JAK ZOSTAŁEM TRENEREM MENTALNYM
PRZED
KOSZARAMI we wschodniej części obozu Trandum niedaleko
Gardermoen stał w szyku niewielki pluton. Właśnie przestało padać,
na żwirze potworzyły się niewielkie kałuże. Zostało nas mniej
niż dwudziestu. Cztery tygodnie wcześniej, gdy zaczynaliśmy, było
nas 300. Każdy miał na sobie mundur polowy i został wyposażony
w podstawowe uzbrojenie. Przed nami stał dowódca jednostki specjalnej
i komendant ośrodka szkoleniowego.
Głębokim głosem zaczął
nam opowiadać o wyzwaniach, które nas czekały, o kursach
i ćwiczeniach, które musimy odbyć, zanim będziemy mogli nazywać
siebie spadochroniarzami. Gdy skończył, podszedł do dowódcy jednostki
powietrznodesantowej, majora Gr?teruda. Zamienił z nim kilka słów,
których nie usłyszeliśmy. Potem zbliżył się do pierwszego z nas,
stojącego po prawej stronie. Gr?terud ruszył za nim, niosąc tacę
obciągniętą aksamitem w kolorze czerwonego wina.
Dowódca był już przy mnie,
wyprężyłem się, stojąc na baczność.
- Solidnie sobie na to zapracowałeś,
Larssen - powiedział, podnosząc z tacy odznakę spadochronową
ze skrzydełkami - dowód na to, że ukończyłem z powodzeniem
wojskowe szkolenie z zakresu swobodnego spadania i przeszedłem do
dalszego etapu. To kamień milowy dla każdego kadeta marzącego o byciu
spadochroniarzem.
Dowódca zdjął zatyczkę z kolca
odznaki i przypiął mi ją do prawej kieszeni kurtki munduru. Następnie
uścisnął mocno moją dłoń, mówiąc "gratuluję". Przybrałem
pozycję "spocznij" i wbiłem wzrok w szyld na budynku przede
mną. "OŚRODEK SZKOLENIOWY WOJSK SPECJALNYCH", głosiły
wielkie czerwone litery na białym tle. Uśmiechnąłem się pod
nosem. Ukończyłem wojskowy kurs swobodnego spadania. Zdałem egzamin
wstępny i miałem się teraz kształcić na spadochroniarza.
________
Często myślę o tamtej chwili. Był rok
1995, a ja jako jedyny podoficer dostałem miejsce w nowym plutonie
spadochronowym. Nie chodziło tylko o to, że ukończyłem kurs
i zdałem egzamin, ale też o fakt, że udało mi się to zrobić
po raz drugi. Rok wcześniej wylądowałem na trzecim miejscu wśród
podoficerów próbujących dostać się do jednostki. Wzięli tylko
dwóch najlepszych i dlatego musiałem spróbować jeszcze raz.
Niewielu ukończyło kursy przygotowawcze
dla spadochroniarzy dwukrotnie. Z tego powodu czułem się szczególnie
dumny, stojąc tam z odznaką przypiętą do piersi. Samo słowo
"spadochroniarz" oznaczało dla mnie coś pierwszorzędnego,
a zarazem tajemniczego, trudnego - niemal nie do osiągnięcia.
________
Właściwie wcześniej nic nie wskazywało
na to, że może mi się udać. Przez całą podstawówkę, gimnazjum
i liceum byłem drobnym, niewyrośniętym dzieciakiem, który zazwyczaj
trzymał się trochę z dala od innych. Gdy wybierano zawodników do
drużyny piłkarskiej, zawsze wskazywano mnie na samym końcu. Nie
byłem twardzielem. Właściwie to nie miałem szans, by zostać
spadochroniarzem. A mimo to stałem tam w szary deszczowy dzień
w Trandum, ze spadochroniarską odznaką na piersi.
________
Zanim trzy lata wcześniej pojechałem
na egzaminy wstępne do szkoły podoficerskiej, usłyszałem
jasno i wyraźnie, że mi się nie uda. Twardzi, wysportowani
chłopcy z mojego liceum byli zdania, że jestem zbyt drobny
i niezdarny. W grupie koleżeńskiej też trzymałem się trochę
na uboczu. Moja rodzina często się przeprowadzała, więc wciąż
musiałem zmieniać szkoły i rzadko miewałem okazję, by się
z kimś bliżej zaprzyjaźnić. Tak naprawdę nie mam zbyt wielu
dobrych wspomnień z czasów podstawówki i gimnazjum. Mieszkałem na
wschodzie Norwegii i miałem zachodni dialekt z gardłowym "r",
zawsze byłem najmniejszy w klasie i nie bardzo potrafiłem zjednywać
sobie ludzi. Było mi ciężko. Rodzina bardzo we mnie wierzyła, ale
poza domem nie miałem w nikim oparcia. Jako dziecko nie radziłem
sobie z tym najlepiej, ale gdy trochę podrosłem, wstąpił we mnie
diabeł. Chciałem pokazać, że na coś mnie stać, że jestem twardy
i silny.
Przed egzaminem wstępnym do szkoły
podoficerskiej ćwiczyłem się w zadaniach, które - jak sądziłem
- mogliśmy dostać.
Biegałem po lesie z ciężarkami
w dłoniach i plecakiem na plecach.
Trenowałem ustalanie kierunku po
zmroku.
Podczas wykonywania najtrudniejszych
ćwiczeń rozwiązywałem w myślach zadania matematyczne, by zachować
bystrość umysłu, mimo że byłem bardzo zmęczony.
Wspinałem się na stok narciarski
z kłodami drewna na plecach.
Chciałem im pokazać - im, a także
samemu sobie.
Dziś dużo z tego widzę u sporej
części tych, którzy potrafią przesuwać własne granice
i osiągać niezwykłe wyniki. Coś sobie kompensują. Poza tym
doskonale rozumieją, co to znaczy znaleźć się poza swoją strefą
komfortu. Być może dlatego, że często już od dziecka wiedzieli, co
to dyskomfort, i przyzwyczaili się do podejmowania coraz większych
wysiłków. To, do czego przywykłeś, będzie stanowić dla ciebie
o wiele mniejsze emocjonalne wyzwanie. Ten, kto doświadczył braku
uznania i poczucia kontroli nad sytuacją, wie, jak żyć z dyskomfortem. Dla odmiany ci, którzy nie
napotkali na swej drodze przeszkód, będą najprawdopodobniej dalej
żyć z poczuciem komfortu. Brakuje im tej odrobiny dodatkowej motywacji
potrzebnej do przekraczania własnych granic. Ale oczywiście nie jest
też tak, że aby osiągnąć sukces, trzeba mieć za sobą przykre
doświadczenia. Znamy wiele przykładów, które temu przeczą.
________
Przez pierwszy okres w szkole podoficerskiej
miałem wrażenie, że znajduję się na przegranej pozycji, ale już
podczas tak zwanego "piekielnego tygodnia" uświadomiłem sobie,
jak silny faktycznie jestem. Piekielny tydzień to ostatni, decydujący
tydzień naboru, w którym młodzi, pełni nadziei ludzie popychani
są do tego, co uważają za granice swojej wytrzymałości, zarówno
fizycznej, jak i psychicznej.
Bardzo wielu członków mojej drużyny
sobie nie radziło. Wielu musiało się poddać. Do tamtego momentu byłem
zupełnie anonimowym chłopakiem, ale w trakcie piekielnego tygodnia
udowodniłem moją fizyczną i psychiczną siłę. Przygotowywałem się
do wszystkich tych prób, zarówno fizycznie, jak i mentalnie. Byłem
gotów. Postanowiłem, że się nie poddam, nawet gdyby musieli
mnie w końcu zanieść do karetki. Doświadczenie było zupełnie
ekstremalne. Tak bardzo nastawiłem się na powodzenie, że niestraszna
mi była nawet śmierć.
Jako sierżant zostałem oddelegowany na
północ Norwegii. To tamtejszy dowódca poradził mi, bym spróbował
dostać się do spadochroniarzy. W miarę, jak dojrzewała we mnie ta
decyzja, zacząłem świadomie trenować, przygotowując się i do tej
próby. Obrałem sobie bardzo konkretny cel, a dziś uczenie innych
wyznaczania sobie konkretnych celów jest ważnym elementem mojej pracy
trenera mentalnego. Wtedy nie bardzo wiedziałem, czym jest trening
mentalny, ale rozumiałem, jak ważne jest dobre przygotowanie. Znałem
też motto powtarzane często w Ośrodku Szkolenia Wojsk Specjalnych:
"sumienność rodzi pewność".
Z czasem zacząłem wychodzić
z bezczelnego założenia, że mi się uda, ale - jak już
wspominałem - za pierwszym razem się nie udało. Staliśmy na placu
apelowym, byliśmy zupełnie wykończeni, nie mieliśmy nawet pewności,
czy to już koniec, czy też może czekają nas kolejne ćwiczenia.
- Nabór został zakończony
- oświadczył komendant ośrodka szkoleniowego. - Ci, których
teraz wyczytam, zostają przyjęci na dalsze szkolenie - po czym
wywołał nazwiska dwóch podoficerów, ale mnie między nimi nie
było.
Chwilę potem zostałem wezwany na
spotkanie i znów stanąłem twarzą w twarz z komendantem. Próbował
mnie pocieszać i dodać mi otuchy, ale ja nie byłem w stanie spojrzeć
mu w oczy. Pochyliłem głowę, wbiłem wzrok w biurko i rozpłakałem
się po cichu. Moje łzy kapały na blat. Byłem kompletnie wycieńczony
fizycznie i psychicznie, wiadomość, że nie przeszedłem selekcji,
całkowicie mnie załamała. Komendant zakończył swoją przemowę
stwierdzeniem, że osiągnąłem bardzo dobre wyniki i że wielu
spośród prowadzących nabór oficerów chciało mnie przyjąć, ale
po zsumowaniu wszystkich ocen wylądowałem na trzecim miejscu.
- Zachęcamy do spróbowania
w przyszłym roku - powiedział komendant, który zresztą nazywa się
Harald Sunde i jest dziś szefem obrony Królestwa Norwegii[1]. I wtedy, mimo że czułem się tak, jakbym był
na samym dnie, odpowiedziałem, że wrócę za rok. Jeszcze to
powtórzyłem. Wrócę za rok.
W następnym roku przyjmowali tylko
jednego podoficera i miejsce to przypadło właśnie mnie. Był to dla
mnie kres długiej podróży. Marzenie, które się ziściło, i dowód
na to, że można osiągnąć bardzo wiele, jeśli tylko wierzy się
w siebie, nie traci z oczu celu i pracuje nad sobą każdego dnia. Dla
mnie, zawsze małego i słabego, sukces ten był czymś naprawdę
wielkim. Dał mi dumę, wiarę w siebie i mnóstwo satysfakcji. Już
wtedy, nie będąc do końca tego świadomym, stosowałem zasady treningu
mentalnego. Odniosłem sukces, bo byłem silny psychicznie.
Służyłem w wojsku w sumie osiem
lat. Uczestniczyłem w wielu zagranicznych misjach. Razem z komandosami
marynarki wojennej wyjechałem do Bośni, z siłami specjalnymi byłem
w Kosowie, Macedonii i Afganistanie. Każdego dnia czegoś się
uczyłem i dużo z tej wiedzy wykorzystuję dziś jako trener mentalny
- dzięki tamtym doświadczeniom wiem, jak radzić sobie ze stresem,
nieoczekiwanymi sytuacjami, strachem i zdenerwowaniem.
________
Zawsze lubiłem rozmawiać z ludźmi o tym, co
ich motywuje, o czym marzą i co chcą w życiu osiągnąć. Fascynują
mnie jednostki wyjątkowe, ci, którzy uzyskują nieprzeciętne wyniki
i umieją w pełni wykorzystać swój potencjał.
Co sprawia, że jedni zdobywają
olimpijskie złoto, a inni muszą się zadowolić czwartym
miejscem?
Co takiego robią zwycięzcy, czego my,
pozostali, nie zdołaliśmy pojąć?
Gdy mój dobry przyjaciel Thomas
Peterson polecił mi książkę Anthony'ego Robbinsa Obudź
w sobie olbrzyma, bardzo się nią zainteresowałem. Robbins
to znany amerykański coach - jak dla mnie może nawet trochę
zbyt amerykański. Ale merytorycznie bardzo mocny, co do tego nie ma
wątpliwości. Pracował z wybitnymi jednostkami, takimi jak były
prezydent Bill Clinton, legenda hokeja Wayne Gretzky i as tenisa André
Agassi, a jego książka jest klasykiem dla coachów i trenerów. Gdy
ją przeczytałem, uświadomiłem sobie, że to nie jej treść mnie
zafascynowała. Przede wszystkim byłem pod wrażeniem, że facet jest
trenerem mentalnym z zawodu.
Rany, pomyślałem, naprawdę da się
z tego wyżyć?
Tak to bywa gdy ktoś wreszcie dostrzeże
szansę w czymś, co zawsze go zajmowało. Jesteś jednocześnie
zszokowany i zachwycony, widzisz możliwość, o której istnieniu nie
miałeś wcześniej pojęcia. Wraz z tym odkryciem otworzył się przede
mną zupełnie nowy świat. Zacząłem czytać na ten temat wszystko, co
wpadło mi w ręce. Coaching, trening mentalny, psychologia i różne
formy terapii.
________
Miałem już wtedy ukończone studia z zakresu
ekonomii biznesu w Wyższej Szkole Handlowej w Bergen i kilka lat
doświadczenia zawodowego, między innymi w Finansbanken. Pół
roku później poleciałem do Londynu posłuchać, jak Anthony
Robbins przemawia przed dużą publicznością. Nie miałem zbyt wiele
pieniędzy, ale rozumiałem, że muszę go posłuchać - i się z nim
spotkać. Wyczyściłem konto ze wszystkich oszczędności, kupiłem
bilety do Londynu w klasie biznesowej i wynająłem apartament na
jachcie zacumowanym w pobliżu centrum, gdzie Robbins miał wygłosić
swój odczyt. Postawiłem wszystko na jedną kartę, bo czułem, że
stanie się coś wielkiego. Jakiś głos podpowiadał mi, że to będzie
punkt zwrotny w moim życiu.
Na wykład Robbinsa zgłosiło się
10 000 słuchaczy. Kupiłem najdroższy bilet i miałem miejsce tuż
przy scenie. Sam show miał w sobie coś z religijnych ruchów
charyzmatycznych, dużo okrzyków typu Alleluja! i oddziaływania
za pomocą masowej sugestii. Niespecjalnie mi się to podobało, ale
próbowałem je przeanalizować:
Co takiego robi ten człowiek?
Co mówi, że wszyscy ci ludzie chcą
go słuchać?
Dlaczego tak wiele silnych jednostek
zwraca się do niego o radę?
Gdy show dobiegł końca, posunąłem się
do tak wielkiej bezczelności, że poszedłem za kulisy i poprosiłem
o chwilę rozmowy. Zdążyłem zadać Robbinsowi tylko jedno pytanie,
zanim zostałem wyprowadzony przez ochroniarzy. Odpowiedź, którą mi
dał, powtarzam do dziś moim klientom.
Spytałem:
- Jak mam dojść tu, gdzie ty jesteś
dzisiaj?
Zmierzył mnie wzrokiem
i odrzekł:
- Training,
training, training.
________
Siedząc w samolocie lecącym do Norwegii,
poczułem, jak silne potrafi być uczucie związane z podjęciem
ważnej decyzji. Postanowienie, które wtedy powziąłem, doprowadziło
do trwałej zmiany w moim życiu.
Było to dla mnie niemal fizyczne
doznanie. Poczucie podjętej decyzji zaczynało się w palcach stóp
i promieniowało ku górze. Moje serce wyraźnie przyspieszyło, a całe
ciało przeszywał dreszcz na myśl, że teraz to się stanie, teraz się
na to odważę! Oto podejmuję decyzję, że będę najlepszym trenerem
mentalnym na świecie, pomyślałem. Była to moja pasja od najmłodszych
lat, zawsze lubiłem angażować, motywować i inspirować innych,
pomagać ludziom docierać do tego, co w nich najlepsze, podążać za
marzeniem i stawiać na to, w co wierzą.
Świadomości, że to właściwa decyzja,
nie jestem w stanie porównać z niczym, co czułem wcześniej. Nie
było miejsca na wątpliwości.
To właśnie między innymi takie
chwile pomagam dziś odnaleźć moim klientom. Należy ich szukać,
bo to w takich momentach rodzą się decyzje, a ty pojmujesz, że
znalazłeś cel, który jest tak ważny, że gotów jesteś zrobić
wszystko, aby go osiągnąć. Siedziałem wtedy w samolocie, spłukany,
ale niewymownie szczęśliwy. Wiedziałem, że niezależnie od tego,
jak to się skończy, nigdy nie będę żałował. I nie mogłem się
już doczekać. Miałem ochotę od razu siadać do pracy.
________
Chwile, w których podejmujesz postanowienia,
bywają magiczne. Decydujesz się coś zrobić, wprowadzić radykalną
zmianę w życiu i nagle widzisz wszystko w zupełnie innym
świetle. O takich momentach można kręcić filmy, ale co się dzieje
dalej? Co należy zrobić? Jak się zachować, gdy decyzja została już
podjęta? Na czym polega kolejny krok?
Byłem w tamtym czasie pracownikiem
firmy headhunterskiej Mercuri Urval. Moje obowiązki sprowadzały
się głównie do wyboru ludzi na konkretne stanowiska kierownicze,
ale zdecydowałem się pójść do moich szefów i zapytać, czy
nie mógłbym zamiast tego zająć się pracą nad rozwojem liderów,
którzy te stanowiska już objęli. Przełożeni szybko się zgodzili,
zostałem nawet wysłany na kurs coachingu, który później okazał
się dla mnie bardzo przydatny. Spędziłem w tej firmie jeszcze rok,
ale w końcu doszedłem do wniosku, że równie dobrze mogę zacząć
pracować na własny rachunek.
Moja historia jest właściwie dość
reprezentatywna. Podjąłem decyzję, a gdy człowiek już się na coś
zdecyduje, kolejne wybory przychodzą dużo łatwiej. Często stają
się naturalnym następstwem naszych działań. Zyskuje się pewność,
jasność myślenia i śmiałość, której brakowało nam wcześniej, bo
decyzja, którą się podjęło, nakierowana jest na konkretny cel.
W moim wypadku decyzją było
wypowiedzenie umowy o pracę i rozpoczęcie kariery samodzielnie.
Moim celem - stanie się trenerem
mentalnym.
Gdy wiesz, dokąd zmierzasz, takie wybory
są prostsze i przychodzą naturalnie.
________
Ciąg dalszy w wersji pełnej
[1] Obecnie funkcję tę pełni
Haakon Bruun-Hanssen (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).