p

Bliskie spotkania z uzależnieniem. W świecie głodnych duchów - Gabor Maté

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Głodne duchy: świat uza­leż­nie­nia

Ten Kasjusz wybla­kły i chudy

Wil­liam Szek­spir, Juliusz Cezar (przeł. Leon Ulrich)

Mandala, bud­dyj­skie koło życia, składa się z sze­ściu świa­tów. Każdy z nich zamiesz­kują istoty repre­zen­tu­jące różne spo­soby ludz­kiego ist­nie­nia. W świe­cie bestii rzą­dzą nami pod­sta­wowe instynkty i pra­gnie­nia, takie jak głód i pożą­da­nie sek­su­alne, które Freud nazwał id. Miesz­kańcy świata pie­kieł uwię­zieni są w strasz­li­wym gnie­wie i stra­chu. W świe­cie bogów uwal­niamy się od zmar­twień i ego dzięki doświad­cze­niom zmy­sło­wym, este­tycz­nym lub reli­gij­nym, jed­nak tylko na chwilę i nie poznaw­szy ducho­wej prawdy. Nawet ten wspa­niały stan nie jest więc wolny od poczu­cia straty i cier­pie­nia.

Miesz­kańcy świata głod­nych duchów są przed­sta­wieni jako istoty o wątłych szy­jach, małych ustach, wychu­dzo­nych koń­czy­nach i dużych, wzdę­tych, pustych brzu­chach. To kra­ina uza­leż­nie­nia, w któ­rej nie­ustan­nie poszu­ku­jemy cze­goś, co pozwoli uga­sić nie­na­sy­cone pra­gnie­nie ulgi i speł­nie­nia. Bole­sna pustka trwa wiecz­nie, bo sub­stan­cje, rze­czy i dąże­nia, któ­rymi pró­bu­jemy ją zapeł­nić, nie są tym, czego potrze­bu­jemy. Nie poznamy jed­nak tej potrzeby, jeśli pozo­sta­niemy w świe­cie głod­nych duchów. Prze­ży­wamy życie w udręce, ni­gdy w pełni obecni.

Nie­któ­rzy ludzie spę­dzają więk­szość życia w jed­nym ze świa­tów. Wielu z nas poru­sza się mię­dzy nimi, cza­sem zaha­cza­jąc o wszyst­kie jed­nego dnia.

Jako lekarz zaj­mu­jący się nar­ko­ma­nami1 w Down­town East­side w Van­co­uver, mogłem poznać ludzi, któ­rzy pra­wie całe życie są głod­nymi duchami. Sądzę, że pró­bują w ten spo­sób uciec ze świata pie­kieł, gdzie doświad­czają strasz­li­wego lęku, gniewu i roz­pa­czy. Ich bole­sna tęsk­nota jest w pewien spo­sób podobna do pustki odczu­wa­nej cza­sem przez ludzi, któ­rych życie poto­czyło się szczę­śli­wiej. Ci, któ­rych odrzu­camy jako "ćpu­nów", to nie przy­by­sze z obcej pla­nety, ale kobiety i męż­czyźni tkwiący na krańcu kon­ti­nuum, w któ­rego róż­nych miej­scach jeste­śmy wszy­scy. Sam jestem dobrym tego przy­kła­dem. Całe życie wyglą­dasz, jak­byś był głodny - powie­działa mi kie­dyś bli­ska osoba. Obser­wu­jąc szko­dliwe nawyki moich pacjen­tów, musia­łem sta­nąć twa­rzą w twarz także z wła­snymi.

Żadne spo­łe­czeń­stwo nie zro­zu­mie sie­bie, jeśli nie przyj­rzy się swo­jej ciem­nej stro­nie. Wie­rzę, że pro­ces uza­leż­nie­nia jest jeden, bez względu na to, czy przy­biera formę nad­uży­wa­nia nie­bez­piecz­nych sub­stan­cji, jak w przy­padku moich pacjen­tów z Down­town East­side, roz­pacz­li­wych prób samo­uko­je­nia przez obja­da­nie się lub robie­nie zaku­pów, obse­sji na punk­cie hazardu, seksu albo inter­netu, czy wresz­cie spo­łecz­nie akcep­to­wa­nych, a nawet pochwa­la­nych, zacho­wań pra­co­ho­li­ków. Nar­ko­ma­nom czę­sto odma­wia się sza­cunku i współ­czu­cia. Opo­wia­dam ich histo­rie z dwóch powo­dów: chcę, żeby ich głosy zostały usły­szane, i chcę rzu­cić świa­tło na przy­czyny i naturę ich bez­na­dziej­nych prób uwol­nie­nia się od cier­pie­nia poprzez zaży­wa­nie nar­ko­ty­ków. Mają bar­dzo wiele wspól­nego ze spo­łe­czeń­stwem, które ich odrzuca. Nawet jeśli wydaje się, że wybrali złą drogę, na­dal możemy się od nich wiele nauczyć. W ich życiu, jak w krzy­wym zwier­cia­dle, możemy zoba­czyć sie­bie.

Jest wiele pytań, nad któ­rymi należy się zasta­no­wić. Mię­dzy innymi:

Jakie są przy­czyny uza­leż­nień? Jaki rodzaj oso­bo­wo­ści jest podatny na uza­leż­nie­nia? Co na pozio­mie fizjo­lo­gicz­nym dzieje się w mózgu osób uza­leż­nio­nych? Ile wyboru ma tak naprawdę osoba uza­leż­niona? Dla­czego "wojna z nar­ko­ty­kami" to porażka i w jaki spo­sób można bar­dziej po ludzku i sku­tecz­niej leczyć poważne uza­leż­nie­nia? Jakie są moż­liwe drogi wyzwo­le­nia dla umy­słu uza­leż­nio­nego, choć nie od nar­ko­ty­ków, czyli: jak leczyć uza­leż­nie­nia beha­wio­ralne tak czę­ste w naszej kul­tu­rze?

Nar­ra­cja tej książki opiera się na moim doświad­cze­niu leka­rza pra­cu­ją­cego w nar­ko­ty­ko­wym get­cie w Van­co­uver i na pogłę­bio­nych wywia­dach z moimi pacjen­tami. Prze­pro­wa­dzi­łem ich tak wiele, że nie wszyst­kie mogłem zacy­to­wać. Wielu pacjen­tów zgo­dziło się na roz­mowę w nadziei, że ich histo­rie pomogą innym zma­ga­ją­cym się z nało­giem albo pomogą spo­łe­czeń­stwu zro­zu­mieć, jakim doświad­cze­niem jest uza­leż­nie­nie. Pre­zen­tuję też infor­ma­cje, prze­my­śle­nia i wglądy pocho­dzące z wielu innych źró­deł, włącz­nie z moimi wła­snymi wzor­cami uza­leż­nia­nia się. I wresz­cie przed­sta­wiam syn­tezę tego, czego możemy dowie­dzieć się dzięki bada­niom nad uza­leż­nie­niami, roz­wo­jem mózgu i oso­bo­wo­ści.

Cho­ciaż w ostat­nich roz­dzia­łach dzielę się prze­my­śle­niami i suge­stiami doty­czą­cymi lecze­nia uza­leż­nio­nego umy­słu, ta książka nie zawiera recept. Mogę tylko opo­wie­dzieć, czego nauczy­łem się jako czło­wiek, i opi­sać to, co widzia­łem i zro­zu­mia­łem jako lekarz. Czy­tel­nicy prze­ko­nają się, że nie każda histo­ria dobrze się koń­czy. Jed­nak żadna istota nie jest pozba­wiona szansy na odku­pie­nie, o czym świad­czą zarówno odkry­cia nauki, jak i to, czego dowiemy się, gdy wsłu­chamy się w głos serca i duszy. Tak długo, jak trwa życie, moż­liwy jest ratu­nek. Naj­waż­niej­sze pyta­nie brzmi: jak wspie­rać tę moż­li­wość w sobie i w naj­bliż­szych?

Dedy­kuję tę książkę wszyst­kim, któ­rzy - tak jak i ja - są głod­nymi duchami: oso­bom zaka­żo­nym wiru­sem HIV żyją­cym na ulicy, osa­dzo­nym w wię­zie­niach, a także tym szczę­śliw­szym, mają­cym dom, rodzinę i pracę, w któ­rej odno­szą suk­cesy. Oby­śmy wszy­scy odna­leźli spo­kój.

Autor używa kilku okre­śleń dla osób uza­leż­nio­nych od nar­ko­ty­ków. Czę­sto, jak w tym przy­padku, sto­suje okre­śle­nie drug addicts, tłu­ma­czone zazwy­czaj - i także przeze mnie - jako "nar­ko­mani", "nar­ko­manki" lub "osoby uza­leż­nione od nar­ko­ty­ków". Piszący o uza­leż­nie­niach sta­rają się odcho­dzić od okre­śleń "nar­ko­man", "nar­ko­manka" jako nace­cho­wa­nych nega­tyw­nie (tak jak drug addicts w języku angiel­skim). W języku potocz­nym słowa te są jed­nak powszech­nie sto­so­wane. Gabor Mate? pisze o nega­tyw­nym postrze­ga­niu przez spo­łe­czeń­stwo osób uza­leż­nio­nych i okre­śle­nia te są z tym postrze­ga­niem spójne. Uzna­łam, że będą one w wielu miej­scach bar­dziej trafne niż neu­tralne sfor­mu­ło­wa­nie "osoby uza­leż­nione od nar­ko­ty­ków". Autor posłu­guje się rów­nież okre­śle­niem drug users lub po pro­stu users, co tłu­ma­czę jako "użyt­kow­nicy nar­ko­ty­ków" lub "użyt­kow­nicy". "Użyt­kow­nicy" to nie­styg­ma­ty­zu­jące okre­śle­nie osób uży­wa­ją­cych nar­ko­ty­ków (przyp. tłum.). [wróć]

Roz­dział 1

Jedyny dom, jaki miał

Kiedy przez skrzy­piące meta­lowe drzwi wycho­dzę na słońce, przed moimi oczyma roz­grywa się scena jak z filmu Fel­li­niego. Jest zara­zem zna­joma i dzi­waczna, realna i jak ze snu.

Na chod­niku przy Hastings Street Eva, zabie­dzona trzy­dzie­sto­latka o ciem­nych wło­sach i oliw­ko­wej cerze, tań­czy dziwne koka­inowe fla­menco. Zarzuca bio­drami, poru­sza tuło­wiem i mied­nicą raz w jedną, raz w drugą stronę, wygina się w talii i wyrzu­ca­jąc jedną lub obie ręce w górę, wyko­nuje jed­no­cze­śnie nie­zdarny i sko­or­dy­no­wany piruet. Przez cały czas śle­dzi mnie dużymi czar­nymi oczami.

W Down­town East­side ten napę­dzany crac­kiem1 balet to dobrze znany widok, nazy­wany tań­cem z Hastings. Pod­czas jed­nego z obcho­dów po sąsiedz­twie widzia­łem kobietę, która wyko­ny­wała go wysoko nad ulicą. Balan­so­wała na kra­wę­dzi neonu wiszą­cego na wyso­ko­ści dwóch pię­ter. Poni­żej zebrał się tłum gapiów, wśród któ­rych znaj­do­wały się rów­nież, raczej roz­ba­wione niż prze­ra­żone, osoby uza­leż­nione od nar­ko­ty­ków. Balet­nica robiła obroty, roz­kła­da­jąc ramiona jak lino­sko­czek, lub wyko­ny­wała głę­bo­kie przy­siady, wyrzu­ca­jąc jedną nogę do przodu w powietrz­nym kozac­kim tańcu. Zanim stra­żacka dra­bina zdą­żyła dotrzeć na jej wyso­kość, nawa­lona akro­batka znik­nęła w swoim oknie.

Eva tań­czy mię­dzy swo­imi towa­rzy­szami, któ­rzy stło­czyli się wokół mnie. Cza­sem znika za Ran­dal­lem - poru­sza­ją­cym się na wózku cięż­kim, poważ­nie wyglą­da­ją­cym gościem, któ­rego dzi­waczny spo­sób myśle­nia nie stoi w sprzecz­no­ści z głę­boką inte­li­gen­cją. Recy­tuje on auty­styczną odę pochwalną dla swo­jego nie­za­stą­pio­nego mecha­nicz­nego rydwanu. - Czy to nie wspa­niałe, dok­to­rze, armaty Napo­le­ona sunęły przez rosyj­skie błoto i śnieg zaprzę­żone w konie i woły. A ja mam to! - Z nie­win­nym uśmie­chem i szcze­rym wyra­zem twa­rzy Ran­dall wyrzuca z sie­bie stru­mień fak­tów histo­rycz­nych, wspo­mnień, inter­pre­ta­cji, luź­nych sko­ja­rzeń, obra­zów i para­noi, które brzmią pra­wie sen­sow­nie. Pra­wie. - To kodeks Napo­le­ona, dok­to­rze, zmie­nił spo­sób poru­sza­nia się niż­szych rangą i rządu w cza­sach, gdy zaglą­da­nie do wnę­trza lodówki spo­ty­kało się ze zro­zu­mie­niem. Wysta­wia­jąc głowę znad lewego ramie­nia Ran­dalla, Eva bawi się w a kuku.

Obok Ran­dalla stoi Arlene, z rękami na bio­drach i wyra­zem wyrzutu na twa­rzy, ubrana w skąpe dżin­sowe szorty i bluzkę - będące tutaj czy­tel­nym zna­kiem spo­sobu zara­bia­nia na nar­ko­tyki i zazwy­czaj tego, że jako bar­dzo młoda osoba doświad­czyła prze­mocy sek­su­al­nej ze strony męż­czyzn. Przez prze­mowę Ran­dalla prze­bija się jej skarga. - Nie powi­nie­neś był mi zmniej­szyć dawki leków. Ramiona Arlene pokryte są dzie­siąt­kami pozio­mych blizn, które wyglą­dają jak tory. Star­sze są białe, te bar­dziej świeże czer­wone, każda sta­nowi pamiątkę po ranie, którą zadała sobie żyletką. Ból samo­oka­le­cze­nia pozwala, choć tylko na chwilę, uci­szyć ból głęb­szej rany w psy­chice. Jeden z jej leków pomaga opa­no­wać potrzebę cię­cia się i Arlene zawsze się boi, że zmniej­szę jego dawkę. Ni­gdy tego nie robię.

Nie­da­leko, w cie­niu hostelu Por­t­land, dwóch gli­nia­rzy zakuwa w kaj­danki Jen­kinsa. Jen­kins, chudy rdzenny Ame­ry­ka­nin, któ­remu czarne postrzę­pione włosy opa­dają na ramiona, stoi cicho i spo­koj­nie, gdy jeden z poli­cjan­tów opróż­nia mu kie­sze­nie. Opiera się o ścianę bez śladu pro­te­stu na twa­rzy. - Powinni dać mu spo­kój - mówi gło­śno Arlene. - Facet nie diluje. Cią­gle się go cze­piają i ni­gdy nic nie zna­leźli. W peł­nym świe­tle dnia, na Hastings Street, gli­nia­rze są przy prze­szu­ki­wa­niu bar­dzo uprzejmi, co nie jest, jak mówią moi pacjenci, stałą poli­cyjną prak­tyką. Po minu­cie albo dwóch Jen­kins jest wolny i cicho oddala się swoim dłu­gim kro­kiem, by zaraz znik­nąć w hostelu.

Tym­cza­sem mistrz poezji absurdu zdą­żył już w kilka minut stre­ścić całą histo­rię Europy od wojny stu­let­niej do wojny w Bośni i wypo­wie­dzieć się na temat reli­gii od Moj­że­sza do Maho­meta. - Dok­to­rze - mówi dalej Ran­dall - pierw­sza wojna świa­towa miała zakoń­czyć wszyst­kie wojny. Skoro tak, to czemu trwa wojna z rakiem i wojna z nar­ko­ty­kami? Niemcy mieli Grubą Bertę, która mówiła do alian­tów, ale języ­kiem, który nie podo­bał się Fran­cu­zom i Bry­to­lom. Broń cie­szy się złą sławą, zławą, ale posuwa histo­rię do przodu, o ile w ogóle można mówić o posu­wa­niu się histo­rii do przodu. Czy myślisz, że histo­ria się poru­sza, dok­to­rze?

Wsparty na kulach, brzu­chaty, jed­no­nogi, uśmiech­nięty Mat­thew, łysy i nie­po­ha­mo­wa­nie jowialny, prze­rywa mowę Ran­dalla. - Biedny dok­tor Mate? pró­buje wró­cić do domu - mówi w swój cha­rak­te­ry­styczny spo­sób: sar­ka­styczny i zara­zem ujmu­jąco szczery. Mat­thew uśmie­cha się do nas krzywo, jakby żar­to­wał z nas wszyst­kich, ale nie z sie­bie. Kol­czyki w jego lewym uchu świecą w zło­tym słońcu póź­nego popo­łu­dnia.

Eva pod­ska­kuje za ple­cami Ran­dalla. Odwra­cam się. Mam już dość ulicz­nego teatru i chcę uciec. Dobry pan dok­tor nie chce już być dobry.

Zbie­ramy się, postaci z Fel­li­niego i ja - czy powi­nie­nem raczej powie­dzieć, my, grupa boha­te­rów Fel­li­niego - przed hoste­lem Por­t­land, gdzie oni miesz­kają, a ja pra­cuję. Moja kli­nika mie­ści się na pierw­szym pię­trze zapro­jek­to­wa­nego przez kana­dyj­skiego archi­tekta Arthura Eric­sona prze­strzen­nego, nowo­cze­snego i funk­cjo­nal­nego budynku z betonu i szkła. Ten impo­nu­jący ośro­dek dobrze służy swoim miesz­kań­com i z powo­dze­niem zastą­pił luk­su­sowy budy­nek z prze­łomu wie­ków, znaj­du­jący się tuż za rogiem, gdzie mie­ścił się pierw­szy Por­t­land Hotel. Dawne miej­sce, z drew­nia­nymi balu­stra­dami, prze­stron­nymi, krę­tymi klat­kami scho­do­wymi, pode­stami pach­ną­cymi stę­chli­zną i oknami w wyku­szach, miało cha­rak­ter i histo­rię, jakich bra­kuje nowej twier­dzy. Choć tęsk­nię za uno­szącą się tam, nad ciem­nymi popę­ka­nymi para­pe­tami pamię­ta­ją­cymi czasy daw­nej ele­gan­cji atmos­ferą Sta­rego Świata, utra­co­nego bogac­twa i roz­kładu, wąt­pię, by miesz­kańcy odczu­wali nostal­gię za cia­snymi poko­jami, sko­ro­do­waną insta­la­cją wodną i armiami kara­lu­chów. W 1994 roku na dachu sta­rego hostelu wybuchł pożar. Opi­sała go lokalna gazeta, ilu­stru­jąc arty­kuł foto­gra­fią star­szej pani i jej kota. Nagłó­wek gło­sił: "Poli­cjant boha­ter oca­lił Fluffy'ego". Ktoś zadzwo­nił do Por­t­land, żeby powie­dzieć, że zwie­rząt nie powinno się trzy­mać w takich warun­kach.

Por­t­land Hotel Society (PHS), orga­ni­za­cja non pro­fit, w któ­rej pra­cuję jako lekarz, stwo­rzyła w budynku miesz­ka­nia dla tych, któ­rzy nie mogą miesz­kać ni­gdzie indziej. Moi pacjenci to głów­nie osoby uza­leż­nione, cho­ciaż niektó­rzy z nich, jak Ran­dall, mają w mózgu taki bała­gan che­miczny, że nie potrze­bują nar­ko­ty­ków, by stra­cić kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią. Wielu z nich, jak Arlene, jest cho­rych psy­chicz­nie i uza­leż­nio­nych. PHS ma pod opieką kilka podob­nych ośrod­ków w oko­licy: hostele Stan­ley, Washing­ton, Regal i Sun­rise. Jestem w nich wszyst­kich leka­rzem domo­wym.

Nowy Hotel Por­t­land stoi naprze­ciwko domu towa­ro­wego armii i mary­narki wojen­nej, w któ­rym w latach pięć­dzie­sią­tych moi rodzice, nie­dawni imi­granci, kupo­wali więk­szość naszych ubrań. W tam­tych cza­sach w domach towa­ro­wych armii i mary­narki zaopa­try­wała się klasa pra­cu­jąca i dzie­ciaki z klasy śred­niej polu­jące na woj­skowe płasz­cze i mary­nar­skie kurtki. Przed budyn­kiem zacie­ka­wieni nędzną dziel­nicą stu­denci mie­szali się z alko­ho­li­kami, kie­szon­kow­cami, klien­tami sklepu i piąt­ko­wymi kazno­dzie­jami gło­szą­cymi Biblię.

Tego świata już nie ma. Tłum znik­nął wiele lat temu. Dzi­siaj te ulice i podwórka sta­no­wią cen­trum nar­ko­ty­ko­wego świata Kanady. Jedną prze­cznicę dalej znaj­do­wał się opusz­czony dom towa­rowy Woodward's. Gigan­tyczne, pod­świe­tlone "W" na jego dachu przez wiele lat było jed­nym z punk­tów orien­ta­cyj­nych Van­co­uver. Przez jakiś czas budy­nek oku­po­wali squ­otersi i akty­wi­ści wal­czący z biedą, jed­nak nie­dawno został zbu­rzony, a na jego miej­scu ma powstać osie­dle zło­żone z szy­kow­nych apar­ta­men­tów i miesz­kań socjal­nych. W 2010 roku w Van­co­uver ma się odby­wać Olim­piada Zimowa, rośnie więc praw­do­po­do­bień­stwo gen­try­fi­ka­cji oko­licy. Ten pro­ces już się roz­po­czął. Ist­nieje zagro­że­nie, że poli­tycy, marząc, by zaim­po­no­wać światu, spró­bują prze­nieść nar­ko­ma­nów gdzie indziej.

Eva splata ramiona za ple­cami i pochyla się, żeby popa­trzeć na swój cień. Mat­thew chi­cho­cze na widok tej koka­ino­wej jogi. Ran­dall nie prze­staje gadać. Z nie­cier­pli­wo­ścią zer­kam na ulicę pełną o tej porze samo­cho­dów. Wresz­cie nad­cho­dzi ratu­nek. Mój syn Daniel pod­jeż­dża i otwiera mi drzwi auta. - Cza­sem nie mogę się nadzi­wić swo­jemu życiu - mówię, zaj­mu­jąc miej­sce pasa­żera. - Ja też się mu cza­sem nie mogę nadzi­wić - odpo­wiada.

Bywa tu dość inten­syw­nie. Ruszamy. W tyl­nym lusterku widzę zmniej­sza­jącą się syl­wetkę Evy, która wciąż gesty­ku­luje, sto­jąc na sze­roko roz­sta­wio­nych nogach, z prze­chy­loną na bok głową.

* * *

Por­t­land i inne budynki nale­żące do Por­t­land Hotel Society sta­no­wią przy­kład nowego modelu spo­łecz­nego. Celem PHS jest stwo­rze­nie miejsc, w któ­rych osoby mar­gi­na­li­zo­wane i styg­ma­ty­zo­wane - "skrzyw­dzone i poni­żone", by użyć słów Dosto­jew­skiego - będą bez­pieczne i znajdą opiekę. PHS pró­buje je rato­wać z miejsc, które lokalny poeta opi­sał jako "wysie­dlone ulice i budynki wyklu­cze­nia".

- Ludzie potrze­bują miej­sca, w któ­rym mogą po pro­stu być - mówi Liz Evans, była pie­lę­gniarka śro­do­wi­skowa, zało­ży­cielka i dyrek­torka PHS (sama, co mogłoby się komuś wydać dziwne, pocho­dząca z raczej uprzy­wi­le­jo­wa­nego domu). - Potrze­bują miej­sca, gdzie nie będą oce­niani, kry­ty­ko­wani i prze­śla­do­wani. - Mówimy o oso­bach, któ­rym czę­sto przy­pi­suje się wszystko, co naj­gor­sze, oskarża o prze­stęp­stwa, obwi­nia i... uznaje za nie­war­tych czasu i ener­gii. Oso­bach, dla któ­rych współ­czu­cia nie znaj­dują nawet ludzie, któ­rzy zro­bili sobie z niego zawód.

Od czasu bar­dzo skrom­nych począt­ków w 1991 roku Por­t­land Hotel Society znacz­nie uro­sło i było zaan­ga­żo­wane w powsta­nie sąsiedz­kiego banku, gale­rii arty­stów z Down­town East­side, pierw­szego w Sta­nach Zjed­no­czo­nych punktu wymiany strzy­ka­wek, oddziału w lokal­nym szpi­talu, gdzie zaka­że­nia tka­nek głę­bo­kich leczy się dożyl­nie anty­bio­ty­kami, dar­mo­wej kli­niki den­ty­stycz­nej i Por­t­land Cli­nic, w któ­rej pra­cuję od ośmiu lat. Pod­sta­wo­wym zada­niem PHS jest zapew­nie­nie miesz­kań oso­bom, które w innym razie byłyby bez­domne.

Sta­ty­styki są bez­względne. Bada­nie prze­pro­wa­dzone wkrótce po zało­że­niu Por­t­land wyka­zało, że w roku poprze­dza­ją­cym zakwa­te­ro­wa­nie, trzy czwarte miesz­kań­ców miało ponad pięć adre­sów, a 90 pro­cent było (czę­sto wie­lo­krot­nie) oskar­żo­nych lub ska­za­nych za prze­stęp­stwa, głów­nie drobne kra­dzieże. Dzi­siaj 36 pro­cent jest zaka­żo­nych wiru­sem HIV albo cho­ruje na AIDS, a więk­szość jest uza­leż­niona od alko­holu lub innych sub­stan­cji - od wina ryżo­wego czy płynu do płu­ka­nia ust po koka­inę i hero­inę. U ponad połowy zdia­gno­zo­wano cho­robę psy­chiczną. Odse­tek rdzen­nych Kana­dyj­czy­ków wśród miesz­kań­ców Por­t­land jest pię­cio­krot­nie wyż­szy niż w popu­la­cji Kanady.

Liz i inni zało­ży­ciele PHS nie mogli znieść przy­glą­da­nia się, jak ludzie wpa­dają z jed­nego kry­zysu w drugi, pozba­wieni sta­łego wspar­cia. - Sys­tem ich porzu­cił - mówi Liz - więc spró­bo­wa­li­śmy stwo­rzyć hostele, które byłyby bazą dla innych usług i pro­gra­mów. Trzeba było ośmiu lat zbie­ra­nia fun­du­szy, czte­rech zmian w lokal­nych wła­dzach i czte­rech pry­wat­nych fun­da­cji, żeby powstało nowe Por­t­land. Teraz wresz­cie ludzie mają wła­sne łazienki, miej­sce, gdzie mogą zro­bić pra­nie, i miej­sce, gdzie mogą spo­koj­nie zjeść.

Wyjąt­ko­wość - i kon­tro­wer­syj­ność - hosteli Por­t­land polega na tym, że inten­cją ich zało­ży­cieli jest przy­ję­cie ludzi takimi, jacy są, ze wszyst­kimi dys­funk­cjami i kło­po­tami, z któ­rymi przy­cho­dzą i które mogą spra­wiać. Nasi klienci nie zasłu­żyli na biedę - po pro­stu są biedni, choć zarówno według spo­łe­czeń­stwa, jak i sie­bie samych na nie­wiele zasłu­gują. W Por­t­land nie łudzimy się snem o odku­pie­niu i powro­cie do spo­łe­czeń­stwa - odpo­wia­damy po pro­stu na rze­czy­wi­ste potrzeby rze­czy­wi­stych ludzi, któ­rych ponura teraź­niej­szość jest skut­kiem tra­gicz­nej prze­szło­ści. Cho­ciaż wie­rzymy, że czło­wiek jest w sta­nie uwol­nić się od drę­czą­cych go demo­nów, i pró­bu­jemy w tym pomóc, nie ule­gamy złu­dze­niu, że taki psy­cho­lo­giczny egzor­cyzm może się odbyć pod przy­mu­sem. Smutna prawda jest taka, że więk­szość naszych pacjen­tów pozosta­nie uza­leż­niona i nie przesta­nie łamać prawa. Ker­stin Stu­erz­be­cher jest byłą pie­lę­gniarką, absol­wentką dwóch uczelni arty­stycz­nych i jedną z dyrek­to­rek Por­t­land Society. - Nie znamy wszyst­kich odpo­wie­dzi - mówi. - Nie zawsze jeste­śmy w sta­nie zapew­nić opiekę, dzięki któ­rej ktoś dokona dra­ma­tycz­nych zmian w swoim życiu. Na koniec to i tak nie zależy od nas, ktoś ma to w sobie albo nie.

Miesz­kańcy dostają tyle pomocy, na ile pozwala napięty budżet Por­t­land. Oso­bom naj­bar­dziej bez­rad­nym pra­cow­nicy poma­gają się myć i sprzą­tać pokoje. Posiłki są przy­rzą­dzane i roz­da­wane. Kiedy jest to moż­liwe, pacjen­tom towa­rzy­szy się w wizy­tach u spe­cja­li­stów, pod­czas badań rent­ge­now­skich i innych wizyt lekar­skich. Obsługa roz­dziela meta­don, leki psy­chia­tryczne i lekar­stwa na HIV. Co kilka mie­sięcy do Por­t­land przy­jeż­dża labo­ra­to­rium wyko­nu­jące kon­tro­lne bada­nia krwi, testy na HIV i żół­taczkę. Działa grupa pisar­ska i poetycka, a także grupa arty­styczna; na ścia­nie mojego biura wisi makatka zro­biona z rysun­ków miesz­kań­ców. Do Por­t­land przy­jeż­dżają aku­punk­tu­rzy­sta i fry­zjer. Odby­wają się tu wie­czory fil­mowe, a kiedy mie­li­śmy wię­cej pie­nię­dzy, co roku zabie­ra­li­śmy ludzi z obskur­nych zauł­ków Down­town East­side na biwak za mia­stem. Mój syn Daniel, kiedy pra­co­wał w Por­t­land, raz w mie­siącu orga­ni­zo­wał spo­tka­nia grupy muzycz­nej.

- Kilka lat temu mie­li­śmy wie­czór talen­tów - opo­wiada Ker­stin. - Wystę­po­wała grupa arty­styczna i pisar­ska, był też występ kaba­retu. Na ścia­nach wisiały obrazy, ludzie czy­tali swoje wier­sze. W pew­nym momen­cie do mikro­fonu pod­szedł jeden z wie­lo­let­nich miesz­kań­ców. Wyja­śnił, że nie przy­go­to­wał wier­sza ani innego występu, chciał tylko powie­dzieć, że Por­t­land to jego pierw­szy dom. Pierw­sze miej­sce, gdzie poczuł się jak w domu, i że jest bar­dzo wdzięczny wspól­no­cie, któ­rej jest czę­ścią. Że jest dumny z tego, że ją współ­two­rzy, i chciałby, żeby jego mama i tata mogli go teraz zoba­czyć.

"Jedyny dom, jaki kie­dy­kol­wiek miał" - to zda­nie opi­suje histo­rie wielu miesz­kań­ców Down­town East­side, dziel­nicy "jed­nego z naj­lep­szych miast do życia"2.

* * *

W zależ­no­ści od mojego stanu umy­słu praca jest dla mnie źró­dłem głę­bo­kiej satys­fak­cji lub strasz­li­wej fru­stra­cji. Ludzie, z któ­rymi mam do czy­nie­nia, czę­sto ule­gają tej stro­nie swo­jej natury, która każe przed­kła­dać doraźne, wywo­łane nar­ko­ty­kami pra­gnie­nia ponad swoje zdro­wie i jakość życia. Muszę się też zma­gać z wła­sną nie­chę­cią wobec nich. Choć bar­dzo się sta­ram ich akcep­to­wać, bywają dni, gdy trudno mi powstrzy­mać się od suro­wych ocen i chciał­bym, żeby się zmie­nili: nie byli tymi, kim są. Ta sprzecz­ność ma źró­dło we mnie, nie w moich pacjen­tach. To nie ich pro­blem - cho­ciaż, ze względu na oczy­wi­stą nie­rów­no­wagę w naszych rela­cjach, zbyt łatwo może się nim stać.

Uza­leż­nie­nie moich pacjen­tów spra­wia, że każde spo­tka­nie z leka­rzem jest trudne. Gdzie znaj­dziesz ludzi w tak złym sta­nie zdro­wia, tak bar­dzo nie­chcą­cych o sie­bie zadbać czy choćby pozwo­lić, by zro­bił to ktoś inny? Nakło­nie­nie ich, żeby zgło­sili się do szpi­tala, to praw­dziwa sztuka. Weźmy na przy­kład Kaia, któ­rego infek­cja bio­dra może dopro­wa­dzić do trwa­łego kalec­twa, albo Hobo, u któ­rego zapa­le­nie szpiku mostka może prze­nik­nąć do płuc. Obaj są tak sku­pieni na kolej­nej działce koka­iny, hero­iny czy metam­fe­ta­miny, że kwe­stia rato­wa­nia zdro­wia wydaje im się zupeł­nie nie­istotna. Wielu ma też głę­boko zaszcze­piony lęk przed auto­ry­te­tami i brak zaufa­nia do insty­tu­cji, czemu - zna­jąc ich histo­rie - trudno się dzi­wić.

- Biorę, żeby nie czuć tych wszyst­kich pie­przo­nych uczuć, które czuję, kiedy nie biorę - powie­dział mi, pła­cząc, Nick, czter­dzie­sto­la­tek uza­leż­niony od hero­iny i metam­fe­ta­miny.

- Bez nar­ko­ty­ków wpa­dam w depre­sję. - Ojciec wpoił obu synom prze­ko­na­nie, że są "gówno warci". Brat Nicka jako nasto­la­tek popeł­nił samo­bój­stwo, Nick przez całe życie jest nar­ko­ma­nem.

Więk­szość z nas prze­raża świat pie­kieł pełen bole­snych emo­cji. Nar­ko­mani boją się, że bez nar­ko­ty­ków utkną w nim na zawsze. Za pra­gnie­nie ucieczki płacą potworną cenę.

Beto­nowe kory­ta­rze i windę w hostelu Por­t­land myje się bar­dzo czę­sto, cza­sem nawet kilka razy dzien­nie. Z ramion czę­ści miesz­kań­ców, z powodu cią­głego kłu­cia, zawsze sączy się krew. Krwa­wią rów­nież rany, które pacjenci zadali sobie nawza­jem, i te będące skut­kiem auto­agre­sji wywo­ła­nej para­noją po koka­inie. Jeden z męż­czyzn cią­gle dłu­bie w swo­jej skó­rze, chcąc pozbyć się wyima­gi­no­wa­nych insek­tów.

Nie żeby w Down­town East­side bra­ko­wało nam rze­czy­wi­stych plag. W ścia­nach hostelu i ota­cza­ją­cych go zaśmie­co­nych zauł­kach miesz­kają gry­zo­nie. Robac­two zasie­dla wiele łóżek, ubrań i ciał moich pacjen­tów: plu­skwy, wszy, świerzb. Zda­rza się, że ze spód­nic i noga­wek spodni w moim biu­rze wypa­dają kara­lu­chy, by poszu­ki­wać schro­nie­nia pod moim biur­kiem. - Lubię mieć w pobliżu jedną lub dwie myszy - powie­dział mi jeden z mło­dych męż­czyzn. - Jedzą kara­lu­chy i plu­skwy. Ale całe mysie gniazdo w moim mate­racu to już prze­sada.

Robac­two, wrzody, krew i śmierć - plagi egip­skie.

W Down­town East­side anioł śmierci zabija z szo­ku­jącą gor­li­wo­ścią. Mar­cia, trzy­dzie­sto­pię­cio­latka uza­leż­niona od hero­iny, wypro­wa­dziła się z PHS i miesz­kała w kamie­nicy prze­cznicę dalej. Pew­nego ranka otrzy­ma­łem nagły tele­fon w spra­wie podej­rze­nia przedaw­ko­wa­nia. Zna­la­złem Mar­cię w łóżku, z sze­roko otwar­tymi oczami, leżącą na ple­cach i już w sta­nie stę­że­nia pośmiert­nego. Jej ramiona były wycią­gnięte, dło­nie skie­ro­wane na zewnątrz w geście zatro­ska­nego pro­te­stu, jakby chciała powie­dzieć: "Nie! Przy­szłaś po mnie za wcze­śnie, dużo za wcze­śnie!". Pla­sti­kowe strzy­kawki pękały pod moimi sto­pami, gdy zbli­ża­łem się do jej ciała. Roz­sze­rzone źre­nice Mar­cii i inne fizyczne objawy wska­zy­wały jasno - zmarła nie z przedaw­ko­wa­nia, ale z odsta­wie­nia hero­iny. Sta­łem przez kilka chwil przy jej łóżku, pró­bu­jąc roz­po­znać cza­ru­jącą, choć zawsze roz­tar­gnioną istotę ludzką, którą zna­łem. Kiedy się odwró­ci­łem, żeby wyjść, sły­chać już było wycie syren karetki.

Mar­cia była u mnie w dobrym humo­rze tydzień wcze­śniej. Potrze­bo­wała pomocy w wypeł­nie­niu doku­men­tów potrzeb­nych do ponow­nego uzy­ska­nia zasiłku. Widzia­łem ją wtedy po raz pierw­szy od pół roku. Przez ten czas, co opo­wie­działa mi z non­sza­lancką rezy­gna­cją, poma­gała swo­jemu chło­pa­kowi, Kyle'owi, prze­hu­lać sto trzy­dzie­ści tysięcy dola­rów, które dostał w spadku - zada­nie, w które bez­in­te­re­sow­nie zaan­ga­żo­wało się jesz­cze kilku uza­leż­nio­nych zna­jo­mych. A jed­nak i tak umarła sama.

Inną ofiarą był Frank, samot­nik uza­leż­niony od hero­iny, który nie­chęt­nie i dopiero gdy był już bar­dzo chory, wpusz­czał kogo­kol­wiek do swo­jej obskur­nej nory w hostelu Regal.

- Nie ma bata, żebym umarł w szpi­talu - obwie­ścił, kiedy było już jasne, że ponury żni­wiarz AIDS puka do jego drzwi. Spie­ra­nie się z Fran­kiem zawsze było bez­ce­lowe. W 2002 roku zmarł na wystrzę­pio­nym mate­racu, w swoim łóżku.

Frank miał sub­telną duszę, któ­rej nie dało się ukryć nawet pod cią­głym zrzę­dze­niem i szorst­ko­ścią. Cho­ciaż ni­gdy nie opo­wia­dał mi o tym, co prze­szedł, wyra­ził to w Down­town Hel­l­bo­und Train, wier­szu, który napi­sał kilka mie­sięcy przed śmier­cią. Jest to requ­iem dla niego samego i dla dzie­sią­tek kobiet - nar­ko­ma­nek i ofiar han­dlem ludźmi, zamor­do­wa­nych na nie­sław­nej far­mie świń Pick­tona pod Van­co­uver.

Poje­cha­łem do mia­sta - do Hastings i Main Chcia­łem od bólu uwol­nić się A udało mi się tylko zała­pać Na jazdę w jedną stronę Pocią­giem do pie­kła

Na far­mie nie­da­leko stąd

Kilka przy­ja­ció­łek stra­ciło życie Niech ich dusze odpoczną od bólu Niech wresz­cie wysiądą z pociągu do pie­kła

Chciał­bym zaznać spo­koju przed śmier­cią

Tory są tak dobrze poło­żone Każdy prze­żywa swój wła­sny kosz­mar Każdy z bile­tem na pociąg do pie­kła

Pociąg do pie­kła

Pociąg do pie­kła Bilet w jedną stronę na pociąg do pie­kła

Kiedy zaj­mo­wa­łem się medy­cyną palia­tywną, czyli opieką nad oso­bami umie­ra­ją­cymi, czę­sto mia­łem kon­takt ze śmier­cią. Tak naprawdę praca z uza­leż­nio­nymi z tego śro­do­wi­ska to też opieka palia­tywna. Nie ocze­ku­jemy od sie­bie, że kogoś wyle­czymy, chcemy tylko zła­go­dzić skutki uza­leż­nie­nia i towa­rzy­szące mu cier­pie­nie oraz zmniej­szyć siłę dzia­łań, jakimi prawo i spo­łe­czeń­stwo karzą nar­ko­ma­nów. Z wyjąt­kiem kilku szczę­ścia­rzy, któ­rym uda się uciec z nar­ko­ty­ko­wej kolo­nii Down­town East­side, więk­szość moich pacjen­tów nie dożyje sta­ro­ści. Umrą z powodu powi­kłań HIV lub na zapa­le­nie wątroby typu C, zapa­le­nie opon mózgo­wych lub posocz­nicę wywo­łaną wie­lo­krot­nymi wkłu­ciami pod­czas wie­lo­let­niego bra­nia koka­iny. Nie­któ­rzy w sto­sun­kowo mło­dym wieku zacho­rują na raka, z któ­rym ich zestre­so­wany i osła­biony układ odpor­no­ściowy nie będzie potra­fił sobie pora­dzić. Na raka wątroby zmarła Ste­vie, któ­rej zawsze słodko-sar­do­niczny wyraz twa­rzy ukrył się pod głę­boką żół­taczką. Albo któ­rejś nocy coś źle zmie­szają i umrą z przedaw­ko­wa­nia, jak Angel w hostelu Sun­rise czy - pię­tro wyżej - Tre­vor, który zawsze się uśmie­chał, jakby nic mu nie prze­szka­dzało.

Pew­nego ciem­nego luto­wego wie­czoru Leona, pacjentka miesz­ka­jąca w pobli­skim hostelu, obu­dziła się na łóżku polo­wym w swoim pokoju i zoba­czyła, że jej osiem­na­sto­letni syn Joey leży mar­twy. Zabrała go z ulicy i pró­bo­wała uchro­nić przed samym sobą. W połu­dnie, po cało­noc­nym czu­wa­niu, zasnęła. Chło­pak przedaw­ko­wał po połu­dniu.

- Kiedy się obu­dzi­łam - wspo­mi­nała - Joey leżał bez ruchu. Nikt nie musiał mi mówić. Przy­je­chała karetka i stra­żacy, ale było za późno. Moje dziecko nie żyje. - Jej smu­tek nie ma gra­nic, a poczu­cie winy końca.

Jedyną stałą w Por­t­land Cli­nic jest ból. Uni­wer­sy­tety medyczne uczą, że są trzy objawy wska­zu­jące na infek­cję, po łaci­nie: calor, rubror i dolor - gorąco, zaczer­wie­nie­nie i ból. Skóra, koń­czyny lub narządy moich pacjen­tów są czę­sto zaognione i na to, cho­ciaż na chwilę, mogę coś pora­dzić. Ale jak pomóc duszy drę­czo­nej bólem wywo­ła­nym naj­pierw przez prze­ży­cia z dzie­ciń­stwa, zbyt straszne, by w nie uwie­rzyć, a póź­niej, z mecha­niczną powta­rzal­no­ścią, przez samych cier­pią­cych? I jak ich pocie­szyć, gdy ich cier­pie­nie pogłę­bia każ­dego dnia spo­łeczny ostra­cyzm - to, co nauko­wiec i pisarz Elliott Ley­ton okre­ślił jako "mdłe, rasi­stow­skie, sek­si­stow­skie i kla­sowe uprze­dze­nia zako­rze­nione w kana­dyj­skim spo­łe­czeń­stwie: zin­sty­tu­cjo­na­li­zo­waną pogardę wobec bied­nych, zmu­sza­nych do pro­sty­tu­cji, uza­leż­nio­nych od nar­ko­ty­ków i alko­holu, i wobec rdzen­nej lud­no­ści"*1. Tutaj, w Down­town East­side, ból wyciąga ręce, żebrząc o pie­nią­dze na nar­ko­tyki. Patrzy z zim­nych i twar­dych lub peł­nych ule­gło­ści i wstydu oczu. Przy­mila się lub krzy­czy. Za każ­dym spoj­rze­niem, każ­dym sło­wem, każ­dym gwał­tow­nym dzia­ła­niem i gestem kryje się histo­ria udręki i degra­da­cji, opo­wieść, do któ­rej każ­dego dnia dopi­sany zostaje nowy roz­dział, a zakoń­cze­nie nie będzie szczę­śliwe.

* * *

Jadąc do domu, słu­chamy z Danie­lem radia CBC, które nadaje swój bez­tro­ski popo­łu­dniowy kok­tajl kla­syki i jazzu. Wstrzą­śnięty nie­przy­sta­wal­no­ścią tych dźwię­ków do tar­ga­nego nie­szczę­ściami świata, który wła­śnie opu­ści­łem, przy­po­mi­nam sobie pierw­szego pacjenta, z jakim mia­łem tego dnia do czy­nie­nia.

Made­le­ine sie­dzi zgar­biona, z łok­ciami opar­tymi na udach, a jej wychu­dzone, żyla­ste ciało drży od pła­czu. Łapie się za głowę, od czasu do czasu zaci­ska pię­ści i ryt­micz­nie ude­rza się w skro­nie. Jej pro­ste brą­zowe włosy opa­dają na twarz, zasła­nia­jąc oczy i policzki. Ma opuch­niętą i posi­nia­czoną dolną wargę, z nie­wiel­kiej rany pły­nie krew. Jej gruby, chło­pięcy głos ochrypł z wście­kło­ści i bólu. - Znowu mnie wydy­mali - pła­cze. - Zawsze jestem naj­gor­szą fra­jerką. Skąd wie­dzą, że mogą mi to robić za każ­dym razem? - Krztusi się od łez. Jest jak dziecko, które opo­wiada swoją histo­rię, prosi o współ­czu­cie i błaga o pomoc.

Jej opo­wieść to waria­cja na czę­sto spo­ty­kany w Down­town East­side temat: nar­ko­mani wyko­rzy­stu­jący się nawza­jem. Trzy kobiety dobrze znane Made­la­ine dały jej bank­not stu­do­la­rowy. Umó­wiły się, że Made­le­ine kupi dwa­na­ście dzia­łek cracku od kogoś, kogo nazywa Mek­sy­kań­cem. Jedną zachowa dla sie­bie, resztę odda kobie­tom, które część sprze­da­dzą. - Gliny nie mogą zoba­czyć, że kupu­jemy aż tyle - tłu­ma­czą jej. Trans­ak­cja docho­dzi do skutku, pie­nią­dze zostają wymie­nione na koka­inę. Dzie­sięć minut póź­nej "ten wielki Mek­sy­ka­niec" dopada Made­le­ine. - Łapie mnie za włosy, prze­wraca na zie­mię i strzela pię­ścią w twarz. - Stu­do­la­rówka była fał­szywa. - Wro­biły mnie. "Och, Mad­die, kochana, przy­ja­ciółko". Nie mia­łam poję­cia, że to była pod­ro­biona stówa.

Moi klienci czę­sto wspo­mi­nają o Mek­sy­kańcu, ale to postać nie­wi­dzialna, mityczna figura, którą znam tylko ze sły­sze­nia. Na rogach ulicy wokół hostelu Por­t­land czę­sto stoją mło­dzi męż­czyźni o ciem­nej kar­na­cji wyglą­da­jący na przy­by­szy z Ame­ryki Środ­ko­wej, w czap­kach z dasz­kiem nasu­nię­tych na oczy. Kiedy prze­cho­dzę obok, zachę­cają szep­tem, choć na mojej szyi wisi ste­to­skop: zwała, bomba, gruda? (Zwała i bomba ozna­czają w nar­ko­mań­skim slangu koka­inę, która jest sty­mu­lan­tem, i hero­inę, która uspo­kaja. Krysz­tał to metam­fe­ta­mina). - Ej, nie widzisz, że to lekarz - syk­nie ktoś cza­sami. Mek­sy­ka­niec może być jed­nym z nich, albo po pro­stu okre­śle­niem uży­wa­nym na wszyst­kich.

Nie wiem, kim jest ani co spro­wa­dziło go do Skid Row w Van­co­uver, gdzie sprze­daje koka­inę i wymie­rza ciosy wychu­dzo­nym kobie­tom, które - żeby mu zapła­cić - kradną, han­dlują, oszu­kują lub ofe­rują tani seks oralny. Gdzie się uro­dził? Jaka wojna lub bieda zmu­siła jego rodzi­ców do opusz­cze­nia slum­sów czy gór­skiej wio­ski i roz­po­czę­cia życia tak daleko od rów­nika? Bieda w Hon­du­ra­sie, walki w Gwa­te­mali, szwa­drony śmierci w Sal­wa­do­rze? Jak stał się Mek­sy­kań­cem, zło­czyńcą z histo­rii opo­wie­dzia­nej przez chudą, zroz­pa­czoną kobietę w moim gabi­ne­cie, która krztu­sząc się łzami, tłu­ma­czy, skąd ma siniaki, i prosi, żebym nie miał jej za złe, że w zeszłym tygo­dniu nie przy­szła po swoją dawkę meta­donu.

- Od sied­miu dni nie piłam soku. - (Sok to slan­gowe okre­śle­nie meta­donu, który roz­pusz­cza się w poma­rań­czo­wym soku firmy Tang). - I nie będę pro­sić o pomoc nikogo na ulicy, bo jeżeli ci pomogą, masz dług do końca życia. Nawet jeżeli im oddasz, na­dal uwa­żają, że jesteś winien. "Idzie Mad­die, możemy ją przy­ci­snąć, wszystko nam da". Wie­dzą, że nie będę wal­czyć. Bo gdy­bym zaczęła, tobym zabiła któ­rąś z tych suk. Nie chcę zgnić w wię­zie­niu z powodu jakiejś pizdy, z którą ni­gdy nie powin­nam gadać. To się tak skoń­czy. Też mam swoje gra­nice.

Daję jej receptę na meta­don i zapra­szam, żeby przy­szła jesz­cze raz, jak już go zażyje. Made­le­ine mówi, że przyj­dzie, ale już jej dziś nie zoba­czę. Potrzeba następ­nej dawki będzie sil­niej­sza.

Kolej­nym klien­tem był Stan, nale­żący do rdzen­nej lud­no­ści czter­dzie­sto­pię­cio­letni męż­czy­zna, który nie­dawno wyszedł z wię­zie­nia. On też potrze­bo­wał recepty na meta­don. Przez osiem­na­ście mie­sięcy odsiadki przy­tył, co tro­chę zła­go­dziło poczu­cie zagro­że­nia, jakie wywie­rały jego wzrost, musku­larna budowa, błysz­czące ciemne oczy, włosy Apa­czów i wąsy Fu Man­chu. A może po pro­stu tro­chę się roz­luź­nił, bo przez cały ten czas nie brał koka­iny. Przez okno przy­gląda się roz­gry­wa­ją­cej się przed woj­sko­wym domem towa­ro­wym sce­nie, w któ­rej bie­rze udział kilku nar­ko­ma­nów. Dużo gesty­ku­lują i bez wyraź­nego celu cho­dzą w tę i z powro­tem. - Popatrz na nich, dok­to­rze - mówi. - Utknęli tu. Nie wydo­staną się dalej niż na Vic­tory Squ­are z lewej i Fra­ser Street z pra­wej. Ni­gdy się nie wydo­staną. Chcę się stąd ruszyć, nie chcę już tu mar­no­wać życia. To i tak bez sensu. Spójrz na mnie, nie mam nawet skar­pe­tek. - Stan poka­zuje na swoje mocno znisz­czone buty do bie­ga­nia i luźne czer­wone dresy ze ścią­ga­czami powy­żej kostek. - Wsia­dam w tym stroju do auto­busu i wszy­scy wie­dzą. Odsu­wają się. Nie­któ­rzy się gapią, więk­szość stara się nie patrzeć w moją stronę. Wie pan, jakie to uczu­cie? Jak­bym był kosmitą. Czuję się dobrze tylko tutaj, nic dziw­nego, że wszy­scy tu zostają.

Kiedy dzie­sięć dni póź­niej przy­cho­dzi po kolejną receptę, na­dal mieszka na ulicy. Jest typowy mar­cowy dzień w Van­co­uver: szaro, mokro i zimno. - Nie chcesz wie­dzieć, gdzie wczo­raj spa­łem, dok­to­rze - mówi.

To tak, jakby obszar kilku prze­cznic wokół Main i Hastings zamy­kał nie­wi­dzialny płot z drutu kol­cza­stego. Świat na zewnątrz ist­nieje, ale jest dla nar­ko­ma­nów nie­do­stępny. Boi się ich i odrzuca, a oni nie rozu­mieją jego reguł i nie potra­fią w nim żyć.

Przy­po­mina mi się opo­wieść o zbiegu z Gułagu, który dobro­wol­nie do niego powró­cił po kilku dniach gło­do­wa­nia na wol­no­ści. "Nie dla nas wol­ność - stwier­dził, opo­wia­da­jąc o swo­jej ucieczce innym więź­niom. - My jeste­śmy przy­kuci do obozu na całe życie, cho­ciaż nie nosimy łań­cu­chów. Możemy pró­bo­wać błą­dzić, ale w końcu wra­camy"*2.

* * *

Stan jest przed­sta­wi­cie­lem naj­bar­dziej scho­ro­wa­nej, potrze­bu­ją­cej i opusz­czo­nej spo­łecz­no­ści. Całe życie byli igno­ro­wani i porzu­cani, więc ni­gdy nie nauczyli się zaj­mo­wać sobą. Skąd się bie­rze potrzeba pra­co­wa­nia dla tych spo­łecz­no­ści? W moim przy­padku sięga okresu nie­mow­lęc­twa żydow­skiego dziecka w oku­po­wa­nym przez nazi­stów Buda­pesz­cie, w roku 1944. Dora­sta­łem w świa­do­mo­ści tego, jak straszne i trudne może być życie nie­któ­rych ludzi - bez żad­nej ich winy.

Jed­nak jeżeli przy­czyn mojego współ­czu­cia dla pacjen­tów należy szu­kać w dzie­ciń­stwie, tam też znaj­dują się korze­nie pogardy, nie­chęci i potrzeby osą­dza­nia, które cza­sem budzą we mnie dokład­nie te same znie­wo­lone przez cier­pie­nie osoby. Póź­niej opo­wiem o tym, jak prze­ży­cia z dzie­ciń­stwa wpły­nęły na moją wła­sną skłon­ność do uza­leż­nień. W głębi duszy nie­wiele róż­nię się od moich pacjen­tów i cza­sem trudno mi znieść świa­do­mość, jak mała jest psy­cho­lo­giczna róż­nica mię­dzy nami i że tylko dzięki nie­biań­skiej łasce zna­la­złem się w innym miej­scu.

Po raz pierw­szy pra­co­wa­łem jako lekarz zatrud­niony na peł­nym eta­cie wła­śnie w Down­town East­side. Choć trwało to zale­d­wie sześć mie­sięcy, zosta­wiło we mnie ślad i wie­dzia­łem, że kie­dyś tam wrócę. Kiedy dwa­dzie­ścia lat póź­niej poja­wiła się szansa, by zostać leka­rzem w sta­rym Por­t­land, chęt­nie z niej sko­rzy­sta­łem: szu­ka­łem wtedy wła­śnie takiego połą­cze­nia wyzwa­nia i dzia­ła­nia dają­cego poczu­cie sensu. Pra­wie bez waha­nia porzu­ci­łem prak­tykę leka­rza rodzin­nego na rzecz peł­nego kara­lu­chów hostelu.

Co każe mi tu być? Głos, który wzywa nas do tej pracy, nadaje na tych samych falach, jakie sły­szą nasi umę­czeni, wyczer­pani, dys­funk­cyjni pod­opieczni. Z tą oczy­wi­stą róż­nicą, że my codzien­nie wra­camy do poło­żo­nych na zewnątrz domów, spraw i związ­ków, a nasi uza­leż­nieni klienci są uwię­zieni w miej­skim gułagu.

Nie­któ­rzy ludzie zbli­żają się do cier­pie­nia w nadziei, że pomoże im to ule­czyć wła­sny ból. Inni ofia­ro­wują się, bo ich pełne współ­czu­cia serca wie­dzą, że to wła­śnie tutaj miłość jest naj­bar­dziej potrzebna. Są też tacy, któ­rych przy­wo­dzi cie­ka­wość: ta praca to wieczne wyzwa­nie. Są też osoby o niskim poczu­ciu wła­snej war­to­ści, któ­rym praca z ludźmi bez­rad­nymi dobrze robi na ego. I osoby uwie­dzione magne­tyczną siłą uza­leż­nie­nia, które nie pora­dziły sobie z wła­snymi skłon­no­ściami do uza­leż­nień albo nawet ich nie roz­po­znały. Sądzę, że u więk­szo­ści z nas, leka­rzy, pie­lę­gnia­rek i innych zaan­ga­żo­wa­nych w poma­ga­nie spe­cja­li­stów pra­cu­ją­cych w Down­town East­side, te różne moty­wa­cje wystę­pują jed­no­cze­śnie.

Liz Evans miała dwa­dzie­ścia sześć lat, kiedy zaczęła pra­co­wać w tej oko­licy. - Byłam zupeł­nie przy­tło­czona - wspo­mina. - Wyda­wało mi się, że jako pie­lę­gniarka mam wie­dzę, którą mogę się podzie­lić. I cho­ciaż rze­czy­wi­ście tak było, bar­dzo szybko się zorien­to­wa­łam, że tak naprawdę nie­wiele mogę pomóc: nie byłam w sta­nie uwol­nić ludzi od bólu i smutku. Jedyne, co mogłam zro­bić, to towa­rzy­szyć im jako drugi czło­wiek i pokrewna dusza. Pewna kobieta, nazwijmy ją Julie, od siód­mego roku życia miesz­kała z rodziną zastęp­czą, która trzy­mała ją zamkniętą w pokoju, biła i zmu­szała do jedze­nia wyłącz­nie płyn­nych pokar­mów. Na szyi ma bli­znę po ranie, którą zadała sobie nożem, gdy miała szes­na­ście lat. Od tam­tego czasu stale jest na środ­kach prze­ciw­bó­lo­wych, alko­holu, koka­inie i hero­inie i pra­cuje jako pro­sty­tutka. Któ­rejś nocy po tym, jak została zgwał­cona, przy­szła do mnie, usia­dła mi na kola­nach i roz­pła­kała się. Powie­działa, że to wszystko jej wina, że jest złą osobą i nie zasłu­guje na nic dobrego. Z tru­dem oddy­chała. Koły­sa­łam ją i marzy­łam o tym, by móc zro­bić cokol­wiek, co ulży­łoby jej cier­pie­niu. To było dla mnie zbyt wiele. - Liz zro­zu­miała, że w bólu Julie było coś, co uru­cho­miło ból w niej samej. - To doświad­cze­nie poka­zało mi, że musimy spra­wić, żeby nasze wła­sne pro­blemy nie stały się dla nas prze­szkodą.

* * *

- Dla­czego wciąż tu jestem? - zasta­na­wia się Ker­stin Stu­erz­be­cher. - Na początku chcia­łam pomóc. A teraz... na­dal chcę poma­gać, ale jakoś ina­czej. Znam wła­sne ogra­ni­cze­nia. Wiem, czego nie mogę zro­bić. Mogę tu być i sta­wać po stro­nie ludzi na róż­nych eta­pach życia i pozwa­lać im być tym, kim są. Jako spo­łe­czeń­stwo mamy obo­wią­zek (...) wspie­rać ludzi takich, jacy są, i sza­no­wać ich. Dla­tego cią­gle tu jestem.

W tym rów­na­niu jest jesz­cze jeden ele­ment widoczny dla wielu ludzi pra­cu­ją­cych w Down­town East­side. To auten­tycz­ność, wol­ność od prze­peł­nia­ją­cej życie spo­łeczne gry, bez­pre­ten­sjo­nal­ność - rze­czy­wi­stość ludzi, któ­rzy nie są w sta­nie uda­wać, że są kimś innym, niż są.

Jasne, ci ludzie kła­mią, oszu­kują i mani­pu­lują, ale czy na swój spo­sób nie robimy tego wszy­scy? Jed­nak w prze­ci­wień­stwie do nas, oni nie udają, że są uczciwi. Są szcze­rzy w swo­jej nie­zgo­dzie na wzię­cie odpo­wie­dzial­no­ści, w odrzu­ce­niu spo­łecz­nych ocze­ki­wań i w zgo­dzie na to, że przez uza­leż­nie­nie stra­cili wszystko. Choć jak na stan­dardy zwy­kłego świata to nie­zbyt wiele, w oszu­stwach nar­ko­ma­nów tkwi rdzeń para­dok­sal­nej uczci­wo­ści. - Czego się pan spo­dziewa, dok­to­rze? Jestem prze­cież nar­ko­ma­nem - powie­dział mi kie­dyś bar­dzo chudy czter­dzie­sto­sied­mio­letni męż­czy­zna z lekko drwią­cym i zupeł­nie roz­bra­ja­ją­cym uśmie­chem, kiedy nie udało mu się wyłu­dzić recepty na mor­finę. Jest coś fascy­nu­ją­cego w tej odważ­nej, bez­wstyd­nej pseu­do­au­ten­tycz­no­ści. Kto z nas w skry­to­ści nie chciałby być tak bez­czel­nie nie­fra­so­bliwy wobec wła­snych wad?

- Tutaj możesz mieć naprawdę szczere inte­rak­cje z ludźmi - mówi Kim Mar­kel, pie­lę­gniarka z Por­t­land Cli­nic. - Tutaj mogę być sobą. To dla mnie bar­dzo cenne. W szpi­ta­lach i innych ośrod­kach zawsze trzeba dosto­so­wać się do reguł. Ponie­waż praca tutaj jest tak róż­no­rodna, a ludzie, z któ­rymi pra­cu­jemy, mają bar­dzo pod­sta­wowe potrzeby i już nic do ukry­cia, mogę być szczera w tym, co robię. W pracy i poza pracą zacho­wuję się pra­wie tak samo.

W peł­nym nie­po­koju świe­cie roz­draż­nio­nych nar­ko­ma­nów nie­ustan­nie szu­ka­ją­cych lub pró­bu­ją­cych wyłu­dzić kolejną dawkę, czę­ste są też chwile praw­dzi­wego czło­wie­czeń­stwa i wza­jem­nego wspar­cia. - Widzę wokół sie­bie bar­dzo dużo cie­pła - mówi Kim. - Choć jest mnó­stwo prze­mocy, wiele osób trosz­czy się o sie­bie nawza­jem - dodaje Bethany Jeal, pie­lę­gniarka w Insite, pierw­szym w Ame­ryce ośrodku, gdzie nar­ko­mani mogą bez­piecz­nie zażyć działkę. Insite znaj­duje się na Hastings, dwie prze­cznice od hostelu Por­t­land. - Dzielą się jedze­niem, ubra­niami i kosme­ty­kami: wszyst­kim, co mają. Ludzie opie­kują się sobą w cho­ro­bie, z tro­ską i współ­czu­ciem dono­szą o sta­nie zdro­wia swo­ich przy­ja­ciół i czę­sto dbają o innych znacz­nie lepiej niż o samych sie­bie.

- Ja nie znam swo­ich sąsia­dów - mówi Ker­stin. - Led­wie ich roz­po­znaję, a już na pewno nie wiem, jak się nazy­wają. Tu jest zupeł­nie ina­czej. Tutaj ludzie się znają, co ma swoje wady i zalety. Wście­kają się na sie­bie i wal­czą ze sobą, ale też podzielą się ze sobą ostat­nim gro­szem. Ludzie, któ­rzy tu miesz­kają, są nie­okieł­znani, dla­tego czę­sto wycho­dzi z nich skłon­ność do prze­mocy, co się nam nie podoba, a co tak czę­sto pod­chwy­tują media. Ale to nie­okieł­znanie wydo­bywa też nie­okieł­znaną radość, radość aż do łez z powodu pięk­nego kwiatka, któ­rego ja nawet nie zauwa­ży­łam, a ktoś, kto mieszka w jed­no­oso­bo­wym pokoju w hostelu Washing­ton, zauwa­żył, bo jest tu codzien­nie. To jego świat i dostrzega w nim inne szcze­góły niż ja. Nie bra­kuje tu też poczu­cia humoru. Kiedy robię obchód mię­dzy hoste­lami w Hastings, czę­sto sły­szę, jak ludzie prze­ko­ma­rzają się, pokle­pują po ple­cach i śmieją ochry­ple.

- Dok­to­rze, dok­to­rze, sprze­daj mi newsa - docho­dzi mnie jaz­zu­jący głos spod hostelu Washing­ton. - Potrze­bu­jesz szota rytmu i blu­esa - odśpie­wuję, nie odwra­ca­jąc się. Moim part­ne­rem w tej dobrze prze­ćwi­czo­nej wymia­nie jest Wayne, mocno opa­lony facet z dłu­gimi brud­nymi blond wło­sami i rękami Schwa­rze­neg­gera pokry­tymi tatu­ażami od nad­garst­ków po bicepsy.

Na skrzy­żo­wa­niu cze­kam na zmianę świa­teł z Laurą, czter­dzie­sto­pa­ro­let­nią rdzenną Kana­dyjką, u któ­rej ani cięż­kie życie, ani uza­leż­nie­nie od nar­ko­ty­ków i alko­holu, ani HIV nie zdo­łały stę­pić szel­mow­skiego poczu­cia humoru. Kiedy czer­wona dłoń na sygna­li­za­cji zmie­nia się w małego idą­cego ludzika, Laura mówi: - Biały czło­wiek każe iść. Idziemy obok sie­bie jesz­cze przez chwilę, Laura cały czas śmieje się ze swo­jego dow­cipu. Ja zresztą też.

Żarty to tutaj naj­czę­ściej bez­względne naśmie­wa­nie się z samych sie­bie. - Kie­dyś wyci­ska­łem na ławeczce dwie­ście fun­tów, dok­to­rze - powie­dział mi wychu­dzony, pomarsz­czony, umie­ra­jący na AIDS Tony w cza­sie jed­nej ze swo­ich ostat­nich wizyt. - Teraz nie pod­niósł­bym wła­snego fiuta.

Kiedy uza­leż­nieni pacjenci na mnie patrzą, chcą widzieć praw­dzi­wego mnie. Są pod tym wzglę­dem podobni do dzieci: tytuły, osią­gnię­cia i refe­ren­cje nie robią na nich wra­że­nia. Ich tro­ski są zbyt pilne. Jeżeli mnie polu­bią i doce­nią moją pracę - i tylko wtedy - okażą też dumę, że ich dok­tor to ktoś, kto pisze książki i cza­sem udziela wywia­dów w tele­wi­zji. Jedyne, co ma dla nich zna­cze­nie, to czy jestem obecny jako czło­wiek. Potra­fią bez­błęd­nie oce­nić, czy danego dnia jestem na tyle z nimi, żeby ich wysłu­chać jako ludzi, któ­rych uczu­cia, nadzieje i aspi­ra­cje są rów­nie istotne, jak moje wła­sne. Czują, czy jestem szcze­rze zaan­ga­żo­wany w ich sprawy, czy raczej chcę mieć ich z głowy. Ponie­waż nie umieją w ten spo­sób sami o sie­bie zadbać, są nie­zwy­kle uważni na to, czy potra­fią to osoby, które mają im pomóc.

Praca w atmos­fe­rze tak innej niż ta, która zwy­kle panuje w pracy, atmos­fe­rze, w któ­rej naj­waż­niej­sza jest auten­tycz­ność, daje dużo siły. Więk­szość z nas, choć nie zawsze zda­jemy sobie z tego sprawę, pra­gnie auten­tycz­no­ści, prawdy wykra­cza­ją­cej poza odgry­wane role, ety­kiety i sta­ran­nie wypra­co­wane per­sony. Pełne pro­ble­mów, cho­rób i prze­stęp­czo­ści Down­town East­side ofe­ruje też świeży powiew prawdy, nawet jeżeli jest to naga prawda despe­ra­cji. Sta­wia przed nami lustro, w któ­rym wszy­scy - zarówno jako jed­nostki, jak i jako spo­łe­czeń­stwo - możemy się roz­po­znać. Strach, ból i tęsk­nota, które widzimy, to nasz wła­sny strach i ból, nasza wła­sna tęsk­nota. Tak samo jak nasze są piękno i współ­czu­cie, któ­rych jeste­śmy tu świad­kami, a także odwaga i wielka deter­mi­na­cja w prze­zwy­cię­ża­niu cier­pie­nia.

Crack - forma koka­iny; ma postać płat­ków, kule­czek lub krysz­tał­ków uży­wa­nych do pale­nia w spe­cjal­nych szkla­nych faj­kach (przyp. red.). [wróć]

Van­co­uver czę­sto opi­sy­wane jest w ten spo­sób w pra­sie na całym świe­cie, ostat­nio w "New York Time­sie", 8 lipca 2007 (wszyst­kie przy­pisy dolne, chyba że podano ina­czej, pocho­dzą od autora). [wróć]

Roz­dział 2

Śmier­telny uścisk nar­ko­ty­ków

Ni­gdzie indziej skutki smut­nego życia nie zapi­sują się tak wyraź­nie, jak w ludz­kim ciele.

Naguib Mah­fouz, Palace of Desire

W kaplicy pogrze­bo­wej East Hastings star­szy ksiądz odpra­wia cere­mo­nię poże­gnalną dla Sha­ron. - Była żywio­łowa i rado­sna. "Oto jestem! Sha-an-na", ogła­szała, wpa­da­jąc do pokoju. Każdy, kto na nią patrzył, cie­szył się życiem.

W raczej pustej kaplicy oprócz rodziny znaj­duje się nie­wielu żałob­ni­ków. Jest kilku pra­cow­ni­ków Por­t­land, jego pię­ciu albo sze­ściu miesz­kań­ców i jesz­cze kilka osób, któ­rych nie znam.

Sły­sza­łem, że w mło­do­ści Sha­ron była piękna jak modelka. Sześć lat temu, kiedy ją pozna­łem, wciąż można było dostrzec ślady tej urody pomimo coraz bled­szej skóry, zapad­nię­tych policz­ków i bra­ku­ją­cych zębów. W ostat­nich latach Sha­ron czę­sto cier­piała z powodu bólu. Na lewej goleni miała dwie otwarte rany powstałe w wyniku wywo­ła­nych wkłu­ciami infek­cji bak­te­ryj­nych. Nawra­ca­jąca infek­cja powo­do­wała złusz­cza­nie się kolej­nych prze­szcze­pów, aż wresz­cie chi­rur­dzy pla­styczni ze Szpi­tala św. Pawła uznali dal­sze inter­wen­cje za bez­ce­lowe. W stale opuch­nię­tym lewym kola­nie poja­wiał się i zni­kał ropień kości. Tego zapa­le­nia kości i szpiku ni­gdy nie udało się wyle­czyć, bo Sha­ron nie była w sta­nie pod­dać się trwa­ją­cej od sze­ściu do ośmiu tygo­dni hospi­ta­li­za­cji, koniecz­nej do zasto­so­wa­nia kura­cji anty­bio­ty­ko­wej, nawet wtedy, kiedy wyda­wało się, że jedyną alter­na­tywą jest ampu­ta­cja. Nie­zdolna do dźwi­ga­nia wła­snego cię­żaru, Sha­ron w wieku około trzy­dzie­stu lat musiała poru­szać się na wózku inwa­lidz­kim. Pędziła chod­ni­kami Hastings z zadzi­wia­jącą pręd­ko­ścią, wyko­rzy­stu­jąc swoje silne ramiona i prawą nogę, żeby się roz­pę­dzać.

Ksiądz tak­tow­nie unika mówie­nia o bólu Sha­ron i uza­leż­nie­niu, które zawio­dło ją do Down­town East­side, i oddaje cześć jej wital­no­ści.

- Wybacz nam, Panie, bo nie umiemy doce­niać (...). Życie jest wieczne, miłość jest nie­śmier­telna (...). Z każ­dej prze­mi­ja­ją­cej rado­ści powstaje coś pięk­nego (...). - into­nuje. Na początku sły­szę tylko lita­nię pogrze­bo­wych klisz i jestem ziry­to­wany. Wkrótce jed­nak czuję się pocie­szony. Zaczy­nam rozu­mieć, że w obli­czu przed­wcze­snej śmierci nie ist­nieją kli­sze.

- Na zawsze Sha­ron, jej głos, jej dusza (...). Za wieczny pokój, nie­śmier­telny pokój...

Nio­są­cym otu­chę sło­wom księ­dza towa­rzy­szy cichy płacz kobiet. Ksiądz zamyka modli­tew­nik i roz­gląda się poważ­nie po kaplicy. Kiedy scho­dzi z ambony, roz­lega się muzyka: Andrea Bocelli śpiewa sen­ty­men­talną wło­ską arię. Żałob­nicy mogą poże­gnać Sha­ron, któ­rej ciało leży w otwar­tej trum­nie u stóp ołta­rza. Po kolei pod­cho­dzą, pochy­lają głowy, a potem skła­dają kon­do­len­cje rodzi­nie. Beverly, któ­rej twarz szpecą wywo­łane bra­niem koka­iny zaczer­wie­nie­nia, pod­cho­dzi do trumny. Pod­trzy­muje wspie­ra­jącą się o cho­dzik Penny. Były bli­skimi przy­ja­ciół­kami Sha­ron. Tom, któ­rego alko­ho­lowe wrza­ski co wie­czór roz­legają się w Hastings, wystroił się w naj­lep­sze ubra­nia. W bia­łej koszuli i kra­wa­cie - zupeł­nie trzeźwy i ponury - w modli­tew­nym sku­pie­niu nachyla się nad ozdo­bioną kwia­tami trumną i żegna się.

Biała od pudru twarz Sha­ron ma naiwny, nie­pewny wyraz, rumiane usta są zamknięte i lekko krzywe. Mam wra­że­nie, że ten nieco zamro­czony dzie­cięcy wygląd praw­do­po­dob­nie lepiej oddaje wewnętrzny świat Sha­ron niż gło­śna, nie­okrze­sana postać, którą zna­łem ze swo­jego gabi­netu.

Ciało Sha­ron zna­le­ziono w jej łóżku w kwiet­niowy pora­nek. Leżała na boku, wyglą­dała jak we śnie, ręce i nogi uło­żone spo­koj­nie, nie­wy­krę­cone bólem i cier­pie­niem. Mogli­śmy tylko spe­ku­lo­wać na temat przy­czyny śmierci, ale przedaw­ko­wa­nie wyda­wało się praw­do­po­dobną hipo­tezą. Choć od dawna miała HIV i jej poziom odpor­no­ści był bar­dzo niski, Sha­ron nie była chora. Wie­dzie­li­śmy, że od wyj­ścia z ośrodka odwy­ko­wego inten­syw­nie zaży­wała hero­inę. W jej pokoju nie było żad­nych akce­so­riów zwią­za­nych z nar­ko­ty­kami. To, co ją zabiło, wzięła praw­do­po­dob­nie w miesz­ka­niu sąsiada, a potem wró­ciła do sie­bie.

Nie­udana próba odwyku zasmu­ciła wszyst­kich, któ­rzy się o nią trosz­czyli. Wyda­wało się, że tak dobrze jej idzie. - Kolejne cztery tygo­dnie bez działki, Mate? - obwiesz­czała dum­nie w comie­sięcz­nym rapor­cie tele­fo­nicz­nym. - Czy może mi pan przy­słać receptę na meta­don? Nie chcę po nią przy­cho­dzić, będzie mnie tylko kusić, żeby znowu wziąć.

Pra­cow­nicy odwie­dza­jący ją w ośrodku mówili, że była pełna życia, w dobrym humo­rze, rado­sna i opty­mi­styczna. Pomimo powrotu do hero­iny jej śmierć była szo­kiem i nawet teraz, patrząc na jej ciało, trudno tę śmierć zaak­cep­to­wać. Żywot­ność, radość i nie­po­ha­mo­wana ener­gia Sha­ron były ważną czę­ścią naszego życia. Po uprzej­mych i uro­czy­stych sło­wach księ­dza powinna była wstać i wyjść razem z nami.

Po cere­mo­nii żałob­nicy przez chwilę jesz­cze krę­cili się po par­kingu, zanim się roze­szli - każdy w swoją stronę. Jest bar­dzo jasno i sło­necz­nie, to pierw­szy w tym roku wio­senny dzień w Van­co­uver. Witam się z Gail, rdzenną Kana­dyjką, która dziel­nie zbliża się do końca trze­ciego mie­siąca bez koka­iny. - Osiem­dzie­siąt sie­dem dni - uśmie­cha się do mnie. - Nie mogę w to uwie­rzyć. Nie jest to tylko zasługa jej sil­nej woli. Dwa lata wcze­śniej Gail tra­fiła do szpi­tala z powodu groź­nej infek­cji jamy brzusz­nej. Żeby zapo­biec zapa­le­niu jelit, konieczna była kolo­sto­mia. Poprze­ci­nane odcinki jelita powinny być ponow­nie połą­czone chi­rur­gicz­nie już dawno, ale do zabiegu ni­gdy nie doszło, ponie­waż dożylne zaży­wa­nie koka­iny przez Gail zagra­żało jego powo­dze­niu. Pierw­szy chi­rurg odmó­wił dal­szego zaj­mo­wa­nia się Gail. - Rezer­wo­wa­łem salę ope­ra­cyjną za darmo co naj­mniej trzy razy - powie­dział mi. - Nie zamie­rzam znowu ryzy­ko­wać. - Trudno się było z nim spie­rać. Nowy spe­cja­li­sta nie­chęt­nie zgo­dził się prze­pro­wa­dzić ope­ra­cję, ale zro­bił to tylko pod warun­kiem, że Gail nie będzie brać koka­iny. Wie­działa, że jeżeli nie sko­rzy­sta z tej ostat­niej szansy, już do końca życia będzie odda­wać kał do pla­sti­ko­wego pojem­nika przy­kle­jo­nego taśmą do brzu­cha. Torbę, czego naj­bar­dziej nie­na­wi­dziła, trzeba zmie­niać cza­sami nawet kilka razy dzien­nie.

- Jak się masz, dok­to­rze - mówi zawsze uprzejmy Tom, lekko łapiąc mnie za ramię.

- Miło cię widzieć. Jesteś dobrym czło­wie­kiem. - Dzięki - odpo­wia­dam. - Ty też. Wciąż pod­trzy­my­wana przez swoją potężną przy­ja­ciółkę Beverly, chuda Penny pro­stuje się. Prawą ręką opiera się na cho­dziku, lewą osła­nia oczy przed połu­dnio­wym słoń­cem. Penny dopiero nie­dawno zakoń­czyła sze­ścio­mie­sięczny cykl dożyl­nych anty­bio­ty­ków prze­pi­sa­nych na infek­cję krę­go­słupa, która zgar­biła jej plecy i osła­biła nogi. - Ni­gdy nie spo­dzie­wa­łam się, że Sha­ron umrze przede mną - mówi. - Zeszłego lata w szpi­talu naprawdę sądzi­łam, że to już koniec. - Byłaś tak bli­sko, że nawet ja się prze­stra­szy­łem - odpo­wia­dam. Oboje się śmie­jemy.

Przy­glą­dam się tej małej grupce istot ludz­kich, które zebrały się na pogrze­bie towa­rzyszki, zmar­łej w wieku trzy­dzie­stu lat. Jak wielka jest siła uza­leż­nie­nia, myślę, skoro pomimo cho­rób, bólu i cier­pie­nia psy­chicz­nego nie mogą się wyzwo­lić z jego śmier­tel­nego uści­sku. - W nazi­stow­skich obo­zach pracy, jeżeli jed­nego więź­nia zła­pano na pale­niu papie­rosa, zabi­jano wszyst­kich miesz­kań­ców baraku - powie­dział mi kie­dyś Ralph, jeden z pacjen­tów. - Za jed­nego papie­rosa! A jed­nak ludzie nie pozwa­lali sobie ode­brać rado­ści, chęci życia i przy­jem­no­ści, jaką dawały nie­które sub­stan­cje, takie jak alko­hol, niko­tyna, czy co tam jesz­cze. Nie wiem, ile w tym histo­rycz­nej prawdy, ale jako kro­ni­karz wła­snego uza­leż­nie­nia i losów innych nar­ko­ma­nów z ulic Hastings Ralph dotknął samego sedna: ludzie są w sta­nie poświę­cić życie, żeby uczy­nić daną chwilę zno­śną. Nic nie może prze­rwać ich nałogu - ani cho­roba, ani utrata miło­ści i bli­skich, ani wyzu­cie z dóbr docze­snych i god­no­ści, ani nawet strach przed umie­ra­niem. Pra­gnie­nie jest naj­sil­niej­sze.

Jak zro­zu­mieć śmier­telny uścisk uza­leż­nie­nia? Dla­czego Penny daje sobie w żyłę pomimo rop­nia krę­go­słupa, który pra­wie spo­wo­do­wał para­ple­gię? Czemu Beverly nie prze­staje brać koka­iny pomimo HIV, wrzo­dów, które wciąż musia­łem osu­szać, i nawra­ca­ją­cych infek­cji sta­wów, przez które lądo­wała w szpi­talu? Co kazało Sha­ron wró­cić do Down­town East­side i nałogu po sze­ściu mie­sią­cach odwyku? Dla­czego prze­stała myśleć o HIV i żół­taczce, o infek­cji kości i chro­nicz­nym, palą­cym, prze­szy­wa­ją­cym bólu odsło­nię­tych zakoń­czeń ner­wo­wych?

Jak piękny byłby świat, gdyby rację mieli wyznawcy pro­stego poglądu, że przy­kre kon­se­kwen­cje wystar­czą za nauczkę. Otwar­cie kolej­nego fast foodu koń­czy­łoby się ban­kruc­twem, w naszych domach nie byłoby tele­wi­zo­rów, a hostel Por­t­land mógłby stać się lukra­tyw­nym biz­ne­sem: na przy­kład silą­cym się na śród­ziem­no­mor­skość luk­su­so­wym apar­ta­men­tow­cem dla miej­skich yup­pie, podob­nym do budo­wa­nych wła­śnie w oko­licy hoteli Firenze i Espa?a.

* * *

Na pozio­mie fizjo­lo­gicz­nym uza­leż­nie­nie od nar­ko­ty­ków jest wyni­kiem wywo­ła­nego przez sub­stan­cję zabu­rze­nia che­mii mózgu, choć (o czym będę pisał póź­niej) zabu­rze­nie to poja­wia się, zanim jesz­cze roz­pocz­nie się zaży­wa­nie sub­stan­cji zmie­nia­ją­cych świa­do­mość. Jed­nak ludzi nie da się zre­du­ko­wać do bioche­mii ich mózgów, a nawet - jeżeli byłoby to moż­liwe - ludzki mózg na pozio­mie fizjo­lo­gicz­nym kształ­tuje się rów­nież pod wpły­wem doświad­czeń i emo­cji. Osoby uza­leż­nione dobrze o tym wie­dzą. Choć łatwo mogłyby uznać, że za ich pęd ku auto­de­struk­cji odpo­wia­dają pro­cesy che­miczne w ich mózgach, nie­wiele z nich to robi. Rzadko przyj­mują wąskie medyczne rozu­mie­nie uza­leż­nie­nia jako cho­roby pomimo jego nie­wąt­pli­wej war­to­ści.

Na czym polega śmier­tel­nie nie­bez­pieczna atrak­cyj­ność nar­ko­tycz­nego doświad­cze­nia? Zada­łem to pyta­nie wielu moim klien­tom z Por­t­land Cli­nic. - Masz tę biedną, opuch­niętą, owrzo­dzoną nogę i czer­woną, gorącą, bolącą stopę - mówię do Hala, przy­ja­znego, sko­rego do żar­tów męż­czy­zny po czter­dzie­stce, jed­nego z moich nie­licz­nych pacjen­tów płci męskiej bez kry­mi­nal­nej prze­szło­ści. - Żeby dostać anty­bio­tyki dożylne, musisz codzien­nie sta­wiać się na pogo­to­wiu. Masz HIV. Ale nie odpusz­czasz wstrzy­ki­wa­nia sobie spe­eda1. Jak myślisz dla­czego?

- Nie wiem - odpo­wiada Hal, a jego bez­zębne dzią­sła tłu­mią słowa. - Zapy­taj kogo­kol­wiek... choćby mnie, czemu zażywa coś, co spra­wia, że przez pięć minut się śli­nisz, wyglą­dasz jak zje­bany, coś, co zabu­rza ci fale w mózgu tak, że nie możesz jasno myśleć ani nor­mal­nie mówić, a potem znowu masz na to ochotę. - I dosta­jesz wrzo­dów na nodze - podpo­wiadam uprzej­mie. - Tak, wrzody. Pytasz dla­czego. Naprawdę nie wiem.

W marcu 2005 roku pro­wa­dzi­łem podobną roz­mowę z Alla­nem. Allan jest około czter­dziestki i rów­nież ma wirusa HIV. Kilka dni wcze­śniej wylą­do­wał w szpi­talu Van­co­uver z powodu ostrego bólu w klatce pier­sio­wej. Powie­dziano mu, że to zapa­le­nie wsier­dzia, infek­cja zasta­wek serca. Zamiast dać się przy­jąć do szpi­tala, Allan zgło­sił się po drugą opi­nię do Szpi­tala św. Pawła, gdzie powie­dziano mu, że wszystko jest w porządku. Teraz, żeby zasię­gnąć trze­ciej opi­nii, przy­szedł do mojego gabi­netu.

W trak­cie bada­nia widzę, że cho­ciaż nie jest chory, jest w fatal­nej for­mie. - Co powi­nie­nem zro­bić, dok­to­rze? - pyta, roz­kła­da­jąc ramiona w geście bez­rad­no­ści. - Okej - mówię, patrząc w jego kartę. - Twój ojciec zmarł na serce. Twój brat zmarł na serce. Dużo palisz. Mia­łeś zapa­le­nie wsier­dzia wywo­łane dożyl­nym zaży­wa­niem nar­ko­ty­ków. Leczę cię na nie­wy­dol­ność serca, nawet teraz masz opuch­nięte nogi, bo serce nie daje rady. Bie­rzesz silne leki na HIV, a z powodu żół­taczki twoja wątroba led­wie zipie. Ale cią­gle bie­rzesz. I pytasz mnie, co masz robić. Powiedz mi, co tu nie gra?

- Mia­łem nadzieję, że to powiesz, dok­to­rze - mówi Allan. - Powiedz mi, że jestem pier­do­lo­nym debi­lem. Ina­czej nie zro­zu­miem.

- Dobra - zga­dzam się. - Jesteś pier­do­lo­nym debi­lem.

- Dzięki, dok­to­rze.

- Kło­pot polega na tym, że nie jesteś pier­do­lo­nym debi­lem. Jesteś uza­leż­niony. Co to tak naprawdę zna­czy?

Cztery mie­siące póź­niej, o pół­nocy, Allan umie­rał, zimny i siny, na pod­ło­dze w swoim pokoju w jed­nym z pobli­skich hosteli. Podobno wstrzy­ki­wał sobie meta­don, który został skra­dziony pod­czas wła­ma­nia do jed­nej z aptek, a następ­nie zmie­szał go z metam­fe­ta­miną, czy czymś tam jesz­cze. Według poli­cji to małe nie­za­leżne nar­ko­ty­kowe przed­się­bior­stwo zabiło co naj­mniej osiem osób.

- Nie boję się umie­ra­nia - powie­dział mi jeden z klien­tów. - Cza­sem dużo bar­dziej boję się życia.

To strach przed życiem, jakie znają, spra­wia, że wielu moich pacjen­tów nie prze­staje brać. - Kiedy jestem na haju, nic mnie nie obcho­dzi. Nie mam żad­nych pro­ble­mów - powie­dział jeden z nich, wyra­ża­jąc uczu­cie znane wielu oso­bom uza­leż­nio­nym. - Po pro­stu zapo­mi­nam - powie­działa Dora, zatwar­działa koka­inistka. - Zapo­mi­nam o pro­ble­mach. Wszystko wydaje się tro­chę mniej bez­na­dziejne, niż jest, aż do następ­nego ranka, kiedy jest jesz­cze gor­sze... Latem 2006 roku Dora wypro­wa­dziła się z Por­t­land z powro­tem na ulicę, gdzie cią­gle pró­bo­wała zdo­być towar. W stycz­niu zmarła z powodu licz­nych ropni mózgu2 na oddziale inten­syw­nej tera­pii Szpi­tala św. Pawła.

Alvin jest po pięć­dzie­siątce, jest tęgi, ma sze­ro­kie ramiona, kie­dyś pra­co­wał jako kie­rowca tira. Zażywa meta­don jako lek na uza­leż­nie­nie od hero­iny, ostat­nio zaczął zaży­wać wię­cej metam­fe­ta­miny. - Przez pierw­szą połowę dnia chce mi się od tego rzy­gać - mówi - ale po ośmiu albo dzie­wię­ciu chmu­rach z lufy... Jak się czuję? Przede wszyst­kim jak kom­pletny idiota, sam nie wiem, chyba cho­dzi o ten rytuał.

- Pozwól, że powtó­rzę - odpo­wia­dam. - Wyda­jesz tysiąc dola­rów mie­sięcz­nie, żeby zaznać roz­ko­szy mdło­ści i czu­cia się jak idiota? Dobrze cię zro­zu­mia­łem? Allan się śmieje. - Rzy­gam tylko za pierw­szym razem w ciągu dnia. Przez jakieś trzy do pię­ciu minut jestem na haju, a potem pytam sam sie­bie, po co to zro­bi­łem. Ale jest już za późno. Coś spra­wia, że cią­gle to robisz, i to wła­śnie nazy­wamy uza­leż­nie­niem. Nie umiem tego powstrzy­mać. Przy­się­gam na Boga, że tego nie­na­wi­dzę, naprawdę nie­na­wi­dzę. - Jed­nak cią­gle coś z tego masz. - Jasne, ina­czej bym tego nie robił. To tro­chę jak orgazm.

Oprócz przy­po­mi­na­ją­cej orgazm chwi­lo­wej przy­jem­no­ści nar­ko­tyki spra­wiają rów­nież, że ból staje się mniej doj­mu­jący, a w codzien­no­ści można dostrzec coś, dla czego warto żyć. "Jedno ze wspo­mnień jest tak wyraźne i dosko­nałe, że w nie­które dni oddaję się tylko jemu", pisze Ste­phen Reid, pisarz, który odsie­dział wyrok za napad na bank i sam sie­bie nazywa ćpu­nem. "Jestem zachwy­cony zwy­czaj­no­ścią - bla­dym nie­bem, błę­kit­nym świer­kiem, zardze­wia­łym dru­tem kol­cza­stym na pło­cie, umie­ra­ją­cymi żół­tymi liśćmi. Jestem na haju. Mam jede­na­ście lat i odczu­wam jed­ność ze świa­tem. Cał­ko­wi­cie nie­winny, zanu­rzam się w nie­wie­dzy". Podob­nie Leonard Cohen opi­sy­wał "obiet­nicę, piękno, zba­wie­nie w papie­ro­sach".

W moich roz­mo­wach z uza­leż­nio­nymi wątki powra­cają jak wzory na gobe­li­nie: nar­ko­tyki jako śro­dek znie­czu­la­jący na psy­chiczny ból; anti­do­tum na prze­ra­ża­jącą pustkę; lek na zmę­cze­nie, nudę, osa­mot­nie­nie i brak poczu­cia przy­na­leż­no­ści; lekar­stwo na stres i trud­no­ści w rela­cjach z ludźmi. I jesz­cze - jak w opi­sie Ste­phena Reida - nar­ko­tyki mogą, choćby na krótką chwilę, otwo­rzyć wrota do ducho­wej trans­cen­den­cji. Te same przy­czyny nisz­czą życia głod­nych duchów na całym świe­cie. Oddzia­łują ze śmier­telną siłą na uza­leż­nio­nych od koka­iny, hero­iny i metam­fe­ta­miny miesz­kań­ców Down­town East­side. Przyj­rzymy im się bli­żej w kolej­nym roz­dziale.

* * *

Mamy w Por­t­land foto­gra­fię, na któ­rej ubrana w czarny kostium kąpie­lowy Sha­ron sie­dzi na brzegu zala­nego słoń­cem basenu i moczy nogi w czy­stej, migo­czą­cej, błę­kit­nej wodzie. Wypo­częta i spo­kojna, patrzy wprost w obiek­tyw. To ta młoda, rado­sna kobieta, o któ­rej w kaza­niu wspo­mi­nał ksiądz, uchwy­cona przez foto­grafa na kilka mie­sięcy przed śmier­cią, roz­ko­szu­jąca się cie­płem jesien­nego popo­łu­dnia, w domu swo­jego spon­sora z pro­gramu 12 kro­ków.

Przez dwa­na­ście lat życia w Down­town East­side Sha­ron nie była w sta­nie ukoń­czyć pro­gramu 12 kro­ków. Była tak sil­nie uza­leż­niona od koka­iny i tak dys­funk­cyjna, że zanim zamiesz­kała w hostelu Por­t­land, nie wolno jej było tam nawet przy­cho­dzić. - Tak to działa - tłu­ma­czy mi dyrek­torka Sto­wa­rzy­sze­nia Por­t­land, Ker­stin Stu­erz­be­cher, w przed­sionku kaplicy po pogrze­bie Sha­ron. - Są tylko dwie moż­li­wo­ści: albo spra­wiasz zbyt dużo kło­po­tów, żeby tu zamiesz­kać, albo spra­wiasz tyle kło­po­tów, że możesz już zamiesz­kać tylko tutaj. I tylko tutaj umrzeć - dodaje, kiedy wycho­dzimy na słońce.

Potoczne okre­śle­nie amfe­ta­miny (przyp. red.). [wróć]

Infek­cje ropne spo­wo­do­wane przez bak­te­rie, które prze­do­stały się do tka­nek pod­czas dożyl­nego zaży­wa­nia nar­ko­ty­ków i z krwią prze­mie­ściły do orga­nów wewnętrz­nych, takich jak płuca, wątroba, serce, krę­go­słup. [wróć]

Roz­dział 3

Klu­cze do raju. Uza­leż­nie­nie jako ucieczka od cier­pie­nia

Widze­nie w uza­leż­nie­niu "złego nawyku" albo "auto­de­struk­cyj­nego zacho­wa­nia" to wygodny spo­sób, żeby nie dostrze­gać, do czego służy ono oso­bie uza­leż­nio­nej*3.

Vin­cent Felitti, lekarz i badacz

Nie da się zro­zu­mieć uza­leż­nie­nia bez zada­nia sobie pyta­nia o ulgę, jakiej osoba uza­leż­niona doznaje lub pró­buje doznać dzięki zaży­ciu nar­ko­tyku czy poprzez inne uza­leż­nia­jące zacho­wa­nie.

Dzie­więt­na­sto­wieczny pisarz Tho­mas de Quin­cey regu­lar­nie zaży­wał opium. "Sub­telna siła tego potęż­nego nar­ko­tyku", twier­dził, "łago­dzi wszel­kie podraż­nie­nia układu ner­wo­wego. (...) O deli­katne i wszech­po­tężne opium (...) tylko ty potra­fisz tak obda­ro­wać czło­wieka, ty dzier­żysz klu­cze do Raju". Słowa de Quin­ceya opi­sują przy­jem­ność, jakiej osoba uza­leż­niona doświad­cza dzięki nar­ko­ty­kowi - a tak naprawdę odno­szą się do uza­leż­nia­ją­cego powabu wszyst­kich nało­gów, także tych - o czym prze­ko­namy się póź­niej - nie­zwią­za­nych z nar­ko­ty­kami.

Uza­leż­nie­nie jest jed­nak znacz­nie bar­dziej poszu­ki­wa­niem ulgi od cier­pie­nia niż gonie­niem za przy­jem­no­ścią. Z medycz­nego punktu widze­nia osoby uza­leż­nione pró­bują tak naprawdę na wła­sną rękę leczyć się z depre­sji, sta­nów lęko­wych, stresu poura­zo­wego, a nawet ADHD (Atten­tion Defi­cit Hype­rac­ti­vity Disor­der, zespół nad­po­bu­dli­wo­ści rucho­wej z defi­cy­tem uwagi).

Przy­czyną uza­leż­nie­nia zawsze jest ból - odczu­wany świa­do­mie lub ukryty w pod­świa­do­mo­ści. Uza­leż­nie­nie to śro­dek prze­ciw­bó­lowy na emo­cje. Hero­ina i koka­ina to silne ane­ste­tyki, które oprócz bólu fizycz­nego łago­dzą też cier­pie­nie psy­chiczne. Młode zwie­rzęta oddzie­lone od matek łatwo uspo­koić przez poda­nie nie­wiel­kich dawek nar­ko­ty­ków, zupeł­nie jakby odczu­wały fizyczny ból1*4.

Dokład­nie tak samo działa ból u ludzi. W mózgu czło­wieka obszary odpo­wie­dzialne za odczu­wa­nie bólu fizycz­nego akty­wi­zują się rów­nież na sku­tek doświad­cze­nia odrzu­ce­nia emo­cjo­nal­nego: na ska­nach mózgu widać, że w odpo­wie­dzi na ostra­cyzm obszary te "zapa­lają się" tak samo jak w reak­cji na bole­sny bodziec fizyczny*5. Kiedy ludzie mówią, że czują się zra­nieni lub że odczu­wają psy­chiczny ból, nie posłu­gują się poetycką meta­forą, lecz dość pre­cy­zyj­nie opi­sują sytu­ację.

Życie osoby uza­leż­nio­nej było prze­peł­nione bólem. Nic dziw­nego, że roz­pacz­li­wie pra­gnie ona ulgi. - W ciągu kilku chwil prze­cho­dzę od roz­pa­czy i bez­bron­no­ści do cał­ko­wi­tej nie­ty­kal­no­ści - mówi trzy­dzie­sto­sze­ścio­let­nia Judy, od dwu­dzie­stu lat uza­leż­niona od hero­iny i koka­iny, z któ­rymi pró­buje teraz zerwać. - Mam wiele pro­ble­mów. Biorę, żeby pozbyć się myśli i emo­cji, zagłu­szyć je.

Pyta­nie nie powinno brzmieć: dla­czego bie­rzesz?, tylko: dla­czego cię boli?

W lite­ra­tu­rze przed­miotu znaj­du­jemy jasną odpo­wiedź: więk­szość nar­ko­ma­nów pocho­dzi z domów, w któ­rych była prze­moc*6. Więk­szość moich zamiesz­ku­ją­cych nędzne dziel­nice pacjen­tów cier­piała we wcze­snym dzie­ciń­stwie z powodu zanie­dba­nia lub znę­ca­nia się nad nimi. Pra­wie wszyst­kie kobiety i wielu męż­czyzn z Down­town East­side miało za sobą doświad­cze­nie prze­mocy sek­su­al­nej w dzie­ciń­stwie. Histo­rie życia pacjen­tów zgro­ma­dzone w archi­wach hostelu Por­t­land to opo­wie­ści o nie­koń­czą­cym się bólu: gwał­tach, biciu, upo­ko­rze­niu, odrzu­ce­niu, opusz­cze­niu, bez­względ­nym nisz­cze­niu psy­chiki. Jako dzieci pacjenci zmu­szeni byli patrzeć na pełne prze­mocy związki rodzi­ców, ich auto­de­struk­cyjne zacho­wa­nia i uza­leż­nie­nia - i czę­sto musieli się nimi opie­ko­wać. Albo zaj­mo­wać się młod­szym rodzeń­stwem, chro­nić je przed prze­mocą, choć sami codzien­nie doświad­czali krzywdy na ciele i duszy. Jeden ze zna­nych mi męż­czyzn wycho­wy­wał się w pokoju hote­lo­wym, gdzie jego zara­bia­jąca pro­sty­tu­cją matka co noc przyj­mo­wała klien­tów, kiedy on spał albo pró­bo­wał spać na leżą­cym na pod­ło­dze mate­racu.

Carl, trzy­dzie­sto­sze­ścio­letni rdzenny Kana­dyj­czyk, jako dziecko był prze­rzu­cany z jed­nej rodziny zastęp­czej do dru­giej. Kiedy miał pięć lat, karano go za prze­kli­na­nie wle­wa­niem do gar­dła płynu do mycia naczyń, a żeby kon­tro­lo­wać nadak­tyw­ność chłopca, zamy­kano go przy­wią­za­nego do krze­sła w ciem­nym pokoju. Kiedy jest na sie­bie zły - tak jak tego dnia, gdy znowu wziął koka­inę - wbija sobie za karę nóż w stopę. Wyznał mi ten "grzech" z miną prze­ra­żo­nego urwisa, który wła­śnie znisz­czył rodzinną pamiątkę i oba­wia się naj­su­row­szej kary.

Inny męż­czy­zna opo­wia­dał mi, w jaki spo­sób jego mamie udało się zatrud­nić maszynę do opieki nad dziec­kiem. - Cho­dziła do baru, gdzie piła i pod­ry­wała kolesi. Uwa­żała, że naj­bez­piecz­niej­szy będę, jeżeli zamknie mnie w suszarce na pra­nie. Na górze kła­dła cięż­kie pudło, żebym nie mógł się wydo­stać. - Dzięki otwo­rowi wen­ty­la­cyj­nemu chłopcu nie gro­ziło udu­sze­nie.

Nie jestem wystar­cza­jąco dobrym pisa­rzem, by oddać sło­wami pra­wie nie­moż­liwą do znie­sie­nia traumę. "Jeste­śmy czę­ściowo nie­zdolni (albo czy­nimy to z wielką trud­no­ścią) do wczu­wa­nia się w doświad­cze­nia innych, co staje się tym bar­dziej wyraźne, im bar­dziej odda­lają się one od doświad­czeń naszych w innym cza­sie, w innej prze­strzeni i odmien­nych w swo­jej jako­ści", napi­sał Oca­lony z Zagłady Primo Levi*7. Możemy poczuć się poru­szeni wia­do­mo­ścią o gło­dzie tra­wią­cym ludzi na odle­głym kon­ty­nen­cie - każdy z nas był prze­cież kie­dyś głodny, nawet jeżeli tylko przez chwilę. Dużo wię­cej wyobraźni potrzeba, żeby zdo­być się na współ­czu­cie wobec osoby uza­leż­nio­nej. Z łatwo­ścią współ­czu­jemy cier­pią­cemu dziecku, ale nie potra­fimy zoba­czyć dziecka w roz­bi­tym i samot­nym doro­słym, który wal­czy o prze­trwa­nie w naszym sąsiedz­twie.

Levi cytuje Jeana Améry'ego, żydow­sko-ame­ry­kań­skiego filo­zofa, który w cza­sie wojny dzia­łał w ruchu oporu i wpadł w ręce Gestapo. "Ktoś raz tor­tu­ro­wany, na zawsze pozo­sta­nie tor­tu­ro­wanym (...). Kto doznał tor­tur, nie może się już zado­mo­wić w świe­cie. Hańba uni­ce­stwie­nia nie da się już wyma­zać (...). Zaufa­nia do świata, które wali się w gruzy po czę­ści już z chwilą otrzy­ma­nia pierw­szego ciosu, a cał­ko­wi­cie dopiero w trak­cie tor­tur, nie da się już odzy­skać"*8. Kiedy doznał traumy, Améry był już doro­słym męż­czy­zną, uzna­nym inte­lek­tu­ali­stą schwy­ta­nym przez wroga pod­czas walki o wyzwo­le­nie. Możemy tylko wyobra­zić sobie szok, utratę wiary i bez­gra­niczną roz­pacz dziecka, które doznaje traumy nie z ręki wro­gów, ale osób naj­bliż­szych.

Nie wszyst­kie uza­leż­nie­nia biorą się z krzywdy i traumy, ale jestem prze­ko­nany, że u ich pod­stawy zawsze leży bole­sne doświad­cze­nie. Ból jest w cen­trum każ­dego uza­leż­nie­nia: tkwi w hazar­dzi­ście, oso­bie uza­leż­nio­nej od inter­netu lub zaku­pów, w pra­co­ho­liczce. Rana może nie być aż tak głę­boka, a cier­pie­nie mniej doj­mu­jące lub cał­kiem ukryte, ale z pew­no­ścią tam jest. Jak się jesz­cze prze­ko­namy, prze­żyte w dzie­ciń­stwie stre­su­jące i trudne doświad­cze­nia kształ­tują zarówno psy­cho­lo­gię, jak i neu­ro­bio­lo­gię uza­leż­nie­nia.

* * *

Kiedy zapy­ta­łem Richarda, pięć­dzie­się­cio­sied­mio­let­niego nar­ko­mana, który uza­leż­nił się jako nasto­la­tek, dla­czego bie­rze, odpo­wie­dział: - Nie wiem. Pró­buję tylko zapeł­nić pustkę. Moje życie to pustka. Nuda. Brak celu. - Rozu­mia­łem go aż zbyt dobrze. - Oto ja. Mam pra­wie sześć­dzie­siątkę na karku, nie mam żony, nie mam dzieci. Chyba ponio­słem porażkę. Ludzie ocze­kują, że się oże­nisz, będziesz mieć dzie­ciaki, pracę, takie tam. Dzięki koka­inie mogę sie­dzieć nad małymi rze­czami jak napra­wia­nie nie­dzia­ła­ją­cego tostera i nie czuć się, jak­bym prze­grał życie. - Umarł kilka mie­sięcy po tej roz­mo­wie z powodu kom­bi­na­cji cho­roby płuc, raka nerki i przedaw­ko­wa­nia.

- Nie bra­łam sześć lat - mówi czter­dzie­sto­dwu­let­nia uza­leż­niona od hero­iny i koka­iny Cathy, która po dłu­giej nie­obec­no­ści znowu zna­la­zła się w brud­nym hostelu w Down­town East­side. Po powro­cie zara­ziła się HIV. - Przez te wszyst­kie lata za czymś goni­łam. To był mój styl życia. Cią­gle cze­goś mi bra­ko­wało. A teraz roz­glą­dam się wokół sie­bie i myślę, czego mi bra­ko­wało, do cho­lery? - Cathy wyznaje, że tęsk­niła nie tylko za nar­ko­ty­ko­wym hajem, ale też za pod­nie­ce­niem połą­czo­nym ze zdo­by­wa­niem nar­ko­ty­ków i wszyst­kimi zwią­za­nymi z bra­niem rytu­ałami. - Nie wie­dzia­łam, co mam ze sobą zro­bić. Czu­łam się pusta.

Całą naszą kul­turę prze­peł­nia poczu­cie pustki. Osoba uza­leż­niona jest jej bar­dziej świa­doma i nie znaj­duje spo­so­bów, by przed nią uciec. Więk­szość z nas potrafi jakoś wyprzeć lęk przed pustką lub zna­leźć inne spo­soby, żeby się nim nie przej­mo­wać. Kiedy nie zaj­mu­jemy niczym umy­słu, mogą poja­wić się złe wspo­mnie­nia, drę­czące lęki, nie­po­kój albo męczący umy­słowy stu­por, który nazy­wamy nudą. Osoba uza­leż­niona za wszelką cenę pra­gnie unik­nąć bycia sam na sam ze swo­imi myślami. Choć w mniej­szym stop­niu, uza­leż­nie­nia beha­wio­ralne są także próbą ucieczki przed pustką.

* * *

Opium, pisał Tho­mas de Quin­cey, jest sil­nym "sprzy­mie­rzeń­cem (...) w walce ze straszną męką życia - nudą".

Czło­wiek chce nie tylko prze­trwać, ale też żyć. Chcemy w pełni doświad­czać życia, prze­ży­wać nie­skrę­po­wane emo­cje. Doro­śli zazdrosz­czą dzie­ciom otwar­to­ści i szcze­ro­ści ich poszu­ki­wań: patrząc na ich radość i cie­ka­wość, tęsk­nimy za wła­sną utra­coną zdol­no­ścią do dzi­wie­nia się wszyst­kiemu. Nuda, jedna z naj­bar­dziej pod­sta­wo­wych trud­no­ści, z jakimi musi się mie­rzyć "ja", jest jed­no­cze­śnie jed­nym z cięż­szych do znie­sie­nia sta­nów psy­chicz­nych.

Dla osoby uza­leż­nio­nej nar­ko­tyk jest spo­so­bem na to, żeby cho­ciaż przez chwilę znowu poczuć się żywą. "Zachwy­cam się zwy­czaj­no­ścią", pisze o swoim pierw­szym mor­fi­no­wym odlo­cie Ste­phen Reid, który nie tylko pisał, lecz także napa­dał na banki. Tho­mas de Quin­cey twier­dzi, że mor­fina ma moc sty­mu­lo­wa­nia "wraż­li­wo­ści na przy­jem­ność".

Carol ma dwa­dzie­ścia trzy lata i mieszka w pro­wa­dzo­nym przez Por­t­land Society hostelu Stan­ley. W nosie i war­gach ma kol­czyki, na szyi łań­cuch, na któ­rym wisi czarny meta­lowy krzyż. Na gło­wie ma różo­wego iro­keza, zakoń­czo­nego opa­da­jącą na plecy kaskadą blond wło­sów. Ta bystra dziew­czyna o ostrym umy­śle zażywa dożyl­nie metam­fe­ta­minę i hero­inę, od kiedy ucie­kła z domu w wieku pięt­na­stu lat. Hostel Stan­ley to jej pierw­szy stały adres po pię­ciu latach miesz­ka­nia na ulicy. Dzi­siaj aktyw­nie działa w pro­gra­mach reduk­cji szkód i zaj­muje się wspie­ra­niem innych uza­leż­nio­nych. Wystę­po­wała na mię­dzy­na­ro­do­wych kon­fe­ren­cjach, a jej tek­sty cytują eks­perci od uza­leż­nień.

Pod­czas wizyty, na któ­rej dostaje receptę na meta­don, tłu­ma­czy mi, dla­czego doświad­cze­nie z metam­fe­ta­miną uważa za nie­zwy­kle cenne. Mówi ner­wowo, szybko i cią­gle się wierci, co jest skut­kiem wielu lat uży­wa­nia sub­stan­cji pobu­dza­ją­cych, ale też praw­do­po­dob­nie wynika z nad­po­bu­dli­wo­ści, na którą cier­piała, jesz­cze zanim zaczęła brać nar­ko­tyki. Jak każdy wycho­wany na ulicy dzie­ciak z jej poko­le­nia, Carol co dru­gie słowo mówi "no" i "tego".

- No, od takiego dobrego strzału, że aż chce ci się kasłać, no, i czu­jesz takie cie­pło, że tego, jakby coś cię naprawdę wal­nęło, no, i twój oddech przy­spie­sza - mówi. - Tro­chę jak dobry orgazm, jeżeli lubisz seks, ni­gdy tak o tym nie myśla­łam, ale w ciele dzieje się to samo. Po pro­stu nie koja­rzy mi się to z sek­sem. Jestem total­nie pod­ja­rana (...), ja lubię ciu­chy, lubię nocą wycho­dzić na West End, kiedy nie ma wiel­kiego tłoku, łazić bocz­nymi ulicz­kami i śpie­wać. Szpe­ram mię­dzy rze­czami, które powy­rzu­cali ludzie, wszystko wydaje się takie nie­sa­mo­wi­cie cie­kawe.

Pra­gnie­nie, żeby dzięki nar­ko­ty­kom wydo­być się ze stanu emo­cjo­nal­nego odrę­twie­nia, nie jest po pro­stu zachcianką nasto­latki. To odrę­twie­nie jest kon­se­kwen­cją pro­ble­mów emo­cjo­nal­nych, któ­rym nie jest winna: wewnętrz­nego zamro­że­nia wraż­li­wo­ści (vul­ne­ra­bi­lity).

Angiel­skie słowo vul­ne­ra­bi­lity pocho­dzi od łaciń­skiego vul­ne­rare (ranić) i ozna­cza podat­ność na zra­nie­nie. Ta wraż­li­wość to część naszej natury i nie możemy przed nią uciec. Naj­lep­sze, co może zro­bić umysł, kiedy ból staje się tak silny, że zagraża zdol­no­ści funk­cjo­no­wa­nia, to odciąć moż­li­wość świa­do­mego odczu­wa­nia. Mecha­nizm wypie­ra­nia bole­snych emo­cji jest pod­sta­wo­wym spo­so­bem obrony, dzięki któ­remu dziecko może prze­trwać traumę, która ina­czej mogłaby oka­zać się dla niego cał­ko­witą kata­strofą. Nie­do­brą kon­se­kwen­cją jest jed­nak cało­ściowe stę­pie­nie świa­do­mo­ści wła­snych emo­cji. Ame­ry­kań­ski pisarz Saul Bel­low w Przy­pad­kach Augie'ego Mar­cha, pisał: "jeśli bowiem stłu­mić jedną rzecz, tłumi się rów­nież przy­le­głą"*9.

Intu­icyj­nie wiemy, że lepiej jest czuć, niż nie czuć. Emo­cje nie tylko dodają smaku życiu, są też istotne w walce o prze­trwa­nie. Nadają kie­ru­nek, pozwa­lają zro­zu­mieć, co się dzieje, są źró­dłem istot­nych infor­ma­cji. Mówią, co dla nas dobre, a co nie­bez­pieczne, co jest dla nas zagro­że­niem, a czego potrze­bu­jemy, żeby doj­rze­wać. Wyobraź sobie, jak bez­radni byli­by­śmy w świe­cie, gdy­by­śmy nie potra­fili odczu­wać zimna, cie­pła czy fizycz­nego bólu. Odcię­cie się od emo­cji działa podob­nie. Emo­cje są bowiem nie­zbęd­nym narzę­dziem pozna­wa­nia świata, są jak jeden ze zmy­słów i sta­no­wią o tym, kim jeste­śmy. Spra­wiają, że życie jest cie­kawe, pełne wyzwań, piękne i nie­po­zba­wione sensu.

Kiedy odci­namy się od wraż­li­wo­ści, tra­cimy część zdol­no­ści do odczu­wa­nia emo­cji. Możemy wręcz stać się zupeł­nie na nie nie­czuli i nie­zdolni sobie nawet przy­po­mnieć, że kie­dyś byli­śmy naprawdę szczę­śliwi albo smutni. Otwiera się wtedy zie­jąca prze­paść, czu­jemy się głę­boko osa­mot­nieni i doświad­czamy stanu abso­lut­nej pustki, który opi­sa­łem wcze­śniej.

Cudowna moc nar­ko­tyku polega na tym, że jed­no­cze­śnie chroni przed bólem i daje poczu­cie eks­cy­ta­cji i sensu. - Moje zmy­sły nie są przy­tłu­mione, prze­ciw­nie, otwie­rają się i roz­sze­rzają - tłu­ma­czyła mi młoda kobieta, któ­rej ulu­bione nar­ko­tyki to koka­ina i mari­hu­ana. - Znika za to wresz­cie lęk i cią­głe poczu­cie winy, ot tak! Nar­ko­tyki przy­wra­cają oso­bie uza­leż­nio­nej dzie­cięcą zdol­ność prze­ży­wa­nia, od któ­rej odcięła się dawno temu.

Oso­bom wyczer­pa­nym emo­cjo­nal­nie czę­sto bra­kuje ener­gii, o czym wie każdy, kto doświad­czył depre­sji. Jest to główna przy­czyna zmę­cze­nia fizycz­nego, na które skarży się wielu nar­ko­ma­nów. Jest też wiele innych: nie­od­po­wied­nia dieta; wynisz­cza­jący styl życia; cho­roby takie jak HIV, zapa­le­nie wątroby typu C i ich powi­kła­nia; zabu­rzone wzorce snu, które w wielu przy­pad­kach się­gają dzie­ciń­stwa i są kon­se­kwen­cją znę­ca­nia się lub zanie­dba­nia. - Po pro­stu nie mogłam zasnąć, ni­gdy - mówi Mau­reen, zmu­szana do pracy sek­su­al­nej hero­inistka. - Nie wie­dzia­łam, że w ogóle można się wyspać, dopóki nie skoń­czy­łam dwu­dzie­stu dzie­wię­ciu lat. Tho­mas de Quin­cey uży­wał opium, by "utrzy­mać przez dwa­dzie­ścia cztery godziny, ina­czej spa­da­jącą, zwie­rzęcą ener­gię" - dzi­siejsi użyt­kow­nicy liczą na to, że nar­ko­tyki doda­dzą im sił.

- Nie mogę odsta­wić koka­iny - tłu­ma­czyła mi kie­dyś Celia, pacjentka w ciąży. - To przez HIV - kom­plet­nie nie mam ener­gii. Skałka2 daje mi kopa. - Jej słowa brzmiały jak chora rekon­fi­gu­ra­cja słów psal­mi­sty: "Pan skałą i twier­dzą moją, i wyba­wie­niem moim, Bóg mój opoką moją, na któ­rej pole­gam"3.

- Lubię ten nie­po­kój, zapach i smak - mówi Char­lotte, która od dawna bie­rze koka­inę i hero­inę, pali mari­hu­anę i sama o sobie mówi, że ma fioła na punk­cie spe­eda. - Chyba już tak długo biorę nar­ko­tyki, że (...) sama nie wiem... co, jak­bym prze­stała? Co by było? Prze­cież one dają mi ener­gię.

- Stary, nie wyobra­żam sobie dnia bez skałki - mówi Greg, uza­leż­niony od róż­nych nar­ko­ty­ków męż­czy­zna lekko po czter­dzie­stce. - W zasa­dzie teraz też umie­ram z ochoty...

- Nie umie­rasz z ochoty - popra­wiam. - Umie­rasz, bo bie­rzesz. - Greg jest roz­ba­wiony. - Nie, nie ja. Jestem pół-Irland­czy­kiem, pół-India­ni­nem. - Jasne, bo nie ma tu mar­twych Indian i Irland­czy­ków. Greg odpo­wiada jesz­cze bar­dziej roz­ba­wiony: - Na każ­dego w końcu przyj­dzie pora. To tylko kwe­stia czasu.

Choć tych czworo o tym nie wie, oprócz cho­roby i iner­cji będą­cej wyni­kiem wyczer­pa­nia fizycz­nego i psy­chicz­nego, zma­gają się także z fizjo­lo­gicz­nymi pro­ce­sami zacho­dzą­cymi w uza­leż­nio­nym mózgu.

Koka­ina, jak jesz­cze zoba­czymy, wywo­łuje uczu­cie eufo­rii, ponie­waż zwięk­sza dostęp­ność che­micz­nej dopa­miny w klu­czo­wych obwo­dach mózgu, co jest potrzebne do odczu­wa­nia moty­wa­cji oraz ener­gii fizycz­nej i psy­chicz­nej. W mózgu zala­nym nie­na­tu­ral­nie wyso­kim pozio­mem dopa­miny zaczy­nają się roz­le­ni­wiać mecha­ni­zmy odpo­wie­dzialne za jej pro­duk­cję. Pole­ga­jąc na sztucz­nych wyzwa­la­czach, prze­stają dzia­łać na peł­nych obro­tach. Żeby mogły się zre­ge­ne­ro­wać, potrzebne są dłu­gie mie­siące abs­ty­nen­cji, w któ­rych trak­cie osoba uza­leż­niona czuje się skraj­nie wyczer­pana fizycz­nie i emo­cjo­nal­nie.

Aubrey jest wyso­kim, smu­kłym i samot­nym męż­czy­zną w śred­nim wieku. On też jest uza­leż­niony od koka­iny. Ma zawsze smutny wyraz twa­rzy, a ton jego głosu jest prze­peł­niony rezy­gna­cją i żalem. Kiedy nie bie­rze, czuje się nie­pełny i nie­kom­pe­tentny, co nie ma oczy­wi­ście żad­nego związku z rze­czy­wi­sto­ścią, a jest skut­kiem tego, jak ukształ­to­wało go dzie­ciń­stwo. Zgod­nie z tym, co sam opo­wie­dział, poczu­cie, że jest bez­na­dziej­nym czło­wie­kiem, było czę­ścią jego oso­bo­wo­ści na długo, zanim po raz pierw­szy spró­bo­wał nar­ko­ty­ków.

- Od ósmej klasy dora­stam na nar­ko­ty­kach - mówi Aubrey. - Kiedy zaczą­łem brać, odkry­łem, że pasuję do innych dzieci (...). To było naprawdę coś: poczuć się czę­ścią grupy. Wcze­śniej byłem zawsze ostatni, kiedy wybie­rano dru­żyny. Posłu­chaj, spę­dzi­łem sporo czasu w róż­nych insty­tu­cjach. Długo sie­dzia­łem w celi cztery metry na osiem, więc wiem, jak to jest być samemu. Zresztą wcze­śniej też. Mia­łem trudne dzie­ciń­stwo, prze­cho­dzi­łem od jed­nej rodziny zastęp­czej do dru­giej. Sporo stra­ci­łem, no.

- Ile mia­łeś lat, jak tra­fi­łeś do rodziny zastęp­czej? - zapy­ta­łem.

- Jakieś jede­na­ście. Mój ojciec zgi­nął, potrą­ciła go cię­ża­rówka. Mama nie radziła sobie z nami wszyst­kimi i wtedy poja­wiła się opieka spo­łeczna. Zabrali mnie, bo byłem naj­star­szy. Moi dwaj młodsi bra­cia zostali w domu.

Aubrey sądzi, że tra­fił do domu opieki, bo był "tak nad­po­bu­dli­wym dzie­cia­kiem", że matka nie dawała sobie z nim rady.

- Byłem tam pięć lat. To zna­czy, nie w jed­nym miej­scu. Nie. Cią­gle mnie prze­rzu­cali. Trzy­mali mnie przez rok, a potem już nie mogli (...) i tra­fia­łem w nowe miej­sce.

- Jak się z tym czu­łeś?

- To bolało. Czu­łem, że nikt mnie nie chce. Byłem tylko dzie­cia­kiem (...), dzie­cia­kiem, któ­rego nikt nie chce. W szkole to samo. Uczyły mnie zakon­nice, ale ni­gdy nie nauczy­łem się czy­tać ani pisać, ani nic. Prze­py­chały mnie z klasy do klasy (...), cią­gle byłem za coś karany, więc wyrzu­cali mnie i tra­fia­łem do klasy z cztero- i pię­cio­lat­kami (...), nie było mi dobrze. Wszystko było trudne, czu­łem się głupi. Wszyst­kie te małe dzie­ciaki się na mnie gapiły. Jest lek­cja pisa­nia, one potra­fią, a ja nie. (...) Byłem skryty, długo z nikim o tym nie roz­ma­wia­łem. Zresztą nawet nie mogłem mówić, jąka­łem się, trudno mi się było wysło­wić. Wszystko dusi­łem w sobie. Kiedy jestem pobu­dzony, mówię strasz­nie nie­wy­raź­nie (...). To dziwne, ale koka­ina mnie uspo­kaja4. Podob­nie jak trawa: palę pięć, sześć join­tów dzien­nie. To mnie odpręża. Zmniej­sza napię­cie. Na koniec dnia kładę się i palę. Tak to wygląda, takie jest moje życie. Wypa­lam jointa i idę spać.

Czter­dzie­sto­pa­ro­let­nia Shir­ley, która jest uza­leż­niona zarówno od opia­tów, jak i sty­mu­lan­tów, a także cierpi na cały zestaw cho­rób, przy­znaje, że bez nar­ko­ty­ków czuje się do niczego. Uważa, że potrze­buje koka­iny do życia. - Kiedy pierw­szy raz wzię­łam, mia­łam trzy­na­ście lat. Znik­nęła więk­szość moich zaha­mo­wań, nie­pew­no­ści, nie­za­do­wo­le­nia z sie­bie - zaczę­łam czuć się ina­czej, chyba tak należy to opi­sać.

- Co masz na myśli, mówiąc o zaha­mo­wa­niach? - zapy­ta­łem.

- Zaha­mo­wa­nie (...) to czuć się tak dziw­nie: jak kobieta i męż­czy­zna, kiedy spo­ty­kają się pierw­szy raz i nie wie­dzą, czy mają się poca­ło­wać, tylko że ja się tak zawsze czu­łam. Kiedy bie­rzesz, wszystko idzie łatwiej (...), twoje ruchy są spo­koj­niej­sze, więc nie jesteś już dziwna.

Sam dok­tor Zyg­munt Freud w mło­do­ści przez pewien czas uży­wał koka­iny, żeby "kon­tro­lo­wać okre­sowe spadki nastroju, popra­wiać ogólne samo­po­czu­cie, zre­lak­so­wać się pod­czas napię­tych spo­tkań towa­rzy­skich i po pro­stu poczuć się bar­dziej jak męż­czy­zna"*10. Freud późno zro­zu­miał, że koka­ina może uza­leż­niać.

Koka­ina nie tylko wzmac­nia oso­bo­wość, ale także uła­twia kon­takty towa­rzy­skie, jak zgod­nie opo­wia­dają Aubrey i Shir­ley.

- Zwy­kle jestem tro­chę przy­gnę­biony - mówi Aubrey. - Jak wezmę kokę, staję się kimś innym. Dużo lepiej by się nam teraz gadało, gdy­bym był na koka­inie. Nie poły­kam słów. Nie jestem ospały. Lepiej rozu­miem ludzi. Chęt­nie zaczy­nam roz­mowę. Zwy­kle nie jestem zbyt inte­re­su­ją­cym part­ne­rem do roz­mowy (...). Dla­tego uni­kam ludzi. Nie czuję potrzeby kon­taktu. Sie­dzę po pro­stu w swoim pokoju.

Wielu nar­ko­ma­nów mówi, że pod wpły­wem nar­ko­ty­ków łatwiej im komu­ni­ko­wać się z ludźmi, a kiedy są trzeźwi, czują się potwor­nie samotni. - To mi pozwala roz­ma­wiać, robię się otwarty i towa­rzy­ski - powie­dział mi młody męż­czy­zna uza­leż­niony od meam­fe­ta­miny. - Nor­mal­nie ni­gdy taki nie jestem. Powin­ni­śmy posta­rać się zro­zu­mieć, jak bar­dzo osoba cier­piąca stale na samot­ność pra­gnie na chwilę się z niej wyrwać. Nie mówimy tu o zwy­czaj­nej nie­śmia­ło­ści, ale o głę­bo­kim poczu­ciu izo­la­cji u ludzi, któ­rzy od naj­wcze­śniej­szego dzie­ciń­stwa czuli się odrzu­ceni przez wszyst­kich, nie wyłą­cza­jąc opie­ku­nów.

Nicole jest tro­chę po pięć­dzie­siątce. Po pię­ciu latach bycia moją pacjentką wyja­wiła mi, że jako nasto­latka była wie­lo­krot­nie gwał­cona przez ojca. Ona także ma HIV, a przez powi­kła­nia daw­nej infek­cji bio­dra musi się poru­szać o lasce. - Pod wpły­wem nar­ko­ty­ków robię się bar­dziej towa­rzy­ska - mówi. - Potra­fię mówić, nabie­ram pew­no­ści sie­bie. Zwy­kle jestem nie­śmiała, wyco­fana i nie robię dobrego wra­że­nia. Pozwa­lam ludziom sobą pomia­tać.

* * *

Jest jesz­cze jeden powód, dla któ­rego osoba uza­leż­niona - pomimo bole­snych kon­se­kwen­cji - nie prze­staje brać: nie potrafi sobie wyobra­zić innego życia. Nie potrafi zoba­czyć sie­bie w przy­szło­ści ina­czej niż jako nar­ko­mana czy nar­ko­manki. Nie­za­leż­nie od tego, jak wysoką cenę płaci za uza­leż­nie­nie, boi się, że bez niego prze­sta­nie być sobą. We wła­snym mnie­ma­niu, bez nar­ko­ty­ków utraci "ja".

Carol opo­wiada, że dzięki metam­fe­ta­mi­nie mogła doświad­czyć sie­bie na nowy, lep­szy spo­sób. - Czu­łam się mądrzej­sza, jakby w mojej gło­wie zaczęła nagle pły­nąć rzeka wie­dzy (...). Zro­bi­łam się bar­dziej twór­cza (...). Kiedy zapy­ta­łem, czy żałuje ośmiu lat uza­leż­nie­nia od amfe­ta­miny, odpo­wie­działa szybko: - Nie za bar­dzo. Dzięki temu jestem dzi­siaj tym, kim jestem. Choć może się to wyda­wać dziwne, Carol uważa, że dzięki nar­ko­ty­kom wyrwała się z prze­mo­co­wej rodziny, prze­trwała na ulicy i poznała ludzi, któ­rzy mają takie same doświad­cze­nia. Podob­nie jak wiele osób bio­rą­cych metam­fe­ta­minę, uważa, że ten nar­ko­tyk pomaga mło­dym ludziom prze­trwać na ulicy. Na krótką metę ich życie staje się dzięki niemu zno­śniej­sze. Na ulicy ciężko jest porząd­nie się wyspać: meta spra­wia, że jesteś czujny i w pogo­to­wiu. Nie odczu­wasz głodu, bo metam­fe­ta­mina zabija ape­tyt. Jesteś zmę­czony i nie masz siły? Meta da ci porząd­nego kopa.

Chris jest przy­stoj­nym face­tem, ma zło­śliwe poczu­cie humoru i mozaikę tatu­aży na umię­śnio­nych ramio­nach. Kilka mie­sięcy temu skoń­czył roczną odsiadkę i wró­cił do pro­gramu lecze­nia meta­do­nem. W Down­town East­side jest znany pod dziw­nym przy­dom­kiem Obci­nacz Palu­chów, który podobno przy­lgnął do niego po tym, jak zrzu­cił komuś na stopę cięż­kie prze­my­słowe ostrze. Na­dal upar­cie wstrzy­kuje sobie metam­fe­ta­minę. - Pomaga mi się sku­pić - mówi. Bez wąt­pie­nia przez całe życie ma ADD (Atten­tion Defi­cit Disor­der - zespół defi­cytu uwagi), ale choć akcep­tuje tę dia­gnozę, odma­wia lecze­nia. - Jeden mądry lekarz powie­dział mi kie­dyś, że leczę się na wła­sną rękę. - Z iro­nicz­nym uśmie­chem nawią­zuje do naszej roz­mowy sprzed wielu lat.

W mowie potocz­nej okre­śle­nie "nar­ko­tyk" może odno­sić się do każ­dego nie­le­gal­nego leku. W tej książce, podob­nie jak w języku medycz­nym, poję­cie "nar­ko­tyki" odnosi się tylko do nar­ko­tyków opio­ido­wych wytwa­rza­nych z maku azja­tyc­kiego, takich jak hero­ina i mor­fina, lub syn­te­tycz­nych, takich jak oksy­ko­don. [wróć]

Slan­gowa nazwa koka­iny (przyp. red.). [wróć]

Wszyst­kie tłu­ma­cze­nia cyta­tów z Biblii pocho­dzą z Biblii Tysiąc­le­cia (przyp. tłum.). [wróć]

Jeżeli pacjent czy pacjentka mówią, że pobu­dza­jący nar­ko­tyk działa na niego lub na nią uspo­ka­ja­jąco, dowo­dzi to, że ma ADHD (Zobacz doda­tek I). [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

E. Ley­ton, Death on the Pig Farm: Take one, recen­zja książki The Pick­ton File Ste­vie'ego Came­rona, "The Globe and Mail" 16 czerwca 2007. [wróć]

A. Apple­baum, Gułag, Wydaw­nic­two Agora, War­szawa 2003, s. 366. [wróć]

V.J. Felitti, Adverse Chil­dhood Expe­rien­ces and Their Rela­tion­ship to Adult Health, Well-being, and Social Func­tio­ning (wykład na kon­fe­ren­cji Buil­ding Blocks for a Heal­thy Future, Red Deer, Alberta, 24 maja 2007). [wróć]

J. Pank­sepp, Social Sup­port and Pain: How Does the Brain Feel the Ache of a Bro­ken Heart?, "Jour­nal of Can­cer Pain and Symp­tom Pal­lia­tion" 2005, 1 (1), s. 29-65. [wróć]

N.I. Eisen­ber­ger, Does Rejec­tion Hurt? An FMRI Study of Social Exc­lu­sion, "Science" 10 paź­dzier­nika 2003, s. 290-292. [wróć]

R. Shanta i in., Chil­dhood Abuse, Neglect and House­hold Dys­func­tion and the Risk of Illi­cit Drug Use: The Adverse Chil­dhood Expe­rien­ces Study, "Pedia­trics" 2003, 111, s. 564-572. [wróć]

P. Levi, Pogrą­żeni i oca­leni, przeł. Sta­ni­sław Kasprzy­siak, Wydaw­nic­two Lite­rac­kie, Kra­ków 2007, s. 196. [wróć]

Tamże, s. 22. [wróć]

S. Bel­low, Przy­padki Augiego Mar­cha, przeł. Wacław Nie­po­kól­czycki, Pań­stwowy Insty­tut Wydaw­ni­czy, War­szawa 1990, s. 7. [wróć]

P. Gay, Freud: A Life for Our Time, W.W. Nor­ton, New York 1998, s. 44. [wróć]