p

Bez glutenu. Bez wyrzeczeń. Natchnione przepisy dla bezglutenowców, wegetarian i całej reszty świata - Weronika Madejska

Kup ebooka

37.00 zł
20.35 zł (18,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Moja historia

Wielokrotnie słyszałam, że byłam bardzo radosnym dzieckiem. Nazywano mnie nawet Promyczkiem. Mimo to mój organizm nie podzielał mojego entuzjastycznego, dobrego nastawienia do świata i ludzi. Bywało, że rodzice w środku nocy z wydzierającym się w niebogłosy zawiniątkiem musieli mknąć do szpitala. W szkole i na zajęciach tanecznych (poszłam na nie, mając cztery i pół roku) radziłam sobie doskonale. Jednak wszędzie, gdzie się pojawiałam, problemem w konfrontacji z rówieśnikami był mój wzrost. Zawsze byłam za mała i zdecydowanie za chuda.

Decyzja o przejściu na dietę zapadła, gdy miałam dwanaście lat. Jeśli miałabym określić moje emocje w tamtym momencie, można by je porównać do tego, co czujemy, tracąc bezpowrotnie najwspanialszego na świecie przyjaciela. Mam też skojarzenia z sytuacją, kiedy na lotnisku okazuje się, że wszystkie, dużym kosztem gromadzone na wyjątkową podróż życia oszczędności przepadły, bo zaufane dotąd biuro podróży zbankrutowało. Zamiast wycieczki dookoła świata czeka nas wielogodzinny, męczący powrót do domu ze świadomością, że nie warto było odmawiać sobie tak wielu przyjemności, tak bardzo się starać.

Pamiętam, jak dzień przed ostatecznym przejściem na dietę opychałam się w cukierni wielkim, biszkoptowym, pachnącym cytryną omletem ze słodką bitą śmietaną. Po tym epizodzie klamka zapadła. Doskonale wiedziałam, czego nie mogę jeść, wiedziałam też, że teraz jedynym dla mnie lekarstwem jest właściwe w tej sytuacji odżywianie. Mimo to, choć robiłam wszystko, by nie dawać po sobie tego poznać, rozgoryczenie towarzyszyło mi jeszcze przez kilka miesięcy. Mam też w pamięci moment, kiedy rodzice przywieźli z Krakowa pękatą torbę pełną precli i obwarzanków. Kiedy nikt nie patrzył, skubałam te chrupiące pyszności. Jedną ręką strząsałam nieszczęsne okruchy, drugą ocierałam łzy. Przykro wspominam też pewien wieczór, kiedy zostaliśmy zaproszeni na doskonałe pączki. Proszę mi wierzyć, dziecko, nawet niemające na co dzień potrzeby objadania się nimi, może rozpłakać się na widok zachwalanych przez towarzystwo, świeżutkich, idealnie krągłych, cudownie pachnących, z różanym nadzieniem, niby na wyciągnięcie ręki, a jednak niedostępnych pączków. Zwłaszcza że wyczarowanych przez ciocię Ulę - kulinarną mistrzynię, i podanych w eleganckim salonie, przy zgrabnym stoliku do kawy. I znów, wtulona w miękkie poduszki, próbując utopić rozpacz w liściastej herbacie, marzę, żeby uciec. Z przykrością kojarzy mi się też pierwsza wizyta w sklepie z naturalną żywnością. Nie mogąc poradzić sobie ze specyficznym zapachem tego, co na półkach, patrzę na rosnącą na ladzie stertę drogich produktów, z którymi i tak nie wiemy, co zrobić. Rodzice wybierają jeszcze specjalny pojemnik do domowej produkcji kiełków i zastanawiają się nad zakupem wielkiej butli soku z brzozy. W tym czasie właściciel, głaszcząc mnie po głowie, mówi: "Oj, biedna ty teraz będziesz, biedna". Mam dość zakupów, diety, chcę wrócić do domu, by bez świadków, w zaciszu własnego pokoju, móc się rozpłakać. Po powrocie kromkę przesuszonego bezglutenowego pieczywa smaruję wcale nie lubianym masłem orzechowym. Przeżuwanie pierwszego kęsa wydaje się nie mieć końca.

W tym czasie w naszym mieście istnieje jedno miejsce z produktami bezglutenowymi. Zresztą, to chyba za dużo powiedziane. Po prostu w sklepie rybnym dostępne są różne rodzaje bezglutenowych... ciastek. Coś dotąd tak bardzo prozaicznego jak bieżący dostęp do mąki nagle trafia do sfery pragnień. Przybytki internetowe kuleją, a wszystkie próby pieczenia chleba kończą się porażką. Mimo mnóstwa dobrej woli i wielu starań, akceptacja nowej rzeczywistości pozbawionej smacznego jedzenia przychodzi mi z dużym trudem. Okres ten wspominam jako mieszaninę rozczarowań i żalu.

Nie dość, że w żaden sposób nie mogę odnaleźć się w nowej sytuacji, to jeszcze tuż po moim przejściu na dietę nadchodzi czas uczty nie tylko dla ducha, ale i podniebienia. Zbliżająca się Wielkanoc to pora wypiekania popisowych drożdżowych bab, kruchych, słodkich mazurków i gotowania żuru na żytnim zakwasie. O wszystkich tych długo oczekiwanych smakołykach mogę tylko pomarzyć. Przecież to moje pierwsze bezglutenowe święta. Jest ciężko, ale jedno wiem już na pewno: czas na zmiany.

Któregoś dnia biorę do ręki książkę z przepisami - starą, podniszczoną, bez okładki. Wybieram pierwszą lepszą recepturę. Coś skreślam, zmieniam, dodaję skrobię ziemniaczaną i bezglutenowy proszek do pieczenia. Z piekarnika wyjmuję pachnące babeczki. To nic, że trochę płaskie, a każda w innym kształcie - pokryte gęstym budyniem, ozdobione kawałkiem włoskiego orzecha i tak wyglądają wspaniale, a ja skaczę z radości. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu mozolnie uczę się, że bezglutenowemu życiu wcale nie musi towarzyszyć rozgoryczenie. Wreszcie przychodzi moment, w którym to ja zaczynam zapraszać na ciasta i torty. Znajomi z zaskoczeniem stwierdzają, że bezglutenowo wcale nie oznacza nijak i niesmacznie.

Moja świadomość ciągle wzrasta. W miarę jej poszerzania zaczynam rozumieć również to, że "bezglutenowo" nie do końca znaczy zupełnie "zdrowo". I choć dzisiaj zbliżenie się do natury uważam za rozwiązanie najlepsze z możliwych, zdaję sobie sprawę, że do tego, by właściwie obchodzić się z produktami o obco brzmiących nazwach, wyglądzie i pochodzeniu, trzeba posiąść niemałą wiedzę.

Któregoś sierpniowego upalnego popołudnia w czasie przejażdżki rowerowej, ocierając pot z czoła, wstępuję do pobliskiego sklepu. Prócz wody kupuję jeden z modnych magazynów dla kobiet. Moją uwagę przyciąga artykuł o kulinarnych blogerkach. I nagle... odkrycie! Przecież można tak po prostu, siedząc z komputerem na kolanach, pisać i publikować posty, które może przeczytać każdy, kto - tak jak jeszcze niedawno ja - poszukuje rozwiązania swojego problemu! Tak powstaje Natchniona.pl.

Ku wielkiemu zaskoczeniu moja elektroniczna skrzynka pocztowa zaczyna zapełniać się mailami od szukających wsparcia rówieśników, zrozpaczonych młodych mam, a następnie osób w każdym wieku. Nagle, niejako mimo woli, zaczynam być postrzegana jako ekspert do spraw diety bezglutenowej i nie tylko. Dzięki czytelnikom bloga intensywnie szukam odpowiedzi na pytania, których sama sobie dotąd nie zadawałam. Ja, piętnastoletnia uczennica gimnazjum, bez wykształcenia dietetycznego, za to z głową pełną marzeń, zaczynam traktować to przedsięwzięcie jako swoją misję.

Od momentu odnalezienia się w nowej rzeczywistości obserwuję działania na rzecz rozwoju świadomości dotyczącej nietolerancji pokarmowych. Widzę, że my Polacy, zakorzenieni w tradycji, tak a nie inaczej uwarunkowani historycznie, mamy jeszcze w tym względzie wiele do zrobienia. Skoro nie uczy się tego w szkole, nie mówi o tym w popularnych programach telewizyjnych, nie porusza w codziennej prasie, a serialowi bohaterowie na bilbordach nie propagują życia bez glutenu, trudno spodziewać się, że statystyczny Polak, zabiegany, ledwo wiążący koniec z końcem, będzie rozumiał, "z czym to się je". Co z tego, że jest Internet i księgarnie? Bo czy my, bezglutenowi, interesujemy się chociażby dietą salicylanową? Czy na pewno wiemy, że zaserwowanie korniszona osobie na diecie aspirynowej może źle się dla niej skończyć? To zupełnie naturalne, że sytuacja zmienia się diametralnie, kiedy problem zaczyna dotyczyć nas samych.

By żyło się łatwiej, zamiast narzekać, że otoczenie nam nie sprzyja, warto poinformować znajomych o konieczności innego sposobu odżywiania, podrzucić im materiały o niebezpieczeństwach wynikających z nieprzestrzegania diety i spisać zasady przygotowania bezpiecznego posiłku. Może nawet umówić się na wspólne gotowanie, u rodziny zostawić torebkę makaronu, a niezorientowanemu kelnerowi w restauracji spokojnie i grzecznie wytłumaczyć, na czym polega problem.

Po co kolejna książka o diecie bezglutenowej?

Na przestrzeni sześciu lat miałam ich w rękach niemało. I choć doceniam wysiłek każdego, kto chce pomóc ludziom zmuszonym do bezwzględnego omijania glutenu, jest coś, czego mi w nich bardzo brakuje. To cząstka duszy autora, który dla pełniejszego zrozumienia zdesperowanego czytelnika stara się wejść w jego buty, chce pokazać, jak naprawdę wygląda ten świat nie tylko od święta, ale i na co dzień, od nomen omen kuchni.

Dziś jest lipcowy poranek. Od kilku miesięcy jestem pełnoletnia, bogatsza o cały bagaż doświadczeń. Piszę te słowa z głębokim przekonaniem, że świat można zmieniać na lepsze, rozpoczynając od siebie. Ufam, że moje przepisy są w stanie nie tylko rozjaśnić bezglutenowe życie, ale także dodać mu piękniejszych, bardziej wyrazistych barw. Tak się składa, że wszystkie moje propozycje są wegetariańskie. To dlatego, że w zgodzie z wartościami, które wyznaję, nie potrafiłabym postąpić inaczej.