Rozdział I
Coś tu śmierdzi
Wiosna spadła na Sielankę nagle, przynosząc epidemię grypy, nieszczęśliwych miłości i prac ogrodowych. Niby powtarzało się to co roku, a jednak Maria Bąk znów nie zasiała na czas pomidorów. W oknach Wandy czy Felicji wiotkie pędy, pozbawione dostatecznej ilości światła, pięły się ku słońcu niczym powój, a u niej nic. Znów przyjdzie żebrać, żeby jej któraś z sąsiadek podarowała choćby po sadzonce, bo co to za ogród bez pomidorów? Zresztą może Kaniowie wyhodują więcej, niż potrzeba, oni raczej nie zawiodą. Od lutego w ich miniszklarni świeciło się po całych nocach, znak, że coś tam już rośnie. Zdrowe warzywa z ostatniego gospodarstwa w Sielance miały swoją cenę, bo niestety rokrocznie w marcu przez kilka dni spowijał osiedle obrzydliwy zapach gnoju. Aż nos wykręcało, ale Kaniowie wręcz chlubili się tym, że nie używają sztucznych nawozów. Tej wiosny mieli się o tym również po raz pierwszy przekonać mieszkańcy Rubinów.
- Co to za smród? - Marian Jakubek pokręcił nosem przy śniadaniu.
Okno było zamknięte, ale do mieszkania i tak zdołał się dostać fetor świeżo rozrzuconego obornika.
- Coś jakby gnojówka? - zaryzykował Łukasz.
- No, gdzie gnojówka, synek?! - z dezaprobatą parsknął senior. - Toć to Warszawa, a nie Małochwiej!
- Nawet w Krasnymstawie tak nie dawało - skrzywiła się Ala, wnosząc herbatę. - Może szambo gdzieś wybierają?
- Szambo bardziej siarką jedzie... - stwierdził Łukasz.
- Nie idę dziś do biura! - zdecydowała nagle Ala, siadając przy stole. - Zaraz mi się lokatorzy zaczną złazić ze skargami. A co ja im zrobię? Wiatrak na bloku ustawię?
Marian Jakubek pokręcił nosem, maczając parówkę w musztardzie.
- Okno na pole każdy chciał mieć, kwiatki oglądać, jabłonie kwitnące, falujące zboże, to tera cierp ciało! Zresztą na deszcz się zanosi. Do jutra przewieje. A jak który będzie za bardzo namolny, od razu sprawdzaj, czy z czynszem nie zalega.
Alę zawsze zdumiewał optymizm teścia. Tyle że nie on miał znosić dąsy niezadowolonych mieszkańców, którzy wciąż szturmowali biuro Jakubexu z żądaniami wynikającymi z rękojmi czy gwarancji, przy okazji dorzucając mnóstwo wyimaginowanych problemów, jak podsiąkanie garażu czy to, że ściany w bloku są za cienkie i przeszkadza im woda spuszczana w toalecie sąsiada. A czy oni sami wody nie spuszczają? To się chyba wyrównuje?
- Seks też im przeszkadza - dodała pod nosem.
- Jaki seks? - zdziwił się Łukasz. - Nasz?
- Mówią, że ogólnie za głośno jest.
- To niech se radio włączą! - z pełnymi ustami zawyrokował Marian.
- Albo słuchawki kupią - Łukasz poparł ojca.
- Na pięknym osiedlu toto mieszka, co niejeden nawet nie śmiałby zamarzyć, ale ciągle szuka dziury w całym! Malkontenci! - Jakubek rzucił widelcem o stół. Dla niego było po sprawie.
Ale pomylił się, sądząc, że przykre zapachy docierają tylko na górne piętra. Tego dnia wszyscy mieszkańcy osiedla Rubiny, którzy widzieli z okien gospodarstwo Kaniów, musieli się zmierzyć z okrutną prawdą: rozpoczął się sezon prac polowych. Na szczęście chłodna aura nie sprzyjała wietrzeniu, ale i tak niektórym trudno było przełknąć śniadanie.
O tej właśnie porannej godzinie Hubert Kruk, jedyny warszawiak wśród rubinowiczów, zakładał na Facebooku grupę MIESZKAM W RUBINACH. Miał już wśród znajomych kilku sąsiadów, wysłał im zaproszenia jako pierwszym. Innych z czasem się poinformuje i zbierze. Grunt to szybki kontakt. Aż dziwne, że dopiero teraz wpadło mu to do głowy. Jako administrator miał liczne uprawnienia, jak chociażby przyjmowanie nowych członków, i z góry postanowił, że nikogo z zarządu Jakubexu do grupy nie dopuści. To przynajmniej teoretycznie wyrównywało szanse.
*
Po aż nazbyt ekscytujących wydarzeniach minionego tygodnia, które zdrowego mogły przyprawić o chorobę nerwową, Maria Bąk postanowiła w poniedziałkowy poranek poleżeć dłużej w łóżku. Zamierzała odpocząć, ale również sprawdzić, czy jej wnuczka Lena, od jakiegoś czasu zajmująca wraz z przyjaciółką pokój na piętrze, dotrzyma obietnicy i zacznie chodzić rano do sklepu po świeże pieczywo. Takie były marzenia, które Maria snuła w niedzielny wieczór tuż przed snem. Jednak w środku nocy poczuła drapanie w gardle i łamanie w kościach. O szóstej rano wstała i zmierzyła sobie temperaturę.
Chyba tylko Pan Bóg jeden wiedział, gdzie złapała to przeziębienie. Na zebraniu rady osiedla? Podczas urodzin Stefanii, sielańskiej stulatki? W sklepie? W salonie Beaty? Kto mógł ją zarazić? Burmistrz? Wnuczka? Ta jej panna? Zuzia? Jej brat? Podejrzanych było wielu i trudno dociec, kiedy to się stało, dlatego nie czekając, aż jej się pogorszy, zwlekła się z łóżka i już kwadrans po siódmej ruszyła do przychodni.
Mimo wczesnej pory takich jak ona siedziało tu już wielu. Nic dziwnego: sezon grypowy. Maria starała się nie rozsiewać zarazków, kichała i kasłała w chusteczkę, licząc na rychłą pomoc, a najlepiej jakiś skuteczny antybiotyk. Rozmowa, jak to między pacjentami, nawiązywała się z trudem. Ludzie gapili się w swoje telefony, mało kto podniósł wzrok, chyba że akurat otworzyły się drzwi do gabinetu lekarskiego. Nienauczona surfowania w sieci, zresztą na czym miałaby to robić, skoro wciąż używała starego telefonu, Maria zawisła wzrokiem nad podłogą.
Trawiła gorzką pigułkę, którą jej zaaplikowała Lena wraz z tą swoją pożal się Boże narzeczoną. A więc już do tego doszło? Ślub?! Co się porobiło z tym światem! Nie mogłyby grzecznie i po cichu żyć, nie wplątując ludzi w swoje szaleństwo? A one jak na złość chcą się wszystkim chwalić, trzymać za rękę, a nawet całować na ulicy! Do czego to podobne? - Westchnęła głęboko i podniosła wzrok pełen autentycznego bólu istnienia. Powiodła nim po ludziach, po wiszących nad ich głowami obrazkach i plakatach namawiających do szczepień przeciwko grypie. Znów ciężko westchnęła. Czuła się coraz gorzej. Wreszcie zauważył to siedzący naprzeciwko niej mężczyzna.
- Może ktoś by tę panią przepuścił, przecież kobieta ledwo na oczy patrzy.
Nie doczekał się jednak żadnej reakcji poza wdzięcznym spojrzeniem Marii. Jakoś jej się cieplej na sercu zrobiło, że są jeszcze tacy ludzie na świecie.
- Który ma pani numerek? - zwrócił się wprost do niej.
- Siedemnasty - westchnęła Maria.
- Ja mam siódmy, zapytam lekarza, może panią przyjmie przede mną.
Na to jawne bezprawie znad telefonów podniosły się niektóre głowy.
- A my to niby zdrowi przyszliśmy? - obrażonym tonem rzuciła jakaś paniusia.
- Proszę dać spokój, jakoś dotrwam - heroicznie odparła Maria.
- Ci emeryci wszędzie chcieliby się wepchać pierwsi! Szczęście, że już kolejek w mięsnym nie ma! - perorował szpakowaty mężczyzna pod pięćdziesiątkę ostrzyżony na jeżyka. - A na mnie w pracy petenci czekają!
- Woli pan złapać katar od chorej? To niedorzeczne. - Litościwy pacjent pokręcił głową.
- Przychodnia powinna być podzielona: osobna dla zdrowych, osobna dla chorych - błysnęła inteligencją pacjentka w czerwonym sweterku.
- Tylko skąd wziąć tylu lekarzy, skoro większość za namową polityków już dawno wyjechała z kraju? - Mężczyzna najwyraźniej wolał dyskusję w poczekalni niż śledzenie świata wirtualnego.
- Świat byłby o niebo lepszy bez polityków - westchnęła Maria, przypominając sobie swego byłego ucznia, obecnie burmistrza Firlejów, Romualda Ziołę. Wyjątkowy był z niego parszywiec.
- To by się raczej nie udało, szanowna pani. Ktoś jednak musi rządzić. Od kiedy się człowiek ucywilizował, zawsze tak się dzieje.
- Problem w tym, że wybieramy nie tych, których powinniśmy. - Maria pokiwała głową. - Ciągle się mówi o rządzie fachowców, a potem co? Jakieś indywidua podejrzane dostają posady. Kuzyni, siostrzenice, pociotki...
- I tu się z panią zgodzę. Nasz burmistrz na przykład... - Mężczyzna przerwał, bo akurat drzwi gabinetu się otworzyły, a zza nich dobiegł głos lekarza:
- Numer czwarty proszę.
Przez chwilę nikt nie wstawał.
- Numer czwarty! - ponaglał lekarz.
Paniusia w czerwonym sweterku rzuciła szybkie spojrzenie ku głowom pochylonym nad telefonami, a nie widząc ochotnika, sama poderwała się na równe nogi i popędziła do gabinetu.
- I o co było kruszyć kopie? - westchnął szpakowaty.
- To mi raczej wygląda na absencję numeru czwartego i sprytne wykorzystanie sytuacji - kwaśno skomentowała Maria. - A skoro mowa o naszym burmistrzu, to ja bym mogła o nim książkę napisać! - Jej mina najdobitniej świadczyła o tym, jakiego rodzaju byłaby to książka.
- Politycy, ech... Ciągle im trzeba patrzeć na ręce, bo jak nie, to zaraz coś wykręcą. Ja to się, proszę pani, nawet tytułu warchoła dorobiłem w naszym urzędzie. Niedługo chyba zakażą mi wstępu na rady dzielnicy.
- To pan bywa na radach dzielnicy?! - Maria aż otworzyła oczy ze zdumienia. - No, z nieba mi pan spadł! Ale pan nie jest z Sielanki, prawda?
- Nie, z Podborza.
- U was się tyle nie buduje.
- Jak nie?! Przecież pod lasem, na granicy z Sielanką, nowe osiedle powstaje! Wszędzie budują. Zabetonują każdy skrawek ziemi. Kiedy szedłem na emeryturę...
- Chyba jest pan zbyt młody na emeryta? - kokieteryjnie zapytała Maria.
- Tak się tylko wydaje. Swoje w wojsku odsłużyłem. I powiem pani: nie sądziłem, że się stanę na emeryturze bywalcem urzędu. Ale nie dam pozwolenia na niszczenie osiedla! Nie i już!
Maria zastanawiała się gorączkowo, jak opowiedzieć mężczyźnie o problemach Sielanki, nie zdradzając zbyt wiele, bo ściany mają uszy i nie wiadomo, kto mógł siedzieć teraz w poczekalni. Niby patrzyli w te swoje telefony, ale pewnie podsłuchują. Mogli polecieć do Zioły i wszystko mu wypaplać.
- Myślę, że powinniśmy zewrzeć szeregi - powiedziała tylko. - Czy mogłabym do pana zadzwonić któregoś dnia?
*
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI
PEŁNY SPIS TREŚCI:
Mieszkańcy osiedla Sielanka
Wstęp
Rozdział I. Coś tu śmierdzi
Rozdział II. Mamusia przyjechała
Rozdział III. Gazeta
Rozdział IV. Przyjaciele i wrogowie
Rozdział V. Zgoda albo i nie