcznika albo nie odrobiłam
lekcji, bił mnie również. Sprawił, że w drodze do
szkoły nosiłam zawsze przy sobie krótki kijek lub
drążek, aby mógł uderzać mnie nim po udach, jeśli szłam
zbyt wolno. Nie cierpiałam tego i było mi wstyd, a poza
tym to bolało. Uderzenia ręką wymierzał mi tylko
wtedy, gdy byliśmy sami lub gdy zadbał o to, abyśmy
mogli być przez chwilę sami, ale kijka używał również
wówczas, gdy jechałam rowerem lub szłam drogą i inni
mogli mnie widzieć. Poza tym po ciosach kija zostawały
ślady, a po uderzeniach w twarz nie. Siniaki niełatwo
było wytłumaczyć. Wiedziałam przecież dobrze, że
biję się sama, czułam jednak, że nie mam absolutnie
żadnego wyboru. Kapitan bił mnie moimi własnymi
rękami, wiedziałam o tym i doświadczałam tego,
choć nie potrafiłam wyjaśnić, bo to należało
do rzeczywistości, której nie opisywały żadne
słowa. Dlatego też mówiłam jak najmniej.
Kapitan uważał, że
jestem bardzo leniwa. Jego zdaniem spałam zbyt dużo
i jadłam też zbyt wiele. Zaczął więc stawiać nowe
wymagania. Dwadzieścia pięć godzin snu w tygodniu
wystarczy - powiedział. Później obniżył tę
normę do dwudziestu. Jeśli go nie słuchałam, bił mnie
i wyzywał. Uważał również, że powinien wystarczyć
mi jeden posiłek dziennie. To było nawet więcej niż
dość. A właściwie nawet za dużo - stwierdził
po pewnym czasie i obniżył mi racje do trzech
posiłków tygodniowo. Próbowałam ułożyć plan
uwzględniający, w jakie dni tygodnia moja potrzeba
jedzenia jest największa. Ale nadal od czasu do czasu
był dla mnie miły i wciąż wierzyłam mu, gdy mówił,
że to wszystko wyłącznie dla mojego dobra.
Teraz już słyszałam go
prawie przez cały czas, a od czasu do czasu słyszałam
również inne głosy, nie tak wyraźne jak jego,
ale jednak wyraźniejsze niż te, które słyszałam
kiedyś. Od samego początku Kapitan używał formy
"my" i zrozumiałam to tak, że było ich wielu, a on
był szefem. Kapitan nadał mi tajemne imię, które
było do użytku tylko dla nich, i powiedział, że to
imię czyni mnie jedną z nich. Opowiadał o kraju, gdzie
rośnie las z żelaza, a drzewa mają liście czerwone
jak krew. Krew i żelazo. Czysta siła. Wszystko, za czym
tęskniłam. Aby jednak móc tam wejść, musiałam najpierw
udowodnić, że jestem tego godna i że nie jestem żadną
beznadziejną marudą. Rozumiałam to doskonale
i wcale nie miałam pewności, czy jestem godna, a wręcz
przeciwnie, byłam pewna, że nie jestem, i cieszyło mnie
to, że Kapitan chce mi pomóc. Mimo że jego razy bardzo
bolały.
Pewnego dnia, gdy
w listopadowej szarudze wracałam ze szkoły,
zmęczona i smutna, z ciężkim plecakiem,
zobaczyłam, że przy skrzynkach pocztowych przed
domem stoi jakaś kobieta. Miała ciemne włosy
związane w kok i prostą, miękką sukienkę,
która jednocześnie była jednolicie biała,
a zarazem jednolicie ciemnoniebieska. Kobieta
była piękna i uśmiechała się. Miło było, że
ktoś się do mnie uśmiecha, więc i ja uśmiechnęłam się
do niej. Miałam za sobą okropny dzień w szkole, pełen
prac grupowych i dyskusji, a robienie czegokolwiek
w grupach z innymi uczniami było bardzo trudne,
ponieważ jednocześnie musiałam przede wszystkim
współpracować z Kapitanem. Tak więc praca grupowa
szła mi nie najlepiej, Kapitan się złościł, a ja byłam
wykończona. Potrzebowałam uśmiechu i jej uśmiech
sprawił mi radość, również dlatego, że pochodził
właśnie od niej. Nigdy wcześniej jej nie widziałam,
a jednak wiedziałam dobrze, kim jest. Była to Samotność
i była ona piękna. Kto mógłby potrzebować grupy,
gdy Samotność była taka pociągająca? Od tamtej
pory widywałam ją często. Niewiele mówiła, ale
zawsze miała piękny i nieco smutny uśmiech. Czasami
tańczyła przede mną w tej swojej prześlicznej
sukience, całkowicie białej i całkowicie
ciemnoniebieskiej. Jednocześnie.
Wkrótce zobaczyłam również
Kapitana. Nie widywałam go za każdym razem, gdy
słyszałam jego głos, a często niezbyt wyraźnie,
ale na tyle, aby wiedzieć, jak wygląda. Nie był wcale
przerażający. Od tak dawna słyszałam jego głos,
że ujrzenie jego postaci nie stanowiło wielkiej
zmiany. Mniej więcej w tym samym czasie na szkolnym
korytarzu zaczęły pojawiać się wilki. Wilki
i krokodyle. Bałam się ich, bo wyglądały na
bardzo rozzłoszczone, ale bałam się również
dlatego, że nikt inny ich nie widział. Marzyłam
o wydostaniu się z tego całego bałaganu
i chaosu, nadal jednak nie czułam się godna tego,
aby wejść do krainy czerwonych lasów. Coraz częściej
zastanawiałam się, czy moja śmierć stanowiłaby
jakieś rozwiązanie. Sądziłam, że byłby to
przynajmniej sposób na ucieczkę, jeśli nie na coś
innego. A ja naprawdę potrzebowałam od tego
wszystkiego uciec.
Mama oczywiście nie widziała
wilków i nie słyszała Kapitana. Zauważyła
jednak, że coraz mniej jem i że za nic nie chcę jeść
więcej, nawet jeśli próbowała mnie do tego
zmusić. Zwróciła uwagę, że stałam się blada,
zmęczona i chuda i mimo że nie miała pojęcia o tym,
jak mało śpię, to zdawała sobie sprawę, że na pewno zbyt
mało. Zamówiła dla mnie wizytę u naszego lekarza
rodzinnego i chociaż było mi głupio, to wiedziałam,
że potrzebuję pomocy. Nie potrafiłam jednak
opowiedzieć, co jest nie w porządku, bo na opisanie tego,
co się działo, nie było żadnych słów. Rozmawiałam
z lekarzem kilkakrotnie. Nie udało mi się
porządnie wyjaśnić mu, o co właściwie mi chodzi,
ani jaki stał się dla mnie świat, a jednak rozmowa z nim
była dla mnie przyjemnością. Wydawał się bardzo
miły. Przestraszyłam się jednak bardzo mocno, gdy
powiedział, że zamierza skierować mnie do psychiatry
dziecięcego. Powiedziałam wówczas, że rozmawiałam
już z psychologiem szkolnym i że to mi nie pomogło,
a on powiedział, że to będzie zupełnie coś innego,
na wyższym poziomie. To przeraziło mnie jeszcze
bardziej, bo sama nie czułam się na specjalnie wyższym
poziomie. Byłam mała, głupia i przestraszona.
Lekarz dał mi
skierowanie, wizyta została umówiona i było
w porządku. A nawet lepiej niż w porządku. Lubiłam
swoją terapeutkę i to było ważne, ponieważ mój
świat zaczął wtedy rozpadać się bardzo szybko. Dosyć
długo udawało mi się ukrywać istniejący stan
rzeczy, teraz jednak wszystkie osłony popękały
i ujawniły bezbrzeżny chaos mojego wewnętrznego
świata, gdzie nic już nie miało z niczym logicznego
związku. Desperacko tęskniłam za krwią, ogniem
i smokami, a mgła wokół mnie gęstniała. Zaczęłam
więc drapać swoje ciało do krwi, aby poczuć, że
naprawdę żyję, oraz by dowieść, że w moich
żyłach nadal płynie żywa ludzka krew. Coraz lepiej
rozumiałam się z Kapitanem i pozostałymi,
a swoim zmysłom mogłam ufać coraz mniej. Chodziłam do
toalety dla dziewcząt, gdzie walczyłam z Kapitanem
i wilkami. Biłam się po twarzy, gryzłam własne ręce
i waliłam głową w ścianę, aby zmusić głosy
do zamilknięcia. Mimo że wybierałam najmniej
uczęszczaną i najdalej położoną toaletę,
jednak po pewnym czasie przyłapano mnie. A więc ta
zdolna uczennica zupełnie oszalała? Moje zmysły
nie były na tyle zaburzone, abym nie zauważyła,
że spojrzenia nauczycieli zmieniły się z pełnych
uznania na współczujące. W semestrze zimowym miałam
najlepsze oceny w klasie. W semestrze letnim oblałam
wszystkie przedmioty.
Mimo wszystko jesienią
wróciłam do szkoły, chociaż latem mój stan
znacznie się pogorszył. Miałam bardzo dużo
nieobecności, a nawet gdy przychodziłam
na lekcje, byłam właściwie nieobecna i nie
potrafiłam już nadążyć za innymi. Pewnego
ciepłego sierpniowego dnia pojechałam rowerem
na długą wycieczkę. Byłam na cmentarzu, gdzie
porozmawiałam z tatą. Później odwiedziłam też
inne cmentarze. Potem popedałowałam do domu. Mimo
upału miałam na sobie różowy bawełniany
sweter i jasnoniebieskie dżinsy. Pastelowe
kolory. Niespecjalnie ładne. W domu weszłam
do dużego pokoju, gdzie siedziała mama
i powiedziałam, że jestem gotowa. Teraz chcę
już wejść do lasu. "Czy nie widzisz, że mam na sobie
czerwoną sukienkę?" - zapytałam. Mama
jednak jej nie widziała. Widziała tylko dżinsy
i różowy sweter. "No nie" - powiedziałam,
siadając przy oknie. - "Włożyłam przecież moją
czerwoną sukienkę, jestem gotowa, niedługo
przyjdą i mnie zabiorą". Mama oczywiście się
przestraszyła, natychmiast zadzwoniła do mojej
terapeutki, która przyjechała do nas do domu. Miło
było ją zobaczyć, ale nie miałam żadnej potrzeby,
żeby z nią rozmawiać. "Wszystko już skończone"
- powiedziałam - "Dzięki za pomoc, ale teraz muszę
wejść do lasu. Zaraz mnie zabiorą".
I zabrali. Wkrótce potem
przyjechała po mnie policja z lekarzem i zostałam
zabrana na oddział zamknięty. Było już jednak trochę
za późno. Zgubiłam się w lesie i we mgle. Las był tak
gęsty, że znalezienie drogi wyjścia zajęło mi
wiele lat.
Ciąg dalszy w wersji pełnej