p

Bene nati - Eliza Orzeszkowa

Kup ebooka

19.49 zł
15.98 zł (15,98 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

Pomimo mrozu, Floryan Kulesza, dzierżawca Laskowa, stał na ganku długiego, nizkiego domu i bardzo życzliwym wzrokiem ścigał przebywającego dziedziniec młodzieńca w obcisłem ubraniu, w zgrabnej czapeczce i z fuzyą na plecach. Ścigał go wzrokiem jeszcze i wtedy, gdy za bramą, wśród pól śniegiem zasłanych, szedł on drogą wysadzoną wierzbami ku lasowi, który zblizka otaczał dwór ogromnym, ciemnym wieńcem. Co mu tam mróz mógł szkodzić, temu krępemu, silnemu człowiekowi, z dobrze wypasioną, ogorzałą twarzą, śród której, jak dwa bławatki w piwonię wetknięte, jaśniały śliczne, szafirowe oczy! Były to dobre, szczere, błyszczące oczy prostaka, zdrowego na duszy i ciele, z losu swego zadowolonego, a życzliwego ludziom, niebu i ziemi. Czy skwar letni palił, czy wichry szalały, czy mróz piekł, albo siekły szrony i ulewy, zgoda jego z niebem i ziemią nigdy mąconą nie bywała. One robiły swoje, on swoje: zżyli się i godzili z sobą jak najlepiej. Jeżeli jakikolwiek kaprys nieba i ziemi sprawił nieurodzaj, Kulesza bywał zmartwionym, nie do tego jednak stopnia, aby chorować i rozpaczać. Zaradzał złemu jak mógł, orał, siał, młócił, rachował, oszczędzał, byleby właścicielowi gleby tenutę uiścić i jako tako z rodziną przeżyć. Przeżył też do lat pięćdziesięciu, co potwierdzało kilka zmarszczek na nizkiem czole i trochę siwizny w gęstej czuprynie, ale czemu zaprzeczał blask szafirowych oczu i śnieżna białość zębów, ukazujących się w uśmiechu. Dla tych oczu i dla tego uśmiechu, można było przebaczyć tej twarzy grubość skóry i rysów, nizkie czoło, a przedewszystkiem pulchność warg i podbródka, na których jasno wypisany był jeden z grzechów śmiertelnych, a mianowicie: łakomstwo. Pracować, śmiać się i jeść musiał dużo, zdawało się to niezawodnem; również niezawodnie lubił, serdecznie lubił wychodzącego z bramy młodzieńca. Z lubieniem tem przecież łączyła się widocznie troska, bo uśmiech wkrótce z ust mu zniknął i, siedzącej na ławce kobiecie ruchem głowy odchodzącego ukazując, z żalem w głosie, rzekł: - Szkoda! Ona, starą chustką tak od mrozu otulona, że z całej twarzy widać było tylko małe czarne oczki, mały zadarty nosek i małe przywiędłe usta, zatrzęsła głową i smutnie odrzekła: - O szkoda! Pierwszy to raz wspominali o przedmiocie, który na sercu im leżał, ale zrozumieli się od razu. Nie darmo dwadzieścia kilka lat z sobą przeżyli. Po minucie milczenia, kobieta patrząc na męża, z cicha rzekła: - Awrelka zmizerniała! On ramionami ruszył. - Ot, zaraz już i zmizerniała! Babski zwyczaj z muchy wołu robić! Od czego tam mizernieć? Nie będzie ten, będzie drugi. Po targach obwozić jej nie będę, bo i z domu wezmą. Suchot u nas w familii nie było, dzięki Bogu, ani też umierania z miłości. Babskie bzdurstwa! Kobieta pod chustką, rozkładając ręce, z żałośnym wyrazem czarnych oczu rzekła: - Cóż, kiedy zaręczony! - Nowinę Teofila powiedziała! Już to jak Teofila co powie, to jest czego słuchać. Zdaje się, że zaraz po przyjechaniu powiedział, że zaręczony, i Awrelka jest głupia, kiedy, pomimo tej wiadomości, głowę sobie nim nabijała. - Awrelka jest młoda, - z nagłą żywością odrzuciła kobieta, - a Florian stary, więc powinien był mieć rozum i nie zapraszać go na stołowanie się u nas... - Ot i znów powiedziała! Czy to ja zwierz, abym takiemu porządnemu człowiekowi pozwalał marnować się na licho wie jakiem jedzeniu! I przewidzieć nie mogłem, że dziewczęta muszą kochać się w każdym, kto tylko stołuje się w domu. Może to taki u dziewcząt zwyczaj? Czy ja wiem? Teofila jest baba, więc zna babskie zwyczaje i powinna była ostrzec, że jak tylko dziewczyna zobaczy mężczyznę, jedzenie do gęby niosącego, zaraz i zakocha się! Jeżeli tak, to we mnie, jak Boga kocham, wszystkie dziewczęta, jakie tylko są na świecie, kochać się powinny, bo co, jak co, ale jeść to już nikt lepiej odemnie nie zdoła! Z początku niby rozgniewał się na żonę, za wyrzut, który mu czyniła, ale przy końcu mówienia śmiał się już i ją tym śmiechem zaraził. Z politowaniem głową w chustce wstrząsając, ze śmiechem jednak mówiła: - Oj, Floryan, Floryan! Floryana zawsze trzymają się facecye! Florian i na moim pogrzebie jeszcze by różne głupstwa wymyślał. Pomimo tak bolesnego podejrzenia, znać było, że facecye męża sprawiały jej zadowolenie; on także, z ręką na kłębie, żartobliwie na nią patrzał. - A cóż? Teofila lubi jęczeć: niechże ja sobie pośmieję się czasem. Dość jednego jęczenia w domu... Dzieci po mnie poszły: nie jęczą, ale śmiać się lubią... a jej! - Awrelka teraz już nie tak... - z obudzonem na nowo zmartwieniem zaczęła kobieta, ale dokończyć jej nie dał hałas głosów i tentent stóp, które nagle w sieni domu słyszeć się dały. Nagle też z sieni na ganek wypadł niezmiernie wesoły korowód, na którego czele pędziła dwudziestoletnia dziewczyna, bosa, w różowym kaftanie i w krótkiej spódnicy, z grubą złotą kosą na plecach, z wiadrem w ręku. Za nią, usiłując ją prześcignąć biegła druga, nieco młodsza, ale bardzo do tamtej podobna, którą za błękitny kaftan przytrzymywał trzynastoletni podlotek w liliowym kaftanie. Zblizka za podlotkiem dreptał z wyciągniętemi rękoma dziewięcioletni chłopczyk, którego za zieloną bluzkę chwytać usiłowało dwóch rówieśników w białych koszulach, przepasanych paskami domowego tkania. Wszystko to z wielkim śmiechem i niezrozumiałemi krzykami przez ganek przebiegło i leciało dziedzińcem, po iskrzącym się od słońca śniegu, w kierunku studni z wielkiem kołem, znajdującej się w pobliżu stajen i obór, które w półkole dziedziniec otaczały, gdy od nich do domu, drugiem półkolem, stały wysokie, pełne śniegu i szronu topole włoskie. W bladem świetle zimowego słońca, po usianym iskrami śniegu, w półkole pod topolami, leciał sznur różowy, błękitny, liliowy i czerwony, biały, złotemi kosami dziewcząt jak snopami promieni połyskując i chóralnym śmiechem dzwoniąc. Śmiechem tym wywabione z kuchni u końca długiego domu i z izb czeladnych w starej oficynie, wybiegły kobiety i dziewczęta z garnkami, nożami, mokremi szmatami w rękach, wyszło paru parobków z piłkami i siekierami, wypadło kilkoro dzieci różnego wieku, w koszulach, bosych i z jednostajnie lnianemi czuprynami. Starsi postawali u drzwi, głośno gwarząc, jedna z bab nożem do obierania kartofli wywijała i aż pokładała się od śmiechu, dzieci puściły się po śniegu, zakreślając pod oborami i stajniami półkole w tym samym kierunku, w którym biegli tamci pod topolami. Wmieszały się jeszcze do tego wszystkiego dwa kudłate kundle, w białe i żółte plamy, środkiem dziedzińca ku studni z przeraźliwem poszczekiwaniem i rozmachanemi kitami sadząc, wmieszała się też i Teofila Kuleszyna, która, na brzeg ganku wyskoczywszy, z całej siły i przeraźliwie piskliwym głosem krzyczała: - Awrelka! Awrelka! Awrelka! A Floryan Kulesza, do scen takich znać przyzwyczajony, nic nie mówił, tylko nogi szeroko rozstawił, obie ręce na kłębach oparł i znowu w uśmiechu białe zęby pokazywał. Gdy jednak Kuleszyna nie przestawała w niebogłosy krzyczeć: Awrelka! Awrelka! Zośka! Karolka! Antek! i sama już podnosząc z obu stron spódnicę do biegu puścić się zamierzała, za chustkę ją przytrzymał i rzekł: - Czego Teofila wrzeszczy? Czego Teofila leci? Czego Teofila dziwaczy się? - Bose, w letnich kaftanach, po śniegu, w taki mróz... Jezus Marya... załamując ręce jęczała. - No to i co? - flegmatycznie zapytał Kulesza. - Przeziębią się! Zachorują! Jezus Marya! Jak te parobkowskie dzieci! jak te żebraki pod kościołem! jak te sieroty odzieży nie mające! Śmiejąc się tak, że aż łzy stanęły mu w oczach, Kulesza żonę reflektował. - Niech Teofila na to plunie! Teofili każda przyczyna dobra, byle jęczeć! Czy one księżniczki, albo co, aby im bose nogi i letnia odzież zaszkodzić mogły? Może Teofila projektowała księżniczki na świat wydać, czy ja wiem? Ale projekt nie udał się, bo one szlachciankami zagrodowemi są, choć ojciec i po dzierżawach chodzi; po ojcu poszły, po babkach i prababkach też, które zawżdy boso po śniegu latały. Ot, niech Teofila przestanie jęczeć, a idzie jeść mi dać, bo głodny jestem od tych kundlów gorzej... - Floryana zawsze facecye trzymają się, a dzieci pochorują się, zwłaszcza Awrelka... - Czemuż to zwłaszcza Awrelka? Delikatna taka, czy faworytka mamina? a? - przekomarzał się z żoną Kulesza i oboje do domu weszli. W tej chwili, pośród różowych, błękitnych, liliowych kaftanów dziewcząt i białych koszul podskakujących dzieci, wielkie koło studni obracać się zaczęło szybko, coraz szybciej, a do taktu z jego obrotami, rozbrzmiał na cały dziedziniec donośny śpiew dziewczyny w różowym kaftanie, na zrębie studni, po nad całą gromadką siedzącej: Żeby was tu było, jak na drzewie liści Nie było, nie będzie, jak mój Jaś najmilszy. Żeby was tu było, jak na morzu piany, Nie było, nie będzie, jak mój Jaś kochany! - Kiedyż nie Jaś, ale Juraś... i to zaręczony! - mruknął pod wąsem Kulesza, zasiadając przy stole, nad salaterką bigosu z wędliną; Kuleszyna zaś, krając chleb z wielkiego bochna, zaszeptała: - Et! Zaręczyny - pajęczyny! Może Pan Bóg da, że i z tych jeszcze nic nie będzie! - Teofila taka nabożna, że co piątek każe mnie głodem mrzeć - a obok tego bliźniemu źle życzy... zaczął Kulesza, ale dłużej już mówić nie mógł, bo dzień nie był piątkowym, a wobec takiego bigosu, przynajmniej na czas trwania jego w salatercie, żarty zarówno jak i strapienia znikać musiały. Kuleszyna za to, która mniej często, niż mąż jej, jeść potrzebowała, na stołku u stołu przysiadłszy, mówiła dalej: - Bo, słyszę, jej familia bardzo sobie tego małżeństwa nie życzy... - Czemuż to? pełnemi jedzenia usty wybełkotał Kulesza. - Temu, że on chłop... Kulesza nagle żuć przestał i, wytrzeszczonemi oczami na żonę patrząc, prawie ze złością sarknął: - Teofila głupstwa gada... Składając na stole małe, ciemne ręce, kobieta monotonnym trochę, jękliwym głosikiem prawiła dalej: - Floryan mówi, że ja głupstwa gadam, a sam nie bardzo mądry, bo przecież powinien wiedzieć, że co szlachcianka, to szlachcianka, a co chłop, to chłop... Zawzięcie teraz jedząc, mruknął tylko: - Babskie bzdurstwa! - Bynajmniej nie babskie - odrzucila kobieta - bo to właśnie mężczyzna, brat jej, osobliwie temu małżeństwu na przeszkodzie staje! Bardzo, słyszę, ambitny i nie chce, żeby jego siostra pomiędzy chłopami poniewierała się. I szwagrów ona ma i innych tam krewnych, którzy także nie chcą... - Osły, bałwany, barany! - z ust pełnych jedzenia i aż przewracając oczami z gniewu, wyrzucił Kulesza. - Floryan mówi: osły, bałwany, barany, a ja mówię, iż tak już widać Pan Bóg ustanowił, że co szlachcianka, to szlachcianka, a co chłop, to chłop... Kulesza łyżkę na talerzu położył, dłonie na kolanach wsparł, a z twarzy mu widać było, że złość się w nim zagotowała. - Teofila jest gęś... zaczął, lecz nagle ochłonął z gniewu i z wpół pogardliwą, a wpół wesołą filuternością na nią patrzał. Nachylił się potem i prawie do samego jej ucha szepnął: - A jakżeby to było z Awrelką? a? Czemuż to Teofila tylko co mówiła: szkoda! a? Czemuż to życzyła, aby te zaręczyny były pajęczyny? a? Zmieszała się ogromnie; małemi oczkami zamigotała, małym, zadartym noskiem czmychnęła; nie wiedziała jakim sposobem sprzeczność swoich społecznych wyobrażeń ze swojemi uczuciami pogodzić. Po chwilowem jednak milczeniu i myśleniu ręką machnęła i cicho odrzekła: - Ot, Floryan nie wiedzieć co wygaduje! Awrelka jest mojem dzieckiem i ja o szczęście jej dbam więcej, jak o wszystko co może być na świecie. Niechby sobie był pan, czy cygan, czy chłop, czy szlachcic, byle jej dobrze z nim było... Kulesza aż zaniósł się od śmiechu, a potem głową trząść zaczął. - Wie Teofila co? - mówił - Teofila jest dobra kobieta, ale kobieta, a u baby rozum, to jak dwa psy ze związanemi ogonami... jeden w jednę stronę rwie się, drugi w drugą i obydwa na miejscu stoją. Ale ona już go nie słuchała. Drobnym, zwinnym kroczkiem biegła do kuchni, z której na dom cały rozlegały się krzyki i śmiechy wracającej od studni gromady. Tymczasem ten, którym Kuleszowie tak żywo się zajmowali, wązką i krętą drogą coraz głębiej w las się zapuszczał. Nazwisko jego zdradzało chlopskie pochodzenie, ale nie rysy i ruchy, które posiadały niezwykłą zgrabność i wytworność. W tej chwili Jerzego Chutkę można było wziąć za prawe dziecko cywilizacyi, dla rozrywki odbywające po lesie myśliwską przechadzkę. W grubym, obcisłym surducie, ze strzelbą na plecach, wysmukły i prosty, szedł krokiem, w którym siła i lekkość tworzyły harmonię pełną naturalnego wdzięku; z twarzy zaś jego, delikatnie i z doskonałą prawidłowością zarysowanej, była młodzieńcza świeżość i radość. Szare, podłużne oczy z pod daszku małej czapki, a wązkie pąsowe usta z pod złotego wąsika, wesoło, ufnie, trochę nawet zarozumiale, śmiały się do świata. Świat był widać dla niego ponętnym i łaskawym, a on uznawał się tych ponęt i łask zupełnie godnym. Kiedy z podniesioną nieco twarzą zagwizdał na wesołą nutę, czuć było, że pierwszy krok życia powiódł mu się doskonale; kiedy rozglądał się dokoła, najpewniej myśleć musiał, że na to powodzenie zasługuje i wypuścić go z rąk ani myśli. Rok temu obowiązkową służbę w wojsku skończył, a od paru miesięcy półtora tysiąca morgów książęcego lasu do pilnowania mu dano; kilku leśników ma pod sobą i tytuł nadleśnego. Wprawdzie zawdzięcza to przeważnie długoletnim i wiernym służbom na książęcych leśnictwach dziada, ojca i stryja, ale też po części - wie o tem dobrze - roztropności i śmiałości własnej. Bo przecież, przed księcia samego zawezwany, nie stracił głowy i znalazł się tak, jak należało. Gdy szedł tam, gdzie go lokaj w liberyi prowadził, czuł zalęknienie i zawstydzenie pewne, lecz zupełnie uspokoił je myślą: "ani jemu, ani nikomu nic złego nie zrobiłem, żadnego gałgaństwa na mnie nie ma, czegóż tedy mam lękać się, albo wstydzić?" Bez trwogi też i bez zmieszania do wspaniałego pokoju wszedł i, niedaleko progu stanąwszy, ukłonił się z uszanowaniem, ale nie bardzo nizko, wcale nawet nie nizko, bo sam nie wiedział, jakie uczucie przytrzymało mu głowę, aby nie chyliła się zbytecznie, i zaraz potem wyprostowało go do postawy skromnej, lecz nie pokornej. Książę, siedzący na fotelu przy okrągłym stole, od stóp do głowy wzrokiem go obrzucił i zapytał: - Czy jesteś synem Mikołaja Chutki? A usłyszawszy twierdzącą odpowiedź, mruknął: hm, hm! i wydawał się trochę zdziwionym. Jerzy nie wiedział na pewno, ale domyślał się, iż książę dlatego przypatruje mu się tak długo i ze zdziwieniem, że znajduje go do ojca i stryja jego wcale nie podobnym. Tamci byli grubi, na twarzach ciemni i mieli zwyczaj chylić sie przed panem do samej ziemi. On nawet oczu nie spuścił. Nie miał czego lękać się, ani wstydzić, i książę mógł długo patrzeć w bystre i śmiałe oczy młodzieńca, niedaleko od progu, z uszanowaniem, ale w wyprostowanej postawie stojącego. Widać podobały mu się i oczy i postawa, bo bardzo łaskawie przywołał go bliżej ku stołowi i wypytywać zaczął, czy i o ile zna się na gospodarstwie leśnem. Tu już Jerzy pewną stopą stanął na grunie znanym i miłym. W lesie urodził się i wzrósł, leśnym robotom przypatrywał się, odkąd żył; nic na świecie milszem mu być nie mogło nad las. To też na zadawane sobie pytania odpowiadał zrazu tylko z łatwością, ale potem i z zapałem. Że zaś głos jego, tak jak cała jego powierzchowność, nie miał w sobie nic szorstkiego i grubego, lecz owszem, metalicznym dźwiękiem przyjemnie w ucho wpadał, więc książę znowu przez chwilę na niego popatrzał, mruknął: hm! hm! i zapytał jeszcze: czy potrafi zarządowi dóbr składać miesięczne raporta? Na to mógł znowu śmiało odpowiedzieć, że potrafi. W pisaniu i rachunkach biegłym był, a zawdzięczał to naprzód guwernerowi, którego ojciec, na spółkę z kilku innymi leśnikami przez trzy lata dla niego trzymał, a potem własnej pilności w douczaniu się i wprawianiu. Zapytał go jeszcze książę: czy jest żonatym? na co on odpowiedział, że dotąd tylko jest zaręczonym, ale, że skoro miejsce otrzyma, ożeni się natychmiast. - Ładną musisz mieć narzeczoną! - bardzo łaskawie zażartował książę, a on domyślił się znowu, że żart pohodził z myśli, iż tylko ładna narzeczona do pary mu być mogła. Skłonił się znowu nie tak, jak słudzy kłaniają się przed panami, ale jak to przyzwoici młodzieńcy czynią przed szanownymi i o wiele starszymi od siebie ludźmi. Przytem, z nagłym rumieńcem i błyskiem oczu, odpowiedział: - Nie wiem, Jaśnie Oświecony Książę, czy jest ładną, ale dla mnie jest ona nad wszystko w świecie droższą. Książę uśmiechał się ciągle, a po chwili dał mu znak do odejścia, lecz gdy był już we drzwiach, zapytał jeszcze: - A z kim się żenisz? - Z Osipowiczówną z Tołłoczek, Jaśnie Oświecony Książę. - Ze szlachcianką tedy? Coś, jakby filuterny uśmiech, przebiegło po twarzy Jerzego. - Legitymowaną - odrzekł. W kilka godzin po tej rozmowie do chaty Mikołaja Chutki przyszło z zarządu dóbr książęcych rozporządzenie, aby syn jego Jerzy jechał natychmiast do Laskowa, dla objęcia posady nadleśnego, wakującej po ostatecznie zestarzałym i na łaskawym chlebie pozostawionym poprzedniku. Nazajutrz, gdy żegnał się z rodzicami, ojciec nad pochyloną jego glową tyle drobnych krzyżyków w powietrzu kreślił, że chyba z tysiąc ich było. Matka i mała siostra w głośny płacz uderzyły, bracia stali przy drzwiach chaty z pozwieszanemi rękoma i głowami. On ojca w rękę ucałował, matkę pochwycił w ramiona, siostrę w obu rękach, jak piórko, pod sufit podniósł; braci prosił, aby go w Laskowie przy każdej sposobności odwiedzali. Lecz wszystkie rozczulenia, pożegnaniu towarzyszące, nie zdołały zgasić wesołości, od której ciągle rumieniły mu się policzki, błyszczały oczy, śmiały się usta. Ode drzwi coś go znowu ku ojcu rzuciło. Uczuł dla niego rzewną wdzięczność za to, że go nigdy nie bił i na żaden inny sposób w dzieciństwie nie krzywdził, że dla niego trzymał, dużą część chleba od ust sobie odbierając, guwernera, że dla zdobycia mu posady w dobrach książęcych długie godziny, dnie nawet, cierpliwie i pokornie wyczekiwał u wrót dziedzińców, u progów kuchen, u stopni ganków, aż nareszcie, przed oblicze pana dopuszczony, czołem o ziemię uderzył i na rzecz syna o dawnych usługach i zasługach swojego rodu przypomniał. Pomyślał o tem Jerzy, od samego już progu wrócił i, z wilgocią w oczach, na jedno kolano przyklęknąwszy, długim pocałunkiem przylgnął do bosej stopy ojca. Wtedy usta starego chłopa trząść się i powieki dziwnie latać zaczęły, matka i siostra wprost już ryknęły płaczem i Jerzy, ramionami kolana ojcowskie oplatając, zapłakał także. Ale ta chwila rozczulenia prędko minęła; teraz w każdej kropli krwi i w każdym muskule czuł on młodość, zdrowie, ochotę i siłę do życia. Szumiały mu nawet w mózgu jakieś ponętne, choć nieokreślone, nadzieje i ambicye, majaczyły w myśli wysokie w dobrach ksiązęcych posady, własny folwark, znaczenie pośród ludzi, ładne domy, śliczne konie, drogie strzelby. Nad żadnym jednak z tych szczegółów nie zatrzymywał długo myśli, dwóch rzeczy tymczasem będąc zupełnie pewnym: że musi zajść daleko i że za kilka tygodni Salusia będzie już jego żoną. Strach, jak on mocno przywiązał się do tej dziewczyny! Od tej zaraz chwili, kiedy to, dopomagając w gaszeniu pożaru, ze skrzynką biednych ludzi, wyrwaną z płomieni, zstępował z wysokiej drabiny i zobaczył ją w dole stojącą z tak dziwnie błyszczącemi oczyma i w górę, jemu jakby na ratunek, wyciągniętemi ramionami, od tej chwili, kiedy jeszcze nie wiedział, ani kto ona jest, ani jak się nazywa, już uczuł, że ona dla niego nie taka, jak wszystkie, i on dla niej inny, niż wszyscy na świecie ludzie. Co tu mówić? Widział, że dziewczyna zakochała się w nim odrazu; to go naprzód zajęło i ujęło. Potem, podobało mu się w niej wszystko. Śliczna była, serdeczna, wesoła, śmiała, on zaś bardzo lubił w kobietach śmiałość. Kiedy u jej siostry, Anulki Końcowej, dzieci chorowały, sama śród nocy do apteki i po doktora latała, o żadnym strachu ani myśląc. A jak pielęgnowała ten drobiazg, ile nocy nad nim nie spała! Prawda, że najczęściej chorą tę dziatwę doglądali razem i wtedy to pokochali się najwięcej. Zresztą, jak żyje, nie wiział, aby czyje oczy były takie, jak u niej, głębokie i gorejące; zdaje się, jeziora, w których utopić się można i na dnie wpaść w płomienie! Figurę ma piękną i twarz do róży podobną, ale te oczy jej najosobliwsze ze wszystkiego. Czasem, zdaje się, że napisane w nich stoi: twoją będę, albo umrę. Z za lubienia wygląda w nich śmierć. Ona go na śmierć lubi, - to rzecz pewna!

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.