p
Zamiast wstępu
Mówią, że oprócz naszego prawdziwego świata istnieje również inny - kolebkowy świat, za którym rozpościerają się jeszcze kolejne i następne światy. Niewiele o nich wiadomo. Dlatego, pozwólcie moi Drodzy, że nie będę się nimi zajmować. Opowiem Wam za to o kolebkowym świecie. Otóż wedle tego, co niektórzy o nim mawiają, zanim w świecie rzeczywistym cokolwiek się wydarzy, ma ono swą zapowiedź w świecie kolebkowym - zgodnie z wolą Wszechwładcy. To właśnie tam zapoznają się ze sobą człowiecze dusze, aby uzgodnić warunki, w jakich spotkają się w ludzkich powłokach na Ziemi.
A zatem...
Zatem na jednym z białych obłoków, którymi wypełniony jest kolebkowy świat, siedziała Dusza Żeńska i kołysała nogą. Siedziała i czekała, aż dołączy do niej z woli Wszechwładcy Dusza Męska. Siedziała i marzyła o tym, jak spotkają się tam, na Ziemi, w prawdziwym świecie, i obmyślała na tę sytuację różne okoliczności spotkania.
- Cześć! - Gdy wreszcie Dusza Żeńska usłyszała, natychmiast się odwróciła.
Z pobliskiego obłoku, o sympatycznie lśniącym liliowym kolorze, zerkała na nią Męska Dusza. Aureola Męskiej Duszy była gładka, bez skazy i bardzo spodobała się Duszy kobiecej.
- No, cześć! - Odpowiedziała i zaprosiła ją do siebie, na swoją chmurkę, od tej chwili lekko kołyszącą się w miękkiej liliowej aureoli.
Męska Dusza opadła na obłoczek, przycupnęła obok i zajaśniała srebrzystym blaskiem.
- Lubię cię. - Rzekła i jej blask się nasilił.
- Też cię lubię. - Odpowiedziała mu Dusza Żeńska i wokół jej aureoli przebiegła fala tęczy.
- O czym myślisz?
- O tym, jak spotkamy się na Ziemi. Czy wyobrażasz już sobie, jak to się tam stanie?
- Nie, nie wyobrażam. Bo i po co? Wszystko odbędzie się zgodnie z wolą Wszechwładcy. Po co o tym rozmyślać? - Odpowiedziała Męska Dusza i chuchnęła w nią zimnym podmuchem.
Mimo to Dusza Żeńska zbliżyła się do Duszy Męskiej i poczuła jej ciepło.
- Jesteś gorąca, Duszo, ale mówisz tak chłodno...
- Przyzwyczaj się do tego, bo tak samo będzie ze mną na Ziemi.
- No to obdarzył mnie Wszechwładca szczęściem! A niech mnie... Moja przyszła połówka jest gorąca na ciele, ale zimna w rozmowie, a na dodatek nie jest ciekawa przyszłości... Ależ będę się musiała z tobą nacierpieć na tej Ziemi. - Odpowiedziała Żeńska Dusza i jej aureola nieco zmatowiała.
Męska Dusza zmierzyła Duszę Żeńską badawczym spojrzeniem i tym razem chuchnęła w jej kierunku ciepłym powiewem.
- Hej! Nie złość się. Jestem mimo wszystko dobrą Duszą, choć owszem: trochę "z grubsza ciosaną" - jak powiedział o mnie Wszechwładca, ale jestem cierpliwa i wytrwała. Więc może będzie nam ze sobą dobrze, bo już cię polubiłem.
Żeńska Dusza ponownie zajaśniała tęczowym światłem i odpowiedziała:
- No to nie będę na ciebie zła, a jeśli już... to tylko troszeczkę, i na niedługo. A w ogóle, to wiedz, że jestem przebiegła i zaradna, czasami lubię też pofantazjować. Poza tym bywam okropnym pracusiem i uwielbiam czytać książki.
- To miłe cechy, szczególne w życiu rodzinnym. Tylko że ja chyba nie będę chciał się zbyt szybko ożenić. Kocham wolność, wiatr we włosach, więc...
- Więc najwyraźniej Wszechwładca miał rację, mówiąc o twym "z grubsza obciosaniu" - Żeńska Dusza zakończyła za nią - Tylko dlaczego akurat mnie obdarowuje taką połową? Co zrobiłam źle?
Męska Dusza rozjaśniła się, nie rozumiejąc ciemnoniebieskiego koloru swej towarzyszki, i zapytała:
- A ty, co? Oczekujesz ode mnie tylko i wyłącznie bieli? Czystej aury, bez skazy? No to idź do Wszechwładcy i proś, by nie wysyłał cię na Ziemię. Bo tacy niewinni to pomieszkują tylko tutaj. Jednak, gdy pójdziesz, on wyśle cię na Ziemię... jeszcze szybciej, żebyś za dużo sobie nie nawyobrażała i nie oczekiwała na wyrost. A mówisz, iż jesteś przebiegła! Czuję, że i ja, choliwcia, nacierpię się z tobą na tej Ziemi.
Dusza Żeńska zbladła i trochę się skurczyła.
- No, dobra. Nie szkalujmy się nawzajem. - Powiedziała i ponownie rozkwitła. - Lepiej obmyślmy, jak spotkamy się tam, na Ziemi. Masz jakieś sugestie?
- Ja? Nie, nie mam. Po co mi one? Gdy już cię trochę poznałem, boję się cokolwiek zasugerować. - Męska Dusza dokładnie zbadała ją wzrokiem i dodała - Powiem ci za to coś innego: jesteś bardzo duża, więc raczej nie sposób, bym cię nie zauważył. Prawdopodobnie będziesz chciała być wysoka, bo taka dusza potrzebuje czegoś, żeby się zmieścić. Tylko, proszę, nie wyrastaj nazbyt ponad przeciętność, bo takich się boję. I nie bądź zbyt mała, bo, jak mawiają, takie czasem kompensują niewielki wzrost zarozumiałością.
- Zobacz, jak bardzo jesteśmy pryncypialni. Już teraz sądząc po twojej krągłości, na Ziemi będziesz gruby, niezgrabny i zawsze niezadowolony. No, ale cóż... Jestem skazana na zakochanie się w tobie. O, Wszechwładco, pomóż mi!
Dusza Żeńska poderwała się z obłoku, zawirowała trochę w przestworzach i ponownie opadła na swe wymoszczone gniazdko.
- Nalatałaś się?! Lataj, lataj, zanim zadzwoni dzwonek, i nie myśl więcej o tym, w jakich okolicznościach się spotkamy. Czy to naprawdę ma jakieś znaczenie? Dla mnie, drepcząc po omacku, możemy się nawet walnąć łbem o łeb. Wszystko jedno!
- Co?! Wszystko ci jedno? I naprawdę wolisz, abym cię spotkała, gdy oberwiesz solidnego kuksańca w głowę? Czy ty rozumiesz, czego chcesz?! - Żeńska Dusza ponownie uniosła się nad obłok i zaświeciła jeszcze mocniej.
- Jasne, że rozumiem! - Męska Dusza również uleciała i zawirowała wokół Żeńskiej. - Tak! Chcę cię poznać w momencie, gdy i ty dostaniesz kuksańca w to swe inteligentne czółko. Proszę Cię, Wszechwładco, niech tak się stanie!
Dusza Żeńska nie zdołała już nic odpowiedzieć, bo zadzwonił dzwonek i... jakby po machnięciu czarodziejskiej różdżki zmieniła się w złociste zanikające iskierki.
- Odleciała bez pożegnania! Prawdziwa kobieta! Okej... Wkrótce spotkam się z nią na Ziemi.
Po jakimś czasie zadzwonił dzwonek i dla niej: Męskiej Duszy.
Nudziła się i niecierpliwiła Męska Dusza, wyczekując na ten dzwonek. Słysząc go, bezzwłocznie rozsypała się na iskierki i uleciała... Za Żeńską Duszą. Na Ziemię.
- 1 -
Jest coraz bardziej przerażona. Już od blisko godziny siedzi w antywirusowej maseczce w hali przylotów lotniska Regana w Waszyngtonie i kompletnie nie wie, co dalej robić? Nikt po nią nie przyszedł! Przyleciała rejsowym z Nowego Yorku, wymęczona, otumaniona wcześniejszym całodniowym lotem z Warszawy i chciałaby wreszcie odpocząć, zdjąć tę cholerną maseczkę, wyluzować się, a tu - taka przykra niespodzianka... Jak mogła tak lekkomyślnie zaufać zapewnieniom obcej osoby, która obiecała, że kogoś podeśle po nią na lotnisko, że ktoś na pewno będzie czekać w hali przylotów, skąd ją bezzwłocznie odbierze... Jak mogła tak naiwnie w to uwierzyć!?
Odległy kontynent, do którego po raz pierwszy w swym życiu przybywa, wyludnione otoczenie za sprawą szerzącej się pandemii - wszystko to, wraz z chłodem lotniskowej obojętności, przytłacza ją. Jej umysł zablokowany strachem nie jest w stanie zainicjować żadnego racjonalnego działania. A takie powinna podjąć jak najszybciej. Musi! - Ponieważ na zewnątrz coraz bardziej zapada zmrok i personel lotniska wkrótce zacznie przygotowywać port do pracy w reżimie nocnym. To oznacza, że z powodu pandemii covid-19 i tak nielicznie dotąd funkcjonujące bary i sklepiki zaczną się zamykać, że na hale wjadą ekipy z maszynami odkażającymi i sprzątającymi, a służby informacyjne, będące ostatnią ostoją, do której wciąż jeszcze mogłaby się zwrócić o pomoc, opuszczą lotnisko i pozostawią ją samą sobie, jak przysłowiową ofiarę na pastwę bezdusznego losu.
Kretynka! - Oto co jedynie ciśnie jej się teraz do ust i co mimowolnie wyartykułowała na głos, i to tak donośnie, że śpiący na sąsiedniej ławce zdrożony mężczyzna, zaniepokojony jej okrzykiem, otworzył oczy i półsennym wzrokiem zmierzył ją od stóp do głów. Najwidoczniej uznał, że zachowanie nieznanej mu kobiety nie odbiega od normy, gdyż po krótkiej chwili wrócił do swej drzemki.
Tymczasem myśli dziewczyny stają do bezpardonowej potyczki z jej zranioną dumą: ostrzegała cię matka, abyś dodatkowo zapisała w kalendarzyku wszystkie niezbędne kontakty, z których będziesz mogła skorzystać w razie nieprzewidzianej sytuacji? - Ostrzegała! A ty, co? Zignorowałaś radę matki. Uwierzyłaś, że całkowicie wystarczy ci kilka notatek wklepanych poprzedniego dnia do smartfonu. No to masz teraz!... Jak mogłaś, kretynko, dopuścić do tego, aby ten najbardziej zaufany przez ciebie przedmiot - smartfon - został w twym mieszkaniu w Starych Babicach? No, jak mogłaś o nim zapomnieć, beznadziejna wariatko, pospiesznie wybiegając z domu do czekającego na ciebie w samochodzie Sebastiana?! Chłopak poproszony przez twoją przyjaciółkę Olgę był na tyle uprzejmy, by zawieźć cię na lotnisko Chopina w Warszawie... Tak, to miło z jego strony. Doceniłaś ten gest, obdarzając go na pożegnanie żarliwym buziakiem. (Swoją drogą - moja droga - uważaj! Facet, mimo że sprawia wrażenie statecznego i porządnego gościa, jeszcze za dużo sobie nawyobraża, a przecież jest żonaty od ledwie roku, na dodatek z twą najlepszą przyjaciółką!). No i czemu przez całą drogę, miast dokonać ostatniego przeglądu sytuacji, ty - z determinacją jakiejś maniaczki - kłapałaś przy nim ozorem jak najęta, dzieląc się z tym przystojniakiem bzdurnymi babskimi nadziejami związanymi z nowo podejmowaną pracą?... Zaraz, zaraz! - A w ogóle, od kiedy stałaś się taka gadatliwa przy facetach, beznadziejna introwertyczko? Miast użalać się przed mężem przyjaciółki - nie trzeba ci było właśnie wtedy sięgnąć po telefon i zadzwonić do mamy? Widząc, że jego nie masz, byłaby jeszcze szansa na ogarnięcie zaistniałej sytuacji... No i sięgnęłaś, owszem, sięgnęłaś durna dziewczyno, ale dopiero po odprawie paszportowej. Z góry uznałaś, że to będzie najlepszy moment na pocieszenie mamusi, iż "wszystko, mamuś, leci jak z płatka". No i poleciało... Jak cholera poleciało jak z płatka, na łeb i szyję poleciało. Gratuluję!...
Kurczę! Co ja mam teraz robić? - W końcu myśli dziewczyny skierowały się na bardziej pragmatyczne tory. - Nie mam telefonu, nie pamiętam oczywiście nawet numeru do moich pracodawców, więc jak mam ich poinformować, że od ponad godziny jestem i niecierpliwię się tutaj, na lotnisku w Waszyngtonie? - Chyba najlepiej będzie, gdy po prostu zaczekam na kolejny rejsowy z Nowego Yorku. Możliwe, że podczas rozmowy z panią Alicją doszło między nami do jakiegoś nieporozumienia. Każdego dnia z Nowego Yorku do Waszyngtonu przylatuje kilkanaście samolotów. Może więc wyraziłam się nieściśle i pani Alicja zrozumiała, że przylecę o innej porze? Pewno tak... Tak właśnie musiało się stać. Trudno. Muszę sobie teraz radzić sama. Do przylotu kolejnego rejsowego, i ostatniego w tym dniu samolotu, mam jeszcze grubo ponad półtorej godziny. Zasięgnę języka w biurze informacyjnym dla podróżnych, bo na szczęście to biuro wciąż jeszcze tu pracuje...
Pracownica Airport information office - młoda piękna mulatka z przyklejonym uśmiechem na twarzy, sympatycznie prezentującym się nawet pod przezroczystą antycovidową przyłbicą, sprawnie pomogła ustalić Mariannie optymalną trasę do małej miejscowości Taneytown w stanie Maryland, gdzie znajduje się dom i winnica pani Alicji. Wydrukowała też dla niej mapkę ze szczegółową trasą podróży, którą, siedząc w wygodnym fotelu biura, zaczęła teraz skrupulatnie studiować. Ponieważ zależało jej, aby podróż była możliwie najtańsza, będzie musiała kilkakrotnie zmieniać środek lokomocji. I tak, w kolejności: najpierw czeka ją podróż liniami Greyhoundu przez Baltimore do Frederick. Tu - na Transit Center będzie musiała się przesiąść do lokalnej linii w kierunku Emmitsburga, skąd podmiejskim autobusem dojedzie do docelowego Taneytown. Jednak to nie koniec. Dalej czeka ją jeszcze pieszy przemarsz z walizą i plecakiem po kompletnie nieznanej okolicy do Commerce St - czyli tam, gdzie znajduje się dom, którego właścicielka: Alicja Fimié wynajęła ją do pracy. Najgorsze jednak jest to, że podczas tej całej eskapady będzie musiała się obyć ledwie jedną jedyną butelką wody mineralnej i paczką herbatników. Po odliczeniu kosztów podróży po prostu na nic więcej nie starczy jej pieniędzy.
Sfrustrowana tym faktem zdała sobie sprawę, że jeśli zaproszenie do pracy okazałoby się w ogóle czyimś nieodpowiedzialnym żartem, wtedy do domu w swych Starych Babicach musiałaby wracać na piechotę, po drodze, rzecz jasna, przepływając Atlantyk wpław albo... Nie! Nie chciała nawet myśleć o tym "albo", podświadomie rozumiejąc, że konsekwencje takiego "albo" byłyby dla niej absolutnie nie do przyjęcia.
- 2.1 -
Gdy wróciła z biura informacyjnego do swej ławeczki, z konsternacją stwierdziła, że została zajęta. Całą okupowała starsza ciemnoskóra kobieta z czwórką małych dzieci. Być może fakt, że wszystkie pociechy kobiety były w maseczkach, dzieciarnia zachowywała się w miarę spokojnie, nie zakłócając ciszy. Na szczęście Marianna niedaleko dojrzała obszerny welurowy fotel. W Polsce takie siedziska pousuwano z miejsc publicznych, z uwagi na wymogi sanitarne służące zapobieganiu szerzenia się pandemii, tutaj, okazuje się, wciąż funkcjonują w najlepsze. Prędko do niego podbiegła. Dopiero gdy siadła w przepastnym miękkim zagłębieniu, gdy chwilę odpoczęła, była w stanie ponownie zacząć rozmyślać o czekającej ją przymusowej eskapadzie. A rozmyślając, poczuła, jak oczy mimowolnie zaczęły wypełniać się łzami, które za moment uleją się nad jej naiwnym zaufaniem w ludzką dobroć. Życzliwość, którą w swym własnym przekonaniu zawsze okazywana wszystkim znajomym, ale i nieznajomym, oto odpłaca jej się teraz pięknym za nadobne. - Pamiętaj Marysiu! Nie wolno bezkrytycznie ufać ludziom, córeczko... - niczym echo z odległego dzieciństwa rozbrzmiewały teraz w jej myślach słowa przedwcześnie zmarłego ojca. Na pewno tata miał rację, ale dlaczego miałaby nie ufać takiemu Łuszyńskiemu - założycielowi i właścicielowi świetnie prosperującego portalu Akademia Pisarza, za którego poręczeniem podjęła się tej pracy? A poza tym, to właśnie u Iwana Łuszyńskiego, jeszcze do wczoraj pracowała jako redaktorka, ale także jako autorka publikacji tworzonych dla potrzeb portalu. To Łuszyński, za rekomendacją jej mamy, która z kolei była zaprzyjaźniona z jego matką, w rok po ukończeniu przez Mariannę studiów dziennikarskich wciągnął ją, tę cichą introwertyczną dziewczynę, do swego medialnego przedsięwzięcia, przysposobił do zawodu redaktorki, przyuczył i zachęcił do wspólnego robienia biznesu. Gdyby nie on - na pewno do dzisiaj ślęczałaby za ladą małego butiku z biżuterią i pamiątkami i naiwnie marzyła o tym, jak to kiedyś, w przyszłości zakocha się szczęśliwie w księciu z bajki, a potem jak zostanie wielkim pisarzem. Od czasu studiów takie były jej przecież najważniejsze marzenia. Jednak, żeby już tak do reszty nie narzekać na tę nieciekawą pierwszą po studiach pracę, musi tu oddać pewną sprawiedliwość: miała ona także niekwestionowane walory - na przykład: nie było w niej zbyt dużo do roboty. Podczas przesiadywania przed butikowymi półkami mogła sporo czasu poświęcić na uprawianie swego ukochanego hobby: pisania. To wtedy zresztą na zwykłych kartkach papieru, ręcznie i pospolitym długopisem napisała swą pierwszą w życiu powieść. Zatytułowała ją trochę dziwnie, a może prowokacyjnie: "Książka o cichych ludziach", czyli takich ludziach jak ona. Ona Marianna uważa, że cisi ludzie to ci, którzy mają wiele do powiedzenia. Nie trwają w ciszy ze strachu przed mówieniem, ale rozmawiają tylko z tymi, którzy potrafią je zrozumieć. Dlatego chciała w tej powieści ustami swych bohaterów porozmawiać z czytelnikami, którzy, jak ona - wolą być cisi. Chciała dowiedzieć się, dlaczego tacy są, a może: dlaczego ona sama jest taka? Nie dowiedziała się. Nigdy powieści tej ani nie wydała, ani nikomu nie dała do przeczytania.
I jeśli ze stałą pracą, dzięki mamie i Łuszyńskiemu, jakoś w końcu się ułożyło, to w życiu osobistym wciąż było nijak. Wprawdzie jeszcze podczas nauki w liceum, na dwa lata przed maturą poznała kogoś wyjątkowo. Kogoś, jak jej się wtedy zdawało, absolutnie fascynującego, wzbudzającego zaufanie, mówiąc krótko - poznała swego pierwszego w życiu mężczyznę.
Przyjaciele nazywali go "sinior professore". Znajomość z tym mężczyzną na długie lata odcisnęła się piętnem nie tylko na uczuciowym życiu Marianny. "Sinior professore" był artystą sztuki cyrkowej, a konkretnie treserem zwierząt. I, co nie było tu bez znaczenia, był od niej dużo, dużo starszy. Od pierwszych chwil poczuła w jego osobie powinowatą duszę. Jego niebieskie jak lazur południowego nieba oczy - mądre i przenikliwe, jego kruczoczarne włosy (typowe dla urody południowca z rejonu włoskiej Kampanii), ale przede wszystkim okazywane przez niego jej - młodej, niedoświadczonej życiowo dziewczynie, żarliwe uczucie - zrobiły swoje: zakochała się w tym mężczyźnie na zabój. Przez całe wakacje jeździła z jego trupą cyrkową po Polsce, od pierwszego dnia podróży ofiarowując mu swój nieustający podziw, zauroczenie, czas i oczywiście w końcu swe święcie dotąd strzeżone dziewictwo... I czy zawiniło spontaniczne uczucie, które i jej, i - co gorsza - temu doświadczonemu mężczyźnie odebrało cały rozsądek, dość powiedzieć, że dziewczyna po swym pierwszym razie zaszła w ciążę. Dowiedziała się jednak o fakcie dwa miesiące później, u ginekologa, do którego zmusiła ją, aby poszła, jej matka, zaniepokojona niespodziewanym obfitym krwawieniem córki. Okazało się, że doszło do samoistnego poronienia... Diagnoza lekarza była dla Marianny szokiem: "być może nigdy więcej nie będzie pani mogła zajść w ciążę...". I dziewczyna miast wpaść w szok, a przynajmniej miast się zmartwić, już po kilku godzinach z takim stanem rzeczy pogodziła się. - Nie będę mogła mieć dzieci? Trudno. Widocznie mam inne do wykonania w życiu zadanie. Zostanę wielką pisarką! - I po raz pierwszy uświadomiła sobie, czego tak naprawdę oczekuje od życia, po raz pierwszy tak wyraziście wyświetliło się w jej myślach najważniejsze marzenie, a właściwie konkretny cel, do którego odtąd będzie za wszelką cenę dążyła.
Niezrażona zatem traumatycznym życiowym doświadczeniem podczas kolejnych wakacji znów dołączyła do taboru i na powrót wróciła do mężczyzny o "oczach jak lazur południowego nieba". - Jeśli mam zostać wielką pisarką, gdzie lepiej nauczę się życia, jak nie u boku i pod opieką dojrzałego mężczyzny?
I rzeczywiście: "sinior professore" jak przypuszczała, uczył ją wszystkich i smaków, i kolorów życia. Nie tylko tego rozgrywającego się w cyrkowych wozach, na i za areną, ale także tego najprawdziwszego życia - przewijającego się za oknami wędrującego po kraju taboru. Do dziś na przykład ze wzruszeniem wspomina dzień, gdy w jednej z małych miejscowości znajdujących się na trasie przejazdu zaprowadził ją do miejscowego kościółka. Odbywał się w nim letni festiwal muzyki organowej Jana Sebastiana Bacha. Wspaniała monumentalna toccata i przeszywające serca słuchaczy dźwięki fugi d-moll, a potem patetycznie i wzniośle rozbrzmiewające z wiekowych kościelnych organów passacaglia - przeniosły ją w inny wymiar świadomości. I nagle, niczym po obrzędowym katharsis, poczuła, jak pod wpływem transcendentalnej muzyki całkowicie oczyszcza się wewnętrznie i na zawsze odmienia się jej dusza. Oto w jednej chwili ona - dziewiętnastoletnia dziewczyna, dla wielu jej starszych kolegów wciąż jeszcze smarkula - staje się zupełnie inną Marianną. Ubogaconą wewnętrznie Marianną. Młodą osobą, która, jak piękny motyl nagle przepoczwarzony z larwy, rozpoznaje w sobie dojrzałą, świadomą swych walorów i życiowych celów kobietę.
Po drugim sezonie wakacyjnym i po ukończeniu szkoły średniej raz na zawsze pożegnała się z taborem i z mężczyzną "o oczach jak lazur południowego nieba". Przekonała ją w końcu do takiej decyzji matka. Do dziś pamięta jej słowa: Najważniejszy mężczyzna w życiu kobiety, moja Maryś, to nie jej pierwszy, a ten, który sprawi, że nie będzie chciała mieć następnego... Zgodziła się z matką. Widocznie ten "jej pierwszy" nie okazał się najważniejszym...
Po zakończeniu szkoły średniej rozpoczęła naukę dziennikarstwa i komunikacji społecznej na wydziale filologicznym Uniwersytetu Warszawskiego. W tym celu miesiąc wcześniej przeprowadziła się ze Starych Babic do Warszawy. Nie musiała tego robić: stare Babice to podstołeczna gmina, z miastem połączona kilkoma liniami podmiejskich autobusów. Zdecydowała się na zmianę miejsca zamieszkania z pragmatycznego powodu: po prostu nadarzyła się okazja, by się usamodzielnić. W Warszawie mogła nieodpłatnie zająć mieszkanie swej stryjecznej siostry Felicji, która właśnie wyjeżdżała na kilkuletnie studia lingwistyczne do Mongolii. Felicji, która nie miała rodzeństwa, bardzo było na rękę zostawić mieszkanie pod opieką kogoś odpowiedzialnego, a przede wszystkim zaufanego, takiego właśnie jak Marianna. I, ku obopólnej korzyści sióstr stryjecznych, tak się stało. Wraz z mieszkaniem Marianna otrzymała jeszcze jeden od Felicji niespodziewany bonusik: czterdzieści słoiczków z sosami pomidorowymi, kilkadziesiąt z kabaczkami, papryką, z ogóreczkami kiszonymi, przecierami z buraków, wspaniałych sześć półlitrowych słoików keczupów - krótko mówiąc: przepyszne dodatki do codziennych kuchennych wiktuałów na całe długie miesiące, a nawet, można przypuszczać - lata. Mistrzyni domowych przetworów, niezrównana w pichceniu Felicja, przygotowała je oczywiście dla samej siebie, do końca nie wierząc, że wyjazd na dalekie studia dojdzie do skutku. Jednak, skoro już się stało, jak się stało, to nawet się ucieszyła, że przetwory się nie zmarnują, a posłużą jej ulubionej stryjecznej siostrzyczce, Mariannie. "Zobaczysz: jedząc je, aż język ci ucieknie do podłogi, takie to pyszności!" - zapewniała ją. I miała rację: przetwory naprawdę okazały się przepyszne, o niezrównanym delikatnym i wysublimowanym smaku... Słowem: palce lizać! Nic więc dziwnego, że już po kilku miesiącach pomieszkiwania Marianny nie ostał się z przetworów Felicji nawet słoiczek. Nawet najmniejszy słoiczek. (Szkoda tylko, że przy najbliższej okazji Marianna zapomniała siostrze za te wszelkie kuchenne wspaniałości podziękować).
Okres studiów i fascynujące lata nauki pod nadzorem wspaniałych pedagogów upływały Mariannie szybko. Poza studiami interesowało ją w życiu już niewiele. Nawet mężczyźni jako potencjalni kandydaci nie tylko przecież na przyszłego męża, bo i na zwykłych kumpli z roku, mogliby dla niej w tym czasie nie istnieć. Co nie oznacza, że całkowicie stroniła od seksu. Kilka razy zdarzyło się, że poszła z którymś kolegą ze studiów do łóżka, ale zwykle już następnego dnia o przygodnym kochanku zapominała. I oni o niej też. Ona, za sprawą swego wrodzonego introwertyzmu, a tym samym z powodu uciążliwej dla innych niedostępności emocjonalnej, oni o niej - prawdopodobnie z tego samego powodu.
Za to wśród studentek miała pewną oddaną, wierną i trochę do niej podobną przyjaciółkę. Nazywała się Stella Kowalczuk. Była Polką, lecz pochodziła z Ukrainy. Obie dziewczyny były rówieśniczkami. Obie przez lata zamieszkiwały w Starych Babicach. Marianna - w Zielonkach, w starym bloku niedaleko ulicy Warszawskiej, Stella - w pięknej willi w Latchorzewie, u przysposobionej rodziny. Obie studiowały na tej samej uczelni, na tym samym roku, tyle tylko, że na innych wydziałach. Stella była studentką zarządzania. Jednak i jedna, i druga wspólnie uczęszczały na kilka fakultatywnych zajęć, takich na przykład, jak: warsztaty lingwistyczne, joga, samoobrona. Ponadto, dzięki namowom Stelli, Marianna zdecydowała się na dodatkowe wykłady z "Kierowania przedsięwzięciem biznesowym". Jak się w przyszłości okaże, decyzja o odbyciu tych fakultatywnych zajęć menedżerskich była dalekowzroczna.
Obie dziewczyny, pod względem usposobienia i temperamentu, były do siebie podobne. Jednak typem urody i posturą różniły się znacznie. Stella miała przepiękne rude włosy, smukłą wysportowaną sylwetkę i, w przeciwieństwie do Marianny, była dość wysoka. Jednak długa szpecąca szrama na twarzy przyprawiała dziewczynę o wieczne zgryzoty. Najprawdopodobniej ten drobny, ale krępujący feler był przyczyną jej bardzo niskiej samooceny. Z tego powodu, podobnie jak Marianna, i ona unikała jakichkolwiek kontaktów towarzyskich z kolegami.
Aż do trzeciego roku studiów obie były dla siebie jak przysłowiowe papużki-nierozłączki. I właśnie wtedy - na trzecim roku - Stella zaczęła przechodzić osobisty kryzys, który potrwał do zakończenia studiów. Nie miała, i jak się zdawało Mariannie, celowo nie znajdowała czasu na kontynuowanie ich przyjaźni. Tym bardziej nie dziwić powinno, że właśnie na tym samym trzecim roku Marianna zorientowała się, że od dłuższego czasu stała się obiektem nieustannego zainteresowania pewnego sympatycznego okularnika o imieniu Wojtek, nazywanego przez wszystkich jego znajomych Wojtuniem. Podobnie jak ona i on studiował dziennikarstwo. Tyle że w jego przypadku było to dziennikarstwo muzyczne. Chłopak udzielał się w akademickim chórze. Często zapraszał Mariannę na koncerty swego zespołu, a ona z chęcią zaproszenia przyjmowała.
Nie, nie mogła powiedzieć, żeby z tego powodu, to jest emablowania jej przez Wojtunia, a nawet jawnego jego podkochiwania się w niej, i ona zaczęła traktować go jak swego chłopaka, choć - owszem, bardzo go polubiła, a nawet pozwalała mu mówić przy wspólnych znajomych, że "są parą". Miało to przecież i dobre strony. Odtąd wreszcie już wszystkie koleżanki i koledzy z roku przestali ją uznawać za dziwaczkę-odludka, a co bardziej gorliwi w zabieganiu o jej względy nie czynili więcej żartów z jej, jak prześmiewczo mawiali: "owianej tajemnicą orientacji".
Jednak z Tuniem - tak właśnie pieszczotliwie nazywała Wojtka, nigdy nie poszła do łóżka. Z jakiegoś trudnego dla niej do zrozumienia powodu to chłopakowi na tym nie zależało. A i jej - też niespecjalnie. Ważne, że od czasu do czasu, po rozluźnieniu kontaktów ze Stellą, znów miała z kim wspólnie uczęszczać na zajęcia i dzielić się notatkami z wykładów. Jednak nadal tak zwane szalone i hałaśliwe życie studenckie, a już szczególnie wypady do nocnych barów i dyskotek, w przeciwieństwie do Tunia, kompletnie jej nie pociągały. Czy dlatego, że od dnia zerwania z cyrkowym taborem czuła się w duszy całkowicie zaskorupiałą introwertyczką? - Sama tego nie wie. Może taką introwertyczką tak naprawdę była od dziecka? Jednak przecież otworzyła się na znajomość z mężczyzną "o oczach jak lazur południowego nieba", otworzyła się na przyjaźń ze Stellą, a teraz na studenckie sympatyzowanie z Tuniem. Może więc nie była to prawda...?
Po kolejnej odmowie wspólnego wypadu do uniwersyteckiego klubu "Proxima" - Tunio znalazł sobie nową wielbicielkę. Marianna znów została sama.
- 2.2 -
Po studiach wróciła do swego małego mieszkania w Starych Babicach, w którym wciąż samotnie żyła jej matka. Marianna obawiała się tego powrotu. Jej matka bowiem należała do osób apodyktycznych, które niechętnie uznają czyjąkolwiek niezależność, nawet własnej córki. Poza tym dwie gospodynie w jednym domu to, jak powiada mądrość ludowa wpojona Mariannie przez Stellę: "przy jednym kominie nic nie uważą, ino oczy sobie jeszcze poparzą".
Na szczęście podczas pierwszych tygodni wspólnego pomieszkiwania żadna z nich "oczu nie poparzyła".
Wracając w domowe pielesze, Marianna mimowolnie powróciła także do swych ukochanych przyjaciół: psa i kota. Oba czworonogi darzyła jednaką miłością, choć psa, podświadomie, trochę większą. Może dlatego, że razem z Reksem chętnie wychodziła na długie spacery? Za to i na jednym, i na drugim "przyjacielu" w jednakim stopniu "ćwiczyła" angielskie słownictwo, traktując ich jak cierpliwych anglojęzycznych słuchaczy. Takim nietuzinkowym sposobem szlifowała znajomość gramatyki i frazeologii języka Charlesa Dickensa, coraz bardziej doprowadzając ją do perfekcji.
Dzięki Facebookowi odnowiła także znajomość ze Stellą Kowalczuk. Okazało się, że jej niegdysiejsza przyjaciółka ma się świetnie i że zaraz po studiach wyszła za mąż za dyrektora dobrze prosperującego biura projektowego Sebastiana Lateckiego. I najważniejsze: jeszcze przed podjęciem decyzji o ślubie Stella powróciła do swego ukraińskiego imienia i nazwiska: Olga Błoczek. Miało to czysto ambicjonalne dla przyjaciółki znaczenie, bo i tak po ceremonii ślubnej zdecydowała się przyjąć nazwisko męża: Latecka. Olga Latecka.
Olga zwierzyła się także Mariannie, że na podróż poślubną wybierają się do USA. I że razem z nimi wyjedzie pani Maria - jej ukochana przybrana "matka", która jak prawdziwa mama przez ostatnie miesiące wspierała ją i chroniła przed toksyczną przyszywaną siostrą z rodziny zastępczej, w której się wychowała, a w której pani Maria sprawowała funkcję domowej gospodyni i kucharki. W USA mają się zatrzymać w domu polonijnej rodziny, u której zresztą pani Maria, zanim powróciła do Polski, przez długie lata pracowała jako gosposia. To dzięki rekomendacjom pani Marii firma Lateckiego zaprojektowała dla tej rodziny farmę fotowoltaiczną i kilka turbin wiatrowych.
Obie przyjaciółki przegadały na czacie ze sobą cały wieczór. Marianna wiele opowiadała Stelli o swych problemach zdrowotnych, o nudnej, choć nieuciążliwej pracy sprzedawczyni i o marzeniu zakochania się szczęśliwie tak jak Stella, w jakimś księciu z bajki i zostania kiedyś wielką pisarką. Olga obiecała rozejrzeć się w sprawie ewentualnej pracy dla Marianny, a na zakończenie rozmowy obie przyjaciółki wyraziły życzenie pozostawania ze sobą w stałej łączności. Jednak, jak z czasem się okazało, żadna z nich w postanowieniu nie wytrwała. Znowu kontakt między nimi na długie miesiące się urwał.
Tymczasem kolejne dni pod wspólnym dachem ze swoją matką w dalszym ciągu upływały Mariannie bez istotnych konfliktów. Oczywiście, nie uchodziły jej uwagi ciężkie wzdychania mamy. Ta - z bólem obserwując samotność córki - przez pierwsze miesiące wspólnego z nią zamieszkiwania ani nie mogła jej w niczym pomóc, ani tym bardziej szybko odmienić jej smutnego panieńskiego żywota. Matka słusznie chyba uważała, że to z powodu introwertyzmu córki, bo przecież pod względem urody niczego jej nie brakowało. Wprawdzie sama Marianna nie uznawała siebie za jakąś szczególną piękność, chociaż nieskromnie uważała, że ma całkiem zgrabną figurę i przyjemną aparycję, która była powodem zazdrości niejednej koleżanki. Poza tym brązowe włosy wiecznie zebrane z tyłu głowy w kok i krótko przycięta grzywka nad czołem nie ukrywały inteligentnych szarych oczu, dającym wszystkim do zrozumienia, że ich właścicielka jest osobą mądrą, odpowiedzialną i poważną. I tylko jeden feler coraz częściej spędzał sen z oczu matce i córce: czerwona swędząca wysypka, która pod wpływem temperatury i suchego powietrza w okresie lata regularnie pojawiała się na twarzy Marianny. Gdy plamki "zakwitały" - idąc ulicą, chowała je pod dużym dzianinowym szalem. Miała świadomość, że dla mijających ją w słoneczne południe przechodniów widok owiniętej szalikiem kobiety musiał być osobliwy. - Trudno, to wasza sprawa, że tak uważacie, ja nie muszę się wam z niczego tłumaczyć! - odpowiadała im w myślach w reakcji na zdziwione spojrzenia.
Oczywiście, że próbowała leczyć się z tej alergii, ale żadne doraźne kuracje nie przynosiły trwałych efektów. Zanieczyszczone spalinami ulicznymi powietrze szczególnie nie sprzyjało samoistnemu zanikowi choroby. Dermatolog i alergolog zgodnie sugerowali, że najlepiej byłoby dla niej, gdyby udała się na długi pobyt gdzieś do mniej zanieczyszczonych regionów, najlepiej nad morze, z dala od wielkomiejskich metropolii, gdzie jest dużo zieleni i wieją umiarkowane wilgotne wiatry. Jednak finanse rodzinne absolutnie jej na to nie pozwalały.
Minął rok. Minęły i kolejne miesiące. W międzyczasie zmieniła pracę i za wstawiennictwem matki zaczęła współpracować z Łuszyńskim. Liczyła, że może zmiana środowiska pracy z galerii handlowej na jej mały pokoik na poddaszu (skąd świadczyła na rzecz Akademii Pisarza pracę zdalną) może korzystnie wpłynąć na alergiczne dolegliwości. Niestety - nadzieje okazały się płonne. Każdego dnia, gdy nad dachem bloku pojawiało się parzące słońce i gdy pokoik na poddaszu aż kipiał od gorąca, z niepokojem zerkała w lustro. I prawie za każdym razem po takiej sesji w oczach Marianny pojawiały się łzy.
Ale oto pewnego dnia stało się! Pewnego dnia nadeszła długo podświadomie przez Mariannę wyczekiwana wiadomość o wielkiej i fascynującej zmianie w jej życiu, która oto właśnie nadchodzi. Iwan Łuszyński - jej pracodawca, a od jakiegoś czasu nawet przyjaciel, odezwał się do niej z tajemniczą miną: - Marianno... Będziemy musieli rozstać się na dłużej... - Jak to, co się stało? - drżącym ze strachu głosem ledwie wyszeptała. Po takich słowach spodziewała się wszystkiego. Wszystkiego najgorszego. Łącznie z bankructwem firmy Iwana. Tymczasem informacja, którą jej przekazał, mało powiedzieć, że była nadspodziewanie miła. Była po prostu RE-WE-LA-CYJ-NA! Łuszyński, korzystając ze swych kontaktów biznesowych, dowiedział się, że pewna zamożna amerykanka polskiego pochodzenia poszukuje do pracy w swym domu za oceanem młodej dziewczyny z bardzo dobrą znajomością kilku nowożytnych języków, w tym, obowiązkowo: angielskiego i rzecz jasna polskiego. Mile wskazana także będzie podstawowa wiedza biznesowa pracownicy. Pani Alicja Fimié, bo tak brzmiało jej nazwisko, zwróciła się do jego znajomego z prośbą (a znajmy z kolei do niego) - czy nie poleciłby jej kogoś stosownego? Praca, którą ma do zaoferowania, polegałaby na skatalogowaniu i krótkim zrecenzowaniu, innymi słowy: zinwentaryzowaniu, wszystkich woluminów w jej obszernej prywatnej bibliotece, którą wcześniej ze swym mężem odziedziczyła po poprzednich właścicielach i na dokonaniu kompleksowej wyceny zbiorów biblioteki, ponieważ zleceniodawczyni liczy się z możliwością sprzedaży swego księgozbioru. Pani Alicji zależało więc na znalezieniu pracownicy, która nie miałaby zobowiązań rodzinnych i w ogóle najlepiej, żeby była panną.
Marianna, zanim podjęła ostateczną decyzję o wyjeździe, z ciekawością wysłuchała wielu niezwykłych informacji o rodzinie pani Alicji, które skrzętnie zreferowała jej Łuszyński. A okazało się, że wiedział się o tej rodzinie naprawdę niemało. Oto okazało się, że pani Alicja i jej świętej pamięci mąż Witold to rdzenni Polacy, urodzeni i wychowani w Polsce. Tu zdobyli w latach siedemdziesiątych solidne i praktyczne wykształcenie. On - uzyskał dyplom inżyniera, ona - została dyplomowaną lekarką. Z początkiem lat osiemdziesiątych, na fali niezadowoleń, ruchów społecznych i wszechogarniających kraj strajków, podjęli decyzję o emigracji. Oczywiście w owoczesnym PRL natychmiast po ich wyjeździe uznani zostali za dysydentów bez prawa powrotu do ojczyzny. Dlatego po różnych perypetiach emigracyjnych, podróżując przez różne kraje i kontynenty, osiedlili się w końcu na stałe w USA, gdzie z czasem uzyskali też amerykańskie obywatelstwo.
Jeszcze za życia męża pani Alicji, państwo Fimié przejęli opiekę prawną nad swymi dwoma nieszczęśliwie osieroconymi wnukami. Młodszy z nich z wykształcenia jest archeologiem, większość czasu spędza na stanowiskach archeologicznym w Meksyku, gdzie bada tajemnice kultury prekolumbijskiej. Z kolei starszy wnuk - to rasowy przedsiębiorca. Z powodzeniem zarządza stowarzyszeniem winiarzy stanu Maryland. Obaj rzadko bywają w posiadłości rodzinnej. Świętej pamięci mąż pani Alicji - pan Witold Fimié - przez całe zawodowe życie pracował zgodnie ze swym wykształceniem: jako inżynier. Po ustrojowych zmianach w Polsce wielokrotnie odwiedzał ojczyznę, w tym: także w interesach. Po śmierci męża jego biznesowe kontakty przejęła pani Alicja. I to dzięki nim miała namiary na znajomego Łuszyńskiego, skądinąd rzutkiego przedsiębiorcę, który zaprojektował dla niej szereg przydomowych instalacji proekologicznych.
Czyż ona - Marianna, kiedykolwiek mogłaby sobie wyobrazić otrzymanie od ślepego losu aż tak kapitalnej oferty?... Pracy w takiej nobliwej zamożnej polskiej rodzinie za oceanem? Po wysłuchaniu opowieści o państwu Fimié z wrażenia nic nie odpowiedziała Łuszyńskiemu. Zamiast tego po prostu rzuciła mu się na szyję. Następnego dnia, po całonocnej konsultacji z matką, odpowiedziała mu krótko: tak, zgadzam się. Pojadę!
I otrzymała oficjalne zaproszenie do pracy, i przyleciała, i... Siedzi teraz samotnie na lotnisku i nikt na nią tu nie czeka... Nie tak sobie to wyobrażała.
Do ostatniego w tym dniu lotu z Nowego Yorku pozostała jeszcze niecała godzina. Wciąż niepozbawiona resztek nadziei siedzi w fotelu i z nudów obserwuje otaczających ją ludzi. Zmieniający się strumień przybywających i odlatujących podróżnych początkowo ją fascynował, ale wkrótce obserwacja ta stała się monotonna. Obrazki przewijających się przed jej oczyma podróżnych, jak migawki z jakiegoś starego filmu, zaczęły się przed jej oczyma rozpływać. Jej powieki samoistnie się zamykały. W końcu zamknęły się całkowicie.
I zasnęła.
- 3 -
Zahaczenie przez kogoś o jej plecy i gwałtowne uderzenie w fotel, na którym siedziała, natychmiast ją wybudziło. Ocknęła się i próbowała zrozumieć, gdzie jest i co się dzieje? Potem, nawet nie przecierając oczu, zaczęła nerwowo inwentaryzować spojrzeniem leżące na podłodze bagaże. - Uff! Jest wszystko. Jest walizka, jest torba i plecak. - Bojąc się szczególnie o ten ostatni, w którym prócz butelki z wodą i ciastek miała kilka osobistych szpargałów, energicznie pochyliła się, aby podciągnąć go pod sam fotel. I natychmiast uderzyła czołem... w coś? Nie w coś! W kogoś. W czyjeś inne czoło!
- O, matko! - Krzyknęła po polsku z bólu i potarła czoło dłonią.
- Oh, my God! - Usłyszała męski głos i od razu uzmysłowiła sobie, że jest na terenie Stanów Zjednoczonych, gdzie większość ludzi używa języka angielskiego.
Jednak pierwsze spojrzenie na domniemanego mężczyznę sprawiło, że znowu zapomniała, gdzie jest i co właściwie tu robi? I wciąż nie mogła zrozumieć, kogo przed sobą widzi? A może, precyzyjniej ujmując: nie kogo, a co?! W każdym razie jedynym, co nie ulegało wątpliwości, było to, że pochylała się nad nią duża ruda brodata głowa z kręconymi potarganymi włosami... Na szczęście po niedługiej chwili zaczęła rozpoznawać kolejne szczegóły: na przykład duże okrągłe okulary w plastykowej oprawce, które teraz, po zderzeniu z jej głową, krzywo wisiały na pięknym prostym nosie. Spod ich grubych szkieł z ciekawością przypatrywały się jej twarzy niebieskie okrągłe oczy. A oprócz tego: zakrzywiony, ale sympatyczny uśmieszek na ustach i, co najważniejsze, dużo piegów pokrywających oba policzki - na szczęście już pozbawionych puszystej rudej brody - coraz bardziej upodabniały stwora do może niezbyt urodziwego, ale jednak pospolitego mężczyzny! Ponieważ jego usta i nos nie okrywała ani przyłbica, ani antycovidowa maseczka, łatwiej się zorientowała, że ma rzeczywiście do czynienia z czymś jak najbardziej człowiekopodobnym.
- O niech cię!... Ty diable z trumny! Ty rudowłosy bezczelny i przerażający potworze! Jak mogłeś mnie tak wystraszyć? - Znów powiedziała po polsku i natychmiast ze wstrętem odsunęła się od niego, ponownie rozcierając dłonią bolące czoło.
- Przepraszam, nie całkiem rozumiem, co pani do mnie mówi. - "Potwór", który faktycznie okazał się pospolitym mężczyzną, rozpoczął swoją kwestię po angielsku i mrugnąwszy do Marianny okiem, dodał łamaną polszczyzną. - Zauważyć, że ty przysięgasz po polski. A mówisz po angielski? Ja słabo po polski, a musimy teraz najaśnić.
Kiwnęła głową i zabrała rękę z czoła.
- Tak. Mówię po angielsku. Tylko nie rozumiem, co mielibyśmy tu sobie najaśnić. Poza wszystkim okropnie mnie, koleś, przestraszyłeś... - odpowiedziała nienaganną angielszczyzną, z wyłączeniem słowa "najaśnić", które celowo wyartykułowała z naciskiem i po polsku.
- Przestraszyłem? A czym? - mężczyzna także przeszedł na angielski.
Zrozumiała, że nie będzie jej łatwo "gościowi" tego uzmysłowić. Jak można bowiem komuś wytłumaczyć jego okropny wygląd, jeśli ten ktoś prawdopodobnie lubi tak wyglądać, jak wygląda?! A po jego wyrazie twarzy można było nietrudno się domyślić, że jest wręcz zachwycony nie tylko swą prezencją, ale także faktem, że taką właśnie prezencją skutecznie ją przestraszył!
- Walnąłeś mnie czołem, i teraz bardzo mnie boli! Tym mnie przestraszyłeś... - Postanowiła zbyć jego pytanie niewiele wyjaśniającymi ogólnikami.
- Pozwolę sobie zauważyć, że i ty przysporzyłaś mi bólu. - Szybko odpowiedział podobnym zresztą tonem, jakim przed chwilą do niego sama mówiła. - Najpierw szurnęłaś mnie tym swoim ogonem włosów z tyłu głowy, a potem poprawiłaś swój zamach na mnie, waląc mnie także w czoło. I z jakiego powodu? - Rozłożył dłonie na boki, starając się wyglądać na obrażonego i zaskoczonego. - Z takiego, że chciałem grzecznie przysiąść się na tym krzesełku obok twego fotela, więc najpierw musiałem zebrać porozrzucane wokół niego twe rzeczy?
Odwróciła głowę od faceta, który niemal zwisał nad nią z racji swego wysokiego wzrostu i nadal wprawiał ją w zakłopotanie tym razem nie tylko wyglądem, ale także zuchwałością stwierdzeń. Starała się chwilowo go nie słuchać. Próbowała szybko ustalić, czy na pewno wszystkie swe rzeczy ma wystarczająco zabezpieczone, to znaczy: czy jest walizka, duża torba i plecak? Jest. Wszystko jest na swoim miejscu! Uspokoiwszy się, nagle uzmysłowiła sobie, że facet wciąż coś do niej mówi. Skoncentrowała się i uchwyciła jego ostatnie zdanie: ...powinniśmy wypić filiżankę kawy i wspólnie się wyluzować.
- Sorry! Ale ja wcale nie czuję się spięta! - szybko odpowiedziała. - I nie potrzebuję kawy. - Na te słowa przycisnęła plecak ze zdeponowaną w środku butelką mineralnej wody i delikatnie go pogłaskała. Następnie szybko rzekła: - a poza tym w miejscu publicznym, jakim jest lotnisko, nie nosisz maseczki. I dla siebie, i dla innych stwarzasz zagrożenie epidemiologiczne. Boję się takich nieodpowiedzialnych ludzi jak ty.
Facet najpierw bacznie patrzył na jej działania, potem skierował wzrok na jej twarz przesłoniętą maseczką, a na końcu chrząknął, wyjął z kieszenie zmiętoloną maseczkę i niechętnie założywszy ją na twarz, odpowiedział:
- Te maseczki to bzdura. Ale, dobra! Zakładam.
- Bzdura? Dlaczego tak uważasz? Jesteś lekarzem?
Machnął tylko ręką i najwidoczniej nieprzekonany, że merytoryczna dyskusja z jakąś dziewczyną o obowiązku stosowania się do wymogów sanitarnych miałaby najmniejszy sens, wrócił do swej propozycji.
- To jak będzie z tą naszą kawą?
- Przecież już ci odpowiedziałam.
- Nawet jeśli zaproszę cię i ci ją zafunduję?
Nie! By odmówić przyjęcia takiej oferty, nie czuła się na siłach. Pamiętając stan swych skromnych finansów, zmusiła się więc do uśmiechu i na zgodę skinęła głową.
- Ale ja mam ze sobą wiele rzeczy. - Ledwo powiedziała, i już widzi, jak gościu zarzuca sobie na ramiona jej wielki plecak, jak chwyta za rączkę walizkę i zbiera się w kierunku przejścia.
- Idź za mną! - Głośno odezwał się do oszołomionej chwilowo Marianny. - W pobliżu jest fajna kafeja, w tej samej strefie lotniska.
Posłusznie ruszyła za nim, komentując za to w myślach: Kurczę! Chwycił rzeczy, wciągnął plecak, i nawet nie raczył był się przedstawić. Teraz ucieknie z moimi bagażami i szukaj tatka latka! O matko! Gdzie on jest?!
Na szczęście "ryża" głowa faceta i jej duży czerwony plecak na jego ramionach wyraziście górowały nad przemieszczającym się ludzkim strumieniem i były dla niej punktem namiaru tak skutecznym, jak morska latarnia.
- Mam na imię Adam, dla przyjaciół: Dami. A ty? - Przemówił, nie czekając nawet, by spokojnie usiąść obok niej, przy pierwszym stoliku lotniskowej kawiarni, gdzie w końcu się zatrzymali.
Ułożył obok Marianny piramidkę: na dole walizka, na niej plecak, a na samej górze torba.
- Marianna. Jestem Polką...
- Marianna? - Przerwał jej. - Nie! Twoje imię dużo lepiej tu zabrzmi jako: Maryann. Bądź Maryann, proszę!
Lekko wzruszyła ramionami i skinęła głową.
- Maryann? Wszystko mi jedno. Niech ci tam będzie.
- A więc... jesteś z Polski? W podróży? A może przyleciałaś do USA z odwiedzinami do kogoś lub może...
- ...lub może! - Ucięła mu gwałtownie. - I nie bardzo rozumiem, czemu miałbyś się interesować, po co tutaj przyleciałam? Ja zostanę na tym lotnisku - spojrzała na zegarek - jeszcze góra pół godziny, no może godzinę, i już się potem nie spotkamy. Ograniczmy więc nasze wzajemne przedstawianie się tylko do imion.
- Jak sobie życzysz, Maryann... A czy wiesz, jak wielu rzeczy można dokonać w ciągu godziny? Na przykład...
- ...Wypić filiżankę kawy, zrelaksować się i spokojnie zaczekać na samolot... Wyluzuj, Dami. Ugość mnie tą obiecaną kawą, a ja, gdy już doczekam się przylotu tego ostatniego rejsowego z Nowego Yorku, w końcu zrozumiem, że nikogo więcej już dziś tu nie spotkam. - To ostatnie zdanie wypowiedziała z mimowolnym smutkiem. - A wtedy podejmę ostateczną decyzję, co robić dalej: czy ruszyć z eskapadą do Thurmont w stanie Maryland, czy może wracać do Polski, do moich poczciwych Starych Babic.
Mężczyzna zamówił wcześniej kawę i rogaliki, a teraz po cichu i przez długą chwilę uważnie wpatrywał się w jej nieprzesłonięte maseczką oblicze. Wpatrując się, uśmiechał się z lekka, jakby twarz Marianny skądś już mu była znana. Oczywiście, nie było to dla dziewczyny przyjemnym doznaniem. Jednak przemogła się i postanowiła zdać taki "test" na piątkę, oczywiście tylko i wyłącznie z powodu zafundowanego jej przez niego podwieczorku.
- Więc jesteś Polką i przyleciałaś z Polski. Nazywasz się Marianna Kozucha. Udajesz się do Taneytown w stanie Maryland. Nikt ciebie po przylocie nie odebrał i nie wiesz, co robić... Czy wszystko skojarzyłem poprawnie? - zapytał, biorąc do ust filiżankę kawy, którą przed chwilą zaserwowała im kelnerka.
Przez chwilę się wyłączyła. Wspaniały zapach czarnej kawy i widok nieskazitelnie wypieczonych rogalików oszołomił ją i sprawił, że ciesząc się jedzeniem, nie była w stanie myśleć o niczym. Jednak, gdy tylko do jej żołądka przedostał się pierwszy łyk kawy i wśliznęły się kęsy boskich rogalików, jej głowa natychmiast "przełączyła się" w tryb myślenia. Spojrzała z przerażeniem na rudowłosego towarzysza i ze strachem spytała:
- Skąd znasz moje nazwisko?! Nie zdradziłam go!
- Zdradziłaś wystarczająco dużo, żebym reszty domyślił się samemu, gdyż to właśnie ja przyjechałem po ciebie na to lotnisko. Zanim po ciebie wyruszyłem, dokładnie przyjrzałem się twemu profilowi na Facebooku. Tylko częściowo jesteś podobna do zdjęcia, które na nim zamieściłaś. Nie wiem, jak to się stało, że przyleciałaś tu wcześniej. Szkoda, że po prostu nie zadzwoniłaś do nas zaraz po przylocie. Ale to nic. Jeśli się pospieszymy, wciąż jeszcze możemy zdążyć na wieczorny ekspres do Baltimor, skąd mamy autobus pod dom - powiedział, wpatrując się uważnie w wiszący na kawiarnianej ścianie zegar - i nie będziemy musieli jechać po nocy, albo brać hotelu. Z Baltimor tylko półtorej godziny stanowymi "siedemdziesiątką" i "piętnastką" i jesteśmy w domu... A zatem, naprzód! - zawołał, podskakując z krzesła, gdy tymczasem Marianna już od jakiegoś czasu pospiesznie dopijała kawę. Szybko zarzucił czerwony plecak na ramiona, złapał walizkę w rękę i, będąc już w pełni gotowości do forsownego marszu, ponownie krzyknął do Marianny - Będziemy w domu jeszcze przed nocą! I bardzo dobrze. Cholernie nie lubię sypiać w hotelach. W domu jest najlepiej! Chodźmy!
Nie miała szans skomentować choćby słowem. Udało jej się tylko złapać torebkę i pobiegła za swym wybawcą, starając się nie stracić go z oczu.
- 8 -
Ogród był duży, lecz dość zaniedbany. Obrośnięte mchem i chwastami alejki bezładnie okrywały różne gałęzie i liście. Wolno spacerowała, ostrożnie między nimi krocząc, podziwiając rozłożyste stare drzewa, porozrastane kolorowe krzewy i ogrodowe runo.
Jak na drugą połowę marca, która w Polsce zwykle nikomu nie kojarzy się z upałami, dziś tutaj akurat na taki trafiła. Przez chwilę nawet zastanawiała się, czy to jakaś anomalia pogodowa, czy może taka aura o tej porze roku bywa tu zwyczajowo? Było przecież nie tylko bardzo ciepło, lecz na dodatek mocno prażyło słońce. Już zaczęła żałować, że nie zabrała ze sobą termosu z zimną lemoniadą, i chciała nawet po niego wrócić, ale w tym samym momencie wciąż wolno idąc przed siebie bez specjalnego planu i celu, dostrzegła w dali małą ceglaną chatkę. Miast wrócić, przyspieszyła więc kroku i już po chwili była przy domku. Chatka okazała się bowiem domkiem ogrodowym, w którym gospodarze zapewne przechowywali różne narzędzia i środki ochrony roślin.
Na zewnątrz zabudowania, oparte o jedną ze ścian stały miotła i duże grabie. Nie zastanawiając się długo, wzięła ze sobą oba narzędzia z zamiarem uprzątnięcia głównej alejki w ogrodzie i kilku ścieżek. I tak przecież nie miała nic innego do roboty. Król Ludwik pojechał do miasta, nie zostawiając dla niej żadnych dyspozycji ani rozkazów. Co więc ma robić? A do tego, aby tak bezproduktywnie siedzieć i czekać na kogoś czy na coś, nie przywykła.
Nie przywykła jednak także do prac ogrodowych, nie miała w nich praktycznie żadnego doświadczenia. I być może z tego powodu zabrała się do roboty z niefrasobliwym entuzjazmem. Z jakimś irracjonalnym pośpiechem najpierw pozbierała ze ścieżek suche gałęzie, zgarnęła liście z trawnika i przydomowego klombu, a potem z brukowanej alejki prowadzącej do drzwi pałacyku. Tę ostatnią dokładnie na koniec zamiotła. Dopiero wtedy poczuła, że pośpiech jej nie służy, że jest trochę zmęczona. Siadła więc na małej kamiennej ogrodowej ławeczce i z satysfakcją spojrzała na dotychczasowe efekty swej pracy.
Zajmując się sprzątaniem, nie zauważyła pani Marii, która po co najmniej godzinnej jej pracy weszła do ogrodu i przez chwilę przyglądała się sprzątającej "kruszynce", ale nie przeszkadzała jej. Po kilku chwilach kobieta wróciła do domu, aby do kogoś zadzwonić.
Tymczasem po krótkim odpoczynku Marianna ponownie zabrała się za prace ogrodowe. I nie pamięta, jak długo pracowała, bo kompletnie straciła rachubę czasu. Przerwała dopiero wtedy, gdy po raz wtóry przyszła pani Maria. Tym razem specjalnie po nią. I wtedy nagle dziewczyna spostrzegła, że słońce ma się już ku zachodowi.
Pani Maria podeszła do Marianny i serdecznie się uśmiechnąwszy, rzekła:
- Tak pięknie tu posprzątałaś, moja dziewczynko, że wszystko aż lśni. Jednak bez względu na cudny efekt i tak Ludwiczek mnie za twoje działania zruga. Obiecałam mu, że będę cię strzec, abyś nie brała się za żadną robotę.
- Bo i to żadna robota, a sama przyjemność, pani Mario! - odpowiedziała, rozprostowując lekko obolałe plecy. - Poza tym nie jestem przyzwyczajona do bezczynnego siedzenia.
- A ja przyszłam ci tylko powiedzieć, że jutro o dziesiątej rano przyjedzie Ludwiczek. Chciałby, żebyś do tego czasu była po śniadaniu i gotowa do pracy.
- Rozumiem - przytaknęła Marianna. - Będę oczywiście gotowa.
Jednak przeszacowała swe możliwości. Gdy obudziła się rano, zdała sobie sprawę, że dzieje się z nią coś niedobrego. Całe jej ciało było obolałe, bolały mięśnie, a spalona od słońca skóra - piekła. Ledwo doczłapała do łazienki. Tu chwiejnym krokiem weszła pod prysznic i stała pod nim przez ponad kwadrans. Jednak strumień chłodnawej wody przyniósł tylko nieznaczną ulgę. Gdy wyszła spod prysznica i spojrzała na swe odbicie w lustrze, przestraszyła się. Zdała sobie sprawę, że z tak okropną facjatą wstydziłaby się pojawić przed kimkolwiek, a co dopiero przed samym Królem Ludwikiem! - Potworność! Co robić? - gorączkowo zastanawiała się.
Posmarowała twarz kremem leczniczym, który nieco złagodził żar policzków i sprawił, że ich kolor upodobnił się do koloru wysypki, tonując fatalne skazy. I dopiero wtedy spostrzegła, że ma kompletnie białe czoło! Przypomniała sobie, że na jednym z kwitnących krzaków w ogrodzie znalazła delikatny jedwabny szal. Zachwycona znaleziskiem od razu zawiązała go sobie wokół głowy, żeby nie dostać udaru słonecznego. Zawiązała, zakrywając nim czoło! No i efekt jest, jaki jest. Żenada! A gdy dodać do tego, iż ukryte pod T-shirtem plecy i biust pozostają teraz nieskazitelnie białe, spektakularnie kontrastując z czerwienią przedramion i policzków, jej samopoczucie i nastrój był już bliski histerii. Dlatego sapnęła tylko i ostatkami sił woli wzięła się w garść: zaczęła konstruktywnie działać. Weszła do pokoju, rzuciła się do komody w poszukiwaniu najbardziej odpowiedniego na ten moment ubrania. Naprędce coś skompletowała, coś na siebie zarzuciła i, założywszy na twarz maseczkę antycovidową, wciąż chwiejnym krokiem wyszła z pokoju na korytarz.
Do kuchni doszła pięć minut przed dziesiątą. Cierpiała, było jej ciężko, ale przed czekającymi na nią domowników postanowiła robić maksymalnie dobrą minę do złej gry. Jej pojawienie się wywarło na wszystkich specyficzny efekt. Pani Maria, widząc Mariannę, westchnęła i mimowolnie oparła się dłonią o gorący piekarnik. Oparzona, gwałtownie odskoczyła i ponownie westchnęła.
Przy stole siedziało dwóch niecierpliwiących się mężczyzn: Król Ludwik i Adam. Ponieważ nikt w pomieszczeniu nie miał na sobie maseczki i ona ostentacyjnym ruchem zdjęła ją z twarzy i schowała do kieszeni.
Przybycie Marianny sprawiło, że obaj panowie natychmiast oderwali się od śniadania. Adam zaśmiał się półgębkiem, a następnie zaczął nerwowo chichotać. Za to Król Ludwik zmarszczył z powagą brwi i stuknął widelcem o stół.
- Maryann, ale dajesz czadu! - wykrzyknął Adam. - Jeśli ja podobno wystraszyłem cię na lotnisku, to co dopiero teraz powiedzieć o tobie? Przelicytowałaś mnie z nawiązką. Wyglądasz jak gotowana marchewka!
Marianna starała się tak skomponować swe dzisiejsze ubranie, żeby przynajmniej ukryć czerwone spieczone słońcem ręce. Znalazła jedyną koszulkę z długimi rękawami, ale ta była akurat granatowa. Kompletnie nie pasowała do spodni. Starczyło jej sił tylko na tyle, aby dobrać jasnoszarą spódnicę, która wprawdzie zasłaniała podudzia i kolana, ale poniżej odsłaniała całkowicie białe nogi. Poza wszystkim nijak nie mogła ukryć twarzy. Jej policzki i szyja płonęły ostrzegawczym ogniem opalenizny, a ściślej: spalenizny, za to czoło i uszy były totalnie białe.
Zgoda! Nie wyglądała najlepiej, ale dlaczego od razu, jak gotowana marchewka?
- Adamie, wystarczy! - Król Ludwik przerwał nerwowy chichot swego brata.
Powoli wstał i podszedł do Marianny niemal na styk nosów. Chciała się cofnąć, ale żaden mięsień jej nie posłuchał. Starczyło jej sił tylko na tyle, by wydać z siebie cichy jęk, którego odgłos usłyszał także Król Ludwik. I wtedy ujrzała, jak twarz tego mężczyzny łagodnieje.
- Źle się pani czuje? - cicho zapytał i lekko ścisnął jej rękę tuż nad łokciem. - Oh, my God! Jest pani rozgrzana jak piekarnik pani Marii! Proszę usiąść tu, przy stole! - Położył dłoń na jej talii i leciutko ją szturchnął, by gestem wzmocnić prośbę, ale w efekcie Marianna znów tylko jęknęła i prawie upadła.
- O rany! Co się z nią dzieje? - bez cienia sztuczności zaniepokoił się Adam. Szybko zerwał się od stołu i w ostatniej chwili pochwycił dziewczynę, która właśnie osuwała się na podłogę.
- Posadź ją na krześle! - Rozkazał Król Ludwik i spojrzał na panią Marię. - Pani Mario! Oczekuję wyjaśnień. Jak długo wczoraj pracowała w ogrodzie?
- Trzy godziny. - Cicho odpowiedziała kobieta. - Prawda, z odpoczynkiem.
- Dziewczyna z miasta nieprzywykła do prac ogrodowych pracowała trzy godziny w ogrodzie w palącym słońcu? Czy regularnie nawadniała organizm? W co była ubrana?
Pani Maria, odpowiadając, lekko się jąkała:
- Odmówiła termosu z lemoniadą. A była ubrana w spodnie i T-shirt. Na głowie - chustka.
Ludwik wziął głęboki oddech i spojrzał na Mariannę, która asekurowana przez Adama bezładnie siedziała na krześle jak szmaciana lalka.
- Zabierz ją do mojego samochodu i posadź na tylnym siedzeniu. - Rozkazał. - Trzeba ją natychmiast zabrać do szpitala! Och, te polskie dziewczyny, te polskie dziewczyny...
- 9 -
Otworzyła oczy i nie od razu skojarzyła, gdzie się znajduje? Biały sufit i ściany, coś pikającego w rogu. Pokój pachnący... szpitalem?
Kurczę! Nie może być?! - Nagle zrozumiała. - Jestem w szpitalu?! Z jakiego powodu?! Na pewno zaraz sobie wszystko przypomnę, ale na razie muszę się rozejrzeć. - I lekko uniosła głowę, i rozejrzała się: najpierw po swym łóżku, a potem po całym pokoju. - Zgadza się. Leżę na łóżku, w szpitalu. - Poruszyła rękami i nogami. - Chwała Bogu, wszystko na swym miejscu i nic mnie nie boli. Więc, co ja tutaj robię?
Do sali weszła kobieta w stroju pielęgniarki z maseczką antycovidową na twarzy.
- Jak się pani czuje? - zapytała Mariannę i lekko ujęła w nadgarstku dłoń dziewczyny, sprawdzając puls. - Trochę martwiliśmy się o panią. Przez dwa dni musieliśmy zbijać temperaturę i przywracać w pani organizmie równowagę wodno-solną.
- Dwa dni? A ja nic nie pamiętam...
- Wprowadziliśmy panią w stan śpiączki farmakologicznej, żeby organizm szybciej się zregenerował. Pan Fimié opowiedział nam, jakiego dokonała pani "wyczynu". Domagał się przywrócenia panią do pełni sił, ale w taki sposób, aby nie sprawiać najmniejszego bólu. - Pielęgniarka podeszła do stołu, na którym w wazonie stał duży bukiet kwiatów. Poprawiła ich ułożenie, uśmiechnęła się i kontynuowała - Pan Fimié bardzo się o panią martwił, bo on ogólnie jest bardzo troskliwym człowiekiem... Proszę tylko spojrzeć na te piękne kwiaty, które pani przysłał!
- Proszę mi powiedzieć, kiedy będę mogła opuścić klinikę? - zapytała Marianna, patrząc na, rzeczywiście, piękny bukiet. - A za co te kwiaty?
- Pan Fimié przyjedzie po panią dziś po południu. Nakazał nigdzie pani samej nie wypuszczać. Za chwilę przyjdzie lekarz. Wyjaśni pani, jak zadbać o swe ciało i twarz, aby minimalizować ból.
Pielęgniarka opuściła salę, a Marianna nadal nie wiedziała, z jakiego powodu przywieziono ją do szpitala i czy to naprawdę było konieczne?
Lekarz, który zjawił się w ciągu kilku minut, też nie wyjaśnił przekonująco przyczyny, z powodu której przywieziona została na oddział. I dopiero surowe spojrzenie Króla Ludwika, który wieczorem przyjechał ją odebrać, przypomniało jej, jak zemdlała w jego ramionach. Wstyd jej było, że stała się powodem całego tego nieszczęsnego zamieszania. Postarała się więc zachowywać w taki sposób, aby już niczym więcej go nie denerwować.
Z rezygnacją włożyła nowe ubranie, które przyniesiono jej bezpośrednio do sali, i bez grymaszenia pojawiła się przed Królem Ludwikiem w luźnej letniej sukience w drobne sino-niebieskie paski, a także w słomkowym kapeluszu z dużym rondem.
- Odtąd wolno pani wychodzić na dwór tylko w tym kapeluszu - powiedział, podchodząc do samochodu. Mam nadzieję, że nigdy już więcej nie odważy się pani na podobne bzdury. Mówię o porządkach w naszym ogrodzie.
- Przepraszam, panie Fimié, ale patrzenie na pana piękny, ale bardzo zapuszczony ogród, było dla mnie nie do zniesienia. Po prostu chciałam go trochę doprowadzić do ładu, upiększyć, ale nie wzięłam pod uwagę...
- ...promieni słońca i czasu ekspozycji - dokończył za nią. - Zawsze jest pani taka nierozważna? Powinienem zostawić przy pani nadzorcę, ponieważ odpowiadam za panią przed babcią.
- Obiecuję, że odtąd będę ostrożniejsza i nie sprawię panu więcej kłopotów - odpowiedziała i w tym samym momencie spostrzegła na sobie jego skupione, troskliwe spojrzenie.
- Potrzebna jest mi pani żywa i zdrowa - powiedział szczerym głosem. - Więc bardzo proszę na siebie uważać i... - przerwał na chwilę, by zakończyć już innym, władczym tonem - przekazać swe lekarstwa pani Marii. To ona zadba, aby przyjmowała je pani zgodnie z zaleceniami lekarza. A od jutra przyjeżdżać będzie do pani rehabilitant. Proszę mu zaufać. Przywróci pełną funkcjonalność pani organizmowi.
- Tak jest! Wasza Wysokość. - odpowiedziała i dygnęła, jak damy dworu zwykłe były kłaniać się przed możnowładcą, po czym bez dalszej ceremonii wsiadła do samochodu. Mogłaby przysiąc, że usłyszała za sobą cichy śmiech Ludwika.
- Musimy spieszyć się do domu - odpowiedział, zatrzaskując za nią drzwiczki. - I gdy po chwili sam usadowił się na miejscu kierowcy, dodał - Pani Maria z niecierpliwością czeka na panią, ale zapłakuje się z powodu obecności Adama. Zmuszony byłem nakłonić go do uporządkowania ogrodu, aby nigdy już więcej nie przyszła pani ochota robić to samodzielnie. Tak więc Adam jest teraz w domu, a na dodatek jest z kilkoma swymi studentami. Będą usuwali wszystkie śmieci z klombów i rabat, żeby wkrótce ogród wyglądał, jak Pan Bóg przykazał.
Prawie połowę drogi przejechali w milczeniu. Marianna, patrząc za okna, przyglądała się rozległym polom winnicy, które wydawały się nie mieć końca.
- Proszę mi powiedzieć - przerwał ciszę Ludwik - ma pani na imię Marianna, prawda?
- Tak, Marianna Kozucha - skinęła głową.
- Więc dlaczego Adam zwraca się do pani Maryann? Ja wiem, oczywiście, że taki jest angielski odpowiednik, ale skoro wszyscy pani znajomi, przyjaciele i bliscy mówią na panią Marianna, to dlaczego on musi inaczej?
- Nie wiem. Ogólnie rzecz biorąc, pana brat jest bardzo osobliwym człowiekiem. Nie tylko że wystraszył mnie już podczas naszego pierwszego spotkania swym dziwacznym wyglądem, to jeszcze przyrównał moją urodę do azteckiej bogini wiosny, jeśli dobrze pamiętam: Chalchiuhtlicue, więc... - i zdała sobie sprawę, że chyba lapnęła coś niepotrzebnego i zamilkła.
- Czy zaproponował pani, by pracowała dla niego? - Po dłuższej chwili ciszy spytał.
Nie odpowiedziała mu. Patrzyła przez okno i milczała. I nie pytał ją już o nic więcej. Nie było zresztą na to czasu. Wkrótce przyjechali do domu.
Pani Maria powitała Mariannę z euforią. Jednak, otrzymawszy ścisłe instrukcje od "Ludwisia", wzięła wszystkie lekarstwa Marianny i już surowo dodała: - teraz nie spuszczę cię z oczu. Będziesz przy mnie przestrzegać wszystkich zaleceń pana doktora i za tydzień będziesz, kruszynko, jak nowiusieńka.
- O! I to mi się podoba! - Usłyszały głos Ludwika. Stał w drzwiach kuchni z bratem. Obaj patrzyli na nią z żywym zainteresowaniem.
Marianna również spojrzała na obu braci i nie rozumiała, jak dwoje rodzeństwa może być aż tak różne, nie tylko pod względem wyglądu, ale także usposobienia? Ludwik, przecież - to czarnowłosy młody mężczyzna o surowych niebieskich oczach. Przystojny, mądry, powściągliwy i wyniosły w kontaktach z ludźmi. A Adam?... Adam - to, według jej mniemania, zupełnie inna rasa.
Przypomniała sobie, jak Adam powiedział jej, że na pewno w Ludwiku się zakocha. - Ale jak można się zakochać w kimś, kogo się ciągle boi? - Pomyślała. I nawet teraz kuliła się lekko pod jego przenikliwym spojrzeniem. - Nie, za nic w świecie nie pozwolę sobie na taką głupotę: zakochać się w takim typku!
Sam Adam, z kolei, wyglądał dziś jeszcze dziwniej niż podczas pierwszego spotkania. Potargana broda i zmierzwione włosy nie byłyby może tak groteskowe, gdyby nie jego śnieżnobiały uśmiech od ucha do ucha. Jednak, żeby od razu zakochać się w takim mężczyźnie jak on? - Też sobie tego nie wyobraża... Ale: hola, hola! Moja Marianko - odezwał się jej wewnętrzny mentor - Dlaczego w ogóle miałabyś się tu w kimś zakochać? Przypominam: przyjechałaś do pracy, nie na amory, a na dodatek twe alergiczne przypadłości co rusz przestrzegają cię: zapomnij o miłości! Zapomnij!... Takiej jak ty i tak nikt nigdy nie pokocha!
- I długo jeszcze będą się panowie tak na mnie patrzeć? - Ukróciła myśli i ostro zwróciła się do mężczyzn stojących w drzwiach. - Czy wciąż jest ze mną coś nie tak?
- Po prostu dawno nie widzieli tak urodziwej i pięknej dziewczyny. - Odpowiedziała za nich pani Maria i uśmiechnąwszy się do Marianny, zwróciła się do Ludwika - Ludwiczku, nakryłam stół w jadalni, żebyście wszyscy mogli wspólnie zjeść obiad i porozmawiać.
- Doskonale! - wykrzyknął Adam. - To zaraz zawołam też mych studentów.
- Nie. - Zastopował brata ostrym głosem Ludwik - oni będą jeść osobno. Tutaj w kuchni z panią Marią. A ty lepiej idź i doprowadź się do porządku. Spójrz, jak zszokowałeś swym wyglądem panią Mariannę, to znaczy: Maryann.
Adam zaśmiał się, mrugnął do dziewczyny okiem i zniknął w korytarzu. Wkrótce rozległ się stamtąd dźwięk tłuczonej porcelany.
- Panie Boże! I co on tym razem narozrabiał? - zawołała pani Maria i wybiegając na korytarz za Adamem, zrozpaczona krzyknęła jeszcze - A nie mówiłam, że trzeba było usunąć wszystkie wazony, ukryć porcelanę, a nawet bibliotekę?!
- Jest pani czymś zdziwiona? - zapytał Ludwik, podchodząc do Marianny.
I nie wiedziała, co mu odpowiedzieć. Słowa pani Marii o jej urodzie ją omamiły, ale czuła, że nie odpowiedzieć panu Ludwikowi po prostu nie wypadało.
- Pani Maria powiedziała, że należałoby ukryć bibliotekę? - Znalazła wyjście z sytuacji. - Czemu? A ściślej: po co należałoby to zrobić?
- Ponieważ miesiąc temu dom nawiedzili nieproszeni goście... Prawdopodobnie rabusie - odpowiedział Ludwik, nie odrywając od niej wzroku. - Wciąż nie wiemy, co zabrali. Nawet monitoring niewiele pomógł. Zdecydowałem się przenieść bibliotekę z pomieszczeń na piętrze do piwnic domu, wcześniej oczywiście odpowiednio je do tego adoptując. To tam właśnie będzie pani pracować.
- Tylko że ja nadal nie znam zakresu mojej pracy i nie jestem w stanie oszacować, czy zdołam w określonym czasie...
- Dopóki nie zakończy pani zleconej pracy, nie wróci do Polski. - Przerwał jej stanowczym tonem. - I musi się pani z tym pogodzić.
I wziął ją pod ramię, i wyprowadził z kuchni.
- 10 -
Adam, samotnie siedząc przed nakrytym stołem, przywitał ich kwaśnym uśmiechem. Nie krępując się ani trochę, spokojnie pałaszował przygotowany dla wszystkich posiłek.
- Ty jak zawsze na nikogo nie czekasz - Ludwik skarcił brata, usadawiając Mariannę obok siebie przy stole. - I jak zawsze zachowujesz się beztrosko.
- Nie ufaj słowom mego brata, Maryann. - Odezwał się Adam - Jest o ciebie zazdrosny, ale przecież my wiemy, że się kochamy, prawda? - I spojrzał na Mariannę, puszczając do niej oko i zauważając, że lekko potrząsnęła głową, zaprzeczając tym samym jego słowom, uśmiechnął się i dokończył - Nie, nie Maryann!... Tylko tak ci się wydaje, że mnie nie kochasz!
- Bądź pewien, że nie wydaje. - Odpowiedział za Mariannę Ludwik, po czym zwrócił się do dziewczyny - Proszę jeść i nabierać sił. Brat dużo mówi, ale większość jego tekstów jest infantylna i niemądra, więc nie trzeba się nimi przejmować i najlepiej okazywać mu wyrozumiałość.
- Znaczy się, twoim zdaniem plotę bzdury? Tak?!... No dobrze! A co powiesz, jeśli zażyczę sobie po zakończeniu pracy przez Maryann pełną listę książek z naszej biblioteki wraz z komentarzami i wycenami?
- Masz na myśli bibliotekę babci?
Ludwik prowadził z bratem ożywioną rozmowę i jednocześnie spokojnie spożywał obiad. Marianna tymczasem wciąż nie mogła się nadziwić, jak ten wyniosły mężczyzna to robi, że nawet przez chwilę nie daje się nikomu wyprowadzić z równowagi? Jak potrafi tak dostojnie i z takim szlachetnym gestem brać w międzyczasie butelkę wina i z gracją ulewać porcję ciemnoczerwonego płynu do jej kieliszka? Obserwując płynność jego ruchów, jest coraz bardziej nimi... nim, zauroczona!?
- Proszę spróbować tego wina. - Słyszy w pewnym momencie jego głos. - Mam nadzieję, że je pani doceni.
- A ja mam nadzieję, że nie! - Nagle przerywa mu Adam, tym samym przywracając Mariannę z powrotem do rzeczywistości. - Maryann, teraz lepiej obejdź się bez wina.
- Słusznie. - Zgodził się z bratem Ludwik. - Nie powinno się mieszać lekarstw z alkoholem. - I podniósł samotnie kieliszek wina do ust, i skosztował mały łyk.
Marianna starała się już na niego więcej nie patrzeć. Jadła obiad, dokładnie przeżuwając jedzenie i tylko od czasu do czasu z niemalejącą ciekawością spoglądała na wnętrze jadalni i sąsiadującego z nią salonu, na, jak oceniła, bardzo drogie antyczne znajdujące się w nich meble. Czuła się jakby była na przyjęciu w pałacu dostojnego państwa, tyle tylko, że jej ubranie kompletnie do takiego przyjęcia nie pasowało.
Dalsze rozmyślania dziewczyny ukrócił głos Ludwika.
- Chcę cię poinformować, Adamie, że zamierzam przejąć z biblioteki do mojego prywatnego domu w mieście najcenniejsze książki. Oczywiście, dopiero po tym, jak pani Marianna wcześniej je zinwentaryzuje i opisze. - I zwrócił się do niej, lekko odwracając głowę. - Włoży je pani do specjalnego metalowego pojemnika, który już przygotowany jest w bibliotece i sporządzi dla mnie ich szczegółową listę.
- I będzie oszacowana ich cena? - Sarkastycznie spytał Adam, ale nie wiadomo, kogo? - Czy nie sądzicie, Wasza Wysokość, że nie macie do tego prawa?
- Mam. Kiedy w domu nie ma babci, to ja sprawuję nadzór nad biblioteką. I zamierzam z tych uprawnień korzystać. Czy chcesz, czy nie, musisz się z tym pogodzić.
- Nigdy! - wykrzyknął Adam i rzucił sztućce na stół. - Nie ufam ci!
- A ja nie ufam tobie. - Spokojnie odpowiedział Ludwik. - Pamiętasz, co się stało z pewnym cennym inkunabułem, który zabrałeś ze sobą do Meksyku? Nawiasem mówiąc, należał do naszego ojca, a ty go straciłeś.
- Utonął w bagnach! - zawołał ponownie Adam.
- Ciekawe, co to było tak naprawdę za bagno, w które wpadłeś, na zawsze pogrążając w nim inkunabuł z końca XVIII wieku?
- Nie pamiętam nazwy. - Adam zastukał palcami po swej głowie. - Nie pamiętam, a raczej nie zapamiętałem nazwy.
- A może dlatego gdyż po prostu takie nie istniały? - cicho mówił dalej Ludwik, nie odrywając wzroku od brata. - Przyznaj się, sprzedałeś ten wolumin, aby sfinansować następne badania archeologiczne? I na pewno sprzedałeś za grosze...
Oczy Adama rozszerzyły się z oburzenia. Próbował odpowiedzieć, ale tylko jak ryba poruszył ustami. I nagle wyrwał się zza stołu, przebiegł przez salon do wyjścia, krzycząc w biegu:
- Jak mogłeś?! Jak mogłeś?!
Marianna nie wiedziała, jak się zachować. Patrzyła jedynie na Ludwika wzrokiem wyrażającym nieme przerażenie.
- Proszę wybaczyć nam ten występ. - Powiedział do niej ze stoickim spokojem, sącząc po chwili wino z kieliszka. - Wkrótce przyzwyczai się pani do jego zachowania.
- A do twego? - zapytała Marianna i... nie uwierzyła w to, co przed chwilą powiedziała. Nie wierzyła przede wszystkim, że ośmieliła się zwrócić do niego na "ty"! Tak po prostu, zwyczajnie...
- Mam nadzieję, że i do mojego też. - Zaśmiał się Król Ludwik. - Przynajmniej wie już pani, jaką pracę będzie pani wykonywać. - Udał, że nie zwrócił uwagi na jej przejęzyczenie i spokojnie kontynuował - Będzie miała pani do dyspozycji komputer, który, nawiasem mówiąc, już czeka na panią w pomieszczeniu biblioteki. Komputer wyposażony jest tylko w jedną aplikację: program do katalogowania księgozbioru. Sprzęt pozbawiony jest wszelkich interfejsów umożliwiających pobieranie i przesyłanie z niego danych. Nie ma też, rzecz jasna, połączenia z Internetem. Pani zadaniem będzie wpisanie do programu tytułów wszystkich książek, ich autorów, dat wydania, ale także pani uwag na temat książek. Program sam posortuje wszystko według swych kryteriów i...
- I wyceni wartość książek. Ślicznie! - ironicznie dokończyła jego wypowiedź.
Mężczyzna skinął potwierdzająco głową i włożył kolejny kawałek jedzenia do ust. Jego arogancja i spokój coraz bardziej zaczynały ją irytować.
- Innymi słowy, do tej pracy potrzebna jest w zasadzie tylko moja odpowiedzialność, a nie kompetencje, których zresztą nie mam.
- Pani odpowiedzialność jest dla mnie bezcenna. - Potwierdził Król Ludwik i ponownie włożył sobie do ust kawałek jedzenia. - A na Adasia proszę nie zwracać uwagi. Zawsze był porywczy, nieodpowiedzialny i rozrzutny. Po śmierci naszych rodziców otrzymaliśmy spory spadek. Adam roztrwonił swoją część w ciągu sześciu miesięcy, a ja pomnożyłem ją wielokrotnie.
- Ale to jednak pana brat, więc czemu miałby mu pan nie pomóc? Tym bardziej że potrzebuje funduszy nie na zabawy, a na swe dalsze badania. Jest archeologiem-poszukiwaczem. A jeśli znajdzie coś bezcennego? Jeśli...
- Proszę mi uwierzyć - przerwał jej - takimi bajeczkami mój brat zwiódł już wielu ludzi, wyciągając od nich i od innych marzycieli niemałe pieniądze. I dziś zadłużony jest po uszy. - Nastała krótka chwila ciszy, po której znowu się odezwał - Proszę jeść, pani Marianno, to znaczy Maryann, proszę jeść. Potrzebuje pani witamin. I proszę nie zapominać, by po każdych trzech godzinach pracy w bibliotece wychodzić na powietrze, na dwór, na godzinę, ale nie na słońce. Będzie zresztą też o to dbała pani Maria.
Marianna patrzyła na Króla Ludwika i nie mogła zrozumieć, jakie tak naprawdę ten mężczyzna wywołuje w niej uczucia? Jakie wywołuje w niej uczucia człowiek o tak chłodnym i wyrachowanym rozumie, o tak bezdusznie prawym charakterze, ale i o całkowicie niewrażliwym sercu, nie tylko dla swego brata, lecz prawdopodobnie dla wszystkich...
Ludwik zakończył posiłek. Spojrzał Mariannie uważnie w oczy i się uśmiechnął.
- Nie powinna pani tak się zamartwiać o Adama, a mnie uważać za nieczułego człowieka. Zapewniam panią, że takim nie jestem. Po obiedzie wracam do miasta, a pani, proszę, niech odpocznie. Do pracy proszę przystąpić od jutra. Zadzwonię jutro wieczorem. Będę zainteresowany pani pierwszymi wrażeniami i uwagami dotyczącymi naszej biblioteki.
- 11 -
Wyszła ze swego pokoju, by zaczerpnąć w ogrodzie zdrowego wieczorowego powietrza. Po popołudniowej drzemce uznała, że to najlepszy na tę porę pomysł. A jeszcze dwie godziny wcześniej nie przypuszczała, że zgodnie z radą Króla Ludwika uda jej się choćby na moment zmrużyć oczy. Tymczasem miał rację, udało się! Spała zdrowym twardym snem przez prawie półtorej godziny. Jak na jej możliwości - naprawdę dużo! - Najwidoczniej osłabienie chorobą wciąż jeszcze daje o sobie znać. - Wytłumaczyła sobie w myślach.
Z ochotą wstała z łóżka i weszła do łazienki. A tu - przemiłe zaskoczenie. Patrząc na swe odbicie w lustrze, niemal ze zdziwienia przecierała oczy: po fatalnych słonecznych odparzeniach skóry prawie nie ma już śladu! Alergiczna wysypka i nieznośne pryszcze, które przysparzały jej dotąd tyle kłopotów, także praktycznie zniknęły. Policzki, czoło i podbródek były prawie czyste i tylko nieliczne naloty chowały się jeszcze pod włosami i wokół uszu. Sprawdziła ręce i nogi. I tu nie było prawie żadnej wysypki!... W fałdkach skóry ukrywało się jeszcze jedno czy drugie lekkie zaczerwienienie. I wszystko!
Nie wierzyła oczom, bo nie mogła znaleźć wyjaśnienia na to, co nimi postrzegała. - Może leki, które podawano mi w szpitalu, zdziałały cuda? - Wiadomo: amerykańskie zawsze są najlepsze! A może...
Wyszła z łazienki i podeszła do okna. Otworzyła je na oścież i wpuściła do pokoju powiew orzeźwiającego wieczornego powietrza. Słońce już zachodziło, niebo rumieniło się. - ...może zniknęły od promieni tutejszego słońca? - wypowiedziała pełnym przekonania głosem i wysłała w myślach wdzięczność amerykańskim obłokom i słońcu za uzdrowienie.
Szła wzdłuż ścieżki oczyszczonej z opadłych liści i cieszyła oczy zapadającym zmierzchem. W sercu czuła spokój i ład, więc myśleć o czymkolwiek poważnym po prostu nie chciało się. Wsłuchiwała się w odgłosy przyrody i wdychała jej aromaty, gdy nagle...
Czyjaś ręka chwyciła ją za ramię, ścisnęła mocno i przyciągnęła do swego ciała.
- Wreszcie! Jak długo tak mogłaś przebywać w pokoju? - Wysoki głos Adama i jego niespodziewane pojawienie się przeraziły ją tak bardzo, że nogi dziewczyny mimowolnie się ugięły. - Hej, co się z tobą dzieje? Maryann, przestraszyłem cię?
Po chwili poczuła, że siedzi na ławce i że ktoś lekko puka ją palcami w policzek. Wkrótce jednak opamiętała się i niemal dosłownie eksplodowała oburzeniem.
- Jak mogłeś mnie tak wystraszyć? Ty... ty wielki mały diable z trumny, który zawsze pojawiasz się nagle i znikąd! A ja, głupia, próbowałam cię chronić przed twym bratem!... Puść mnie! - I próbowała wyrwać się z ramion mężczyzny, ale na nic się zdało. Trzymał ją mocno i boleśnie. - Puść, to boli!
Dopiero wtedy, po tych słowach, rozluźnił uścisk. Odepchnęła go od siebie i wstała z ławki. Wzięła kilka głębokich oddechów, by uspokoić wciąż szybko bijące serce. - I musiałeś mnie tak znowu wystraszyć?
- Próbowałaś chronić mnie przed bratem? - usłyszała głos Adama, którego usta pod wpływem jej stwierdzenia rozbłysły w szerokim uśmiechu. - I co, udało się?
W odpowiedzi machnęła tylko ręką.
- I nie próbuj więcej, Maryann. Król Ludwik nie uszczknie mi więcej ani jednego centa ze swej kabzy, chociaż był w stanie finansować me wyprawy przez kilka lat. Jak zresztą mógłby nadal finansować mnie przyszły burmistrz naszego miasta, wspierać takiego kompletnie pechowego brata? - Adam energicznie wstał z ławki, podszedł do Marianny i ponownie ścisnął jej ramiona, jednak tym razem obiema rękami. - Wolałby wydawać pieniądze na przekupywanie mieszkańców, aby wygrać kampanię wyborczą niż pomóc biednemu braciszkowi!
Dziewczyna patrzyła na niego z konsternacją, choć sama do końca nie wiedziała, czy z powodu zażyłego uścisku, czy jego słów.
- Ale on ma do tego prawo. - Skwitowała cicho. - A czy to prawda, co przed chwilą powiedziałeś? Czy prawdą jest to, że zamierza startować w wyborach na burmistrza? I kiedy?
- Zamierza! I nawet w to nie wątp, że nie wystartuje. Z takimi koneksjami i pieniędzmi? Tylko jedna taka Królewska Mość jest godna tego urzędu. Patrzysz na taką - i od razu w piersiach zapiera dech. I ma tyle cnót, że ho, ho! - I przewróciwszy oczami, zagwizdnął. Puścił ramiona Marianny, po czym wrócił na ławkę. - Usiądź, Maryann. Opowiem ci, jak doszło do tego, że wybór na burmistrza Jego Królewskiej Mości przebiegnie bez najmniejszych zakłóceń. Przebiegnie tak, ponieważ dziś pozostało mu już tylko powiedzieć "zgadzam się" i przywdziać na siebie burmistrzowe insygnia.
Podeszła i usiadła obok Adama, zdając sobie sprawę, że naprawdę chciałaby usłyszeć tę historię.
- Dami, tylko nie fantazjuj i nie okłamuj mnie, proszę... - powiedziała i lekko ścisnęła mu dłoń.
- Więc i dla ciebie też jestem kłamcą? - głośno się oburzył, ale od razu ściszył głos i zaczął opowiadać. - A wiesz, Maryann, że to właśnie od kłamstwa nasz Ludwiczek, o przepraszam! Nasz jaśnie panujący Król Ludwik rozpoczął swe przewspaniałe królowanie? Trzy lata temu zwykły biznesmen inwestujący pieniądze w winnice spotkał w życiu piękną dziewczynę o imieniu Yolanda. Tak, tak! To ta Yolanda z tej nobliwej piwowarskiej rodziny, o której już ci kiedyś wspomniałem... I Adam zarzucił ręce za głowę, i zanucił sennym głosem, na dodatek po polsku: - Ach, ta Jola, ta Jola, to dziewczyna, że hola! Ach, Jola, Jola... kto kochać ją mocniej zdoła?
- Masz piękny głos. - wyraziła swój szczery podziw Marianna. - A potem, co się stało?
- Dziewczyna miała wypadek samochodowy. Król Ludwik przejeżdżał obok. Zatrzymał się, pomógł jej się wykaraskać. I takim sposobem się poznali. Jednak, zamiast zabrać dziewczynę do szpitala, przywiózł ją tutaj, do naszego domu. A kiedy babcia opatrywała jej na szczęście niewielkie rany i zadrapania, on zadzwonił do ojca Yolandy. Oznajmił, że potrzebne mu są pieniądze, aby wybronić jego córkę przed drogówką, która bezsprzecznie obwini ją za spowodowany wypadek.
- Coś podobnego! Naprawdę?! - Marianna zrobiła okrągłe oczy. - Nie wierzę!
- Babcia też była oburzona, kiedy z czasem o wszystkim się dowiedziała... - Dalej Adam mówił już stonowanym, spokojnym głosem. - Ludwik wymusił na dziewczynie i jej ojcu współpracę i dostał swe wynegocjowane pieniądze. Tymczasem Yolanda zakochała się w nim na zabój. Straciła głowę z miłości do późniejszego Króla i nie tylko już sama zaoferowała mu kasę, pomoc ojca, ale w bonusie nawet samą siebie, a także wsparcie miejscowego Rotary Club, którego jest działaczką. Wtedy, gdy to się wszystko zdarzyło, nasz Ludwiś był ledwie skromnym prowincjonalnym biznesmenem. Jednak odtąd zaczęło się jego nieustanne wspinanie. Nikomu niczego nie odmawiał. - Adam podrapał się po czole, potem po brodzie i rzekł: - Masz rację, Maryann, muszę zgolić brodę!
Marianna uśmiechnęła się gorzko i spojrzała na niego ze zdziwieniem.
- To ja coś mówiłam o twojej brodzie?
- Myślałaś o niej, a ja umiem czytać w myślach. - Wstał z ławki i odwrócił się twarzą do dziewczyny. - A może też powinienem obciąć włosy? - zapytał, wodząc palcami po zmierzwionej czuprynie.
- Nie byłoby źle. - Odpowiedziała z uśmiechem. - A także nabrać trochę dobrych manier.
- Bez trudu potrafię być i miły, i towarzyski, jeśli jest taka potrzeba! - wykrzyknął. - Maryann, jesteś cholernie seksowna. Szkoda, że nie jesteś Amerykanką, bo wtedy...
- Opisz mi tę jego Jolę - przerwała jego zbędne dla niej fantazjowanie.
- Och, ona jest boska! A czyż da się opisać boginię?! Urzeka swym pięknem i charakterem jak ta, o której ci już raz wspomniałem: Chalchiuhtlicue - ideał kobiecości i macierzyństwa. Dumna, piękna, brązowooka.
- Ale nie opisuj mi meksykańskiej bogini, Dami. Opisz mi tę Jolantę.
- Jest taka sama jak tamta. - Odpowiedział. - Spojrzał na zachód słońca i nagle oniemiał, upajając się jego pięknem albo...
I Marianna nagle zrozumiała, że Adam bez reszty zakochał się nieodwzajemnioną miłością w Jolancie. A ta go najzwyczajniej ignoruje! Wybrała jego starszego brata i ofiarowała tamtemu wszystko!
- Jesteś pewien, że na zawsze pozostanie z Ludwikiem i że nie masz już u niej żadnych szans? - zapytała niepewnie.
- Tak! Jestem pewien! - Natychmiast odpowiedział. - Została szefową biura jego kampanii wyborczej. I trzeba tu dodać: szefową od startu odnoszącą same sukcesy. Kreatywną, jak to się dziś mawia. To ona zmusiła Ludwika do kandydowania na burmistrza, a w międzyczasie uprzątnęła pole, niszcząc wszystkich jego potencjalnych konkurentów. Pozostał jej tylko jeden zawodnik - obecny burmistrz: mister Sotyris Pakolusous - syn greckich emigrantów. Jestem jednak jakoś dziwnie pewien, że i z nim też sobie wkrótce poradzi.
- Mówisz o tej dziewczynie, jakby Ludwik sam sobą, swoją osobą, niewiele co prezentował... - ze zdziwieniem zauważyła. - Wydaje mi się, że nie doceniasz brata...
- Tylko tobie się tak wydaje. A uwierzysz mym słowom wtedy, gdy ją ujrzysz na własne oczy i osobiście poznasz.
- Dami! Nie mam po co jej "poznawać". Przybyłam tu do pracy, a nie by patrzeć na królów i królowe - z sarkazmem odrzekła.
Wstała i ruszyła w kierunku domu.
- Pójdę już. Muszę jutro zacząć pracę i nie obchodzą mnie wasze rodzinne intrygi i sekrety.
- Więc mi nie pomożesz? - Nagle usłyszała pytanie Adama, więc i równie nagle zatrzymała się.
- W czym niby miałabym ci pomóc? Utworzyć kopię wykazu najcenniejszych książek z biblioteki? A może od razu ci je odłożyć? - Mówiła do niego z takim obrzydzeniem, że aż go to zdziwiło.
- Ale... to moja biblioteka.
- Naprawdę? A moim zdaniem to biblioteka twojej babci. - Ostro odpowiedziała. - A ty, podobno już roztrwoniłeś spadek po swych rodzicach. Nie jest tak? Nie wiem, kto i jak zadecyduje o losie tych książek. Niewiele mnie to obchodzi. Teraz rozumiem tylko jedno: takiemu szaleńcowi jak ty nie wolno ufać, i tyle. Sam już twój wygląd nie budzi zaufania, podobnie jak twe zachowanie. Bo i jak inaczej określić to, o co mnie prosisz? Jak mam nazwać tę propozycję, którą mi składasz?!... Nie do mnie należy osądzanie. Za to przynajmniej sama mogę zadecydować, komu będę służyć. I nie ukrywam, że już zadecydowałam: nie tobie.
Dziewczyna odwróciła się gwałtownie i tym razem szybkim krokiem ruszyła w kierunku domu.
I dopiero w bezpiecznym schronieniu swego pokoju przez długi czas martwiła się słowami, które w porywie emocji wypowiedziała do Adama. Czy miała do tego prawo? W końcu i on jest w jakimś sensie jej pracodawcą i ma prawo stawiać wymagania, a ona go za to skarciła. Jednak po dłuższej chwili serce Marianny uspokoiło się. Zrozumiała, że przecież i tak nie zamierza spełnić oczekiwań żadnego z braci. Po prostu: wykona swą pracę najuczciwiej, jak potrafi i zaraz potem wróci do Polski. Ma tylko nadzieję, że to czasowe wstrzymanie połączeń lotniczych, z uwagi na restrykcje pandemiczne, o którym swego czasu wspomniał jej Ludwik, zostanie przez prezydenta Trumpa odwołane. - A nawet jeśli nie, to przepłynę ocean wpław! - dodała w myślach i uśmiechnęła się.
Zasypiając, obiecała sobie, że nie będzie więcej rozmyślać ani o Królu Ludwiku i jego podłości, ani o królowej Jolancie, a co więcej: nie zamierza nawet kiedykolwiek na tamtą spojrzeć.
I, pogodzona z poczynionymi ustaleniami, w końcu zasnęła.
- 15 -
Nie zaspała. Zdziwiła się nawet, że obudziła się następnego ranka o wyznaczonej przez siebie godzinie. Wzięła prysznic, włożyła dżinsy, grubą czarną koszulę z długim rękawem i tenisówki, założyła maseczkę na usta i nos, po czym szybko udała się do kuchni na śniadanie.
Nie spodziewała się, że ujrzy tam Ludwika.
- I pan tutaj? - mimowolnie rzekła.
W odpowiedzi usłyszała z lekka wymuszony śmiech.
- Właściwie to mój dom. - Dodał, zajadając się śniadaniem - Proszę, niech pani siada. I dzień dobry, przy okazji. - Po czym przyjrzał się dziewczynie wnikliwie od stóp do głów i spytał - Dokąd się pani wybiera? Do prosektorium? Sugeruję zdjąć tutaj maseczkę. Łatwiej będzie pani jeść - i zachichotał.
- Bardzo śmieszne! - Odgryzła się. - A udaję się do piwnicy, gdzie nie jest specjalnie ciepło. Natomiast maseczka to nieodzowna część wyposażenia bibliotekarki, a szczególnie w czasach pandemii... - Odpowiedziała z tupetem, siadając przy stoliku naprzeciwko właściciela domu. - I w ogóle dzień dobry wszystkim! - Uśmiechnęła się do pani Marii, która zaczęła podawać jej śniadanie, ale zgasiła uśmiech, odwracając twarz w stronę Króla Ludwika.
- Czy odbieram pani apetyt? - Był zaskoczony taką reakcją.
- Nie. - odpowiedziała, zdejmując maseczkę. - Po prostu nastrajam się do pracy. Potrzebna w niej będzie powaga i koncentracja... A zatem czego powinnam szukać w państwa bibliotece? - zapytała, rozpoczynając śniadanie i od razu odniosła wrażenie, że pod wpływem jej pytania mężczyzna spiął się - Wczoraj mówił pan, że czegoś w niej szuka?
Odsunął od siebie talerz z na wpół zjedzonym śniadaniem i wziął filiżankę kawy. Uniósł naczynko do ust, błogo zaciągnął się aromatem i rzekł:
- Sam nie wiem, czego? Proszę mi pomóc, pani Marianno, znaleźć to. Wiem o "tym" tylko tyle, że jest ukryte w naszej bibliotece. I nic więcej.
Patrzyła na Ludwika, mimowolnie upajając się jego męskim urokiem i barwą głosu. Patrzyła, jak pił kawę, jak łamał wypielęgnowanymi dłońmi pieczywo. I nagle zapytała: