p

Bratnia dusza. Allegro non molto - Gajda Paulina

Kup ebooka

10.10 zł
8.38 zł (8,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Czasami bardziej czujesz się czyjąś własnością niż partnerem w związku. Czy mi to przeszkadzało? Nie, w ogóle, pewnie żyłbym tak dalej przez kolejną dekadę, a może nawet dłużej. Tak, w sumie to bardziej niż prawdopodobne. Nie miałbym dalej pojęcia jak powinien wyglądać związek, ja w ogóle niewiele wiem o związkach międzyludzkich. Rodzina uważa, że traktuję ich jak obcych, znajomi myślą, że jestem dziwakiem, a moja dziewczyna ma mnie za gościa, który jest sławny, ekscentryczny i jest z nim wystarczająco długo, by nie zastanawiać się nad tym, co nas łączy. Tak, jest ze mną coś nie tak.

Już w podstawówce pedagog powiedział ojcu, że jestem "upośledzony społecznie", nie wiem, czy to termin naukowy, ale świetnie mnie określa. Od najmłodszych lat nie czułem potrzeby przebywania, rozmawiania, a nawet i widzenia się z ludźmi. Moje upośledzenie społeczne w stopniu znacznym mogło wróżyć mi jakąś świetlaną przyszłość naukowego geniusza, ale się tak nie stało. Nie potrafiłem się skupić dłuższą chwilę nad żadnym z przedmiotów, tym bardziej naukami ścisłymi, traciłem koncentrację i szybko uciekałem myślami nie tylko od tematu lekcji, ale także od szkoły, a nawet swojego życia. Naukowo moje zaburzenie nazywa się ADD i jest niczym innym jak pochodną ADHD, w której nie występuje nadpobudliwość. Wracając jednak do sedna, wyobraźnia to potężny dar, ale jednocześnie źródło wielu problemów. Nie byłem szczególnie brzydki, ale przy byciu kiepskim uczniem i dziwakiem nieumiejącym nawiązywać kontaktów z kimkolwiek, byłem dzieckiem skazanym od początku na kiepską przyszłość. Od niemal początku mojego życia nikt nie widział we mnie osoby mogącej posiadać perspektywy na sukces. Okazało się jednak, że przy wszystkich moich problemowych cechach, mam niebywały talent do muzyki. Wydawało mi się, że ona rozumie mnie, a ja ją.

Pod koniec podstawówki zacząłem grać na fortepianie, a później pojawiały się kolejne instrumenty, którymi sam uczyłem się posługiwać, po czym gdy osiągałem pewien pułap, rozwijałem umiejętności dalej pod okiem specjalistów. Muzyka mnie fascynowała i szybko stała się wszystkim, czego potrzebowałem do życia, a przecież jeszcze przed chwilą niczego nie pragnąłem i do niczego się nie nadawałem.

W liceum sama gra na instrumentach mi nie wystarczała i wtedy pojawił się pomysł tworzenie muzyki samemu, komponowania jej... To sprawiło, że łatka "dziecka bez przyszłości" zniknęła, a ja osiągnąłem sukces, o którym nikomu się nie śniło, gdy myślał o mnie. Ja się go też w ogóle nie spodziewałem... w sensie nie sądziłem, bym kiedykolwiek był w stanie cokolwiek osiągnąć, a już jakąś tam wielką karierę tym bardziej.

Po kilku latach jednak utraciłem swój dar i życie znów było cholernie puste... Niby było tak jak na początku, ale jednak bez muzyki, nie mogąc jej tworzyć, poczułem tęsknotę, która szybko zamieniła się w formę depresji i marazmu, zwłaszcza że ludzie wokół nic nie rozumieli. Byłem gościem, który osiągnął więcej niż większość moich rówieśników, ale czułem się beznadziejnie. Umierałem od środka i nikogo dookoła to nie interesowało, bo przecież zawsze byłem jakiś dziwny, jakiś zdystansowany, więc nikt nic nie zauważył albo po prostu nie chciał widzieć. Poza tym świetnie mi się wiodło, to bez jednego "hobby" da się żyć... Ja byłem upośledzony społecznie, a to ludzie wokół wydawali się nie znać słowa "empatia". Ludzie żyli swoim życiem, a ja każdego ranka otwierałem oczy i zastanawiałem się, czemu muszę znów wstać... Pojawiła się łatka gościa, który skończy ze sobą szybciej niż dopadnie go starość czy choroba. Bałem się, że coś sobie zrobię, ale okazało się, że nawet do beznadziejności można się przyzwyczaić, wystarczą tylko odpowiednie proszki. Żyłem z dnia na dzień, otoczony z jednej strony obojętnością, a z drugiej brakiem zrozumienia. Zrobiłbym coś z tym? Pewnie nie, bo w końcu zawsze sobie tłumaczyłem, że nie wiem jak powinienem się czuć, nie znam się na tym. Rozpoznawanie uczuć to była dla mnie czarna magia, choć chyba od zawsze bardzo ich pragnąłem. Nawet jeżeli sam nie umiałem ich w sobie identyfikować, to jednak chłonąłem je jak czarna dziura, karmiąc się nimi. Zabrakło ich jednak w moim życiu tak jak muzyki, a może jedno wiązało się z drugim? Tak, to bardzo prawdopodobne, ale nie wiedziałem jak zaradzić tkwieniu w tej pustce, więc powoli przyzwyczajałem się do niej. No i nagle wśród tej panującej dookoła szarości pojawiło się "coś" kolorowego. Pojawiła się szansa na udaną terapię, na odzyskanie daru, na tworzenie muzyki... Musiałem skorzystać z tego uśmiechu losu, bo jeżeli muzyka była sensem mojego życia, to w ten sposób wygrywałem całe moje życie, ocalałem je przed samym sobą.

Wszystko jednak poszło nie tak jak zakładałem, a pojawiające się komplikacje to ostatnie, czego w swoim życiu chciałem, ale nie umiałem przestać brnąć w to dalej i dalej... Uwikłany w nowych, nieznanych mi sytuacjach odkryłem, że pięciolinie mojej przyszłości nie są puste, a jedynie brakowało na nich klucza wiolinowego, który pozwoliłby odczytać melodię na nich zapisaną. Aby to jednak zrozumieć, musimy zacząć od początku, przenieść się w upalne nowojorskie lato...

Rozdział V

On mi się podoba! Mary miała rację! Wmawiałam sobie, że jest inaczej, że nie pozwolę sobie na to, bo on ma dziewczynę, ale to było głupie i zupełnie nie miało sensu... Nad uczuciami nie da się panować, one po prostu się pojawiają! On wie, że mu się podobam, na pewno to wyczuł, a ja... niczego nie byłam pewna oprócz tego, że mi się podoba i to był niezaprzeczalny fakt. Głupia! Zadurzyłam się w zajętym chłopaku, który jest sławny i jest z dziewczyną od ponad dziesięciu lat! Jak ja mogłam coś takiego zrobić?! Jak mogłam zrobić to swojemu biednemu sercu? Wiedziałam, że mi się z nim rozmawia lepiej niż z kimkolwiek innym, już wtedy powinna mi się zapalić czerwona lampka, powinnam sobie to w tamtym momencie odpuścić! Nie zrobiłam tego i wyszłam na głupią i dziecinną...

- Lily. - Spojrzałam zdezorientowana na babcię. - Pytam cię, czy ci się podobało? - spytała, odwieszając swój sweterek do szafy.

- Tak, bardzo - przyznałam cicho. - A tobie? - próbowałam brzmieć normalnie, ale telefon w mojej torebce ciążył mi, jakby ważył z tonę.

- Bardzo, Amber miała świetny pomysł, dając mi te wejściówki. Szkoda, że nie mogła iść z nami, poznałabyś ją - oznajmiła przyjaźnie. - Lily, nie wyglądasz, jakbyś była zadowolona.

- Jestem tylko zmęczona, głowa mnie trochę boli, to pewnie od głośnej muzyki. - Trochę koloryzowałam, ale chciałam już zamknąć się w pokoju i nie musieć udawać, że wszystko jest w porządku.

- Rozumiem, też jestem już śpiąca. - Uśmiechnęła się. - A kim był ten dżentelmen?

- Jaki? - Udawałam głupią, mając nadzieję, że babcia się nie zorientowała "kim był ten dżentelmen".

- No ten, z którym rozmawiałaś. - Przyglądała mi się badawczo. - Wiesz, staliście daleko, nie mogłam się mu przyjrzeć.

- Nie wiem, pytał o obraz - odparłam, chcąc brzmieć swobodnie.

- Wyglądałaś na zawstydzoną - ciągnęła temat dalej.

- Nie czuję się w towarzystwie tak swobodnie jak ty, babciu. - Pocałowałam ją w policzek. - Dobranoc. - Uścisnęłam ją i weszłam do pokoju.

Wcale nie chciałam być sama, bo wiedziałam, co muszę zrobić i jak bardzo mnie to dotknie. Nie miałam odwagi od razu się wziąć za "zrywanie" z Brandonem, dlatego poszłam pod prysznic, by się oswoić z myślą, że to koniec.

Musiałam z nim zerwać. Nie patrzyłam i nie traktowałam go jak znajomego, widziałam w nim chłopaka, z którym mogłabym być. To abstrakcyjne biorąc pod uwagę, ile nas dzieli, ale te rzeczy, które nas łączą sprawiły, że się do niego przywiązałam. Zaangażowałam się emocjonalnie w związek z mężczyzną, będącym w relacjach już z inną dziewczyną, do tego nie powinno dojść. Czułam się nie tylko zawstydzona swoim zachowaniem, ale przede wszystkim zawiedziona. Nigdy nie lubiłam skomplikowanych sytuacji, zawsze starałam się postępować bardzo uczciwie i moralnie, a teraz byłam w stanie... zapomnieć o sumieniu. To nie powinno mieć miejsca, tak sobie powtarzałabym, gdy na wyświetlaczu telefonu widniał komunikat: "Czy chcesz usunąć wszystkie wiadomości?". Może nie chciałam, ale musiałam, po prostu musiałam. Z każdą kolejną wiadomością przywiązywałabym się do niego bardziej, aż w końcu prawdopodobnie bym się zakochała, a to byłaby już kompletna katastrofa. Wiedziałam więc, że trzeba zerwać tą znajomość, tyle że coś mi nie pozwalało. Nie usunąłem wiadomości, co więcej przeczytałam tą, którą dostałam w drodze do domu.

"Gdy dzisiaj Cię zobaczyłem... musisz przestać mi odpisywać."

Uśmiechnęłam się, bo czułam, że nie tylko ja mam dzisiaj dylemat między tym, co chcę, a tym co powinnam zrobić.

"Ty przestań do mnie pisać."

Pakowałam się w kłopoty na własne życzenie. Rozsądek podpowiadał mi, że daję się wykorzystywać jak Mary Shaunowi, ale moje serce temu kategorycznie zaprzeczało, ufając Brandonowi w jego szczerość.

"Nie jest to w zasięgu moich możliwości."

Nie mogłam sobie tego uzmysłowić, ale on chyba też nie widział możliwości, byśmy przestali ze sobą pisać. Chyba moja skromność i nieśmiałość sprawiała, że nie rozumiałam jak ktoś taki jak Brandon, tak niezwykły i utalentowany chłopak, może pragnąć znajomości z taką szarą myszką jak ja.

"Wiem."

Odparłam. Powinnam sobie przyrzec, że się w nim nie zakocham, ale z góry byłam skazana na klęskę. Nie wiem, czego musiałabym się o nim dowiedzieć, by do tego nie doszło, dlatego dla podratowania swojej moralności, postanowiłam, iż nigdy nie przyznam się do swoim uczuć wprost. Nie mogłam tego zrobić, bo to mogłoby go zmusić do odejścia od Kiyumi, a gdyby miało do tego dojść, wolałabym, by to była jego decyzja... nie chcę, by sugerował się moimi uczuciami i moimi pragnieniami. Wiedziałam jednak, że już teraz nie postępuję właściwie i powinnam się wstydzić swojego zachowania, ale nawet jeżeli tak było, to nie umiałam z nim "zerwać".

"Czyżby?"