Pomimo mrozu, Floryan Kulesza, dzierżawca Laskowa, stał na
ganku długiego, nizkiego domu i bardzo życzliwym wzrokiem ścigał
przebywającego dziedziniec młodzieńca w obcisłem ubraniu, w
zgrabnej czapeczce i z fuzyą na plecach. Ścigał go wzrokiem jeszcze
i wtedy, gdy za bramą, wśród pól śniegiem zasłanych, szedł on drogą
wysadzoną wierzbami ku lasowi, który zblizka otaczał dwór ogromnym,
ciemnym wieńcem. Co mu tam mróz mógł szkodzić, temu krępemu,
silnemu człowiekowi, z dobrze wypasioną, ogorzałą twarzą, śród
której, jak dwa bławatki w piwonię wetknięte, jaśniały śliczne,
szafirowe oczy! Były to dobre, szczere, błyszczące oczy prostaka,
zdrowego na duszy i ciele, z losu swego zadowolonego, a życzliwego
ludziom, niebu i ziemi. Czy skwar letni palił, czy wichry szalały,
czy mróz piekł, albo siekły szrony i ulewy, zgoda jego z niebem i
ziemią nigdy mąconą nie bywała. One robiły swoje, on swoje: zżyli
się i godzili z sobą jak najlepiej. Jeżeli jakikolwiek kaprys nieba
i ziemi sprawił nieurodzaj, Kulesza bywał zmartwionym, nie do tego
jednak stopnia, aby chorować i rozpaczać. Zaradzał złemu jak mógł,
orał, siał, młócił, rachował, oszczędzał, byleby właścicielowi
gleby tenutę uiścić i jako tako z rodziną przeżyć. Przeżył też do
lat pięćdziesięciu, co potwierdzało kilka zmarszczek na nizkiem
czole i trochę siwizny w gęstej czuprynie, ale czemu zaprzeczał
blask szafirowych oczu i śnieżna białość zębów, ukazujących się w
uśmiechu. Dla tych oczu i dla tego uśmiechu, można było przebaczyć
tej twarzy grubość skóry i rysów, nizkie czoło, a przedewszystkiem
pulchność warg i podbródka, na których jasno wypisany był jeden z
grzechów śmiertelnych, a mianowicie: łakomstwo. Pracować, śmiać się
i jeść musiał dużo, zdawało się to niezawodnem; również niezawodnie
lubił, serdecznie lubił wychodzącego z bramy młodzieńca. Z
lubieniem tem przecież łączyła się widocznie troska, bo uśmiech
wkrótce z ust mu zniknął i, siedzącej na ławce kobiecie ruchem
głowy odchodzącego ukazując, z żalem w głosie, rzekł:
- Szkoda! Ona, starą chustką tak od mrozu otulona, że z całej twarzy
widać było tylko małe czarne oczki, mały zadarty nosek i małe
przywiędłe usta, zatrzęsła głową i smutnie odrzekła: - O szkoda! Pierwszy to raz wspominali o przedmiocie, który na sercu
im leżał, ale zrozumieli się od razu. Nie darmo dwadzieścia kilka
lat z sobą przeżyli. Po minucie milczenia, kobieta patrząc na męża,
z cicha rzekła: - Awrelka zmizerniała! On ramionami ruszył. - Ot, zaraz już i zmizerniała! Babski zwyczaj z muchy wołu
robić! Od czego tam mizernieć? Nie będzie ten, będzie drugi. Po
targach obwozić jej nie będę, bo i z domu wezmą. Suchot u nas w
familii nie było, dzięki Bogu, ani też umierania z miłości. Babskie
bzdurstwa! Kobieta pod chustką, rozkładając ręce, z żałośnym wyrazem
czarnych oczu rzekła: - Cóż, kiedy zaręczony! - Nowinę Teofila powiedziała! Już to jak Teofila co powie,
to jest czego słuchać. Zdaje się, że zaraz po przyjechaniu
powiedział, że zaręczony, i Awrelka jest głupia, kiedy, pomimo tej
wiadomości, głowę sobie nim nabijała. - Awrelka jest młoda, - z nagłą żywością odrzuciła
kobieta, - a Florian stary, więc powinien był mieć rozum i nie
zapraszać go na stołowanie się u nas... - Ot i znów powiedziała! Czy to ja zwierz, abym takiemu
porządnemu człowiekowi pozwalał marnować się na licho wie jakiem
jedzeniu! I przewidzieć nie mogłem, że dziewczęta muszą kochać się
w każdym, kto tylko stołuje się w domu. Może to taki u dziewcząt
zwyczaj? Czy ja wiem? Teofila jest baba, więc zna babskie zwyczaje
i powinna była ostrzec, że jak tylko dziewczyna zobaczy mężczyznę,
jedzenie do gęby niosącego, zaraz i zakocha się! Jeżeli tak, to we
mnie, jak Boga kocham, wszystkie dziewczęta, jakie tylko są na
świecie, kochać się powinny, bo co, jak co, ale jeść to już nikt
lepiej odemnie nie zdoła! Z początku niby rozgniewał się na żonę, za wyrzut, który
mu czyniła, ale przy końcu mówienia śmiał się już i ją tym śmiechem
zaraził. Z politowaniem głową w chustce wstrząsając, ze śmiechem
jednak mówiła: - Oj, Floryan, Floryan! Floryana zawsze trzymają się
facecye! Florian i na moim pogrzebie jeszcze by różne głupstwa
wymyślał. Pomimo tak bolesnego podejrzenia, znać było, że facecye
męża sprawiały jej zadowolenie; on także, z ręką na kłębie,
żartobliwie na nią patrzał. - A cóż? Teofila lubi jęczeć: niechże ja sobie pośmieję
się czasem. Dość jednego jęczenia w domu... Dzieci po mnie poszły:
nie jęczą, ale śmiać się lubią... a jej! - Awrelka teraz już nie tak... - z obudzonem na nowo
zmartwieniem zaczęła kobieta, ale dokończyć jej nie dał hałas
głosów i tentent stóp, które nagle w sieni domu słyszeć się dały.
Nagle też z sieni na ganek wypadł niezmiernie wesoły korowód, na
którego czele pędziła dwudziestoletnia dziewczyna, bosa, w różowym
kaftanie i w krótkiej spódnicy, z grubą złotą kosą na plecach, z
wiadrem w ręku. Za nią, usiłując ją prześcignąć biegła druga, nieco
młodsza, ale bardzo do tamtej podobna, którą za błękitny kaftan
przytrzymywał trzynastoletni podlotek w liliowym kaftanie. Zblizka
za podlotkiem dreptał z wyciągniętemi rękoma dziewięcioletni
chłopczyk, którego za zieloną bluzkę chwytać usiłowało dwóch
rówieśników w białych koszulach, przepasanych paskami domowego
tkania. Wszystko to z wielkim śmiechem i niezrozumiałemi krzykami
przez ganek przebiegło i leciało dziedzińcem, po iskrzącym się od
słońca śniegu, w kierunku studni z wielkiem kołem, znajdującej się
w pobliżu stajen i obór, które w półkole dziedziniec otaczały, gdy
od nich do domu, drugiem półkolem, stały wysokie, pełne śniegu i
szronu topole włoskie. W bladem świetle zimowego słońca, po usianym
iskrami śniegu, w półkole pod topolami, leciał sznur różowy,
błękitny, liliowy i czerwony, biały, złotemi kosami dziewcząt jak
snopami promieni połyskując i chóralnym śmiechem dzwoniąc. Śmiechem
tym wywabione z kuchni u końca długiego domu i z izb czeladnych w
starej oficynie, wybiegły kobiety i dziewczęta z garnkami, nożami,
mokremi szmatami w rękach, wyszło paru parobków z piłkami i
siekierami, wypadło kilkoro dzieci różnego wieku, w koszulach,
bosych i z jednostajnie lnianemi czuprynami. Starsi postawali u
drzwi, głośno gwarząc, jedna z bab nożem do obierania kartofli
wywijała i aż pokładała się od śmiechu, dzieci puściły się po
śniegu, zakreślając pod oborami i stajniami półkole w tym samym
kierunku, w którym biegli tamci pod topolami. Wmieszały się jeszcze
do tego wszystkiego dwa kudłate kundle, w białe i żółte plamy,
środkiem dziedzińca ku studni z przeraźliwem poszczekiwaniem i
rozmachanemi kitami sadząc, wmieszała się też i Teofila Kuleszyna,
która, na brzeg ganku wyskoczywszy, z całej siły i przeraźliwie
piskliwym głosem krzyczała: - Awrelka! Awrelka! Awrelka! A Floryan Kulesza, do scen takich znać przyzwyczajony, nic
nie mówił, tylko nogi szeroko rozstawił, obie ręce na kłębach oparł
i znowu w uśmiechu białe zęby pokazywał. Gdy jednak Kuleszyna nie
przestawała w niebogłosy krzyczeć: Awrelka! Awrelka! Zośka!
Karolka! Antek! i sama już podnosząc z obu stron spódnicę do biegu
puścić się zamierzała, za chustkę ją przytrzymał i rzekł: - Czego Teofila wrzeszczy? Czego Teofila leci? Czego
Teofila dziwaczy się? - Bose, w letnich kaftanach, po śniegu, w taki mróz...
Jezus Marya... załamując ręce jęczała. - No to i co? - flegmatycznie zapytał Kulesza. - Przeziębią się! Zachorują! Jezus Marya! Jak te
parobkowskie dzieci! jak te żebraki pod kościołem! jak te sieroty
odzieży nie mające! Śmiejąc się tak, że aż łzy stanęły mu w oczach, Kulesza
żonę reflektował. - Niech Teofila na to plunie! Teofili każda przyczyna
dobra, byle jęczeć! Czy one księżniczki, albo co, aby im bose nogi
i letnia odzież zaszkodzić mogły? Może Teofila projektowała
księżniczki na świat wydać, czy ja wiem? Ale projekt nie udał się,
bo one szlachciankami zagrodowemi są, choć ojciec i po dzierżawach
chodzi; po ojcu poszły, po babkach i prababkach też, które zawżdy
boso po śniegu latały. Ot, niech Teofila przestanie jęczeć, a idzie
jeść mi dać, bo głodny jestem od tych kundlów gorzej... - Floryana zawsze facecye trzymają się, a dzieci pochorują
się, zwłaszcza Awrelka... - Czemuż to zwłaszcza Awrelka? Delikatna taka, czy
faworytka mamina? a? - przekomarzał się z żoną Kulesza i oboje do
domu weszli. W tej chwili, pośród różowych, błękitnych, liliowych
kaftanów dziewcząt i białych koszul podskakujących dzieci, wielkie
koło studni obracać się zaczęło szybko, coraz szybciej, a do taktu
z jego obrotami, rozbrzmiał na cały dziedziniec donośny śpiew
dziewczyny w różowym kaftanie, na zrębie studni, po nad całą
gromadką siedzącej: Żeby was tu było, jak na drzewie liści Nie było, nie będzie, jak mój Jaś najmilszy. Żeby was tu było, jak na morzu piany, Nie było, nie będzie, jak mój Jaś kochany! - Kiedyż nie Jaś, ale Juraś... i to zaręczony! - mruknął
pod wąsem Kulesza, zasiadając przy stole, nad salaterką bigosu z
wędliną; Kuleszyna zaś, krając chleb z wielkiego bochna,
zaszeptała: - Et! Zaręczyny - pajęczyny! Może Pan Bóg da, że i z tych
jeszcze nic nie będzie! - Teofila taka nabożna, że co piątek każe mnie głodem
mrzeć - a obok tego bliźniemu źle życzy... zaczął Kulesza, ale
dłużej już mówić nie mógł, bo dzień nie był piątkowym, a wobec
takiego bigosu, przynajmniej na czas trwania jego w salatercie,
żarty zarówno jak i strapienia znikać musiały. Kuleszyna za to, która mniej często, niż mąż jej, jeść
potrzebowała, na stołku u stołu przysiadłszy, mówiła dalej: - Bo, słyszę, jej familia bardzo sobie tego małżeństwa nie
życzy... - Czemuż to? pełnemi jedzenia usty wybełkotał Kulesza. - Temu, że on chłop... Kulesza nagle żuć przestał i, wytrzeszczonemi oczami na
żonę patrząc, prawie ze złością sarknął: - Teofila głupstwa gada... Składając na stole małe, ciemne ręce, kobieta monotonnym
trochę, jękliwym głosikiem prawiła dalej: - Floryan mówi, że ja głupstwa gadam, a sam nie bardzo
mądry, bo przecież powinien wiedzieć, że co szlachcianka, to
szlachcianka, a co chłop, to chłop... Zawzięcie teraz jedząc, mruknął tylko: - Babskie bzdurstwa! - Bynajmniej nie babskie - odrzucila kobieta - bo to
właśnie mężczyzna, brat jej, osobliwie temu małżeństwu na
przeszkodzie staje! Bardzo, słyszę, ambitny i nie chce, żeby jego
siostra pomiędzy chłopami poniewierała się. I szwagrów ona ma i
innych tam krewnych, którzy także nie chcą... - Osły, bałwany, barany! - z ust pełnych jedzenia i aż
przewracając oczami z gniewu, wyrzucił Kulesza. - Floryan mówi: osły, bałwany, barany, a ja mówię, iż tak
już widać Pan Bóg ustanowił, że co szlachcianka, to szlachcianka, a
co chłop, to chłop... Kulesza łyżkę na talerzu położył, dłonie na kolanach
wsparł, a z twarzy mu widać było, że złość się w nim zagotowała. - Teofila jest gęś... zaczął, lecz nagle ochłonął z gniewu
i z wpół pogardliwą, a wpół wesołą filuternością na nią patrzał.
Nachylił się potem i prawie do samego jej ucha szepnął: - A jakżeby to było z Awrelką? a? Czemuż to Teofila tylko
co mówiła: szkoda! a? Czemuż to życzyła, aby te zaręczyny były
pajęczyny? a? Zmieszała się ogromnie; małemi oczkami zamigotała, małym,
zadartym noskiem czmychnęła; nie wiedziała jakim sposobem
sprzeczność swoich społecznych wyobrażeń ze swojemi uczuciami
pogodzić. Po chwilowem jednak milczeniu i myśleniu ręką machnęła i
cicho odrzekła: - Ot, Floryan nie wiedzieć co wygaduje! Awrelka jest mojem
dzieckiem i ja o szczęście jej dbam więcej, jak o wszystko co może
być na świecie. Niechby sobie był pan, czy cygan, czy chłop, czy
szlachcic, byle jej dobrze z nim było... Kulesza aż zaniósł się od śmiechu, a potem głową trząść
zaczął. - Wie Teofila co? - mówił - Teofila jest dobra kobieta,
ale kobieta, a u baby rozum, to jak dwa psy ze związanemi
ogonami... jeden w jednę stronę rwie się, drugi w drugą i obydwa na
miejscu stoją. Ale ona już go nie słuchała. Drobnym, zwinnym kroczkiem
biegła do kuchni, z której na dom cały rozlegały się krzyki i
śmiechy wracającej od studni gromady. Tymczasem ten, którym Kuleszowie tak żywo się zajmowali,
wązką i krętą drogą coraz głębiej w las się zapuszczał. Nazwisko
jego zdradzało chlopskie pochodzenie, ale nie rysy i ruchy, które
posiadały niezwykłą zgrabność i wytworność. W tej chwili Jerzego
Chutkę można było wziąć za prawe dziecko cywilizacyi, dla rozrywki
odbywające po lesie myśliwską przechadzkę. W grubym, obcisłym
surducie, ze strzelbą na plecach, wysmukły i prosty, szedł krokiem,
w którym siła i lekkość tworzyły harmonię pełną naturalnego
wdzięku; z twarzy zaś jego, delikatnie i z doskonałą prawidłowością
zarysowanej, była młodzieńcza świeżość i radość. Szare, podłużne
oczy z pod daszku małej czapki, a wązkie pąsowe usta z pod złotego
wąsika, wesoło, ufnie, trochę nawet zarozumiale, śmiały się do
świata. Świat był widać dla niego ponętnym i łaskawym, a on uznawał
się tych ponęt i łask zupełnie godnym. Kiedy z podniesioną nieco
twarzą zagwizdał na wesołą nutę, czuć było, że pierwszy krok życia
powiódł mu się doskonale; kiedy rozglądał się dokoła, najpewniej
myśleć musiał, że na to powodzenie zasługuje i wypuścić go z rąk
ani myśli. Rok temu obowiązkową służbę w wojsku skończył, a od paru
miesięcy półtora tysiąca morgów książęcego lasu do pilnowania mu
dano; kilku leśników ma pod sobą i tytuł nadleśnego. Wprawdzie
zawdzięcza to przeważnie długoletnim i wiernym służbom na
książęcych leśnictwach dziada, ojca i stryja, ale też po części -
wie o tem dobrze - roztropności i śmiałości własnej. Bo przecież,
przed księcia samego zawezwany, nie stracił głowy i znalazł się
tak, jak należało. Gdy szedł tam, gdzie go lokaj w liberyi
prowadził, czuł zalęknienie i zawstydzenie pewne, lecz zupełnie
uspokoił je myślą: "ani jemu, ani nikomu nic złego nie zrobiłem,
żadnego gałgaństwa na mnie nie ma, czegóż tedy mam lękać się, albo
wstydzić?" Bez trwogi też i bez zmieszania do wspaniałego pokoju
wszedł i, niedaleko progu stanąwszy, ukłonił się z uszanowaniem,
ale nie bardzo nizko, wcale nawet nie nizko, bo sam nie wiedział,
jakie uczucie przytrzymało mu głowę, aby nie chyliła się
zbytecznie, i zaraz potem wyprostowało go do postawy skromnej, lecz
nie pokornej. Książę, siedzący na fotelu przy okrągłym stole, od
stóp do głowy wzrokiem go obrzucił i zapytał: - Czy jesteś synem Mikołaja Chutki? A usłyszawszy twierdzącą odpowiedź, mruknął: hm, hm! i
wydawał się trochę zdziwionym. Jerzy nie wiedział na pewno, ale
domyślał się, iż książę dlatego przypatruje mu się tak długo i ze
zdziwieniem, że znajduje go do ojca i stryja jego wcale nie
podobnym. Tamci byli grubi, na twarzach ciemni i mieli zwyczaj
chylić sie przed panem do samej ziemi. On nawet oczu nie spuścił.
Nie miał czego lękać się, ani wstydzić, i książę mógł długo patrzeć
w bystre i śmiałe oczy młodzieńca, niedaleko od progu, z
uszanowaniem, ale w wyprostowanej postawie stojącego. Widać
podobały mu się i oczy i postawa, bo bardzo łaskawie przywołał go
bliżej ku stołowi i wypytywać zaczął, czy i o ile zna się na
gospodarstwie leśnem. Tu już Jerzy pewną stopą stanął na grunie
znanym i miłym. W lesie urodził się i wzrósł, leśnym robotom
przypatrywał się, odkąd żył; nic na świecie milszem mu być nie
mogło nad las. To też na zadawane sobie pytania odpowiadał zrazu
tylko z łatwością, ale potem i z zapałem. Że zaś głos jego, tak jak
cała jego powierzchowność, nie miał w sobie nic szorstkiego i
grubego, lecz owszem, metalicznym dźwiękiem przyjemnie w ucho
wpadał, więc książę znowu przez chwilę na niego popatrzał, mruknął:
hm! hm! i zapytał jeszcze: czy potrafi zarządowi dóbr składać
miesięczne raporta? Na to mógł znowu śmiało odpowiedzieć, że
potrafi. W pisaniu i rachunkach biegłym był, a zawdzięczał to
naprzód guwernerowi, którego ojciec, na spółkę z kilku innymi
leśnikami przez trzy lata dla niego trzymał, a potem własnej
pilności w douczaniu się i wprawianiu. Zapytał go jeszcze książę:
czy jest żonatym? na co on odpowiedział, że dotąd tylko jest
zaręczonym, ale, że skoro miejsce otrzyma, ożeni się natychmiast. - Ładną musisz mieć narzeczoną! - bardzo łaskawie
zażartował książę, a on domyślił się znowu, że żart pohodził z
myśli, iż tylko ładna narzeczona do pary mu być mogła. Skłonił się
znowu nie tak, jak słudzy kłaniają się przed panami, ale jak to
przyzwoici młodzieńcy czynią przed szanownymi i o wiele starszymi
od siebie ludźmi. Przytem, z nagłym rumieńcem i błyskiem oczu,
odpowiedział: - Nie wiem, Jaśnie Oświecony Książę, czy jest ładną, ale
dla mnie jest ona nad wszystko w świecie droższą. Książę uśmiechał się ciągle, a po chwili dał mu znak do
odejścia, lecz gdy był już we drzwiach, zapytał jeszcze: - A z kim się żenisz? - Z Osipowiczówną z Tołłoczek, Jaśnie Oświecony Książę. - Ze szlachcianką tedy? Coś, jakby filuterny uśmiech, przebiegło po twarzy
Jerzego. - Legitymowaną - odrzekł. W kilka godzin po tej rozmowie
do chaty Mikołaja Chutki przyszło z zarządu dóbr książęcych
rozporządzenie, aby syn jego Jerzy jechał natychmiast do Laskowa,
dla objęcia posady nadleśnego, wakującej po ostatecznie zestarzałym
i na łaskawym chlebie pozostawionym poprzedniku. Nazajutrz, gdy
żegnał się z rodzicami, ojciec nad pochyloną jego glową tyle
drobnych krzyżyków w powietrzu kreślił, że chyba z tysiąc ich było.
Matka i mała siostra w głośny płacz uderzyły, bracia stali przy
drzwiach chaty z pozwieszanemi rękoma i głowami. On ojca w rękę
ucałował, matkę pochwycił w ramiona, siostrę w obu rękach, jak
piórko, pod sufit podniósł; braci prosił, aby go w Laskowie przy
każdej sposobności odwiedzali. Lecz wszystkie rozczulenia,
pożegnaniu towarzyszące, nie zdołały zgasić wesołości, od której
ciągle rumieniły mu się policzki, błyszczały oczy, śmiały się usta.
Ode drzwi coś go znowu ku ojcu rzuciło. Uczuł dla niego rzewną
wdzięczność za to, że go nigdy nie bił i na żaden inny sposób w
dzieciństwie nie krzywdził, że dla niego trzymał, dużą część chleba
od ust sobie odbierając, guwernera, że dla zdobycia mu posady w
dobrach książęcych długie godziny, dnie nawet, cierpliwie i
pokornie wyczekiwał u wrót dziedzińców, u progów kuchen, u stopni
ganków, aż nareszcie, przed oblicze pana dopuszczony, czołem o
ziemię uderzył i na rzecz syna o dawnych usługach i zasługach
swojego rodu przypomniał. Pomyślał o tem Jerzy, od samego już progu
wrócił i, z wilgocią w oczach, na jedno kolano przyklęknąwszy,
długim pocałunkiem przylgnął do bosej stopy ojca. Wtedy usta
starego chłopa trząść się i powieki dziwnie latać zaczęły, matka i
siostra wprost już ryknęły płaczem i Jerzy, ramionami kolana
ojcowskie oplatając, zapłakał także. Ale ta chwila rozczulenia
prędko minęła; teraz w każdej kropli krwi i w każdym muskule czuł
on młodość, zdrowie, ochotę i siłę do życia. Szumiały mu nawet w
mózgu jakieś ponętne, choć nieokreślone, nadzieje i ambicye,
majaczyły w myśli wysokie w dobrach ksiązęcych posady, własny
folwark, znaczenie pośród ludzi, ładne domy, śliczne konie, drogie
strzelby. Nad żadnym jednak z tych szczegółów nie zatrzymywał długo
myśli, dwóch rzeczy tymczasem będąc zupełnie pewnym: że musi zajść
daleko i że za kilka tygodni Salusia będzie już jego żoną. Strach,
jak on mocno przywiązał się do tej dziewczyny! Od tej zaraz chwili,
kiedy to, dopomagając w gaszeniu pożaru, ze skrzynką biednych
ludzi, wyrwaną z płomieni, zstępował z wysokiej drabiny i zobaczył
ją w dole stojącą z tak dziwnie błyszczącemi oczyma i w górę, jemu
jakby na ratunek, wyciągniętemi ramionami, od tej chwili, kiedy
jeszcze nie wiedział, ani kto ona jest, ani jak się nazywa, już
uczuł, że ona dla niego nie taka, jak wszystkie, i on dla niej
inny, niż wszyscy na świecie ludzie. Co tu mówić? Widział, że
dziewczyna zakochała się w nim odrazu; to go naprzód zajęło i
ujęło. Potem, podobało mu się w niej wszystko. Śliczna była,
serdeczna, wesoła, śmiała, on zaś bardzo lubił w kobietach
śmiałość. Kiedy u jej siostry, Anulki Końcowej, dzieci chorowały,
sama śród nocy do apteki i po doktora latała, o żadnym strachu ani
myśląc. A jak pielęgnowała ten drobiazg, ile nocy nad nim nie
spała! Prawda, że najczęściej chorą tę dziatwę doglądali razem i
wtedy to pokochali się najwięcej. Zresztą, jak żyje, nie wiział,
aby czyje oczy były takie, jak u niej, głębokie i gorejące; zdaje
się, jeziora, w których utopić się można i na dnie wpaść w
płomienie! Figurę ma piękną i twarz do róży podobną, ale te oczy
jej najosobliwsze ze wszystkiego. Czasem, zdaje się, że napisane w
nich stoi: twoją będę, albo umrę. Z za lubienia wygląda w nich
śmierć. Ona go na śmierć lubi, - to rzecz pewna!
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.