p

Beautiful Graves - L. J. Shen

Kup ebooka

37.50 zł
30.38 zł (30,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRO­LOG

Nie tak wy­obra­ża­łam so­bie wi­zytę w tym ko­ściele.

Nie w czar­nym stroju, z opuch­nię­tymi oczami i po­gry­zio­nymi war­gami.

W żo­łądku bu­rzy mi się let­nia kawa, którą po­pi­łam va­lium.

Są tu­taj wszy­scy moi bli­scy, któ­rzy mnie wspie­rają, ale to bez zna­cze­nia. W ob­li­czu wiel­kiej tra­ge­dii sa­mot­ność jest nie­unik­niona. Za­wsze cię do­pad­nie. W środku nocy. Kiedy po­spiesz­nie bie­rzesz prysz­nic. Kiedy prze­wra­casz się w łóżku z boku na bok, a po­ściel po dru­giej stro­nie łóżka, gdzie po­winna być osoba, którą po­ko­cha­łeś, zo­staje gładka, nie­po­mięta.

Czło­wiek jest ska­zany na prze­ży­wa­nie naj­waż­niej­szych mo­men­tów ży­cia w sa­mot­no­ści.

Jed­nak jesz­cze nie je­stem go­towa się po­że­gnać.

- Nie mu­sisz iść na cmen­tarz - oznaj­mia jak za­wsze prak­tyczny i bez­po­średni tata. Mi­jają nas inni ża­łob­nicy, ale ja usil­nie wbi­jam wzrok w drzwi ko­ścioła, nie chcę na­wią­zać kon­taktu wzro­ko­wego. - Na pewno zro­zu­mieją. Wszy­scy wie­dzą, jak bar­dzo te­raz cier­pisz.

Być może lek­ce­wa­że­nie in­nych jest złe, ale nic na to nie po­ra­dzę. Mam gdzieś, co o mnie my­ślą. Nie będę ster­czeć i pa­trzeć na trumnę zni­ka­jącą w ziemi. Zmyję się stąd, za­nim wszy­scy się roz­kleją. Za­nim rze­czy­wi­stość w nich ude­rzy. Może świad­czy to o moim tchó­rzo­stwie, ale nie je­stem w sta­nie znieść ko­lej­nego przed­wcze­snego po­że­gna­nia.

- Mogę się za­ło­żyć, że bę­dzie miał piękny grób. - Mój głos wy­daje się głu­chy, jakby po­cho­dził z głębi ciała. - On cały jest piękny.

- Był - po­pra­wia mnie czyjś głos.

Na­wet nie mu­szę się od­wra­cać, bo do­brze wiem, do kogo na­leży.

Do męż­czy­zny, który za­wład­nął drugą po­łową mo­jego serca.

Dość tego - wię­cej już nie zniosę. Ucie­kam. Od drzwi ko­ścioła dzieli mnie nie­cały metr, kiedy pa­dam na ko­lana, opusz­czam głowę i za­czy­nam za­no­sić się pła­czem. Ża­łob­nicy wo­kół mam­ro­czą coś ści­szo­nymi gło­sami. Biedne dziecko. To nie jest jej pierw­sza tra­ge­dia. Co ona te­raz po­cznie?

Mają ra­cję. Nie mam po­ję­cia, co te­raz zro­bię. Bo na­wet w naj­lep­szym okre­sie swo­jego ży­cia za­wsze czu­łam się roz­darta.

Po­mię­dzy męż­czy­zną, któ­rego mam po­cho­wać, a tym sto­ją­cym za mną.

JE­DEN

W wieku osiem­na­stu lat

Za­czyna się od in­cy­dentu na ulicy La Ram­bla, kiedy to moja przy­ja­ciółka osten­ta­cyj­nie pró­buje zwró­cić na sie­bie uwagę ja­kie­goś fa­ceta.

- To cię za­bije, go­ściu.

Pippa wy­rywa pa­pie­rosa spo­mię­dzy warg nie­zna­jo­mego i prze­ła­muje na pół.

To na­sza pierw­sza go­dzina w Bar­ce­lo­nie, a ona już wy­naj­duje naj­bar­dziej kre­atywne spo­soby, by do­pro­wa­dzić do na­szej śmierci.

- Pro­szę bar­dzo. Nie ma za co. Wła­śnie ura­to­wa­łam cię przed ra­kiem. - Od­rzuca na plecy włosy, ja­śniej­sze na dole, ciem­niej­sze u góry, i po­ko­nuje roz­su­wane drzwi ap­teki, zo­sta­wia­jąc w tyle onie­mia­łego męż­czy­znę.

Wy­cią­gam słu­chawki z uszu.

- Prze­pra­szam. Przy­ja­ciółka nie spa­ko­wała do­brych ma­nier - uspra­wie­dli­wiam ją przed pa­la­czem sto­ją­cym na chod­niku.

Tak jest za­wsze: Pippa wznieca po­żary, a ja je ga­szę. Ona jest ener­giczna i eks­pre­syjna, a ja po­zba­wiona emo­cji jak lo­dowy po­sąg na kró­lew­skim we­selu. Ona mo­głaby sku­sić na­wet lampę uliczną, a ja... cóż, po­dej­rze­wam, że mogę być asek­su­alna, mimo że (a może wła­śnie dla­tego że?) dwa mie­siące temu stra­ci­łam dzie­wic­two.

Znamy się z Pippą od wie­ków. Po­zna­ły­śmy się pierw­szego dnia przed­szkola, kiedy po­kłó­ci­ły­śmy się o drew­nianą kostkę edu­ka­cyjną (po­dobno ude­rzyła mnie nią w głowę). Od tego czasu po­zo­sta­jemy nie­roz­łączne.

Ja je­stem go­tycką ma­ka­brą w woj­sko­wych bu­tach, a ona tę­czową Arianą Grande.

Cho­dzi­ły­śmy do tej sa­mej pod­sta­wówki, li­ceum i na­wet jeź­dzi­ły­śmy na te same obozy let­nie.

A te­raz wła­śnie do­sta­ły­śmy się na Uni­wer­sy­tet Ka­li­for­nij­ski w Ber­ke­ley.

To był jej po­mysł, by wy­brać się do Hisz­pa­nii na dwa ty­go­dnie. Ostatni wy­skok przed roz­po­czę­ciem za­jęć. Matka Pippy jest Hisz­panką, a jej cio­cia Alma mieszka w Bar­ce­lo­nie, co ozna­cza dar­mowy noc­leg.

- Ustalmy nową za­sadę. - Po­pra­wiam ple­cak na ra­mie­niu i prze­cho­dzę pod ja­rzą­cym się zna­kiem z na­pi­sem "Far­ma­cia: 24 Ho­ras". - Prze­stań na­ga­by­wać miej­sco­wych. Je­śli wdasz się w ja­kąś bójkę uliczną, będę uda­wać, że cię nie znam, i po pro­stu so­bie pójdę.

Co za ściema. Przy­ję­ła­bym za nią kulkę. Cho­ciaż wo­la­ła­bym tego nie ro­bić, je­śli mam ja­kiś wy­bór.

- Nie rób dramy. - Pippa pry­cha, bie­rze zie­lony ko­szyk i zmie­rza w stronę działu z przy­bo­rami to­a­le­to­wymi. - Mamy dwa ty­go­dnie, żeby się wy­sza­leć, bo po­tem trzeba bę­dzie wró­cić do rze­czy­wi­sto­ści. Stu­dia to nie żarty, Law­son. Wła­śnie te­raz jest od­po­wiedni mo­ment na uliczne py­skówki. Szcze­gól­nie z ta­kim przy­stoj­nia­kiem jak tam­ten ko­leś.

Wrzuca do ko­szyka szam­pon, od­żywkę, pa­stę do zę­bów i dwie szczo­teczki. Ja do­daję ta­bletki prze­ciw­bó­lowe, krem z fil­trem i bal­sam do ciała. Żadna z nas nie chciała spa­ko­wać do wa­lizki ko­sme­ty­ków, które mo­głyby roz­lać się w trak­cie po­dróży.

Pippa za­trzy­muje się po­środku re­gału z ko­sme­ty­kami do go­le­nia.

- My­ślisz, że sprze­dają tu "ta­bletkę po"?

- A co? Za­mie­rzasz upra­wiać seks bez za­bez­pie­cze­nia z ja­kimś ran­do­mo­wym ty­pem? - py­tam.

- Je­stem zwy­czaj­nie cie­kawa, do­bra? Nikt nie mó­wił ni­czego o bra­niu jej. - Wzru­sza ra­mio­nami, a po­tem ła­pie mnie za rękę i cią­gnie do ko­lej­nej półki.

Za­uwa­żam, że mó­wimy o ja­kieś pięć de­cy­beli gło­śniej niż po­zo­stali klienci. A tro­chę ich tu jest. Ja­kaś star­sza para roz­ma­wia z far­ma­ceutą, ko­bieta w ciąży ogląda środki prze­czysz­cza­jące, a grupka chło­pa­ków w stro­jach do piłki noż­nej ob­czaja kremy na świąd mę­skiej strefy in­tym­nej.

Pippa za­trzy­muje się przy re­gale, który mia­no­wa­ły­śmy "dzia­łem łóż­ko­wym". Prze­suwa po pro­duk­tach szpo­nem z wy­ma­lo­wa­nym na płytce pło­mie­niem.

- Tylko nie za­po­mnij ku­pić gu­mek. - Gryzę czarny pa­zno­kieć. Chcę się stąd wy­do­stać tak szybko, jak to moż­liwe. Ko­niecz­nie mu­szę wziąć prysz­nic w domu jej ciotki i zmyć z sie­bie ostat­nie dwa­na­ście go­dzin lotu, a po­tem od­po­cząć. - Wiesz, w ra­zie gdy­byś zmie­niła zda­nie w spra­wie przy­wie­zie­nia chla­my­dii jako pa­miątki z po­dróży.

- Chla­my­dia to słaba pa­miątka. - Pippa rzuca mi prze­bie­głe spoj­rze­nie i szcze­rzy zęby. - Le­piej za­dbajmy o ja­kąś praw­dziwą. Mu­simy zro­bić so­bie ta­tuaż.

- Sama so­bie zrób - bur­czę. - Ja nie za­mie­rzam.

- Dla­czego? Prze­cież nie bo­isz się igieł. - Wy­mow­nie unosi brew, pa­trząc na moje kółko w prze­gro­dzie no­so­wej.

Wci­skam je głę­biej.

- Z pier­cin­giem nie mam pro­blemu. Ale ta­tu­aże są per­ma­nentne i to nie w moim stylu. Chyba nie mu­szę ci przy­po­mi­nać, że ja nie przy­wią­zuję się na­wet do płat­ków śnia­da­nio­wych?

- Co ty chrza­nisz? - pry­cha. - Prze­cież uwiel­biasz Rees's Puf­fsy.

- To prawda, z ra­do­ścią wsunę mi­skę Fro­sted Fla­ke­sów czy Ap­ple Jack­sów.

- Ap­ple Jacks. - Wzdryga się. - Cza­sami od­no­szę wra­że­nie, że je­steś bez­na­dziej­nym przy­pad­kiem. W każ­dym ra­zie mu­sisz się wy­dzia­rać. Twoja mama bę­dzie me­ga­dumna, je­śli się od­wa­żysz.

- Ja­koś prze­żyję fakt, że ją roz­cza­ruję.

Pippa się nie my­liła; Bar­bara "Bar­bie" Law­son by­łaby ab­so­lut­nie za­chwy­cona, gdy­bym oznaj­miła, że za­mie­rzam wy­ta­tu­ować rę­kaw. Sama ma ta­tu­aże na więk­szej czę­ści ple­ców, łyd­kach i nad­garst­kach. Są to cy­taty, które szcze­gól­nie do niej prze­ma­wiały. "Ta­tu­aże zdo­bią ciało jak ta­peta ni­jaką ścianę", po­wta­rza.

Moja mama uro­dziła się w Li­ver­po­olu w An­glii, a w wieku szes­na­stu lat ucie­kła do San Fran­ci­sco. Nie jest ty­pową matką i dla­tego ko­cham ją nie tylko jako ro­dzica, ale rów­nież jako czło­wieka.

- Ever. - Pippa tu­pie nogą. Mam na imię Ever­lynne, ale bądźmy szcze­rzy: ży­cie jest zbyt krót­kie na tak dłu­gie imię. - No da­lej...

Dwoma pal­cami wy­ko­nuję znak krzyża, jak­bym chciała od­pę­dzić wam­pira.

- Uch, do­bra! - Pippa wy­ma­chuje rę­kami i sięga po paczkę kon­do­mów. - Żad­nych ta­tu­aży, ale na pewno spro­wa­dzę cię na złą drogę. Ogła­szam in­ter­wen­cję. Ever­lynne Bel­la­trix Law­son, je­steś bar­dzo złą dziew­czynką. A po­przez złą mam na my­śli do­brą. Su­per­do­brą. Wręcz do prze­sady. Je­ste­śmy prze­cież po­ko­le­niem Z! Przy­pały mamy w DNA, wiesz? Do­ra­sta­ły­śmy w so­cial me­diach i wy­cho­wa­ły­śmy się na pro­gra­mie o Kar­da­shian­kach.

- Moje ży­cie jest jed­nym wiel­kim przy­pa­łem, i to bez fa­ce­tów - oznaj­miam, cho­ciaż obie wiemy, że to nie jest prawda. Więk­sza ze mnie nu­dziara niż bun­tow­niczka.

- Od­pusz­czę ci ten ta­tuaż, je­śli obie­casz, że wy­ko­rzy­stasz cho­ciaż jedną w trak­cie na­szej dwu­ty­go­dnio­wej po­dróży. - Ma­cha pu­deł­kiem pre­zer­wa­tyw. Za­raz spalę się ze wstydu i eks­plo­duję. Po­wstrzy­muje mnie tylko fakt, że nie chcę ścią­gać na sie­bie uwagi.

Nie­da­leko roz­le­gają się chi­choty. A więc mamy wi­dow­nię. Bo­sko.

- Nie je­stem dzie­wicą. - Wy­ry­wam jej opa­ko­wa­nie i wpy­cham do ko­szyka pod pu­dełko tam­po­nów i pa­stę do zę­bów.

- Cóż, zro­bi­łaś to z Se­anem Dun­ha­mem, więc czy to w ogóle się li­czy? - drwi Pippa.

Mo­ich uszu do­biega gło­śne prych­nię­cie, ale nie wi­dzę źró­dła dźwięku, bo wi­dok blo­kuje mi ściana kon­do­mów. Roz­ma­wia­nie po an­giel­sku jest do kitu. Wszy­scy za­wsze cię ro­zu­mieją, nie­za­leż­nie od tego, w któ­rym miej­scu na świe­cie wy­lą­du­jesz.

- Ej, prze­cież po­szli­śmy na ca­łość!

- Ra­czej się tam do­czoł­ga­li­ście. To było ta­kie roz­cza­ro­wu­jące. A za­raz po­tem ze­rwa­li­ście.

Trafna uwaga. Nie­po­ko­jąco trafna. Nie je­stem w sta­nie z tym dys­ku­to­wać.

- Co je­śli nie po­doba mi się byle kto? - Krzy­żuję ra­miona na klatce pier­sio­wej.

- To­bie nikt się nie po­doba. - Pippa wzdy­cha. - Nie cho­dzi mi o to, że masz się tu za­ko­chać. Po pro­stu zrób to dla przy­jem­no­ści.

Osoba sto­jąca po dru­giej stro­nie re­gału wy­bu­cha śmie­chem. Ten głos zde­cy­do­wa­nie na­leży do męż­czy­zny. Jest ni­ski i chra­pliwy.

Może po­dać ci po­pcorn, ko­leś?

- Mu­sisz na­uczyć się grać ze­spo­łowo, Ever. To twoje za­da­nie na na­szą wy­cieczkę. Od­najdź przy­jem­ność z zu­peł­nie obcą osobą. Żad­nych związ­ków i kon­se­kwen­cji. Zwy­kły seks bez zo­bo­wią­zań w ob­cym kraju.

Prze­ko­nana o tym, że osoba za re­ga­łem sły­szała już wszystko na te­mat mo­jej łóż­ko­wej ak­tyw­no­ści (a ra­czej jej braku), ob­rzu­cam przy­ja­ciółkę mor­der­czym spoj­rze­niem.

- Nie za­mie­rzam upra­wiać seksu z obcą osobą.

- Wła­śnie, że to zro­bisz.

- Wcale nie.

- W ta­kim ra­zie nie prze­stanę truć dupy o ta­tuaż.

Ję­czę gło­śno, zmę­czona jej wy­ma­ga­niami.

- Do­bra, zu­żyję jedną. Idź zna­leźć ja­kieś prze­ką­ski. Mu­szę za­dzwo­nić.

- Je­śli za­mie­rzasz za­dzwo­nić do Bar­bie po emo­cjo­nalne wspar­cie, da­ruj so­bie. Do­brze wiesz, że sta­nie po mo­jej stro­nie. - Pippa od­dala się skocz­nym kro­kiem jak roz­chi­cho­tana wróżka zo­sta­wia­jąca za sobą smugę gwiezd­nego pyłu.

Wy­cią­gam te­le­fon z ple­caka i cze­kam, aż zła­pie za­sięg.

Dzwo­nię do mamy. Od­biera po pierw­szym sy­gnale, mimo że w Ka­li­for­nii musi być śro­dek nocy.

- Ever! - wita się we­soło. - Jak Bar­ce­lona?

- Je­stem tu nie­całą go­dzinę, a Pippa nie­mal wdała się w kłót­nię z lo­kal­sem, ku­piła gumki i pró­bo­wała na­mó­wić mnie na ta­tuaż.

- Do­my­ślam się, że je­steś tym wszyst­kim obu­rzona? - W gło­sie mamy wy­czu­wam uśmiech.

- Rany, mamo, chyba czy­tasz mi w my­ślach.

- No cóż... W świe­cie Pip­per to wszystko jest nor­malne. - Pippa i Ever. Po­doba mi się to, że mama nadała nam ksywki. Bar­bie to nie­sa­mo­wi­cie równa mama.

- Już za tobą tę­sk­nię. - Przy­gry­zam dolną wargę.

- Wła­ści­wie... - za­czyna z chi­cho­tem. - Nie śpię dla­tego, że wła­śnie prze­glą­dam twoje stare zdję­cia. Nie mogę uwie­rzyć, że moja mała dziew­czynka znaj­duje się po dru­giej stro­nie oce­anu, w Eu­ro­pie, na bab­skim wy­jeź­dzie.

Uch. Nie za­mie­rzam pła­kać przy re­gale z gum­kami.

- Tak, ja też nie. Mu­szę le­cieć, mamo. Ko­cham cię.

- Ja cie­bie też.

Koń­czę po­łą­cze­nie i już mam scho­wać te­le­fon do kie­szeni, ale na­gle pada na mnie ja­kiś cień. Ktoś blo­kuje mi przej­ście. Za­dzie­ram głowę. To Pa­lacz z ulicy. Pippa miała ra­cję. Rze­czy­wi­ście jest przy­stojny, cho­ciaż w dość nie­oczy­wi­sty spo­sób. Wy­daje się to­tal­nie w moim gu­ście. Jest jak na­szki­co­wany ka­wał­kiem wę­gla, sta­now­czymi po­cią­gnię­ciami. Jak po­stać z mangi. Wy­soki, nie­ty­powo atrak­cyjny, szczu­pły. Jego po­stawa ko­ja­rzy mi się ze zwię­dłym kwia­tem. Lekko po­chyla głowę, jakby się sta­rał usły­szeć lu­dzi o nor­mal­nym wzro­ście. Ma ciem­no­nie­bie­skie oczy, kwa­dra­tową szczękę i nieco przy­długi nos o lekko szpi­cza­stym czubku. Prze­cięt­ność tego nosa pod­kre­śla do­sko­na­łość po­zo­sta­łych cech. Jakby na­tura w ostat­niej chwili do­znała prze­bły­sku ge­niu­szu i spra­wiła, że fa­cet jest do schru­pa­nia, ale jed­no­cze­śnie wy­gląda re­ali­stycz­nie.

- Ba­lony z wodą - oznaj­mia gło­sem po­zba­wio­nym emo­cji. Ma ame­ry­kań­ski ak­cent.

- Eee... że co?

Wska­zuje na półkę z gum­kami. No tak. Nie­do­rzeczne żą­da­nie Pippy, bym zu­żyła cho­ciaż jedną.

- Na­peł­nij ją wodą i roz­trza­skaj o jej głowę.

- To podłe.

- Podłe? Nie. Spra­wie­dliwe.

- Nie mogę na­peł­nić pre­zer­wa­tywy wodą. - Po­cią­gam za kółko w prze­gro­dzie no­so­wej. - To oszu­stwo.

Chcę, żeby zo­ba­czył mój pier­cing, choć nie mam po­ję­cia dla­czego. Może ze względu na to, że on ma na so­bie wy­bla­kłe le­visy pod­wi­nięte przy kost­kach i zno­szone chucksy. A może dla­tego, że te ciemne zmierz­wione włosy i ko­szulka z na­pi­sem "Klub an­ty­spo­łeczny: Kan­dy­daci nie­mile wi­dziani" przy­cią­gają mnie, tak jak nie­zna­jomy sie­dzący w po­ciągu i czy­ta­jący twoją ulu­bioną książkę.

- I po co ten mo­ra­li­za­tor­ski ton? - Na jego twa­rzy po­ja­wia się krzywy uśmiech. Mam wra­że­nie, że coś we mnie top­nieje, jakby moje wnę­trze zmie­niło się w papkę. Jezu. Nic dziw­nego, że Pippa ma ob­se­sję na punk­cie fa­ce­tów. Czuję się tak, jak­bym wcią­gnęła wiel­kie bu­ritto i wy­brała się na ko­lejkę gór­ską.

Na­gle za­czy­nam się wsty­dzić wła­snych ra­mion. Czy za­wsze były ta­kie dłu­gie? Ta­kie cięż­kie? Ta­kie nie­po­radne?

- Pod­słu­chi­wa­łeś? - py­tam, jed­no­cze­śnie sta­ra­jąc się spoj­rzeć na sie­bie jego oczami. Mam na so­bie spód­niczkę w kratkę, a moje włosy walą po oczach po­ma­rań­czem. Ko­lo­rem przy­po­mi­nają je­sienny liść. Jako że ru­dzi sta­no­wią nie­całe dwa pro­cent po­pu­la­cji na świe­cie, nie mam od­wagi ich za­far­bo­wać.

Chło­pak wska­zuje dło­nią na nie­wiel­kie opa­ko­wa­nie.

- Przy­sze­dłem po to.

- Kon­tu­rówka? - Uno­szę brew. - Żeby pa­so­wała do sztucz­nych rzęs?

W jego uśmie­chu czai się ja­kaś za­dzior­ność, która mnie przy­zywa, nęci.

- Do­bra. - Wzru­sza ra­mio­nami. - Przy­sze­dłem tu­taj, żeby wy­gar­nąć two­jej przy­ja­ciółce, ale zo­sta­łem, bo spodo­bało mi się przed­sta­wie­nie. No i co z tego?

- Prze­pra­szam za tamto. - Chi­cho­czę. - Wiesz, Pippa jest cał­kiem spoko. Cho­ciaż cza­sami mam ochotę za­kleić jej usta ta­śmą.

- Skoro tak twier­dzisz.

- Nie mam co do tego wąt­pli­wo­ści. To moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka.

Gdzieś z tyłu głowy ko­ła­cze mi się myśl, że moje za­cho­wa­nie jest nad wy­raz dziwne, ale nie chcę prze­ry­wać tej roz­mowy.

- Ale je­ste­ście ta­kie różne.

- Dla­czego? Bo ona jest ty­pową po­pu­larną la­ską, a ja gotką?

- Tak - od­po­wiada rze­czowo.

Ten fa­cet to praw­dziwy bun­tow­nik. Ema­nuje nie­bez­pie­czeń­stwem. Nie to co ja i mój es­te­tyczny, uro­czy kol­czyk w no­sie.

- Lu­dzie ma­in­stre­amu są nudni. Nie można się po nich spo­dzie­wać ni­czego do­brego. Prze­cięt­ność równa się wy­go­dzie.

Mrużę oczy.

- Czy w tym stwier­dze­niu jest gdzieś ukryty kom­ple­ment?

Jego usta lekko drżą, jakby chciał się uśmiech­nąć. Na­gle robi mi się słabo; je­śli da­lej bę­dzie mnie czę­sto­wać swoim ude­rza­ją­cym do głowy za­in­te­re­so­wa­niem, po­lecę w po­wie­trze jak ba­lon.

- A chcesz, żeby tak było?

Wy­daje mi się, że po­mimo jego bez­na­mięt­nego tonu nie jest tak non­sza­lancki, jak chciałby wie­rzyć. Moje serce wali o że­bra. Jako że na­dzieja to pro­sty prze­pis na cier­pie­nie, sta­ram się przyj­rzeć jej ze wszyst­kich stron. Może przy­szedł tu ze względu na moją za­chwy­ca­jącą, eks­cen­tryczną przy­ja­ciółkę, którą bę­dzie chciał po­de­rwać, a mnie zo­sta­nie tylko rola jej skrzy­dło­wej. Nie­jed­no­krot­nie pro­wa­dzi­łam nie­zręczne roz­mowy z przy­pad­ko­wymi ty­pami, gdy Pippa flir­to­wała, jakby ju­tra miało nie być. Nor­mal­nie mnie to nie ru­sza, ale wiem, że je­śli temu fa­ce­towi spodo­bała się ona, tym ra­zem mnie to za­boli.

- Czego słu­chasz? - zmie­nia te­mat, wska­zu­jąc na słu­chawki prze­wie­szone przez moje ra­mię. W tym sa­mym mo­men­cie otwie­ram usta i py­tam:

- Przy­je­cha­łeś tu na wa­ka­cje czy...?

Wy­bu­chamy śmie­chem. Od­po­wia­dam pierw­sza.

- Naj­lep­szej pio­senki, jaką kie­dy­kol­wiek na­grano.

Ko­micz­nie wy­trzesz­cza oczy.

- Ne­ver Gonna Give You Up Ricka Astleya?

Wię­cej śmie­chu.

- Nie, ale de­kada się zga­dza.

- Przyj­muję wy­zwa­nie. - Za­ciera ręce. Wi­dzę, że jego za­in­te­re­so­wa­nie wzro­sło. - Za­sta­nówmy się. - Lu­struje mnie po­wol­nym spoj­rze­niem, jakby spo­dzie­wał się do­strzec na mnie wy­pi­saną od­po­wiedź. - Strze­lam, że Where Is My Mind Pi­xies.

- Pu­dło, ko­lego. - Od­wra­cam te­le­fon, żeby po­ka­zać le­cącą pio­senkę. - Save a Prayer Du­ran Du­ran.

- Kurde. To rze­czy­wi­ście nie­zły ka­wa­łek.

- Ulu­biona pio­senka mo­jej mamy. - Uśmie­cham się od ucha do ucha.

- Te­raz twoja ko­lej. - Unosi te­le­fon, scrol­luje i coś wy­biera. - Co pu­ści­łem?

- Cho­ciaż pod­po­wiedz de­kadę.

- Lata dzie­więć­dzie­siąte.

- To wcale nie za­węża kręgu po­szu­ki­wań. - Opie­ram się o półkę z lu­bry­kan­tami. - To ra­czej nie jest nic tak okle­pa­nego jak Smells Like Teen Spi­rit.

- Dzięki za wiarę we mnie. Pod­po­wiem, że to coś bry­tyj­skiego.

Ścią­gam brwi w za­my­śle­niu.

- Don't Look Back in An­ger Oasis.

- Czy to twoja osta­teczna od­po­wiedź?

Ki­wam głową z wa­ha­niem.

- Tak.

Od­wraca te­le­fon ekra­nem do mnie. Oka­zuje się, że mia­łam ra­cję. Wow. Kurde, czy wła­śnie po­zna­łam mę­ską wer­sję sie­bie?

- Jak to zro­bi­łaś? - pyta. Te­raz pa­trzy na mnie ina­czej. Jak­bym zdała ja­kiś test.

- Siłą de­duk­cji. Wa­ha­łam się mię­dzy Blur a Oasis, ale ty mi wy­glą­dasz bar­dziej na typa słu­cha­ją­cego ze­społu, któ­rego człon­ko­wie po­cho­dzą z klasy pra­cu­ją­cej. A poza tym ta so­lówka na gi­ta­rze...

- To nie­sa­mo­wite, że tra­fi­łem na po­dobną do mnie Ame­ry­kankę zna­jącą się na mu­zyce bry­tyj­skiej w... Hisz­pa­nii.

- Moja mama jest An­gielką. A ty jaką masz wy­mówkę?

- Nie mam żad­nej. - Wzru­sza ra­mio­nami. - Cza­sami czło­wiek ro­dzi się w złym miej­scu. I w złej de­ka­dzie. I w złej erze.

- Święta prawda - zga­dzam się. - Te­raz ty od­po­wiedz na moje py­ta­nie.

Jego twarz mnie fa­scy­nuje. Jak­bym ni­gdy wcze­śniej nie wi­działa czło­wieka. To do mnie nie­po­dobne. Za­zwy­czaj po spo­tka­niu no­wej osoby od­li­czam mi­nuty do po­że­gna­nia. Nie cho­dzi o to, że nie­na­wi­dzę lu­dzi. Nie­któ­rych na­wet lu­bię, ale wolę spę­dzać czas z mo­imi książ­kami, mu­zyką i zwie­rza­kami. Te trzy rze­czy rzadko mnie za­wo­dzą.

- Ja... - za­czyna Pa­lacz, ale w tym mo­men­cie prze­rywa nam Pippa, która pod­cho­dzi do mnie, wy­ma­chu­jąc dwiema pla­sti­ko­wymi to­reb­kami.

- Patrz. Ku­pi­łam tonę cze­ko­la­do­wych pysz­no­ści. Mam PMS. A ty? Od­kąd na­sze cy­kle się zsyn­chro­ni­zo­wały, mam wra­że­nie, że... - Urywa, gdy za­uważa Pa­la­cza (jak on w ogóle ma na imię?). Czuję się jesz­cze bar­dziej upo­ko­rzona, bo nie dość, że nie­zna­jomy wie wszystko o moim ży­ciu ero­tycz­nym, to jesz­cze o cy­klu men­stru­acyj­nym. - Cześć? - Zdez­o­rien­to­wana prze­krzy­wia głowę.

Chło­pak za­nu­rza rękę w jej re­kla­mówce, wy­ciąga cze­ko­la­do­wego li­zaka, roz­rywa opa­ko­wa­nie i wkłada go so­bie do ust.

- Wi­taj, zło­dziejko fa­jek - oznaj­mia, zli­zu­jąc cze­ko­la­dową war­stwę.

Pippa roz­dzia­wia usta.

- Czy coś jesz­cze po­tra­fisz tak li­zać?

- Chcia­ła­byś wie­dzieć, co?

- A chcia­ła­bym. - Po­syła mu lu­bieżny uśmiech.

On od­po­wiada jej znu­dzo­nym spoj­rze­niem bad boya, na które lecą wszyst­kie na­sto­latki i chęt­nie ku­pują pla­katy z ido­lami ma­ją­cymi taką minę.

Prze­ska­kuję wzro­kiem mię­dzy nimi, mar­twiąc się, że wła­śnie je­stem świad­kiem wiel­kiego mi­ło­snego iskrze­nia.

Na­gle do­ciera do mnie, że na­prawdę nie chcia­ła­bym słu­chać, jak przy­ja­ciółka za­chwyca się jego po­ca­łun­kami, rzu­cać tych wszyst­kich "ooo" i "jak ro­man­tycz­nie" i uda­wać, że cie­szę się jej szczę­ściem, gdy nie­uchron­nie się ze sobą prze­śpią. Im dłu­żej na sie­bie pa­trzą, tym bar­dziej ob­le­wam się zim­nym po­tem. Ci­sza staje się nie do znie­sie­nia. Oczami wy­obraźni już wi­dzę, jak Pippa i Pa­lacz wpy­chają so­bie ję­zyki do gar­deł w ką­cie bar­ce­loń­skiego klubu noc­nego, przy akom­pa­nia­men­cie po­wol­nej pio­senki Arc­tic Mon­keys, a ja w tym cza­sie pro­wa­dzę nudną roz­mowę z ja­kimś jego kum­plem.

A co się stało z teo­rią, że ma­in­stre­amowi lu­dzie są nudni?

Pippa już otwiera usta, bez wąt­pie­nia przy­mie­rza­jąc się do flirtu. Czuję w sercu ja­kiś bo­le­sny skurcz. Ła­pię ją za nad­gar­stek i cią­gnę w stronę wyj­ścia z dro­ge­rii. Po­tyka się za mną, pró­bu­jąc się wy­rwać. Mnie jed­nak na­pę­dza strach.

- Co ty wy­pra­wiasz?! - woła. - Uch, wra­cajmy. Od­nio­słam wra­że­nie, że ma du­żego!

- Nie. - Wy­cho­dzimy z kli­ma­ty­zo­wa­nej ap­teki na sze­roki chod­nik. - Nie po­zwolę, byś dała się po­nieść po­żą­da­niu, za­częła knuć, jak uwieść tego go­ścia, i w re­zul­ta­cie po­psuła nam bab­ską wy­cieczkę.

To ar­gu­ment wzięty z dupy, ale skoro już go wy­po­wie­dzia­łam, za­mie­rzam bro­nić go rę­kami i no­gami.

- Boże, ty młotku. Wła­śnie dla­tego stam­tąd ucie­kłaś? - Za­trzy­muje się, kiedy do­cie­ramy na ko­niec ulicy, i daje mi po ła­pach. - My­śla­łaś, że za­mie­rzam go wy­rwać?

Roz­glą­dam się. Zdą­ży­ły­śmy od­da­lić się od ap­teki na ja­kiś ki­lo­metr.

- Albo on za­mie­rza ude­rzać do cie­bie. Na jedno wy­cho­dzi.

- Chyba cię po­gięło, Law­son. Kiedy po­wie­dzia­łam, że jest nie­zły, cho­dziło mi o to, że pa­suje do cie­bie. Wy­gląda jak od­bi­cie two­jej du­szy. Jesz­cze ni­gdy cze­goś ta­kiego nie wi­dzia­łam. Gdy ze sobą roz­ma­wia­li­ście, szcze­rzy­li­ście się jak głupi do sera. Chcia­łam do­pil­no­wać, że­by­ście wy­mie­nili się nu­me­rami. Rzadko się zda­rza, że moja przy­ja­ciółka wy­ka­zuje ja­kie­kol­wiek oznaki nor­mal­no­ści.

Te­raz to mnie odej­muje mowę.

- I dla­tego tak się za­cho­wa­łaś?

Ude­rza mnie re­kla­mówką w bok.

- Tak, ty ciołku.

- Ale pa­trzy­li­ście na sie­bie.

- Jego spoj­rze­nie mó­wiło: spa­daj stąd. - Wy­bu­cha śmie­chem. - I bra­ko­wało mu sub­tel­no­ści.

Chce mi się rzy­gać. Wła­ści­wie już czuję pod­cho­dzące do gar­dła mdło­ści.

- To dla­czego tego nie zro­bi­łaś?

- Chcia­łam się upew­nić, że on tego nie za­wali.

- Och, Pippa.

- Da­ruj so­bie ten ton. Wra­caj tam w tej chwili i daj mu swój nu­mer!

- Tak po pro­stu? - Mru­gam, wciąż sto­jąc jak wro­śnięta w zie­mię.

Wzru­sza ra­mie­niem.

- W ra­zie gdyby miał wąt­pli­wo­ści co do two­ich za­mia­rów, mo­żesz po­ka­zać mu cycki.

Rzu­cam się w stronę ap­teki jak ja­strząb ata­ku­jący ofiarę. Wpa­dam do środka i za­czy­nam się roz­glą­dać. Je­śli Pa­lacz za­pyta, co tu­taj ro­bię, wy­kręcę się zgu­bio­nym port­fe­lem. Spraw­dzam wszyst­kie re­gały, ła­zienki, na­wet budkę fo­to­gra­ficzną. Ni­g­dzie go nie ma.

Ogar­nia mnie pa­nika. A co, je­śli wy­szedł? Prze­cież nie przy­szedł tu­taj po kon­tu­rówkę. Co je­śli się mi­nę­li­śmy? Co je­śli to już ko­niec? Ni­gdy nie do­wiem się, jak ma na imię, gdzie mieszka, czy woli Guns N' Ro­ses, czy Ni­rvanę (oby Guns N' Ro­ses, bo bę­dzie mu­siał gę­sto się tłu­ma­czyć).

- On biegł za tobą - od­zywa się far­ma­ceuta z cięż­kim hisz­pań­skim ak­cen­tem.

Od­wra­cam się w stronę kon­tu­aru.

- Na­prawdę?

- Tak, był szybki. - Uśmie­cha się prze­pra­sza­jąco. - Ale ty bar­dziej szybka.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki