3
Mark
Wślizguję się przez okno od północnej strony. Ostrożnie przedarłem się przez błotnistą mieszaninę trawy i śniegu do okna, które mój dziadek dobudował do domu, gdy był jeszcze młody. W ramie ukryto sprytny zatrzask, niewidoczny, jeśli nie wiesz, że tam jest, dzięki któremu można otworzyć okno od zewnątrz. Idealne rozwiązanie dla paranoicznych szpiegów.
Albo dla odtrąconych mężów.
Dopiero w środku zdaję sobie sprawę, jak bardzo zmarzłem, i zatrzymuję się na chwilę, by się rozgrzać, zanim zdejmę mokre buty, płaszcz i rękawiczki, potem ruszam w głąb domu. Kamienna posadzka tłumi dźwięk moich kroków, a ja doskonale wiem, jak prześlizgnąć się obok drzwi biblioteki, by nie zostać zauważonym nawet przez Isolde. Jej zmysły mogą być bardziej wyczulone niż Tristana, ale moja żona nigdy nie musiała skradać się po ciastka obok szpiega z czasów zimnej wojny, mając u boku siostrę bliźniaczkę.
Kochankowie zamknęli drzwi biblioteki, by zatrzymać ciepło, ale to bez znaczenia. Powyginane jakobińskie panele w korytarzu tworzą jednocześnie tylną ścianę regału, a w szczelinie drewna jest szpara, przez którą widzę wnętrze pokoju. W ten sposób sprawdzaliśmy z Melody, czy dziadek zasnął w fotelu, zanim zakradliśmy się do kuchni. Teraz przez tę samą szczelinę widzę w tym samym fotelu Isolde, choć ona nie śpi. Ma na sobie moją białą koszulkę, lniane spodnie zniknęły, a ramiona mojego ochroniarza tkwią między jej jasnymi udami.
Tańczący blask ognia rzuca krótkie migotliwe obrazy: mocny uścisk dłoni Tristana na jej kolanach, ciemne kosmyki włosów opadające na kark, sterczące sutki Isolde pod cienką tkaniną T-shirtu.
Jej włosy, perłowe w świetle ognia, upięte są w niedbały kok, kilka pasm spływa na odsłonięte ramię, a szyja wygina się w łuk, gdy Tristan sunie językiem po wnętrzu Isolde.
Zrzucił wcześniej wełniany płaszcz, został w koszuli i dżinsach, ale wciąż ma na nogach buty, jakby zabrakło mu cierpliwości, by je zdjąć, zanim zanurkował między nogi mojej żony. Nawet ubranie nie ukrywa jego napiętych mięśni, gdy się porusza, rozsuwając uda Isolde coraz szerzej, a jego biodra drgają nieświadomie.
Gorąco pulsuje we mnie, palące i bezkształtne, kiedy patrzę, jak palce Isolde zanurzają się we włosach Tristana. Jego dżinsy napinają się na biodrach i krągłościach pośladków. Ten widok jest wstrząsający. Niebezpieczny dla mnie i dla niego.
To właśnie w tej bibliotece wziąłem go po raz pierwszy. Starałem się tego uniknąć, naprawdę, ponieważ jest pasierbem mojej siostry Blanche, a także z powodu moich planów. Ze względu na tę resztkę niewinności, która wciąż lśniła w jego jasnych oczach, niewinności, której trzymał się kurczowo mimo wojny i śmierci, oraz upartego przekonania, że bycie bohaterem to najwyższe powołanie, a nie największa samotność. Już samo zatrudnienie Tristana było błędem, ale traktowanie go jak konkubenta wydawało się nie w porządku nawet dla mnie.
Po prostu... nie planowałem, że aż tak go polubię.
Kiedy pogrążałem się w rozpaczy po Eliocie, pijany i zagubiony we wspomnieniach ślubu pod opadającymi płatkami magnolii, a Tristan Thomas klęczał u moich stóp z rozchylonymi wargami i oczami zielonymi jak klejnoty...
Cóż, jestem tylko śmiertelnikiem. Nigdy nie uważałem się za bohatera.
Po drugiej stronie regału Isolde dochodzi na ustach Tristana w długim, drżącym szczytowaniu. Wygina plecy i zamyka oczy. Tristan wbija kciuk w mięśnie jej uda i widzę, jak ból przeszywa ją niczym prąd. Wierzy, że na niego zasługuje, a skoro w to wierzy, tylko ból może ją uwolnić. Oczyścić z grzechów. A tych ma tyle, że nawet ja nie podejmę się ich kwestionowania.
Tristan unosi twarz w jej stronę, jego usta w blasku ognia błyszczą od wilgoci, i mówi tak cicho, że ledwie go słyszę:
- To, co zrobiłaś wczoraj w nocy... Możesz to powtórzyć?
Isolde otwiera oczy i obiema dłońmi obejmuje jego szczękę. Jej spojrzenie jest czułe, przy Tristanie trudno nie być czułym, ale widzę nowy rodzaj napięcia w jej ciele. Nie sądzę, by Tristan to zauważył, bo drży z ulgą, gdy Isolde kiwnięciem głowy daje mu odpowiedź.
- Dziękuję - szepcze.
Teraz naprawdę zżera mnie ciekawość, większa niż mroczna dociekliwość zdradzonego męża, większa niż żałosne pożądanie podglądającego rogacza. Patrzę, jak Isolde odchyla się w fotelu. Bez spodni, w za dużym T-shircie, z wciąż odsłoniętą cipą nagle wygląda jak królowa. Z jej stu pięćdziesięcioma siedmioma centymetrami wzrostu i delikatną, lekko piegowatą twarzą lalki. Z uniesioną brodą i górną wargą, na której igra ledwie dostrzegalny cień pogardy.
- Rozbierz się - mówi.
W Tristanie następuje nagła, niemal bolesna zmiana. Opuszcza głowę, jego pierś unosi się gwałtownie. Nie wiem, ile razy to już widziałem. Tę wdzięczną uległość, ten bezmyślny ból, który potrafi ukoić tylko silna dłoń.
Ze spuszczonym wzrokiem Tristan podnosi się z miejsca i sprawnie ściąga koszulę, potem zsuwa buty i skarpetki. Na koniec zdejmuje dżinsy i bokserki i starannie je składa razem z koszulą i skarpetkami. Buty układa idealnie równolegle na szczycie stosu, jakby wszystko czekało na inspekcję sierżanta. Mój ukochany chłopiec z West Point.
W trzewiach czuję bolesny skurcz, gdy patrzę, jak Tristan staje przed Isolde. Nie chodzi tylko o jego nagość, o umięśnione ramiona i płaski brzuch, ciemne owłosienie na udach i najpiękniejszą jego część, wyciągniętą w nabrzmiałej ofierze, ale także o przestrzeń pomiędzy nimi, podatność i władzę splecione w postać rysującą się na tle ognia. Isolde i Tristan odgrywają role dominy i uległego. Nigdy sobie tego nawet nie wyobrażałem, nigdy nie brałem pod uwagę takiej możliwości, a jednak jestem urzeczony spuszczoną głową Tristana i pogardliwym skrzywieniem warg Isolde.
Ona nie tylko odgrywa dominę. Ona nią jest i robi to znakomicie, choć widzę to, czego Tristan dostrzec nie może: drżenie jej palców na podłokietnikach, przełknięcie śliny, zanim znowu się odezwie. Ale kiedy już mówi, jej głos jest równy i nieco twardy.
- Na podłogę - rozkazuje. - Połóż się na plecach.
Polecenie samo w sobie brzmi niewinnie, lecz ocieka pogardą, a Tristan drży. Mimo to szybkim żołnierskim ruchem wykonuje rozkaz. Wkrótce leży rozciągnięty na sprowadzonym z zagranicy dywanie przed kominkiem, ręce ma ułożone wzdłuż ciała, a jego członek unosi się sztywno, zostawiając mokre nitki ciągnące się od żołędzi aż po brzuch.
Tristan wciąga gwałtownie powietrze, gdy Isolde podnosi się i staje obok niego. Unosi drobną stopę i choć z tego miejsca nie mogę tego zobaczyć, wiem, że ten ruch odsłania sekretną różową tkankę między jej udami. Tristanowi brakuje już tchu, jego palce próbują chwycić dywan, kiedy Isolde opuszcza stopę i dociska ją do jego erekcji.
- Proszę - jęczy. - Proszę.
- Spójrz na siebie, jak błagasz. Naprawdę musisz tego pragnąć.
Gdy mówi, przyciska mocniej stopę do jego ciała, a on wygina się w stronę upokarzającego tarcia, z gardłem napiętym do granic.
- Nie potrafię sobie nawet wyobrazić, jak bardzo to boli - szepcze Isolde, naciskając z większą siłą. - Pragnąć czegoś tak bardzo, zwłaszcza po tym, jak byłeś dla mnie taki dobry. - Jej głos wciąż pozostaje chłodny, lecz w tonie pobrzmiewa szczera pochwała. Radzi sobie z Tristanem znakomicie, doskonale balansując na granicy między odebraniem mu władzy, której tak rozpaczliwie pragnie, a prawdziwym poniżeniem.
Jak każdy dobry żołnierz Tristan pragnie posłuszeństwa. Chce dobrze wykonać zadanie. Chce, by zmuszono go do dobrego wykonania zadania. Upokorzenie, kara, ból - wszystko to służy temu jednemu pragnieniu i tylko przenikliwa domina potrafi dostrzec subtelne różnice kryjące się w uległości Tristana. Pożąda surowej jasności, jaką dają bezsilność, umniejszanie i przymus, co jednak nie oznacza, że potrafi zrezygnować z pewności, że jego pan czerpie z tego układu satysfakcję i rozkosz. Poczucie bycia użytym sprawia przyjemność tylko wtedy, gdy mieści się w przestrzeni, do której należy, czy to dzięki podpisanym dokumentom, czy też dlatego, że ktoś - choćby lekkomyślnie - oddał komuś swoje serce.
Niektórzy chcą, żeby nadepnąć im na kutasa, ale nie życzą sobie, by w tym czasie nazywać ich obrzydliwym śmieciem. Co mogę powiedzieć? Taksonomia pieprzenia nie ma końca. Chacun a son go?t - każdemu według gustu.
Uda Tristana rozchylają się szeroko, pięty szorują po dywanie, a ja widzę przestrzeń pod jego jądrami, cienie i jędrne krągłości pośladków. Czuję, jak mój penis twardnieje w spodniach, ale zaciskam dłonie w pięści i wbijam je w drewniane panele, odmawiając sobie dotyku. Wystarczająco źle znosiłem ich podróż jachtem, gdy pieprzyli się przy każdej okazji, a ja kiedy tylko chciałem, mogłem oglądać Tristana ruchającego jak żołnierz na przepustce. Mogłem patrzeć na Isolde we wszystkich tych ślicznych strojach, które dla niej wybrałem, tak samo oszałamiającą w morskiej scenerii jak wtedy, gdy rozdziewiczałem ją na biurku jej ojca. Przez te dziwne dziesięć dni ledwo poznawałem samego siebie. Uchylałem się od interesów, unikałem przebywania wśród ludzi, byle tylko skrycie podglądać mojego ochroniarza i moją żonę, pieprzących się na całym jachcie jak Adam i Ewa przed popełnieniem grzechu pierworodnego, jakby nigdy wcześniej nie znali uroków ciała, choć przecież oboje już wcześniej pieprzyłem do granic wytrzymałości.
Tamtego tygodnia niemal zajechałem się własną ręką.
Tristan jest już blisko szczytu, pewnie był blisko od chwili, gdy posmakował Isolde, a teraz pręży się na dywanie, jakby przypalano go rozżarzonymi węglami. Nie widzę oczu Isolde ani nawet jej twarzy; z tego miejsca dostrzegam tylko wygięcie jej szyi, całkowite skupienie na nim i to, jak bez wysiłku utrzymuje równowagę na jednej nodze, pocierając podeszwą kutasa.
A potem, z precyzją, której nauka zajmuje niektórym dominującym lata, unosi stopę w tym kluczowym momencie, zanim Tristan eksploduje. Jego ciało wykonuje niespokojne, bezwolne szarpnięcie, a z końcówki penisa sączy się sperma, tworząc na brzuchu małą kałużę. Wygląda jak kropla perłowej farby na palecie malarza.
Chcę rozsmarować ją na jego piersi i patrzeć, jak lśni w blasku ognia.
Skowyt Tristana jest czystą, nagą udręką. Ja zaś jestem artystą udręki, jej kapłanem. Słysząc ten dźwięk, wiem, że mógłby dać mi ich jeszcze więcej. Wiem, że potrafiłbym pchnąć go dalej, dręczyć tego nabrzmiałego krwią kutasa tak długo, aż skóra napięłaby się mocno i błyszczałaby nawet sucha. Mógłbym doprowadzić go do płaczu.
Ale Isolde wciąż się uczy, a może po prostu brakuje jej cierpliwości. Rzuca się na niego jak kot na mysz, gdyby tylko kot potrafił skoczyć na mysz dwukrotnie większą od siebie, i już jest nad nim na czworakach, całując go tak mocno, że wydobywa z niego stłumiony pomruk.
Wydaje mi się, że to ja wydaję ten dźwięk, i zaciskam dłonie jeszcze mocniej w pięści. Nie będę się masturbował, patrząc na tych dwoje, nie będę. Nawet człowiek bez skrupułów musi zachować resztki godności.
Moje ciało nie przejmuje się jednak godnością i wiem, że mam namiot w spodniach nawet bez spojrzenia w dół. Cały jestem napięty jak struna, jeszcze zanim Isolde siada na biodrach Tristana i pociera jego członka swoją wilgotną cipką. A kiedy zaczyna się na nim kołysać biodrami, opieram czoło o drewnianą ścianę, ramiona mam wsparte nad głową, a serce wali mi w piersi jak oszalałe.
Tristan próbuje w nią wejść, ale ona mu nie pozwala, odsuwa się lub pochyla do przodu, wygląda to jak niespieszna partia szachów. Nacisk, odwrót. Nacisk, odwrót.
Aż w końcu on pięknie, rozpaczliwie błaga ją, by dała mu wejść, by zakończyła ten ból, by pozwoliła mu sprawić jej przyjemność. Mogłaby dręczyć go w ten sposób tak długo, jak tylko zechce, a Bóg jeden wie, że ja potrafiłbym trzymać go w tym drżeniu całą noc, lecz jej cierpliwość najwyraźniej jest już na wyczerpaniu. Isolde sięga między ich ciała i prowadzi jego członka do swojego wejścia. A potem powoli na nim siada.
- O Boże - mamrocze Tristan, zamykając oczy i wbijając palce w dywan. Każdy mięsień pod wilgotną od potu skórą drży i napina się, a zęby zaciskają się w udręce, którą z trudem wytrzymuje.
Isolde zdaje się czuć to samo, bo jej uda szybko zaciskają się na jego bokach, a głowa odchyla się do tyłu. Dosiada go mocno, tak jak ja robiłem to na tym dywanie. I nie chodzi tu o kierunek pchnięć, lecz o to, kto kogo używa, o władzę wyrwaną wprost z wielkich, silnych dłoni Tristana. Wykorzystuje go, by szczytować, a on w udręczonej rozkoszy rozpaczliwie stara się nie dojść, dopóki ona nie skończy. Ale już niemal całkiem traci kontrolę. Drżącą dłonią sięga ku górze, wsuwa ją pod T-shirt, który Isolde wciąż ma na sobie, i ściska jej pierś.
Mocno, jak sądzę po ostrym krzyku, który wyrywa się z ust Isolde.
Dochodzi ponownie, tym razem na jego członku, i nagle uświadamiam sobie, że nie panuję już nad własną ręką. Sama sięga w dół, rozpina spodnie, a ja masturbuję się tak gwałtownie, że aż boli. Ale nie mam wyboru, bo coś w obrazie mojej żony pieprzącej się z innym mężczyzną sprawia, że mogę tylko ulec.
Nawet gdy T-shirt opada jej za pośladki, nawet gdy jest do mnie odwrócona plecami, widzę wystarczająco dużo, by rozpalić każdą zazdrosną, obsesyjną fantazję, jaka kiedykolwiek we mnie żyła. Linia jej szyi. Odwrócone ku górze podeszwy stóp wsuniętych pod uda Tristana. Włosy w odcieniach złota i kości, zupełnie jak rękojeść jej ulubionego noża, tego, który jej podarowałem, wiedząc, że kiedyś spłynie krwią, tak samo jak jej żarliwa dusza.
To na jej lewej dłoni skupiam wzrok, gdy dosiada Tristana z mrocznym, egoistycznym poczuciem, jakby miała do tego święte prawo. Kołysze biodrami, spijając każdą kroplę skradzionej rozkoszy. W blasku ognia błyska pierścień, wzór wiciokrzewu utrwalony na zawsze w rubinach i złocie. A wewnątrz wygrawerowane są dwa słowa, które wbiłem sobie w pamięć na zawsze.
Quarto optio.
Tristan nie potrafi się już dłużej powstrzymać i całe jego ciało wygina się w powolnym, drżącym łuku. Z jego gardła wyrywa się dźwięk, coś między jękiem a szlochem, jakby orgazm był okrutną torturą zesłaną po to, by go dręczyć. Patrząc na to, jak szarpie dywan, można by pomyśleć, że żywcem zdzierają z niego skórę.
Słodki szczeniak, mój ukochany bohater rozpada się pod wpływem ledwie muśniętej struny.
Nie przestaję się pieścić, gdy Tristan nieruchomieje, choć powtarzam sobie, że zaraz skończę, zapnę rozporek i odejdę. Ale właśnie wtedy Isolde unosi się na kolanach ponad jego biodrami. Jego kutas wysuwa się, a sperma wypływa z niej powoli, spływa z jej ciała na jego brzuch, połyskuje w świetle ognia.
Sięga dłonią w dół, a ja dopiero wtedy rozumiem, co robi, gdy jej lewa ręka, lśniąca i lepka, się unosi. Na obrączce mojej żony połyskuje sperma Tristana.
Isolde przyciska mokre palce do jego warg, a on traci kontrolę, przewraca ją i wchodzi w nią ponownie ze zwierzęcym pomrukiem, który rozpala we mnie głód aż do rdzenia. To ja powinienem być tam teraz, powinienem mieć ich oboje do swojej dyspozycji, powinienem móc wpatrywać się w każdy szczegół splugawionej obrączki. Powinienem ich za to karać, powinienem karać samego siebie za to, jak rozkosznie jest pozwalać im wyrywać mi kawałki serca, które, jak sądziłem, przestało bić w wilgotnej alejce osiem lat temu.
Tristan wbija się w nią raz za razem tak mocno, że aż to słyszę, tak głęboko, że ta dobrze wychowana dziedziczka całkowicie zatraca się pod nim w dzikości. Pot spływa po jego plecach, lśni na ciężko pracujących mięśniach, a ja rozpoznaję w nim tę jego wersję z jachtu, z nagrań kamer, które oglądałem z obsesją graniczącą z nałogiem. Jego dobroć i rycerskość zniknęły. Pozostał jedynie pierwotny instynkt brania, posiadania. Brać i dochodzić tak potężnie i długo, jak to tylko możliwe.
Ach, mój biedny bohater z fetyszem zapłodnienia.
Palce Isolde wplatają się w jego włosy kurczowo, jakby chciała się czegoś uchwycić. To ta sama dłoń, na której wciąż lśni obrączka pokryta nasieniem innego mężczyzny. Mimo całego kuszącego widoku - nagiego ciała, jędrnych pośladków Tristana i migawek różowej cipki Isolde - to na obrączce zatrzymuję wzrok w chwili, gdy spełnienie uderza we mnie jak szarża wroga. Zataczam się w bok, wciągając gwałtownie powietrze, gdy rozkosz rozdziera mi krocze.
Sperma rozpryskuje się na czterystuletnim drewnie. Miesiąc wstrzemięźliwości, który wydaje się latami. Coraz więcej i więcej, za dużo, za mało, o Boże, wciąż za mało. Nawet gdy maluję zabytkowe panele grubymi strugami białego spełnienia, wiem, że chcę więcej, mocniej, gorzej. Nie wystarcza mi uczucie, jak rozlewa się gorącem po udach i kotłuje w podbrzuszu. Chcę, by spaliło mnie żywcem, by zwęgliło mi kości. Żeby nie zostało ze mnie nic, gdy dojdę.
Kiedy kończę, wciąż pozostaje ze mnie zbyt wiele.
W bibliotece kochankowie szczytują razem. Tristan warczy w kark Isolde, a ona wbija pięty w jego krzyż, gdy z urywanym oddechem wyszeptuje jego imię. Potem on leży na niej długo bezwładny, z twarzą ukrytą w jej szyi. Ona gładzi go po włosach, a ogień syczy i trzaska.
- Powinniśmy iść do łóżka - mówi Isolde.
Tristan kiwa głową, ale się nie rusza. Ona nadal głaszcze go po włosach.
Tymczasem ja pogrążam się we własnym cichym odrętwieniu. Zaskoczony sam sobą, całkowitym brakiem samokontroli. Patrzę na spermę spływającą po ścianie i myślę: Jak do tego doszło? Jak to możliwe, że mają nade mną taką władzę?
To miała być na początku tylko gra, wstępna akcja, lewa flanka planu bitwy, który dojrzewał od lat. Myślałem, że potrafię się wznieść ponad to, ponad tych dwoje, że będę mógł patrzeć na nich będących razem z takim samym chłodnym dystansem, z jakim obserwowałbym zabawę dwójki obcych w Lyonesse.
Myślałem, że będę mógł patrzeć, jak się w sobie zakochują, i pozostanę niewzruszony.
Myliłem się.