p
Głodne duchy: świat uzależnienia
Ten Kasjusz wyblakły i chudy
William Szekspir, Juliusz Cezar
(przeł. Leon Ulrich)
Mandala, buddyjskie koło życia, składa
się z sześciu światów. Każdy z nich zamieszkują istoty reprezentujące
różne sposoby ludzkiego istnienia. W świecie bestii rządzą nami
podstawowe instynkty i pragnienia, takie jak głód i pożądanie seksualne,
które Freud nazwał id. Mieszkańcy świata piekieł uwięzieni są w straszliwym gniewie i strachu. W świecie bogów uwalniamy się od
zmartwień i ego dzięki doświadczeniom zmysłowym, estetycznym lub
religijnym, jednak tylko na chwilę i nie poznawszy duchowej prawdy.
Nawet ten wspaniały stan nie jest więc wolny od poczucia straty i cierpienia.
Mieszkańcy świata głodnych duchów są przedstawieni jako istoty o wątłych
szyjach, małych ustach, wychudzonych kończynach i dużych, wzdętych,
pustych brzuchach. To kraina uzależnienia, w której nieustannie
poszukujemy czegoś, co pozwoli ugasić nienasycone pragnienie ulgi i spełnienia. Bolesna pustka trwa wiecznie, bo substancje, rzeczy i dążenia, którymi próbujemy ją zapełnić, nie są tym, czego potrzebujemy.
Nie poznamy jednak tej potrzeby, jeśli pozostaniemy w świecie głodnych
duchów. Przeżywamy życie w udręce, nigdy w pełni obecni.
Niektórzy ludzie spędzają większość życia w jednym ze światów. Wielu z nas porusza się między nimi, czasem zahaczając o wszystkie jednego dnia.
Jako lekarz zajmujący się narkomanami1 w Downtown Eastside
w Vancouver, mogłem poznać ludzi, którzy prawie całe życie są głodnymi
duchami. Sądzę, że próbują w ten sposób uciec ze świata piekieł, gdzie
doświadczają straszliwego lęku, gniewu i rozpaczy. Ich bolesna tęsknota
jest w pewien sposób podobna do pustki odczuwanej czasem przez ludzi,
których życie potoczyło się szczęśliwiej. Ci, których odrzucamy jako
"ćpunów", to nie przybysze z obcej planety, ale kobiety i mężczyźni
tkwiący na krańcu kontinuum, w którego różnych miejscach jesteśmy
wszyscy. Sam jestem dobrym tego przykładem. Całe życie wyglądasz, jakbyś
był głodny - powiedziała mi kiedyś bliska osoba. Obserwując szkodliwe
nawyki moich pacjentów, musiałem stanąć twarzą w twarz także z własnymi.
Żadne społeczeństwo nie zrozumie siebie, jeśli nie przyjrzy się swojej
ciemnej stronie. Wierzę, że proces uzależnienia jest jeden, bez względu
na to, czy przybiera formę nadużywania niebezpiecznych substancji, jak w przypadku moich pacjentów z Downtown Eastside, rozpaczliwych prób
samoukojenia przez objadanie się lub robienie zakupów, obsesji na
punkcie hazardu, seksu albo internetu, czy wreszcie społecznie
akceptowanych, a nawet pochwalanych, zachowań pracoholików. Narkomanom
często odmawia się szacunku i współczucia. Opowiadam ich historie z dwóch powodów: chcę, żeby ich głosy zostały usłyszane, i chcę rzucić
światło na przyczyny i naturę ich beznadziejnych prób uwolnienia się od
cierpienia poprzez zażywanie narkotyków. Mają bardzo wiele wspólnego ze
społeczeństwem, które ich odrzuca. Nawet jeśli wydaje się, że wybrali
złą drogę, nadal możemy się od nich wiele nauczyć. W ich życiu, jak w krzywym zwierciadle, możemy zobaczyć siebie.
Jest wiele pytań, nad którymi należy się zastanowić. Między innymi:
Jakie są przyczyny uzależnień?
Jaki rodzaj osobowości jest podatny na uzależnienia?
Co na poziomie fizjologicznym dzieje się w mózgu osób uzależnionych?
Ile wyboru ma tak naprawdę osoba uzależniona?
Dlaczego "wojna z narkotykami" to porażka i w jaki sposób można
bardziej po ludzku i skuteczniej leczyć poważne uzależnienia?
Jakie są możliwe drogi wyzwolenia dla umysłu uzależnionego, choć nie
od narkotyków, czyli: jak leczyć uzależnienia behawioralne tak częste
w naszej kulturze?
Narracja tej książki opiera się na moim doświadczeniu lekarza
pracującego w narkotykowym getcie w Vancouver i na pogłębionych
wywiadach z moimi pacjentami. Przeprowadziłem ich tak wiele, że nie
wszystkie mogłem zacytować. Wielu pacjentów zgodziło się na rozmowę w nadziei, że ich historie pomogą innym zmagającym się z nałogiem albo
pomogą społeczeństwu zrozumieć, jakim doświadczeniem jest uzależnienie.
Prezentuję też informacje, przemyślenia i wglądy pochodzące z wielu
innych źródeł, włącznie z moimi własnymi wzorcami uzależniania się. I wreszcie przedstawiam syntezę tego, czego możemy dowiedzieć się dzięki
badaniom nad uzależnieniami, rozwojem mózgu i osobowości.
Chociaż w ostatnich rozdziałach dzielę się przemyśleniami i sugestiami
dotyczącymi leczenia uzależnionego umysłu, ta książka nie zawiera
recept. Mogę tylko opowiedzieć, czego nauczyłem się jako człowiek, i opisać to, co widziałem i zrozumiałem jako lekarz. Czytelnicy przekonają
się, że nie każda historia dobrze się kończy. Jednak żadna istota nie
jest pozbawiona szansy na odkupienie, o czym świadczą zarówno odkrycia
nauki, jak i to, czego dowiemy się, gdy wsłuchamy się w głos serca i duszy. Tak długo, jak trwa życie, możliwy jest ratunek. Najważniejsze
pytanie brzmi: jak wspierać tę możliwość w sobie i w najbliższych?
Dedykuję tę książkę wszystkim, którzy - tak jak i ja - są głodnymi
duchami: osobom zakażonym wirusem HIV żyjącym na ulicy, osadzonym w więzieniach, a także tym szczęśliwszym, mającym dom, rodzinę i pracę, w której odnoszą sukcesy. Obyśmy wszyscy odnaleźli spokój.
Autor używa kilku określeń dla osób uzależnionych od narkotyków. Często, jak w tym przypadku, stosuje określenie drug addicts, tłumaczone zazwyczaj - i także przeze mnie - jako "narkomani", "narkomanki" lub "osoby uzależnione od narkotyków". Piszący o uzależnieniach starają się odchodzić od określeń "narkoman", "narkomanka" jako nacechowanych negatywnie (tak jak drug addicts w języku angielskim). W języku potocznym słowa te są jednak powszechnie stosowane. Gabor Mate? pisze o negatywnym postrzeganiu przez społeczeństwo osób uzależnionych i określenia te są z tym postrzeganiem spójne. Uznałam, że będą one w wielu miejscach bardziej trafne niż neutralne sformułowanie "osoby uzależnione od narkotyków". Autor posługuje się również określeniem drug users lub po prostu users, co tłumaczę jako "użytkownicy narkotyków" lub "użytkownicy". "Użytkownicy" to niestygmatyzujące określenie osób używających narkotyków (przyp. tłum.). [wróć]
Rozdział 1
Jedyny dom, jaki miał
Kiedy przez skrzypiące metalowe drzwi
wychodzę na słońce, przed moimi oczyma rozgrywa się scena jak z filmu
Felliniego. Jest zarazem znajoma i dziwaczna, realna i jak ze snu.
Na chodniku przy Hastings Street Eva, zabiedzona trzydziestolatka o ciemnych włosach i oliwkowej cerze, tańczy dziwne kokainowe flamenco.
Zarzuca biodrami, porusza tułowiem i miednicą raz w jedną, raz w drugą
stronę, wygina się w talii i wyrzucając jedną lub obie ręce w górę,
wykonuje jednocześnie niezdarny i skoordynowany piruet. Przez cały czas
śledzi mnie dużymi czarnymi oczami.
W Downtown Eastside ten napędzany crackiem1 balet to dobrze
znany widok, nazywany tańcem z Hastings. Podczas jednego z obchodów po
sąsiedztwie widziałem kobietę, która wykonywała go wysoko nad ulicą.
Balansowała na krawędzi neonu wiszącego na wysokości dwóch pięter.
Poniżej zebrał się tłum gapiów, wśród których znajdowały się również,
raczej rozbawione niż przerażone, osoby uzależnione od narkotyków.
Baletnica robiła obroty, rozkładając ramiona jak linoskoczek, lub
wykonywała głębokie przysiady, wyrzucając jedną nogę do przodu w powietrznym kozackim tańcu. Zanim strażacka drabina zdążyła dotrzeć na
jej wysokość, nawalona akrobatka zniknęła w swoim oknie.
Eva tańczy między swoimi towarzyszami, którzy stłoczyli się wokół mnie.
Czasem znika za Randallem - poruszającym się na wózku ciężkim, poważnie
wyglądającym gościem, którego dziwaczny sposób myślenia nie stoi w sprzeczności z głęboką inteligencją. Recytuje on autystyczną odę
pochwalną dla swojego niezastąpionego mechanicznego rydwanu. - Czy to
nie wspaniałe, doktorze, armaty Napoleona sunęły przez rosyjskie błoto i śnieg zaprzężone w konie i woły. A ja mam to! - Z niewinnym uśmiechem i szczerym wyrazem twarzy Randall wyrzuca z siebie strumień faktów
historycznych, wspomnień, interpretacji, luźnych skojarzeń, obrazów i paranoi, które brzmią prawie sensownie. Prawie. - To kodeks Napoleona,
doktorze, zmienił sposób poruszania się niższych rangą i rządu w czasach, gdy zaglądanie do wnętrza lodówki spotykało się ze
zrozumieniem. Wystawiając głowę znad lewego ramienia Randalla, Eva bawi
się w a kuku.
Obok Randalla stoi Arlene, z rękami na biodrach i wyrazem wyrzutu na
twarzy, ubrana w skąpe dżinsowe szorty i bluzkę - będące tutaj czytelnym
znakiem sposobu zarabiania na narkotyki i zazwyczaj tego, że jako bardzo
młoda osoba doświadczyła przemocy seksualnej ze strony mężczyzn. Przez
przemowę Randalla przebija się jej skarga. - Nie powinieneś był mi
zmniejszyć dawki leków. Ramiona Arlene pokryte są dziesiątkami poziomych
blizn, które wyglądają jak tory. Starsze są białe, te bardziej świeże
czerwone, każda stanowi pamiątkę po ranie, którą zadała sobie żyletką.
Ból samookaleczenia pozwala, choć tylko na chwilę, uciszyć ból głębszej
rany w psychice. Jeden z jej leków pomaga opanować potrzebę cięcia się i Arlene zawsze się boi, że zmniejszę jego dawkę. Nigdy tego nie robię.
Niedaleko, w cieniu hostelu Portland, dwóch gliniarzy zakuwa w kajdanki
Jenkinsa. Jenkins, chudy rdzenny Amerykanin, któremu czarne postrzępione
włosy opadają na ramiona, stoi cicho i spokojnie, gdy jeden z policjantów opróżnia mu kieszenie. Opiera się o ścianę bez śladu
protestu na twarzy. - Powinni dać mu spokój - mówi głośno Arlene. -
Facet nie diluje. Ciągle się go czepiają i nigdy nic nie znaleźli. W pełnym świetle dnia, na Hastings Street, gliniarze są przy
przeszukiwaniu bardzo uprzejmi, co nie jest, jak mówią moi pacjenci,
stałą policyjną praktyką. Po minucie albo dwóch Jenkins jest wolny i cicho oddala się swoim długim krokiem, by zaraz zniknąć w hostelu.
Tymczasem mistrz poezji absurdu zdążył już w kilka minut streścić całą
historię Europy od wojny stuletniej do wojny w Bośni i wypowiedzieć się
na temat religii od Mojżesza do Mahometa. - Doktorze - mówi dalej
Randall - pierwsza wojna światowa miała zakończyć wszystkie wojny. Skoro
tak, to czemu trwa wojna z rakiem i wojna z narkotykami? Niemcy mieli
Grubą Bertę, która mówiła do aliantów, ale językiem, który nie podobał
się Francuzom i Brytolom. Broń cieszy się złą sławą, zławą, ale posuwa
historię do przodu, o ile w ogóle można mówić o posuwaniu się historii
do przodu. Czy myślisz, że historia się porusza, doktorze?
Wsparty na kulach, brzuchaty, jednonogi, uśmiechnięty Matthew, łysy i niepohamowanie jowialny, przerywa mowę Randalla. - Biedny doktor Mate?
próbuje wrócić do domu - mówi w swój charakterystyczny sposób:
sarkastyczny i zarazem ujmująco szczery. Matthew uśmiecha się do nas
krzywo, jakby żartował z nas wszystkich, ale nie z siebie. Kolczyki w jego lewym uchu świecą w złotym słońcu późnego popołudnia.
Eva podskakuje za plecami Randalla. Odwracam się. Mam już dość ulicznego
teatru i chcę uciec. Dobry pan doktor nie chce już być dobry.
Zbieramy się, postaci z Felliniego i ja - czy powinienem raczej
powiedzieć, my, grupa bohaterów Felliniego - przed hostelem Portland,
gdzie oni mieszkają, a ja pracuję. Moja klinika mieści się na pierwszym
piętrze zaprojektowanego przez kanadyjskiego architekta Arthura Ericsona
przestrzennego, nowoczesnego i funkcjonalnego budynku z betonu i szkła.
Ten imponujący ośrodek dobrze służy swoim mieszkańcom i z powodzeniem
zastąpił luksusowy budynek z przełomu wieków, znajdujący się tuż za
rogiem, gdzie mieścił się pierwszy Portland Hotel. Dawne miejsce, z drewnianymi balustradami, przestronnymi, krętymi klatkami schodowymi,
podestami pachnącymi stęchlizną i oknami w wykuszach, miało charakter i historię, jakich brakuje nowej twierdzy. Choć tęsknię za unoszącą się
tam, nad ciemnymi popękanymi parapetami pamiętającymi czasy dawnej
elegancji atmosferą Starego Świata, utraconego bogactwa i rozkładu,
wątpię, by mieszkańcy odczuwali nostalgię za ciasnymi pokojami,
skorodowaną instalacją wodną i armiami karaluchów. W 1994 roku na dachu
starego hostelu wybuchł pożar. Opisała go lokalna gazeta, ilustrując
artykuł fotografią starszej pani i jej kota. Nagłówek głosił: "Policjant
bohater ocalił Fluffy'ego". Ktoś zadzwonił do Portland, żeby powiedzieć,
że zwierząt nie powinno się trzymać w takich warunkach.
Portland Hotel Society (PHS), organizacja non profit, w której pracuję
jako lekarz, stworzyła w budynku mieszkania dla tych, którzy nie mogą
mieszkać nigdzie indziej. Moi pacjenci to głównie osoby uzależnione,
chociaż niektórzy z nich, jak Randall, mają w mózgu taki bałagan
chemiczny, że nie potrzebują narkotyków, by stracić kontakt z rzeczywistością. Wielu z nich, jak Arlene, jest chorych psychicznie i uzależnionych. PHS ma pod opieką kilka podobnych ośrodków w okolicy:
hostele Stanley, Washington, Regal i Sunrise. Jestem w nich wszystkich
lekarzem domowym.
Nowy Hotel Portland stoi naprzeciwko domu towarowego armii i marynarki
wojennej, w którym w latach pięćdziesiątych moi rodzice, niedawni
imigranci, kupowali większość naszych ubrań. W tamtych czasach w domach
towarowych armii i marynarki zaopatrywała się klasa pracująca i dzieciaki z klasy średniej polujące na wojskowe płaszcze i marynarskie
kurtki. Przed budynkiem zaciekawieni nędzną dzielnicą studenci mieszali
się z alkoholikami, kieszonkowcami, klientami sklepu i piątkowymi
kaznodziejami głoszącymi Biblię.
Tego świata już nie ma. Tłum zniknął wiele lat temu. Dzisiaj te ulice i podwórka stanowią centrum narkotykowego świata Kanady. Jedną przecznicę
dalej znajdował się opuszczony dom towarowy Woodward's. Gigantyczne,
podświetlone "W" na jego dachu przez wiele lat było jednym z punktów
orientacyjnych Vancouver. Przez jakiś czas budynek okupowali squotersi i aktywiści walczący z biedą, jednak niedawno został zburzony, a na jego
miejscu ma powstać osiedle złożone z szykownych apartamentów i mieszkań
socjalnych. W 2010 roku w Vancouver ma się odbywać Olimpiada Zimowa,
rośnie więc prawdopodobieństwo gentryfikacji okolicy. Ten proces już się
rozpoczął. Istnieje zagrożenie, że politycy, marząc, by zaimponować
światu, spróbują przenieść narkomanów gdzie indziej.
Eva splata ramiona za plecami i pochyla się, żeby popatrzeć na swój
cień. Matthew chichocze na widok tej kokainowej jogi. Randall nie
przestaje gadać. Z niecierpliwością zerkam na ulicę pełną o tej porze
samochodów. Wreszcie nadchodzi ratunek. Mój syn Daniel podjeżdża i otwiera mi drzwi auta. - Czasem nie mogę się nadziwić swojemu życiu -
mówię, zajmując miejsce pasażera. - Ja też się mu czasem nie mogę
nadziwić - odpowiada.
Bywa tu dość intensywnie. Ruszamy. W tylnym lusterku widzę zmniejszającą
się sylwetkę Evy, która wciąż gestykuluje, stojąc na szeroko
rozstawionych nogach, z przechyloną na bok głową.
* * *
Portland i inne budynki należące do Portland Hotel Society stanowią
przykład nowego modelu społecznego. Celem PHS jest stworzenie miejsc, w których osoby marginalizowane i stygmatyzowane - "skrzywdzone i poniżone", by użyć słów Dostojewskiego - będą bezpieczne i znajdą
opiekę. PHS próbuje je ratować z miejsc, które lokalny poeta opisał jako
"wysiedlone ulice i budynki wykluczenia".
- Ludzie potrzebują miejsca, w którym mogą po prostu być - mówi Liz
Evans, była pielęgniarka środowiskowa, założycielka i dyrektorka PHS
(sama, co mogłoby się komuś wydać dziwne, pochodząca z raczej
uprzywilejowanego domu). - Potrzebują miejsca, gdzie nie będą oceniani,
krytykowani i prześladowani. - Mówimy o osobach, którym często
przypisuje się wszystko, co najgorsze, oskarża o przestępstwa, obwinia
i... uznaje za niewartych czasu i energii. Osobach, dla których
współczucia nie znajdują nawet ludzie, którzy zrobili sobie z niego
zawód.
Od czasu bardzo skromnych początków w 1991 roku Portland Hotel Society
znacznie urosło i było zaangażowane w powstanie sąsiedzkiego banku,
galerii artystów z Downtown Eastside, pierwszego w Stanach Zjednoczonych
punktu wymiany strzykawek, oddziału w lokalnym szpitalu, gdzie zakażenia
tkanek głębokich leczy się dożylnie antybiotykami, darmowej kliniki
dentystycznej i Portland Clinic, w której pracuję od ośmiu lat.
Podstawowym zadaniem PHS jest zapewnienie mieszkań osobom, które w innym
razie byłyby bezdomne.
Statystyki są bezwzględne. Badanie przeprowadzone wkrótce po założeniu
Portland wykazało, że w roku poprzedzającym zakwaterowanie, trzy czwarte
mieszkańców miało ponad pięć adresów, a 90 procent było (często
wielokrotnie) oskarżonych lub skazanych za przestępstwa, głównie drobne
kradzieże. Dzisiaj 36 procent jest zakażonych wirusem HIV albo choruje
na AIDS, a większość jest uzależniona od alkoholu lub innych substancji
- od wina ryżowego czy płynu do płukania ust po kokainę i heroinę. U ponad połowy zdiagnozowano chorobę psychiczną. Odsetek rdzennych
Kanadyjczyków wśród mieszkańców Portland jest pięciokrotnie wyższy niż w populacji Kanady.
Liz i inni założyciele PHS nie mogli znieść przyglądania się, jak ludzie
wpadają z jednego kryzysu w drugi, pozbawieni stałego wsparcia. - System
ich porzucił - mówi Liz - więc spróbowaliśmy stworzyć hostele, które
byłyby bazą dla innych usług i programów. Trzeba było ośmiu lat
zbierania funduszy, czterech zmian w lokalnych władzach i czterech
prywatnych fundacji, żeby powstało nowe Portland. Teraz wreszcie ludzie
mają własne łazienki, miejsce, gdzie mogą zrobić pranie, i miejsce,
gdzie mogą spokojnie zjeść.
Wyjątkowość - i kontrowersyjność - hosteli Portland polega na tym, że
intencją ich założycieli jest przyjęcie ludzi takimi, jacy są, ze
wszystkimi dysfunkcjami i kłopotami, z którymi przychodzą i które mogą
sprawiać. Nasi klienci nie zasłużyli na biedę - po prostu są biedni,
choć zarówno według społeczeństwa, jak i siebie samych na niewiele
zasługują. W Portland nie łudzimy się snem o odkupieniu i powrocie do
społeczeństwa - odpowiadamy po prostu na rzeczywiste potrzeby
rzeczywistych ludzi, których ponura teraźniejszość jest skutkiem
tragicznej przeszłości. Chociaż wierzymy, że człowiek jest w stanie
uwolnić się od dręczących go demonów, i próbujemy w tym pomóc, nie
ulegamy złudzeniu, że taki psychologiczny egzorcyzm może się odbyć pod
przymusem. Smutna prawda jest taka, że większość naszych pacjentów
pozostanie uzależniona i nie przestanie łamać prawa. Kerstin
Stuerzbecher jest byłą pielęgniarką, absolwentką dwóch uczelni
artystycznych i jedną z dyrektorek Portland Society. - Nie znamy
wszystkich odpowiedzi - mówi. - Nie zawsze jesteśmy w stanie zapewnić
opiekę, dzięki której ktoś dokona dramatycznych zmian w swoim życiu. Na
koniec to i tak nie zależy od nas, ktoś ma to w sobie albo nie.
Mieszkańcy dostają tyle pomocy, na ile pozwala napięty budżet Portland.
Osobom najbardziej bezradnym pracownicy pomagają się myć i sprzątać
pokoje. Posiłki są przyrządzane i rozdawane. Kiedy jest to możliwe,
pacjentom towarzyszy się w wizytach u specjalistów, podczas badań
rentgenowskich i innych wizyt lekarskich. Obsługa rozdziela metadon,
leki psychiatryczne i lekarstwa na HIV. Co kilka miesięcy do Portland
przyjeżdża laboratorium wykonujące kontrolne badania krwi, testy na HIV
i żółtaczkę. Działa grupa pisarska i poetycka, a także grupa
artystyczna; na ścianie mojego biura wisi makatka zrobiona z rysunków
mieszkańców. Do Portland przyjeżdżają akupunkturzysta i fryzjer.
Odbywają się tu wieczory filmowe, a kiedy mieliśmy więcej pieniędzy, co
roku zabieraliśmy ludzi z obskurnych zaułków Downtown Eastside na biwak
za miastem. Mój syn Daniel, kiedy pracował w Portland, raz w miesiącu
organizował spotkania grupy muzycznej.
- Kilka lat temu mieliśmy wieczór talentów - opowiada Kerstin. -
Występowała grupa artystyczna i pisarska, był też występ kabaretu. Na
ścianach wisiały obrazy, ludzie czytali swoje wiersze. W pewnym momencie
do mikrofonu podszedł jeden z wieloletnich mieszkańców. Wyjaśnił, że nie
przygotował wiersza ani innego występu, chciał tylko powiedzieć, że
Portland to jego pierwszy dom. Pierwsze miejsce, gdzie poczuł się jak w domu, i że jest bardzo wdzięczny wspólnocie, której jest częścią. Że
jest dumny z tego, że ją współtworzy, i chciałby, żeby jego mama i tata
mogli go teraz zobaczyć.
"Jedyny dom, jaki kiedykolwiek miał" - to zdanie opisuje historie wielu
mieszkańców Downtown Eastside, dzielnicy "jednego z najlepszych miast do
życia"2.
* * *
W zależności od mojego stanu umysłu praca jest dla mnie źródłem
głębokiej satysfakcji lub straszliwej frustracji. Ludzie, z którymi mam
do czynienia, często ulegają tej stronie swojej natury, która każe
przedkładać doraźne, wywołane narkotykami pragnienia ponad swoje zdrowie
i jakość życia. Muszę się też zmagać z własną niechęcią wobec nich. Choć
bardzo się staram ich akceptować, bywają dni, gdy trudno mi powstrzymać
się od surowych ocen i chciałbym, żeby się zmienili: nie byli tymi, kim
są. Ta sprzeczność ma źródło we mnie, nie w moich pacjentach. To nie ich
problem - chociaż, ze względu na oczywistą nierównowagę w naszych
relacjach, zbyt łatwo może się nim stać.
Uzależnienie moich pacjentów sprawia, że każde spotkanie z lekarzem jest
trudne. Gdzie znajdziesz ludzi w tak złym stanie zdrowia, tak bardzo
niechcących o siebie zadbać czy choćby pozwolić, by zrobił to ktoś inny?
Nakłonienie ich, żeby zgłosili się do szpitala, to prawdziwa sztuka.
Weźmy na przykład Kaia, którego infekcja biodra może doprowadzić do
trwałego kalectwa, albo Hobo, u którego zapalenie szpiku mostka może
przeniknąć do płuc. Obaj są tak skupieni na kolejnej działce kokainy,
heroiny czy metamfetaminy, że kwestia ratowania zdrowia wydaje im się
zupełnie nieistotna. Wielu ma też głęboko zaszczepiony lęk przed
autorytetami i brak zaufania do instytucji, czemu - znając ich historie
- trudno się dziwić.
- Biorę, żeby nie czuć tych wszystkich pieprzonych uczuć, które czuję,
kiedy nie biorę - powiedział mi, płacząc, Nick, czterdziestolatek
uzależniony od heroiny i metamfetaminy.
- Bez narkotyków wpadam w depresję. - Ojciec wpoił obu synom
przekonanie, że są "gówno warci". Brat Nicka jako nastolatek popełnił
samobójstwo, Nick przez całe życie jest narkomanem.
Większość z nas przeraża świat piekieł pełen bolesnych emocji. Narkomani
boją się, że bez narkotyków utkną w nim na zawsze. Za pragnienie
ucieczki płacą potworną cenę.
Betonowe korytarze i windę w hostelu Portland myje się bardzo często,
czasem nawet kilka razy dziennie. Z ramion części mieszkańców, z powodu
ciągłego kłucia, zawsze sączy się krew. Krwawią również rany, które
pacjenci zadali sobie nawzajem, i te będące skutkiem autoagresji
wywołanej paranoją po kokainie. Jeden z mężczyzn ciągle dłubie w swojej
skórze, chcąc pozbyć się wyimaginowanych insektów.
Nie żeby w Downtown Eastside brakowało nam rzeczywistych plag. W ścianach hostelu i otaczających go zaśmieconych zaułkach mieszkają
gryzonie. Robactwo zasiedla wiele łóżek, ubrań i ciał moich pacjentów:
pluskwy, wszy, świerzb. Zdarza się, że ze spódnic i nogawek spodni w moim biurze wypadają karaluchy, by poszukiwać schronienia pod moim
biurkiem. - Lubię mieć w pobliżu jedną lub dwie myszy - powiedział mi
jeden z młodych mężczyzn. - Jedzą karaluchy i pluskwy. Ale całe mysie
gniazdo w moim materacu to już przesada.
Robactwo, wrzody, krew i śmierć - plagi egipskie.
W Downtown Eastside anioł śmierci zabija z szokującą gorliwością.
Marcia, trzydziestopięciolatka uzależniona od heroiny, wyprowadziła się
z PHS i mieszkała w kamienicy przecznicę dalej. Pewnego ranka otrzymałem
nagły telefon w sprawie podejrzenia przedawkowania. Znalazłem Marcię w łóżku, z szeroko otwartymi oczami, leżącą na plecach i już w stanie
stężenia pośmiertnego. Jej ramiona były wyciągnięte, dłonie skierowane
na zewnątrz w geście zatroskanego protestu, jakby chciała powiedzieć:
"Nie! Przyszłaś po mnie za wcześnie, dużo za wcześnie!". Plastikowe
strzykawki pękały pod moimi stopami, gdy zbliżałem się do jej ciała.
Rozszerzone źrenice Marcii i inne fizyczne objawy wskazywały jasno -
zmarła nie z przedawkowania, ale z odstawienia heroiny. Stałem przez
kilka chwil przy jej łóżku, próbując rozpoznać czarującą, choć zawsze
roztargnioną istotę ludzką, którą znałem. Kiedy się odwróciłem, żeby
wyjść, słychać już było wycie syren karetki.
Marcia była u mnie w dobrym humorze tydzień wcześniej. Potrzebowała
pomocy w wypełnieniu dokumentów potrzebnych do ponownego uzyskania
zasiłku. Widziałem ją wtedy po raz pierwszy od pół roku. Przez ten czas,
co opowiedziała mi z nonszalancką rezygnacją, pomagała swojemu
chłopakowi, Kyle'owi, przehulać sto trzydzieści tysięcy dolarów, które
dostał w spadku - zadanie, w które bezinteresownie zaangażowało się
jeszcze kilku uzależnionych znajomych. A jednak i tak umarła sama.
Inną ofiarą był Frank, samotnik uzależniony od heroiny, który niechętnie
i dopiero gdy był już bardzo chory, wpuszczał kogokolwiek do swojej
obskurnej nory w hostelu Regal.
- Nie ma bata, żebym umarł w szpitalu - obwieścił, kiedy było już jasne,
że ponury żniwiarz AIDS puka do jego drzwi. Spieranie się z Frankiem
zawsze było bezcelowe. W 2002 roku zmarł na wystrzępionym materacu, w swoim łóżku.
Frank miał subtelną duszę, której nie dało się ukryć nawet pod ciągłym
zrzędzeniem i szorstkością. Chociaż nigdy nie opowiadał mi o tym, co
przeszedł, wyraził to w Downtown Hellbound Train, wierszu, który
napisał kilka miesięcy przed śmiercią. Jest to requiem dla niego samego
i dla dziesiątek kobiet - narkomanek i ofiar handlem ludźmi,
zamordowanych na niesławnej farmie świń Picktona pod Vancouver.
Pojechałem do miasta - do Hastings i Main
Chciałem od bólu uwolnić się
A udało mi się tylko załapać
Na jazdę w jedną stronę
Pociągiem do piekła
Na farmie niedaleko stąd
Kilka przyjaciółek straciło życie
Niech ich dusze odpoczną od bólu
Niech wreszcie wysiądą z pociągu do piekła
Chciałbym zaznać spokoju przed śmiercią
Tory są tak dobrze położone
Każdy przeżywa swój własny koszmar
Każdy z biletem na pociąg do piekła
Pociąg do piekła
Pociąg do piekła
Bilet w jedną stronę na pociąg do piekła
Kiedy zajmowałem się medycyną paliatywną, czyli opieką nad osobami
umierającymi, często miałem kontakt ze śmiercią. Tak naprawdę praca z uzależnionymi z tego środowiska to też opieka paliatywna. Nie oczekujemy
od siebie, że kogoś wyleczymy, chcemy tylko złagodzić skutki
uzależnienia i towarzyszące mu cierpienie oraz zmniejszyć siłę działań,
jakimi prawo i społeczeństwo karzą narkomanów. Z wyjątkiem kilku
szczęściarzy, którym uda się uciec z narkotykowej kolonii Downtown
Eastside, większość moich pacjentów nie dożyje starości. Umrą z powodu
powikłań HIV lub na zapalenie wątroby typu C, zapalenie opon mózgowych
lub posocznicę wywołaną wielokrotnymi wkłuciami podczas wieloletniego
brania kokainy. Niektórzy w stosunkowo młodym wieku zachorują na raka, z którym ich zestresowany i osłabiony układ odpornościowy nie będzie
potrafił sobie poradzić. Na raka wątroby zmarła Stevie, której zawsze
słodko-sardoniczny wyraz twarzy ukrył się pod głęboką żółtaczką. Albo
którejś nocy coś źle zmieszają i umrą z przedawkowania, jak Angel w hostelu Sunrise czy - piętro wyżej - Trevor, który zawsze się uśmiechał,
jakby nic mu nie przeszkadzało.
Pewnego ciemnego lutowego wieczoru Leona, pacjentka mieszkająca w pobliskim hostelu, obudziła się na łóżku polowym w swoim pokoju i zobaczyła, że jej osiemnastoletni syn Joey leży martwy. Zabrała go z ulicy i próbowała uchronić przed samym sobą. W południe, po całonocnym
czuwaniu, zasnęła. Chłopak przedawkował po południu.
- Kiedy się obudziłam - wspominała - Joey leżał bez ruchu. Nikt nie
musiał mi mówić. Przyjechała karetka i strażacy, ale było za późno. Moje
dziecko nie żyje. - Jej smutek nie ma granic, a poczucie winy końca.
Jedyną stałą w Portland Clinic jest ból. Uniwersytety medyczne uczą, że
są trzy objawy wskazujące na infekcję, po łacinie: calor, rubror i dolor - gorąco, zaczerwienienie i ból. Skóra, kończyny lub narządy
moich pacjentów są często zaognione i na to, chociaż na chwilę, mogę coś
poradzić. Ale jak pomóc duszy dręczonej bólem wywołanym najpierw przez
przeżycia z dzieciństwa, zbyt straszne, by w nie uwierzyć, a później, z mechaniczną powtarzalnością, przez samych cierpiących? I jak ich
pocieszyć, gdy ich cierpienie pogłębia każdego dnia społeczny ostracyzm
- to, co naukowiec i pisarz Elliott Leyton określił jako "mdłe,
rasistowskie, seksistowskie i klasowe uprzedzenia zakorzenione w kanadyjskim społeczeństwie: zinstytucjonalizowaną pogardę wobec
biednych, zmuszanych do prostytucji, uzależnionych od narkotyków i alkoholu, i wobec rdzennej ludności"*1. Tutaj, w Downtown
Eastside, ból wyciąga ręce, żebrząc o pieniądze na narkotyki. Patrzy z zimnych i twardych lub pełnych uległości i wstydu oczu. Przymila się lub
krzyczy. Za każdym spojrzeniem, każdym słowem, każdym gwałtownym
działaniem i gestem kryje się historia udręki i degradacji, opowieść, do
której każdego dnia dopisany zostaje nowy rozdział, a zakończenie nie
będzie szczęśliwe.
* * *
Jadąc do domu, słuchamy z Danielem radia CBC, które nadaje swój
beztroski popołudniowy koktajl klasyki i jazzu. Wstrząśnięty
nieprzystawalnością tych dźwięków do targanego nieszczęściami świata,
który właśnie opuściłem, przypominam sobie pierwszego pacjenta, z jakim
miałem tego dnia do czynienia.
Madeleine siedzi zgarbiona, z łokciami opartymi na udach, a jej
wychudzone, żylaste ciało drży od płaczu. Łapie się za głowę, od czasu
do czasu zaciska pięści i rytmicznie uderza się w skronie. Jej proste
brązowe włosy opadają na twarz, zasłaniając oczy i policzki. Ma
opuchniętą i posiniaczoną dolną wargę, z niewielkiej rany płynie krew.
Jej gruby, chłopięcy głos ochrypł z wściekłości i bólu. - Znowu mnie
wydymali - płacze. - Zawsze jestem najgorszą frajerką. Skąd wiedzą, że
mogą mi to robić za każdym razem? - Krztusi się od łez. Jest jak
dziecko, które opowiada swoją historię, prosi o współczucie i błaga o pomoc.
Jej opowieść to wariacja na często spotykany w Downtown Eastside temat:
narkomani wykorzystujący się nawzajem. Trzy kobiety dobrze znane
Madelaine dały jej banknot studolarowy. Umówiły się, że Madeleine kupi
dwanaście działek cracku od kogoś, kogo nazywa Meksykańcem. Jedną
zachowa dla siebie, resztę odda kobietom, które część sprzedadzą. -
Gliny nie mogą zobaczyć, że kupujemy aż tyle - tłumaczą jej. Transakcja
dochodzi do skutku, pieniądze zostają wymienione na kokainę. Dziesięć
minut późnej "ten wielki Meksykaniec" dopada Madeleine. - Łapie mnie za
włosy, przewraca na ziemię i strzela pięścią w twarz. - Studolarówka
była fałszywa. - Wrobiły mnie. "Och, Maddie, kochana, przyjaciółko". Nie
miałam pojęcia, że to była podrobiona stówa.
Moi klienci często wspominają o Meksykańcu, ale to postać niewidzialna,
mityczna figura, którą znam tylko ze słyszenia. Na rogach ulicy wokół
hostelu Portland często stoją młodzi mężczyźni o ciemnej karnacji
wyglądający na przybyszy z Ameryki Środkowej, w czapkach z daszkiem
nasuniętych na oczy. Kiedy przechodzę obok, zachęcają szeptem, choć na
mojej szyi wisi stetoskop: zwała, bomba, gruda? (Zwała i bomba oznaczają
w narkomańskim slangu kokainę, która jest stymulantem, i heroinę, która
uspokaja. Kryształ to metamfetamina). - Ej, nie widzisz, że to lekarz -
syknie ktoś czasami. Meksykaniec może być jednym z nich, albo po prostu
określeniem używanym na wszystkich.
Nie wiem, kim jest ani co sprowadziło go do Skid Row w Vancouver, gdzie
sprzedaje kokainę i wymierza ciosy wychudzonym kobietom, które - żeby mu
zapłacić - kradną, handlują, oszukują lub oferują tani seks oralny.
Gdzie się urodził? Jaka wojna lub bieda zmusiła jego rodziców do
opuszczenia slumsów czy górskiej wioski i rozpoczęcia życia tak daleko
od równika? Bieda w Hondurasie, walki w Gwatemali, szwadrony śmierci w Salwadorze? Jak stał się Meksykańcem, złoczyńcą z historii opowiedzianej
przez chudą, zrozpaczoną kobietę w moim gabinecie, która krztusząc się
łzami, tłumaczy, skąd ma siniaki, i prosi, żebym nie miał jej za złe, że
w zeszłym tygodniu nie przyszła po swoją dawkę metadonu.
- Od siedmiu dni nie piłam soku. - (Sok to slangowe określenie metadonu,
który rozpuszcza się w pomarańczowym soku firmy Tang). - I nie będę
prosić o pomoc nikogo na ulicy, bo jeżeli ci pomogą, masz dług do końca
życia. Nawet jeżeli im oddasz, nadal uważają, że jesteś winien. "Idzie
Maddie, możemy ją przycisnąć, wszystko nam da". Wiedzą, że nie będę
walczyć. Bo gdybym zaczęła, tobym zabiła którąś z tych suk. Nie chcę
zgnić w więzieniu z powodu jakiejś pizdy, z którą nigdy nie powinnam
gadać. To się tak skończy. Też mam swoje granice.
Daję jej receptę na metadon i zapraszam, żeby przyszła jeszcze raz, jak
już go zażyje. Madeleine mówi, że przyjdzie, ale już jej dziś nie
zobaczę. Potrzeba następnej dawki będzie silniejsza.
Kolejnym klientem był Stan, należący do rdzennej ludności
czterdziestopięcioletni mężczyzna, który niedawno wyszedł z więzienia.
On też potrzebował recepty na metadon. Przez osiemnaście miesięcy
odsiadki przytył, co trochę złagodziło poczucie zagrożenia, jakie
wywierały jego wzrost, muskularna budowa, błyszczące ciemne oczy, włosy
Apaczów i wąsy Fu Manchu. A może po prostu trochę się rozluźnił, bo
przez cały ten czas nie brał kokainy. Przez okno przygląda się
rozgrywającej się przed wojskowym domem towarowym scenie, w której
bierze udział kilku narkomanów. Dużo gestykulują i bez wyraźnego celu
chodzą w tę i z powrotem. - Popatrz na nich, doktorze - mówi. - Utknęli
tu. Nie wydostaną się dalej niż na Victory Square z lewej i Fraser
Street z prawej. Nigdy się nie wydostaną. Chcę się stąd ruszyć, nie chcę
już tu marnować życia. To i tak bez sensu. Spójrz na mnie, nie mam nawet
skarpetek. - Stan pokazuje na swoje mocno zniszczone buty do biegania i luźne czerwone dresy ze ściągaczami powyżej kostek. - Wsiadam w tym
stroju do autobusu i wszyscy wiedzą. Odsuwają się. Niektórzy się gapią,
większość stara się nie patrzeć w moją stronę. Wie pan, jakie to
uczucie? Jakbym był kosmitą. Czuję się dobrze tylko tutaj, nic dziwnego,
że wszyscy tu zostają.
Kiedy dziesięć dni później przychodzi po kolejną receptę, nadal mieszka
na ulicy. Jest typowy marcowy dzień w Vancouver: szaro, mokro i zimno. -
Nie chcesz wiedzieć, gdzie wczoraj spałem, doktorze - mówi.
To tak, jakby obszar kilku przecznic wokół Main i Hastings zamykał
niewidzialny płot z drutu kolczastego. Świat na zewnątrz istnieje, ale
jest dla narkomanów niedostępny. Boi się ich i odrzuca, a oni nie
rozumieją jego reguł i nie potrafią w nim żyć.
Przypomina mi się opowieść o zbiegu z Gułagu, który dobrowolnie do niego
powrócił po kilku dniach głodowania na wolności. "Nie dla nas wolność -
stwierdził, opowiadając o swojej ucieczce innym więźniom. - My jesteśmy
przykuci do obozu na całe życie, chociaż nie nosimy łańcuchów. Możemy
próbować błądzić, ale w końcu wracamy"*2.
* * *
Stan jest przedstawicielem najbardziej schorowanej, potrzebującej i opuszczonej społeczności. Całe życie byli ignorowani i porzucani, więc
nigdy nie nauczyli się zajmować sobą. Skąd się bierze potrzeba
pracowania dla tych społeczności? W moim przypadku sięga okresu
niemowlęctwa żydowskiego dziecka w okupowanym przez nazistów
Budapeszcie, w roku 1944. Dorastałem w świadomości tego, jak straszne i trudne może być życie niektórych ludzi - bez żadnej ich winy.
Jednak jeżeli przyczyn mojego współczucia dla pacjentów należy szukać w dzieciństwie, tam też znajdują się korzenie pogardy, niechęci i potrzeby
osądzania, które czasem budzą we mnie dokładnie te same zniewolone przez
cierpienie osoby. Później opowiem o tym, jak przeżycia z dzieciństwa
wpłynęły na moją własną skłonność do uzależnień. W głębi duszy niewiele
różnię się od moich pacjentów i czasem trudno mi znieść świadomość, jak
mała jest psychologiczna różnica między nami i że tylko dzięki
niebiańskiej łasce znalazłem się w innym miejscu.
Po raz pierwszy pracowałem jako lekarz zatrudniony na pełnym etacie
właśnie w Downtown Eastside. Choć trwało to zaledwie sześć miesięcy,
zostawiło we mnie ślad i wiedziałem, że kiedyś tam wrócę. Kiedy
dwadzieścia lat później pojawiła się szansa, by zostać lekarzem w starym
Portland, chętnie z niej skorzystałem: szukałem wtedy właśnie takiego
połączenia wyzwania i działania dającego poczucie sensu. Prawie bez
wahania porzuciłem praktykę lekarza rodzinnego na rzecz pełnego
karaluchów hostelu.
Co każe mi tu być? Głos, który wzywa nas do tej pracy, nadaje na tych
samych falach, jakie słyszą nasi umęczeni, wyczerpani, dysfunkcyjni
podopieczni. Z tą oczywistą różnicą, że my codziennie wracamy do
położonych na zewnątrz domów, spraw i związków, a nasi uzależnieni
klienci są uwięzieni w miejskim gułagu.
Niektórzy ludzie zbliżają się do cierpienia w nadziei, że pomoże im to
uleczyć własny ból. Inni ofiarowują się, bo ich pełne współczucia serca
wiedzą, że to właśnie tutaj miłość jest najbardziej potrzebna. Są też
tacy, których przywodzi ciekawość: ta praca to wieczne wyzwanie. Są też
osoby o niskim poczuciu własnej wartości, którym praca z ludźmi
bezradnymi dobrze robi na ego. I osoby uwiedzione magnetyczną siłą
uzależnienia, które nie poradziły sobie z własnymi skłonnościami do
uzależnień albo nawet ich nie rozpoznały. Sądzę, że u większości z nas,
lekarzy, pielęgniarek i innych zaangażowanych w pomaganie specjalistów
pracujących w Downtown Eastside, te różne motywacje występują
jednocześnie.
Liz Evans miała dwadzieścia sześć lat, kiedy zaczęła pracować w tej
okolicy. - Byłam zupełnie przytłoczona - wspomina. - Wydawało mi się, że
jako pielęgniarka mam wiedzę, którą mogę się podzielić. I chociaż
rzeczywiście tak było, bardzo szybko się zorientowałam, że tak naprawdę
niewiele mogę pomóc: nie byłam w stanie uwolnić ludzi od bólu i smutku.
Jedyne, co mogłam zrobić, to towarzyszyć im jako drugi człowiek i pokrewna dusza. Pewna kobieta, nazwijmy ją Julie, od siódmego roku życia
mieszkała z rodziną zastępczą, która trzymała ją zamkniętą w pokoju,
biła i zmuszała do jedzenia wyłącznie płynnych pokarmów. Na szyi ma
bliznę po ranie, którą zadała sobie nożem, gdy miała szesnaście lat. Od
tamtego czasu stale jest na środkach przeciwbólowych, alkoholu, kokainie
i heroinie i pracuje jako prostytutka. Którejś nocy po tym, jak została
zgwałcona, przyszła do mnie, usiadła mi na kolanach i rozpłakała się.
Powiedziała, że to wszystko jej wina, że jest złą osobą i nie zasługuje
na nic dobrego. Z trudem oddychała. Kołysałam ją i marzyłam o tym, by
móc zrobić cokolwiek, co ulżyłoby jej cierpieniu. To było dla mnie zbyt
wiele. - Liz zrozumiała, że w bólu Julie było coś, co uruchomiło ból w niej samej. - To doświadczenie pokazało mi, że musimy sprawić, żeby
nasze własne problemy nie stały się dla nas przeszkodą.
* * *
- Dlaczego wciąż tu jestem? - zastanawia się Kerstin Stuerzbecher. - Na
początku chciałam pomóc. A teraz... nadal chcę pomagać, ale jakoś inaczej.
Znam własne ograniczenia. Wiem, czego nie mogę zrobić. Mogę tu być i stawać po stronie ludzi na różnych etapach życia i pozwalać im być tym,
kim są. Jako społeczeństwo mamy obowiązek (...) wspierać ludzi takich,
jacy są, i szanować ich. Dlatego ciągle tu jestem.
W tym równaniu jest jeszcze jeden element widoczny dla wielu ludzi
pracujących w Downtown Eastside. To autentyczność, wolność od
przepełniającej życie społeczne gry, bezpretensjonalność - rzeczywistość
ludzi, którzy nie są w stanie udawać, że są kimś innym, niż są.
Jasne, ci ludzie kłamią, oszukują i manipulują, ale czy na swój sposób
nie robimy tego wszyscy? Jednak w przeciwieństwie do nas, oni nie udają,
że są uczciwi. Są szczerzy w swojej niezgodzie na wzięcie
odpowiedzialności, w odrzuceniu społecznych oczekiwań i w zgodzie na to,
że przez uzależnienie stracili wszystko. Choć jak na standardy zwykłego
świata to niezbyt wiele, w oszustwach narkomanów tkwi rdzeń
paradoksalnej uczciwości. - Czego się pan spodziewa, doktorze? Jestem
przecież narkomanem - powiedział mi kiedyś bardzo chudy
czterdziestosiedmioletni mężczyzna z lekko drwiącym i zupełnie
rozbrajającym uśmiechem, kiedy nie udało mu się wyłudzić recepty na
morfinę. Jest coś fascynującego w tej odważnej, bezwstydnej
pseudoautentyczności. Kto z nas w skrytości nie chciałby być tak
bezczelnie niefrasobliwy wobec własnych wad?
- Tutaj możesz mieć naprawdę szczere interakcje z ludźmi - mówi Kim
Markel, pielęgniarka z Portland Clinic. - Tutaj mogę być sobą. To dla
mnie bardzo cenne. W szpitalach i innych ośrodkach zawsze trzeba
dostosować się do reguł. Ponieważ praca tutaj jest tak różnorodna, a ludzie, z którymi pracujemy, mają bardzo podstawowe potrzeby i już nic
do ukrycia, mogę być szczera w tym, co robię. W pracy i poza pracą
zachowuję się prawie tak samo.
W pełnym niepokoju świecie rozdrażnionych narkomanów nieustannie
szukających lub próbujących wyłudzić kolejną dawkę, częste są też chwile
prawdziwego człowieczeństwa i wzajemnego wsparcia. - Widzę wokół siebie
bardzo dużo ciepła - mówi Kim. - Choć jest mnóstwo przemocy, wiele osób
troszczy się o siebie nawzajem - dodaje Bethany Jeal, pielęgniarka w Insite, pierwszym w Ameryce ośrodku, gdzie narkomani mogą bezpiecznie
zażyć działkę. Insite znajduje się na Hastings, dwie przecznice od
hostelu Portland. - Dzielą się jedzeniem, ubraniami i kosmetykami:
wszystkim, co mają. Ludzie opiekują się sobą w chorobie, z troską i współczuciem donoszą o stanie zdrowia swoich przyjaciół i często dbają o innych znacznie lepiej niż o samych siebie.
- Ja nie znam swoich sąsiadów - mówi Kerstin. - Ledwie ich rozpoznaję, a już na pewno nie wiem, jak się nazywają. Tu jest zupełnie inaczej. Tutaj
ludzie się znają, co ma swoje wady i zalety. Wściekają się na siebie i walczą ze sobą, ale też podzielą się ze sobą ostatnim groszem. Ludzie,
którzy tu mieszkają, są nieokiełznani, dlatego często wychodzi z nich
skłonność do przemocy, co się nam nie podoba, a co tak często
podchwytują media. Ale to nieokiełznanie wydobywa też nieokiełznaną
radość, radość aż do łez z powodu pięknego kwiatka, którego ja nawet nie
zauważyłam, a ktoś, kto mieszka w jednoosobowym pokoju w hostelu
Washington, zauważył, bo jest tu codziennie. To jego świat i dostrzega w nim inne szczegóły niż ja. Nie brakuje tu też poczucia humoru. Kiedy
robię obchód między hostelami w Hastings, często słyszę, jak ludzie
przekomarzają się, poklepują po plecach i śmieją ochryple.
- Doktorze, doktorze, sprzedaj mi newsa - dochodzi mnie jazzujący głos
spod hostelu Washington. - Potrzebujesz szota rytmu i bluesa -
odśpiewuję, nie odwracając się. Moim partnerem w tej dobrze
przećwiczonej wymianie jest Wayne, mocno opalony facet z długimi
brudnymi blond włosami i rękami Schwarzeneggera pokrytymi tatuażami od
nadgarstków po bicepsy.
Na skrzyżowaniu czekam na zmianę świateł z Laurą, czterdziestoparoletnią
rdzenną Kanadyjką, u której ani ciężkie życie, ani uzależnienie od
narkotyków i alkoholu, ani HIV nie zdołały stępić szelmowskiego poczucia
humoru. Kiedy czerwona dłoń na sygnalizacji zmienia się w małego idącego
ludzika, Laura mówi: - Biały człowiek każe iść. Idziemy obok siebie
jeszcze przez chwilę, Laura cały czas śmieje się ze swojego dowcipu. Ja
zresztą też.
Żarty to tutaj najczęściej bezwzględne naśmiewanie się z samych siebie.
- Kiedyś wyciskałem na ławeczce dwieście funtów, doktorze - powiedział
mi wychudzony, pomarszczony, umierający na AIDS Tony w czasie jednej ze
swoich ostatnich wizyt. - Teraz nie podniósłbym własnego fiuta.
Kiedy uzależnieni pacjenci na mnie patrzą, chcą widzieć prawdziwego
mnie. Są pod tym względem podobni do dzieci: tytuły, osiągnięcia i referencje nie robią na nich wrażenia. Ich troski są zbyt pilne. Jeżeli
mnie polubią i docenią moją pracę - i tylko wtedy - okażą też dumę, że
ich doktor to ktoś, kto pisze książki i czasem udziela wywiadów w telewizji. Jedyne, co ma dla nich znaczenie, to czy jestem obecny jako
człowiek. Potrafią bezbłędnie ocenić, czy danego dnia jestem na tyle z nimi, żeby ich wysłuchać jako ludzi, których uczucia, nadzieje i aspiracje są równie istotne, jak moje własne. Czują, czy jestem szczerze
zaangażowany w ich sprawy, czy raczej chcę mieć ich z głowy. Ponieważ
nie umieją w ten sposób sami o siebie zadbać, są niezwykle uważni na to,
czy potrafią to osoby, które mają im pomóc.
Praca w atmosferze tak innej niż ta, która zwykle panuje w pracy,
atmosferze, w której najważniejsza jest autentyczność, daje dużo siły.
Większość z nas, choć nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę, pragnie
autentyczności, prawdy wykraczającej poza odgrywane role, etykiety i starannie wypracowane persony. Pełne problemów, chorób i przestępczości
Downtown Eastside oferuje też świeży powiew prawdy, nawet jeżeli jest to
naga prawda desperacji. Stawia przed nami lustro, w którym wszyscy -
zarówno jako jednostki, jak i jako społeczeństwo - możemy się rozpoznać.
Strach, ból i tęsknota, które widzimy, to nasz własny strach i ból,
nasza własna tęsknota. Tak samo jak nasze są piękno i współczucie,
których jesteśmy tu świadkami, a także odwaga i wielka determinacja w przezwyciężaniu cierpienia.
Crack - forma kokainy; ma postać płatków, kuleczek lub kryształków używanych do palenia w specjalnych szklanych fajkach (przyp. red.). [wróć]
Vancouver często opisywane jest w ten sposób w prasie na całym świecie, ostatnio w "New York Timesie", 8 lipca 2007 (wszystkie przypisy dolne, chyba że podano inaczej, pochodzą od autora). [wróć]
Rozdział 2
Śmiertelny uścisk narkotyków
Nigdzie indziej skutki smutnego życia nie zapisują się tak wyraźnie,
jak w ludzkim ciele.
Naguib Mahfouz, Palace of Desire
W kaplicy pogrzebowej East Hastings
starszy ksiądz odprawia ceremonię pożegnalną dla Sharon. - Była
żywiołowa i radosna. "Oto jestem! Sha-an-na", ogłaszała, wpadając do
pokoju. Każdy, kto na nią patrzył, cieszył się życiem.
W raczej pustej kaplicy oprócz rodziny znajduje się niewielu żałobników.
Jest kilku pracowników Portland, jego pięciu albo sześciu mieszkańców i jeszcze kilka osób, których nie znam.
Słyszałem, że w młodości Sharon była piękna jak modelka. Sześć lat temu,
kiedy ją poznałem, wciąż można było dostrzec ślady tej urody pomimo
coraz bledszej skóry, zapadniętych policzków i brakujących zębów. W ostatnich latach Sharon często cierpiała z powodu bólu. Na lewej goleni
miała dwie otwarte rany powstałe w wyniku wywołanych wkłuciami infekcji
bakteryjnych. Nawracająca infekcja powodowała złuszczanie się kolejnych
przeszczepów, aż wreszcie chirurdzy plastyczni ze Szpitala św. Pawła
uznali dalsze interwencje za bezcelowe. W stale opuchniętym lewym
kolanie pojawiał się i znikał ropień kości. Tego zapalenia kości i szpiku nigdy nie udało się wyleczyć, bo Sharon nie była w stanie poddać
się trwającej od sześciu do ośmiu tygodni hospitalizacji, koniecznej do
zastosowania kuracji antybiotykowej, nawet wtedy, kiedy wydawało się, że
jedyną alternatywą jest amputacja. Niezdolna do dźwigania własnego
ciężaru, Sharon w wieku około trzydziestu lat musiała poruszać się na
wózku inwalidzkim. Pędziła chodnikami Hastings z zadziwiającą
prędkością, wykorzystując swoje silne ramiona i prawą nogę, żeby się
rozpędzać.
Ksiądz taktownie unika mówienia o bólu Sharon i uzależnieniu, które
zawiodło ją do Downtown Eastside, i oddaje cześć jej witalności.
- Wybacz nam, Panie, bo nie umiemy doceniać (...). Życie jest wieczne,
miłość jest nieśmiertelna (...). Z każdej przemijającej radości powstaje
coś pięknego (...). - intonuje. Na początku słyszę tylko litanię
pogrzebowych klisz i jestem zirytowany. Wkrótce jednak czuję się
pocieszony. Zaczynam rozumieć, że w obliczu przedwczesnej śmierci nie
istnieją klisze.
- Na zawsze Sharon, jej głos, jej dusza (...). Za wieczny pokój,
nieśmiertelny pokój...
Niosącym otuchę słowom księdza towarzyszy cichy płacz kobiet. Ksiądz
zamyka modlitewnik i rozgląda się poważnie po kaplicy. Kiedy schodzi z ambony, rozlega się muzyka: Andrea Bocelli śpiewa sentymentalną włoską
arię. Żałobnicy mogą pożegnać Sharon, której ciało leży w otwartej
trumnie u stóp ołtarza. Po kolei podchodzą, pochylają głowy, a potem
składają kondolencje rodzinie. Beverly, której twarz szpecą wywołane
braniem kokainy zaczerwienienia, podchodzi do trumny. Podtrzymuje
wspierającą się o chodzik Penny. Były bliskimi przyjaciółkami Sharon.
Tom, którego alkoholowe wrzaski co wieczór rozlegają się w Hastings,
wystroił się w najlepsze ubrania. W białej koszuli i krawacie - zupełnie
trzeźwy i ponury - w modlitewnym skupieniu nachyla się nad ozdobioną
kwiatami trumną i żegna się.
Biała od pudru twarz Sharon ma naiwny, niepewny wyraz, rumiane usta są
zamknięte i lekko krzywe. Mam wrażenie, że ten nieco zamroczony
dziecięcy wygląd prawdopodobnie lepiej oddaje wewnętrzny świat Sharon
niż głośna, nieokrzesana postać, którą znałem ze swojego gabinetu.
Ciało Sharon znaleziono w jej łóżku w kwietniowy poranek. Leżała na
boku, wyglądała jak we śnie, ręce i nogi ułożone spokojnie, niewykręcone
bólem i cierpieniem. Mogliśmy tylko spekulować na temat przyczyny
śmierci, ale przedawkowanie wydawało się prawdopodobną hipotezą. Choć od
dawna miała HIV i jej poziom odporności był bardzo niski, Sharon nie
była chora. Wiedzieliśmy, że od wyjścia z ośrodka odwykowego intensywnie
zażywała heroinę. W jej pokoju nie było żadnych akcesoriów związanych z narkotykami. To, co ją zabiło, wzięła prawdopodobnie w mieszkaniu
sąsiada, a potem wróciła do siebie.
Nieudana próba odwyku zasmuciła wszystkich, którzy się o nią troszczyli.
Wydawało się, że tak dobrze jej idzie. - Kolejne cztery tygodnie bez
działki, Mate? - obwieszczała dumnie w comiesięcznym raporcie
telefonicznym. - Czy może mi pan przysłać receptę na metadon? Nie chcę
po nią przychodzić, będzie mnie tylko kusić, żeby znowu wziąć.
Pracownicy odwiedzający ją w ośrodku mówili, że była pełna życia, w dobrym humorze, radosna i optymistyczna. Pomimo powrotu do heroiny jej
śmierć była szokiem i nawet teraz, patrząc na jej ciało, trudno tę
śmierć zaakceptować. Żywotność, radość i niepohamowana energia Sharon
były ważną częścią naszego życia. Po uprzejmych i uroczystych słowach
księdza powinna była wstać i wyjść razem z nami.
Po ceremonii żałobnicy przez chwilę jeszcze kręcili się po parkingu,
zanim się rozeszli - każdy w swoją stronę. Jest bardzo jasno i słonecznie, to pierwszy w tym roku wiosenny dzień w Vancouver. Witam się
z Gail, rdzenną Kanadyjką, która dzielnie zbliża się do końca trzeciego
miesiąca bez kokainy. - Osiemdziesiąt siedem dni - uśmiecha się do mnie.
- Nie mogę w to uwierzyć. Nie jest to tylko zasługa jej silnej woli. Dwa
lata wcześniej Gail trafiła do szpitala z powodu groźnej infekcji jamy
brzusznej. Żeby zapobiec zapaleniu jelit, konieczna była kolostomia.
Poprzecinane odcinki jelita powinny być ponownie połączone chirurgicznie
już dawno, ale do zabiegu nigdy nie doszło, ponieważ dożylne zażywanie
kokainy przez Gail zagrażało jego powodzeniu. Pierwszy chirurg odmówił
dalszego zajmowania się Gail. - Rezerwowałem salę operacyjną za darmo co
najmniej trzy razy - powiedział mi. - Nie zamierzam znowu ryzykować. -
Trudno się było z nim spierać. Nowy specjalista niechętnie zgodził się
przeprowadzić operację, ale zrobił to tylko pod warunkiem, że Gail nie
będzie brać kokainy. Wiedziała, że jeżeli nie skorzysta z tej ostatniej
szansy, już do końca życia będzie oddawać kał do plastikowego pojemnika
przyklejonego taśmą do brzucha. Torbę, czego najbardziej nienawidziła,
trzeba zmieniać czasami nawet kilka razy dziennie.
- Jak się masz, doktorze - mówi zawsze uprzejmy Tom, lekko łapiąc mnie
za ramię.
- Miło cię widzieć. Jesteś dobrym człowiekiem. - Dzięki - odpowiadam. -
Ty też. Wciąż podtrzymywana przez swoją potężną przyjaciółkę Beverly,
chuda Penny prostuje się. Prawą ręką opiera się na chodziku, lewą
osłania oczy przed południowym słońcem. Penny dopiero niedawno
zakończyła sześciomiesięczny cykl dożylnych antybiotyków przepisanych na
infekcję kręgosłupa, która zgarbiła jej plecy i osłabiła nogi. - Nigdy
nie spodziewałam się, że Sharon umrze przede mną - mówi. - Zeszłego lata
w szpitalu naprawdę sądziłam, że to już koniec. - Byłaś tak blisko, że
nawet ja się przestraszyłem - odpowiadam. Oboje się śmiejemy.
Przyglądam się tej małej grupce istot ludzkich, które zebrały się na
pogrzebie towarzyszki, zmarłej w wieku trzydziestu lat. Jak wielka jest
siła uzależnienia, myślę, skoro pomimo chorób, bólu i cierpienia
psychicznego nie mogą się wyzwolić z jego śmiertelnego uścisku. - W nazistowskich obozach pracy, jeżeli jednego więźnia złapano na paleniu
papierosa, zabijano wszystkich mieszkańców baraku - powiedział mi kiedyś
Ralph, jeden z pacjentów. - Za jednego papierosa! A jednak ludzie nie
pozwalali sobie odebrać radości, chęci życia i przyjemności, jaką dawały
niektóre substancje, takie jak alkohol, nikotyna, czy co tam jeszcze.
Nie wiem, ile w tym historycznej prawdy, ale jako kronikarz własnego
uzależnienia i losów innych narkomanów z ulic Hastings Ralph dotknął
samego sedna: ludzie są w stanie poświęcić życie, żeby uczynić daną
chwilę znośną. Nic nie może przerwać ich nałogu - ani choroba, ani
utrata miłości i bliskich, ani wyzucie z dóbr doczesnych i godności, ani
nawet strach przed umieraniem. Pragnienie jest najsilniejsze.
Jak zrozumieć śmiertelny uścisk uzależnienia? Dlaczego Penny daje sobie
w żyłę pomimo ropnia kręgosłupa, który prawie spowodował paraplegię?
Czemu Beverly nie przestaje brać kokainy pomimo HIV, wrzodów, które
wciąż musiałem osuszać, i nawracających infekcji stawów, przez które
lądowała w szpitalu? Co kazało Sharon wrócić do Downtown Eastside i nałogu po sześciu miesiącach odwyku? Dlaczego przestała myśleć o HIV i żółtaczce, o infekcji kości i chronicznym, palącym, przeszywającym bólu
odsłoniętych zakończeń nerwowych?
Jak piękny byłby świat, gdyby rację mieli wyznawcy prostego poglądu, że
przykre konsekwencje wystarczą za nauczkę. Otwarcie kolejnego fast foodu
kończyłoby się bankructwem, w naszych domach nie byłoby telewizorów, a hostel Portland mógłby stać się lukratywnym biznesem: na przykład
silącym się na śródziemnomorskość luksusowym apartamentowcem dla
miejskich yuppie, podobnym do budowanych właśnie w okolicy hoteli
Firenze i Espa?a.
* * *
Na poziomie fizjologicznym uzależnienie od narkotyków jest wynikiem
wywołanego przez substancję zaburzenia chemii mózgu, choć (o czym będę
pisał później) zaburzenie to pojawia się, zanim jeszcze rozpocznie się
zażywanie substancji zmieniających świadomość. Jednak ludzi nie da się
zredukować do biochemii ich mózgów, a nawet - jeżeli byłoby to możliwe -
ludzki mózg na poziomie fizjologicznym kształtuje się również pod
wpływem doświadczeń i emocji. Osoby uzależnione dobrze o tym wiedzą.
Choć łatwo mogłyby uznać, że za ich pęd ku autodestrukcji odpowiadają
procesy chemiczne w ich mózgach, niewiele z nich to robi. Rzadko
przyjmują wąskie medyczne rozumienie uzależnienia jako choroby pomimo
jego niewątpliwej wartości.
Na czym polega śmiertelnie niebezpieczna atrakcyjność narkotycznego
doświadczenia? Zadałem to pytanie wielu moim klientom z Portland Clinic.
- Masz tę biedną, opuchniętą, owrzodzoną nogę i czerwoną, gorącą, bolącą
stopę - mówię do Hala, przyjaznego, skorego do żartów mężczyzny po
czterdziestce, jednego z moich nielicznych pacjentów płci męskiej bez
kryminalnej przeszłości. - Żeby dostać antybiotyki dożylne, musisz
codziennie stawiać się na pogotowiu. Masz HIV. Ale nie odpuszczasz
wstrzykiwania sobie speeda1. Jak myślisz dlaczego?
- Nie wiem - odpowiada Hal, a jego bezzębne dziąsła tłumią słowa. -
Zapytaj kogokolwiek... choćby mnie, czemu zażywa coś, co sprawia, że przez
pięć minut się ślinisz, wyglądasz jak zjebany, coś, co zaburza ci fale w mózgu tak, że nie możesz jasno myśleć ani normalnie mówić, a potem znowu
masz na to ochotę. - I dostajesz wrzodów na nodze - podpowiadam
uprzejmie. - Tak, wrzody. Pytasz dlaczego. Naprawdę nie wiem.
W marcu 2005 roku prowadziłem podobną rozmowę z Allanem. Allan jest
około czterdziestki i również ma wirusa HIV. Kilka dni wcześniej
wylądował w szpitalu Vancouver z powodu ostrego bólu w klatce
piersiowej. Powiedziano mu, że to zapalenie wsierdzia, infekcja zastawek
serca. Zamiast dać się przyjąć do szpitala, Allan zgłosił się po drugą
opinię do Szpitala św. Pawła, gdzie powiedziano mu, że wszystko jest w porządku. Teraz, żeby zasięgnąć trzeciej opinii, przyszedł do mojego
gabinetu.
W trakcie badania widzę, że chociaż nie jest chory, jest w fatalnej
formie. - Co powinienem zrobić, doktorze? - pyta, rozkładając ramiona w geście bezradności. - Okej - mówię, patrząc w jego kartę. - Twój ojciec
zmarł na serce. Twój brat zmarł na serce. Dużo palisz. Miałeś zapalenie
wsierdzia wywołane dożylnym zażywaniem narkotyków. Leczę cię na
niewydolność serca, nawet teraz masz opuchnięte nogi, bo serce nie daje
rady. Bierzesz silne leki na HIV, a z powodu żółtaczki twoja wątroba
ledwie zipie. Ale ciągle bierzesz. I pytasz mnie, co masz robić. Powiedz
mi, co tu nie gra?
- Miałem nadzieję, że to powiesz, doktorze - mówi Allan. - Powiedz mi,
że jestem pierdolonym debilem. Inaczej nie zrozumiem.
- Dobra - zgadzam się. - Jesteś pierdolonym debilem.
- Dzięki, doktorze.
- Kłopot polega na tym, że nie jesteś pierdolonym debilem. Jesteś
uzależniony. Co to tak naprawdę znaczy?
Cztery miesiące później, o północy, Allan umierał, zimny i siny, na
podłodze w swoim pokoju w jednym z pobliskich hosteli. Podobno
wstrzykiwał sobie metadon, który został skradziony podczas włamania do
jednej z aptek, a następnie zmieszał go z metamfetaminą, czy czymś tam
jeszcze. Według policji to małe niezależne narkotykowe przedsiębiorstwo
zabiło co najmniej osiem osób.
- Nie boję się umierania - powiedział mi jeden z klientów. - Czasem dużo
bardziej boję się życia.
To strach przed życiem, jakie znają, sprawia, że wielu moich pacjentów
nie przestaje brać. - Kiedy jestem na haju, nic mnie nie obchodzi. Nie
mam żadnych problemów - powiedział jeden z nich, wyrażając uczucie znane
wielu osobom uzależnionym. - Po prostu zapominam - powiedziała Dora,
zatwardziała kokainistka. - Zapominam o problemach. Wszystko wydaje się
trochę mniej beznadziejne, niż jest, aż do następnego ranka, kiedy jest
jeszcze gorsze... Latem 2006 roku Dora wyprowadziła się z Portland z powrotem na ulicę, gdzie ciągle próbowała zdobyć towar. W styczniu
zmarła z powodu licznych ropni mózgu2 na oddziale intensywnej
terapii Szpitala św. Pawła.
Alvin jest po pięćdziesiątce, jest tęgi, ma szerokie ramiona, kiedyś
pracował jako kierowca tira. Zażywa metadon jako lek na uzależnienie od
heroiny, ostatnio zaczął zażywać więcej metamfetaminy. - Przez pierwszą
połowę dnia chce mi się od tego rzygać - mówi - ale po ośmiu albo
dziewięciu chmurach z lufy... Jak się czuję? Przede wszystkim jak
kompletny idiota, sam nie wiem, chyba chodzi o ten rytuał.
- Pozwól, że powtórzę - odpowiadam. - Wydajesz tysiąc dolarów
miesięcznie, żeby zaznać rozkoszy mdłości i czucia się jak idiota?
Dobrze cię zrozumiałem? Allan się śmieje. - Rzygam tylko za pierwszym
razem w ciągu dnia. Przez jakieś trzy do pięciu minut jestem na haju, a potem pytam sam siebie, po co to zrobiłem. Ale jest już za późno. Coś
sprawia, że ciągle to robisz, i to właśnie nazywamy uzależnieniem. Nie
umiem tego powstrzymać. Przysięgam na Boga, że tego nienawidzę, naprawdę
nienawidzę. - Jednak ciągle coś z tego masz. - Jasne, inaczej bym tego
nie robił. To trochę jak orgazm.
Oprócz przypominającej orgazm chwilowej przyjemności narkotyki sprawiają
również, że ból staje się mniej dojmujący, a w codzienności można
dostrzec coś, dla czego warto żyć. "Jedno ze wspomnień jest tak wyraźne
i doskonałe, że w niektóre dni oddaję się tylko jemu", pisze Stephen
Reid, pisarz, który odsiedział wyrok za napad na bank i sam siebie
nazywa ćpunem. "Jestem zachwycony zwyczajnością - bladym niebem,
błękitnym świerkiem, zardzewiałym drutem kolczastym na płocie,
umierającymi żółtymi liśćmi. Jestem na haju. Mam jedenaście lat i odczuwam jedność ze światem. Całkowicie niewinny, zanurzam się w niewiedzy". Podobnie Leonard Cohen opisywał "obietnicę, piękno,
zbawienie w papierosach".
W moich rozmowach z uzależnionymi wątki powracają jak wzory na
gobelinie: narkotyki jako środek znieczulający na psychiczny ból;
antidotum na przerażającą pustkę; lek na zmęczenie, nudę, osamotnienie i brak poczucia przynależności; lekarstwo na stres i trudności w relacjach
z ludźmi. I jeszcze - jak w opisie Stephena Reida - narkotyki mogą,
choćby na krótką chwilę, otworzyć wrota do duchowej transcendencji. Te
same przyczyny niszczą życia głodnych duchów na całym świecie.
Oddziałują ze śmiertelną siłą na uzależnionych od kokainy, heroiny i metamfetaminy mieszkańców Downtown Eastside. Przyjrzymy im się bliżej w kolejnym rozdziale.
* * *
Mamy w Portland fotografię, na której ubrana w czarny kostium kąpielowy
Sharon siedzi na brzegu zalanego słońcem basenu i moczy nogi w czystej,
migoczącej, błękitnej wodzie. Wypoczęta i spokojna, patrzy wprost w obiektyw. To ta młoda, radosna kobieta, o której w kazaniu wspominał
ksiądz, uchwycona przez fotografa na kilka miesięcy przed śmiercią,
rozkoszująca się ciepłem jesiennego popołudnia, w domu swojego sponsora
z programu 12 kroków.
Przez dwanaście lat życia w Downtown Eastside Sharon nie była w stanie
ukończyć programu 12 kroków. Była tak silnie uzależniona od kokainy i tak dysfunkcyjna, że zanim zamieszkała w hostelu Portland, nie wolno jej
było tam nawet przychodzić. - Tak to działa - tłumaczy mi dyrektorka
Stowarzyszenia Portland, Kerstin Stuerzbecher, w przedsionku kaplicy po
pogrzebie Sharon. - Są tylko dwie możliwości: albo sprawiasz zbyt dużo
kłopotów, żeby tu zamieszkać, albo sprawiasz tyle kłopotów, że możesz
już zamieszkać tylko tutaj. I tylko tutaj umrzeć - dodaje, kiedy
wychodzimy na słońce.
Potoczne określenie amfetaminy (przyp. red.). [wróć]
Infekcje ropne spowodowane przez bakterie, które przedostały się do tkanek podczas dożylnego zażywania narkotyków i z krwią przemieściły do organów wewnętrznych, takich jak płuca, wątroba, serce, kręgosłup. [wróć]
Rozdział 3
Klucze do raju. Uzależnienie jako ucieczka od cierpienia
Widzenie w uzależnieniu "złego nawyku" albo "autodestrukcyjnego
zachowania" to wygodny sposób, żeby nie dostrzegać, do czego służy ono
osobie uzależnionej*3.
Vincent Felitti, lekarz i badacz
Nie da się zrozumieć uzależnienia bez
zadania sobie pytania o ulgę, jakiej osoba uzależniona doznaje lub
próbuje doznać dzięki zażyciu narkotyku czy poprzez inne uzależniające
zachowanie.
Dziewiętnastowieczny pisarz Thomas de Quincey regularnie zażywał opium.
"Subtelna siła tego potężnego narkotyku", twierdził, "łagodzi wszelkie
podrażnienia układu nerwowego. (...) O delikatne i wszechpotężne opium
(...) tylko ty potrafisz tak obdarować człowieka, ty dzierżysz klucze do
Raju". Słowa de Quinceya opisują przyjemność, jakiej osoba uzależniona
doświadcza dzięki narkotykowi - a tak naprawdę odnoszą się do
uzależniającego powabu wszystkich nałogów, także tych - o czym
przekonamy się później - niezwiązanych z narkotykami.
Uzależnienie jest jednak znacznie bardziej poszukiwaniem ulgi od
cierpienia niż gonieniem za przyjemnością. Z medycznego punktu widzenia
osoby uzależnione próbują tak naprawdę na własną rękę leczyć się z depresji, stanów lękowych, stresu pourazowego, a nawet ADHD (Attention
Deficit Hyperactivity Disorder, zespół nadpobudliwości ruchowej z deficytem uwagi).
Przyczyną uzależnienia zawsze jest ból - odczuwany świadomie lub ukryty
w podświadomości. Uzależnienie to środek przeciwbólowy na emocje.
Heroina i kokaina to silne anestetyki, które oprócz bólu fizycznego
łagodzą też cierpienie psychiczne. Młode zwierzęta oddzielone od matek
łatwo uspokoić przez podanie niewielkich dawek narkotyków, zupełnie
jakby odczuwały fizyczny ból1*4.
Dokładnie tak samo działa ból u ludzi. W mózgu człowieka obszary
odpowiedzialne za odczuwanie bólu fizycznego aktywizują się również na
skutek doświadczenia odrzucenia emocjonalnego: na skanach mózgu widać,
że w odpowiedzi na ostracyzm obszary te "zapalają się" tak samo jak w reakcji na bolesny bodziec fizyczny*5. Kiedy ludzie mówią, że
czują się zranieni lub że odczuwają psychiczny ból, nie posługują się
poetycką metaforą, lecz dość precyzyjnie opisują sytuację.
Życie osoby uzależnionej było przepełnione bólem. Nic dziwnego, że
rozpaczliwie pragnie ona ulgi. - W ciągu kilku chwil przechodzę od
rozpaczy i bezbronności do całkowitej nietykalności - mówi
trzydziestosześcioletnia Judy, od dwudziestu lat uzależniona od heroiny
i kokainy, z którymi próbuje teraz zerwać. - Mam wiele problemów. Biorę,
żeby pozbyć się myśli i emocji, zagłuszyć je.
Pytanie nie powinno brzmieć: dlaczego bierzesz?, tylko: dlaczego cię
boli?
W literaturze przedmiotu znajdujemy jasną odpowiedź: większość
narkomanów pochodzi z domów, w których była przemoc*6. Większość
moich zamieszkujących nędzne dzielnice pacjentów cierpiała we wczesnym
dzieciństwie z powodu zaniedbania lub znęcania się nad nimi. Prawie
wszystkie kobiety i wielu mężczyzn z Downtown Eastside miało za sobą
doświadczenie przemocy seksualnej w dzieciństwie. Historie życia
pacjentów zgromadzone w archiwach hostelu Portland to opowieści o niekończącym się bólu: gwałtach, biciu, upokorzeniu, odrzuceniu,
opuszczeniu, bezwzględnym niszczeniu psychiki. Jako dzieci pacjenci
zmuszeni byli patrzeć na pełne przemocy związki rodziców, ich
autodestrukcyjne zachowania i uzależnienia - i często musieli się nimi
opiekować. Albo zajmować się młodszym rodzeństwem, chronić je przed
przemocą, choć sami codziennie doświadczali krzywdy na ciele i duszy.
Jeden ze znanych mi mężczyzn wychowywał się w pokoju hotelowym, gdzie
jego zarabiająca prostytucją matka co noc przyjmowała klientów, kiedy on
spał albo próbował spać na leżącym na podłodze materacu.
Carl, trzydziestosześcioletni rdzenny Kanadyjczyk, jako dziecko był
przerzucany z jednej rodziny zastępczej do drugiej. Kiedy miał pięć lat,
karano go za przeklinanie wlewaniem do gardła płynu do mycia naczyń, a żeby kontrolować nadaktywność chłopca, zamykano go przywiązanego do
krzesła w ciemnym pokoju. Kiedy jest na siebie zły - tak jak tego dnia,
gdy znowu wziął kokainę - wbija sobie za karę nóż w stopę. Wyznał mi ten
"grzech" z miną przerażonego urwisa, który właśnie zniszczył rodzinną
pamiątkę i obawia się najsurowszej kary.
Inny mężczyzna opowiadał mi, w jaki sposób jego mamie udało się
zatrudnić maszynę do opieki nad dzieckiem. - Chodziła do baru, gdzie
piła i podrywała kolesi. Uważała, że najbezpieczniejszy będę, jeżeli
zamknie mnie w suszarce na pranie. Na górze kładła ciężkie pudło, żebym
nie mógł się wydostać. - Dzięki otworowi wentylacyjnemu chłopcu nie
groziło uduszenie.
Nie jestem wystarczająco dobrym pisarzem, by oddać słowami prawie
niemożliwą do zniesienia traumę. "Jesteśmy częściowo niezdolni (albo
czynimy to z wielką trudnością) do wczuwania się w doświadczenia innych,
co staje się tym bardziej wyraźne, im bardziej oddalają się one od
doświadczeń naszych w innym czasie, w innej przestrzeni i odmiennych w swojej jakości", napisał Ocalony z Zagłady Primo Levi*7. Możemy
poczuć się poruszeni wiadomością o głodzie trawiącym ludzi na odległym
kontynencie - każdy z nas był przecież kiedyś głodny, nawet jeżeli tylko
przez chwilę. Dużo więcej wyobraźni potrzeba, żeby zdobyć się na
współczucie wobec osoby uzależnionej. Z łatwością współczujemy
cierpiącemu dziecku, ale nie potrafimy zobaczyć dziecka w rozbitym i samotnym dorosłym, który walczy o przetrwanie w naszym sąsiedztwie.
Levi cytuje Jeana Améry'ego, żydowsko-amerykańskiego filozofa, który w czasie wojny działał w ruchu oporu i wpadł w ręce Gestapo. "Ktoś raz
torturowany, na zawsze pozostanie torturowanym (...). Kto doznał tortur,
nie może się już zadomowić w świecie. Hańba unicestwienia nie da się już
wymazać (...). Zaufania do świata, które wali się w gruzy po części już
z chwilą otrzymania pierwszego ciosu, a całkowicie dopiero w trakcie
tortur, nie da się już odzyskać"*8. Kiedy doznał traumy, Améry
był już dorosłym mężczyzną, uznanym intelektualistą schwytanym przez
wroga podczas walki o wyzwolenie. Możemy tylko wyobrazić sobie szok,
utratę wiary i bezgraniczną rozpacz dziecka, które doznaje traumy nie z ręki wrogów, ale osób najbliższych.
Nie wszystkie uzależnienia biorą się z krzywdy i traumy, ale jestem
przekonany, że u ich podstawy zawsze leży bolesne doświadczenie. Ból
jest w centrum każdego uzależnienia: tkwi w hazardziście, osobie
uzależnionej od internetu lub zakupów, w pracoholiczce. Rana może nie
być aż tak głęboka, a cierpienie mniej dojmujące lub całkiem ukryte, ale
z pewnością tam jest. Jak się jeszcze przekonamy, przeżyte w dzieciństwie stresujące i trudne doświadczenia kształtują zarówno
psychologię, jak i neurobiologię uzależnienia.
* * *
Kiedy zapytałem Richarda, pięćdziesięciosiedmioletniego narkomana, który
uzależnił się jako nastolatek, dlaczego bierze, odpowiedział: - Nie
wiem. Próbuję tylko zapełnić pustkę. Moje życie to pustka. Nuda. Brak
celu. - Rozumiałem go aż zbyt dobrze. - Oto ja. Mam prawie
sześćdziesiątkę na karku, nie mam żony, nie mam dzieci. Chyba poniosłem
porażkę. Ludzie oczekują, że się ożenisz, będziesz mieć dzieciaki,
pracę, takie tam. Dzięki kokainie mogę siedzieć nad małymi rzeczami jak
naprawianie niedziałającego tostera i nie czuć się, jakbym przegrał
życie. - Umarł kilka miesięcy po tej rozmowie z powodu kombinacji
choroby płuc, raka nerki i przedawkowania.
- Nie brałam sześć lat - mówi czterdziestodwuletnia uzależniona od
heroiny i kokainy Cathy, która po długiej nieobecności znowu znalazła
się w brudnym hostelu w Downtown Eastside. Po powrocie zaraziła się HIV.
- Przez te wszystkie lata za czymś goniłam. To był mój styl życia.
Ciągle czegoś mi brakowało. A teraz rozglądam się wokół siebie i myślę,
czego mi brakowało, do cholery? - Cathy wyznaje, że tęskniła nie tylko
za narkotykowym hajem, ale też za podnieceniem połączonym ze zdobywaniem
narkotyków i wszystkimi związanymi z braniem rytuałami. - Nie
wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Czułam się pusta.
Całą naszą kulturę przepełnia poczucie pustki. Osoba uzależniona jest
jej bardziej świadoma i nie znajduje sposobów, by przed nią uciec.
Większość z nas potrafi jakoś wyprzeć lęk przed pustką lub znaleźć inne
sposoby, żeby się nim nie przejmować. Kiedy nie zajmujemy niczym umysłu,
mogą pojawić się złe wspomnienia, dręczące lęki, niepokój albo męczący
umysłowy stupor, który nazywamy nudą. Osoba uzależniona za wszelką cenę
pragnie uniknąć bycia sam na sam ze swoimi myślami. Choć w mniejszym
stopniu, uzależnienia behawioralne są także próbą ucieczki przed pustką.
* * *
Opium, pisał Thomas de Quincey, jest silnym "sprzymierzeńcem (...) w walce ze straszną męką życia - nudą".
Człowiek chce nie tylko przetrwać, ale też żyć. Chcemy w pełni
doświadczać życia, przeżywać nieskrępowane emocje. Dorośli zazdroszczą
dzieciom otwartości i szczerości ich poszukiwań: patrząc na ich radość i ciekawość, tęsknimy za własną utraconą zdolnością do dziwienia się
wszystkiemu. Nuda, jedna z najbardziej podstawowych trudności, z jakimi
musi się mierzyć "ja", jest jednocześnie jednym z cięższych do
zniesienia stanów psychicznych.
Dla osoby uzależnionej narkotyk jest sposobem na to, żeby chociaż przez
chwilę znowu poczuć się żywą. "Zachwycam się zwyczajnością", pisze o swoim pierwszym morfinowym odlocie Stephen Reid, który nie tylko pisał,
lecz także napadał na banki. Thomas de Quincey twierdzi, że morfina ma
moc stymulowania "wrażliwości na przyjemność".
Carol ma dwadzieścia trzy lata i mieszka w prowadzonym przez Portland
Society hostelu Stanley. W nosie i wargach ma kolczyki, na szyi łańcuch,
na którym wisi czarny metalowy krzyż. Na głowie ma różowego irokeza,
zakończonego opadającą na plecy kaskadą blond włosów. Ta bystra
dziewczyna o ostrym umyśle zażywa dożylnie metamfetaminę i heroinę, od
kiedy uciekła z domu w wieku piętnastu lat. Hostel Stanley to jej
pierwszy stały adres po pięciu latach mieszkania na ulicy. Dzisiaj
aktywnie działa w programach redukcji szkód i zajmuje się wspieraniem
innych uzależnionych. Występowała na międzynarodowych konferencjach, a jej teksty cytują eksperci od uzależnień.
Podczas wizyty, na której dostaje receptę na metadon, tłumaczy mi,
dlaczego doświadczenie z metamfetaminą uważa za niezwykle cenne. Mówi
nerwowo, szybko i ciągle się wierci, co jest skutkiem wielu lat używania
substancji pobudzających, ale też prawdopodobnie wynika z nadpobudliwości, na którą cierpiała, jeszcze zanim zaczęła brać
narkotyki. Jak każdy wychowany na ulicy dzieciak z jej pokolenia, Carol
co drugie słowo mówi "no" i "tego".
- No, od takiego dobrego strzału, że aż chce ci się kasłać, no, i czujesz takie ciepło, że tego, jakby coś cię naprawdę walnęło, no, i twój oddech przyspiesza - mówi. - Trochę jak dobry orgazm, jeżeli lubisz
seks, nigdy tak o tym nie myślałam, ale w ciele dzieje się to samo. Po
prostu nie kojarzy mi się to z seksem. Jestem totalnie podjarana (...), ja
lubię ciuchy, lubię nocą wychodzić na West End, kiedy nie ma wielkiego
tłoku, łazić bocznymi uliczkami i śpiewać. Szperam między rzeczami,
które powyrzucali ludzie, wszystko wydaje się takie niesamowicie
ciekawe.
Pragnienie, żeby dzięki narkotykom wydobyć się ze stanu emocjonalnego
odrętwienia, nie jest po prostu zachcianką nastolatki. To odrętwienie
jest konsekwencją problemów emocjonalnych, którym nie jest winna:
wewnętrznego zamrożenia wrażliwości (vulnerability).
Angielskie słowo vulnerability pochodzi od łacińskiego vulnerare
(ranić) i oznacza podatność na zranienie. Ta wrażliwość to część naszej
natury i nie możemy przed nią uciec. Najlepsze, co może zrobić umysł,
kiedy ból staje się tak silny, że zagraża zdolności funkcjonowania, to
odciąć możliwość świadomego odczuwania. Mechanizm wypierania bolesnych
emocji jest podstawowym sposobem obrony, dzięki któremu dziecko może
przetrwać traumę, która inaczej mogłaby okazać się dla niego całkowitą
katastrofą. Niedobrą konsekwencją jest jednak całościowe stępienie
świadomości własnych emocji. Amerykański pisarz Saul Bellow w Przypadkach Augie'ego Marcha, pisał: "jeśli bowiem stłumić jedną
rzecz, tłumi się również przyległą"*9.
Intuicyjnie wiemy, że lepiej jest czuć, niż nie czuć. Emocje nie tylko
dodają smaku życiu, są też istotne w walce o przetrwanie. Nadają
kierunek, pozwalają zrozumieć, co się dzieje, są źródłem istotnych
informacji. Mówią, co dla nas dobre, a co niebezpieczne, co jest dla nas
zagrożeniem, a czego potrzebujemy, żeby dojrzewać. Wyobraź sobie, jak
bezradni bylibyśmy w świecie, gdybyśmy nie potrafili odczuwać zimna,
ciepła czy fizycznego bólu. Odcięcie się od emocji działa podobnie.
Emocje są bowiem niezbędnym narzędziem poznawania świata, są jak jeden
ze zmysłów i stanowią o tym, kim jesteśmy. Sprawiają, że życie jest
ciekawe, pełne wyzwań, piękne i niepozbawione sensu.
Kiedy odcinamy się od wrażliwości, tracimy część zdolności do odczuwania
emocji. Możemy wręcz stać się zupełnie na nie nieczuli i niezdolni sobie
nawet przypomnieć, że kiedyś byliśmy naprawdę szczęśliwi albo smutni.
Otwiera się wtedy ziejąca przepaść, czujemy się głęboko osamotnieni i doświadczamy stanu absolutnej pustki, który opisałem wcześniej.
Cudowna moc narkotyku polega na tym, że jednocześnie chroni przed bólem
i daje poczucie ekscytacji i sensu. - Moje zmysły nie są przytłumione,
przeciwnie, otwierają się i rozszerzają - tłumaczyła mi młoda kobieta,
której ulubione narkotyki to kokaina i marihuana. - Znika za to wreszcie
lęk i ciągłe poczucie winy, ot tak! Narkotyki przywracają osobie
uzależnionej dziecięcą zdolność przeżywania, od której odcięła się dawno
temu.
Osobom wyczerpanym emocjonalnie często brakuje energii, o czym wie
każdy, kto doświadczył depresji. Jest to główna przyczyna zmęczenia
fizycznego, na które skarży się wielu narkomanów. Jest też wiele innych:
nieodpowiednia dieta; wyniszczający styl życia; choroby takie jak HIV,
zapalenie wątroby typu C i ich powikłania; zaburzone wzorce snu, które w wielu przypadkach sięgają dzieciństwa i są konsekwencją znęcania się lub
zaniedbania. - Po prostu nie mogłam zasnąć, nigdy - mówi Maureen,
zmuszana do pracy seksualnej heroinistka. - Nie wiedziałam, że w ogóle
można się wyspać, dopóki nie skończyłam dwudziestu dziewięciu lat.
Thomas de Quincey używał opium, by "utrzymać przez dwadzieścia cztery
godziny, inaczej spadającą, zwierzęcą energię" - dzisiejsi użytkownicy
liczą na to, że narkotyki dodadzą im sił.
- Nie mogę odstawić kokainy - tłumaczyła mi kiedyś Celia, pacjentka w ciąży. - To przez HIV - kompletnie nie mam energii. Skałka2 daje
mi kopa. - Jej słowa brzmiały jak chora rekonfiguracja słów psalmisty:
"Pan skałą i twierdzą moją, i wybawieniem moim, Bóg mój opoką moją, na
której polegam"3.
- Lubię ten niepokój, zapach i smak - mówi Charlotte, która od dawna
bierze kokainę i heroinę, pali marihuanę i sama o sobie mówi, że ma
fioła na punkcie speeda. - Chyba już tak długo biorę narkotyki, że (...)
sama nie wiem... co, jakbym przestała? Co by było? Przecież one dają mi
energię.
- Stary, nie wyobrażam sobie dnia bez skałki - mówi Greg, uzależniony od
różnych narkotyków mężczyzna lekko po czterdziestce. - W zasadzie teraz
też umieram z ochoty...
- Nie umierasz z ochoty - poprawiam. - Umierasz, bo bierzesz. - Greg
jest rozbawiony. - Nie, nie ja. Jestem pół-Irlandczykiem,
pół-Indianinem. - Jasne, bo nie ma tu martwych Indian i Irlandczyków.
Greg odpowiada jeszcze bardziej rozbawiony: - Na każdego w końcu
przyjdzie pora. To tylko kwestia czasu.
Choć tych czworo o tym nie wie, oprócz choroby i inercji będącej
wynikiem wyczerpania fizycznego i psychicznego, zmagają się także z fizjologicznymi procesami zachodzącymi w uzależnionym mózgu.
Kokaina, jak jeszcze zobaczymy, wywołuje uczucie euforii, ponieważ
zwiększa dostępność chemicznej dopaminy w kluczowych obwodach mózgu, co
jest potrzebne do odczuwania motywacji oraz energii fizycznej i psychicznej. W mózgu zalanym nienaturalnie wysokim poziomem dopaminy
zaczynają się rozleniwiać mechanizmy odpowiedzialne za jej produkcję.
Polegając na sztucznych wyzwalaczach, przestają działać na pełnych
obrotach. Żeby mogły się zregenerować, potrzebne są długie miesiące
abstynencji, w których trakcie osoba uzależniona czuje się skrajnie
wyczerpana fizycznie i emocjonalnie.
Aubrey jest wysokim, smukłym i samotnym mężczyzną w średnim wieku. On
też jest uzależniony od kokainy. Ma zawsze smutny wyraz twarzy, a ton
jego głosu jest przepełniony rezygnacją i żalem. Kiedy nie bierze, czuje
się niepełny i niekompetentny, co nie ma oczywiście żadnego związku z rzeczywistością, a jest skutkiem tego, jak ukształtowało go dzieciństwo.
Zgodnie z tym, co sam opowiedział, poczucie, że jest beznadziejnym
człowiekiem, było częścią jego osobowości na długo, zanim po raz
pierwszy spróbował narkotyków.
- Od ósmej klasy dorastam na narkotykach - mówi Aubrey. - Kiedy zacząłem
brać, odkryłem, że pasuję do innych dzieci (...). To było naprawdę coś:
poczuć się częścią grupy. Wcześniej byłem zawsze ostatni, kiedy
wybierano drużyny. Posłuchaj, spędziłem sporo czasu w różnych
instytucjach. Długo siedziałem w celi cztery metry na osiem, więc wiem,
jak to jest być samemu. Zresztą wcześniej też. Miałem trudne
dzieciństwo, przechodziłem od jednej rodziny zastępczej do drugiej.
Sporo straciłem, no.
- Ile miałeś lat, jak trafiłeś do rodziny zastępczej? - zapytałem.
- Jakieś jedenaście. Mój ojciec zginął, potrąciła go ciężarówka. Mama
nie radziła sobie z nami wszystkimi i wtedy pojawiła się opieka
społeczna. Zabrali mnie, bo byłem najstarszy. Moi dwaj młodsi bracia
zostali w domu.
Aubrey sądzi, że trafił do domu opieki, bo był "tak nadpobudliwym
dzieciakiem", że matka nie dawała sobie z nim rady.
- Byłem tam pięć lat. To znaczy, nie w jednym miejscu. Nie. Ciągle mnie
przerzucali. Trzymali mnie przez rok, a potem już nie mogli (...) i trafiałem w nowe miejsce.
- Jak się z tym czułeś?
- To bolało. Czułem, że nikt mnie nie chce. Byłem tylko dzieciakiem (...),
dzieciakiem, którego nikt nie chce. W szkole to samo. Uczyły mnie
zakonnice, ale nigdy nie nauczyłem się czytać ani pisać, ani nic.
Przepychały mnie z klasy do klasy (...), ciągle byłem za coś karany, więc
wyrzucali mnie i trafiałem do klasy z cztero- i pięciolatkami (...), nie
było mi dobrze. Wszystko było trudne, czułem się głupi. Wszystkie te
małe dzieciaki się na mnie gapiły. Jest lekcja pisania, one potrafią, a ja nie. (...) Byłem skryty, długo z nikim o tym nie rozmawiałem. Zresztą
nawet nie mogłem mówić, jąkałem się, trudno mi się było wysłowić.
Wszystko dusiłem w sobie. Kiedy jestem pobudzony, mówię strasznie
niewyraźnie (...). To dziwne, ale kokaina mnie uspokaja4.
Podobnie jak trawa: palę pięć, sześć jointów dziennie. To mnie odpręża.
Zmniejsza napięcie. Na koniec dnia kładę się i palę. Tak to wygląda,
takie jest moje życie. Wypalam jointa i idę spać.
Czterdziestoparoletnia Shirley, która jest uzależniona zarówno od
opiatów, jak i stymulantów, a także cierpi na cały zestaw chorób,
przyznaje, że bez narkotyków czuje się do niczego. Uważa, że potrzebuje
kokainy do życia. - Kiedy pierwszy raz wzięłam, miałam trzynaście lat.
Zniknęła większość moich zahamowań, niepewności, niezadowolenia z siebie
- zaczęłam czuć się inaczej, chyba tak należy to opisać.
- Co masz na myśli, mówiąc o zahamowaniach? - zapytałem.
- Zahamowanie (...) to czuć się tak dziwnie: jak kobieta i mężczyzna,
kiedy spotykają się pierwszy raz i nie wiedzą, czy mają się pocałować,
tylko że ja się tak zawsze czułam. Kiedy bierzesz, wszystko idzie
łatwiej (...), twoje ruchy są spokojniejsze, więc nie jesteś już dziwna.
Sam doktor Zygmunt Freud w młodości przez pewien czas używał kokainy,
żeby "kontrolować okresowe spadki nastroju, poprawiać ogólne
samopoczucie, zrelaksować się podczas napiętych spotkań towarzyskich i po prostu poczuć się bardziej jak mężczyzna"*10. Freud późno
zrozumiał, że kokaina może uzależniać.
Kokaina nie tylko wzmacnia osobowość, ale także ułatwia kontakty
towarzyskie, jak zgodnie opowiadają Aubrey i Shirley.
- Zwykle jestem trochę przygnębiony - mówi Aubrey. - Jak wezmę kokę,
staję się kimś innym. Dużo lepiej by się nam teraz gadało, gdybym był na
kokainie. Nie połykam słów. Nie jestem ospały. Lepiej rozumiem ludzi.
Chętnie zaczynam rozmowę. Zwykle nie jestem zbyt interesującym partnerem
do rozmowy (...). Dlatego unikam ludzi. Nie czuję potrzeby kontaktu.
Siedzę po prostu w swoim pokoju.
Wielu narkomanów mówi, że pod wpływem narkotyków łatwiej im komunikować
się z ludźmi, a kiedy są trzeźwi, czują się potwornie samotni. - To mi
pozwala rozmawiać, robię się otwarty i towarzyski - powiedział mi młody
mężczyzna uzależniony od meamfetaminy. - Normalnie nigdy taki nie
jestem. Powinniśmy postarać się zrozumieć, jak bardzo osoba cierpiąca
stale na samotność pragnie na chwilę się z niej wyrwać. Nie mówimy tu o zwyczajnej nieśmiałości, ale o głębokim poczuciu izolacji u ludzi,
którzy od najwcześniejszego dzieciństwa czuli się odrzuceni przez
wszystkich, nie wyłączając opiekunów.
Nicole jest trochę po pięćdziesiątce. Po pięciu latach bycia moją
pacjentką wyjawiła mi, że jako nastolatka była wielokrotnie gwałcona
przez ojca. Ona także ma HIV, a przez powikłania dawnej infekcji biodra
musi się poruszać o lasce. - Pod wpływem narkotyków robię się bardziej
towarzyska - mówi. - Potrafię mówić, nabieram pewności siebie. Zwykle
jestem nieśmiała, wycofana i nie robię dobrego wrażenia. Pozwalam
ludziom sobą pomiatać.
* * *
Jest jeszcze jeden powód, dla którego osoba uzależniona - pomimo
bolesnych konsekwencji - nie przestaje brać: nie potrafi sobie wyobrazić
innego życia. Nie potrafi zobaczyć siebie w przyszłości inaczej niż jako
narkomana czy narkomanki. Niezależnie od tego, jak wysoką cenę płaci za
uzależnienie, boi się, że bez niego przestanie być sobą. We własnym
mniemaniu, bez narkotyków utraci "ja".
Carol opowiada, że dzięki metamfetaminie mogła doświadczyć siebie na
nowy, lepszy sposób. - Czułam się mądrzejsza, jakby w mojej głowie
zaczęła nagle płynąć rzeka wiedzy (...). Zrobiłam się bardziej twórcza
(...). Kiedy zapytałem, czy żałuje ośmiu lat uzależnienia od amfetaminy,
odpowiedziała szybko: - Nie za bardzo. Dzięki temu jestem dzisiaj tym,
kim jestem. Choć może się to wydawać dziwne, Carol uważa, że dzięki
narkotykom wyrwała się z przemocowej rodziny, przetrwała na ulicy i poznała ludzi, którzy mają takie same doświadczenia. Podobnie jak wiele
osób biorących metamfetaminę, uważa, że ten narkotyk pomaga młodym
ludziom przetrwać na ulicy. Na krótką metę ich życie staje się dzięki
niemu znośniejsze. Na ulicy ciężko jest porządnie się wyspać: meta
sprawia, że jesteś czujny i w pogotowiu. Nie odczuwasz głodu, bo
metamfetamina zabija apetyt. Jesteś zmęczony i nie masz siły? Meta da ci
porządnego kopa.
Chris jest przystojnym facetem, ma złośliwe poczucie humoru i mozaikę
tatuaży na umięśnionych ramionach. Kilka miesięcy temu skończył roczną
odsiadkę i wrócił do programu leczenia metadonem. W Downtown Eastside
jest znany pod dziwnym przydomkiem Obcinacz Paluchów, który podobno
przylgnął do niego po tym, jak zrzucił komuś na stopę ciężkie
przemysłowe ostrze. Nadal uparcie wstrzykuje sobie metamfetaminę. -
Pomaga mi się skupić - mówi. Bez wątpienia przez całe życie ma ADD
(Attention Deficit Disorder - zespół deficytu uwagi), ale choć
akceptuje tę diagnozę, odmawia leczenia. - Jeden mądry lekarz powiedział
mi kiedyś, że leczę się na własną rękę. - Z ironicznym uśmiechem
nawiązuje do naszej rozmowy sprzed wielu lat.
W mowie potocznej określenie "narkotyk" może odnosić się do każdego nielegalnego leku. W tej książce, podobnie jak w języku medycznym, pojęcie "narkotyki" odnosi się tylko do narkotyków opioidowych wytwarzanych z maku azjatyckiego, takich jak heroina i morfina, lub syntetycznych, takich jak oksykodon. [wróć]
Slangowa nazwa kokainy (przyp. red.). [wróć]
Wszystkie tłumaczenia cytatów z Biblii pochodzą z Biblii Tysiąclecia (przyp. tłum.). [wróć]
Jeżeli pacjent czy pacjentka mówią, że pobudzający narkotyk działa na niego lub na nią uspokajająco, dowodzi to, że ma ADHD (Zobacz dodatek I). [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
E. Leyton, Death on the Pig Farm: Take one, recenzja książki The Pickton File Stevie'ego Camerona, "The Globe and Mail" 16 czerwca 2007. [wróć]
A. Applebaum, Gułag, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2003, s. 366. [wróć]
V.J. Felitti, Adverse Childhood Experiences and Their Relationship to Adult Health, Well-being, and Social Functioning (wykład na konferencji Building Blocks for a Healthy Future, Red Deer, Alberta, 24 maja 2007). [wróć]
J. Panksepp, Social Support and Pain: How Does the Brain Feel the Ache of a Broken Heart?, "Journal of Cancer Pain and Symptom Palliation" 2005, 1 (1), s. 29-65. [wróć]
N.I. Eisenberger, Does Rejection Hurt? An FMRI Study of Social Exclusion, "Science" 10 października 2003, s. 290-292. [wróć]
R. Shanta i in., Childhood Abuse, Neglect and Household Dysfunction and the Risk of Illicit Drug Use: The Adverse Childhood Experiences Study, "Pediatrics" 2003, 111, s. 564-572. [wróć]
P. Levi, Pogrążeni i ocaleni, przeł. Stanisław Kasprzysiak, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007, s. 196. [wróć]
Tamże, s. 22. [wróć]
S. Bellow, Przypadki Augiego Marcha, przeł. Wacław Niepokólczycki, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1990, s. 7. [wróć]
P. Gay, Freud: A Life for Our Time, W.W. Norton, New York 1998, s. 44. [wróć]