Rozdział 1
Tristan
Obecnie
Drzwi do sali przesłuchań otwierają się z rozmachem i trzaskają o ścianę.
Viktor i Aiden wciągają do środka chuderlawego mężczyznę z kozią bródką. Jego koszulka jest splamiona krwią. Błaga o litość, a jego twarz przypomina miazgę.
Co za debil. Tylko marnuje oddech. Nikt z obecnych w tym pokoju nie okaże mu litości.
Dzisiaj przyszedł czas na rozliczenie. To dzień odpowiedzi. To chwila, gdy nasi wrogowie zapłacą za swoje zbrodnie.
Półtora roku temu każdy z tu obecnych stracił ojca, kiedy Syndykat został zbombardowany w ramach intrygi mającej na celu wyeliminowanie stowarzyszenia.
Przeżył tylko Massimo. Jeden samotny człowiek, który przejął bogactwa tajnych przestępczych rodzin, niegdyś uchodzących za silne mocarstwo. Massimo objął władzę, gdy nasz ojciec mianował go głową rodziny D'Agostino.
Mój brat wyszedł z tego cało ze względu na inne sekretne plany uknute przez Riccarda Balesteriego, wroga mojej rodziny.
Chcąc przejąć majątek Syndykatu, Riccardo zdradził ich i zawarł sojusz z Vladem Kuzniecowem, będącym w Kręgu Cieni prawą ręką Mortimera. Byli jedynymi na tyle silnymi ludźmi, by zaatakować resztę. Myśleliśmy, że tylko oni są odpowiedzialni za bombardowanie, jednak potem otrzymaliśmy anonimowy list, z którego wynikało, że więcej osób maczało w tym palce. I wtedy poprzysięgliśmy zemstę.
Moje powody sięgały głębiej, gdyż podejrzewałem, że Mortimer Viggo jest w to wszystko jeszcze bardziej zamieszany. Dobrze wiedziałem, czego się dopuścił, kiedy próbowałem zemścić się za moją Alyssę.
To Vlad ją zabił. Zrobił z nią niewyobrażalnie okrutne rzeczy, a potem wysłał mi jej głowę w pudełku, ale to Mortimer zlecił morderstwo. Vlada już zabiłem, ale wciąż próbowałem zemścić się na Mortimerze.
Vlad współdziałał z Riccardem, aby zniszczyć Syndykat, ale wiedzieliśmy, że żaden członek Kręgu Cieni nie działał bez błogosławieństwa Mortimera. Nie mamy pojęcia, kto jeszcze jest w to zamieszany, ale najwięcej odpowiedzi uzyskamy od niego.
A już dawno nie poszczęściło się nam tak jak dziś, gdy złapaliśmy tego skurwiela. Pieprzonego szpiega.
- Ten gnój będzie mieć odpowiedzi. Gra na dwa fron-ty, parszywa menda! - krzyczy Viktor z ciężkim rosyjskim akcentem.
Viktor został głową rodziny Romanowów po odejściu jego ojca. Ma brata Aidena i obaj należą do Bratvy. Ich ojciec, podobnie jak nasz, był częścią Syndykatu.
- Ta kanalia zmontowała bombę, która zabiła naszych ojców - dodaje Aiden, wlokąc za sobą mężczyznę.
Przenoszę wzrok na człowieka, którego trzymają. A więc to on zbudował bombę. Ta informacja właśnie przypieczętowała jego los.
Massimo i Dominic odsuwają się z drogi, kiedy Viktor popycha człowieka w stronę ściany, a Aiden zakuwa go w kajdany. Następnie obaj się odsuwają, pozwalając wkroczyć Massimowi. W ten sposób okazują mu szacunek i uznanie dla jego przywództwa.
- Nazwisko - warczy Massimo.
- Wilson Parker - odpowiada Viktor.
- Szczegóły?
- Dwadzieścia dziewięć lat, mieszka w Summer Heights. Były saper wojskowy i haker. Mortimer Viggo zatrudnił go do wykonania bomby, która zabiła naszych ojców, a także włamania się do systemów bezpieczeństwa w budynku Syndykatu. W ten sposób miał zadbać, by nikt nie przeżył. Pracuje dla Mortimera od dawna.
No i proszę.
Właśnie potwierdziłem swoje podejrzenia.
Mortimer Viggo był w to zamieszany bardziej, niż myśle-liśmy. Kiedy dostaliśmy tamten list, on pierwszy przyszedł mi na myśl.
Teraz już wiemy, że Vlad i Riccardo byli jedynie jego kukiełkami, a to on od zawsze pociągał za sznurki.
Tak samo jak sześć lat temu.
Massimo patrzy na mnie, a Dominic wyłamuje palce. Obaj wiedzą, że traktuję tę sprawę osobiście ze względu na śmierć Alyssy.
- Mogę z nim porozmawiać, bracie? - pytam Massima, wyciągając nóż z tylnej kieszeni.
- Tak - odpowiada.
Podchodzę do Wilsona, który na sam mój widok drży jak osika.
- Proszę... oszczędź mnie. Zabiją mnie, jeśli zacznę gadać - jąka się Wilson. Jeden z jego zębów obluzowuje się i spada na podłogę. Ściągam brwi.
- Zamknij ryj! - krzyczę. Mój głos odbija się echem od ścian. - A myślisz, że my nie zrobimy tego samego?
Nie znoszę idiotów, którym wydaje się, że tylko zadamy im kilka pytań, a potem puścimy ich wolno.
- Proszę, błagam. Przecież już macie nazwisko. Czy to wam nie wystarczy?
- Będzie wystarczyło, jeśli tak powiem - informuję go. - Lepiej zacznij śpiewać. Chcę wiedzieć o wszystkim, co zrobił Mortimer Viggo.
- Ale tego jest... zbyt wiele - bełkocze.
Zbyt wiele? Jezusie... on chyba nie ma żadnych zahamowań.
Żaden człowiek nie zapomniałby tych grzechów i sekretów, które wstrząsnęły moją rodziną, odkąd to wszystko się zaczęło. Coś takiego ma na ludzi nieodwracalny wpływ. Sam na własne oczy widziałem, jak moi bracia zmieniają się dosłownie z minuty na minutę. Ja natomiast przeszedłem swoją transformację po śmierci Alyssy.
To, co nam się przydarzyło, otrzeźwiło nas. Nikt nie mógł tego przewidzieć. I wszystko posypało się jednego dnia. Dosłownie wszystko.
Nie dość, że Syndykat został zbombardowany, to jeszcze w szafie odkryto trupy, które miały do zdradzenia wiele sekretów, a w rękach trzymały sztylety gotowe zadać cios ostateczny.
Tamtego dnia straciliśmy tatę. Po wybuchu doznał poważnych obrażeń, ale wykończył go dopiero Riccardo, który strzelił mu w głowę. Dowiedzieliśmy się również, że ten sam diabeł zabił naszą matkę niemal dwadzieścia lat temu i upozorował jej samobójstwo.
Następnie straciliśmy Andreasa, naszego najstarszego brata. Wydaje mi się, że spośród wszystkich złych rzeczy, które nam się przydarzyły, jego czyny zabolały mnie najbardziej. Zawsze sądziłem, że jeśli któryś z nas miałby przejść na stronę zła, były to on. I tak też się stało.
Kiedy tata mianował Massima głową naszej rodziny, Andreas połączył siły z Riccardem, aby nas zniszczyć. A to wszystko po to, by przejąć imperium D'Agostino.
To właśnie ten wspomniany brak zahamowań. A to tylko najgorsze z katastrof. Było jeszcze mnóstwo mniejszych.
Staję naprzeciwko Wilsona i upewniam się, że dobrze widzi moją surową minę. Chcę, aby dostrzegł moje prawdziwe oblicze - człowieka, który nie ma już nic do stracenia.
Tacy jak ja nie mają duszy, a także żadnych granic. Napędzają mnie chęć zemsty i żądza krwi, które zżerają mnie od środka każdego dnia.
Wilson ma to zobaczyć i pojąć, że ze mną się nie zadziera. Z czasem w jego oczach pojawia się zrozumienie, które pociąga za sobą lęk, gdy unoszę nóż. Wydaje mi się, że jeszcze nie jest wystarczająco przerażony, więc zamierzam go trochę nastraszyć.
- Wilson... Nie wiem, z kim zazwyczaj miałeś do czynienia, ale to nie jest odpowiednia pora na gierki. To moje jedyne ostrzeżenie. Gadaj, to zabiję cię powoli. Jeśli nie zaczniesz śpiewać, twoja śmierć będzie jeszcze powolniejsza i będzie jej towarzyszyć rozrywający, nieznośny ból. I wtedy zaczniesz mnie błagać, żebym cię, kurwa, wykończył. - Uśmiecham się, a on wytrzeszcza oczy.
Niestety tak jak podejrzewałem, postanawia trzymać gębę na kłódkę.
Zerkam na Massima, bezgłośnie prosząc o pozwolenie, a on kiwa głową, więc z jego błogosławieństwem przesuwam ostrzem po ramieniu Wilsona. To go nie zabije, ale zaboli na tyle, że kutas się popłacze.
Mężczyzna wyje z bólu, zalewając się łzami. Potem zaczyna błagać o litość.
- Przestań, ty żałosna pizdo. Nawet nie proś o litość! - wrzeszczę. - Niby dlaczego mielibyśmy ci ją okazać? Zbudowałeś tę jebaną bombę.
Wykonuję zamach i wbijam nóż w jego prawy bok. Powietrze przeszywa ryk, ale nie przerywam, wpycham ostrze jeszcze głębiej i ocieram nim o kość.
- Przestań! Proszę... - szlocha.
Chyba zaczyna zmieniać zdanie.
- Będziesz gadać? A może powinienem wziąć się do odcinania ci kończyn?
Milczy. Przyszedłem tu, nie mając nawet odrobiny cierpliwości, toteż cisza z jego strony doprowadza mnie na skraj wytrzymałości. Wyciągam spluwę i strzelam w jego udo. Tym razem drze się tak, jakby przyszła po niego sama śmierć. Liczę, że to go przekona. Jeśli okaleczę go bardziej, do niczego nam się nie przyda.
Odciągam kurek broni, a on znowu krzyczy.
- Nie! Proszę. Zacznę mówić. Powiem wszystko, co wiem.
- W takim razie się nie krępuj. Scena należy do ciebie. Chętnie posłuchamy - drwię z niego.
- Mortimer zgodził się współpracować z Riccardem Balesterim, kiedy ten powiedział mu, że twój ojciec jest powiązany z włoską i rosyjską władzą. Syndykat miał przejąć liczne kontrakty biznesowe - wyjaśnia łamiącym się głosem.
Na wspomnienie o ojcu zaciskam pięści. Wiedziałem, że usłyszę więcej złych wieści.
- Kontynuuj - zachęcam.
- To oznaczało więcej pieniędzy, władzy i kontroli dla Bractwa. Kontroli nad zasobami, z których korzysta kryminalne podziemie. Twój ojciec, jako właściciel koncernu naftowego, był najbogatszym człowiekiem Syndykatu, więc nawet głowy rządów zgadzały się podpisywać z nim kontrakty. Mortimer od zawsze szukał sposobu, by zmieść z planszy Syndykat. Chciał ich zniszczyć, ale przede wszystkim zależało mu na śmierci twojego ojca, bo bez niego kontrakty by się posypały.
Muszę spojrzeć na Massima w poszukiwaniu otuchy, bo właśnie dostałem potwierdzenie, że Mortimer zlecił śmierć kolejnej ważnej dla mnie osoby. Mojego ojca.
Jednak Massimo nie potrafi na mnie spojrzeć. Wbija wzrok w Wilsona. Podobnie jak Dominic.
Przenoszę uwagę na więźnia i staram się zachować stoicki spokój. Muszę wszystko z niego wyciągnąć, a potem go zabiję. Wpakuję mu kulkę w łeb i będę się modlił, by bolało tak bardzo jak rozerwanie na kawałki przy eksplozji bomby.
- Co jeszcze? - żądam.
- Riccardo nie był jedynym członkiem Syndykatu, który się od nich odwrócił - wysapał.
Jezu Chryste. To również podejrzewałem. Cholera. Nie znoszę mieć racji. Kiedy usłyszałem, co się stało, uznałem, że ktoś jeszcze musiał im wszystkim pomagać, bo tylko wtedy taki spisek by się udał. I, jak się okazuje, wszyscy winowajcy to osoby, które znamy.
Syndykat tworzyło sześciu przywódców rodzin przestępczych: czterech włoskich i dwóch rodzin Bratvy.
Skoro rodzina Riccarda, D'Agostinowie i Romanowie odpadają, należy przyjrzeć się pozostałym.
- O kim mówisz? Podaj mi nazwiska - rozkazałem.
- Wiem tylko o Wolkowach, ale Riccardo ich zdradził.
Massimo chciał się z nimi skontaktować, aby zreformować Syndykat. Po tej nowinie dochodzę jednak do wniosku, że ludziom naprawdę nie można ufać.
- Było jeszcze pięć innych osób zaangażowanych w plan Mortimera - dodaje Wilson, a moja krew zaczyna wrzeć.
W końcu przechodzimy do sedna i odkrywamy sekrety. Mocno zagryzam zęby i zerkam na Massima. Wilson właśnie podał nam liczbę. Teraz już wiemy, ile osób brało w tym udział. Pięć. Jest ich jeszcze pięć.
- Kim oni są?
- Nie znam nazwisk. Wiem tylko, że kontrakty, które załatwił twój ojciec, doprowadziły do tego, że pozostali utworzyli sojusz.
- Nie wiesz, kim oni są, ale wiesz, kurwa, że było ich pięciu! - krzyczy Massimo. - Musisz się chociaż domyślać.
- Nie mam pojęcia. Słyszałem tylko, że wspomniano o jakichś Włochach. Ale nie padły żadne nazwiska.
Ostatni Włosi należący do Syndykatu to rodzina Mazzonich. Tyle że on nie podał nazwisk. Może chodzić o nich, ale niekoniecznie.
- Krow' omerta - mamrocze, a mnie na dźwięk tych słów skacze ciśnienie. - Słyszałem je już kilkukrotnie.
Mrużę oczy i przenoszę pytający wzrok na Massima. Krow' omerta to tajna przysięga krwi składana na znak milczenia między członkiem Bratvy a przedstawicielem la Cosa Nostra.
Rzadko się ją spotyka. Przez całe trzydzieści lat słyszałem te słowa może dwa razy. Raczej się z niej nie korzysta, bo obietnica wiąże aż do śmierci.
- Od kogo to słyszałeś? - pytam.
- Od Mortimera. - Wilson zerka na Massima, potem znowu na mnie. - Nic więcej nie wiem. To wszystko. Ludzie, którzy połączyli siły, chcieli zniszczyć Syndykat. Plan się nie powiódł, kiedy Riccardo umarł. Myśleli, że będzie ostatnim żyjącym członkiem. Że będzie po ich stronie, a wraz z nim odziedziczony przez niego majątek Syndykatu. Tak długo, jak Syndykat istnieje i jest poza ich kontrolą, wrogowie zawsze będą czyhać na kolejną szansę.
Odnoszę wrażenie, że powiedział nam już wszystko, co wie, a dla mnie to zbyt wiele. Nie potrafię tego przetrawić, bo to oznacza, że wydarzenia sprzed półtora roku były tylko wierzchołkiem góry lodowej. I mamy jeszcze mnóstwo do odkrycia, wciąż brakuje nam odpowiedzi na tyle pytań.
- A co do ciebie... chcę wiedzieć więcej o tym, co zrobi-łeś. O tej bombie. Czym jeszcze się zajmowałeś? - drąży Massimo. Po jego głosie poznaję, że mężczyznę wkrótce czeka śmierć.
- Współpracowałem z Wolkowem, który dał mi znać, kiedy mam ją detonować.
Massimo patrzy na niego długo i badawczo. Mija kilka sekund. Nic się nie dzieje, w powietrzu zalega głucha cisza.
- Coś jeszcze? - wtrącam się.
- Nie - odpowiada Wilson.
Odbezpieczam broń, żeby go wykończyć, jednak inna kula mnie ubiega i trafia mężczyznę między oczy. Krew się rozbryzguje, a ciało Wilsona wiotczeje.
Odwracam się i zauważam Massima z uniesioną bronią i palcem na spuście. Wyciągnął pistolet tak szybko, że nawet się nie zorientowałem.
- On był mój. W końcu jego bomba miała zabić mnie. Tamtego dnia powinienem był umrzeć, a jednak wciąż tu stoję. Odebranie mu życia było moim obowiązkiem - tłumaczy Massimo. - Tata zmarł w moich ramionach... - urywa. Nie musi mówić niczego więcej.
Massimo zaciska szczęki i domyślam się, że ledwo powstrzymuje gniew. Czuję się tak samo. Dominic milczy. Wydaje się nienaturalnie cichy i odnoszę wrażenie, że dla niego to też zbyt wiele. Człowiek ma swoje granice, a on, odkąd wszystko szlag trafił, nie jest sobą.
- I co teraz będzie? - odzywa się Viktor po kilku chwilach.
Przenoszę na niego wzrok. Nie mam pojęcia, jak odpowiedzieć. Massimo też chyba nie. Już wcześniej podejrzewaliśmy udział Mortimera, ale teraz zyskaliśmy pewność, jednak nie potrafimy go znaleźć.
Jakby tego było mało, nikt nigdy go nie widział.
Od sześciu lat bezskutecznie próbuję odszukać złoczyńcę bez twarzy i nawet nie mam pojęcia, czy kiedykolwiek się do niego zbliżyłem. Nikt tak naprawdę nie wie, jak wygląda Mortimer Viggo. Wszyscy znają tylko jego nazwisko, a ci, którzy spojrzeli mu w oczy, nie żyją.
- Będę rozglądać się dalej - zapewnia Dominic. W jego oczach dostrzegam jakiś mrok, który mi się nie podoba. Nie ma nic złego w tym, że ja pozwalam ciemności mną zawładnąć, ale mój braciszek nie powinien tego doświadczyć. Jednak jeśli ktoś może coś znaleźć, to tylko on.
- A co z nami? - pyta Viktor, patrząc na Massima. - Chyba już udowodniliśmy, że jesteśmy godni zaufania. Chcemy wziąć udział w reformacji Syndykatu, jeśli dalej tego chcecie. Gdy wszystko wezmą diabli, razem będziemy silniejsi.
Massimo kiwa głową na zgodę.
- Tak. Już wkrótce się spotkamy i omówimy kolejne kroki. Musimy przemyśleć wiele spraw.
Święta prawda.
* * *
Wchodzę do gabinetu Massima w D'Agostino Inc. i zauważam swojego brata stojącego przy panoramicznym oknie. Rozmawia z Alfonse'em Belmondem.
Alfonse był osobistym asystentem mojego ojca i menadżerem do spraw rozwoju. Poznali się we Włoszech za dzieciaka i od tamtej pory byli przyjaciółmi. Alfonse był dla nas jak drugi ojciec. Wyszkolił nas do pracy w tej firmie.
Mężczyzna wygląda tak, jakby właśnie próbował przemówić mojemu bratu do rozumu. I jestem pewien, że Massimo teraz tego potrzebuje.
Na mój widok Alfonse pocieszająco klepie mojego brata po ramieniu i podchodzi do mnie.
Zatrzymawszy się przede mną, posyła mi surowe spojrzenie. Jest świadomy tego, że wczoraj mieliśmy ciężką noc i wygląda, jakby się o nas martwił. Żaden z nas nie chce podać mu szczegółów, ale widać po naszych twarzach, że przeszliśmy piekło. On również wie o naszym celu. Nie dało się tego przed nim ukryć.
- Dzisiaj się nie przemęczajcie, chłopcy - ostrzega. - Wasz ojciec zawsze powtarzał, że należy odpocząć, żeby móc działać dalej. Poświęćcie na to dzisiejszy dzień. Obaj wyglądacie mizernie.
- Nie martw się. Zamierzamy chwilę odsapnąć - zapew-niam.
- W porządku. Dzwońcie, jeśli będziecie czegoś potrzebo-wali. - Znika, a ja podchodzę do Massima.
Za godzinę czeka nas spotkanie z jednym z naszych inwestorów. Massimo chciał najpierw zobaczyć się z nami, żebyśmy zdążyli porozmawiać. Dominic wkrótce powinien się zjawić. Ja dotarłem wcześniej.
Zawsze tak postępujemy przed tego typu spotkaniami. Massimo mianował mnie swoim zastępcą, a Dominic był jego consigliere.
Gdy podchodzę, odwraca się do mnie. W jego ręce zauważam jakąś kartkę.
- Co to jest? - pytam.
- List - odpowiada z kpiącym uśmiechem. - Szkoda tylko, że wciąż nie znam nadawcy.
Massimo dostał ten list siedem miesięcy po ataku bombowym na Syndykat.
Wyciągam rękę, żeby wziąć od niego kopertę. Czytałem go już setki razy i za każdym próbuję się domyślić, kto mógłby go napisać. Nie zaszkodzi przeczytać jeszcze raz:
Drogi Massimo,
nie znasz mnie, ale ja znam Ciebie i czuję, że w świetle ostatnio zdobytych informacji muszę się z Tobą skontaktować.
Sprawa zniszczenia Syndykatu, do którego doszło siedem miesięcy temu, jest znacznie bardziej skomplikowana, niż Ci się wydaje.
Nawet nie wiesz, ilu ludzi było w to zaangażowanych - i wszyscy byli odpowiedzialni za śmierć naszych ukochanych. Wielu z nich ubrudziło sobie ręce, zabijając naszych ojców.
Riccardo Balesteri był tylko pionkiem mającym pozbyć się wrogów w bardziej skomplikowanej grze. Nalegam, byś odtworzył Syndykat i stanął na jego czele. Zostań przywódcą.
Tylko z najsilniejszymi sprzymierzeńcami będziesz w stanie złapać wrogów. W przeciwnym razie nadejdzie wojna.
Powodzenia.
Życzliwa Ci osoba.
Wzdycham ciężko, oddaję mu list i kręcę głową. Wciąż nie mam pojęcia, kto mógł go wysłać, ale po ostatnim czytaniu wydaje mi się jakiś inny.
Ta osoba wiedziała, co się dzieje.
- Ten ktoś zna sprawców - oznajmiam, a Massimo kiwa głową. - Wiedział, co zrobił Mortimer i dlaczego.
- Tak. Szkoda tylko, że nie mam pojęcia, kim on jest i dlaczego nie mógł ujawnić się ze swoją wiedzą wcześniej.
- Teraz wiemy, że było jeszcze pięciu innych - dodaję.
- Zgadza się. I dowiedzieliśmy się od Wilsona, że chodzi o jakichś Włochów. - Mruży oczy i kręci głową. - Mam wrażenie, że to jakaś pieprzona zagadka. I nie wiem, czy chodzi o Mazzonich, czy innych. Nie mam pojęcia, czy krow' omerta została złożona między całą grupą, czy tylko z jedną osobą.
Wzdycham i łapię się za głowę. Nad tyloma rzeczami trzeba się zastanowić. Mam wrażenie, że wszystkie elementy układanki wirują mi w głowie, a wielu z nich brakuje. Nie mam pojęcia, które gdzie pasują.
- Zazwyczaj ta przysięga zostaje zawarta z jedną osobą, ale nie ma żadnych przeciwwskazań, by przeprowadzić rytuał z całą grupą. Po prostu to rzadkie, Massimo. To już nie jest zwykłe przymierze. To obietnica na śmierć i życie. - To wciąż dla mnie zagadka, ale jeśli mam być szczery, w ogóle nie ma to dla mnie żadnego sensu. Zresztą jak wszystko, odkąd nasz świat stanął na głowie.
- Wiesz co, Tristan? Stoję tutaj od dłuższego czasu i myślę, co z tym wszystkim zrobić, ale równie dobrze mogę leżeć i pierdzieć w kanapę, bo gówno wiem. Nawet nie mam pojęcia, od czego zacząć. Zabiłem Riccarda. Był jedyną osobą z jego rodziny, która mogłaby połączyć siły z kimś takim jak Mortimer. To nie mogła być rodzina Falcionich, bo Phillipe Falcione był przewodniczącym Syndykatu. Dlatego skoro wspomniano o Włochach, to musimy założyć udział Mazzonich. To oznacza, że są równie winni co rodzina Wolkowów. A to już połowa tego pieprzonego Syndykatu.
- Nic dziwnego, że skończyło się to w ten sposób - zauważam rezolutnie.
- No właśnie. To, co wydarzyło się półtora roku temu, otworzyło wszystkim oczy. Doszło do tragedii, ponieważ przynajmniej połowa z nich grała na dwa fronty. A nawet jeśli chodziło tylko o Riccarda i Wolkowa, to i tak wystarczyło. A ci zasrańcy, którzy zostali lojalni, byli zbyt zajęci interesami i pomnażaniem majątku, by zwrócić uwagę na cokolwiek innego. Koniec końców okazało się, że pieniądze są chuja warte. I tak im nie pomogły, tak samo jak nie pomogą teraz nam.
Ma rację. Syndykat w dużej mierze opierał się na bogactwie. Rodziny utworzyły go wiele pokoleń temu, aby połączyć majątki, władzę i zasoby. Zgadzam się, że wszyscy skupili się na pieniądzach, a zapomnieli o innych, równie ważnych rzeczach. Myśleli, że nieskończone bogactwa zapewnią im władzę. I tak do pewnego stopnia było, dopóki ktoś nie znalazł sposobu, by zwrócić ich przeciwko sobie.
Nas zdradzono w ten sam sposób. Rodzina D'Agostino jest potężna. Nikt nie może nas tak zwyczajnie pokonać. Jedynym sposobem na to jest zwrócenie przeciwko nam osób, którym ufamy. A jako że zaufanie nie przychodzi nam z łatwością, nakłonienie do zdrady osoby, której ufamy, to prosta droga do naszego końca. Tylko tak można nas dopaść, i wrogowie o tym wiedzą. Mortimer również.
- Co sugerujesz? - pytam.
- Tuż po otrzymaniu tego listu uzgodniliśmy, że należy zreformować Syndykat. Wystarczyło, że usłyszałem o konieczności złapania moich wrogów, żeby nie dopuścić do wojny, a przekonałem się do przymierza w Syndykacie. Mimo to długo rozważałem, kogo chciałbym w to wmieszać i jak zachować obecną strukturę oraz zamysł, by jednocześnie uniknąć podobnych problemów w przyszłości. Chyba w końcu mogę zacząć odbudowywać organizację, ale nie mam zamiaru przerwać polowania. Mortimer wciąż jest moim priorytetem.
- Wiesz, że w pełni cię popieram. Sam również nigdy nie przestałem go szukać.
- Wiem.
- Złapanie Mortimera będzie ogromnym sukcesem. A kiedy dorwiemy wszystkich drani, będę mógł zreformować Syndykat zgodnie z wizją taty.
Kiwam głową na zgodę.
Dorastaliśmy w biedzie i koszmarnych warunkach, ponieważ Riccardo Balesteri zadbał o to, by nasz ojciec wszystko stracił. Tata odbudował i przekazał nam swoje dziedzictwo wraz z D'Agostino Inc., a nawet poszedł o krok dalej i połączył siły z Syndykatem, żeby ochronić to, co mieliśmy, i nas umocnić. Możemy kontynuować wizję naszego ojca, upewniając się, że wzmocnimy Syndykat i zastosujemy wszelkie środki ostrożności.
Nagle drzwi się otwierają i do środka wpada Dominic, dzierżąc w dłoni plik dokumentów.
- Ludzie - dyszy ciężko - znalazłem coś.
- Co? - Patrzę na niego wyczekująco.
Podchodzi do biurka Massima i rozkłada papiery. Podążamy za nim.
Jeden z dokumentów wygląda na akt sprzedaży nieruchomości, a reszta to lista adresów i zdjęcia młodej kobiety o niemalże białych blond włosach i jasnozielonych oczach. Jej piękno natychmiast przyciąga moją uwagę.
- Patrzcie tutaj. - Dominic wskazuje na transakcję i wtedy zauważam, o co mu chodzi.
To nazwisko Mortimera, który sprzedał dom w Moskwie Isabelli Viggo.
- Isabella Viggo? - dopytuję, a Dominic kiwa głową.
Następnie wskazuje na kolejne dokumenty, z których wynika, że Isabella Viggo to córka Mortimera.
Kurwa... ten człowiek ma córkę.
Ta myśl dociera do mnie i Massima w tej samej chwili. Patrzymy sobie w oczy.
- On ma córkę - oznajmiam i zgrzytam zębami.
- Zgadza się, bracie, Mortimer ma córkę, o której wiedzą tylko nieliczni - zauważa Dominic. - Ten dom w Moskwie stoi pusty, ale znalazłem adres w Rhode Island, który warto sprawdzić. Mieszkająca tam kobieta nazywa się Isabella Baker. Ma dwadzieścia dwa lata i pracuje jako asystentka terapeuty w Ridgewood Clinic.
Wzdycham.
- Imię się zgadza. A nazwisko mogła zmienić. To by było całkiem rozsądne z jej strony.
- Mimo to powinniśmy zachować ostrożność. Może to nie ona. Najpierw musimy potwierdzić, czy to faktycznie Isabella Viggo - zauważa Massimo. - Isabella Baker może być tylko osobą, która z nimi współpracuje, albo jest tylko kontaktem, a zbieżność imion jest przypadkowa.
- Albo to faktycznie ona - upieram się. Może nakręca mnie desperacja, ale jestem gotowy chwycić za broń i działać. A może po prostu nie chcę spędzić kolejnych sześciu lat w tym samym bagnie. Albo gorzej... stracić kogoś.
- Jak się o tym dowiedziałeś? - pyta Massimo Dominica.
- Hakerska robota. Ustawiłem system tak, abym dostawał powiadomienie za każdym razem, gdy pojawi się nazwisko Mortimera. Tę wiadomość dostałem od urzędu rejestru gruntów w Rosji. Dokument został wypełniony dzisiaj rano. Moje boty wykryły to, gdy tylko wrzucono do systemu zeskanowany formularz. Resztę znalazłem sam dzięki danym na dokumencie.
Kurwa... Patrzę na niego z podziwem.
- Dobra robota, Dominicu - oznajmia Massimo, kiwając głową z uznaniem.
- Zajebista - potwierdzam.
- To co... teraz zrobimy? - pyta nerwowo Dominic.
- Jeśli ta kobieta jest jego córką, będzie wiedziała, gdzie go znaleźć - oznajmiam, podnosząc jej zdjęcie.
Jest naprawdę piękna. Te niemal białe blond włosy i jasnozielone oczy robią piorunujące wrażenie. Nie mogę uciec przed jej zdeterminowanym wzrokiem, czuję się tak, jakby na mnie patrzyła.
Czy to naprawdę jego córka?
Jeśli tak, to jest również moim wrogiem. Jest winna przez sam fakt pokrewieństwa ze swoim ojcem. Ma równie brudne ręce i równie czarną duszę.
W mojej głowie zaczyna się formować plan, który daje mi nadzieję. Myślałem o nim już wiele razy. Po śmierci Alyssy ciągle rozmyślałam o tym, czy Mortimer ma kogoś, na kim mu zależy. To może być ona - jego córka.
- Jeśli ją złapiemy, będziemy o krok bliżej do dorwania go. To może się udać - oznajmiam.
- Wątpię, by udzieliła nam tych informacji dobrowolnie, jeśli Mortimer zadał sobie mnóstwo trudu, aby zatuszować swoją tożsamość - zauważa Dominic.
- To prawda, raczej nie będzie skłonna do współpracy. Będziemy musieli ją porwać.
Bracia patrzą na mnie, ale żaden nie oponuje. Wszyscy jesteśmy równie bezwzględni. Czasami trzeba przekroczyć granicę, aby coś osiągnąć. Nawet jeśli to złe.
- Porwać ją? - upewnia się Massimo.
- Tak - potwierdzam, kiwając głową.
- A jesteśmy w stanie to zrobić? - pyta, przyglądając się nam badawczo.
No ogólnie nie porywamy kobiet. Trzeba to dobrze przemyśleć. A skoro już kiedyś rozważałem ten pomysł, nie mam problemu z jego realizacją. Być może to oznacza, że moja dusza jest mroczniejsza niż dusze moich braci. Nic dziwnego, w końcu to ja dostałem przesyłkę z głową mojej porwanej wcześniej żony.
- Ja to zrobię - zgłaszam się na ochotnika.
- Ale to będzie wojna. Jeśli ją porwiemy, a Mortimer się o tym dowie, będzie to równoznaczne z wypowiedzeniem wojny - konstatuje Massimo, a ja wracam myślami do listu wysłanego przez anonimowego przyjaciela.
Ten człowiek zdaje się sporo wiedzieć; ciekawe, czy przewidział, że wojna, przed którą tak nas ostrzegał, może zacząć się w ten sposób.
- A jeśli ją porwiemy i oznajmimy, że oddamy ją w zamian za niego? - sugeruje Dominic, a ja niemal wybucham śmiechem. Takie postawienie sprawy jest skuteczne w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach. Niestety prędzej piekło zamarznie albo świnie zaczną latać, niż Mortimer odda się w na-sze ręce.
- Widać, że jest dla niego ważna - dodaje.
- Tak, ale tacy mężczyźni jak on nie działają w ten sposób. - Massimo kręci głową. - Nie oddałby życia, żeby uratować dziecko. Jeśli dowie się o porwaniu, umrą wszyscy, których znamy. Zarówno tutaj, jak i we Włoszech.
Dominic przygryza wargę.
Jesteśmy silni, ale jeśli nie znasz pełni sił swojego wroga, jesteś podatny na atak. Massimo ma Emelię, żonę. Jeśli ją zabijesz, zabijesz również mężczyznę, którym jest. Wiem, że on myśli o niej nawet teraz, w trakcie tej rozmowy. Ja też bym tak robił, gdybym miał kobietę.
- Żądanie okupu chyba będzie musiało zostać planem B - sugeruje Massimo.
- A więc plan A powinien skupiać się na najprostszej rzeczy, którą możemy zrobić - wnioskuję z westchnięciem.
- Tak, czyli uniknięciu wojny - podsuwa Massimo. - Najprościej będzie dowiedzieć się, gdzie on jest i przypuścić atak z zaskoczenia, żeby się go pozbyć. On nie może się tego spodziewać i na to przygotować.
Na myśl o tym, że w końcu mielibyśmy dorwać Mortimera Viggo, i to jeszcze w taki sposób, dosłownie mrowi mnie skóra. To dla nas szeroko otwarte drzwi, przez które wystarczy przejść.
- Chyba powinienem wybrać się do Rhode Island - oznajmiam. - Jeśli ta kobieta rzeczywiście jest jego córką, będzie wiedziała, gdzie znaleźć ojca. A jeśli ten plan wypali, będziemy o krok do przodu.
- Wszyscy tam pojedziemy - odpowiada Massimo, kiwając głową z determinacją. - I na razie trzymajmy to w tajemnicy. Wybiorę kilka osób, które będą nam towarzyszyć. Ale nikomu o tym nie mówmy, dopóki nie zajdzie taka potrzeba. Im mniej osób wie, tym lepiej.
Dominic i ja potakujemy.
- Gdy tam dotrzemy, będziemy potrzebować solidnego planu - stwierdza Dominic. - Musimy jakoś upewnić się, że to ona.
- Już moja w tym głowa - rzucam.
Czuję na sobie jej wzrok, a bestia we mnie zaczyna się burzyć, gotowa zaatakować.