p
Wiedeń, jesień 1687
Wiedeń, jesień 1687
Tegoroczna zima daje się odczuć wyjątkowo wcześnie. Jestem zmęczony
chłodem, który strącił z drzew resztki liści i wdarł się również do
mojej duszy. Czuję, że żądza mordu zaczyna niebezpiecznie dobijać się do
mojego serca...
Arapaggio nie pomaga mi poradzić sobie ze słabością. Kocham go nad
życie, ale gdy wpada w ten swój twórczy szał, całymi nocami malując
niepokojące pejzaże, nie potrafimy się porozumieć. Mam wrażenie, że to
jego nieme wołanie o pomoc, której nie mogę mu udzielić. Egzystujemy
obok siebie. Przestaliśmy ze sobą rozmawiać.
Coraz częściej nawiedzają mnie wspomnienia życia na królewskim dworze,
dźwięki muzyki, wizje par tańczących menueta. Nigdy nie przyznałem się
przed nim do tego, ale tęsknię za komnatami tętniącymi życiem, za
głosami ludzi, czasami nawet za intrygowaniem, którego przecież omal nie
przypłaciłem życiem.
Arapaggio nie dał się namówić na wspólną podróż na Półwysep. Ja jednak
muszę wyjechać, muszę opuścić ten przypominający średniowieczną twierdzę
dom, przynajmniej na jakiś czas. Muszę dotknąć południowych murów, które
całymi dniami nagrzewane są słońcem, muszę spojrzeć na wodę, która za
dnia odbija lazur nieba. Nawiedzają mnie wizje mojego śmiertelnego
życia, egzystencji w podziemiach, jakże przypominających to domostwo, a obrazy te i wspomnienia okrucieństw, których się wówczas dopuszczałem,
choć przecież byłem tylko młodzikiem terminującym u truciciela, wołają
mnie... wzywa mnie ciemność. Obiecałem sobie jednakże, że nie wrócę do
tych mrocznych miejsc i nie stanę się na powrót tym, na kogo szkolił
mnie mój mistrz.
Uciekam więc od tego potwora, w którego niezauważalnie, z każdą kolejną
wchłoniętą kroplą krwi, mógłbym się przedzierzgnąć.
Wyruszam do Serenissimy, a potem przez Rzym do Neapolu, ale najpierw
odwiedzę jeszcze Francję. Aż dziw bierze, że przez tyle lat nie
zjeździłem tego kraju! Być może podczas pierwszej po śmierci Izydora
tułaczki po kontynencie byłem tam, ale przecież wówczas nie zwracałem
uwagi ani na to, gdzie się znajduję, ani na to, jakim językiem mówią
ludzie, których wtedy zabijałem. W moich uszach zawsze brzmiał on tak
samo, dźwięczał rozpaczliwym błaganiem o litość, której nigdy nie
okazywałem.
Muszę pokosztować bardziej wysublimowanych rozrywek, aby wypełnić umysł
światłem.
Wielki Siface opuścił ojczyznę i udał się do Londynu, mam jednak
pewność, że we Włoszech będę miał okazję usłyszeć równie wspaniałych
śpiewaków. Ostatnimi laty opera mocno mnie zaintrygowała, czas najwyższy
udać się do źródła i posłuchać najwybitniejszych kastratów. Jeśli prawdą
jest to, co się o nich mówi, niechybnie wybiorę się również na Wyspy,
żeby posłuchać Sifacego. Teraz jednak nic nie zmusi mnie do udania się
do tego niegościnnego kraju, szczególnie w obliczu nadchodzącej zimy.
Czy to naprawdę była kiedyś moja ojczyzna...?
Być może za jakiś czas do niej powrócę, ale najpierw muszę nacieszyć
się echem słonecznego blasku.
Rozdział I
I
Odłożył pióro i patrzył na zapisaną stronicę, przez dłuższą chwilę
czekając, aż inkaust wyschnie.
Zdawało mu się, że słyszy szelest pędzla Arapaggia, który malował w swojej pracowni na poddaszu. Kazał wstawić w połać dachu wielkie okna i tworzył przy blasku księżyca, przez co jego obrazy były coraz
mroczniejsze i bardziej niepokojące. Chyba jesienna melancholia
dokuczała im obu, ale przecież olbrzym nigdy by się do tego nie
przyznał.
Czuł, że jeśli nie wyjedzie jeszcze tej nocy, wyjdzie w mrok i zabije
pierwszą napotkaną osobę, a potem następną i kolejną, porzucając ciała w rynsztoku. W tej chwili nie pragnął niczego innego, a pragnienie to
dręczyło go już od dłuższego czasu.
Poprzedniej nocy kupił najlepszego konia i spakował podróżne sakwy.
Wystarczyło zabrać złoto i podszyty futrem płaszcz.
Wspinał się po schodach, a odgłos pędzla szurającego po płótnie stawał
się coraz wyraźniejszy, w miarę jak zbliżał się do uchylonych drzwi
pracowni. Już na półpiętrze poczuł ciepły, słodkawy, żywiczny aromat
terpentyny.
Arapaggio stał za sztalugą, mimo chłodu nie miał na sobie koszuli, a jego masywna pierś pokryta była różnokolorowymi smugami farb, jakby
wycierał pędzle bezpośrednio o nią. Drobno kręcone rude włosy częściowo
wymknęły się z rzemienia, którym związał je na karku. Gdy usłyszał
skrzypnięcie szerzej otwieranych drzwi, uniósł znad palety spojrzenie
zmrużonych jasnozielonych oczu. Obaj mieli zielone oczy... Edgar nigdy
wcześniej nie zastanawiał się nad tym.
- Wyjeżdżasz. - Malarz bardziej stwierdził, niż zapytał głosem
przypominającym pomruk wulkanu. - To lepsze niż pozwolić się porwać
żądzy zabijania. Uważaj na siebie - dodał, po czym wrócił do malowania,
jakby nikogo oprócz niego nie było już w pomieszczeniu. Pędzel
zaszeleścił, przesuwając się po płótnie.
Przez moment przyglądał się przyjacielowi, kontemplując kontrast
potężnej sylwetki ukształtowanej walką i delikatności jego precyzyjnych
ruchów, którymi nakładał farbę niezwykle cienkim pędzlem. Aż dziw brał,
że jego szuranie było tak dobrze słyszalne.
Wrócił do gabinetu i zamknął oprawny w ciemną skórę notatnik. Kilka
miesięcy wcześniej poczuł potrzebę spisania historii swojego życia,
nigdy jednak się za to nie zabrał. Zamiast tego zaczął notować krótkie
przemyślenia na temat teraźniejszości i swoich uczuć, które niedawno
stały się niepokojąco mroczne i intensywne.
Chciał uciec z przygnębiającego Wiednia do kraju skąpanego w słońcu i pełnego muzyki, do ludzi, których mógłby oglądać, słuchać, obserwować i podziwiać. Pragnął się do nich zbliżyć i jednocześnie bał się tego.
Wiedział tylko to, że musi odetchnąć innym powietrzem, poczuć na twarzy
i w ustach ciepłą słoną bryzę.
Żałował, że minął się z Sifacem, nie był jednak w stanie udać się na
północ, po prostu nie mógł tego uczynić. Czuł, że jest jeszcze zbyt
wcześnie na powrót do kraju, o którym przez tyle lat próbował zapomnieć.
Miał wrażenie, że jego wspomnienia życia na dworze Henryka VIII, a potem
Elżbiety są tylko zmyślonymi majakami niespokojnego umysłu.
Samodzielnie osiodłał konia i objuczył go sakwami. Zwierzę przez cały
dzień pasło się w ich zapuszczonym ogrodzie i miał nadzieję, że
dostatecznie wypoczęło przed podróżą. Nie zamierzał się spieszyć, chciał
jechać spokojnym tempem przez całą noc.
Nie oglądał się za siebie, zostawiwszy z tyłu mury miasta, spowite w dymy z kominów i słaby blask gasnących pochodni.
Czuł wyraźnie zapach kwitnących akacji, chociaż powietrze przesycone już
było chłodem jesieni.
Czy to właśnie te drzewa rosły wokół ich domu...?
Rozdział II
II
- Kim jest Huntington?
Pytanie uderzyło Lothara jak niespodziewany policzek.
Thomas podniósł spojrzenie znad fortepianu, jego dłonie zatrzymały się w pół taktu i w zaległej nagle ciszy jego chropawy głos zabrzmiał groźnie,
choć przecież nie było w tym tonie nic poza ciekawością.
Ten głos... Mógł nim wygłaszać największe bezeceństwa i Lothar uwielbiał,
kiedy chłopak to robił, ale to?! Co to w ogóle było za pytanie? I dlaczego Thomas się nim interesował? Huntington został w Ameryce, za
oceanem, na drugim końcu świata, i Lothar naprawdę nie miał ochoty
zaprzątać sobie nim głowy. Patrzył na pianistę zimno, nie odpowiedział
ani słowem.
Od chwili, gdy proces przeprowadzenia dobiegł końca, Thomas Greenbourgh
w zasadzie nie wstawał od instrumentu, chyba że po to, aby rzucić się na
Lothara jak zaślepione żądzą zwierzę.
Minęło kilka tygodni, a on nie przejawiał najmniejszej chęci na nic, za
wyjątkiem uprawiania miłości i grania. W dwie noce po ich przybyciu do
tego domu pozbawił wprawdzie życia jakiegoś zbłąkanego turystę, którego
Lothar spotkał wieczorem tuż przed ich furtką, ale zrobił to jakby
automatycznie i bez przekonania, a odrzuciwszy ciało, dopadł Lothara,
sapiąc mu wprost do ucha: "Dobra, zrobiłem, co chciałeś, a teraz chodźmy
do łóżka". Skrzypek musiał prawie siłą odrywać go od siebie, tłumacząc,
iż najpierw powinni pozbyć się trupa, Thomas jednak był tak ogarnięty
pożądaniem, że zanim Lothar zdążył uciec od jego natarczywych dłoni,
miał na sobie już tylko strzępy ubrania.
Uśmiechał się do siebie na to wspomnienie.
Zaciągnął wtedy chłopaka do salonu i posadził za fortepianem, a on
zaczął grać jak oszalały, zupełnie tak samo, jak Armagnac tuż przed
swoją sfingowaną śmiercią. Lothar tymczasem wywiózł ciało turysty aż na
wybrzeże i z wyjątkowo zdradliwego klifu zrzucił je do morza. Gdy wrócił
do domu, na chwilę przed świtem, Thomas wciąż grał, jednakże zobaczywszy
go, wystrzelił zza fortepianu i obalił na podłogę, gdzie przez chwilę
mocowali się jak zapaśnicy, po czym Lothar, zrezygnowany i rozbawiony
zarazem, pozwolił mu rozebrać się i posiąść na skórze niedźwiedzia, tuż
przed wygasłym kominkiem. Wiekowe futro łaskotało go, a skóra zaczynała
już linieć, ale nie dbał o to. Każdą jego kwaterę zdobiły skóry,
czekające tylko na chwile takie jak ta, na momenty oddania się
nieposkromionej żądzy. Czy do takich harców cokolwiek nadawało się
lepiej od zwierzęcych skór? Chociaż Lothar nigdy w życiu, ani
śmiertelnym, ani obecnym, nie trzymał w dłoniach strzelby, opowiadał
wszystkim, iż są to jego trofea.
Drżąc z ekstazy i rozkosznego bólu, wspominał, jak przed wieloma laty
kochali się z Armagnakiem na skórze tygrysa w jego londyńskim
mieszkaniu. Euforię owej chwili zepsuł Huntington, który zakradł się do
sypialni i obserwował ich z ukrycia, ujawniwszy się w momencie, w którym
- zmęczeni brutalną miłością - opadli na miękkie futro.
Teraz też Huntington, choćby tylko brzmieniem swojego nazwiska, zepsuł
mu przyjemność chwili, w której zatopiony w objęciach swojego ulubionego
fotela obserwował praprawnuka Armagnaca, kochającego się z instrumentem.
- Już ci mówiłem, to mój ojciec krwi. - Lothar wstał i podszedł do
niego, gotów sprowokować go, byle tylko nie mówić o Huntingtonie. -
Przeprowadził mnie i Armagnaca.
- Dlaczego nigdy o nim nie opowiadasz?
Poczuł w sercu ukłucie bólu.
- Dlatego, że wykorzystał mnie i upokorzył, aby uwieść i posiąść twojego
przodka. - Lothar złożył dłonie na ramionach chłopaka. Gotował się z żalu na wspomnienie tamtych czasów, na wspomnienie wieku przepełnionego
oszustwami, niedomówieniami i półprawdami. Na wspomnienie swojej
ostatniej rozmowy z Armagnakiem.
- Opowiedz mi o tym, to w końcu twoje życie. A ja chcę wiedzieć o tobie
wszystko! - Thomas poderwał się z ławki, ujął twarz kochanka w dłonie i pocałował go. - Wszystko... - szepnął w jego usta.
Lothar zamknął oczy i westchnął ciężko, rozzłoszczony jego ciekawością i jednocześnie poruszony tym nagłym przejawem afektu. Nie mógł przez
wieczność zatajać swojej przeszłości. Nie mógł i nie chciał po raz
kolejny go zignorować.
- Chodźmy do łóżka - rzekł cicho. - Najpierw ukarzę cię za twoją
ciekawość... - dodał mrukliwym szeptem. - A potem może ją zaspokoję.
W skupieniu i niemal z namaszczeniem rozbierał Thomasa, nie pozwalając
wspomnieniom zawładnąć swoimi myślami. Przez ostatnich kilka tygodni
zdarzały się noce, podczas których nie opuszczali łóżka, i obraz
Armagnaca powoli zacierał się w jego pamięci. Choć Thomas był do niego
tak łudząco podobny, różnice dzielące ich ciała i temperamenty z każdą
mijającą chwilą stawały się dla Lothara coraz bardziej oczywiste. Thomas
był silniejszy, potężniejszy, bardziej brutalny i bezpośredni, tak w łóżku, jak i poza nim. Pomimo choroby, która toczyła jego ciało tuż
przed przeprowadzeniem, zachowało ono muskulaturę i siłę typową dla
młodych chłopaków żyjących w obfitości i dobrobycie owładniętego kultem
fizycznej doskonałości początku trzeciego tysiąclecia. Zdawało się, że
testosteron szalejący jeszcze do niedawna w jego młodym ciele w jakiś
tajemniczy sposób przetrwał proces przeprowadzenia i wciąż nawigował
każdy jego ruch. Lothar z rozkoszą poddawał się brutalnym pieszczotom,
choć do niedawna to on zawsze dominował. Teraz jednakże pozwalał
Thomasowi obracać się w łóżku na wszystkie strony, odkrywając nieznaną
sobie dotąd rozkosz poddaństwa.
Gdy wymęczeni opadli w końcu na poduszki, złożył głowę na piersi
Thomasa, czując na policzku przyjemne łaskotanie zarostu, który tak
bardzo lubił przeczesywać palcami, i wsłuchał się w bicie jego serca,
powolne i mocne, choć przecież jeszcze przed chwilą szaleli. Czekał na
nieuchronne pytanie i w końcu Thomas, kładąc dłoń na jego głowie,
poprosił:
- Opowiedz mi o Huntingtonie... - Jego palce wplotły się w białe włosy.
Lothar zamknął oczy i cofnął się wspomnieniami o prawie dwieście lat.
Rozdział III
III
Miał wrażenie, że ciemność otula go jak gigantyczny całun, którego fałdy
mógłby przegarnąć dłońmi. Jechał powoli, nie forsując konia i choć
wszystkie zmysły miał wyjątkowo wyostrzone, myślami był bardzo daleko,
zarówno w czasie, jak i przestrzeni.
Błądził wspomnieniami gdzieś wokół samotnej wieży, otoczonej z trzech
stron niemożliwymi do sforsowania skalnymi ścianami, w której spędził z Arapaggiem pół wieku, zanim przenieśli się do Wiednia. To były dziwne
czasy, lata kojącej symbiozy przepełnionej wielogodzinnymi rozmowami o zamierzchłych dziejach i przeszłych tragediach, które tkwiły w nich obu
jak zarośnięte w ciele drzazgi. Czuli, że odnaleźli się w zawierusze
wieków nieprzypadkowo, w końcu mężczyźni, którzy ich przeprowadzili,
byli braćmi krwi, a ich ojcem był zaginiony przed wiekami Malcolm.
Izydor, mentor i ojciec krwi Edgara, niejednokrotnie o nim opowiadał,
jednakże jego wspomnienia nigdy nie były dla młodego łowcy niczym więcej
niż legendami. Teraz jednak, gdy jechał stępa po bezdrożach, wróciły.
Malcolm był potężną istotą, której ludzie budowali ołtarze gdzieś w połowie ubiegłego tysiąclecia. Czczono go jako Posłańca Śmierci, który
pojawiał się w osadach zawsze pod osłoną nocy - piękny, świetlisty,
odziany w zwiewne szaty - i zabierał do krainy umarłych chorych, starych
i ułomnych na ciele i umyśle. Ludzie nazywali go Miłosierną Śmiercią i bez lęku padali w jego ramiona.
Trwało to przez wiele wieków, dopóki chrześcijaństwo nie zaczęło rosnąć
w siłę. Gdy ludzie przestali łowcę witać, a zaczęli się obawiać, a potem
czatować na niego jak na wroga, wycofał się w głuszę i nigdy nie
powrócił do swoich niedawnych wyznawców. Wielu łowców przybrało wówczas
nową tożsamość, dostosowując się do narzucanej im roli. Stali się
piekielnymi demonami, wysysającymi życie ze śpiących wieśniaków, czym
przyczynili się do powstania całej masy niedorzecznych legend. Malcolm
nie chciał stać się błoniastoskrzydłym potworem z takich opowieści.
Ze swojej bezpiecznej kryjówki obserwował misjonarzy, widział, jak
katedry wznosiły się pod niebo, a ludzie stawali się bezwolnymi piewcami
nowej religii, opętanymi przez zabobony i strach przed grzechem i ogniem
piekielnym.
Średniowieczny mrok, który opanował ludzkie umysły, zasmucał Malcolma i szybko zaczął on tęsknić za ludźmi, za zaufaniem, którym obdarzali go,
składając w jego ręce własne żywoty. Pragnął towarzystwa, pragnął ucznia
i przyjaciela, któremu mógłby opowiedzieć o dawnych czasach, w których
jako miłosierne bóstwo przybywał na ziemię, aby uwalniać ludzi od
cierpienia i szaleństwa.
Na początku dziesiątego wieku Malcolm z rosnącą fascynacją obserwował
drakkary wikingów, największymi rzekami zapuszczające się coraz dalej w głąb lądu. Dzikość wojów, ich niezawodność oraz bezwzględność w walce
fascynowały go, nigdy dotąd bowiem nie doświadczył tak gwałtownej
przemocy, pomimo iż sam był istotą żywiącą się ludzkim życiem.
Pewnej pochmurnej nocy zakradł się do obozowiska i porwał jednego z wojowników, młodego Sigtrygga o włosach koloru ognia i lodowato zimnych
bladych oczach. Młodzian był rosły i silny, lecz nie miał szans
przeciwstawić się Malcolmowi. Kiedy jednak łowca przeprowadził go i stali się sobie równi, dzika natura wikinga, zwanego przez swojego ojca
krwi Zygfrydem, okazała się o wiele silniejsza od łagodnej perswazji
Malcolma. Zygfryd stał się niemożliwą do okiełznania bestią, którą
przerażony i zrozpaczony Malcolm porzucił w najdzikszych ostępach
puszczy.
Jak się później okazało, strategia przetrwania nowo przeprowadzonego
Zygfryda okazała się skuteczna przez wieki. Po latach niekontrolowanej
żądzy mordu, której oparł się w końcu dzięki dyscyplinie żołnierza,
młody wiking stopniowo nabierał ogłady i niejako się ucywilizował, aż w końcu osiadł wśród ludzi i stał się możnym panem w ukrytym w puszczy
grodzie, gdzie prosperował przez wiele lat. Kilka wieków później
napotkał na swej drodze bandę rozbójników, wśród których znajdował się
Arapaggio.
To dlatego czasem Arapaggio stwierdzał, iż jest synem wikinga... Opowiadał
wprawdzie o tym, jak to jego matkę porwał i uczynił brzemienną wojak, w którym płynęła skandynawska krew, jednak mówiąc o swoim ojcu, miał na
myśli Zygfryda, za życia będącego wikingiem z krwi i kości.
Tymczasem Malcolm, samotny i rozczarowany niepowodzeniem, za jakie uznał
przeprowadzenie nieobliczalnego woja, na długie lata ukrył się w lasach,
które stopniowo kurczyły się w miarę ekspansji ludzi. Wiele lat później,
podczas krótkiej letniej nocy, napotkał w lesie młodzieńca zbierającego
zioła. Ich oczy się spotkały, a chłopak, zamiast okazać strach, tylko
się uśmiechnął i zapytał, czy Malcolm nie potrzebuje pomocy. Przez kilka
godzin, które zdawały się Malcolmowi wiecznością, rozmawiali przy
ognisku w lesie. Okazało się, że młodzieniec jest synem zielarki, która
mieszkała w położonej nieopodal wsi. Dostarczali zioła do pobliskiego
grodu, o którego istnieniu Malcolm nie miał nawet pojęcia. Młody zielarz
przy okazji odwiedzin we dworze uczył się wszystkiego, czego tylko mógł,
od kowalstwa do tajników sporządzania kosmetyków. Znał tajemne
przejście, którym niejednokrotnie wprowadzał zafascynowanego światem
ludzi Malcolma do wnętrza osady.
Wkrótce ciekawy świata chłopak, który wykazywał się niezwykłą
inteligencją i silną osobowością, został nieformalnym doradcą panującego
na zamku możnowładcy. Chłopiec ów miał na imię Izydor. Kiedy jego
naturalne talenty zmieszały się z krwią Malcolma, szybko przejął władzę
na zamku i nikomu nawet nie przyszło do głowy kwestionowanie jego prawa
do uczynienia tego. Izydor zachłysnął się nową mocą, którą zyskał nad
ludźmi, łatwością wpływania na ich decyzje i postrzeganie świata w tych
mrocznych czasach. Jednakże gdy podzielił się z Malcolmem planami
nieformalnego przejęcia władzy w stolicy, nie uzyskał jego poparcia.
Rozgoryczony powtórną porażką Malcolm na zawsze przepadł w leśnych
ostępach, a Izydor udał się na poszukiwanie władcy, którego mógłby
omotać. Przez cztery wieki podróżował po stolicach formującej się Europy
i faktycznie kierował coraz to nowymi pokoleniami monarchów, niczym
marionetkami. Był anonimowym samozwańczym władcą kontynentu, tworzącym
sojusze, wywołującym i kończącym wojny, aranżującym małżeństwa i obsadzającym trony.
Jednakże nawet największa władza nie daje satysfakcji, jeśli nie można
się nią pochwalić. Wiedziony chęcią przekazania swoich umiejętności
Izydor zapragnął przyuczyć do dworskiego intryganctwa jakiegoś zdolnego
młodego mężczyznę, który mógłby stać się spadkobiercą jego doświadczeń,
a później jego towarzyszem i synem krwi. Jego wybór padł na zaciekle
trzymającego się życia chłopca, walczącego o każdy oddech i kęs nędznej
strawy w prowizorycznym przytułku dla sierot. Tak oto Izydor ocalił
przed śmiercią, a później przeprowadził na stronę mroku Edgara, wówczas
bezimiennego sierotę.
To wszystko były jednakże jedynie opowieści, sięgające daleko w przeszłość. O ich prawdziwości mógł świadczyć jedynie honor tego, kto je
snuł. Dla Edgara, mającego nadać sobie za wiele lat fałszywy tytuł lorda
i przydomek "Francis Huntington" prawdą było jedynie to, czego sam
doświadczył. Kołaczące się w jego głowie historie pozostawały jedynie
historiami, cudzymi wspomnieniami bez znaczenia, z pewnością częściowo
wymyślonymi. Gdy żyło się przez stulecia, granica między tym, co realne,
a tym, co wymyślone, zaczynała się zacierać. Żaden z wiekowych łowców
nie mógł być pewien tego, czy cokolwiek, co zapamiętał ze swojego
śmiertelnego życia, było prawdą.
Tej nocy Edgar miał zdobyć nowe doświadczenie, a mianowicie zmierzyć się
z leśnymi rozbójnikami, a tę przyjemność znał jedynie z opowieści
Arapaggia.
W nieprzeniknionej dla oczu napastników ciemności czuł ich pot i podniecenie. Nie wiedzieli, że podróżujący samotnie bogato odziany
młodzieniec doskonale widzi ich w mdławym blasku gwiazd, gdy szykują się
do ataku, ukryci wśród gałęzi potężnych dębów. Nie wiedzieli, że jest
szybszy od najszybszego i zręczniejszy od najzręczniejszego z nich, a do
tego silniejszy niż oni trzej razem wzięci. Nie wiedzieli, że słyszy ich
szepty i na podstawie błyskawicznej analizy ich ruchów i napięć w ciałach potrafi przewidzieć każdy cios, zanim zdołają go zadać.
Nie wiedzieli, że zginą tej nocy, a ich życie wleje się do jego gardła
wraz z doprawioną grzechem słoną krwią.
Rozdział IV
IV
- Nie znałem swoich rodziców.
Głos Lothara był cichy i spokojny, choć w jego sercu szalała burza.
Miał dosyć kłamstw i niedopowiedzeń. Skoro Thomas chce wiedzieć
wszystko, to on zamierza wszystko mu opowiedzieć, począwszy od swojego
parszywego dzieciństwa, przez nędzną młodość, do pogrążonej w ciemności
dorosłości, której tak naprawdę nigdy nie doświadczył.
Ułożył się wygodnie na piersi kochanka i zaczął mówić, sięgając do
pokładów pamięci, które od dziesięcioleci próbował wymazać.
- Gdybym nie urodził się na długo po wydaniu Dickensowskiego Olivera
Twista, byłbym przekonany, że pisarz oparł tę powieść na moim
dzieciństwie, przez lata obserwując mnie z ukrycia. Życie moje i innych
ulicznych sierot wyglądało dokładnie tak, jak to opisał. Ja jednak byłem
nieco inny od hord bezimiennych dzieci, które otaczały mnie od
najmłodszych lat; może mniej zepsuty, a może bardziej przebiegły. A może
miałem po prostu więcej szczęścia niż ci, którzy umierali wokół.
Odkąd pamiętam, przewożono mnie od przytułku do przytułku, w których
walczyłem o strawę i miejsce w łóżku. Do tej pory nie wiem, jak udawało
mi się utrzymać przy życiu w tym brudzie, smrodzie i wśród
wszechobecnych chorób. Moja wola życia była niezłomna.
Jednym z moich najwcześniejszych wspomnień jest dźwięk skrzypiec
dobiegający zza zamkniętych drzwi pokoju jednego z opiekunów.
Podkradałem się pod jego próg nocami, gdy wszyscy już spali, a on
wytrwale ćwiczył gamy, sądząc, że nikt go nie słyszy. Teraz wiem, że po
prostu rzępolił na jakiejś rozklekotanej drewnianej skrzynce, godnej co
najwyżej jarmarcznego grajka, wówczas jednak dźwięk ów wydawał mi się
najsłodszą muzyką.
Pewnej nocy jakaś sadystyczna zakonnica przyłapała mnie, gdy leżałem pod
drzwiami, drżąc w ekstazie, i sprawiła mi takie lanie, że ledwie
uszedłem z życiem. Kiedy tylko wróciłem do zdrowia na tyle, by mnie
odesłać, przetransportowano mnie do innego przytułku, gdzie nikt już nie
grał na żadnym instrumencie, a jedynym dźwiękiem przypominającym muzykę
był świst rózgi.
Uciekłem stamtąd wczesną wiosną, mając może siedem albo osiem lat, w każdym razie wystarczająco dużo, by znaleźć sobie kryjówkę w dokach i bronić jej, gryząc i kopiąc każdego, kto chciał ją przejąć.
Byłem sprytny, pojętny i bardzo szybko stałem się ulubieńcem marynarzy,
zyskując obrońców i karmicieli. Od jednego z nich dostałem prostą
drewnianą fujarkę i można powiedzieć, iż był to początek mojej muzycznej
edukacji. Wkrótce przygrywałem na niej tym ogorzałym od żeglugi wilkom
morskim, podczas gdy oni ryczeli szanty swoimi ochrypłymi głosami.
Zafascynowany obserwowałem ogromne statki i rzesze kupców w egzotycznych
strojach, mówiących dziwacznymi językami i handlujących towarami,
których nazw nawet nie znałem. Uczyłem się jednak szybko i wkrótce doki
nie miały przede mną żadnych tajemnic.
Wtedy to odkryłem, że rozumiem język, którym porozumiewali się odziani
na czarno mężczyźni. Ich okręt zawinął pewnego deszczowego jesiennego
dnia do portu. Mówili coś o jakimś kanclerzu, o niepokojach na północy
kraju, o potrzebie wojskowych reform. Byli Prusakami, ale wówczas o tym
nie wiedziałem. Uświadomiłem sobie jednak, że skoro tak dobrze
rozumiałem ich mowę, być może jestem jednym z nich. Być może moi rodzice
kiedyś przybyli do tego kraju gdzieś z kontynentu, o którym opowiadali
marynarze, na takim samym statku. Wszystko to jednak były spekulacje
dziecka. Nigdy nie poznałem swojej prawdziwej tożsamości. Ukształtowały
mnie sierocińce i ulica, więc aż dziw bierze, że wyrosłem na muzyka.
Szybko zorientowałem się, że ludzie nie są tacy źli, jak mi się
początkowo wydawało. Obserwowałem z ukrycia dżentelmenów i naśladowałem
ich sposób mówienia i poruszania się, ucząc się ich imitować. Jeśli
przyłapali mnie na tym, dawali mi miedziaka albo kupowali coś do
jedzenia. Musiałem mieć w sobie dużo uroku, skoro nie złościli się i nie
przeganiali mnie, tak jak czynili wobec innych włóczących się po ulicach
dzieciaków. Marynarze tarzali się ze śmiechu, gdy paradowałem przed
nimi, podpierając się kijkiem niby elegancką laską, i kłaniałem się,
zamiatając ziemię marynarską czapką, po czym unosiłem do pocałunku
wyimaginowaną dłoń damy. Jak się wkrótce okazało, ta błazenada uratowała
mnie przez zamarznięciem podczas pierwszej zimy, którą miałem spędzić na
ulicy.
Śnieg spadł w ciągu nocy i pokrył brudny smutny świat przepiękną białą
kołdrą. Jeśli kiedykolwiek wcześniej widziałem śnieg, nie przypominałem
tego sobie. Byłem tak zafascynowany, że nie poczułem, iż przemarzły mi
stopy i dłonie, gdy biegałem jak szalony po ulicach, odkrywając, jak
wiele radości może dać dziecku zima. Poczułem mróz dopiero wtedy, gdy
wróciłem do swojej kryjówki i odkryłem, że chłopiec, który koczował
nieopodal, nie poruszył się przez cały dzień. Zamarzł.
Przestraszyłem się tak, że nie byłem nawet w stanie płakać. Miałem
wprawdzie schowany koc, ale instynktownie wiedziałem, że jeśli zrobi się
jeszcze zimniej, ja również mogę stracić życie w tak beznadziejny
sposób. Zorientowałem się, że marynarze zniknęli, a do włóczęgów,
grzejących się przy prowizorycznych ogniskach, bałem się podejść. Chyba
od zawsze uważałem się za lepszego od nich.
Okryłem się szczelnie kocem, zdecydowany bronić go wszystkimi siłami, i ruszyłem do miasta, zastanawiając się, jak znaleźć schronienie przed
mrozem. Snułem się pustoszejącymi ulicami i gdy zdawało mi się, że nie
ma już dla mnie nadziei, usłyszałem dźwięk, który odbił się w mojej
dziecięcej duszy dawno zapomnianym wzruszeniem.
W domu po drugiej stronie ulicy jakiś chłopiec grał nieudolnie na
skrzypcach. Widziałem zarys jego sylwetki w oknie jaśniejącym ciepłym
blaskiem. Podszedłem do żeliwnej furtki i, niewiele myśląc,
przeskoczyłem ją, dzierżąc moją drogocenną drewnianą fujarkę, będącą
całym moim dobytkiem. Byłem już wówczas biegłym grajkiem i bez trudu
podchwyciłem melodię. Podszedłem pod samo okno, w którym przez
zaszronione szyby widziałem sylwetkę grającego, i nasza wspólna melodia
zdała mi się najwspanialszą muzyką. Zatraciwszy się w niej, nie
zauważyłem, iż drzwi wejściowe otworzyły się i stanęła w nich niewysoka
kobieta otulona pledem. Dostrzegłszy ją, chciałem rzucić się do
ucieczki, ale po sekundzie szoku powstrzymałem się. Zamiast tego
ukłoniłem się najbardziej eleganckim z ukłonów i posłałem jej
najbardziej czarujący z uśmiechów, pytając, czy nie znalazłaby kawałka
czerstwego chleba dla sieroty.
Lothar przerwał.
Thomas nie mógł zauważyć, jak bardzo posmutniał. Powoli przegarniał
dłonią jego białe włosy, czekając, aż podejmie opowiadanie.
- Tak oto trafiłem pod dach państwa Lowdurstów - zaczął po chwili, tak
samo cichym i spokojnym głosem, jak poprzednio. - Pani Betty zajmowała
się domem, wychowując wątłego dziesięcioletniego syna, Barnabę, a pan
Bertram Lowdurst był szanowanym bankierem, mającym wkrótce przejąć
jakieś ważne stanowisko na kontynencie. Oczywiście nie powiedzieli mi
tego, wszystkiego dowiedziałem się w ciągu następnych miesięcy, które
spędziłem w ich domu czy raczej w ich szopie.
Bojąc się wpuścić do mieszkania włóczęgę, nawet tak mizernej postury,
zaprowadzili mnie do budyneczku w ogrodzie, gdzie urządzili mi
prowizoryczne posłanie. Spałem w towarzystwie ich ogromnego psa
stróżującego, który nie wiedzieć czemu zapałał do mnie bezwarunkową
sympatią. Był gorący jak piec i mam wrażenie, że to w głównej mierze
dzięki niemu przetrwałem ową zimę.
W zamian za ciepły kąt, jakieś znoszone ubrania po ich synu i strawę
wykonywałem dla nich drobne prace. Początkowo rąbałem tylko drewno do
kominka i tachałem węgiel, w miarę jednak jak zdobywałem ich zaufanie,
zacząłem robić również zakupy, przekazywać bileciki, zanosić panu
Bertramowi posiłki do biura. Gdy zorientował się, że jestem o wiele
bardziej rozgarnięty od jego fajtłapowatego syna, w wolnych chwilach
zaczął uczyć mnie czytania i pisania.
Wtedy już mieszkałem w domu, w komórce pod schodami, i wolno mi było
przesiadywać w kuchni, asystując kucharce, a nawet przysłuchiwać się
dyskretnie lekcjom gry na skrzypcach, które bezsensownie pobierał
Barnaba, nierobiący żadnych postępów. Przysłuchiwałem się również
naukom, których udzielała mu matka, gdy nie chodził do szkoły. Był
wątłym, mało rozgarniętym chłopcem, który zwracał niewiele uwagi na to,
co działo się wokół niego, a już najmniej na mnie. Nigdy nie
odpowiedział mi nawet na grzeczne powitanie. Wówczas nie wiedziano, jak
nazwać jego ułomność, według mnie cierpiał na jakąś łagodną odmianę
autyzmu.
Pewnego dnia pod nieobecność gospodarzy zakradłem się do salonu i dotknąłem skrzypiec. Niesiony jakąś irracjonalną odwagą, pozwoliłem
sobie nawet na przyłożenie ich do obojczyka. Umiałem naciągnąć włosie
smyczka, widziałem dziesiątki razy, jak nieudolnie robi to Barnaba.
Zacząłem ostrożnie wydobywać dźwięki, jakbym faktycznie wiedział, jak
należało to czynić.
Nie wiem, jak długo to trwało, ale gdy w końcu przerwałem, byłem mokry
od potu i bolało mnie całe ciało, a za oknem zapadał zmierzch. Pan
Lowdurst stał w progu salonu i przyglądał mi się spod krzaczastych brwi.
Przestraszyłem się tak bardzo, że omal nie upuściłem instrumentu. Byłem
przekonany, że porządnie złoi mi skórę za to zuchwalstwo, choć nigdy
wcześniej mnie nie uderzył. Zacząłem mamrotać jakieś przeprosimy, ale on
tylko uniósł dłoń władczym gestem i rzekł swoim tubalnym głosem:
- Zagraj coś jeszcze, chłopcze.
Drżącymi dłońmi chwyciłem instrument i zagrałem.
Lothar podniósł się i spojrzał Thomasowi w oczy.
- Nie wiem, jak potoczyłyby się moje losy, gdyby tamtego wieczoru
Lowdurst mnie nie przyłapał. - Ponownie złożył głowę na piersi chłopaka.
- Gdy w końcu odprawił mnie bez słowa wyjaśnienia do komórki, szarpały
mną sprzeczne uczucia, od przerażenia do ekstazy.
Następnego dnia, gdy w progu pojawił się nauczyciel, pan Lowdurst
zawołał mnie do salonu i rzekł:
- Dzisiaj on zagra dla pana. Barnaba jest chory.
Nie mogłem uwierzyć własnemu szczęściu. Chłonąłem każde słowo
nauczyciela jak prawdę objawioną, a on nie dawał się przekonać, że nigdy
wcześniej nie uczyłem się grać.
Po skończonej lekcji zostałem odprawiony, a pan Lowdurst za zamkniętymi
drzwiami długo rozmawiał z nauczycielem. Nie odważyłem się podsłuchiwać,
ale gdy w końcu wyłonili się z salonu, wyskoczyłem ze swojej kwaterki
jak niesiony strzałem z procy i spojrzałem na pana Lowdursta wzrokiem,
który musiał przypominać spojrzenie ich psa obserwującego kucharkę
wracającą od rzeźnika.
Gdy oznajmiono mi, że od tamtego dnia będę brał regularne lekcje gry na
skrzypcach, byłem najszczęśliwszym dzieckiem na świecie.
Teraz wiem, że pan Lowdurst darzył mnie afektem, do którego nie
przyznawał się nawet przed samym sobą. Odnajdował we mnie wszystko to,
czego brakowało jego jedynakowi. I gdy po trzech latach beztroski,
wypełnionej mało uciążliwymi obowiązkami, ale też regularnymi już
lekcjami, nie tylko muzyki, dowiedziałem się, że otrzymał w końcu
upragnione stanowisko i rodzina przenosi się gdzieś do Europy, żywiłem
przekonanie, że ja również udam się z nimi w podróż.
Byłem już wtedy chłopcem, który przerósł panią Betty. Zapowiadałem się
na urodziwego i silnego młodziana, który, zahartowany w dzieciństwie,
opierał się wszelkim chorobom, a za sprawą tego, że wciąż wykonywałem
większość fizycznych prac w domu, mężniałem z każdym dniem. Barnaba,
niestety, wprost przeciwnie, opadał z sił i zdawał się wręcz cofać w rozwoju. Pani Betty przepłakiwała długie noce, wzywała niezliczonych
specjalistów, wyjeżdżała z synem do wód i innych sanatoriów, wszystko na
próżno. Ja uwielbiałem te ich wyjazdy, gdyż wówczas pan Lowdurst
traktował mnie niemal jak rodzonego syna. Podczas gdy on żywił do mnie
coraz to większą sympatię, pani Betty stawała się coraz surowsza i regularnie już zdarzało się jej wymierzyć mi kuksańca czy policzek za
byle przewinę. Nigdy jej za to nie winiłem, wiedziałem, że nie może
przeboleć faktu, iż jej ukochany syn marnieje w oczach, podczas gdy
nędzny sierota prosperuje. Nieraz przyłapałem się na wyobrażaniu sobie,
że zastępuję Barnabę i staję się pełnoprawnym synem państwa Lowdurstów,
a nie niewiele znaczącym "Jimmym" na posyłki.
Moje marzenia, oczywiście, nigdy się nie spełniły.
Być może państwo Lowdurstowie nie wiedzieli, jak cienka jest ściana
oddzielająca mój pokój - po roku bowiem przeniesiono mnie do służbówki -
od salonu, a może wiedzieli to aż nazbyt dobrze. W noc przed wyjazdem,
gdy wszystkie kufry były już spakowane, a większość mebli płynęła do
jakiegoś nieznanego mi lokum w nieznanej Europie, przez długie godziny
rozprawiali o tym, czy zabrać mnie ze sobą. Nawet się nie kłócili. Pani
Betty mówiła cichym, zawziętym głosem, oskarżając męża o brak
zainteresowania rodzonym synem i nadmierny afekt wobec "przybłędy", jak
określała mnie ostatnimi czasy. Gdyby Barnaba nie był takim rachitycznym
dzieckiem, z pewnością nie znienawidziłaby mnie tak bardzo, w końcu to
ona pierwsza wyciągnęła do mnie dłoń przed laty. Gdy jednak
przysłuchiwałem się tej rozmowie, wiedziałem już, że mój los został
przypieczętowany. Lowdurstowie udali się w końcu na spoczynek, a ja,
założywszy na siebie wszystkie ubrania, które miałem, zabrałem skrzypce
oraz drobne na sprawunki, przechowywane w kamionkowym słoju w kuchni, i wyszedłem z domu, pogłaskawszy na pożegnanie ich ogromnego bezimiennego
psa.
Lothar zacisnął palce na ramieniu Thomasa.
- To wszystko brzmi jak powieść albo bajka - mruknął, ocierając się
policzkiem o jego zarośniętą pierś. - I wtedy tak właśnie mi się
zdawało. Miałem wrażenie, że bajka właśnie się skończyła, a ja wracałem
do rzeczywistości, na ulice, które przez ostatnie lata stały mi się
zupełnie obce. Moja dzikość i spryt ulicznika leżały już kompletnie
uśpione i musiałem szybko je obudzić, jeśli chciałem przeżyć. Byłem zbyt
młody, aby wynajęto mi jakikolwiek pokój, ale jednocześnie zbyt już
wykształcony i przyzwyczajony do wygód, by wrócić do doków.
Działo się to wiosną, a ja miałem może dwanaście lat.
Przez cały dzień przechadzałem się po ulicach jak beztroski uczniak,
obmyślając rozmaite plany, aż w końcu natknąłem się na tabor Cyganów,
którzy dawali przedstawienie na niewielkim placu. Stałem się czujny,
wiedziałem bowiem aż nazbyt dobrze, że pląsy tancerek i kuglarskie
sztuczki służą wyłącznie odwróceniu uwagi gapiów, którzy, zafascynowani
spektaklem, nie zwracali uwagi na dobra wykradane z ich kieszeni.
Wśród grajków znajdował się dość zdolny skrzypek, który jednakże trzymał
instrument w dziwaczny sposób samouka. Przysłuchiwałem się przez chwilę
egzotycznej melodii, którą wygrywał, i po chwili zdecydowałem się
wyciągnąć skrzypce i przyłączyć do zespołu, wychodząc odważnie na sam
środek placu. Gdy stanęliśmy w końcu obok siebie, stworzyliśmy osobliwą
parę, skutecznie przyciągającą uwagę - on był rosły i czarnowłosy, o oliwkowej cerze, odziany w połyskujący wzorzysty strój, ja zaś wiotki i blady, o półdługich niemal białych włosach, stałem obok wyprostowany jak
struna, niczym dający koncert panicz z dobrego domu. Ludzie gapili się
na nas zaintrygowani i rozbawieni. Widziałem kątem oka kieszonkowców,
którzy uwijali się jak w ukropie, więc zacząłem grać jeszcze bardziej
szaleńczo, chcąc tym skuteczniej odwrócić od nich uwagę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki