p

BEAUTIFUL BURN. PIĘKNE SPALENIE. Bracia Maddox. Tom 4 - Jamie McGuire

Kup ebooka

40.00 zł
32.00 zł (32,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

KIEDY BYŁAM DZIECKIEM, SIEDZIAŁAM godzinami, gapiąc się w ogień. Rodzina uważała to za dość osobliwy sposób spędzania czasu, ale niemal dwadzieścia lat później wpatrywałam się w czubek swojego papierosa, na którym uzbierało się popiołu na długość palca, i obserwowałam jarzący się na pomarańczowo koniuszek, gdy żar przesuwał się po bibułce coraz dalej.

W domu kłębił się tłum spoconej, zataczającej się, rozhulanej hałastry. Panował taki ścisk, że na próżno byłoby próbować wziąć głęboki oddech. Brakowało tlenu. Całym ciałem czułam dudnienie basów, wrzaski i piski dziewczyn, w większości za młodych, żeby kupić sobie puszkę piwa, nie mówiąc już o tym, by opijać się do urzygu alkoholową lemoniadą.

Odchyliłam się na ulubionym, sprowadzonym z zagranicy, miękkim fotelu matki, napawając się tym chaosem. Byłam w swoim żywiole.

Tata wierzył, że jestem grzeczną dziewczynką, więc łatwo było mi patrzeć na takie brewerie bez poczucia winy, nawet jeśli czasami się do nich przyłączałam.

Jakaś piękność z nastroszonymi i błyszczącymi od żelu fioletowymi włosami podała mi skręta - odrobinę magicznej trawki owiniętej bibułką. Zanim go wzięłam, popatrzyłam jej głęboko w oczy, by ocenić, czy papieros jest czymś doprawiony. Wypuściłam dym w kierunku sufitu i obserwowałam, jak jego smużka przebija się przez białą chmurę wiszącą ciężko w naszej ogromnej galerii, która miała służyć za miejsce przesiadywania po nartach, picia wina i przyjmowania eleganckich gości, a nie pijanej bandy miejscowego pospólstwa, która ocierała się o obrazy i strącała wazony.

Od razu się odprężyłam. Oparłam głowę o poduszki. Jeśli chodzi o zioło, Kolorado należało do moich trzech ulubionych kierunków. A fakt, że rodzice mieli tu, w Estes Park, dom wakacyjny, plasował je nawet na miejscu pierwszym.

- Jak ci na imię? - spytała dziewczyna.

Obróciłam się do jej twarzy cherubinka. Nie dziwiło mnie, że wśród tak licznych gości nie ma pojęcia, kto tu jest gospodarzem.

- Ellie - rzuciłam niedbale, nie zwracając zbytniej uwagi na jej senne, zaczerwienione oczy.

- Ellie Edson? Jesteś siostrą Ellisona?

Westchnęłam. Nie miałam ochoty na takie rozmowy.

- To ja jestem Ellison.

Skonsternowana, ściągnęła lekko brwi.

- Przecież... Ellison to koleś, prawda? Facet, który ma ten dom? - Zachichotała i oparła policzek na ramieniu. - Jesteście jakimiś... bliźniakami czy co?

Oparłam się wygodniej i uśmiechnęłam, gdy odruchowo przeczesała palcami moje długie ciemne włosy. Na jednej ręce miała wytatuowane czarnym tuszem różnej wielkości czaszki, a szafirowym róże. Druga była jeszcze czystym płótnem.

- Nie, jestem Ellison, koleś, do którego należy ten dom.

Zaśmiała się z mojego dowcipu, a potem przyklękła na podłodze przed moim fotelem.

- Paige - przedstawiła się.

- Od jak dawna tu mieszkasz?

- Czemu sądzisz, że jestem tutejsza? - spytała.

Skupiała się na każdym moim słowie. To jednostronne zainteresowanie sprawiało, że czułam szczególną mieszaninę euforii i nudy. Paige była nie tylko piękna. Miała w sobie nadzieję, tak jak miała te swoje smutne historie - nie kryła się z tym, każdy to widział. Była krucha, łatwo było ją zranić, choć jej serce już zostało złamane zbyt wiele razy, by się zagoić.

Wyciągnęłam do niej skręta.

- Masz nieobecne spojrzenie przez życie wypełnione niespełnionymi nadziejami i poczuciem winy, że marnujesz niewyczerpane możliwości.

Zachichotała.

- Nie wiem, co to znaczy.

- No właśnie.

- Czy to portret twoich rodziców? - spytała, wskazując krótkimi, połamanymi paznokciami obraz po drugiej stronie.

Westchnęłam.

- To oni. Chcieli kupić sobie nieśmiertelność.

- Wyglądają całkiem nieźle. I dali ci to wszystko.

- Nie, to nadal jest ich. Ja sobie to tylko pożyczam. Tacy jak my szybko przestają dawać coś za darmo.

- Tacy jak wy? - spytała rozbawiona. - Czyli ludzie, którzy mają takie ogromne domy?

- Wiele takich domów - sprostowałam.

Jej brwi się uniosły, a usta ułożyły w słodki uśmiech.

Ktoś mógłby uznać, że się przechwalam, ale rzuciłam to z pogardą, czego, jak wiedziałam, Paige nie wychwyci. Nadal się uśmiechała. Pewnie mogłabym opowiedzieć jej na dokładkę, jak matka po naćpaniu się xanaxem przyznała mi, że bardziej kocha moją siostrę, Finley, albo jak celowo skasowałam ferrari, które ojciec kupił mi na szesnaste urodziny (głównie w ramach przeprosin, że nie mógł złożyć mi życzeń osobiście), albo nawet jak moja współlokatorka, Kennedy - też dziedziczka fortuny - przyniosła w hermetycznie zamkniętej plastikowej torebce swój poroniony płód na marsz w Berkeley, kiedy demonstrowałyśmy w obronie praw kobiet. A Paige dalej patrzyłaby na mnie tak, jakbym wyznawała jej miłość, a nie opisywała zjebanie do siódmej potęgi.

Zaśmiałam się cicho.

- Zdecydowanie jesteś tutejsza.

- Przyznaję się bez bicia. Masz chłopaka? - spytała.

- A ty od razu przechodzisz do rzeczy.

Wzruszyła ramionami, zaciągnęła się i wstrzymała na pięć sekund oddech, nim wypuściła obłoczek dymu.

- Czy to znaczy, że nie? - rzuciła i się rozkaszlała.

- Najwyraźniej.

Próbowała znów przekazać mi skręta, ale pokręciłam głową. Wydęła błyszczącą dolną wargę.

- Rozczarowana? - spytałam. Nie byłam pewna, czy marzył się jej trójkąt, czy kumpela do ćpania.

- Wyglądasz na taką, co może być fajną dziewczyną.

- Mylisz się.

Wstałam, znudzona już tą rozmową. Rozległ się brzęk tłuczonego szkła. Pośrodku pokoju skupiła się jakaś grupka. Coś się tam działo.

Śmiechy zamieniły się we wrzaski i skandowanie. Lepszy świat Petera Maxa spadł ze ściany, szyba roztrzaskała się na kawałki. Tanie piwo rozlało się na warte pięćdziesiąt tysięcy dolarów pociągnięcia pędzla. Przepchnęłam się naprzód. Zobaczyłam dwóch mężczyzn bijących się na pięści i siejących wokół siebie spustoszenie w naszej galerii sztuki.

Wszystkie oczy zwróciły się na mnie. Kibicujący umilkli, przez co tamtych dwóch znieruchomiało. Czekali, pewni, że każę przerwać tę bijatykę albo zacznę wrzeszczeć, albo narzekać, że narobili tylu szkód, ale mój wzrok padł na rozebranego do pasa faceta w tatuażach. On też mi się przyglądał; orzechowymi oczami zlustrował moje piersi i nogi, a potem pokój. Jego przeciwnik obrócił czerwoną czapkę daszkiem do tyłu i podskakiwał wokół niego, wymachując pięściami w powietrzu jak w jakiejś kreskówce o Króliku Bugsie.

- Wygrałeś, Maddox. Chodźmy - powiedział ktoś do tego w tatuażach.

- Pieprz się - rzucił tamten, nie odrywając ode mnie wzroku. - Możemy kontynuować na zewnątrz.

Czerwona Czapka miał co najmniej dwadzieścia pięć kilogramów przewagi nad Maddoxem. Wyciągnęłam pięć banknotów zza dekoltu i je uniosłam.

- Stawiam pięćset na Maddoxa.

Towarzystwo zaczęło machać banknotami w zaciśniętych dłoniach, obstawiając, kto wygra. Maddox popatrzył na mnie z błyskiem w oku. Podejrzewałam, że od dawna nikt u niego czegoś takiego nie widział, nawet on sam. Był tylko lekko spocony. Jego zmierzwione włosy i ciemne oczy krzyczały, że nie da się go pokonać. Większość mężczyzn, których poznawałam, zgrywało kowbojów, ale Maddox nie musiał udawać. On taki był i naprawdę miał jaja, żeby to udowodnić. Ścisnęło mnie między udami i nagle zrobiło mi się wilgotno w majtkach. Podeszłam jeszcze o krok, przepychając się bliżej środka. Nigdy dotąd go nie spotkałam, ale zdecydowanie wyglądał na moją kolejną pomyłkę.

Po tym, jak się poruszał, poznałam, że celowo przedłuża walkę. Cios po ciosie - a kretynowi w czerwonej czapce nie udało się zadać żadnego celnego - i więcej stłuczonego szkła, rozbryzgów krwi i rozlanego piwa leciało na puchaty, robiony na zamówienie włoski dywan matki.

Każdy nieudany zamach Czerwonej Czapki Maddox automatycznie wykorzystywał do uderzenia go. Był niewiarygodnie szybki, precyzyjny i okrutny. Miałam wrażenie, że czuję kostki jego zaciśniętych pięści na szczęce, gruchotanie zębów wibrujące przez cały kręgosłup.

Aż zbyt szybko to się skończyło. Wytatuowany zwycięzca stał nad pokrwawionym pokonanym jakby nigdy nic. Ktoś podsunął Maddoxowi jego koszulkę, a on otarł nią twarz z krwi i potu.

Jakiś gość podał mi gotówkę, ale nie zwróciłam uwagi ile.

- Tyler... wynośmy się stąd, do cholery. Nie chcę, żeby mnie wylali, człowieku. Tu jest mnóstwo nawalonych dzieciaków.

Maddox wpatrywał się we mnie.

- Po co ten pośpiech?

- Nie mam ochoty tłumaczyć się dowódcy, czemu nas aresztowali. A ty?

Włożył przez głowę biały bawełniany T-shirt i naciągnął na umięśniony tors i kaloryfer na brzuchu. Kiedy wyraźnie zarysowane V nad jego paskiem znikło pod koszulką, zgarbiłam się nieco, rozczarowana. Chciałam oglądać go dłużej. Zobaczyć go całego.

Jego nerwowy przyjaciel podał mu czarną czapkę White Soxów, a on ją założył, naciągając daszek nisko nad oczy.

Jakiś kumpel klepnął go w ramię.

- Zarobiłeś dla mnie pięćdziesiąt dolców, Maddox. Całkiem jak za dawnych dobrych czasów.

- Cała przyjemność po mojej stronie, baranie - odparł, wciąż wpatrując mi się prosto w oczy.

Publiczność wymieniała forsę, a potem gromadnie ruszyła do kuchni, gdzie nalewano piwo z beczek.

Tyler Maddox zbliżył się do mnie w wilgotnej, umazanej krwią koszulce. Oczy i nos ocieniał daszek czapki. Zaczął mówić, ale ja chwyciłam przód jego koszulki, przyciągnęłam go do siebie i pocałowałam mocno w usta. Rozchyliłam wargi, wpuszczając do środka jego gorący język. Zareagował tak, jak przewidywałam - łączyło nas zwierzęce pożądanie - złapał mnie za włosy i odchylił mi głowę do tyłu.

Odepchnęłam go, nie puszczając jego koszulki. Czekał, niepewny, czego się spodziewać. Z drwiącym uśmieszkiem cofnęłam się o krok, pozwalając swojej dłoni ześlizgnąć się z materiału na jego ramię, a potem pociągnęłam go za rękę. Miał szorstkie dłonie, poobgryzane paznokcie. Nie mogłam się doczekać, kiedy poczuję te chropowate palce na miękkich zakamarkach swojego ciała.

Jeden koniuszek jego ust uniósł się lekko, a w lewym policzku pojawił się głęboki dołek. Był piękny na sposób, którego nie da się kupić za żadne pieniądze, z tymi złotobrązowymi oczami, kwadratową szczęką o lekkim zaroście. To była symfonia, ideał, który mogły stworzyć jedynie doskonałe geny. W moich kręgach było mnóstwo pięknych osób, z dostępem do najlepszych specyfików, stylistów, spa i chirurgów plastycznych, ale Tyler był prawdziwy - bez żadnych starań, naturalnie.

Przyspieszyłam tempa, wchodząc tyłem na pierwszy stopień.

Tyler popatrzył w górę, stojąc przy schodach.

- Dokąd idziemy?

Nie odpowiedziałam, ale poszedł za mną. Mogłabym prowadzić go nawet na śmierć, bo widziałam, że Tyler Maddox niczego się nie boi.

- Co tam jest? - zapytał, wchodząc wyżej.

- Ja - odparłam po prostu.

Ruszył bardziej zdecydowanie naprzód. W jego lekko rozbawionym spojrzeniu pojawił się głód. Przekręciłam klamkę głównej sypialni i popchnęłam drzwi, ukazując ogromne łoże rodziców zarzucone mnóstwem poduszek.

- O rany - powiedział Tyler, rozglądając się po pokoju. - Ten dom to szaleństwo. Ten, kto tu mieszka, musi mieć straszną kasę. To twoi znajomi?

- To dom moich rodziców.

- Mieszkasz tutaj? - zapytał, wskazując na podłogę.

- Czasami.

- Ja cię kręcę. Jesteś Ellison Edson. Jak ci Edsonowie z Edson Tech?

- Nie, po prostu Ellie.

- Twój tata jest chyba na liście pięciuset najbogatszych magazynu "Fortune", co?

- Naprawdę nie chce mi się teraz gadać o ojcu - mruknęłam między pocałunkami.

Przytrzymał mnie.

- Przepraszam za ten obraz. I stolik... I wazon. Odkupię je.

Sięgnęłam niżej, obejmując dłonią twardość pod dżinsami.

- Przestań mówić.

Tyler skupił się znów na mnie, wsuwając dłonie pod moje legginsy i natrafiając na nagą skórę. Jego palce wiedziały dokładnie, gdzie się zatrzymać i co pieścić. Zrzuciłam długie buty, pomrukując, kiedy jego opuszki przesuwały się coraz łatwiej po moim ciele, śliskie od mojego pożądania.

Cofałam się, aż moje uda oparły się o krawędź łóżka, i położyłam się, pociągając Tylera na siebie. Całowałam dotąd dziesiątki ust, ale żadne jeszcze nie były mnie tak spragnione. Dotykał mnie z rozmysłem. Nie był wcale spięty. Miał takie doświadczenie jak ja w rozpinaniu szarpnięciem guzików i ściąganiu ubrania.

Kiedy tylko mój stanik i majtki spadły na podłogę, zdarłam z niego bokserki. Odkopnął je z materaca i wturlaliśmy się głębiej na łóżko. Siadłam na nim okrakiem. Oboje dyszeliśmy, uśmiechnięci. Moja czerwona szminka rozmazała się na jego ustach. Wszystko we mnie domagało się, by we mnie wszedł.

- Skąd ty się wzięłaś, do cholery? - spytał z zachwytem.

Uniosłam brew i popatrzyłam na jego dżinsy zwisające z łóżka. Sięgnęłam do nich, przeszukałam kieszeń i uśmiechnęłam się, kiedy namacałam palcami foliowy pakiecik.

- Zwolnij, Maddox. Jeszcze mnie nie ma.

Na jego czole uformowały się trzy głębokie zmarszczki, kiedy patrzył na mnie zdziwiony. Obserwował, jak zębami rozdzieram paczuszkę z kondomem, a potem przewrócił oczami, kiedy nakładałam mu go wargami.

- O kurczę - wyszeptał.

Uniósł biodra, gdy brałam do ust i gardła całą jego długość. Przeczesał palcami moje włosy i pociągnął, a ja pomrukiwałam w lateks. Wygiął plecy, wpychając mi się jeszcze głębiej w gardło.

Odsunęłam się i dosiadłam go znowu, chwytając go za biodra i opuszczając się na niego powoli, patrząc, jak ciepło i wilgoć mojego wnętrza wprawiają go w oszołomienie. Robił to mnóstwo razy, ale nie ze mną. Wyglądał na faceta, który przejmuje dowodzenie, pieści kobiety, póki nie błagają bezradnie o więcej. Ale on nie mógł dać im więcej i właśnie to mi się w nim podobało - poza tym, że był szaleńczo seksowny i wiedział, jak dotykać moich wrażliwych rejonów tak dobrze, jakby sam mnie skonstruował.

Jego palce wpijały się w moje biodra. Czułam, że próbuje przyhamować moje tempo. Nie przyznałby, że chce, bym zwolniła. Był już blisko, ale ja też, a jakiś dupek dobijał się do drzwi i wołał go po imieniu. Nie zamierzałam mu odpuścić, póki nie skończy tego, co zaczęłam.

Dyszałam ciężko, pojękując za każdym razem, kiedy uderzałam tyłkiem o jego uda, a Tyler dochodził, dochodził na całego. Przyciągnął mnie do siebie za pupę, wyprężając plecy. Wszedł tak głęboko, że aż bolało, ale kręciłam biodrami, aż osiągnęłam szczyt. Wpiłam palce w jego pierś. Uśmiechałam się szeroko, niezdolna opanować krzyków wyrywających mi się z gardła.

Tyler zmusił mnie, bym jeszcze szerzej rozsunęła uda, napiął tyłek i wbił się we mnie jeszcze głębiej. Mruczał coś pod nosem, aż wreszcie odprężył się, łapiąc oddech. Popatrzył na mnie, senny i spełniony.

- A niech cię diabli, kobieto.

Nachyliłam się, uniosłam nogę i sczołgałam się z łóżka. Leżąc na boku, patrzył, jak się ubieram. Ignorował pukanie do drzwi.

- Wiesz, ja... dużo pracuję. Jestem w specjalnej jednostce straży pożarnej, w oddziale górskim, i...

- I co? - Zapięłam na plecach stanik i zaczęłam wciągać majtki.

Tyler umilkł, zastanawiając się, co powiedzieć.

- I... Czy to nie calviny kleiny?

Spojrzałam w dół na białe obcisłe męskie slipki w rozmiarze XS, które nałożyłam. Koronki, stringi, figi... to nie dla mnie.

- Tak?

Zaśmiał się.

- Nie będę więc mógł... No wiesz...

- Dzwonić? To tak jak ja.

Tyler wstał i zaczął zbierać swoje rzeczy; z korytarza znowu dobiegł łomot.

- Maddox! Jesteś tam?

- Odpierdol się, Zeke! Chwila! - rzucił, wciągając dżinsy.

Poczekał, aż się ubiorę, nim przekręcił klucz, ale ledwie zdążyłam nałożyć przez głowę koszulkę, jego koledzy otworzyli drzwi.

Jeden z nich, nieco niższy i o wiele bardziej muskularny, skinął mi głową, a potem - zdając sobie sprawę, że jestem na wpół naga - spuścił wzrok.

- Jesteś gotów czy jak?

- Jestem gotów, Zeke - powiedział Tyler i uśmiechnął się do mnie.

Zeke pokazał kciukiem do tyłu.

- Oni tam kompletnie roznoszą chałupę. Chcesz, żebyśmy pomogli ci się ich pozbyć?

Pokręciłam głową.

- Mam świetną ekipę sprzątającą.

- Kanapy chyba nie uratują. Na całej podłodze jest pierze.

- Kupię nową.

Tyler zmarszczył brwi.

- Skończmy z tym gównem.

Zeke kiwnął głową.

- A potem idziemy.

Tyler mrugnął do mnie.

- Dzięki za... miłą niespodziankę.

- Powiedziałabym, że w każdej chwili, ale przecież żadne z nas nie zadzwoni.

Tyler cicho parsknął śmiechem, spuścił wzrok, po czym znów spojrzał na mnie spod gęstych rzęs.

- Pewnie racja. Do zobaczenia, Ellison.

- Ellie. I raczej nie.

Nie przejął się.

- Dobranoc.

Cofnął się i zamknął drzwi.

Siedziałam na kłębowisku prześcieradeł, koców i poduszek na łóżku rodziców. Kondom zwisał z krawędzi kosza matki obok jej toaletki przy drzwiach. Tyler miał marnego cela.

Skuliłam się w kłębek, lejąc łzy, których nikt nie zobaczy. Płakałam nie dlatego, że było mi wstyd, ale przez świadomość, że choćby nie wiem jakiego bałaganu narobili ci na dole albo ja w pokoju rodziców, zasługującym przecież na szacunek, oni nie będą się gniewać. Wybaczą mi, będą się nade mną użalać. Zawsze będę ich idealną córeczką. Im głośniej krzyczałam, tym mocniej zakrywali uszy rękoma.

Ktoś zapukał do drzwi. Zawołałam "wejść!". Na progu pojawiła się Paige. Wyglądała jak kupa nieszczęścia.

- Znajdzie się miejsce dla jeszcze jednej osoby? - spytała cieniutkim głosikiem.

Odchyliłam nakrycie. Uśmiechnęła się i podbiegła, żeby położyć się obok mnie. Objęłam ją i odprężyłam się, kiedy pocałowała od wewnątrz mój nadgarstek.

- Jesteś piękna - szepnęła. - Jak to jest? Mieszkać w takim domu? Żyć takim życiem?

Nie wiedziałam, jak odpowiedzieć, powiedziałam więc pierwsze, co mi przyszło do głowy:

- Zamknij oczy.

Paige sięgnęła do tyłu i wsunęła dłoń między moje wilgotne uda.

- Widziałam, jak schodził - odezwała się.

- I postanowiłaś tu wejść?

- Wiedziałam, że nie zostanie.

- Nie było mi to potrzebne.

- A mnie tak - szepnęła. - Chcę, żeby przy mnie zostać. Możesz udawać, że jestem nim... jeśli chcesz.

- Będę udawać, że ty to ty - powiedziałam, całując jej skroń.

Paige rozluźniła się w moich objęciach. Umościła się wygodniej. Podłoga aż chodziła od dudnienia basów. Po kilku minutach muzyka nagle ucichła. Wiedziałam, że Tyler i jego przyjaciele kończą imprezę i wywalają z domu wszystkich gości.

Wkrótce oddech Paige się wyrównał. Zamknęłam oczy, przyciągnęłam ją mocniej do siebie i zapadłam w cudowną nicość.

Rozdział 2

SZŁAM WŁAŚNIE DO LŚNIĄCEGO czarnego audi ojca, kiedy nadjechał pierwszy van. Wysiedli z niego mężczyźni i kobiety, ich kroki zaskrzypiały na śniegu. Nieśli do domu wiadra, odkurzacze i pudła przyborów do sprzątania. Felix, asystent ojca, już kazał przysłać nową kanapę.

Rodzice nie wracali z Rzymu do Estes Park jeszcze co najmniej przez tydzień, co dawało mnóstwo czasu na doprowadzenie domu do porządku. Nie po raz pierwszy Felix musiał wynajmować ekipy sprzątające po jakiejś imprezie. Potrafił dopilnować, żeby wszystko było na swoim miejscu. Od kiedy miałam siedem lat, czuwał nad naszą rodziną, dbał o spokój, a w razie potrzeby był również ochroniarzem ojca. Czasami musiał go chronić przede mną.

- Panno Edson - powiedział i skinął mi głową, gdy podchodziłam.

Stanął przy audi, górując nad nim, a rękawy marynarki oblepiały jego mocne ramiona. Miał przyciemnione okulary w metalowych oprawkach, by osłonić oczy przed jaskrawymi promieniami słońca, które odbijały się od jego ogolonej gładko głowy. W prawej dłoni trzymał telefon. Lewą przyciskał do piersi notes. Niewątpliwie była tam długa na wiele stron lista spraw do odfajkowania, napraw i zamówień, które należało złożyć, by zapewnić mojemu ojcu życie, za jakie płacił.

- Dziękuję, Felix - powiedziałam.

Kiedy go minęłam, otworzył mi drzwi od strony kierowcy, żebym wsiadła. W aucie było ciepło, silnik już pracował, przez co moja futrzana kurtka i wysokie buty wydawały się mocną przesadą, a nie odpowiednim zimowym ubiorem.

- W porządku, panienko? - zapytał Felix.

Skinęłam głową, a on zamknął drzwi.

Chwyciłam kierownicę i westchnęłam. Nie włączałam samodzielnie silnika przez siedem lat - od czasu egzaminu na prawo jazdy. Siedziałam w aucie, które nie było moje, przed domem, który nie należał do mnie, na ziemi, która nie była moja... w ubraniach, które kupili rodzice. Posiadali mnie i pozwalałam im na to, bo to było wygodne. Nie żebym nie próbowała się buntować w liceum, ale awanturowanie się oznaczałoby, że nie jestem wdzięczna, bez względu na to, czy prosiłam ich o rzeczy, które dostawałam.

Zacisnęłam zęby i włączyłam bieg. Mój gorzki wewnętrzny monolog trwał nieprzerwanie, bo nie mogłam powiedzieć na głos, co myślę i czuję. Narzekanie obrażało mojego ojca i wszystkich innych. Nie miałam się na co skarżyć. Byłam dziewczyną, która ma wszystko. Im większą ilością pieniędzy i rzeczy materialnych zasypywali mnie rodzice, tym pustka stawała się bardziej dotkliwa. Ale nie mogłam im tego powiedzieć... nikomu nie mogłam. Mieć wszystko i nie czuć nic to był najgorszy rodzaj egoizmu.

Ruszyłam wolno podjazdem i posuwałam się przez półtora kilometra, które miałam do bramy posiadłości rodziców. Na naciśnięcie guziczka miedziane kraty otworzyły się posłusznie, skrzydłami do mnie, niespiesznie i pewnie. Zabzyczała moja komórka. Na ekranie pojawiła się twarz Finley. Z wydętymi ustami ściągniętymi w dzióbek patrzyła w górę, by wyeksponować turkusowe oczy i gęste rzęsy z włosia norki.

Nacisnęłam odbiór na kierownicy, wyjeżdżając przez otwartą bramę.

- Cześć, Fin.

Jej głos otoczył mnie w samochodzie.

- Zmęczona?

- Trochę.

- Dobrze. Mam nadzieję, że czujesz się jak kupa gówna, ty zepsuta suko. Dlaczego nie powiedziałaś mi o wczorajszej imprezie?

- Eee... bo jesteś w Rio?

- I co z tego?

- Nie przyszło mi do głowy, że wydepilowana po brazylijsku chciałabyś marnować czas na improwizowane przyjęcie w górach z miejscową hałastrą.

- Jest zimno?

- Pogoda zdecydowanie nie na bikini.

- Nasze jacuzzi dowiodło, że to przesądy. Miałaś bzykanko?

Zapomniała już o urazie i przeszła na tryb siostrzany.

Finley Edson była najstarszą córką Edson Tech, na dobrej drodze do rządzenia firmą żelazną ręką, która przypadkiem miała idealnie wymanikiurowane pazury. Byłyśmy dziedziczkami, ale Finley, w odróżnieniu ode mnie, przyjmowała to z ochotą. Choć starsza o dwa lata, była moją najlepszą przyjaciółką, jedyną, która mi pozostała z dzieciństwa i którą potrafiłam nadal ścierpieć. Reszta stała się nudnymi klonami własnych matek.

- Nie rozpowiadam o takich rzeczach - stwierdziłam, skręcając w kierunku centrum.

- A tam. Czy to była ta miejscowa, o której mi mówiłaś?

- Paige? Nie. Jest słodka. Jak dla mnie za bardzo popieprzona.

- Nie jestem pewna, czy wierzę, że ktoś taki w ogóle istnieje.

- Ależ tak. I ma na imię Paige.

- Robisz się sentymentalna na starość, Ellie. W czasach Berkeley wyłaziłabyś ze skóry, żeby złamać jej serce. A w takim razie, kto to był?

Ubodły mnie te jej uwagi, bo miała rację. Byłam źródłem cierpień dla większości osób, które mi się napatoczyły. Głównie dlatego, że mi nie zależało, ale chodziło też o to, że dobrze było od czasu do czasu odwrócić uwagę od własnego bólu.

- Zawsze musisz mi przypominać o moim zaburzeniu?

- Tak. Nie zmieniaj tematu.

- To facet ze specjalnej międzystanowej jednostki walczącej z wielkimi pożarami lasów.

- Strażak? Ale obciach.

- Nie, żaden obciach. Należy do elity. Wysyłają ich na front ognia w najbardziej dramatycznych sytuacjach.

- To nawet dość seksowne - przyznała.

- Orzeźwiające doświadczenie... Czekaj, aż go kompletnie omotam, a potem odeślę w diabły bez mrugnięcia okiem. Ale jest seksowny. Niesamowicie seksowny. Może nawet dałabym mu dziesiątkę.

- Dziesiątkę? Solidną? Czy z minusem?

- Porządną. Nie wcelował kondomem do kosza, ale umie się bić. Naprawdę walczyć. Wczoraj wieczorem w galerii rodziców sprał tyłek facetowi dwa razy potężniejszemu od siebie. Zbudowany jak David Beckham. Może nieco mocniej. Cały w tatuażach, pachnie jak czerwone marlboro i miedź.

- Miedź?

- Ubranie miał zbryzgane krwią tamtego faceta.

- Pozwoliłaś im się wczoraj bić w galerii? Coś się potłukło?

- Lepiej spytaj, co ocalało.

- Ellie - rzuciła poważnym tonem. - Matka się wścieknie.

- Nie praw mi kazań z Brazylii. Mam już dwoje nieobecnych rodziców. Nie potrzebuję jeszcze i twojego gderania.

- Świetnie. To dla ciebie mogiła. Albo raczej mogiła dla twojego funduszu powierniczego. Zaintrygował mnie ten chłopak. Może mimo wszystko wsiądę w samolot i zakryję te wywoskowane miejsca i pedicure legginsami i długimi butami. O... Marco? Potrzebne mi będą flanelowe koszule!

- Nie przywoź Marco - ostrzegłam.

- On wszędzie ze mną jeździ. Z jego portugalskim podróż do Brazylii poszła jak z płatka.

- Nie wlecz go tutaj. Przy nim jesteś inna.

- Co? Że niby malutka i bezradna?

Siostra droczyła się ze mną, ale obie wiedziałyśmy, że w obecności swojego przydupasa robi się kapryśna, uzależniona. Marco został wynajęty jako ktoś więcej niż asystent. Nie tylko nosił torby i pilnował terminów. Zajmował się zakupami, był stylistą, baristą, barmanem, pielęgniarką, kelnerem, projektantem i stałym towarzyszem podróży.

- Nie znoszę Finley z Marco. Lubię samą Finley.

- Poprawka: kochasz Finley. Przywiozę Marco.

- To nie będzie mógł się tu zatrzymać.

Słyszałam, jak wydyma usta.

- Załatwię mu pokój w hotelu. Gdybym czegoś potrzebowała, będę mogła w każdej chwili do niego zadzwonić.

- Finley, Jezu Chryste... - Wyjęłam starą paczkę papierosów ze skrytki w tablicy rozdzielczej i próbowałam namacać zapalniczkę. Wyciągnęłam srebrną wtyczkę i szybko, zaciągając się, przytknęłam rozżarzony czubek do papierosa.

- Dokąd jedziesz? - spytała, sfrustrowana.

- Po prostu wolałam się tam nie pętać, póki ekipa sprzątająca doprowadza do ładu Ground Zero.

- Naprawdę jest aż tak źle? I ty jeszcze wymawiasz mi Marco? - powiedziała z wyrzutem.

- Zaczekaj. - Skupiłam się, by zaparkować na wąskim miejscu przy krawężniku, a potem wyłączyłam silnik i kończyłam palić papierosa.

- Jesteś tam? - spytała Finley.

- Taaa - potwierdziłam, wypuszczając obłoczek dymu. Biała chmurka uciekła przez szparę w oknie, które uchyliłam na tyle, by powiedzieć ojcu, że starałam się mu nie nakopcić.

- Musisz skończyć z tym gównem, Ellie. Wszystko ma swoje granice.

- Na to liczę - powiedziałam, zaciągając się po raz ostatni, nim wypchnęłam niedopałek przez szczelinę. Wysiadłam, po czym rozdeptałam ognik papierosa obcasem.

Schyliłam się, by podnieść peta, i wyrzuciłam go do najbliższego kosza.

- Masz szczęście - powiedział ktoś za mną.

Obróciłam się i zobaczyłam Tylera. Opierał się o ceglaną fasadę sklepu z częściami samochodowymi. Miał ręce skrzyżowane na piersi. Niedaleko stała ciężarówka Krajowej Służby Leśnej.

- Słucham?

- Gdybyś nie podniosła tego niedopałka, być może musiałbym cię aresztować.

- Ktoś powinien poinformować cię, że nie jesteś gliną.

- Przyjaźnię się z kilkoma.

- Ale masz fajnie.

- Jak tam dom?

- Rozpierdol na maksa. Miło było cię widzieć - rzuciłam, obracając się na pięcie.

Usłyszałam jego kroki za sobą. Gonił mnie.

- Tylko... żartowałem - powiedział, zrównując się wreszcie ze mną. Wyciągnął czarną paczkę marlboro.

- I co to ma niby być, do cholery? - spytałam.

- Propozycja wypalenia fajki pokoju?

- Proponujesz mi raka?

Zaśmiał się i wepchnął paczkę do bocznej kieszeni ciemnoniebieskiej służbowej kurtki.

- Dokąd się wybierasz?

Zatrzymałam się, obróciłam do niego i westchnęłam.

- Aleś ty upierdliwy.

Zamrugał, a potem na jego czole uformowały się te piękne zmarszczki i twarz rozświetlił uśmiech, ukazujący większość idealnie białych zębów.

- O co ci chodzi?

- Chodzi mi o to, że miałeś mnie zerżnąć i zostawić w spokoju.

- Tak?

Obserwował mnie chwilę ze zniesmaczonym wyrazem twarzy. Jego buciory były znoszone, ale lśniły. Granatowe służbowe spodnie były wyprasowane, ale pogniecione od noszenia przez pół dnia. Koszula spłowiała. Tyler Maddox ciężko pracował i był dumny ze swojej roboty. Pewnie nie opuścił ani jednego dnia, ale na tym kończyła się jego zdolność do podejmowania zobowiązań. Niewątpliwie złamał tyle serc co ja. Był dokładnie tym, na co sobie zasłużyłam. Choć nie miałam najmniejszego zamiaru się do niego zbliżać.

- Zaczepiasz mnie. A mówiłeś, że już się nie odezwiesz.

Tyler wepchnął ręce do kieszeni spodni i wzruszył ramionami, uśmiechając się do mnie niewinnie, jakby nigdy nie zdarzył mu się numerek na jedną noc. Tego typu uroku nie da się wyuczyć.

- Powiedziałem tylko, że nie zadzwonię.

Skrzyżowałam ręce na piersi i zmrużonymi oczami popatrzyłam w górę na jego twarz. Jezu, ale był wysoki.

- Nie jestem tobą zainteresowana.

W jego policzku znów pojawił się ten dołek. Ścisnęło mnie między udami.

- Wczoraj wieczorem nie odniosłem takiego wrażenia.

- To było wczoraj. Teraz jestem trzeźwa.

Skrzywił się.

- Ała.

- Bierz nogi za pas - powiedziałam.

Wyprostował się.

- Czy wyglądam ci na kogoś, komu zdarza się uciekać?

- Tylko jeśli w grę wchodzą kobiety i dlatego właśnie się z tobą pieprzyłam.

Zmarszczył brwi.

- Czy ty może... zapomniałaś wziąć leki czy co?

- Tak. Jasne. Trauma emocjonalna, bagaż bolesnych doświadczeń, jakkolwiek to nazwiesz. Mów tak dalej, a może stanę się twoją kolejną namolną dziewuszką. Pociąga cię taka perspektywa?

- Dobra, Ellie. - Uniósł ręce. - Rozumiem. Będę udawał, że to się nigdy nie stało.

- Wielkie dzięki - rzuciłam.

- Ale to było zajebiste. Nie miałbym nic przeciwko powtórce.

- A nie moglibyśmy być przyjaciółmi z dodatkami, nie przyjaźniąc się ze sobą?

Zastanowił się nad tymi słowami.

- Ale jesteś wredna. To nawet dziwnie pociągające.

- Spadaj.

- Już sobie idę.

- I więcej nie wracaj.

- To się nigdy nie zdarzyło - powiedział, otwierając drzwi wozu od strony pasażera. Wcale nie był obrażony, co mnie obrażało. Większość ludzi bardziej przejmowała się moimi złośliwościami.

Ze sklepu wyszedł Zeke. Przystanął na mój widok. Pomachał do mnie i pobiegł do drzwi po stronie kierowcy. Przez chwilę coś do siebie mówili, po czym Zeke włączył silnik.

- Kto to? - usłyszałam głos za sobą.

Obejrzałam się i zobaczyłam Sterlinga. Wyglądał jak dyrektor banku; robił wszystko, by dorównać ojcu, prezesowi Aerostraus Corp. Miał na sobie ciemny wełniany płaszcz, szalik i zegarek za trzy tysiące dolarów, i - żeby złagodzić nieco nudę tej stylizacji - niebieską koszulę z guziczkami przy kołnierzyku, bez krawata, rozpiętą przy szyi. Udawało mu się iść zaśnieżonym chodnikiem i nie mieć ani jednej plamki błota na włoskich botkach.

- Pocałuj mnie - powiedziałam.

- No co ty - wybąkał przerażony. - Nie.

- Całuj, dupku. Teraz. Porządnie. Jesteś mi to winien.

Sterling złapał mnie oburącz za twarz i przyłożył usta do moich warg. Uślinił mnie całą, ale zrobił takie przedstawienie, jak chciałam.

Ciężarówka minęła nas, a kiedy usłyszałam, że jest już wystarczająco daleko, odepchnęłam Sterlinga.

Z obrzydzeniem otarł usta.

- Po co miałem to robić?

- Chciałam się pozbyć jednego gościa.

- Stalker czy jakiś naciągacz? - zapytał, przygładzając ciemne, sczesane na bok włosy.

- Ani to, ani to. Ale dla pewności.

- Czy nadal idziemy na ten brunch? - Jeszcze raz z niesmakiem wytarł usta.

- Jasne - potwierdziłam, pociągając go w stronę Winona's Cafe.

Wybraliśmy stolik przy oknie, a Sterling od razu zajął się menu. Przesuwał palcem po liście dań, zwracając uwagę na każdy składnik potraw. Nie był alergikiem. Był snobem.

Przewróciłam oczami.

- Po co to czytasz? Jemy tu od zawsze.

- Nie byłem tu od trzech miesięcy. Mogli coś zmienić.

- Wiesz, że nigdy tego nie robią.

- Przymknij się. Daj mi się skupić.

Uśmiechnęłam się, sprawdzając telefon, a on dalej studiował kartę, którą mieli tu od dziesięciu lat. Rodzina Sterlinga miała dom w sąsiedztwie naszego. To była jedna z ich wielu posiadłości rozsianych po całym kraju. Przez większość roku stała pusta. Wiedziałam, że Sterling do mnie pasuje, od kiedy zobaczyłam, jak się upijał, czternastoletni i samotny, pod drzewem obok granicy naszych posesji. Był jeszcze jednym dzieciakiem z funduszem powierniczym. Biadał nad swoim ciężkim losem, mając do dyspozycji miliony dolarów, ale brakowało mu uwagi bliskich, by czuć twardy grunt pod nogami w prawdziwym świecie.

Całkowicie uzależniał poczucie własnej wartości od tego, jak danego dnia oceniał jego sukcesy ojciec. I przez to miał nieco chwiejną osobowość. Ojciec Sterlinga, Jameson Wellington, zmieniał zdanie na temat syna regularnie, w zależności od wahań na giełdzie, opinii zarządu i tego, czy akurat wkurzyła go żona.

- Jak tam impreza? - zapytał Sterling, nie podnosząc wzroku.

- O. Chciałam cię zaprosić. Ale zorganizowałam to w ostatniej chwili.

- Słyszałem, że nawiedziła cię banda miejscowych.

- A kogo innego mogłam zaprosić?

- Mnie?

- Finley nie ma w domu.

Sterling rzucił na mnie okiem, a potem znów skupił wzrok na menu. Ale już go nie czytał.

- Nie mów jej o tym pocałunku. Zrobiłem to tylko dlatego, że byłem ci winien przysługę.

- Nie powiem. Byłaby na mnie wściekła, bo czy to przyznaje, czy nie... kocha cię.

- Naprawdę?

Nachyliłam się do niego bliżej, urażona.

- Wiesz, że tak.

Wydawało się, że się uspokoił.

- Zawsze zapraszam cię na imprezy. Ale potrzebowałam... potrzebowałam czegoś...

- Prostego?

Pokazałam na niego.

- No właśnie.

- Ellison?

- Tak?

- Fatalnie całujesz. Pewnie oddajesz temu gościowi przysługę.

Zgromiłam go wzrokiem.

- Zamów sobie te pieprzone jajka po benedyktyńsku i zamknij jadaczkę. Całuję fantastycznie. I dlatego musiałam odstraszyć tego gościa, śliniąc się z tobą.

- Kogo ty chcesz oszukać? Nie tylko całowałaś się z tym facetem.

Podeszła kelnerka w fartuchu w oliwkowo-kremowe paski i z szerokim uśmiechem.

- Cześć, Ellie.

- Chelsea, gdybyś miała zgadnąć, co zamówi Sterling...

- Jajka po benedyktyńsku - powiedziała bez wahania.

- Naprawdę? - rzucił Sterling, autentycznie podłamany. - Jestem aż tak przewidywalny?

- Przepraszam - pisnęła zawstydzona Chelsea.

Oparłam się wygodniej, podając dziewczynie swoje menu.

- Nie oceniam cię. To cholernie dobre jajka.

- To samo? - spytała Chelsea.

- Nie, wezmę południowo-zachodni omlet i sok pomarańczowy. Macie wódkę? Wódka z sokiem byłaby w sam raz na tę porę.

Zmarszczyła nos.

- Jest dopiero dziesiąta trzydzieści.

Gapiłam się na nią wyczekująco.

- Nie - zaprzeczyła. - Nie podajemy tu alkoholu.

Sterling uniósł dwa palce i zamówił dla siebie sok pomarańczowy.

Kelnerka odeszła, a ja zacisnęłam usta, starając się nie zdradzić zawodu.

- Wyglądasz na zmęczonego, Sterling.

- To był ciężki tydzień.

Uśmiechnęłam się.

- Ale teraz jesteś tutaj.

- Ale nie ma Finley.

- Spokojnie. Nie rozmyśli się. Kocha cię bardziej niż kogokolwiek.

- Poza tobą.

- Oczywiście, poza mną. Ale kocha cię. Tylko nie może być z tobą, dopóki nie przejmie Edson.

Zrobił zgnębioną minę, oczy mu się zaszkliły.

- Przepraszam - powiedziałam, sięgając przez stolik, żeby dotknąć jego ręki. - Powinniśmy byli wybrać miejsce, gdzie podają wódkę.

Nagle zaschło mi w ustach. Pragnienie, żeby się napić, i świadomość, że to chwilowo niemożliwe, wprawiły mnie w lekką panikę.

Sterling cofnął się.

- Uważaj, Ellie. Zaczynasz mówić jak ja.

Odezwał się dzwoneczek przy drzwiach. Weszła jakaś czteroosobowa rodzina. Już kłócili się o to, gdzie usiąść. To był sezon turystyczny i choć mnie i Sterlinga można było uznać za ludzi na wczasach, oboje mieliśmy tu domy od ponad ośmiu lat. Byliśmy, jak to nazywali tutejsi, mieszkańcami tymczasowymi i zwykle, kiedy podawaliśmy nazwę naszej okolicy, nawet nie musieli dalej pytać. Tylko jeden z naszych sąsiadów rezydował tu z rodziną na stałe i to jedynie dlatego, że pochodzili z Arkansas i przeprowadzka do Estes Park była dla nich spełnieniem marzeń, a nie przyjazdem na wakacje.

Dwie kelnerki uwijały się między stolikami, które szybko się zapełniały. Sportowe buty Chelsea co jakiś czas wydawały piszczący dźwięk na posadzce z morelowych i białych kafelków, kiedy zbierała zamówienia i pospiesznie wracała przez wahadłowe drzwi do kuchni. Po chwili znów pojawiała się z uśmiechem, przystając po drodze, by napełnić wielkie plastikowe kubki wodą z pojemnika za barem, przy którym były stołki dla snowboardzistów wpadających na kawę.

Salę ogrzewało ciepło ciał. Zauważyłam, że goście zrzucają z siebie kolejne warstwy ubrań. Chelsea krzątała się jak w ukropie, gdy za oknami turyści spacerowali poubierani ciepło w kurtki, szaliki, wełniane czapki i rękawice. Każde otwarcie drzwi wpuszczało do środka chłodny powiew świeżego powietrza, a Chelsea wzdychała z rozkoszą, kiedy go przecinała.

Śnieg padał delikatnymi płatkami dopiero od czterech dni. W kurorcie cieszyli się z tego, interes kwitł, ale szykowała się zadymka i martwiłam się o Finley, która będzie próbowała tu dojechać.

- A jak się ma Fin? - zapytał Sterling, najwyraźniej czytając mi w myślach.

- Jest w Rio. Chyba się tu wybiera.

- Ach tak? - Pociągnął nosem i otarł jego czubek knykciem, co zawsze wskazywało, że stara się być nonszalancki.

- Jesteś dla niej przyjacielem, Sterling. Czas odpuścić.

Wydawał się przerażony.

- Już od bardzo dawna nie próbowałem jej odzyskać.

- Jeśli uznać, że miesiąc to długo.

Nachmurzył się.

- Jestem za bardzo zmęczony na tę wredną wersję Ellie. Nie mogłabyś dzisiaj spróbować dla odmiany być miła?

Wydęłam dolną wargę.

- Oj, czy Sterling nie ma przypadkiem okresu?

Nie rozśmieszyło go to.

- Zaraz zostawię cię tu samą przy stoliku.

- Nie groź mi, że nareszcie będę się dobrze bawić - rzuciłam.

- I zrobię dość miejsca, żeby dołączył do ciebie twój strażak.

- Co? - spytałam i obejrzałam się.

Zobaczyłam, że właśnie wchodzi Tyler Maddox z Zekiem i kilkoma innymi z ich ekipy. Skuliłam się.

- O cholera - syknęłam.

Zjechałam jak najniżej na krześle. W mojej rodzinie niezręczne sytuacje wymagały czegoś o wiele mocniejszego niż sok pomarańczowy. Pragnienie, by wracać do domu i opróżnić barek, stało się dojmujące.

Ciepłe usta dotknęły mojego policzka. Tyler przysunął krzesło do naszego stolika.

- Cześć, mała. Tęskniłaś za mną?

- Odbiło ci? Słyszysz głosy? - odparłam wkurzona.

- Wpadliśmy tylko na lunch, zanim pojedziemy znowu - wyjaśnił, dając chłopakom ze swojej drużyny znak, by usiedli.

Zeke zajął miejsce po mojej drugiej stronie. Wyraźnie czuł się niezręcznie.

- Możemy znaleźć sobie inny stolik.

- Nie - stwierdził Tyler. - Nie możemy. Kim jest twój przyjaciel? - zapytał, wskazując na Sterlinga.

- Ja pierdolę - mruknęłam.

Chciałam spławić Tylera. Tymczasem zrobił się zazdrosny i uznał Sterlinga za konkurenta, którego łatwo pokona.

Sterling wyciągnął dłoń, ale ja trzepnęłam go, żeby dał spokój.

- Niezły był ten pocałunek - powiedział Tyler. - Przypomniał mi, jak całowała mnie. Niby zeszłej nocy, a wydaje się, jakby to było wieki temu.

Skrzywiłam się z niesmakiem.

- Naprawdę? Znowu zaczynasz?

- Tak - potwierdził pyszałkowato.

- Sterlinga nie obchodzi, że wykorzystałam cię wczoraj w łóżku swoich rodziców.

- To było łóżko twoich rodziców? - zapytał Tyler. - Czy choć raz spałaś już we własnym?

- Tak się składa... - zaczęłam.

Zeke wiercił się niespokojnie.

- Tyler, daj spokój, stary. Znajdźmy inny stolik.

Tyler zgromił go wzrokiem i nie zamierzał odpuścić.

- Ten mi się podoba.

Sterling odchrząknął, niepewny, jak ma to wszystko rozumieć.

- A co ci się w nim tak podoba... w szczególności?

Tyler nie spuszczał wzroku z moich oczu.

- Twoja przyjaciółka.

Nachyliłam się do niego.

- Jak nie znajdziesz innego miejsca, żeby nakarmić gębę, to zaraz wstanę i powiem wszystkim, że masz małego.

Nie zmieszał się.

- Mogę go wyjąć i udowodnić, że się mylisz.

- Zacznę wrzeszczeć, że zaraziłeś mnie chlamydią. Pracujesz tu. To małe miasteczko. Takie wiadomości roznoszą się lotem błyskawicy.

Wzruszył ramionami.

- Ty też tu mieszkasz.

- Czasami. I mam gdzieś, co tu o mnie myślą.

Chelsea przyniosła nasze talerze wraz z napojami i postawiła je na stole.

- Jesteśmy gotowi złożyć zamówienie - poinformował ją Tyler.

Przyłożyłam dłoń do jego twarzy, skrzywiłam się, łzy napłynęły mi do oczu.

- Będzie dobrze, Tyler. Po paru terapiach antybiotykami przestanie cieknąć i już nie będzie tak okropnie swędziało.

Chelsea zdębiała. Popatrzyła na Tylera z obrzydzeniem, a potem wydukała:

- Ja... zaraz... zaraz wracam.

Tyler spojrzał na mnie. Szczęka mu opadła.

Zeke zarechotał.

- Ostrzegała cię.

Sterling grzebał w talerzu, próbując nie zwracać na nas uwagi.

Tyler rzucił okiem na Chelsea, która szeptała coś do drugiej kelnerki i kucharza. Popatrywali z niesmakiem na nasz stolik.

- Niezłe. Zatopiłaś mój okręt, Ellie.

Oddzieliłam widelcem kawałek omletu i wzięłam do ust, zadowolona z siebie.

- A może ja tylko chciałem się z tobą zaprzyjaźnić - rzucił Tyler.

- Faceci tacy jak ty nie mogą po prostu przyjaźnić się z kimś, kto ma waginę - stwierdziłam.

Zeke skinął głową.

- Racja.

Tyler wstał i dał znak, by jego ekipa zrobiła to samo. Posłuchali. Ich krzesła zazgrzytały na wykafelkowanej posadzce.

- Wyrzuciliśmy wszystkich tych idiotów, którzy demolowali ci dom wczoraj wieczorem, i tak mi dziękujesz?

Uśmiechnęłam się do niego.

- Pod tą bucowatą fasadą jesteś całkiem fajnym gościem. Wczoraj byłam pijana, mój radar nie działał, jak należy, ale wyczuwam cię na kilometr. Nie chcę być twoją przyjaciółką. Nie chcę wspominać tego numerku na jedną noc, który nam się przydarzył. Nie mam czasu na miłych facetów, Tyler, i nie potrafię sobie wyobrazić większego koszmaru niż spotykanie się z tobą na trzeźwo.

Skinął na Sterlinga.

- Ten mi wygląda na miłego faceta.

Zjeżyłam się. Zachowywałam się najobrzydliwiej, jak umiałam, a on traktował to, jakbyśmy wymieniali uprzejmości.

- Sterling jest nienawidzącym samego siebie, pożałowania godnym gnojem.

- Nie kłamie - rzucił od niechcenia Sterling. - To prawda.

Koledzy Tylera wymienili spojrzenia, a on sam przyglądał mi się przez dłuższą chwilę.

- Smacznego. Rozkoszujcie się tymi jajami.

- Będziemy - odparłam, starając się nie patrzeć, jak odchodzi.

Sterling odczekał sekundę lub dwie, nim się do mnie nachylił.

- Spodobał ci się. Jeszcze nigdy nie widziałem, żebyś była aż tak brutalna.

Machnęłam ręką.

- Może to zadufany w sobie palant, ale niezły chłopak. Nie powinien z nami zaczynać.

- Jasne - powiedział Sterling, ładując do ust kolejną porcję jajek. Osuszył wargi serwetką, a potem spojrzał na mnie spod idealnie zadbanych brwi. - Od kiedy to jesteś taka odpowiedzialna?

- Och, słonko... Mam nadzieję, że będziesz miał tak miły dzień, jak sam jesteś.

Zaśmiał się cicho, a potem wziął kolejny kęs.

Rozdział 3

FINLEY OTRZEPAŁA SWOJE NORKI i rzuciła ciemne markowe okulary na marmurowy stolik przy wejściu. Nie była nieuważna, chciała tylko pokazać wszystkim, że te sześćset dolarów, które wydała na ochronę oczu przed słońcem, to dla niej nic. Nawet jeśli w przyszłym tygodniu te okulary najprawdopodobniej wpadną z wypożyczonego jachtu do Morza Południowochińskiego - nie szkodzi.

Przekręciła w nosie kolczyk z brylantem o jedną czwartą obrotu, przeciwnie do ruchu wskazówek zegara, a potem wrzuciła do ust miętówkę.

- Na przyszłość będę musiała sobie wyczarterowywać samoloty. Nawet w pierwszej klasie zrobiło się brudno. A już lotniska... ohyda.

Marco, wypełniający idealnie czarną kurtkę marki Henley niczym model firmy Banana Republic, ustawił ich bagaż w foyer i powitał po portugalsku Maricelę i Joségo, którzy przyszli zabrać torby.

- Oni mówią po hiszpańsku, Marco - przypomniałam mu z kamienną miną.

Marco zdjął okulary i uśmiechnął się do mnie, jakby miał mi do opowiedzenia kilka historii i zrobi to później, przy Finley, kiedy wszyscy będziemy pijani.

- Brzmi podobnie.

Spiorunowałam wzrokiem siostrę.

- Przywiozłaś go - stwierdziłam oskarżycielskim tonem.

- Zatrzyma się w hotelu - odparowała, niemal nie zwracając uwagi na to, że Marco zdejmuje z niej futro, po czym schyla się, by rozsznurować jej puchate zimowe botki.

Aż mną rzuciło.

- Przestań, Marco, dość tego. Przestań natychmiast.

Marco zsunął drugi but Finley i ustawił je równiutko obok siebie, po czym wyprostował się i czekał ze spragnionym spojrzeniem - ale nie pożądaniem, jakiego oczekiwałaby kobieta w moim wieku po tak egzotycznym, cudownym facecie jak on. Chciał być mi posłuszny, zadowolić mnie, zaspokoić każdą potrzebę, jaką bym miała, i to nie ze względu na mnie, ale na Finley. Nie tylko szczycił się tym, że rozpieszcza pracodawczynię i wszystkich z jej otoczenia - stało się to jego obsesją. Dogadzanie Finley i jej towarzystwu zarazem to była jego specjalność, a on uwielbiał udowadniać swoje talenty.

- Może mógłbym... - zaczął, sięgając po jej torby.

- Nie, nie możesz - rzuciłam ostro, odpychając jego ręce. - Zabieraj swój bagaż i jedź do hotelu. Finley da radę samodzielnie oddychać przez tydzień.

Marco przestępował z nogi na nogę, niepewny, jak potraktować moje żądanie.

Siostra uśmiechnęła się do niego, maskując zniecierpliwienie.

- W porządku, Marco. Zbieraj się. Skorzystaj z wolnego czasu.

Skinął głową, parę razy, z przekonaniem, a zarazem niezdecydowany. Najwyraźniej niepokoiło go, że ma zostawić Finley na pastwę losu na dłużej niż kilka minut.

Pocałował jej dłoń.

- Gdyby pani czegoś potrzebowała, panno Edson, w dziesięć minut tu będę.

Oderwała się powoli od niego i machnęła ręką, żeby już poszedł, nieczuła na jego wdzięki.

Marco robił wrażenie zdruzgotanego, gdy brał bagaże i zamykał za sobą drzwi.

Westchnęłam.

- To gówno wymyka się spod kontroli.

Finley z ironicznym uśmieszkiem podeszła i uściskała mnie mocno.

- Po prostu jesteś zazdrosna.

Przytuliłam ją raz i się cofnęłam.

- Podciera ci też tyłek? Tylko wtedy byłabym zazdrosna.

Zaśmiała się, ściągając rękawiczki, i ruszyła holem do salonu z fortepianem. Rzuciła je na szezlong i usiadła, oparła wygodnie plecy i stopy w skarpetkach, krzyżując nogi w kostkach. Jej złote włosy opadały łagodnymi falami poniżej ramion, błyszczące i idealne tak, jak powinny, zważywszy na to, ile pieniędzy na nie wydawała.

- Nie żeby nie próbował, kochanie. Masz rację, pewnie i oddychałby za mnie, gdyby mógł.

- To cię nie wkurza?

- Niespecjalnie. Nie martwię się niczym poza tym, czym muszę.

- Kiedy wracasz do pracy? Czy zarząd firmy taty nadal awanturuje się przez twój awans?

Westchnęła ciężko.

- Niedługo. I tak. Co tam w krainie zimy?

Wyjrzałam przez okno. Nie padało, ale wiatr zrzucał zmarznięty śnieg z gałęzi drzew.

- Chyba byłabym już gotowa na morze.

Przypatrzyła mi się, rozciągając kąciki ust w uśmiechu.

- Nie wyglądasz na gotową.

Zdrapywałam granatowy lakier z paznokcia kciuka.

- Nic nie czuję. Opalałyśmy się już na każdej plaży świata. Jeździłyśmy na nartach we wszystkich kurortach, od Estes po Alpy.

- Jesteś znudzona? - spytała Finley z rozbawieniem.

- Wyobcowana.

Przewróciła oczami, zdegustowana.

- Przestań, Ellison. Nie powielaj banalnego schematu. Bogata dziewczynka znużona życiem, otoczona gromadą ludzi, ale w głębi duszy sama jak palec.

- Nie traktuj mnie z góry. O ile sobie przypominam, ty też przez to przechodziłaś.

- Rzuciłam się w wir zakupów i spędziłam z tobą miesiąc na Barbadosie. Nie opieprzałam się. Ty zawsze lubiłaś specyfiki, masz to po matce, ale na litość boską, Ellie. Wybierz sobie jakieś hobby. Znajdź sobie chłopaka albo dziewczynę. Jakiś cel w życiu. Może Boga. Wszystko mi jedno, ale nie jęcz, że masz za dużo pieniędzy i za wiele możliwości.

Nie byłam pewna, jaką mam minę, ale niewykluczone, że odbijała ona to, co malowało się na twarzy Finley. Zakryłam oczy, a potem siadłam na kanapie i odchyliłam się na oparcie.

- O cholera, masz rację. Jestem jak Sterling.

- Nie jest z tobą tak źle, ale jeszcze trochę i będziesz się nadawała na odwyk. Nie jesteś znudzona, dokucza ci pustka. Przestań próbować zapełniać ją koką i haszem. Wiesz, że to gówno nie pomaga.

Popatrzyłam na nią zmrużonymi oczami.

- Ja cię kręcę, Finley. Kiedy zaczęłaś gadać jak starzy? Masz przydupasa, który miesza ci kawę, i chcesz uczyć mnie, jak żyć?

Wstała i podeszła kilka kroków do kanapy, po czym klapnęła obok mnie, zarzucając nogi na moje kolana. Wzięła mnie za rękę i splotła swoje palce z moimi.

- Betsy przedawkowała. Nie chcę, żeby coś takiego przydarzyło się tobie.

Wyprostowałam się.

- Betsy March?

Finley skinęła głową, gładząc wnętrze mojej dłoni kciukiem.

- Dziewięć miesięcy temu była w takim punkcie jak ty. Wszyscy to widzieliśmy.

- Ja nie.

- Ty zaginęłaś w akcji. Nikt cię już nie widuje. Pewnie poza Sterlingiem.

- Jedziemy w przyszłym tygodniu do Sanyi.

- Nie widziałam cię od sześciu miesięcy. Betsy miała w sobie pustkę. Nie chcę usłyszeć, że znaleźli cię leżącą na podłodze we własnych ekskrementach. Mówię do ciebie jak siostra. Musisz wziąć się w garść, po męsku.

- Po męsku? - powtórzyłam, uśmiechając się promiennie.

Finley starała się o lekki ton, ale szybko otarła oko. Wyciągnęłam do niej ręce.

- Fin, nic mi nie jest.

Skinęła głową.

- Wiem. Wszyscy mamy się dobrze, póki nie mamy się źle.

- Daj spokój. Cały dzień byłaś w podróży. Zrobimy ci ciepłą kąpiel, odprężysz się, zamówimy coś na wynos.

Uśmiechnęła się do mnie.

- Nic dziwnego, że się nudzisz. To brzmi okropnie.

- No dobra. Weź gorący prysznic, a potem pójdziemy na kolację i znajdziemy jakiś bar pełen seksownych miejscowych chłopaków.

Uśmiechnęła się szeroko.

- To już o wiele lepiej.

W Grove panował ruch, ale nie było pełno. Dziwne jak na sezon narciarski, ale uznałam, że mamy szczęście. Finley skupiała się na swoim kir royal i sąsiednich stolikach, ciesząc się, że przyciąga ciekawskie spojrzenia po prostu dlatego, że była piękna.

- Zawsze podobali mi się tutejsi faceci. Są seksowni w inny sposób niż to, do czego przywykłyśmy. Nieokrzesani. Fajnie zarośnięci.

- Większość z nich tak naprawdę nie jest stąd.

Wzruszyła ramionami.

- My też nie.

Jej telefon zabzyczał. Napisała szybko odpowiedź, lekko wkurzona na tego kogoś, kto wysłał jej wiadomość.

- Matka?

Pokręciła głową.

- Marco. Tylko się melduje.

Nachyliłam się, przyciskając prawie nagie piersi do blatu. Finley zauważyła to, ale nie zaprzątała sobie tym głowy.

- On się w tobie kocha? - spytałam.

- Nie wiem. Może. Skąd masz tę bluzkę? Strasznie sterczą ci z niej te twoje małe cycki.

- Wcale nie są takie małe.

- Daj spokój - rzuciła, gdy kelner stawiał przed nami edamame. - Masz najwyżej miseczkę B.

- Nie każdy chce sobie chirurgicznie wszczepić podwójne D, Fin.

Podniosła wzrok na kelnera. Zaczął mówić, ale przerwała mu:

- Tak, chcę kolejnego drinka. I nie, na razie nie może pan nam zaproponować nic więcej. Edamame wystarczy, wspaniale. Dziękuję.

Skinął głową i ruszył do kuchni.

- Napluje nam do jedzenia - stwierdziłam, kiedy znikał za wahadłowymi drzwiami.

Parsknęła śmiechem.

- Nie byłam niegrzeczna. Nie chciałam, żeby się trudził na próżno.

Oczy jej zabłysły. Wstała i objęła Sterlinga.

- Witaj, kochanie!

Sterling cmoknął ją w policzek, a potem prosto w usta. Nie wzdrygnęła się.

Popatrzył jej w oczy, pokręcił głową z uśmiechem.

- Fin. Jesteś piękna.

Uśmiechnęła się.

- Masz rację.

Przytrzymał oparcie krzesła, zanim usiadła, a potem pomógł jej podsunąć się do przodu. Obróciłam się, kiedy się nachylił, i pozwoliłam, by musnął ustami mój policzek.

- Żeby nie było nieporozumień... Pocałowałem twoją siostrę - powiedział, siadając obok Finley.

Spojrzała na niego, a potem na mnie.

- O czym on bredzi?

- Zmusiłam go wczoraj do tego - powiedziałam i z miejsca wyczułam wściekłość Finley. Nie chciała w tej chwili Sterlinga, ale należał do niej. - Żeby pozbyć się strażaka.

Uniosła brwi i popatrzyła pytająco na Sterlinga. Byli dziwną parą. Nosili ubrania i gadżety warte więcej niż przeciętny dom, ale oboje byli emocjonalnymi i moralnymi bankrutami. Finley mogła prawić mi kazania, żebym nie wpadła w czarną dziurę, ale miała w kieszeni mnóstwo osób i szafę pełną rzeczy - całkiem niepotrzebnych. Sterling kochał Finley, jednak nigdy by o nią nie błagał. Wolał pogrążać się w bezgranicznej rozpaczy, niż przyznać do porażki i próbować pokochać kogoś innego. Przyjaźniliśmy się, bo raptem niecały jeden procent populacji na świecie może doświadczać smutku posiadania nadmiaru pieniędzy i możliwości życiowych - nudy absolutnej wolności od finansowych ograniczeń.

Mogliśmy być pewni, że nie będziemy oczekiwać od siebie niczego poza czasem i nie będziemy liczyć na zaproszenia na kolejne darmowe wakacje. W naszych relacjach nigdy nie będzie chodziło o koneksje, ale o żarty, które tylko my rozumiemy, i długie nocne rozmowy. Wiedzieliśmy, że gdybyśmy kiedykolwiek mieli psioczyć na problemy z pieniędzmi, to nie dlatego, by dać do zrozumienia, że ich potrzebujemy. W gruncie rzeczy nic nas nie łączyło poza tym, co było dla nas wspólne, a co różniło nas od większości ludzi.

- Naprawdę ją pocałowałeś? - zapytała Finley Sterlinga.

Skinął głową, zbyt późno uświadamiając sobie swój błąd. Miał nadzieję, że będzie zazdrosna. Gniew zawsze wzbierał w mojej siostrze powoli. A teraz zaledwie zaczynał się gotować.

- Fin... - zaczęłam.

- Cicho. Nie masz prawa głosu.

Odchyliłam się na oparcie krzesła w nadziei, że atmosfera tego wieczoru nie może się już stać bardziej niezręczna.

Jedliśmy okonia i cielęcinę, buffalo ricottę i cykorię. Wypiliśmy o wiele za dużo drinków kir royal, po jakimś czasie niespostrzeżenie przeszliśmy na irlandzką whisky, a potem, po obdarowaniu kelnera największym napiwkiem, jaki w życiu widział, wyszliśmy na ziąb. Zapaliliśmy papierosy i wydmuchiwaliśmy białe obłoczki dymu w powietrze.

Zdawało się, że Finley nam darowała. Chichotała w pierś Sterlinga z moich dowcipów, ale za dobrze ją znałam, by dać się nabrać. On obejmował ją, korzystając z okazji, że na to pozwala. Poprowadziłam ich aleją do Turka, miejscowej spelunki, z wejściem od tyłu, celowo trudnym do znalezienia.

- Chcę zobaczyć tego twojego strażaka - oświadczyła Finley, pijana, w wesołkowatym nastroju.

- Pewnie go zastaniemy. Widziałam go tu. Większość miejscowych przesiaduje u Turka.

Weszliśmy, zdejmując kurtki i rękawiczki. Od baru pomachała do mnie Paige. Pozwoliłam jej się uściskać i poprowadzić do stolika w kącie. Zgodnie z przewidywaniami Tyler Maddox był obecny. Miał przed sobą kufel piwa, a za ucho zatknięty papieros.

- Ja pierdolę - powiedziała mi do ucha, ale niezbyt cicho, Finley.

Tyler udawał, że tego nie usłyszał. Podniósł się, uścisnął dłoń Sterlinga i zamaszystym gestem wskazał wolne krzesła, w tym własne. Zeke i jeszcze jeden facet stali, dopóki nie usiedliśmy, a potem czekali, aż Tyler znajdzie i przyciągnie do stolika dodatkowe krzesło.

Paige nachyliła mi się do ucha.

- Właśnie o tobie mówił.

- O, na pewno - odparłam.

Finley przedstawiła się Tylerowi, a potem Zeke'owi. Trzeci facet uścisnął jej dłoń, kiedy ją podała.

- Daniel Ramos - powiedział.

- Znany też jako Sugar - dodał z krzywym uśmieszkiem Tyler.

Finley zachichotała. Od razu zakochała się w Tylerze i Sterling to zauważył. Zbyt gwałtownie przestał się śmiać i czulić do Finley, i usztywnił się, siedząc między miłością swojego życia a Paige.

Paige oparła brodę na dłoni i uśmiechnęła się do Sugara.

- To takie przewidywalne.

- Co takiego? - zapytał.

- Wszyscy, którzy się tu przenoszą, są z Kalifornii.

- Nie miałem zamiaru zostać na sześć sezonów - powiedział Sugar.

Fioletowy czub Paige jarzył się w neonowych światłach baru.

- To po co tu przyjechałeś?

- Dla dziewczyny.

Zeke klepnął go po ramieniu.

- Czy nie jest słodki?

Sugar strzepnął jego dłoń i cofnął się.

- To gdzie ona jest? - spytała Paige, uśmiechając się najzalotniej, jak umiała.

- Nie ma jej tu - odparł, nachylając się do niej.

- Czy ktoś tu dziś obsługuje? - rzuciła z pretensją w głosie Finley.

I wtedy to zobaczyłam. Nagą prawdę pod błyskiem złości w jej oczach. Nie wybaczyła mi, a już na pewno nie Sterlingowi. Żeby ukarać nas oboje, zamierzała teraz flirtować ze strażakiem, o którym jej wspomniałam.

Tyler wstał i ruszył do baru.

- Załatwię to.

Słuchałam przez chwilę rozmowy Finley i Sterlinga, a równocześnie starałam się nie podsłuchiwać Zeke i Sugara. Ten ostatni narzekał na dziewczynę, a potem jego kumpel wspomniał o innym Maddoxie.

- Tyler ma brata? - spytałam.

- Czterech - odparł Zeke.

- Wyobrażacie sobie, jak by kręciło się tu takich pięciu Tylerów? - zażartowałam.

- Nie muszę sobie wyobrażać - stwierdził Zeke. - Widziałem to na żywo. Jest się czego bać.

Pokręciłam głową.

- Biedna ta ich matka. Ja bym się chyba zabiła.

Zeke poruszył się na krześle, skrępowany.

- Zmarła, kiedy byli mali.

Ukryłam twarz w dłoniach i spuściłam wzrok.

- O cholera. To okropne. Przepraszam - powiedziałam, zadowolona, że Tyler nie widzi, jak gryzę się w język.

- Nie ma sprawy - rzucił Zeke. - Przecież nie wiedziałaś.

Tyler wrócił z tacą szklanek i rozdał je siedzącym przy stoliku. Uniósł swoją.

- Za dobrych przyjaciół i piękne kobiety - oznajmił. Podnieśliśmy drinki, lekko zaskoczeni i pod wrażeniem tak sympatycznego toastu. - Które robią mi laskę.

Jego kumple zaśmiali się, a my pokręciliśmy głowami, ale wszyscy wypili whisky.

Tyler wstał, by zamówić następną kolejkę, a Paige nachyliła się do Sugara.

- Co to ma niby być, do cholery? Dlaczego on nagle zachowuje się jak ostatni palant?

Sugar popatrzył spod rzęs na Finley.

- Te siostry to skomplikowana sprawa.

Tyler wrócił na miejsce i ostrożnie postawił tacę na blacie.

- A co to takiego? - spytała Finley, dotykając jego ręki.

Sugar zrobił zabawną minę.

- Chyba nie zadziałało.

Paige obróciła się do mnie.

- Czy to nie głupie, że on stara się zniechęcić twoją siostrę?

- Nie jestem pewna - odparłam, widząc, jak Tyler na mnie patrzy.

Po chwili skupił się na Finley i przekręcił rękę, by mogła dokładniej obejrzeć sobie strzałkę wytatuowaną tuż nad łokciem.

- To wie tylko Taylor - powiedział.

- Twoja dziewczyna? - spytała Finley.

Tyler i Zeke zaczęli się śmiać.

- Nie - odparł Tyler. - Taylor to mój brat.

- Taylor i Tyler. Urocze - stwierdziła Finley, nie odrywając palców od jego ręki.

- Podobno jest jeszcze trzech - wtrąciłam.

Siostra spojrzała na mnie, zastanawiając się, skąd znam takie szczegóły. Skinęłam w kierunku Zeke. Uśmiechnęła się, nie przestając gładzić ramienia Tylera.

- Więc jest was pięciu? - spytała. - To tak nauczyłeś się bić?

- O... - Tyler wyraźnie się speszył. - Widzę, że słyszałaś.

- No i?

- Głównie tak.

- Biliście się kiedyś o dziewczynę? - spytała.

Zrobiło mi się jej trochę żal. Finley tak bardzo starała się, żebyśmy byli zazdrośni, ja i Sterling, że zachowywała się jak zdesperowana turystka.

- Nie - odparł. - Nigdy.

- Nie wierzę. Przecież na pewno, choć raz, podobała się wam ta sama dziewczyna? - nie odpuszczała.

Tyler poprawił się na krześle.

- Żaden z nas nie pobił się z drugim o coś takiego. Na szczęście każdego z nas pociąga zupełnie inny typ. Większość z nas w każdym razie.

- A jaki jest twój typ? Blondynka? Bogata? Nimfomanka? - pytała Finley, nachylając się do niego.

Wzdrygnęłam się.

- Fin...

Sterling wstał.

- Ja już się chyba pożegnam.

- Nie - jęknęła Finley i przytrzymała go. - Nie wygłupiaj się. Dopiero co przyszliśmy.

Rzucił na stolik kilka banknotów, które z naddatkiem mogłyby pokryć rachunek za drinki całego towarzystwa, i ruszył do drzwi. Finley zmarszczyła brwi, ale poszła za nim.

Tyler obserwował mnie kilka sekund, a potem nachylił się, opierając łokieć na stole.

- Ty też wychodzisz?

Podniosłam szklankę i wychyliłam ją, po czym pokręciłam głową.

- Ona wróci, on nie.

- Skąd wiesz? - zapytał.

- Przyjaźnimy się od dawna.

Zeke zaśmiał się, zakrywając usta dłonią i starając się patrzeć wszędzie, byle nie na mnie.

Uniosłam brew.

- Co cię tak śmieszy?

Odchrząknął, prostując się nieco na krześle.

- Nic. Dziwne z was trio. Czy on z nią jest? Ona mieszka z tobą? - Podrapał ciemnawy zarost na brodzie. Czekał, co odpowiem.

- To moja siostra. Czy wy, chłopaki, kiedyś pracujecie? - spytałam. - Widzę tylko, jak balujecie, pieprzycie panienki i rozbijacie się po okolicy służbową bryką.

Tyler zamówił następną kolejkę do stolika.

- To firmowy van. I owszem, harujemy jak woły. Tylko teraz niewiele się dzieje. Pracujemy dla miasta poza sezonem.

Sugar uniósł kieliszek w kierunku Tylera.

- To prawda. Nieraz ratowaliśmy to miasto.

Podniosłam wysoko szklankę.

- Za walkę z ogniem czy cokolwiek tam robicie!

- Walkę z ogniem czy cokolwiek? - Tyler zdawał się obrażony.

Zaśmiałam się.

- Och, przestań. Sami wybraliście sobie tę pracę. Nikt nie musi was za to czcić.

- Jasne - rzucił i wstał.

Złapał za oparcie swojego krzesła. Pod rękawem koszulki stężały mięśnie jego przedramion. Poprawił znoszone skórzane bransoletki z koralikami na prawym nadgarstku. Miał nierówne paznokcie i grube knykcie od strzelania nimi, jak to zrobił dwa razy, od kiedy Paige zaprowadziła nas do ich stolika. Chciałam poczuć te palce w sobie, napinające się przedramię, kiedy przyciągał moje biodra. Chciałam czegoś, co mi się dotąd nie zdarzało - powtórki.

- Uspokój się, Maddox - powiedział Zeke. - Ona ma trochę racji.

- Nie ma. Kompletnie się myli.

Mrugnęłam do Zeke.

- Co robisz później?

Zeke rozejrzał się na boki, a potem pokazał na swoją pierś.

- Ja?

- Tak. Podniecają mnie flanelowe koszule. Uwielbiam takich seksownych drwali jak wy.

Zachichotał, a potem przycisnął pięść do ust, dławiąc się własną śliną, gdy zorientował się, że nie żartuję.

Krzesło Tylera z hukiem uderzyło o blat, kiedy je odepchnął i ruszył do baru. Oparł się łokciem o ladę i zaczął zagadywać barmankę, Annie. Zaśmiała się i pokręciła głową, trzepocząc rzęsami, jak tego oczekiwał.

- Nie wiem, w co wy gracie - powiedział Zeke. - Ale nie zamierzam dać się w to wciągnąć.

- Mądry chłop - stwierdził Sugar, poklepując go po ramieniu.

- Świetnie - rzuciłam i popatrzyłam na Paige. - A co ty robisz później?

- A ty? - spytała z łobuzerskim uśmieszkiem.

Nie przeszkadzało jej, że jest planem B, a nawet C.

Uśmiechnęłam się.

- Dobra odpowiedź.

Zeke uniósł brodę, patrząc na kogoś wysokiego stojącego za mną.

- Cześć, Todd. Myślałem, że już cię tu nie wpuszczają? - odezwał się.

Todd przestąpił z nogi na nogę. Miał żółty siniec na policzku.

- Maddoxa wyrzucali stąd więcej razy niż mnie. A ty przyszedłeś tu z nim.

Zeke skinął głową.

- Masz rację. Nie wiem, czemu stale to sobie robię.

Sugar poklepał przyjaciela po plecach.

- Powinniśmy iść.

Todd nachylił się i przytknął swoją skroń do mojej. Byłam bardziej zaintrygowana niż oburzona, więc czekałam bez ruchu na dalszy ciąg.

Sugar przysunął się, gotów do zadania ciosu. Jego granatowa koszula z guzikami przy kołnierzu kryła potwora. Był jak z kamienia, może nawet mocniej zbudowany od Tylera i równie wysoki. Obaj byli ostrzyżeni na zapałkę, ale Sugar mniej przypominał wściekłego psa, a bardziej wyszkolonego żołnierza.

- Może przyłączę się do was - zwrócił się do mnie Todd.

Uśmiechnął się, zdecydowanie za bardzo zbliżając twarz do mojej, ale nie cofnęłam się. Był nabuzowany. Chciałam być w pierwszym rzędzie, żeby zobaczyć, co się będzie działo.

- Todd - rzucił ostrzegawczo Sugar. - Maddox pił.

- Ja też - odparł Todd, uśmiechając się do mnie. - Jak masz na imię, piękna?

- Właśnie tak - powiedziałam, naśladując wyraz jego twarzy. - Tak mam na imię.

- Piękna? - powtórzył ubawiony.

- Mercer - odezwał się Tyler, tubalnym głosem przebijając się przez muzykę. Stał tuż za Toddem, prowokując go tym skróceniem dystansu.

Sugar wstał.

- Maddox, wychodzimy.

Tyler, z uniesionym lekko jednym kącikiem ust, nie spuszczał wzroku z Todda.

- Nie zostawimy tu przecież tych pięknych dziewczyn.

Paige dotknęła mojej dłoni, a ja ścisnęłam jej rękę. Nie dlatego, że się bałam; to zagęszczenie testosteronu w atmosferze sprawiało, że moje kobiece zakamarki błagały o najlepszy rodzaj bólu.

Zeke też wstał. Barmani zauważyli, co się szykuje.

Todd i Tyler patrzyli na siebie dobre dwadzieścia sekund, nim wreszcie Todd się odezwał:

- Ciekaw jestem...

- Na pewno mogę powiedzieć - odparł Tyler.

- ...czy jesteś, kurwa, coś wart, jak nie masz obok braciszka.

Oczy Tylera zabłysły.

- Nie rób mi próżnej nadziei, Mercer. Zaczynaj albo spieprzaj.

Bez namysłu stanęłam między nimi i podniosłam wzrok.

- Po co to robicie, chłopaki? Dlaczego oni mówią do siebie po nazwisku? Czy imiona są tylko dla mięczaków? Zbyt intymne?

Sugar wyciągnął do mnie rękę.

- Chodź tu, Ellie.

Skrzywiłam się.

- Oni nic nie zrobią.

- Nie? - zapytał Todd, niepewien, czy się obrazić, czy przyjąć to z ulgą.

Dotknęłam jego ramion, wspięłam się na palce, by pocałować go delikatnie w policzek.

- Podziękujesz mi później.

Poderwałam kolano do góry i zatopiłam mu je głęboko w kroczu. Zgiął się wpół, a potem padł w pozycji embrionalnej na ziemię. Wszyscy dokoła stali w szoku.

- Hej! Wynoście się stąd! - wrzasnęła Annie.

Tyler złapał mnie za rękę i wyciągnął na zewnątrz, przepychając się przez drzwi. Pobiegliśmy alejką i potem naprzód ulicą. Nasze buty skrzypiały na śniegu.

Tyler nie zatrzymywał się, póki nie dopadliśmy do ich białego dodge'a. Za nami zaraz pojawili się jego koledzy.

Przycisnął guziczek przy kluczu i popatrzył na mnie z góry. Uśmiechał się zaskoczony. Jego oddech unosił się białym obłoczkiem w zimnym nocnym powietrzu. Skinął na wóz, którego tylne drzwi dla pasażerów otworzyły się i zamknęły.

- Wsiadaj. Odwiozę ich, a potem...

- A potem co?

Wzruszył ramionami.

- Odwiozę ciebie.

Wetknęłam dłonie do kieszeni kurtki i pokręciłam głową.

- Nie. Muszę wrócić i zaczekać na Fin.

- Jest ze Sterlingiem.

- Ale zostawiliśmy tam też Paige.

- Czemu to zrobiłaś? - zapytał. - Nigdy nie widziałem, żeby dziewczyna coś takiego wycięła, w życiu. No, może raz w szkole średniej, ale nie z taką przyjemnością.

- Ten siniec na twarzy. To ty go walnąłeś?

Skinął głową.

- Dwa tygodnie temu. Bójka w barze. Było ostro.

- Ale ty nie masz żadnych sińców.

Wzruszył ramionami.

- Nie lubię, jak mnie biją. Więc nie daję się uderzyć.

- Nikt nie lubi.

- Ale ja nie pozwalam się trafić.

- Jakim cudem? Trenowałeś czy co?

- W pewnym sensie. Mam czterech braci.

- A mówiłeś, że się nie bijecie...

- Nie o dziewczyny.

- Oni wszyscy są tacy jak ty? Ci twoi bracia?

Znów wzruszył ramionami.

- W dużym stopniu.

- To wiele wyjaśnia.

Zrobił krok w moim kierunku. Miał w oczach coś podobnego jak wtedy przy schodach u mnie w domu.

- Nie musiałaś tego robić. Miałem to pod kontrolą.

- Nie zrobiłam tego dla ciebie. Tylko dla niego.

- Bo wiedziałaś, że go zabiję?

Parsknęłam śmiechem, a potem oblizałam wargi, kiedy zobaczyłam, jak wyciąga papierosa.

- Poczęstuję się jednym.

Tyler trzymał swojego papierosa w ustach, kiedy zapalał mi mojego. Osłaniał dłonią zapalniczkę, zaciągając się. Wypuściliśmy dym w tym samym momencie. Czułam, że zaczynam dygotać.

- Jedź do domu ze mną - powiedział.

Pokręciłam głową.

- Zabieram do siebie Paige. Spodobał się jej Sugar. A teraz siedzi tam sama, czuje się wybrakowana, choć tak naprawdę jest najpiękniejszą istotą, jaka pojawiła się w tej dziurze.

- Nie najpiękniejszą - mruknął, odwracając wzrok. Kiedy nie odpowiadałam, obejrzał się i spojrzał na mnie. - Chcę odwieźć cię do domu.

- Dziś wieczorem jestem w nastroju na coś delikatniejszego.

Pochylił się i pocałował mnie w usta.

- Potrafię być delikatny.

Wdychałam jego zapach, czując napięcie między udami.

- Nie tak jak my.

Dotknął palcami mojego karku, przyciskając mnie do drzwi, a potem swoje usta do moich warg, smakując mnie jak tamtej pierwszej nocy, z tęsknotą, w której rozpływał się cały mój rozsądek.

Oderwał się ode mnie i przesunął kciukiem po mojej dolnej wardze.

- Pieprzyć Paige.

- Zamierzam to zrobić - powiedziałam, cofając się kilka kroków, nim się obróciłam.

Tyler prychnął, a potem usłyszałam, jak otwiera drzwi i zamyka, po czym włącza silnik. Przeszłam przez ulicę i wróciłam do Turka. Paige stała na zewnątrz, na zasypanej śniegiem alejce. Paliła. Na mój widok wyraźnie jej ulżyło.

- Wróciłaś - powiedziała.

Mój telefon zabzyczał, ekran się ożywił. Zobaczyłam selfie Finley o jakości jak do kolorowego magazynu i zmarszczyłam brwi.

W drodze. Marco nas zawiezie.

Jęknęłam i wcisnęłam komórkę z powrotem do tylnej kieszeni.

- Złe wieści? - spytała Paige.

- To tylko... ta dziewczyna, z którą byłam, moja siostra, Finley. Ma asystenta. Jest z nim teraz. Przyjadą po nas.

- Po nas?

Przybrałam łagodniejszy wyraz twarzy.

- Tak. Masz jakieś plany na najbliższe trzy godziny? Albo do jutra rana?

Przełknęła ślinę i uśmiechnęła się, kręcąc głową. Miała taką słodką twarz. Koniec jej niewinności to była świeża sprawa i widziałam, że nadal lubiła udawać, że coś takiego istnieje.

Oślepiły nas reflektory auta. Obie zakryłyśmy oczy.

- Pojebało cię, Marco? Wyłącz te światła!

- Przepraszam! - krzyknął zza kierownicy.

Światła przygasły. Wyciągnęłam rękę do Paige.

- To nic w stylu "i odtąd żyli długo i szczęśliwie". To tylko na ten wieczór.

Zahaczyła palce o moje i skinęła głową, ruszając za mną do wynajętego przez Marco auta.

- Cześć - powiedziała Finley, kiedy sadowiłyśmy się z tyłu. Miała rozmazaną szminkę i tusz do rzęs.

Zdębiałam.

- Rany, co z tobą? Błagam, nie mów tylko, że z poczucia winy zrobiłaś laskę Marco.

Uśmiech Finley zbladł. Odwróciła się.

- Wieź nas do domu.

- Tak jest, panno Edson.

Rozdział 4

FINLEY WPAROWAŁA DO MOJEGO pokoju opatulona puchatym białym szlafrokiem. Niosła pudełko owinięte grubym jasnym papierem owiązanym jaskrawoniebieską wstążką. Włączyła światło i cofnęła się. Nie było już śladu po rozmazanym tuszu. Wyglądała zwyczajnie, jak to ona - śliczna bez makijażu, którego wcale nie potrzebowała.

Zauważyła na moim łóżku leżącą na brzuchu nagą Paige. Dołączyła do mnie na ławie przy parapecie.

Podała mi paczkę i oparła się o ścianę.

- Otwórz.

Zrobiłam, o co prosiła, szarpiąc paradną kokardę i papier, pod którym ukazało się tekturowe wieczko. W pudełku było kolejne pudełko. Podniosłam je, widząc z boku zdjęcie aparatu fotograficznego.

- Co to?

- Nie najdroższy aparat dla początkujących, jaki istnieje, ale najlepszy. A w każdym razie tak powiedział mi Google.

- To był twój pomysł?

Wzruszyła ramionami.

- Marco. Wspomniał, jak strasznie nudziłaś się na Maui, póki nie ukradłaś mu aparatu. Naprawdę był pod wrażeniem niektórych twoich zdjęć. Myślał, że to może być dla ciebie fajny prezent.

- Ledwie pamiętam Maui.

- I dlatego aparat na pewno ci się przyda.

Zdjęłam nakładkę z obiektywu, włączyłam zasilanie, ustawiłam kilka rzeczy, które rozpoznałam, i skierowałam obiektyw na Finley. Zakryła twarz dłońmi.

- Ani się waż.

Odwróciłam się do Paige, przybliżyłam zoomem jej dłoń leżącą na zmiętych prześcieradłach i cyknęłam.

Na ekraniku natychmiast pojawił się obraz, obróciłam więc aparat, żeby Finley mogła zobaczyć.

- Marco miał rację. Masz wrodzony talent.

- Dzięki za prezent - powiedziałam.

Rzeczywiście od razu czułam, że idealnie leży mi w dłoniach - był czymś, czego mogłam się trzymać.

Finley skinęła na Paige.

- To słodka dziewczyna. I, Boże... szaleńczo piękna. Musiała się nieźle sparzyć, żeby budzić się w twoim łóżku. Jakby ją wysmarowali smołą i posypali pierzem. Biedna mała.

- Wiem.

- To może nie powinnaś...

- Wiem. Ostrzegłam ją.

- Zdajesz sobie sprawę, że to nie działa. Z ludźmi takimi jak ona nie ma happy endów. Niszczymy ich.

Zdusiłam palący się czubek papierosa i wyrzuciłam niedopałek za okno, by spoczął z setkami innych w ukrytym cmentarzysku marlboro na dole.

- No nie wiem. Sądziłam, że wczorajszy wieczór to było szczęśliwe zakończenie.

- Mówię poważnie, Ellie.

- Zauważyłam.

- I żebyśmy miały jasność: nie robię lasek z poczucia winy. To twoja pieprzona specjalność.

- Nie powinnam była tego mówić. Trochę mi odbiło. Ten strażak mnie pocałował. Chciałam zabrać do domu kogokolwiek, byle nie jego.

- Ten przystojniak?

Kiedy skinęłam głową, przygarbiła się.

- A niech to, ja go chciałam - dodała.

- Nieprawda.

- Starałam się to ignorować.

- Ignorować co? - Popatrzyłam na Paige. Nadal czułam jej miękkie dłonie na całej sobie, jej słonawą słodycz na wargach.

- Że on się w tobie durzy. Kiedy tylko otwierałam usta, miałam wrażenie, że mu przeszkadzam. Tak strasznie chciał, żebyś na niego spojrzała, a ty gapiłaś się na tę jagodową muffinkę - powiedziała, wskazując na Paige.

- Nie byłam jej pierwszym wyborem. Wolałaby obudzić się obok Sugara.

- Sugar rozmawiał z Zekiem o jakiejś innej kobiecie. Wydaje mi się, że leczy złamane serce. Lepiej, żeby Paige w to się nie pchała. - Finley przyjrzała się jej, jakby to był umierający kotek. - Może nic jej nie będzie.

- Będzie dobrze - rzuciłam, wstając.

Przeszłam przez pokój, położyłam się obok nagiego arcydzieła na moim łóżku i umościłam się wygodniej.

Paige sięgnęła do tyłu i otuliła się mocniej moimi rękami, nie otwierając oczu.

Finley pomachała do mnie i powiedziała bezgłośnie: "brunch za dwie godziny", po czym wyszła.

Oparłam policzek na jedwabistej skórze pleców Paige, wdychając urzekającą mieszankę papierosowego dymu i balsamu. Poruszyła się. Jej fioletowe włosy ciągnęły się za nią na poduszce jak ogon pawia. Nie bałam się jej uczuć ani niezręcznego pożegnania, które nieuchronnie musiało nastąpić. W tej nieistniejącej przestrzeni pomiędzy nami poczułam autentyczną ciekawość, co zrobi ze swoim życiem po mnie. Zarzuciłam nogę na jej nogi, gładkie kończyny przebijające się spod drogiej pogniecionej pościeli, która ledwie zakrywała jej idealnie wyrzeźbiony tyłek. Ten sam, który wypinał się i poruszał pod moimi palcami aż do chwili, kiedy niebo rozświetliły pastelowo pierwsze promienie słońca.

- Nie śpię - szepnęła. - Boję się, że jak się ruszę, to wszystko się skończy.

Przytrzymałam aparat przed jej twarzą, włączyłam go i wyświetliłam zdjęcie jej dłoni. Wszystko poza nią było zamglone, jednak fioletowych włosów nie dałoby się pomylić z fryzurą nikogo innego. Byłam przygotowana na to, że każe mi usunąć zdjęcie, ale ona sięgnęła, by pogładzić moją twarz.

- Piękne.

- Mogę je zatrzymać?

- Tak. Czy to już koniec?

- Koniec - odparłam. - José odwiezie cię do domu.

- Kto to jest José? - spytała.

Usiadła i przeciągnęła się, wcale nie robiąc wrażenia zmartwionej.

- Pracuje tu.

Uśmiechnęła się. Jej wielkie jak jeziora, zaspane, zadowolone oczy zniknęły kilkakrotnie za rzęsami, nim trochę oprzytomniały.

- Ubiorę się.

Wyskoczyła z łóżka, wciągnęła obcisłe dżinsy i sweter, a potem długie buty.

- Śniadanie jest na dole. Maricela poda ci wszystko, czego zechcesz.

Paige skinęła głową, przyciskając do piersi torebkę. Naprawdę nie zamierzała prosić, żebym do niej dołączyła. Nie zamierzała o nic prosić.

- Może się jeszcze gdzieś zobaczymy - powiedziała.

Oparłam głowę na ręce.

- Drugi raz już mi się tak nie poszczęści.

Nie próbowała ukryć, że jej to pochlebiło. Jej policzki zaróżowiły się. Zabrała kurtkę i znikła w korytarzu. Gdy schodziła po schodach, jej kroki ledwie było słychać, ale głos mojego ojca niósł się po domu, kiedy ją przywitał.

Oparłam się o zagłówek, czekając cierpliwie, bez strachu, na jego przesłuchanie. Będzie się złościł na rachunek za sprzątanie, ale bardziej ze względu na ten zdewastowany obraz Petera Maxa niż pieniądze. Kochał mnie najbardziej w świecie i dobrze się składało, bo moje humory i postępki kosztowały go miliony. Ferrari, pożar we włoskiej willi wspólnika, opłaty prawne - zwane też łapówkami - byle tylko uchronić mnie przed więzieniem...

Zatrzymał się gwałtownie w progu, niczym wampir, który musi czekać na zaproszenie.

- Cześć, tato. Jak tam podróż?

- Ellison - zaczął, starając się nie okazać, jak bardzo jest zawiedziony. - Przyjechaliśmy wcześniej, żeby z tobą pomówić. Nie żebyśmy cię nie kochali, króliczku...

- Wiem, że mnie kochacie - odparłam.

Miałam spokojną minę, ale zastanawiałam się, dokąd prowadzi ta rozmowa. Zwykle zaczynał od czegoś w stylu: bardzo nas rozczarowałaś, ale kochamy cię i oczekujemy, że się poprawisz. Tym razem było inaczej.

Westchnął, wyraźnie już zmęczony wychowywaniem mnie. Dwie pary szpilek zastukały w korytarzu. Usiadłam wyżej, kiedy do pokoju weszła matka, a za nią jej osobista psychoterapeutka, Sally.

- Philip, mówiłam, żebyś zaczekał - powiedziała zdyszana matka, uśmiechając się do mnie jak zawsze, tak jakby jej sztuczny uśmiech mógł w cudowny sposób złagodzić znaczenie słów.

- Ja tylko...

- Panie Edson - odezwała się Sally. - To ważne, żebyśmy trzymali wspólny front, pamięta pan?

- A to co znowu? - spytałam ubawiona. - Jakaś interwencja?

- Kochamy cię - powtórzył tata.

Matka położyła dłoń na jego piersi, a potem zrobiła krok naprzód i splotła palce na wysokości talii.

- Ellison, kiedy twój ojciec i ja dowiedzieliśmy się o tej imprezie i związanych z nią szkodach, to już przekroczyło granice naszej wytrzymałości. Ostrzegaliśmy cię nieskończoną ilość razy. Jesteś dorosła. Naprawdę nie ma na to usprawiedliwienia.

- Po co wam tu Sally? - spytałam.

Matka ciągnęła:

- Doszliśmy do punktu, kiedy obawiamy się o twoje bezpieczeństwo i bezpieczeństwo innych. Ile lat miała ta dziewczyna, która właśnie wyszła?

- Wystarczająco dużo - stwierdziłam, moszcząc się na poduszkach.

Przeciągnęłam się, by ukryć niepokój. Jeszcze nigdy nie robili takiej konfrontacji. Zwykle kłócili się zażarcie, w mojej obecności, jak sobie ze mną poradzić, a potem ojciec wysyłał mnie na luksusowe wakacje, jak te, na które właśnie wybierałam się z Finley.

Matka przestała unosić brwi, by wygładzić nieco głębokie zmarszczki na czole.

- Twój ojciec i ja zdecydowaliśmy... - Odchrząknęła. Choć zdesperowana, nie była całkiem pewna tego, co zamierzała obwieścić.

- Meredith... mów dalej - ponagliła ją Sally.

- Masz szlaban.

- Że co?! - Zachichotałam zdumiona.

Nigdy w życiu nie miałam szlabanu, nawet kiedy byłam młodsza i naprawdę mogli mi to zrobić.

Matka pokręciła głową, a potem wycofała się do ojca. Objął ją, jakby właśnie zidentyfikowali moje zwłoki.

Prowadzenie przejęła Sally.

- Twoja podróż nad Morze Południowochińskie jest odwołana, karty kredytowe są zablokowane, podobnie jak dostęp do posiadłości rodzinnych i obsługi. Możesz zostać tu przez trzy miesiące. Musisz znaleźć sobie zatrudnienie, a kiedy zwrócisz rodzicom koszty strat, jakie spowodowałaś w rezydencji, niektóre z twoich przywilejów zostaną ci przywrócone.

Zacisnęłam zęby.

- Odpieprz się ode mnie, Sally.

Terapeutka nawet nie mrugnęła.

- Ellison, naprawdę - powiedziała matka. - Maricela i José zostali poinstruowani, żeby zapewnić ci jedzenie i sprzątać główną część domu. Wszystko poza tym to już twoja sprawa.

- Chwileczkę... Zamierzacie zostawić mnie bez jednego centa, samą... bo wiem, że Fin i tak pojedzie... i bez transportu, ale chcecie, żebym znalazła pracę i zarobiła kilkadziesiąt tysięcy dolarów, płacąc jednocześnie za utrzymanie i wynajem? Za benzynę, taksówki, papier toaletowy, jedzenie? Niby jak miałabym dać sobie radę z tym wszystkim naraz? Macie pojęcie, ile wynosi czynsz w tym mieście? To, co proponujecie, jest idiotyczne.

- My nie proponujemy - odezwała się Sally. - Tak teraz wygląda twoje życie.

Założyłam ręce na piersi.

- Jestem pewna, że moje wybryki uderzyły w twoje zarobki, Sally.

- Króliczku... - zaczął ojciec.

Sally uniosła dłoń.

- Mówiliśmy o tym, panie Edson. Ellison, nie chodzi o mnie. Chodzi o ciebie.

- A co ty z tego masz? Co ci z tego przyjdzie? - spytałam, gotując się ze złości.

- Nic. Uzdrawianie twojej rodziny to moja praca.

- Nie na długo - ostrzegłam. - Nie zapominaj, kto podpisuje czeki, Sally. Rodzice nie będą długo wierzyć w kity, które im wciskasz. - Wskazałam na ojca. - Tato, nie możesz jej na to pozwolić.

- Tak będzie najlepiej - bąknął bez przekonania.

- Najlepiej dla kogo? Wychowaliście mnie na taką, jaka jestem. I teraz macie mnie za to karać? Nie byłam taka. Próbowałam być grzeczna, żebyście zwrócili na mnie uwagę. Ale to nie działa!

- Wzbudzanie poczucia winy - stwierdziła Sally.

- To miasteczko turystyczne! Żadna dostępna tu praca nie zapewni takiej pensji, żeby spłacić, ile niby jestem winna, a na dodatek samodzielnie się utrzymać! To musiałoby mi zająć wiele, wiele lat!

- Mnożenie wymówek - powiedziała Sally.

Kiedy zobaczyłam, że ojciec nie zdradza ochoty na odwołanie wyroku, wydęłam dolną wargę i usiadłam po turecku, żeby przypominać nadąsane dziecko.

- Wiem, że zawaliłam. Poprawię się, tatusiu, przysięgam.

- Targowanie się - skwitowała Sally.

Po moim policzku spłynęła łza.

- Znienawidzę was po tym. Nie będziemy już sobie bliscy. Nigdy już się do was nie odezwę.

Sally odchrząknęła.

- Manipulacja. Te łzy są narzędziem, Philip.

- Pieprz się, ty wstrętna cipo!

Zacisnęłam prześcieradło w dłoniach i padłam z wrzaskiem na materac.

Rodzice zrobili wielkie oczy. Z kolei Sally chyba kamień spadł z serca.

- No właśnie. Oto prawdziwa Ellison. Nie jesteś bez centa. Nadal możesz korzystać z domu. Maricela zadba o podstawowe zaopatrzenie. A reszta, jak powiedziała Meredith, to już twoja sprawa.

Ojciec patrzył na mnie z bólem w oczach. Wiedziałam, że cierpi katusze.

- Kochamy cię. Masz rację, króliczku, zawiedliśmy. A to jedyny sposób, jaki widzimy, żeby to naprawić.

- Jasne - syknęłam przez zęby. - Zawsze woleliście zwalić na kogoś odpowiedzialność za mój los.

Skrzywił się, a matka wyprowadziła go z pokoju. Została tylko Sally. Uśmiechała się bardzo zadowolona z siebie.

- Idź już sobie - rzuciłam, patrząc w okno po drugiej stronie pokoju, gdzie zaledwie pół godziny wcześniej siedziałyśmy z Finley, podziwiając urodę Paige, i dyskutowałyśmy o tym, że nie powinnam jej niszczyć.

- Możesz dzwonić do rodziców. Ale nie dręcz ich. Nie błagaj. Nie staraj się zmienić ich zdania. Będę z nimi przez kolejne trzy miesiące. Twoje rachunki telefoniczne zostały przepisane na ciebie. Teraz ty za nie odpowiadasz. Masz pakiet podstawowy, chyba że będziesz już mogła sobie pozwolić na więcej, używaj więc telefonu mądrze.

Obejrzałam się na nią, w nadziei, że wzrok może zabić.

- Czemu jeszcze tu jesteś?

- To ważne, żebyś wykorzystała ten czas na poprawę. To będzie prawdziwy przełom, Ellie. Nie zaprzepaść tej szansy. Dla twoich rodziców to najcięższa próba w życiu. A robią to, bo cię kochają.

- O mój Boże, Sally. Masz rację. Jestem uleczona.

Sally parsknęła śmiechem.

- Cieszę się, że zachowujesz poczucie humoru.

- To nie poczucie humoru, idiotko, ale sarkazm. Pieprz się razem z moimi naiwnymi rodzicami, ty zachłanna, podstępna żmijo.

- Wszystkiego najlepszego, moja droga. Mam nadzieję, że niedługo się usłyszymy.

- A ja mam nadzieję, że będziesz pisać wiadomość do rodziców z prośbą o forsę dwie sekundy za długo i nim podniesiesz wzrok, zderzysz się czołowo z ciężarówką pełną toksycznych odpadów.

Nie sprawiała wcale wrażenia przerażonej, tylko smutnej, kiedy bez słowa obróciła się do drzwi. Rozmawiała o czymś cicho z rodzicami, Maricelą i Josém, nim drzwi frontowe się zamknęły i ich samochód ruszył do bramy.

Łomotałam pięściami w materac, wrzeszcząc wniebogłosy. Wyrywające mi się słowa nie miały sensu i nie potrafiłabym sobie przypomnieć ani zdania, ale nie miałam wyjścia i nie mogłam zrobić nic więcej.

Pobiegłam korytarzem do pokoju Finley. Jej łóżko było posłane, pokój pusty, bagaż zniknął.

- Co jest, do kurwy nędzy? - mruknęłam, pędząc do siebie po telefon. Zadzwoniłam do Finley.

Odebrała natychmiast.

- Ellie? O Chryste, skarbie, jestem w samochodzie z Marco. Ledwie dali mi czas się ubrać. Maricela spakowała moje rzeczy i siedziała już przy drzwiach, kiedy wróciłam do swojej sypialni.

- Też cię wywalili?

- Nie. Kazali mi lecieć do Sanyi. Powiedzieli, że potrzebujesz pobyć trochę sama.

- O, jasna cholera. Stawiają mnie do kąta?

Finley milczała.

- I co ty zrobisz? - spytała po chwili. - Matka mówiła, że odcięli cię od pieniędzy.

- No... nie wiem. Jeszcze nie myślałam. Chyba... Chyba...

Gdybym poprosiła Finley o pieniądze, byłabym równie żałosna jak te gnidy, na które psioczyłyśmy już jako nastolatki.

- Mam zakaz pomagania ci - wysapała przybita. - Ale zostawiłam całą gotówkę, którą miałam przy sobie, w szafce nocnej. Jakieś osiemset, dziewięćset dolarów. Zabrała twój paszport i zamroziła wszystkie twoje konta. Tak mi przykro.

- Wiedziałaś, że to się stanie? To dlatego przyjechałaś do domu?

- A skąd! Jesteś moją siostrą, Ellie...

- Będzie dobrze. Dzięki za gotówkę. Kiedy złość im przejdzie, zrobi im się przykro i zmienią zdanie.

- Nie - odparła cicho Finley. - Przekazali kontrolę nad tobą Sally.

- Bzdura. To nawet niemożliwe.

- Podpisali umowę. Sally musi akceptować wszystkie wydatki i wsparcie dla ciebie. Tak mi powiedziała matka. Nie wiem, co zrobią, jak nie znajdziesz mieszkania. Sally mówiła o przytułkach w Estes Park.

Nigdy dotąd nie słyszałam takiego strachu w głosie siostry.

- To jakiś... absurd. Kiedy tata skończy z tą idiotyczną akcją, każe Sally spadać. Kocha mnie bardziej niż swoje sumienie, bardziej niż matkę... a już na pewno bardziej niż cholerną umowę z tą babą pozującą na wielką terapeutkę.

- No właśnie. Kocha cię najbardziej w świecie, Ellie. Bardziej niż własne poczucie winy czy dumę albo twoją złość. Bardziej niż mnie.

- To nieprawda, Finley. Ty jesteś tą dobrą córką.

- A ty tą, która wymaga najwięcej uwagi.

Zakłuło mnie w piersi. Tak rzeczywiście było, przez co bolało jeszcze bardziej. Nie wiedziałam, że Finley tak o mnie myśli. A tylko jej zdanie się dla mnie liczyło.

Ciągnęła, jakby wcale nie wyrwała mi właśnie serca z korzeniami:

- Za wcześnie wyrokować, ale nie liczyłabym w najbliższym czasie na ich pomoc. Tym razem nie żartują. Przesadziłaś.

- Musisz z nimi pogadać.

- Próbowałam. Z tobą też próbowałam rozmawiać, jak może pamiętasz.

- Fin, jesteś moją siostrą. Pomóż mi.

Milczała chwilę, a potem westchnęła.

- Jestem.

Choć nie mogła mnie widzieć, kiwnęłam głową i dotknęłam palcami ust. Miała rację, co nie znaczyło, że to wszystko było w porządku. Rodzice mogli zaznaczyć swoje stanowisko w jakiś mniej drastyczny sposób.

- Miłej podróży - powiedziałam.

- Tak mi przykro, Ellie.

- No tak - odparłam, naciskając przerwanie rozmowy. Telefon poleciał z mojej dłoni na łóżko. Wyjrzałam przez okno na śnieg sypiący się z gałęzi drzew. Znaleźć pracę? Mam dyplom z ceramiki. Gdzie, do cholery, mogłabym znaleźć pracę w Estes Park?

Rozdział 5

- POWIEDZIAŁAM: NIE - stwierdziłam, dłubiąc paznokciem w blacie ogromnego drewnianego stołu w jadalni u Sterlinga.

- To dla ciebie idealna opcja - upierał się Sterling, sącząc trzeci kieliszek czerwonego wina.

Nadal lizał rany po naszym wieczorze z Finley. W przeciwieństwie do tego, co mówił, zapraszając mnie, nie był w najmniejszym stopniu zainteresowany poszukiwaniem dla mnie pracy w Estes Park.

- Barmanka? - prychnęłam. - Wszyscy w tym mieście wiedzą, kim jestem, w każdym razie większość barmanów. Wyśmieją mnie, jeśli przyjdę szukać roboty. Pogonią mnie. Nie uwierzą, że jej potrzebuję.

- Nie mogą cię dyskryminować, Ellie. Jeżeli masz lepsze kwalifikacje niż inni kandydaci, będą musieli cię zatrudnić.

- To tak nie działa. Wolą wnuków i siostrzenice tutejszych mieszkańców. I... nie. W żadnym razie nie będę barmanką. Właśnie wyrzucili mnie od Turka. Będą się bali, że wyżłopię im całe zapasy. Szczególnie teraz, kiedy Josému kazano usunąć alkohol z domu.

- Poważnie?

- Poważnie - odburknęłam.

- Coś ty, u diabła, zrobiła, Ellie? Przecież nie mogło być gorzej, niż kiedy...

- Nie było. Rozwalili jeden obraz. Parę wazonów i stolik. Trochę zarzygali podłogę... nic takiego, z czym nie poradziłaby sobie ekipa sprzątająca.

- Więc nie chodzi o pieniądze.

- To znaczy?

- Masz przejebane. Nie próbują nauczyć cię odpowiedzialności czy żebyś doceniła, co masz, Ellison. Oni starają się ratować cię przed tobą samą. Rodzice Betsy March zrobili podobnie. Nie wymigasz się. Równie dobrze możesz poddać się od razu i skończyć to wszystko.

Otworzyłam usta ze zdumienia.

- Ależ z ciebie nieprawdopodobny dupek.

Łyknął odrobinę wina.

- Stale mi to mówią. Jestem skłonny uwierzyć.

Podniosłam na niego wzrok. Policzki już paliły mnie z upokorzenia.

- Nie potrzebujesz... przypadkiem... jakiejś... asystentki, co?

- Ja? A w życiu. Miałem już cztery. O rany... Chodziło ci o to... żebym zatrudnił ciebie?

Spuściłam oczy.

- Tylko jeśli kogoś takiego potrzebujesz. Nie chcę jałmużny.

- To by się nie sprawdziło, Ellie.

- Dlaczego?

- Bo jesteśmy przyjaciółmi i chcę, żebyśmy nimi pozostali.

- Właśnie powiedziałeś, że mam się zabić.

Zachichotał.

- Nie mówiłem poważnie.

- Super.

Wskazał na mnie.

- To dlatego.

Zmarszczyłam brwi.

- O czym teraz mówisz?

- Nawet nie zaczęłaś się kłócić. Powiedziałem "nie", a ty od razu podkuliłaś ogon. Nie chcę, żeby pracowała dla mnie jakaś cipa. Dorastałem pod opieką większej liczby niań, niż mam asystentów. Jedna wycierała mi tyłek, druga myła rączki, kolejna karmiła, jeszcze inna bawiła się ze mną w dzień, a następna budziła się ze mną w nocy. I nie wymieniłem wcale wszystkich. Nie pamiętam, jak miały na imię. A którą lubiłem najbardziej? Beatrice. Była bardziej wredna niż kot z petardą w tyłku, a ja to uwielbiałem. Nikt inny nie mówił do mnie tak jak ona. Potrzebuję ludzi, którzy nie boją się powiedzieć mi prawdy. Ty byś potrafiła, ale nie możesz, bo się przyjaźnimy.

Westchnęłam, po czym skinęłam głową, znudzona już tym jego ględzeniem. Upajał się swoimi wywodami.

Cisnął mi gazetę, nachylił się nad stołem i skupił na ogłoszeniach drobnych. Pozaznaczał coś czerwonymi kółkami w dziale Potrzebna pomoc.

- Segregacja poczty - przeczytałam na głos jedną z wyróżnionych przez niego pozycji. - McDonald's. - Popatrzyłam na niego. Podniósł ręce. - Kasjerka w banku. Jestem spłukana. Myślisz, że to dobry pomysł, żeby ćpunka bez forsy na zioło pracowała w banku?

Wzruszył ramionami, wstał i podszedł do barku.

- Próbuję coś ci podpowiedzieć. Powinnaś się napić.

- Recepcjonistka w hotelu. Noce. Meldowanie i wymeldowywanie gości, drobne sprzątanie, nakrywanie do kontynentalnego śniadania. - Popatrzyłam na Sterlinga. - Za coś takiego płacą ludziom piętnaście dolarów za godzinę?

- To kurort. Nie mogą znaleźć ludzi do pracy za minimalną stawkę, nawet na najsłabiej płatne stanowiska. Koszty utrzymania są zbyt wysokie.

- Nic innego?

- Asystent w redakcji lokalnego czasopisma. - Zachichotał. - "Górskie Echo" - oznajmił kpiąco. - Zgadnij, kto jest właścicielem?

- Philip Edson? - parsknęłam.

- Nie, to jedno nie należy do twojego ojca. To nowe przedsięwzięcie J.W. Chadwicka, właściciela Turka. On cię nie zatrudni. Jest też posada kelnerki w uzdrowisku, ale będziesz miała stale do czynienia z takimi palantami jak my.

Zakryłam twarz dłońmi, opuszczając gazetę na stół.

- Oto co mnie spotyka za specjalizowanie się w czymś, co, jak wiedziałam, nie przyda się do żadnej pracy. Ale mnie wydymali. Rodzice mnie wydymali.

- Sama się wydymałaś. Nie zachowuj się tak, jakbyś nie wiedziała, co robisz.

Wyciągnęłam z kieszeni zmięty banknot studolarowy i rzuciłam na blat.

- Tylko tyle mi zostało.

- Zostawili ci sto dolarów?

- Nie, nie zostawili mi nic. Fin zostawiła mi osiemset czterdzieści. Przepiłam wszystko.

- Nie tylko jesteś menelką, jesteś nieodpowiedzialną menelką. Zasłużyłaś sobie na to.

- Nienawidzę cię.

Sterling zamrugał.

- A tam. Uwielbiasz mnie. Mogę powiedzieć ci paskudną prawdę i nadal pozostaniemy przyjaciółmi. Dlatego właśnie cię kocham. - Postawił przede mną wysoką szklankę ginu. - Napij się. Czeka nas ciężki dzień.

- Nie mogę szukać pracy pijana.

Położył na stole małą białą pastylkę i podsunął mi ją.

- Dzisiaj nie będziemy szukać pracy. Dziś żegnamy bogatą sukę, Ellison Edson, a witamy Ellie, ciężko pracującą dziewczynę.

- Niech cię szlag, Sterling.

Wsunął do ust swoją tabletkę i popił ją winem. Popatrzyłam na stół, a potem obróciłam w palcach kredowobiałą owalną pastylkę. Miał rację. Nie znajdę dziś pracy.

Wrzuciłam tabletkę do gardła, nie zastanawiając się, co to. Po prostu miałam nadzieję, że szybko zadziała. Popiłam ginem, aż zaczęło mnie palić w przełyku, a potem spojrzałam na Sterlinga i otarłam usta.

- Będzie okropnie.

- Z nami tak to już jest - stwierdził, nalewając sobie kolejnego drinka.

Obudziłam się na podłodze, goła, ledwie okryta obrusem. Sterling służył mi za poduszkę. Miałam jego nagie biodro pod policzkiem. Usiadłam, ocierając usta. Poczułam słonawy smak, odbiło mi się.

- O, mój Boże - szepnęłam, patrząc na nagie ciało Sterlinga rozciągnięte na podłodze.

Nie wyglądał jak on, dokładnie ogolony facet, do którego przywykłam. Owal jego twarzy pociemniał od zarostu. Zwykle przylizane włosy wymknęły się spod kontroli żelu, który miał trzymać każde pasmo na swoim miejscu. Sterling przypominał wszystkich tych, którzy spotkali mnie na swojej drodze - potargany, nawalony. Jego widok był fizyczną manifestacją sięgnięcia samego dna. Mężczyzna, którego kochała moja siostra, leżał nagi na podłodze, a jego skóra błyszczała jeszcze od naszego zmieszanego potu.

Żółć podeszła mi do gardła, zrobiło mi się niedobrze. Od końca podstawówki nie zdarzyło mi się wymiotować po dniu picia. Mdłości dopadły mnie bez ostrzeżenia.

Poczołgałam się pozbierać swoje rzeczy, przyciskając do piersi każdą kolejną sztukę ubrania. Wyrwał mi się cichy jęk. Oczy zapiekły od łez. Finley.

Nigdy mi nie wybaczy - nigdy nam nie wybaczy. Starałam się przypomnieć sobie, co się stało. Słońce schowało się już za górami, niebo ciemniało z sekundy na sekundę. Sterling i ja musieliśmy się pieprzyć godzinami, ale nic z tego nie pamiętałam.

Półprzytomna i upokorzona, wzięłam ubrania, naciągnęłam stanik, bluzkę, wilgotne majtki - znów mnie zemdliło - a potem spodnie, czując chłód bawełny na skórze. Odbiło mi się raz jeszcze. Pognałam korytarzem do łazienki. Zwymiotowałam, obryzgując drzwi, głównie winem i resztą alkoholu. Zacisnęłam usta i pozwoliłam wydąć się policzkom, żeby zatrzymać to, co zostało, nim odchylę klapę sedesu. Miałam wrażenie, że litry alkoholu palą mnie w nosie i gardle, podchodząc do góry, gdy zaczęłam je z siebie wyrzucać. Woda z sedesu ochlapała mi twarz. Zamknęłam oczy, łkając.

Kiedy to się skończyło, wstałam, umyłam ręce i twarz, przepłukałam usta i próbowałam zmyć zagadkowe odpadki z włosów. Spojrzałam w lustro. Nie rozpoznałam swojego odbicia. Dziewczyna patrząca na mnie była wymizerowana, zaczerwienione oczy miała podkute ciemnymi sińcami. Ćpunka. Finley miała rację. Takie życie w końcu mnie zabije.

Poszłam boso holem. Po drodze wstąpiłam po pogniecioną gotówkę i botki.

Sterling poruszył się, a ja pospieszyłam do drzwi, podskakując na jednej nodze, żeby wciągnąć jeden but, a potem drugi.

- Ellie?! - zawołał łamiącym się głosem.

- Nic się nie stało - rzuciłam.

Zakrył twarz i obrócił się do mnie plecami.

- Kurwa mać. Nie, nie, nie... nie mogliśmy przecież. Nie zrobiliśmy tego. Powiedz, że nie.

- Nie zrobiliśmy. Nic się nie stało. Bo gdyby się stało, Fin nie odezwałaby się już nigdy ani do mnie, ani do ciebie - stwierdziłam, zamykając za sobą drzwi.

Rozdział 6

BUDZIK PIKAŁ OBOK MOJEGO ucha. Wyciągnęłam rękę i uderzałam w niego, aż przestał. Przez otwarte rolety wpadały poranne promienie słońca. Celowo nie zasłoniłam okien, żeby podniosło mnie to z łóżka. Za półtorej godziny miałam rozmowę kwalifikacyjną w "Górskim Echu". Tak się nieszczęśliwie składało, że J.W. Chadwick był właścicielem dokładnie tego baru, z którego nieraz mnie wyrzucano, więc czekająca mnie próba mogła okazać się szczególnie skomplikowanym wyzwaniem.

Otworzyłam szafę, zastanawiając się, w co ludzie się ubierają na rozmowę kwalifikacyjną. Kiedy sprawdzałam to w Google'u, dostałam z tysiąc odpowiedzi i zobaczyłam stroje, jakich bym w życiu nie włożyła, między innymi suknię balową z wielkim dekoltem i przezroczystą spódnicą, której, jak byłam pewna, w ogóle nikt by nie nosił poza wybiegiem na pokazie mody.

Przycisnęłam plecy do ściany i osunęłam się na podłogę, opierając łokcie na kolanach, a czoło na pięściach. W tym mieście byłam znana z wielu gorszych rzeczy niż to, że jestem córką miejscowego miliardera. Nikt mnie nie zatrudni, a kiedy Finley odkryje, co zrobiłam, nigdy mi nie wybaczy. Straciłam wszystko. Przyszłość malowała się w czarnych barwach.

Po moim nosie popłynęły łzy, zbierając się na czubku i skapując na wykładzinę. Wkrótce nie mogłam już opanować szlochu, który wstrząsał całym moim ciałem. Mogłam myśleć jedynie o tym, jakie to niesprawiedliwe, że rodzice spuścili na mnie taką bombę i w dodatku oczyścili dom z alkoholu. Matka nie potrafiła się nawet spakować, jeśli nie wypiła przy tym dwóch butelek wina na uspokojenie.

- Panienko Ellison! - Maricela przykucnęła przede mną. - Co się stało? Uderzyłaś się?

Kiedy uniosłam na nią wzrok, osuszyła mi łzy fartuchem.

- Nikt mnie nie zatrudni, Maricelo. Jestem znaną w całym mieście pijaczką.

- Przez ostatnie dwa dni już nie.

- Nie potrafię! - wybuchłam. - Nie mam pojęcia, jak się do tego zabrać. Rzucili mnie lwom na pożarcie.

Maricela potarła mi ręce.

- Tak nauczyłam się pływać, mu?equita. Czasami trzeba rzucić nas na głęboką wodę, inaczej nigdy nie damy sobie rady sami.

- Zawaliłam... - powiedziałam, ocierając nos wierzchem dłoni. - Skrzywdziłam Finley. - Podniosłam wzrok, dolna warga mi drżała. - Ona nawet jeszcze o tym nie wie. Jedyne, o czym mogę myśleć, to żeby się naćpać i żeby to wszystko znikło.

Maricela dotknęła mojego policzka.

- To nie zniknie, jeśli się z tym nie zmierzysz. Przyznaj się do swoich błędów, a potem je napraw.

Opuściły mnie resztki determinacji.

- Ona mi nie wybaczy. Nie tym razem.

- Czy to ma coś wspólnego z miejscem, do którego zawiózł panienkę José? Kliniką Planned Parenthood? Co powiedzieli? Co zrobili?

Pociągnęłam nosem. Test ciążowy wyszedł negatywnie, a od badania pod kątem chorób wenerycznych minęły ponad dwa tygodnie i nikt nie zadzwonił w sprawie wyników. W przypadku tej akurat organizacji brak wiadomości był dobrą wiadomością.

- Finley to panienki siostra. Kocha cię najbardziej w świecie. Chce dla ciebie jak najlepiej.

Znów zaczęłam szlochać.

- Tym razem naprawdę zawaliłam. Nie mogę uwierzyć, że stałam się kimś takim. Kimś, kto jest w stanie... - Znów pokręciłam głową załamana. - Odkąd to się stało, tyle razy myślałam, że łatwiej już byłoby... ale nie umiem tego zrobić.

Popatrzyłam Mariceli w oczy. Bardzo poważnie.

- Nie rozumiem - szepnęła zmartwiona.

- Chciałabym tylko, żeby to się skończyło.

Zabrzmiało to nieszczerze. Tak stanowcze stwierdzenie wypowiedziane prawie bez emocji. Zastanawiałam się, czy podobnie podchodziła do swojego końca Betsy - czy była zbyt zdruzgotana, by czuć cokolwiek poza odrętwieniem.

Maricela ujęła palcami moją brodę.

- Ni?a. Przestań. Tę Ellison, która wszystko burzy, jest pełna złości... proszę bardzo. Zabij ją. Ale ty możesz żyć.

Chciałam odwrócić wzrok, ale nie pozwoliła mi.

- Jeśli chcesz dowieść, że nie jesteś taką osobą, to przestań nią być. Pozwól jej odejść. Spójrz na siebie. Ona nie daje ci szczęścia.

Zamrugałam, po czym powoli pokiwałam głową. Maricela zawsze wiedziała, co powiedzieć, kiedy się martwiłam, ale nigdy wcześniej nie podniosła na mnie głosu. Walczyła o mnie. Nie mogłam pozwolić jej walczyć samotnie.

- Masz rację. Ona musi odejść.

Maricela pomogła mi wstać.

Znów spojrzałam na szafę. Pełno w niej było flanelowych kratek, bluz z kapturami, poszarpanych dżinsów, wydekoltowanych bluzek, koszulek z nadrukiem.

- Za godzinę mam rozmowę kwalifikacyjną. A będę wyglądała jak dilerka narkotyków.

Maricela stanęła za mną, dotknęła moich ramion i szepnęła mi do ucha:

- Ona nie żyje. Idź, znajdź nową Ellison.

- A jeśli nie wiem, od czego zacząć?

- Już zaczęłaś.

Pocałowała mnie w policzek i wyszła z pokoju.

Wpatrywałam się w ubrania nieco dłużej, po czym zatrzasnęłam drzwi, pobiegłam do pokoju Finley i otworzyłam szafę w nadziei, że nie zabrała wszystkich swoich fantastycznych ciuchów do mieszkania na Manhattanie. Przesuwając wieszaki, znalazłam parę wąziutkich czarnych skórzanych spodni i wiśniowy sweter. Kiedy dodałam do tego długie czarne botki, trochę make-upu i zaatakowałam szczotką falującą czuprynę, zawarczałam do swojego odbicia w lustrze. Przebrałam specyfiki do pielęgnacji włosów Finley, popsikałam się balsamem wygładzającym loki i porządnie je przyczesałam. Spojrzałam w lustro i westchnęłam. Byłam tak przyzwyczajona nosić się byle jak, że kiedy włożyłam w ubiór odrobinę wysiłku, od razu miałam wrażenie, że przesadziłam.

- Ładnie, panienko Ellison - pochwaliła mnie od progu Maricela. - Mam zabrać twoje pranie?

- Dziękuję. Ale myślę, że nie powinnaś. Nie chciałabym, żebyś miała przeze mnie kłopoty.

Zrobiła zmartwioną minę, ale potem skinęła głową. Wiedziała, że mam rację.

- Nauczę cię, kiedy będziesz na to gotowa. - Pomachała mi, nim obróciła się do holu. - José jest pewien, że pan Edson zapomniał powiedzieć nam, żeby panienka była wożona na rozmowy kwalifikacyjne.

Na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.

- Naprawdę?

- Powodzenia.

- Maricelo?

Obejrzała się.

- Nie wiem, czy prosili cię, żebyś informowała ich, co robię, ale wolałabym, żebyś nie mówiła im o tej rozmowie kwalifikacyjnej.

Maricela była u nas, od kiedy chodziłam do szkoły podstawowej. Popatrzyła na mnie z matczyną czułością w oczach.

- Ja tylko chcę, żeby ci się poprawiło.

- Wiem. Staram się.

Zamknęła drzwi, a ja odwróciłam się i znów spojrzałam w lustro. Zdecydowałam, że upnę włosy wysoko w gładki kok. Pan Wick miał mnie zatrudnić, nawet jeśli jeszcze o tym nie wiedział.

JOSÉ ZERKNĄŁ W LUSTERKO wsteczne audi.

- Ładnie panienka wygląda.

- Dziękuję - odparłam, obracając się, by popatrzeć przez okno na mijane budynki.

Nasz dom stał daleko na południe od autostrady numer 66, a redakcja była niemal dokładnie po drugiej stronie miasta, na północy. José potrzebował ponad dziesięciu minut na dojazd do autostrady, gdzie skręcił i pojechał w odwrotnym kierunku niż wszyscy mieszkańcy spieszący do pracy lub kierujący się do wyciągów narciarskich turyści. Na drodze pracowały oddziały piaskarek, oczyszczając drogę do Estes Park. Mijaliśmy ośrodki wypoczynkowe, karczmy, rzekę i cmentarz... wszystko to, na co dotąd nigdy nie zwracałam uwagi, bo to nie były bary czy restauracje, w których nie obowiązywał żaden szczególny sposób ubierania się.

José skręcił w Mills Drive. Serce zaczęło mi walić. Nie byłam pewna, czego się spodziewać, ale miałam przeczucie, że się skompromituję. Minęliśmy kilka budynków, wszystkie były brązowe i stały przy nich jednakowe pojazdy. Nieco dalej był jeden mniejszy, z dwoma garażami. Na okrągłym podjeździe zobaczyłam zaparkowane wozy ratunkowe. Wyprostowałam się na widok tablicy.

Międzystanowe Centrum Pożarnictwa

Park Narodowy Gór Skalistych

Obejrzałam się, dotykając szyby palcami. Nie wiedziałam, czy ich ekipa przez cały czas tu stacjonuje, ale jeśli miałabym spędzać na tej ulicy czterdzieści godzin tygodniowo, to liczyłam na to, że nie.

Obok straży pożarnej był ogromny parking kamperów, a dalej krajobraz usiany przyczepami kempingowymi. Po drugiej stronie ulicy stał nowo wybudowany, błyszczący stalą dom. Podjazd prowadził również na tyły, do drugiego, mniejszego budynku, który mógł służyć za garaż albo magazyn, a może jedno i drugie. W głównym, nijakim w stylu domu mieściła się redakcja "Górskiego Echa".

Pomachałam Josému, kiedy odjeżdżał. Obiecał, że wróci po mnie za godzinę. Stałam na chodniku, nieodpowiednio ubrana, bo robiło się coraz zimniej. Nad szczytami gór wisiały nisko chmury. Na moich włosach osiadały pierzaste drobinki śniegu i od razu topniały.

Jakiś wóz o podwójnych kołach z tyłu i z naczepą toczył się w kierunku parkingu kamperów. Wszystkich dziesięć opon rozbryzgiwało błoto na mokrym asfalcie. Cofnęłam się szybko, nim fala wody z lodem zmoczyła mnie od koka po obcasy botków. Ruszyłam do głównego budynku, mijając tabliczkę Magazyn "Górskie Echo". Przy każdym kroku chybotały mi się nogi w kostkach. Im byłam bliżej wejścia, tym mniej pewna siebie się czułam, jak jakaś idiotka. Zawahałam się, czy sięgnąć do klamki, ale otworzyłam drzwi i odetchnęłam z ulgą, kiedy ogarnęło mnie ciepło i rozgrzało mi policzki.

Zadźwięczał dzwoneczek. Moje buty zostawiały mokre ślady na dziewiczej wykładzinie. Ściany były pomalowane na jasnożółto, ramki wiszące równo między oknami przedstawiały okładki pisma. Przed recepcją stało przy ścianie sześć miękkich czerwonych foteli i sztuczna roślina. Poza tym lobby to była głównie pusta przestrzeń.

Z początku mogłam dostrzec jedynie czubek głowy dziewczyny siedzącej w recepcji. Wstała i skinęła mi na powitanie. Wyglądała na kogoś, kto dopiero co zdał maturę. Spod wełnianej czapki wystawały blond warkoczyki. Na tabliczce stojącej na kontuarze przeczytałam imię JOJO.

Trzymała czarną słuchawkę w dłoni w jaskraworóżowej rękawiczce z jednym palcem. Na młodziutkiej twarzy było zdecydowanie za dużo makijażu. Choć dziewczyna chciała z pewnością unieść tylko jeden palec, w górę poszła cała rękawiczka. Bez słów, mrugnięciem i uśmiechem, poprosiła, żebym poczekała, aż skończy rozmowę.

- Nie, Mike. Bo Wick jest zajęty i ja też. Nie chce twoich zdjęć z parady. Bo są do bani. Mam kogoś w recepcji. Wyłączam się już. Tak, tak.

Rzuciła słuchawkę i popatrzyła na mnie wielkim oczami spod sztucznych rzęs. Jej pomarańczowa skóra podpiekała się w solarium na długo przed sezonem narciarskim. Ciamkała gumę do żucia i uśmiechała się do mnie wydętymi wargami, posmarowanymi grubo błyszczykiem.

- W czym mogę pomóc? - Jej ton zmienił się kompletnie, jakby była teraz całkiem inną osobą. Nie opryskliwą recepcjonistką spławiającą Wicka, ale miłą, bystrą dziewczyną gotową spełnić moje życzenia.

- Byłam umówiona o dziewiątej na rozmowę kwalifikacyjną. Nazywam się Ellison Edson.

Od razu straciła entuzjazm.

- O... Jesteś asystentką Wicka.

- Nie... Dopiero staram się o tę pracę.

Wstała i skinęła, żebym za nią poszła.

- Wierz mi, nikt inny jej nie chce. Jesteś pierwszą osobą, która się tu pojawiła. A ogłoszenie chodzi od roku.

Przeszłyśmy bardzo szerokim korytarzem do pustego pokoju z biurkiem i miejscem recepcyjnym i zatrzymałyśmy się przed jasnymi drewnianymi drzwiami z napisem J.W. Chadwick.

- Jest jakiś powód, dlaczego nikt się nie zgłaszał na jego asystentkę? - spytałam.

- Tak - powiedziała, otwierając drzwi. - Bo to palant.

Pan Chadwick opuścił kartkę, którą trzymał w dłoni.

- Słyszałem to.

- Od każdego - stwierdziła Jojo, zamykając za sobą drzwi. - Kocham cię, tatusiu.

Pan Chadwick wyprostował się w fotelu, splatając dłonie na biurku.

- Ja ciebie też, kochanie. - Popatrzył na mnie. - Kiedy możesz zacząć?

- Przepraszam, panie Chadwick. Chyba nie dosłyszałam. Kiedy mogę...?

- Zacząć. I po prostu Wick. Wszyscy zwracają się do mnie Wick. Poza Jojo.

- Może powinniśmy pomówić o tym, co dokładnie obejmuje praca asystentki - wtrąciłam. - Godziny, dodatki, wynagrodzenie...

Nie miałam pewności, jak to się załatwia, ale nie byłam głupia.

- Potrzebujesz pracy?

- Tak.

- No to jakie to ma znaczenie? - zapytał, pogryzając zatkniętą między wargi wykałaczkę.

- Ma znaczenie.

Westchnął, odchylając się na oparcie sfatygowanego fotela.

- Dlaczego?

- Co dlaczego?

- Jesteś córką Philipa Edsona, nie? Tylko w tym roku co najmniej dwa razy zostałaś wyrzucona z mojego baru. Czemu szukasz pracy? Nie uśmiecha mi się zatrudnianie leni, którzy nie potrzebują roboty.

- Podobno jak dotąd nikogo pan nie zatrudnił.

Spiorunował mnie wzrokiem. A potem kąciki jego ust uniosły się lekko.

- Powinnaś porządkować dokumenty, prowadzić mój kalendarz, załatwiać, co trzeba, pomagać od czasu do czasu Jojo, planować ogłoszenia, odbierać mniej ważne telefony do mnie. Jojo męczy już wysłuchiwanie dziennikarzy z całego stanu i posiadaczy aparatów fotograficznych, którzy myślą, że są fotografikami. Potrzebuję kogoś stanowczego. Kogoś zorganizowanego. Czy to możesz być ty?

- Mogę być stanowcza, kiedy trzeba, ale nie mogę ręczyć, że jestem zorganizowana.

Wick wskazał mnie palcem.

- Ale jesteś uczciwa.

- Tak mi się zdaje.

- Trzydzieści sześć godzin tygodniowo, tydzień wakacji... niepłatnych, żadnych dodatków. To nie działalność charytatywna.

Wzruszyłam ramionami.

- To i tak mi niepotrzebne. Rodzice mnie ubezpieczyli. W każdym razie dotąd tak było. Muszę zapytać, jak będzie teraz.

- Nie powiedziałaś, dlaczego tu jesteś. Wszyscy wiedzą, że twoja siostra pracuje dla twojego taty. Dlaczego ty nie? Czy doszło do jakiejś rewolucji rodzinnej? A może jesteś szpiegiem innej gazety?

Nie mogłam powstrzymać chichotu.

- Szpiegiem? Nie. Jak pan zauważył - powiedziałam i wskazałam ręką kartkę na jego biurku - tego nie ma w moim CV. Reszta to nie pana sprawa.

Wick uśmiechnął się, a jego pożółkłe krzywe zęby mogły skutecznie zniechęcić każdego do sięgnięcia jeszcze kiedykolwiek po papierosa.

- Palisz? - zapytał.

- Słucham? - rzuciłam, prostując się nieco.

Zrobiło mi się trochę nieswojo, że wspomniał dokładnie o tym, o czym myślałam.

- Zatrudniam cię. Dziewięćset tygodniowo. Zaczniesz jutro. Chodź, zapalimy sobie na podwórku z tyłu.

- O... jasne, dobrze.

Poszłam za nim korytarzem obstawionym jakimiś pudłami. Na zewnątrz śnieg zaskrzypiał pod moimi botkami. Popatrzyłam w górę, pozwalając, by spadające płatki topiły mi się na twarzy.

Wick wyciągnął papierosa z miękkiej paczki, którą miał w kieszeni koszuli, i zapalniczkę z tylnej kieszeni wranglerów. Przykucnął. Osłonił dłonią płomyk i popykał chwilę, a potem podał mi zapalniczkę, żebym zrobiła to samo. Nachyliłam się, zaciągnęłam i zamarłam zaskoczona, kiedy zza rogu wyszli dwaj mężczyźni.

- Wick! - powiedział Tyler, zwalniając w pół kroku, kiedy tylko mnie rozpoznał.

- Tyler! Zeke! Co tak późno? I gdzie, do cholery, ten trzeci?

- W Colorado Springs. Znowu - odparł Zeke.

Wyciągnął dwa papierosy ze swojej paczki i podał jednego Tylerowi. Wzdrygnęłam się. Mentolowe. Ohyda. Pewnie lubił je Zeke. Tyler palił czarne.

- Cześć, Ellie - rzucił Zeke.

- Znacie ją? - zapytał Wick, mile zaskoczony.

- Tak. - Zeke uśmiechnął się lekko. - Poznaliśmy się na imprezie.

- To moja nowa asystentka - oznajmił Wick.

- Asystentka? - odezwał się Tyler. - To znaczy?

- Jeszcze nie bardzo wiem - powiedziałam. - Ustalimy to na bieżąco, jak sądzę.

Wick skinął głową. Robił wrażenie dumnego z siebie, a potem między jego brwiami pojawiła się pionowa zmarszczka.

- Tylko nie wciągaj jej w jakieś afery, Maddox.

Tyler odpowiedział z papierosem w ustach, mrużąc oczy od dymu:

- Chyba coś ci się pomyliło, Wick.

Wick pokazał na niego palcem.

- Jeśli znów wywalą cię z mojego baru, tym razem nie pozwolę już cię tam wpuszczać. Mówię poważnie.

- Zawsze tak gadasz.

- I nie pozwolę ci też przyjaźnić się z moją nową asystentką.

Tyler zmarszczył brwi.

- To już chwyt poniżej pasa.

- Jestem tu - zaznaczyłam. - I mogę się kolegować, z kim zechcę.

Zgasiłam papierosa, rozgniatając go w piasku w pojemniku na pety, i poklepałam Wicka po ramieniu.

- Dzięki za pracę. Do zobaczenia jutro rano. Dziewiąta? - spytałam z nadzieją.

- Jasne. Nie spóźnij się. Rano jestem wredny jak diabli.

- To prawda - potwierdził Zeke i machnął mi ręką na pożegnanie.

Obeszłam mały budynek, by znaleźć się przy froncie, i z ulgą zobaczyłam, że José przyjechał wcześniej. Usiadłam z tyłu i oparłam głowę na miękkiej kanapie.

- Dostała panienka tę pracę?

- Dostałam.

- Gratuluję. - José uśmiechnął się do mnie, patrząc w lusterko wsteczne.

- Jeszcze nie ma mi czego gratulować.

Rozdział 7

- TO - OZNAJMIŁA Jojo, KŁADĄC dłoń na metalowej szafce o wysokości półtora metra - nasze rezerwowe archiwum. Chowamy tu papierowe dokumenty, jeśli je mamy. Na biurku z tyłu przy ścianie stoją skaner i drukarka. Pokażę ci później, jak je obsługiwać. A w kącie jest najważniejsze urządzenie dla twojej pracy... kawiarka.

Zaśmiecony rozdartymi torebeczkami po słodziku i zużytymi kapsułkami po kawie stolik był pozalewany wodą i kolebał się pod najlżejszym dotykiem. Kosz obok był jednak pusty. Pokręciłam głową.

- Nie - potwierdziła Jojo. - On nie wie, jak się coś wyrzuca. Dawn sprząta tu wieczorem, ale tata pije z sześć kaw dziennie, postaraj się więc ułatwić jej pracę. Jest dobra, ale nie jest cudotwórczynią. A ponieważ to pierwsze miejsce, gdzie wchodzi ktoś, kto ma się widzieć z Wickiem, byłoby miłą odmianą, gdyby nie zastawał tu takiego pobojowiska.

- Zakonotowałam - powiedziałam, zsuwając trochę śmieci do kosza.

Jojo wskazała na drzwi gabinetu Wicka.

- Są zamknięte, kiedy jest w dobrym humorze, a otwarte, jeśli nie.

Uniosłam brew, popatrując na zamknięte drzwi.

Jojo zakryła palcami usta i szepnęła:

- Żeby lepiej było słychać, jak wrzeszczy.

- To również zakonotowałam.

Pociągnęła krzesło, a ja automatycznie usiadłam. Jojo nie wiedziała, że miałam odruch siadać na wysuniętym dla mnie krześle, ale czułam, jak krew napływa mi do policzków, kiedy uświadomiłam sobie, co zrobiłam.

Stuknęła w klawisz spacji na klawiaturze.

- Stwórz własną nazwę użytkownika i hasło, ale nie zapomnij go gdzieś zapisać, żebym mogła wejść do komputera, gdyby cię nie było.

Czekała, aż wpisałam nazwę, której stale używałam: EDokwadratu i hasło DwarazyE5150! Pomimo stałych ostrzeżeń ojca tych loginów używałam do wszystkiego, od kiedy wymyśliłam je w liceum. Gdyby Jojo zwróciła na to uwagę, mogłaby zalogować się na moje konta w mediach społecznościowych, a nawet do bankowości internetowej, jeśliby tylko chciała.

Pokazała mi, jak działa program, którego miałam używać do kalendarza Wicka i przypomnień. Wydawało się to dość proste. Pod koniec pierwszej godziny w pracy potrafiłam sprawdzać pocztę swoją i Wicka, korzystać z dostępu do jego kontaktów i wiadomości i wiedziałam z grubsza, co mówić, gdyby dzwonili jego różni przyjaciele i wrogowie.

Wick otworzył drzwi. Cierpliwie czekałam, aż zacznie wrzeszczeć, ale tylko pogrzebał w przedniej kieszeni, wyciągnął miękką paczkę papierosów i skinął głową w kierunku tylnych drzwi.

- Już nauczyłaś się wszystkiego, co trzeba, Ellie? - zapytał.

- Nie.

- Dobra. To zapalmy.

- Tato... - jęknęła żałośnie Jojo. - Płaci się jej za godziny. Nie zatrudniliśmy jej na twojego nowego kumpla do palenia.

- On już ma takich paru - wtrąciłam.

Jojo uśmiechnęła się krzywo.

- O, spotkałaś już Tylera i Zeke'a, co?

- Znasz ich? - spytałam.

- Zeke to wielki misiek. Ma zakazany wygląd, ale to facet, który otworzy przed tobą drzwi i przyniesie kwiaty. Tyler to bydlę.

Wick się wkurzył.

- Przestań opowiadać na lewo i prawo takie bzdury, Jojo. To nie jest zły chłopak.

Córka popatrzyła na niego zmrużonymi oczami, a potem spojrzała na mnie.

- Zawsze bierze jego stronę. To dla nas kontrowersyjny temat. - Znów skierowała wzrok na ojca. - I dlatego nie będę trudzić się komentowaniem jego ignoranckiej opinii. Ale Maddox to sukinkot. Jeśli go znasz, jeśli już z nim spałaś, na pewno nie muszę ci tego mówić.

Wick i Jojo oboje obserwowali mnie, czekając na reakcję.

- No więc? - dociekała Jojo, opierając dłonie na moim biurku. - Spałaś?

- Z Tylerem? - odezwałam się przez nieco ściśnięte gardło. Skrzyżowałam ręce na piersi, powierciłam się i pochrząkałam chwilę, próbując obmyślić sposób, by zmienić temat. Zwykle nie miałabym nic przeciwko temu, by rzucić jakąś zgryźliwą, aż nazbyt szczerą ripostę na tak niewłaściwe pytanie, ale okres trzeźwienia trochę wytrącił mnie z równowagi. - A ty?

Wick obejrzał się na córkę, wetknął do ust papierosa i trzymał go między spierzchniętymi wargami.

Teraz Jojo się zmieszała. Przestępowała z nogi na nogę. Wreszcie wyprostowała się.

- Nie sądzę, że to odpowiedni temat do rozmów w miejscu pracy.

- Jojo, do cholery! I co? Mam zastrzelić swojego najlepszego kumpla od palenia? Bo wszyscy wiemy, że tyłka mu skopać nie dam rady!

Jego córka przewróciła oczami, obróciła się na pięcie i poszła do swojego biurka.

Wick poczekał, aż włożę kurtkę, a potem poprowadził mnie na tyły budynku. Mały magazyn za siedzibą redakcji osłaniał nas od drogi. Wybetonowane podwórko zapewniało parking dla Wicka i Jojo, ale dalej ciągnęły się pastwiska w śniegu, spod którego tu i ówdzie wynurzały się skały, a potem zaczynał się krajobraz pełen świerków srebrnych i osiki.

- Ta straż pożarna po drugiej stronie... to siedziba tych jednostek specjalnych?

- Jedna z dwóch w mieście. Ale niektóre chłopaki to pracownicy sezonowi, jak Tyler i Zeke. W okresie pożarów mieszkają w górskich barakach.

- Co to znaczy, że są sezonowi?

- Kiedy jest sezon, jedzą, śpią i przenoszą się z miejsca na miejsce w terenie, walcząc z pożarami. Przez trzy do sześciu miesięcy rocznie.

- Aha - wybąkałam, zastanawiając się, czy Tyler już stąd wyjechał.

Wick zapalił tytoń owinięty białym papierem i zaciągnął się, po czym podał mi zapalniczkę, żebym mogła zrobić to samo z tym, co znalazłam w zwietrzałych zapasach ojca. W paczce były trzy zmaltretowane papierosy, a ja miałam już tylko trzydzieści trzy dolary z tego, co mi zostawiła Finley. Do tej pory nie zwracałam specjalnie uwagi na ceny, ale byłam pewna, że nie mogę pozwolić sobie na fajki przed pierwszą wypłatą.

- Czy dziewięćset tygodniowo oznacza, że płacisz mi co tydzień, czy tylko mówiłeś orientacyjnie o stawce? - spytałam, pocierając czoło. Czułam, że zaraz rozboli mnie głowa.

- Co tydzień. Jak pracownikom w barze.

- Czyli... w piątek?

- Piątek.

Kilka sekund potem usłyszałam skrzypienie śniegu pod ciężkimi butami. Zza rogu wyszli Zeke i Tyler. Palili już i o czymś gadali. Obaj wyraźnie ucieszyli się na mój widok i nie byli zaskoczeni, że tu jestem, a potem obrócili się, by uścisnąć sobie dłonie z Wickiem.

- Taylor! - odezwał się Wick. - Widzę, że masz dziś wolne. - Zauważył cywilne ubranie w tej samej chwili co ja.

Zmarszczyłam brwi. Zastanawiałam się, czy Wick stroi sobie żarty, czy po prostu pomylił imię Tylera.

- Słyszałem, że wreszcie znalazłeś kogoś, kto z tobą wytrzyma, Wick - powiedział Tyler.

Wick już dzień wcześniej mówił Zeke'owi i Tylerowi, że mnie zatrudnił. A ten teraz udawał, że dowiedział się o tym od kogoś innego.

Zeke zaciągnął się papierosem, a potem żartobliwie skubnął rękaw mojej puchatej granatowej kurtki.

- Zdziwiona?

Uniosłam brew, niepewna, czy to nie podchwytliwe pytanie.

Ich śmiech został przerwany przez sygnał z pagera Zeke'a. Odpiął go od paska i podniósł, mrużąc oczy.

- To ja.

Poklepał po ramieniu Tylera i skinął głową Wickowi.

- Może zobaczymy się po południu. To tylko zebranie.

Pomachałam mu, po czym skrzyżowałam ręce na piersi, bo atmosfera pomiędzy naszą trójką, kiedy odszedł, zrobiła się jakaś dziwna. Tyler i Wick uśmiechnęli się do siebie znacząco, najwyraźniej bawiąc się moim kosztem. Spiorunowałam ich wzrokiem. Ulżyło mi, gdy z tylnych drzwi wychyliła głowę Jojo.

- Annie do ciebie.

- Mam przerwę - warknął Wick.

- Chyba powinieneś odebrać. Znów ta lodówka.

- Cholera, cholera, cholera! - Rzucił papierosa i nie wcelował do pojemnika.

Tylne drzwi zatrzasnęły się za nim, a ja podniosłam żarzący się niedopałek i zgasiłam w piasku.

- Ładnie, że go podniosłaś - powiedział Tyler.

- Już kiedyś słyszałam podobną pochwałę - odparłam, zaciągając się dymem.

Nasunął czapkę głębiej na oczy, a potem wcisnął ręce głęboko do kieszeni. Zanim zdążyłam zapytać, jak mu się udało wziąć dzień wolnego, uśmiechnął się.

- I co? Jak się pracuje dla Wicka? - zagadnął.

- Nie tak źle, jak myślałam.

- A to niespodzianka.

Zaciągnęłam się znowu, patrząc, jak gasi papierosa i zapala następnego.

- Przychodzisz tu codziennie?

- Podczas sezonu pożarów tak. A poza sezonem tylko wtedy, gdy tu jestem.

- A kiedy nie jesteś?

- Kiedy podróżuję.

- Ach tak.

- Ach tak? - zapytał.

Widziałam to znane mi pożądanie w jego oczach, choć było ukryte w cieniu daszka czapki. Dołeczek w jego lewym policzku pogłębił się. Tyler nachylił się o milimetr bliżej do mnie.

Nawet ten drobiazg sprawił, że moje dawne ja zapragnęło butelki bourbona w ciemnym pokoju. Przełknęłam ślinę. Dawna Ellie była ostatnio widziana zaledwie dwa dni temu i nie została pogrzebana dość głęboko, by wytrzymać to, jak Tyler na mnie patrzył. Chciałam schować się pod jego ciałem i zastąpić ból jego palcami wpijającymi się w moje biodra. Obserwować, jak tężeje, wbijając się we mnie głęboko, zapomnieć o wszystkim poza jego szorstkimi dłońmi na mojej nagiej skórze. Dać się ponieść słodkiemu zapomnieniu.

- Przestań tak na mnie patrzeć - warknęłam.

- Niby jak?

- Jakbyś widział mnie nagą.

- A widziałem?

Przewróciłam oczami i nachyliłam się, by zgasić papierosa.

- Hej. - Wyciągnął do mnie dłoń. Przyglądał się mojej twarzy, jakby starał się coś sobie przypomnieć. - Przepraszam. Nie chciałem cię obrazić.

Wzruszyłam lekceważąco ramionami.

- Lepiej, żebym już wracała. Chwilowo potrzebuję tej pracy.

- Czy... Zeke do ciebie startuje?

- Zeke? - spytałam głosem wyższym o oktawę. - Nie. To znaczy nie sądzę. Nie, zdecydowanie nie.

- A ty się w nim durzysz?

Mój nastrój zmienił się diametralnie.

- Czemu, do diabła, pytasz mnie o takie rzeczy?

- Poznałaś mojego brata?

Kompletnie zdębiałam.

- Co ty za jakieś idiotyzmy wygadujesz?

- Chcę się upewnić, nim zacznę cię podrywać.

- Mnie podrywać? Co to, jesteśmy znów na początku szkoły średniej?

Zmarszczył brwi.

Naprawdę mocno się nad czymś zastanawiał i zdawał się równie zdziwiony jak ja.

- Chodziłem do gimnazjum.

- Najwyraźniej nigdy z niego nie wyszedłeś.

Parsknął śmiechem.

- Co masz w planach później?

- Nie ciebie.

Zakrztusił się dymem, którym się zaciągnął, a potem wypuścił z ust obłoczek, chichocząc.

- Spokojnie, kochanie. Ranisz moje uczucia.

- Słuchaj, trudno mi wracać do redakcji, co świadczy o jednym: powinieneś sobie pójść i trzymać się z dala ode mnie. Staram się tu zachowywać, jak należy, a ty... nie. Nie jesteś dobry... dla mnie... wcale.

Dotknął piersi dłonią.

- Jestem dobry - powiedział, udając obrażonego.

Jego pewność siebie sprawiła, że poczułam mrowienie między udami.

- Nie. Jesteś zły. Ja też jestem zła. Musisz wracać do bazy czy siedziby, czy jak to tam nazywacie, żebym nie straciła pracy.

- Idę potem do Turka. Spotkaj się tam ze mną.

Pokręciłam głową, cofając się.

- O nie. Nie ma mowy.

Zrobił krok naprzód, ubawiony moją ucieczką. Wiedział, jak na mnie działa, i sprawiało mu to przyjemność.

- Denerwujesz się przeze mnie?

Moje plecy dotknęły drzwi. Westchnęłam i spojrzałam w górę na zachmurzone niebo.

- Wyleją mnie.

Sięgnęłam do jego twarzy i pocałowałam go mocno w usta.

Nie wzdrygnął się, złapał mnie za kurtkę i przyciągnął do siebie. Jego usta wydawały się jakby znajome. Władcze i zdecydowane. Wepchnął mi język między wargi, a ja zamknęłam oczy, mrucząc, i pozwoliłam mu się porwać w inny wymiar - dokądkolwiek - byle nie tkwić w tym surrealistycznym popierdolonym scenariuszu, w którym się obecnie znajdowałam.

Wreszcie odepchnęłam go zdyszana.

- Jest tu gdzieś twój pick-up?

- Pick-up?

- Tak, ten z tylnym siedzeniem.

Sięgnęłam w dół na twarde jak kamień wybrzuszenie pod jego rozporkiem.

- Jest... przy bazie.

Jęknął, chwytając mój tyłek obiema dłońmi. Uniósł mnie i przycisnął do siebie.

Cieszyłam się, że mam na sobie dżinsy i flanelową koszulę, bo gdybym była ubrana w skórzane spodnie i lekki sweter jak wczoraj, żadne dymanko nie zdołałoby mnie rozgrzać.

- Czy w ciągu dnia Wick trzyma magazyn otwarty? - spytałam.

Tyler odchylił się i popatrzył na mnie z góry, starając się złapać oddech. Uśmiechnął się.

- Mówisz poważnie?

- Po prostu sprawdź te cholerne drzwi, Tyler.

Uniósł brodę i zamrugał.

- Tyler?

- Co jest, do diabła? - odezwał się ktoś za nim.

Wierna kopia Tylera porwała go za tył kurtki, odciągnęła ode mnie i rzuciła na ziemię.

Nieco dalej stał Zeke. Z wytrzeszczonymi oczami podniósł ręce.

- Spokojnie, hola! Nie wiedzieli! Nie powiedziałem mu! Nie powiedziałem jej!

Otarłam usta i poprawiłam ubranie.

- Co się dzieje, do cholery?

Tyler leżący na ziemi najwyraźniej nie był pewien, co myśleć, a ten stojący wydawał się gotów do walki.

Zeke pokazał na Tylera, którego dopiero co miętoliłam.

- Ellie, to Taylor, brat bliźniak Tylera.

- O, ja cię kręcę - wysapałam.

Nie byli po prostu bliźniakami, tylko swoją dokładną kopią. Nie widziałam między nimi żadnej różnicy.

- Co... dlaczego mi nie powiedziałeś?! - wrzasnęłam.

- Cholera. To ta Ellie? - zapytał Taylor, unosząc ręce z otwartymi dłońmi. - Nie mówiłeś, że tu pracuje!

Tyler wycelował palcem w brata.

- Nawet nie spytałeś o jej pieprzone imię, zanim wcisnąłeś jej swój przeklęty jęzor w gardło?

- Co ty, żartujesz sobie ze mnie? - odparował Taylor, powoli siadając. - Nie zachowuj się tak, jakbyś sam nie robił tego tysiące razy, palancie.

- Nie ściemniaj, Taylor! Zawsze się upewniamy. Co ci odbiło?

- Ona... - powiedział, patrząc na mnie. - Pytałem ją o Zeke'a! Pytałem o ciebie! Wydawało się... nic nie powiedziała!

- Wymieniłeś moje imię, kiedy ją pytałeś, czy po prostu zagadnąłeś o brata? Nie po raz pierwszy zrobiło się z tego nieporozumienie.

Taylor wzruszył ramionami, zawstydzony, a Tyler zbliżył się do niego.

Wyciągnęłam ręce.

- To ja go pocałowałam! - krzyknęłam.

Tyler skamieniał.

- Ja go pocałowałam! - powtórzyłam, kładąc dłoń na piersi, a drugą dalej przytrzymując Tylera. - To nie jego wina!

Taylor wstał i otrzepał śnieg i błoto z kurtki i spodni. Czerwony na twarzy, zaciskał mocno zęby.

Tyler popatrzył na niego wściekły.

- Zrewanżuję ci się, fiucie.

- Dobra, dobra. - Taylor rzucił okiem na mnie. - Miło cię poznać, Ellie.

- Tylko tyle? - warknął Tyler.

Szczęki Taylora zatańczyły pod skórą.

- Przepraszam za nieporozumienie.

Przygarbiłam się.

- Ja też. Przykro mi.

Taylor znikł za magazynem, a w ślad za nim ulotnił się Zeke. Tyler poruszył ramionami i popatrzył na mnie z góry. W jego oczach widziałam zawód.

- Nie - powiedziałam, wskazując na niego. - Nie masz prawa być zazdrosny. Ledwie mnie znasz.

- Nie jestem zazdrosny. To mój brat, Ellie.

- Proszę cię... - rzuciłam kpiąco. - Tak jakby takie rzeczy wcześniej się nie zdarzały. Po tych czterdziestu pięciu minutach, które spędziłam w sumie z wami, jestem dość pewna, że co najmniej kilkanaście razy spaliście z tymi samymi kobietami. Może nawet nie zdając sobie z tego sprawy.

- Nie - odparł nadąsany Tyler. - Mamy system. Zwykle to się sprawdza.

- Muszę wracać do biura.

- Ellie?

- Co? - spytałam obrażona.

- Mówiłaś prawdę czy tylko nie chciałaś dopuścić do bójki?

- O co ci chodzi?

- Powiedziałaś, że go pocałowałaś... myśląc, że to ja.

- No i?

- Przecież twierdziłaś, że nie uznajesz powtórek.

Westchnęłam.

- Będę z tobą szczera, Tyler. Spieprzyłam wszystko. Rodzice odcięli mnie od kasy. Jestem spłukana i potrzebuję tej pracy. Próbuję się zmienić, bo zrobiłam coś paskudnego siostrze. Jeśli kiedyś to odkryje, chcę, żeby wiedziała, że nie jestem już tamtą osobą.

Kącik ust Tylera uniósł się lekko i znów pojawił się tamten dołek w lewym policzku.

Zacisnęłam usta.

- To była chwila słabości. Nie uznaję powtórek. A już na pewno nie teraz.

Zastanowił się nad moimi słowami i skinął głową.

- W porządku.

Zaśmiałam się.

- Dobrze. Miłej wyprawy do Colorado Springs.

- Colorado Springs? - spytał zaskoczony. Po chwili w jego oczach pojawił się błysk. Skojarzył. Wydawało się, że wstyd mu za mnie. - No tak. Chodzi ci o Taylora.

Zaczerwieniłam się.

- Cieszę się, że będę daleko od was. Na trzeźwo bliźniaki to dla mnie za wiele.

Tyler roześmiał się i uniósł rękę, by pomachać mi na pożegnanie.

- Do widzenia, Ellie Edson. Dobrze się bawiłem.

- Zabawowa Ellie umarła. Została tylko spłukana, samotna Ellie - rzuciłam kpiąco.

Tyler zatrzymał się.

- Nie umarła. Tylko przechodzi przemianę. Jak motyl.

- Głęboka myśl, Maddox.

- Bywałem głębiej - stwierdził z uśmieszkiem, naciągając niżej czapkę, dokładnie tak jak jego brat niespełna dziesięć minut wcześniej, i odszedł.

Przewróciłam oczami i pokręciłam głową, pociągając za drzwi tylnego wyjścia. Wick i Jojo o mało nie wylecieli zza nich twarzami na śnieg, a potem udawali - dość kiepsko - że wcale nie podsłuchiwali.

- Jestem zwolniona? - spytałam.

- Zwolniona? - zdziwiła się Jojo. - A w życiu! Jeszcze nigdy nie bawiłam się tak dobrze w pracy, od kiedy tata zbudował ten przybytek!

Wick wyciągnął papierosa i przepchnął się obok nas, a ja ruszyłam z Jojo do środka. Poszła do biurka, a ja usiadłam za swoim. Jakąś minutę wpatrywałam się tępo w komputer, zanim zdołałam się skupić.

- Ellie?! - zawołała przez głośnik Jojo.

Wcisnęłam guzik.

- Tak?

- Rzuciłaś z dnia na dzień?

- Mmm... słucham?

- Tata jest trzeźwy od dziewięciu lat. Jesteśmy pod wrażeniem.

- Dzięki.

- Nie ma za co. Żadnych więcej przerw dzisiaj.

- Tak jest.

Puściłam przycisk i zakryłam oczy dłonią. Nowa wersja Ellie jeszcze nie okrzepła, a ja już byłam bliska wpadki. Pomasowałam skronie. Znów łapał mnie ból głowy. Chciałam się napić. Zaschło mi w ustach; zastanawiałam się, jak by tu zatrzymać Joségo po drodze przy sklepie z alkoholem.

- Ellie? - odezwała się Jojo od drzwi tak nagle, że aż podskoczyłam.

Opuściłam rękę, odkrywając twarz.

- Tak?

- Idziesz we właściwym kierunku. Nikt nie robi nic idealnie od samego początku. Będzie dobrze.

Nikt nie mógłby mi w tamtym momencie powiedzieć nic lepszego. Te proste trzy zdania zadziałały jak balsam na moją duszę.

- Dziękuję.

Tylko na tyle potrafiłam się zdobyć.

Jojo mrugnęła do mnie i wróciła do swojego biurka.

Poklikałam przez kilka minut i znalazłam opcję "zmień nazwę użytkownika/hasło".

Nazwa użytkownika: Ellie2.O.

Hasło: dobrykierunek001.

Rozdział 8

Z GŁOŚNIKÓW ROZWIESZONYCH PRZY suficie redakcji "Górskiego Echa" płynęła muzyka bluegrass. Przeglądałam stertę zdjęć z ostatniego półmaratonu, kręcąc głową.

- Drażni cię ta muzyka. Domyślam się, że bardziej pasowałby ci rock - odezwał się Wick, wchodząc do mojego pokoju.

- Potrafię się wyłączyć - powiedziałam, rozkładając zdjęcia na biurku. - To przez te zdjęcia. Są okropne, Wick. Kto je zrobił?

- Ona ma rację - rzuciła Jojo, siadając na małej kanapce naprzeciwko mnie. Założyła nogę na nogę. Jej botki nadal były mokre od chodzenia po śniegu. - Widziałeś je. Beznadziejne. Powinieneś przestać przyjmować od Mike'a takie gówno. Po prostu nie dawaj mu więcej zleceń. Koniec kropka.

Wick zmarszczył brwi.

- Nie mam nikogo innego.

Skinęłam w kierunku jego córki.

- Reportaż Jojo z wystawy był ekstra. Czemu jej nie wykorzystać?

Jojo uśmiechnęła się i wstała.

- Bo Jojo musi prowadzić biuro.

- A te kto zrobił? - zapytał Wick, wskazując zdjęcia w ramkach na moim biurku.

- A... - Obróciłam je lekko. - To moje. Mają mi przypominać, co próbuję osiągnąć.

Jojo przeszła na drugą stronę mojego biurka i wzięła ramkę ze zdjęciem, które zrobiłam w poprzedni weekend w domu rodziców. Uchwyciłam połówkę wiszącego w głównym holu czarno-białego portretu Finley z czasów, kiedy miała czternaście lat. Już wtedy była szokująco piękna.

- Ty je zrobiłaś? Kto to? - spytała Jojo.

- Moja siostra - powiedziałam cicho.

Nie rozmawiałam z Finley, odkąd obudziłam się u boku Sterlinga. Zostawiła mi kilka wiadomości głosowych, ale rozumiała, że uwięziona w krainie śniegu mogę nie mieć ochoty gadać o jej wakacjach nad morzem.

- Naprawdę dobre - pochwaliła Jojo. Popatrzyła na Wicka, a on zgodził się z nią. Wzięła inne zdjęcie, a potem odłożyła. - Jakiego aparatu używasz?

Wzruszyłam ramionami.

- Prostego automatu, który dostałam od siostry. To chyba nikon. Jest tam. - Wskazałam torbę w kącie.

Jojo podbiegła i pogrzebała w moich rzeczach. Wyciągnęła aparat i podniosła.

- Zaczynałam od takiego. Mogę nauczyć cię kilku podstawowych sztuczek podczas lunchu. Zrób wieczorem trochę zdjęć i pokaż mi jutro.

- Po co? - spytałam.

- Może rozszerzymy zakres twoich obowiązków.

- Z przyjemnością poszłabym na lunch, ale cienko u mnie z kasą. Przyniosłam sobie z domu kanapkę.

- Dziś czwarty raz dostajesz wypłatę i jeszcze nie stać cię na lunch? - ofuknęła mnie. Kiedy nie odpowiadałam, dodała: - Ja stawiam. Nie trudź się i nie kłóć. I tak wygram.

Wick skinął głową.

- Ma rację.

- Dobrze. Tylko muszę skończyć kilka rzeczy.

Jojo poszła do swojego biurka, a Wick zniknął w gabinecie, zamykając drzwi. Cieszyłam się, że jest w dobrym humorze. Myśli o Sterlingu i różnych możliwych reakcjach ze strony Finley na naszą chwilową niepoczytalność obsesyjnie krążyły mi po głowie; przesypiałam pewnie jakieś trzy godziny na dobę.

Skończyłam odpowiadać na maile Wicka, a potem odjechałam na krześle od biurka. Zabrzęczał telefon.

- Ellie, linia pierwsza - pisnęła Jojo przez głośnik.

- Do mnie?

- Taaa.

Podniosłam słuchawkę i wcisnęłam guzik numer jeden, zastanawiając się, czy to barmanka od Turka chce się poskarżyć, że coś się zepsuło, czy dzwoni Mike w nadziei, że mam jakieś dobre wieści na temat jego gównianych zdjęć.

- Mówi Ellie - powiedziałam i czekałam kilka sekund, zanim po drugiej stronie linii odezwał się głos.

- Przepraszam... Wybacz, że dzwonię do ciebie do pracy. A przy okazji, gratuluję, że ją zdobyłaś.

Przygarbiłam się, jakby to mogło pomóc, żeby mniej było słychać naszą rozmowę.

- Nie możesz tu do mnie dzwonić, Sterling.

- Wiem. Przepraszam. Ale Finley nie odpowiada na moje telefony, nie oddzwania.

Przewróciłam oczami.

- Ona nigdy do ciebie nie oddzwania. Nie wpadaj w paranoję i nie dzwoń do mnie. Nie myśl, że nie pamiętam, że dałeś mi tę pieprzoną tabletkę, cokolwiek to było. Coś ty narobił? Chciałeś mnie odurzyć i wygrzmocić?

- Przecież... to nie moja wina.

- No to czyja? - syknęłam. - Nawet nie pamiętam, co się działo.

- Ja też nie! - odparował. - Byłaś zdołowana. Chciałem, żebyśmy się wyluzowali. To było coś nowego, co zdobyłem od Prestona.

- Prestona? - jęknęłam. - Dałeś mi coś, co miałeś od Prestona? Mogłeś nas zabić!

- Nie musiałaś tego połykać. Nie możesz zwalać wszystkiego na mnie.

- Ufałam ci - powiedziałam, ściskając słuchawkę i starając się wrzeszczeć na niego najciszej, jak to możliwe. - Ale masz rację. Biorę na siebie część winy za to, co się stało. Ty może ją kochasz, ale dla mnie to siostra. Gdyby kiedyś to odkryła... Staram się zrobić wszystko, żeby dowieść jej, że się zmieniłam.

- Nie możesz jej powiedzieć - wyjąkał z rozpaczą.

- Nie powiem. Ale sam wiesz najlepiej, Sterling, jak z nią jest. Finley zawsze się domyśli. Wiedziała, że obcięłam włosy jej lalce Barbie, choć nie było jej wtedy w domu. Wydawaliśmy w tamten weekend przyjęcie urodzinowe. Każdy mógł to zrobić, ale ona wiedziała, że to ja.

Sterling zaśmiał się.

- Pamiętam tę historię. - Na chwilę umilkł. - Masz rację. Mamy przejebane.

Zamknęłam oczy. Moje usta muskały słuchawkę, kiedy wreszcie się odezwałam:

- Żadne "mamy". Nie chcę z tobą więcej gadać, Sterling. Jesteś sam.

- Ellie...

Odłożyłam słuchawkę i westchnęłam, odpychając się od biurka, po czym zebrałam rzeczy, by iść na lunch z Jojo.

Stała przy drzwiach, czekając na mnie, kiedy wyszłam zza rogu. Ruszyłam za nią i wsiadłam do jej SUV-a, kuląc się z zimna. Na Jojo chłód najwyraźniej nie robił wrażenia. Włączyła silnik tak sprawnie, jakby nie miała na dłoniach rękawic wielgachnych jak śpiwory.

- Zabrałaś ze sobą aparat, co? - spytała.

Podniosłam torbę.

- Pomyślałam, że wybierzemy się do Camp's Café. Nie serwują tam rzeczy prosto z pola, żywności organicznej i tego całego gówna, więc raczej nie ma tam turystów, to jedno ze spokojniejszych miejsc w mieście. Będę mogła pokazać ci niektóre sztuczki na twoim nikonie. Bardzo chcę zobaczyć, co potrafisz. Wydaje mi się, że masz talent.

Zaśmiałam się.

- Co? - spytała, wjeżdżając na drogę i pukając rękawicą w kontrolkę ogrzewania.

- To samo powiedziała Finley. Moja siostra.

- No, miała rację. Może zaczniemy pisać o czymś więcej niż rynek rolniczy i migracje dzikich zwierząt.

Stanęła głębiej na podwórku przeznaczonym dla mieszkańców domów w tej przecznicy. Nie wyglądało na to, że ją to niepokoi; wysiadła i zatrzasnęła drzwi. Ruszyłyśmy razem, mijając kontenery na śmieci i beczki z olejem, do brudnych siatkowych drzwi i znalazłyśmy się na tyłach kuchni.

- Jojo! - zawołał jeden z kucharzy.

Pomachała mu, a potem skinęła, żebym poszła za nią przez spiżarnię, za grill i wreszcie kasę.

- To co zwykle! - zawołała. - Dwa razy.

Kobieta za ladą skinęła głową i krzyknęła do tyłu załodze:

- Dwa Jojo!

Ściągnęłyśmy kurtki, szaliki, rękawiczki i czapki i położyłyśmy je obok siebie we wnęce przy oknie.

- Masz tu swoje danie? Fajnie.

- Nie całkiem. Po prostu zawsze zamawiam to samo, a tobie to na pewno też zasmakuje. Zapiekana grzanka z awokado, na to średnio wysmażone jajko i ich specjalny sos. To koreańska czy jakaś tam specjalność, co dziwne jak na wiejską gospodę, ale jest zaje... przepyszne. Wierz mi.

Zmarszczyłam brwi. Z opisu nie brzmiało to zachęcająco. Ale miałam zjeść za darmo. I na pewno będzie to lepsze niż plastry wędliny z indyka w pieczywie tostowym, więc nie mogłam narzekać.

Podałam Jojo aparat, a ona wyjaśniła mi, jakie jest znaczenie czasu otwarcia migawki, przysłony i ISO. Kazała mi popróbować kilku trybów: P, A, S i M. Pokazała mi, jak ich używać, i wytłumaczyła, dlaczego są lepsze od trybów automatycznych.

Nim spałaszowałam dziwaczną, ale pyszną grzankę Jojo, umiałam już ustawiać parametry i zrobiłam kilka zdjęć w lokalu i na zewnątrz.

Jojo przeglądała je, kręcąc głową. Obgryzając paznokcie, czekałam na werdykt.

- Niesamowite - stwierdziła, oddając mi aparat. - Naprawdę masz oko. Wick się wkurzy, bo straci asystentkę.

- Nie mów. - Machnęłam ręką. - Serio?

Jojo wyszczerzyła zęby, oparła łokcie na stole i nachyliła się.

- Serio. Jestem pewna, że dalej będziesz pomagać w biurze i sprzątać jego stolik kawowy, ale będziesz świetna w terenie. Widzę to.

- Nie jestem dziennikarką. Nie umiem pisać. Płaciłam komuś, żeby pisał za mnie prace w college'u.

Jojo skrzywiła się.

- Musiałaś coś pisać, żeby zrobić dyplom z ceramiki?

Zamknęłam oczy, zażenowana.

- Tak.

Zarechotała, a ja zaczęłam się śmiać razem z nią, tak naprawdę, po raz pierwszy od bardzo długiego czasu.

- Dziękuję - powiedziałam, starając się złapać oddech. - Nie wiedziałam, że potrafię się tak śmiać na trzeźwo.

Oparła brodę na wierzchu dłoni.

- Wiem, że jesteś czarną owcą w rodzinie, ale nie jesteś taka zła. Nie wyobrażam sobie, żebyś mogła się tak zmienić w jeden miesiąc.

- To zdumiewające, co daje dziewczynie detoks i poczucie odpowiedzialności - stwierdziłam, tylko na wpół żartem.

- Tak świetnie dajesz sobie radę. Ani razu nie miałaś wpadki.

- Trudno jest pić albo palić zioło, jak człowiek jest spłukany. Poza tym, nawet jakby coś takiego się zdarzyło, nie powiedziałabym o tym szefowi.

- Ja nie jestem twoim szefem, a ty nie jesteś kłamczuchą. Nie chodzi tylko o pieniądze, Ellie. To trochę smutne. Obserwuję cię, widzę, jak ciężko pracujesz, ale z jakiegoś powodu stale spodziewasz się, że coś pójdzie nie tak.

- Nieprawda. - Pokręciłam głową, bawiąc się szklanką z wodą.

Jojo zaśmiała się cicho, a potem zaczęła zbierać rzeczy.

- Chodźmy. Masz robotę do zrobienia.

Wysadziła mnie przecznicę przed redakcją, a ja nachyliłam się i popatrzyłam na nią zła przez opuszczoną szybę od strony pasażera. Z tyłu auta dymiły spaliny, a mój oddech tworzył podobną parę jak one.

- Poważnie? To ma być jakiś fotograficzny survival? Jest pewnie minus dziesięć stopni.

Jojo wskazała gestem okolicę.

- Jest tu trochę interesujących rzeczy. Chciałabym zobaczyć, jak je widzisz.

- Świetnie.

- To na razie - rzuciła bardzo zadowolona z siebie.

Aparat był zimny i z trudem zmieniałam ustawienia zgrabiałymi palcami, kiedy Jojo odjeżdżała, zmierzając na podwórko za naszym budynkiem.

Rozejrzałam się. Zobaczyłam stary dom i odchyliłam się, by popatrzeć na anteny. Zrobiłam zdjęcie próbne i sprawdziłam je. Skorygowałam ustawienia i cyknęłam znowu. Kiedy obraz wypełnił kadr, uśmiechnęłam się. Tryb automatyczny był do niczego. Kiedy się wiedziało, jaki efekt dadzą zmienione ustawienia, pracowało się zupełnie inaczej.

Poszłam drogą w odwrotnym kierunku niż redakcja, zatracając się w robieniu zdjęć i obserwowaniu, jak zmienia się jakość w zależności od ustawienia ISO, czasu migawki i przysłony. Zrobiłam trochę zbliżeń liści zasypanych śniegiem, ośnieżonych dachów... W moich fotografiach było mnóstwo śniegu, ale udały mi się.

- Wylali cię? - zapytał Tyler, albo Taylor, z drugiej strony ulicy. - Zeke i ja robiliśmy zakłady, jak długo wytrzymasz.

Mrużył jedno oko, bo raziło go zachodzące słońce. Obejrzałam się i zauważyłam, jak wygląda jeszcze zza gór. Podciągnęłam rękaw kurtki, by spojrzeć na zegarek. Byłam na mrozie przez dwie i pół godziny i prawie tego nie zauważyłam.

- Który ty jesteś? - spytałam, chowając aparat.

Zachichotał.

- Tyler - odparł. - Jesteś rzeczoznawcą z zakładu ubezpieczeń czy co?

- Nie. Robię zdjęcia do magazynu.

- Muszą być naprawdę zdesperowani - rzucił żartem.

- Odpieprz się - powiedziałam i odwróciłam się, by wrócić trzy przecznice do redakcji.

Tyler stał przed bazą strażaków. Nie zdawałam sobie sprawy, że tak daleko zaszłam.

- Hej! - zawołał. Usłyszałam szuranie jego buciorów po mokrym śniegu na ulicy i chrzęst kawałków rozsypanej soli, zanim mnie dogonił. - Żartowałem.

- Ja też - odparłam, nie zwalniając.

- No to... - Wetknął dłonie do kieszeni roboczych spodni. - Ty i Paige...

- Nie ma czegoś takiego jak ja i Paige.

- Nie? Dlaczego? Ktoś mówił, że pewnie jesteście... Lubisz chłopaków, co? Bo... przecież po tamtej nocy... Po prostu nie umiem cię rozszyfrować.

- A co tu jest do rozszyfrowywania?

Na jego twarzy powoli pojawiał się uśmiech.

- Ty, Ellie. Staram się ciebie zrozumieć.

- Znów mnie zagadujesz.

- Myślałem, że może tym razem to będzie w porządku.

- Dlaczego?

Ściągnął brwi. Nie mógł się połapać, jak ze mną rozmawiać.

- Czy ty... myślisz jeszcze o tamtej nocy?

- Nieszczególnie, nie.

Westchnął.

- Minął już miesiąc, Ellie.

- Zdaję sobie z tego sprawę.

- Ja nadal o niej myślę.

Nabrałam głęboko powietrza w nadziei, że z wydechem zdołam wyrzucić z siebie to, jak się przy nim czułam.

- Mówiliśmy już o tym - stwierdziłam, kontynuując marsz w kierunku redakcji "Górskiego Echa".

- Ellie - odezwał się z nerwowym śmiechem. - Mogłabyś zatrzymać się i porozmawiać ze mną chwilę?

Stanęłam i uniosłam brodę, by spojrzeć mu w oczy.

- Interesujesz się mną, bo nie rozpłynęłam się w twojej pamięci jak inne partnerki na jeden numerek? A może z powodu mojego ojca albo dlatego, że lubię albo nie lubię chłopaków?

- Nic z tych rzeczy. Dlaczego jesteś taka trudna?

- To była jedna noc, Tyler. Byłam wtedy inną osobą. Nie chcę, by dalej pociągali mnie spoceni bokserzy, który chcą wziąć sobie do łóżka upitą dziewczynę.

Wepchnął pięści do kieszeni i przymrużył jedno oko. Znów pojawił się ten dołek w policzku.

- Nie chcesz, ale nadal to jesteś ty.

Był tak zadufany w sobie, że moje obraźliwe uwagi wcale go nie ruszały. Za bardzo pewny siebie, by mi wierzyć.

Szłam dalej.

- To ty jesteś trudny. Ja staram się stawiać sprawy jasno. To, że nie jestem chwilowo w najlepszej formie, nie znaczy, że wysyłam ci niejednoznaczne sygnały.

- Już się z tobą przespałem. Chciałem zapytać, czy masz ochotę się spotykać.

Przystanęłam, by przyjrzeć się jego twarzy i zdecydować, czy mówi prawdę. W jego oczach zobaczyłam nadzieję i może odrobinę strachu. Tyler był wysoki, zwalisty, walczył z wielkimi pożarami, by zarobić na życie, ale bał się mnie i nie bez powodu. Bo pod tymi mięśniami i ostentacyjną butą kryła się dobroć i to znaczyło, że ja nie jestem dla niego dobra - nawet jeżeli stałam się lepsza niż dotąd.

- Nie mogę się z tobą spotykać.

- Dziś kończę o dwudziestej drugiej - powiedział, jakby mnie nie usłyszał.

- Przed dziesiątą jestem w łóżku.

- A co powiesz na śniadanie? Nie musisz być w pracy przed dziewiątą, co?

- Bo lubię pospać dłużej, geniuszu.

- Jadasz bekon i jajka? Czy naleśniki?

Zmarszczyłam brwi. Obie propozycje brzmiały fantastycznie. Darmowe śniadanie było równie kuszące jak darmowa kolacja. A Sally uznała, że nie pozwoli Mariceli uzupełnić spiżarni, póki nie porozmawiam przez telefon z rodzicami. Czego nie planowałam... już nigdy. Nie zmieniałam swojego życia dla nich. Robiłam to dla Finley i to oznaczało, że niedługo będę skazana na chińskie zupki, chyba że Maricela zmiłuje się nade mną i przyniesie trochę swoich słynnych tamali.

Darmowe śniadanie było wspaniałą perspektywą, ale wykorzystywanie kogoś dla jedzenia mimo świadomości, że ten ktoś jest mną zainteresowany, nie pasowało do dobrej osoby, którą próbowałam być.

- Nie.

- Nie? - powtórzył zaskoczony.

- Jestem dość zajęta swoimi sprawami. Na pewno znajdziesz sobie jakąś inną dziewczynę, żeby się z nią spotykać.

Moje stopy wreszcie zaczęły buntować się przez ten "mały" spacerek na mrozie do redakcji. Popchnęłam drzwi frontowe, zadźwięczał dzwoneczek i ucichł, gdy tupałam na wycieraczce, żeby otrzepać buty.

- Już zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle wrócisz - powiedziała Jojo. Jej promienny uśmiech nagle przygasł. - Widziałaś, że na zewnątrz jest Maddox?

Obejrzałam się i zobaczyłam za drzwiami Tylera. Stał z dłońmi w kieszeniach i czekał.

Machnęłam do niego ręką, nakazując mu wracać, skąd przyszedł. Pokręcił głową.

- Co ty wyprawiasz? - spytała Jojo.

- Jak się pozbyć tych gości? Przykleił się taki jak guma do żucia do podeszwy.

- Nie umiem ci nic poradzić. Jestem raczej pewna, że Maddox nigdy nie czekał na zewnątrz na zimnie na dziewczynę. Przetrzymaj go, aż zrobi się całkiem fioletowy. Wiesz... należy mu się, za resztę nas. - Wyciągnęła rękę. - Pokaż, co przyniosłaś.

Wyjęłam kartę pamięci z aparatu i podałam jej. Rozemocjonowana, wetknęła ją z boku monitora i usiadła. Kółka krzesła zapiszczały, kiedy przysunęła się bliżej.

Miałam czerwone, zgrabiałe palce i zastanawiałam się, jak dałam radę pracować tak długo na mrozie. Szybkie nastawianie aparatu i cykanie stało się obsesją. Łatwo było stracić rachubę czasu. Nawet teraz, gdy stałam obok Jojo, klikającej i oglądającej te setki zdjęć, kusiło mnie, żeby wracać i robić następne.

Pokręciła głową i oparła łokieć na biurku, ujmując brodę dłonią. Zakryła palcami usta, a klikanie myszy było coraz szybsze.

- Nawet nie wiem, co powiedzieć.

- Prawdę. Ciągle mam pracę asystentki, jeżeli są do bani, tak?

- Nie są do bani.

- Nie?

- Są niesamowite!

Nabrałam głęboko powietrza.

- Tak?

- Tato! - zawołała Jojo, bardziej jak niecierpliwa nastolatka niż młoda kobieta prowadząca biuro.

Wick przybiegł z gabinetu, lekko kulejąc, ale zaciekawiony.

- Są dobre?

- Sam zobacz - rzuciła, dalej klikając.

Skrzyżowałam ramiona, czując, jak pali mnie powoli rozgrzewająca się skóra. Przestąpiłam z nogi na nogę, niepewna, jak rozumieć ich reakcję. Wick oparł jedną rękę na ramieniu córki i nachylił się do monitora.

- Ellison - powiedział, patrząc na ekran. - Całkiem niezłe, dzieciaku.

- Poważnie? - spytałam, pociągając nosem.

Wyprostował się i poklepał mnie po ramieniu.

- Trzeba jej dać zlecenie, Jojo. Nie coś z tych nudnych gówien. Coś, o czym chcieliby wiedzieć więcej miejscowi i turyści. Coś ekscytującego. Seksownego!

Jojo zmarszczyła brwi.

- Oj. Nie mów tak, tato.

Tyler wreszcie pchnął drzwi i wszedł.

- Nie odejdę.

Przewróciłam oczami.

- Nie masz nic do roboty?

Wick strzelił palcami.

- Wiem! Mam to!

- Co takiego? - spytała Jojo.

- Pierwsze zlecenie dla Ellie! - Wskazał Tylera. - Zrobi reportaż o ekipie tych strażaków. Znamy ogólne informacje, ale co oni naprawdę robią? Na ile ich praca jest niebezpieczna? Wyczerpująca fizycznie? Jakie cechy musi mieć członek tego elitarnego zespołu? Kim oni są? Co robią w czasie wolnym?

- Nie - powiedziałam niemal błagalnie.

- O, Boże, tato, świetny pomysł!

- Jojo - jęknęłam. - Nie jestem reporterką.

- Pomogę ci - zapewniła. - Zredaguję albo sama napiszę to cholerstwo, jeśli będzie trzeba. Ty tylko zrób notatki i zdjęcia.

Wick uśmiechnął się, ukazując komplet żółtych zębów. Wypiął pierś, dumny z córki.

- To dopiero będzie artykuł. Edson i Wick. Może zechce to wziąć Associated Press.

- Nie spieszmy się tak. Mamy pewność, że to w ogóle możliwe? - spytałam. - Na pewno są jakieś ograniczenia ze względu na bezpieczeństwo, na tajemnicę służbową.

Wick znowu wskazał Tylera.

- Pomożesz, Maddox. Wyświadczysz mi przysługę.

- Nie wyświadczaj - zaprotestowałam.

Tyler zrobił krok w kierunku biurka Jojo.

- Na pewno mogę uzgodnić to z dowódcą. Jutro mam dzień wolny. Mogę ją zabrać i z nim porozmawiać.

Westchnęłam i przeczesałam palcami włosy, popatrując błagalnie na Wicka i Jojo.

- Przestańcie. Zastanówmy się nad tym chwilę. Chcecie dać mi pierwsze zlecenie, kompletnej amatorce, i wysyłacie mnie w teren, żeby zrobić reportaż o strażakach w akcji? Naprawdę?

Jojo wyłączyła komputer, narzuciła kurtkę i mrugnęła do mnie.

- Przywieź mi coś fantastycznego.

- Robię zdjęcia drugi dzień. A ty chcesz czegoś fantastycznego?

- Wierzę w ciebie - oświadczyła. - Zbieraj się. Na dzisiaj kończymy. José czeka na zewnątrz.

Powlokłam się do swojego pokoju zabrać rzeczy. Kiedy wróciłam do lobby, Tyler stał w ciemnościach, gadając z Jojo o moim zleceniu. Jojo wyłączyła już światła i czekała, aż wyjdę. W ręce miała klucze, żeby za mną zamknąć.

Tyler podszedł ze mną do krawężnika, gdzie stało audi wypuszczające białą chmurkę spalin. Sally nie zaaprobowała używania samochodu, ale José był przekonany, że rodzice nie chcieliby, żebym chodziła kilometrami przez śnieg.

Ja nie byłam tego taka pewna.

- W takim razie... śniadanie jutro rano, zanim pójdziemy? Ja stawiam.

- To nie są dla mnie żarty - odparłam. - Potrzebuję tej pracy. Jeśli zawalę...

- Nie zawalisz. Zadbam, żebyś miała co fotografować. Pozwól, że postawię ci śniadanie, zanim pojedziemy do bazy. Porozmawiamy, jak przedstawić to szefowi, a ja zorientuję się lepiej, czego chcesz.

- Nie wiem, czego chcę.

- No dobra. - W jego policzku znów pojawił się dołek. - Tak czy inaczej, po śniadaniu będziesz miała lepsze pojęcie o tym, czego chcesz.

Tylne drzwi audi skrzypnęły, kiedy je otwierałam.

- Ellie...

- Tylko pamiętaj - powiedziałam - że to nie moja wina. Próbowałam oszczędzić ci kłopotu.

- Jestem strażakiem, Ellie. Inwestuję w ten związek. Pomogę ci.

Wślizgnęłam się na tylne siedzenie i zamknęłam drzwi. Tyler postukał w okno, a ja opuściłam szybę.

- To nie jest żaden związek.

- Jak ci już mówiłem... Jestem otwarty na przyjaźń z dodatkami - powiedział z szerokim uśmiechem.

- Kompromitujesz się.

- Ja? - zapytał, dotykając swojej piersi. - Też coś!

Zamknęłam okno i José ruszył. Skórzane siedzenia były ciepłe, a ja zatarłam dłonie w rękawiczkach bez palców.

José skręcił w lewo w autostradę. Spojrzał na mnie w lusterku wstecznym.

- Wygląda panienka na zadowoloną.

Patrzyłam na światełka przebijające się przez ciemności.

- Myślę, że to, co widzisz, to irytacja.

- Ma panienka dziś gościa.

- Gościa? - spytałam. - Tylko nie mów, że to Sterling. Albo moi rodzice. Cholera jasna, to nie oni, co?

José zachichotał.

- Nie, nie. Ta dziewczyna z niebieskimi włosami.

- Paige?

Skinął głową.

- Od jak dawna tam czeka?

- Prawie godzinę. Przyniosła ciastka. Bardzo dobre.

- Zjadłeś moje ciastko?

- Nie, panno Ellie. Przyniosła z pięćdziesiąt.

- Musi skądś wiedzieć, że Sally chce mnie zagłodzić na śmierć.

José zwolnił przy bramie, a potem ruszył pomału drogą prowadzącą do domu i zatrzymał się przed wejściem frontowym obok hyundaia hatchbacka z lat osiemdziesiątych. Niebieski lakier się łuszczył, a od przedniego zderzaka biegły do tyłu długa rysa i wgniecenie. Samochód był fajny, ale sfatygowany - nie można byłoby sobie wyobrazić auta lepiej pasującego do Paige.

Powitała mnie w foyer, zarzucając mi ręce na szyję. Była opatulona kocem, który pachniał jak Finley. Wystawały z niego tylko jej głowa, dłonie i obszarpane czerwone converse'y.

- Mam nadzieję, że nie jesteś zła, że tu jestem.

- A skąd.

Pociągnęła mnie do kuchni.

- Przyniosłam ciastka - oznajmiła, ściągając pokrywkę z plastikowego pudełka, które wyglądało na starsze od niej.

Podała mi okrągłe ciastko z białym lukrem w kształcie śnieżynki.

Ugryzłam kawałek.

- Mmm - zamruczałam, nadal żując. Ciastko rozpływało się w ustach, a lukier smakował obłędnie. - Naprawdę sama je upiekłaś?

Skinęła głową.

- Przepis babci.

Maricela otworzyła lodówkę i pokazała nakryty talerz, zanim zapięła suwak kurtki i zebrała swoje rzeczy, przygotowując się do wyjścia. Za oszronioną szybą mignęły tylne światła audi, przez co niezapowiedziana wizyta Paige przyniosła mi jeszcze większą ulgę.

- Jak leci? Całkiem znikłaś - powiedziała, wybierając kolejne ciasteczko.

- To był ciężki miesiąc.

- Tyler mówił, że rodzice się od ciebie odcięli. To prawda?

- Tyler Maddox? Widziałaś się z nim?

Poczułam w brzuchu dziwne ukłucie zazdrości.

Wzruszyła ramionami.

- U Turka. Mówił, że z nim zerwałaś.

- Nie zerwałam. Musiałby być ze mną, żebym mogła z nim zerwać.

Paige zachichotała. Jej dziecinny uśmiech sprowokował mnie, żebym wzięła ją za rękę. Splotła swoje długie palce z moimi.

- Brakowało mi ciebie. Nigdzie się nie pokazywałaś.

- Dalej tu jestem.

- To prawda? O twoich rodzicach? Dlatego jesteś taka inna?

- Mam nadzieję, że to dobra zmiana - powiedziałam, zgarniając w kopczyk okruchy po ciasteczkach. Paige milczała. - Tak, to prawda.

- Przyjechałam ci na pomoc.

Nachyliła się i wyciągnęła butelkę z brązowej papierowej torby. Przejrzała szafki, żeby znaleźć dwie szklanki, i postawiła je na blacie. Ślinka mi pociekła na dźwięk odkręcanej zatyczki i nalewanego do szkła bursztynowego płynu. Paige napełniła obie szklanki.

- Hola - odezwałam się. - Od ponad miesiąca nie piłam ani kropli.

Podała mi szklankę i uniosła swoją.

- Za trzeźwość.

- Ale...

W gardle aż mnie paliło z pragnienia. Miałam to tuż-tuż. Tylko jeden drink. Wypiję tylko jeden.

Rozdział 9

- WYGLĄDASZ JAK UPIÓR - powiedział Tyler, odsuwając dla mnie krzesło.

Usiadłam i założyłam okulary przeciwsłoneczne.

- Dzięki.

- Długi wieczór? Myślałem, że już nie pijesz.

- Nie piłam - odparłam, wzdrygając się na dźwięk jego głosu.

Przez okna wpadały ostre promienie słońca, a mały gówniarz, jeszcze nawet nie w wieku przedszkolnym, podskakiwał w kącie, jakby się naćpał.

- Co się stało? - spytał Tyler.

- Wczoraj wieczorem odwiedziła mnie przyjaciółka z butelką whisky.

Popatrzył na mnie surowo.

- Po takim czasie? Po pięciu tygodniach odstawienia? To chyba niezbyt dobra przyjaciółka.

- Nie ślubowałam abstynencji. To dobre dla alkoholików.

Tyler dał znak Chelsea, unosząc palec.

- Cześć. Możemy dostać wodę?

Skinęła głową, a on skupił uwagę na mnie.

- Jesteś w stanie jeść?

- Możliwe.

Pokręcił głową.

- Przynajmniej dobrze się bawiłaś?

- Tak. Gadałyśmy pewnie do północy i padłyśmy. Upiekła ciasteczka, mówiłyśmy o moich rodzicach i Finley, i... - Głos mi się załamał, kiedy przypomniały mi się łzy i paplanie o Sterlingu, zanim film mi się urwał. Powiedziałam Paige. Wiedziała, co zrobiliśmy ze Sterlingiem. Zakryłam oczy dłońmi. - O nie. O Boże. Kurwa mać.

- Czyli... wcale nie było tak fajnie?

- Nie chcę o tym mówić. Owsianka. Bez owoców. Z cynamonem. - Byłam zdecydowana coś zjeść, nie wiedząc, kiedy znów będę miała okazję na inny posiłek niż zupka błyskawiczna. - Poproszę.

- Wedle życzenia - powiedział Tyler i złożył zamówienie, kiedy Chelsea wróciła z wodą.

Nie mówił dużo, a mnie to nie przeszkadzało. I tak było tu za dużo ruchu i światła, i dźwięków, i oddechów. Szczęk naczyń, rozmowy, śmiechy jakichś cholernych dzieciaków, trzaskanie drzwi aut - to wszystko powinno zniknąć.

- Mam wrażenie, że wszystko cię wkurza - powiedział.

- W dużym stopniu tak. - Nasunęłam kaptur na głowę i oparłam ją na dłoniach.

- Czy to jedna z tych chwil, z których potem będziemy się śmiać?

Zjechałam niżej na krześle. Ciemne okulary nie pomagały. Miałam wrażenie, że słońce przepala mi mózg na wylot.

- Raczej nie. Przepraszam bardzo.

Chelsea podsunęła mi miseczkę owsianki. Uderzył mnie w nos zapach cynamonu. Wyglądało to nawet dość apetycznie, póki nie wyczułam w powietrzu aromatu sterty naleśników z jagodami, czekoladą, bitą śmietaną i syropem klonowym zaserwowanych Tylerowi.

- Chryste - powiedziałam, wzdrygając się. - Czy ktoś kiedyś powiedział ci, że jesz jak przedszkolak?

- Wiele, wiele razy - odparł, wbijając widelec w kopiec i biorąc pierwszy kęs.

- Jakim cudem tak wyglądasz - wskazałam go - jeśli jesz takie rzeczy? - Popatrzyłam na jego talerz.

- W bazie mamy sporo przestojów w odróżnieniu od okresu pożarów, kiedy śpimy w terenie. Nie lubię siedzieć bezczynnie, więc dużo ćwiczę.

Najwyraźniej. Był wielkoludem.

Wzięłam łyżkę i zanurzyłam w miseczce. Nabrałam odrobinę, na próbę. Jak na razie, dobrze. Czysta grzanka, cynamon, czysta owsianka. Nadal mogłam balować jak gwiazda rocka, ale najwyraźniej nie wracałam już tak szybko do formy.

Dokończyłam wodę, popijając nią dwa ibuprofeny, które przyniosłam z domu, a potem spojrzałam na zegarek.

- Spieszysz się? - spytał Tyler.

- Chciałam się tylko upewnić, że zdążę do biura, jeśli twój szef nie da się namówić na ten bzdurny plan.

Tyler już pochłonął prawie pół porcji naleśników. Nawet nie zorientowałam się kiedy.

- Zawsze chodzą za nami reporterzy. Tylko nie wiem, jak dasz radę dotrzymać nam kroku w twoim stanie, jeśli zostaniemy wezwani. Podejścia bywają ostre.

- Zamknij się.

- Trzeba się wspinać...

- Dlaczego się nade mną znęcasz?

- ...w śniegu.

- Pilnuj swojej roboty, a ja będę pilnować swojej.

Tyler zaśmiał się.

- Jak to się stało, że córka miliardera ląduje w lokalnym czasopiśmie, pstrykając zdjęcia reporterskie? Dość osobliwa sytuacja, nie sądzisz?

- Mówiłam ci o rodzicach i wiem, że pamiętasz. Powiedziałeś o tym Paige przy drinkach czy jakiejś innej okazji.

- To cię trapi? - zapytał ubawiony.

- Że gadasz o moich sprawach? Czy to, że byłeś z Paige?

- Jedno i drugie.

- Moje sprawy osobiste to raczej nie coś, o czym powinno się rozpowiadać w barze.

- Masz rację. Przepraszam. Myślałem, że to twoja przyjaciółka... i trochę się o ciebie martwiłem. Sądziłem, że wie więcej ode mnie.

- Paige to urocza dziewczyna. Nie jest moją przyjaciółką.

- Przyjaźń z dodatkami?

Spiorunowałam go wzrokiem, a on podniósł ręce, chichocząc.

- Skończyłeś już się opychać? - rzuciłam. - Dostaję mdłości, jak na to patrzę.

Wstał, zostawił kilka banknotów na stoliku i pomógł mi się podnieść. Podtrzymał mnie blisko siebie, radząc sobie bez trudu z moją wagą. Wydawało się, że nawet mi współczuje.

- W porządku?

Zdmuchnęłam zabłąkany kosmyk z twarzy, wkurzona na samą siebie jeszcze bardziej niż przedtem, i - jeśli mam być szczera - również na Paige. Ona jednak nie wiedziała, jak ciężko pracowałam. Nie była odpowiedzialna za moją nową drogę. Wszystko to moja wina.

Tyler poprowadził mnie do swojego pick-upa i pomógł mi wsiąść. Starałam się patrzeć naprzód, na drogę, bo jazda na tylnym siedzeniu audi do Winona's Café godzinę wcześniej dała mi się we znaki.

Niecałe piętnaście minut później skręciliśmy w Mills Drive. Wóz podskakiwał na nierównym asfalcie i lodzie, kiedy Tyler wjeżdżał na parkingu po południowej stronie bazy.

- Przepraszam - powiedział. - Kawałek musimy przejść.

Z wywiewu z boku brązowego budynku sączyła się biała mgiełka. Wysiadłam i popatrzyłam na drugą stronę ulicy, mrużąc oczy i starając się dostrzec, czy w redakcji palą się już światła.

- Jeśli potrzebujesz rzygnąć, to teraz - oznajmił Tyler, przechodząc przodem, by znaleźć się obok mnie. Jego muskularna ręka objęła moje ramiona, ale się otrząsnęłam.

- Nic mi nie jest. Nie niańcz mnie. Sama jestem sobie winna.

- Tak. To prawda.

Tyler przeszedł przez grubą pokrywę śniegu między swoim autem a bazą. Dotarliśmy do tylnych drzwi. Szybko przekręcił klamkę i je otworzył. Zamaszyście wskazał korytarz.

- Panie przodem.

Skrzyżowałam ręce na piersi, by się rozgrzać, i ruszyłam do środka. Z jakiegoś powodu na kacu zawsze było mi zimniej - kolejna wkurzająca sprawa.

Tyler potupał buciorami na dużej przemysłowej wycieraczce i zrobiłam to samo. Skinął, bym poszła za nim korytarzem obwieszonym tanimi ramkami ze zdjęciami poprzednich dowódców i kilku strażaków, którzy zginęli w akcjach. Ostatnia fotografia była z końca lat dziewięćdziesiątych. Chłopak nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia pięć lat. Przystanęłam, patrząc na jego piegi i uroczy uśmiech.

Minęliśmy otwarte drzwi, prowadzące do jaskrawo oświetlonego garażu pełnego wozów gaśniczych, pojazdów i sprzętu. Plecaki i kaski wisiały na hakach na ścianach. Dodatkowe węże były złożone na wielkich półkach.

- Pozwolę ci zrobić tu parę zdjęć, kiedy dostaniemy zielone światło od dowódcy - powiedział Tyler. - Kierownik mojego zespołu mówił, że dzisiaj jest. Przegląda aplikacje.

Kilkoro zamkniętych drzwi dalej przekroczyliśmy kolejny próg. Tyler wskazała za siebie.

- To gabinet dowódcy jednostki. Siedzi tam teraz i przeklina komputer. Chief.

- Chief? Szef czy dowódca?

- Ma na nazwisko Chief. I stanowisko dowódcy. To on może wydać zgodę, żebyś nocowała w barakach.

- Kapuję. Czekaj. Mam nocować w barakach? Gdzie one są?

- W głębi Parku Narodowego Gór Skalistych. Jeśli masz chodzić z nami, nie możemy podjeżdżać po ciebie do miasta, żeby cię zabrać za każdym razem, kiedy dostaniemy wezwanie.

- O jasna cholera. Czyli co, powinnam się... pakować?

- Tak. To - skinął głową - nasza główna siedziba. Pokój telewizyjny. - Wskazał na lewo.

Dwie kanapy i cztery fotele stały przed dużym telewizorem. Miał szeroki ekran, ale wydawał się jedyny w swoim rodzaju, starszy niż większość wpatrzonych w niego chłopaków. Tyler pomachał do nich, a oni mu odmachali, zaciekawieni, ale nie na tyle, żeby podnieść się z foteli.

- Kolejne biuro - powiedział, wskazując na pokój w głębi, po lewej stronie. - Na tym komputerze piszemy raporty. A tutaj - powiedział, wskazując na prawo - jest kuchnia.

Przeszłam przez drzwi. Zobaczyłam prostokątny stół, przy którym po jednej stronie mogło usiąść z osiem osób. Skromne wyposażenie składało się z szafek przy ścianach, lodówki i kuchenki. Obok zlewu stały toster i mikrofalówka. Wydawało się, że jest tu wszystko, co trzeba, choć pomieszczenie wielkości garderoby miało służyć całemu zespołowi.

Tyler prowadził mnie dalej, za kolejny próg.

- Tutaj jest część sypialna.

- Poważnie?

Salka wyglądała jak izba chorych, z łóżkami ustawionymi jedno obok drugiego, przedzielonymi jedynie kwadratowymi szafkami.

- A te to co?

- Trzymamy tu rzeczy osobiste, dodatkowe ubrania, kurtki i takie tam. Po każdej stronie są dwie. Takie skrytki.

- Śpisz w takich warunkach? W jednym wielkim pokoju z bandą facetów?

- Czasami. Tak, niektórzy chrapią.

Skrzywiłam się, a Tyler się roześmiał.

- Chodź. Pójdziemy zobaczyć się z dowódcą.

Wróciliśmy przez kuchnię, minęliśmy chłopaków w sali telewizyjnej. Właśnie wstawali i przeciągali się.

- Dokądś się wybierają? - spytałam.

- Jedzą śniadanie, oglądając wiadomości. Potem idą na dół do swoich zajęć, chyba że mamy wezwanie. Poza sezonem pracujemy normalnie czterdzieści godzin w tygodniu, od piątej rano do szesnastej albo od szesnastej do dwudziestej drugiej.

- W nocy nie ma pożarów?

- Są, dla pracujących na pełny etat dyżurnych od wozów.

- A poza tym macie jakieś zajęcia?

- Tak. Mycie pojazdów, zamiatanie, przecieranie podłóg mopami, zmywanie... wszystko, co trzeba. Nie mamy tu służących.

Burknęłam na niego, wiedząc, że to był przytyk do mnie.

- Przestoje, jeśli jakieś mamy, w terenie wyglądają całkiem inaczej. Kopiemy nowe rowy przeciwpożarowe, naprawiamy płoty, oznakowania, robimy ćwiczenia...

- W takim razie tak naprawdę to nie jest przestój - stwierdziłam.

Tyler zapukał do drzwi naprzeciwko kwater załogi.

- Wejść, do cholery! - ryknął niski głos ze środka.

Tyler mrugnął do mnie i otworzył drzwi. Dowódca siedział za biurkiem, częściowo ukryty za stertą teczek i wiekowym pudełkowatym komputerem. Sprawiał wrażenie mocno sfrustrowanego.

- Cześć, Chief. Mam tu dziennikarkę, która...

- Wiesz coś o Twitterze? - zapytał, przeszywając mnie spojrzeniem czarnych oczu.

- Słucham? - spytałam.

- Twitterze. Znasz się trochę na tym? Ktoś, kto ma o wiele więcej czasu ode mnie i zarabia o wiele więcej, uznał, że powinniśmy mieć konto na Twitterze, a ja nie mam bladego pojęcia, jak... Jakże to się nazywa?

- Tweetować - podsunął mu Tyler, starając się nie roześmiać.

Tamten walnął pięścią w biurko.

- A niech to szlag! Tweetować!

- Tak. Pewnie mogłabym pomóc - odparłam. - Ale zostałam tu wysłana z zadaniem, panie...

Rzucił na mnie okiem i pokręcił głową, po czym znów skupił się na komputerze.

- Po prostu Chief. Co za zadaniem?

- Jestem... fotograficzką z "Górskiego Echa". - Choć była to prawda, miałam wrażenie, że kłamię. - Mam zrobić reportaż o górskim oddziale specjalnym straży pożarnej. Pan Wick chciałby pokazać mieszkańcom, co robicie.

- Tweetujemy - mruknął dowódca.

Tyler parsknął śmiechem.

- Przestań, Chief. Panna Edson chciałaby...

- Edson? - powtórzył Chief i nareszcie uznał, że zasługuję na więcej uwagi niż Twitter.

Cholera.

Zmrużył oczy, przypatrując mi się.

- Jak Edson Tech?

- No... - zaczęłam, niepewna, co byłoby właściwą odpowiedzią. Ojciec miał równie wielu wrogów co przyjaciół. Możliwe, że tych pierwszych nawet więcej.

- To reporterka, po prostu - wtrącił Tyler. - Nie rób sobie z niej jaj, tylko powiedz: tak czy nie. Przyszedłem, chociaż mam dzień wolny.

- Tak? A dlaczegóż to?

- Jestem jej winien przysługę - wyjaśnił Tyler.

- Coś takiego. Naprawdę?

- Tak. Czy panna Edson może towarzyszyć naszej ekipie i robić zdjęcia, czy nie?

- Dać jej czerwoną kartkę?

- Chief... - rzucił zdesperowany Tyler.

- Jeśli będzie umiała pokazać mi, jak się wysyła tweeta, to tak.

Zdjęłam kurtkę, podałam Tylerowi, przeszłam na drugą stronę biurka i przyklękłam obok dowódcy.

- Tweetujesz na Twitterze, Chief. Żeby to robić, musisz mieć konto. Wypełnij te pola.

Postukał w klawiaturę i krok po kroku założył konto.

- Kliknij w to - pokazałam mu. - Tutaj możesz wrzucić zdjęcie. Na pewno masz wasze logo w folderze "zdjęcia".

Poklikałam trochę i, tak jak podejrzewałam, znalazłam logo oddziału górskiego w odpowiednim folderze. Jedno z ich zdjęć w terenie świetnie pasowało na otwarcie. Wstałam.

- Wszystko gotowe.

- Gotowe na co? - zapytał Chief.

- Kliknij w tę ikonkę i pisz, co chcesz.

- Nie to, co chcesz, Chief - zaoponował Tyler. - Napisz coś związanego z naszym zespołem, tylko bez brzydkich słów. I na nie więcej niż sto czterdzieści znaków.

Zmarszczył nos.

- Sto czterdzieści czego?

- Po prostu napisz o tym sprzątaniu, przy którym pomagaliśmy niedawno. Albo zbiórce jedzenia, którą planujemy w ten weekend. Napisz, że jesteśmy gotowi na nadchodzący sezon pożarów, i dodaj zdjęcie grupowe. Krótko i ładnie.

- Sprzątanie i zbiórka jedzenia? Wy to robicie? - spytałam.

- Jasne. Stale się trafia coś takiego. - Tyler powiedział to tak, jakbym powinna była wiedzieć.

Po pukaniu do drzwi odezwał się znajomy głos.

- Co to za spódniczka?

Obejrzałam się i zobaczyłam w progu Taylora. To było dość niepokojące, jak bardzo był podobny do Tylera.

Spiorunowałam go wzrokiem.

- Nie noszę spódniczki ani nie jestem spódniczką. Zresztą doskonale wiesz, kim jestem.

Taylor mrugnął do mnie i uśmiechnął się.

- Nie zapomnij pochwalić się wszystkim wojującym feministkom, że już na wstępie zostałaś obrażona - powiedział, nim ruszył do sali telewizyjnej.

Tyler zacisnął zęby, ale zaraz zrobił powolny wydech.

Dowódca patrzył to na miejsce, gdzie przed chwilą stał Taylor, to na Tylera, to na mnie.

- O co tu chodzi, do cholery?

- O nic. Wysłałeś tweet?

Chief kliknął myszą i umościł się wygodniej w fotelu, opierając łokcie na poręczach.

- Tweetuję!

- Ellie ma zielone światło?

- Ma. Trzymaj ją na czarnym albo w bezpiecznej strefie. I wynoście się z mojego gabinetu, do cholery. Mam robotę.

- Jasne, idziemy - zapewnił Tyler, wyprowadzając mnie szybko na korytarz.

- Na czarnym? - szepnęłam przez zęby.

- Tam, gdzie wszystko już się spaliło na węgiel - odparł, naśladując mnie.

Odetchnęłam z ulgą.

- To było trudniejsze, niż sobie wyobrażałam.

- To porządny gość. Robi wszystko, co należy, załatwia nam sprzęt, jakiego potrzebujemy, nawet jeśli mosiądze nie zawsze są tego zdania.

- Mosiądze?

- Wyżsi rangą. Chodzi o budżet. To stała walka. Ale nie po to tu jesteś. Chodź, poznasz niektórych chłopaków.

Poprowadził mnie do zajezdni wozów, gdzie reszta załogi ciężko pracowała. Dwóch mężczyzn zaglądało pod maskę jednego z wozów, kilku innych zamiatało i myło mopami betonową podłogę, a kilku skupiło się w kącie i robiło coś przy sprzęcie.

- Co to jest? - spytałam, pokazując na wiszące na ścianie narzędzie, wyglądające jak skrzyżowanie kilofów z młotkami.

- To... topory strażackie, pulaski. A te - wskazał na coś w rodzaju szufli - to nosorożce. Produkujemy je tutaj.

- Sami je robicie?

- Tak. Spawarką, piłą, piaskownicą i przy użyciu kilku innych narzędzi. W gruncie rzeczy: czym się da. Czasami musimy być kreatywni.

Wyciągnęłam aparat i zrobiłam kilka zdjęć sprzętu, a potem wymierzyłam obiektyw w członków zespołu zajętych codzienną pracą. Tyler podszedł do mężczyzn majstrujących pod maską pojazdu, który wyglądał jak przerośnięty ambulans.

- To bus zespołu - powiedział.

- Kiedy jeździ - odezwał się jeden z mężczyzn.

- Tablica na zewnątrz głosi Międzystanowe Centrum Pożarnictwa, macie tu międzystanowy sprzęt, wozy, a to jest oddział miejskiej straży pożarnej?

Tyler wzruszył ramionami.

- Podwójne obowiązki. Żeby było łatwiej, zwłaszcza że wielu z nas pracuje zarówno w mieście, jak i w terenie. Jednostka jest też dzięki temu bliżej miasta poza sezonem pożarów.

Skinęłam głową, wyciągając notes i długopis.

- To jest Smitty - powiedział Tyler, wskazując mężczyznę wyższego od niego, ale nie tak mocnej budowy.

Drugi, niższy, ale zwalisty, strażak nosił okulary i miał ciekawą urodę, oliwkową cerę i smar na policzku.

Obaj otarli ręce o spodnie i przywitali się ze mną.

- Lyle Smith - przedstawił się Smitty, ściskając mi dłoń.

Tyler pokazał na drugiego.

- A to Taco.

- Taco? - powtórzyłam. Meksykanin? Nie rozumiałam, skąd takie przezwisko przy jego rudych włosach i piegowatej skórze.

- Clinton Tucker. Mój syn ma dwa lata. Kiedy mówi, jak mamy na nazwisko, brzmi to jak taco. I, niestety, się przyjęło, ale to nie jest tu najgorsza ksywka.

- Czy każdy ma jakąś? Ksywkę? - spytałam.

Tyler wzruszył ramionami.

- Raczej tak.

- A jaką masz ty?

Smitty zachichotał.

- Ma, ma, ale nikt nie ma odwagi powiedzieć mu tego prosto w twarz.

- Będziesz musiał dopuścić mnie do tajemnicy - powiedziałam z ironicznym uśmieszkiem.

- Nie - uciął Tyler. - On ci nie powie.

Zanotowałam ich nazwiska.

- Ciężko ci, Taco? Być z dala od syna przez wiele dni, a nawet tygodni?

- Na pewno. Ale nie znamy innego życia. To mój zawód - stwierdził, ocierając ręce szmatą. - W okresie pożarów to są miesiące.

- Od jak dawna jesteś w straży?

- To mój czwarty sezon w Kolorado.

Skinęłam głową i pozwoliłam im wrócić do ich zajęć, a potem stanęłam w kącie, żeby pstryknąć kilka niepozowanych zdjęć członków zespołu przy pracy.

- Tam jest Watts... Randon Watson - powiedział Tyler, przystając. Watts pomachał jedną ręką, w drugiej trzymał mop. - A to szef naszej jednostki, Jubal Hill. Niech cię nie zmylą jego srebrne włosy. To dzika bestia.

- Jubal? - spytałam. - A jak się naprawdę nazywa?

Jubal rzucił miotłę i podszedł do nas. Jego jasne włosy odcinały się mocno od opalonej na brąz skóry i błękitnych oczu. Wyciągnął dłoń.

- Jubal Lee Hill. Miło cię poznać.

Zabrzmiało to w sumie jak Jubilat.

- Jubilat - powtórzyłam.

Spuścił wzrok i zaśmiał się.

- Po prostu Jubal. Przezwisk nie trzeba.

- Miło cię poznać - powiedziałam.

Kiedy odchodził, obserwowałam go jak paparazzi. Powinien być sfotografowany w kalendarzu albo pracować dla "Vogue'a" w Nowym Jorku, nosić markowe okulary i garnitur, a nie popychać miotłę w garażu.

- Nie przejmuj się - powiedział Tyler. - Każda kobieta, która tu wpadnie, zakochuje się w Jubalu.

- Nie widać tego po nim - zauważyłam.

- Bo on o tym nie wie.

- Jasne.

- Poważnie. Całe życie kocha tę samą kobietę. Od początku szkoły średniej czy jakoś tam. Zaraz po maturze się pobrali i... powinnaś ich zobaczyć. Coś obrzydliwego.

- Obrzydliwego?

- Zachowują się jak nowożeńcy. A ślub był trzydzieści lat temu.

- To obrzydliwe?

- Nie - odparł. - Ale lubimy im dogryzać. Założę się, że moi rodzice też do dziś by tacy byli. W gruncie rzeczy fajnie coś takiego zobaczyć. Reszty chłopaków nie ma.

- Ilu jest w zespole? I co masz na myśli przez to, że ich nie ma? Są ranni? Na urlopie? Na chorobowym?

Tyler zachichotał.

- Zespoły zwykle składają się z dwudziestu osób, mężczyzn i kobiet.

- Kobiet?

- Nie ma ich wiele, ale są najtwardsze.

Uśmiechnęłam się, pozwalając aparatowi swobodnie zawisnąć na pasku na mojej szyi.

- To gdzie jest ta reszta?

Tyler poprowadził mnie do oprawionego grupowego zdjęcia.

- Jak mówiłem, poza sezonem, kiedy nie gasimy pożarów, czasami przydzielają nas do innych prac, jak akcje poszukiwawcze czy ratownicze, pomoc po kataklizmach. Zajmujemy się też porządkowaniem zasobów i wspieraniem rodzimych jednostek. Niektórzy mają dodatkowe prace albo po prostu biorą bezpłatny urlop i jadą na narty, albo podróżują, albo spędzają czas z rodziną. - Wskazał twarze, których nie rozpoznałam. - Ryba, zastępca dowódcy. Mądrala, Byczek i Przystojniak są szefami brygad jak Jubal. Sugar, Kot, Skuter. Baggins. Żyd. Sancho. Chuchro. Pudding. Szczeniak.

Uniosłam brew.

- Dam ci później pełną listę.

- Prawdziwe imiona i nazwiska, poproszę. A co to jest porządkowanie zasobów?

- Przerzedzanie lasów, wprowadzanie zmian zalecanych ze względów przeciwpożarowych, poprawianie warunków środowiska, prace przy budowie szlaków... takie tam rzeczy. Czasami chodzimy do szkół i... no wiesz... prowadzimy zajęcia. Miś Smokey i te sprawy.

- Kto musi się przebierać? - spytałam.

Tyler się skrzywił.

- Zwykle ja.

Zachichotałam.

- Dzięki za ten szczegół - powiedziałam, pisząc w notesie. - W sprzyjającej chwili chciałabym zrobić ci zdjęcie w tym stroju.

Nachmurzył się, a ja dałam mu kuksańca w bok.

- Jesteś słodki jak brzoskwinka, że mnie oprowadziłeś, i jesteś aniołem, że poszedłeś ze mną do dowódcy.

- Jak brzoskwinka?

- A po ile godzin średnio pracujecie?

Tyler skrzyżował ręce na piersi.

- Czy teraz też się liczy?

Uniosłam na niego wzrok znad notesu.

- Słucham?

- To zależy, czy to sezon pożarów, czy przestoju. Jeśli walczymy z ogniem, to tylko śpimy, jemy i pracujemy. Możemy i osiemnaście godzin dziennie, ale praca przez trzydzieści dwie z rzędu to też nie rzadkość. I tak przez dwa tygodnie.

- Ja cię kręcę - mruknęłam pod nosem.

- Dawniej to było dwadzieścia jeden dni. Potem dostajemy wymagane wolne, czterdzieści osiem godzin na odpoczynek. I wracamy. Jeździmy wszędzie... gdzie tylko jesteśmy potrzebni. Nawet na Alaskę, do Kanady i Meksyku.

- Od jak dawna się tym zajmujesz?

- Jestem słodki jak brzoskwinka? Poważnie? - zapytał ubawiony.

- Zamknij się i odpowiadaj.

- Nie mogę się zamknąć i odpowiadać jednocześnie... - Urwał, kuląc się lekko pod moim groźnym spojrzeniem. - To dla nas trzeci sezon. Przedtem byliśmy w zespole ziemnym.

- My? - Znów na niego popatrzyłam.

- Taylor i ja.

- Jesteście w pakiecie, we dwóch?

- W zasadzie tak - stwierdził rzeczowo i wyobraziłam sobie, że to samo mówi podczas rozmów o pracę.

Nabazgrałam kilka zdań, a potem podniosłam długopis do ust.

- W waszym zespole nie widzę wielu starszych. Dlaczego?

- W ogóle nie ma ich zbyt wielu. Walka z ogniem w lasach jest okrutna. Jeśli robisz to przez pięć albo więcej sezonów, zaczynają się problemy fizyczne. Dowódca jeździ na akcje, ale głównie siedzi przy biurku, ze względu na plecy, kolano i ramię. Były operowane.

- Jezu... - szepnęłam.

- Co?

- Nic. Wspominałeś coś o społeczności. Co jeszcze robicie?

- Chodzi ci o to, co robimy dla społeczności? W okresie przestoju mamy w planie dnia poranny i wieczorny trening, patrole, ćwiczenia, prace z piłą łańcuchową, stawianie ogrodzeń, znakowanie...

Zapisywałam to, co mówił. Miałam nadzieję, że Jojo zdoła ułożyć z tych chaotycznych notatek jakąś historię.

- Macie czas wolny? - spytałam.

- Nie podczas sezonu pożarów. Wziąłem dziś wolne, żeby załatwić jedno gówno.

- Musisz już... - zaczęłam, wskazując na drzwi.

- Co? Nie, nie, wszystko w porządku.

- Nie chciałbyś zostawić mnie z nimi samej, co?

- Nie, niespecjalnie.

- Co będziesz robił, jak wyjdziesz? Czym się zajmuje członek straży leśnej w dni wolne?

Tyler zmarszczył brwi i patrzył na mnie, zmieszany.

- Co masz na myśli?

- Wychodzisz, tak? Nie mieszkasz tu przecież, co?

- Nie, nigdzie nie wychodzę.

- A więc tu mieszkasz?

- Nie, mam mieszkanie z bratem w Estes Park. Zwykle zostajemy w bazie tylko wtedy, kiedy mamy szychtę, ale tak... póki tu jesteś, to ja też. Uzgodniłem z dowódcą, że możesz tu być, więc odpowiadam za ciebie.

Zmarszczyłam nos na tę myśl.

- Jeśli chłopaki dostaną wezwanie, to zamierzasz z nimi jechać, tak? - zapytał.

- No... owszem.

- W takim razie zostaję. Będą zajęci. Nie będą mieli czasu cię niańczyć.

- Skończyłam przedszkole. Potrafię wykonywać polecenia.

- Nie zamierzam się z tobą kłócić. Będzie, jak powiedziałem.

- A kiedy zacznie się twoja zmiana?

- Tak samo.

- Ach, więc oni nie będą mieli czasu mnie niańczyć, ale ty tak?

- Jojo chciała, żebyś za nami jeździła, nie? I tak to się robi, kiedy mamy tu dziennikarzy, którzy śledzą nasze działania. Ktoś musi pilnować, żeby nic się im nie stało.

- Chyba nie mówisz poważnie. Jestem przypisana do ciebie, a ty do mnie? A już zaczynałam czuć się fajnie.

- Nie zostawię cię samej. To niebezpieczne, Ellie.

- Cudowny jesteś.

Tyler nachmurzył się.

- Przemyślę to sobie.

Nagle zrobiło mi się słabo. Spanikowałam, kiedy gorycz podeszła mi do gardła.

- Żartowałem. Nic ci nie jest? Trochę pozieleniałaś na twarzy - zauważył.

- Niedobrze mi.

- Łazienka jest w końcu korytarza. Drugie drzwi na prawo.

Poczułam ucisk z żołądku, odbiło mi się, zakryłam usta. Nie czekałam, aż to się powtórzy, pognałam do łazienki i dopadłam do niej w samą porę. Kiedy nachylałam się nad toaletą, pomyślałam o aparacie, który zaraz utopi się w kiblu i pokryje rzygowinami, ale zawisł przy moim lewym uchu, złapany przez strażaka, którego uwielbiałam nienawidzić.

- Czemu jestem taka głupia? - jęknęłam, a mój głos odbił się echem od muszli.

Tyler przytrzymywał w jednej ręce aparat, w drugiej moje włosy.

- Nic jej nie jest? - zapytał któryś z chłopaków z korytarza.

- Wszystko w porządku, Smitty. Złapała tę wirusówkę żołądkową, która teraz krąży - powiedział Tyler.

- A to pech - skwitował Smitty. - Ja padłem na dwa dni przez to gówno.

Zwymiotowałam raz jeszcze. Obaj wydali ten sam dźwięk, w równym stopniu zaskoczeni, co zniesmaczeni.

- Ale fajnie, że już pierwszego dnia mam publiczność przy tej okazji.

- Przepraszam - bąknął Smitty. - Życzę zdrowia, Ellie.

- To wcale nie jest upokarzające - wymamrotałam i zwróciłam jeszcze raz.

Rozdział 10

- O, RANY - powiedziałam, cofając się o krok.

W pierwszym tygodniu byłam przy kilku pożarach domów, płonących samochodach, a nawet paleniu się traw, ale Tyler miał rację. Gdy pali się las, to zupełnie co innego.

Tyler obserwował pilnie, co się dzieje dokoła, kiedy prowadził mnie w bezpieczniejsze miejsce. Byłam okutana ubraniami i ciepłą bielizną; miałam wełniany sweter, a na to włożoną za dużą kurtkę odporną na ogień i portki, więc bardzo trudno było mu trzymać mnie za rękę. On był w koszuli przeciwogniowej i brązowych spodniach roboczych, a pod spodem nosił pewnie bieliznę termiczną. Miał gogle, torbę ze sprzętem i kask.

Szereg strażaków oddziału górskiego, ubranych w jaskrawożółte kurtki i niebieskie kaski, kopał rów przy wzgórzu. Większość poznałam dwa dni temu w obozowisku; Tyler ich uwielbiał, był wśród nich również jego brat. Symfonia uderzeń w korzenie i gałęzie za pomocą toporków pulaski i nosorożców przebijała się przez nieustanny skrzekot łączności radiowej.

Tyler podprowadził mnie najbliżej, jak się dało, starając się pomagać zespołowi, a jednocześnie mieć mnie na oku. Biwakowaliśmy w terenie od dwóch nocy i jeśli tylko ogień nie przeskoczy przez przecinkę, Tyler przewidywał, że powinniśmy zwijać się stąd przed zmrokiem. Nikt bardziej niż ja nie mógłby się dziwić, że wcale mi się do tego nie spieszy.

Nie było tu wozów z wężami albo pompujących wodę. Strażacy z oddziału walczyli z ogniem podpalarkami, łopatami, piłami łańcuchowymi. Wykopywali rowy, by wyrwać z ziemi wszystko, co może się palić i przenosić ogień dalej.

Nie miałam lęku wysokości, ale kiedy popatrzyłam w dolinę, ogarnęła mnie dziwna mieszanina strachu i euforii. Wiatr targał mi włosy, zawiewając ich kosmyki na twarz, a ja zorientowałam się, że niesie też ze sobą płomienie w kierunku oddziału górskiego. Czas zwolnił, gdy spojrzałam na Tylera. Utknęliśmy w chwili, jakiej nie zaznałam nigdy przedtem. Nie zjeżdżaliśmy ze szczytu, nie niosła nas wielka fala gdzieś w Tajlandii, nie wdrapywaliśmy się do Machu Picchu - ale znaleźliśmy się na czubku świata, byliśmy jedyną siłą pomiędzy ogniem i domami widocznymi z góry, na której staliśmy. Trzymając aparat, zziębnięta na kość, jakieś półtora kilometra od płomieni, które mogły spalić mnie żywcem, znalazłam wreszcie coś, czego szukałam, choć dotąd nie zdawałam sobie z tego sprawy.

- Cofnij się, kochanie - powiedział Tyler, przytrzymując mnie wyciągniętą ręką, jak moja matka, kiedy musiała bardzo ostro hamować podczas prowadzenia auta.

Prawie wisiałam na jego przedramieniu, pochylona do przodu, bardzo chcąc znaleźć się bliżej, cykając zdjęcie za zdjęciem, sycąc się adrenaliną, którą produkował mój organizm. To było lepsze niż każdy narkotyk, jakiego próbowałam.

Płomienie wydały niski pomruk, kiedy objęły suche zarośla i pozbawione liści drzewa, niczym szturmujący szereg nieustraszonych żołnierzy. Podejście na miejsce pożaru było trudne. Jechaliśmy prawie dwie godziny do obozowiska, a potem niemal godzinę wędrowaliśmy w górę przez lód i śnieg, wspinając się na strome zbocza i przedzierając przez zagajniki. Zdrętwiały mi stopy i twarz, jeszcze zanim poczułam dym, ale na wiele godzin kompletnie zapomniałam o zimnie, patrząc przez obiektyw aparatu.

Na górę biegł zdyszany Taco, przemoknięty od potu i błota. Zatrzymał się przed Jubalem, by złożyć raport.

- Przy wschodniej grani kopanie rowu skończone.

Za nim nadciągnął zdyszany Smitty. W jednej ręce miał miotacz ognia, w drugiej toporek. Przygarbiony Watts niósł piłę łańcuchową. Wszyscy wydawali się równie wyczerpani co zadowoleni. Byli w swoim żywiole, gotowi na dalsze rozkazy.

Jubal klepnął Smitty'ego w ramię.

- Dobra robota.

Tyler powinien mieć dzień wolny, ale to nie powstrzymało go przed pomaganiem zespołowi w kopaniu szerokiego na ponad pół metra rowu. Patrzyłam, jak wbija się w ziemię toporkiem pulaski, jakby to było nic, jak dyryguje ludźmi, jakby jakiś kilometr dalej nie palił się cały świat.

Przeglądając poprzednie zdjęcia, zauważyłam, że jest na nich dużo Tylera, ale i tak zrobiłam kolejne zbliżenie jego zlanego potem, umazanego sadzą profilu na tle zachodzącego słońca. Był w pewien sposób piękny - z każdej perspektywy - i dlatego trudno było mi powstrzymać się przed obejmowaniem go w kadrze. Zielone sosny czekały na ratunek. Z niezwykłym szarym kolorem dymu i ciepłym pomarańczem ognia na horyzoncie tragedia tworzyła niemal baśniową scenerię.

- Nadlatuje śmigłowiec! - wrzasnął Jubal, trzymając radio przy uchu. - Wiatr zmienił kierunek!

Popatrzyłam na Tylera zdziwiona.

- Nie ma wiatru.

- Tutaj nie. Ale pożar decyduje o warunkach pogodowych. Tu, z tej odległości, możemy nie czuć wiatru, ale tam, gdzie się pali, zasysa tlen i może powodować podmuchy o prędkości pięćdziesięciu, a nawet sześćdziesięciu pięciu kilometrów na godzinę.

Wezwano więcej strażaków, których dotąd nie poznałam. Z piłami łańcuchowymi w dłoniach niewielka grupa pracowników zwanych pilarzami odcinała gałęzie drzew, tworząc wolne przestrzenie między ich koronami, by ogień nie przeskakiwał z jednej na drugą. Każdy pilarz miał pomocnika, który zbierał ścięte gałęzie i krzaki i odrzucał je poza granicę ognia.

Reszta zespołu - kopacze - pracowała w szeregu, wbijając się w poszycie lasu i tworząc niemal metrowy rów pod wycinaną w górze wolną przestrzenią. Jednostka oddziału górskiego była podzielona na dwie dziesięcioosobowe ekipy. Pilarze, pomocnicy i kopacze, i jeszcze trochę osób stojących na czatach - ci mieli oko na zmiany warunków pogodowych. Inni głębiej wypalali pas, by pożar nie miał się po czym rozprzestrzeniać. Wszyscy pracowali jak jeden zgrany mechanizm, przeważnie bez słowa. Jubal kontaktował się z dowódcą, a potem wydawał warkliwe polecenia strażakom, samemu angażując się w robotę. Wszyscy pracowali wiele godzin, by stworzyć to, co nazywali pasem bez paliwa, wycinając i wypalając całą roślinność kilometrami, schylając się, by kopać, ciąć - wszystko, byle zagłodzić ogień na śmierć.

Daleki łomot zbliżył się i wkrótce zawisł nad nami śmigłowiec. Zaraz za kolumną dymu zrzucił ładunek. W dół poleciał amarantowy pył.

- To czerwony środek inhibicyjny, zmniejszający palność.

- Gasi ogień?

- Sprawia, że wolniej się rozprzestrzenia. Daje nam więcej czasu na kopanie.

Przełknęłam ślinę, a Tyler dotknął mojego policzka dłonią w rękawicy.

- Będzie dobrze.

Szybko kiwnęłam głową, przerażona i podekscytowana zarazem.

Strażacy ledwie rzucili okiem na chmurę zrzuconego pyłu i kontynuowali kopanie. Patrzyłam na to z podziwem, wyczerpana samym podejściem na miejsce pożaru i zimnem.

Tyler parsknął śmiechem, a ja obejrzałam się i zobaczyłam, że patrzy na mnie tak jak ja na ogień. Nie odwrócił wzroku, za to jeden kącik jego ust lekko się uniósł. Nawet przez pot i sadzę na jego twarzy dostrzegłam ten dołek w policzku. W tamtej chwili Tyler Maddox i jego pożary wypełniły pustkę duchową, która mi doskwierała, a z której istnienia nie zdawałam sobie sprawy.

Pracowali jeszcze, kiedy zrobiło się ciemno, a ogień zamienił się w galaktykę żarzących się zgliszcz na wzgórzu.

- Dobra - rzucił Jubal przez radio. - Czas wezwać ekipę ziemną.

- Co to znaczy? - spytałam Tylera.

Uśmiechnął się.

- Oni po nas posprzątają. Pościągają zgliszcza na sterty i wypalą do końca, aż wszystko wystygnie. Skończyliśmy, chyba że jakieś iskry przeskoczą na drugą stronę granicy.

Strażacy już się pakowali i długim szeregiem ruszyli w kierunku wozów. Szłam z aparatem w ręku, żeby łatwiej mi było dokumentować tę żmudną wędrówkę przez las wyczerpanych, obsypanych popiołem mężczyzn, kiedy w pobliżu nie było nikogo, kto podziękowałby im za uratowanie niezliczonych kilometrów drzew i wielu domów. Ludzie nigdy nie poznają realiów tego, co tu się działo, i tego, jak ci mężczyźni ciężko pracowali, by nikt nie musiał się z czymś takim zetknąć. Jedynym dowodem dramatu był wypalony obszar, który zostawialiśmy za sobą.

Mały biały płatek osiadł mi na czubku nosa, a ja spojrzałam w górę i zobaczyłam tysiące innych spadających na ziemię. Śnieg chyba dodawał strażakom nowych sił: zaczęli rozmawiać o tym dniu i co zrobią z resztą weekendu.

- Nie jest ci zimno? - spytał Tyler.

- Na ile to możliwe przy temperaturze minus osiem stopni - odparłam.

- Zrobiłaś mi jakieś dobre zdjęcia, Ellie? - zapytał Watts, udając, że odrzuca do tyłu długie włosy, których nie miał.

- Jestem pewna, że mam przynajmniej po trzysta zdjęć każdego z was - powiedziałam, unosząc aparat, by znów poprzeglądać ujęcia. Sama byłam pod wrażeniem. Za każdym razem, kiedy wyzwalałam migawkę, efekty były lepsze. Coraz szybciej też nastawiałam aparat.

Strażacy szli gęsiego do wozów. Światełka przy ich kaskach przebijały ciemność. Wokół nas wszędzie unosił się zapach dymu - w powietrzu, na ubraniach, przenikał pory skóry. Nie byłam pewna, czy kiedykolwiek jeszcze poczuję inną woń.

Tuż przed nami w pokrytych śniegiem zaroślach przemknęło jakieś zwierzę. Drgnęłam.

- Myślę, że to był niedźwiedź, Ellie - zażartował Taylor. - Nie boisz się chyba wielkich czających się w ciemnościach bestii, które mogłyby cię rozszarpać na kawałki, co?

- Daj spokój - odezwał się idący za mną Tyler.

Poprawiłam paski plecaka; nie mogłam przestać się uśmiechać i cieszyłam się, że Tyler nie mógł tego zobaczyć. Moja nowa miłość do tego, co Chief nazywał fotografią przygodową, nie była jedynym, co sprawiało, że czułam się na właściwej drodze. O ile pożary i fotografowanie okazały się ekscytujące, to, o dziwo, obecność Tylera działała na mnie uspokajająco. W sumie było to w stanie zastąpić ryzykowne zachowania i narkotyki, którymi niszczyłam się, od kiedy skończyłam czternaście lat.

Zmarszczyłam brwi, zdołowana tym odkryciem. Czy miałam zastąpić stare szaleństwa nowymi? Wykopywałam kolejną dziurę, by zasypać starą? To nie wydawało się dobre.

- Chcesz, żebym to poniósł? - zapytał Tyler.

Mocniej przytrzymałam plecak.

- Radzę sobie.

- Zostało nam jeszcze kilka kilometrów. Jeśli chcesz, żebym...

- Radzę sobie, Tyler. Nie rozpieszczaj mnie.

Smitty popatrzył na mnie przez ramię i mrugnął, ale od razu spoważniał, kiedy jego wzrok padł na idącego za mną Tylera. Nie jestem pewna, co sobie przekazali, ale Smitty odwrócił się pospiesznie.

Strażacy idący daleko przed nami już włączyli silniki i porządnie zagrzali wozy, nim dotarliśmy do obozowiska. Namioty były złożone. Ładowano sprzęt i generatory. Tyler otworzył mi drzwi, a ja wdrapałam się do środka i przesunęłam, żeby zostawić mu jak najwięcej miejsca.

Silnik zwiększył obroty, wóz zatrząsł się, po czym ruszyliśmy w kierunku górskiej drogi, którą tu przyjechaliśmy. Tyler się wiercił. Nie mógł usiedzieć spokojnie, jakby każda sekunda tak blisko mnie była torturą.

Przeglądałam zdjęcia, wyrzucając nieudane, a zatrzymując te, moim zdaniem, najlepsze. Po kilku kilometrach Tyler wreszcie poklepał mnie w kolano i nachylił się, by szepnąć mi do ucha:

- Co ja takiego zrobiłem?

Popatrzyłam w jego zaczerwienione oczy. Był zmieszany, a pewnie i lekko urażony, ale nie mogłam wyjaśnić czegoś, czego sama nie rozumiałam.

- Nic - odparłam.

Znów zaczęłam bawić się aparatem, ale on delikatnie wziął mnie pod brodę i uniósł ją do góry, żebym spojrzała mu w oczy.

- Ellie. Powiedz. Czy to dlatego, że cię przytrzymałem? Wiesz, że ja tylko dbam o twoje bezpieczeństwo? Jeżeli byłem zbyt brutalny, przepraszam.

- Nie, wiem. Wszystko w porządku - powiedziałam, cofając się przed jego dotykiem. - Nie jestem zła. Tylko zmęczona. Przepraszam, że na ciebie warknęłam.

Przyjrzał się mojej twarzy, próbując się zorientować, czy mówię prawdę. Wiedział, że coś kręcę, ale skinął głową, postanawiając odpuścić, póki jedziemy wozem pełnym jego kolegów. Strażaków uśpił pomruk silnika i kołysanie na wybojach.

Tyler patrzył w okno, zły i sfrustrowany. Dotknęłam jego ręki, ale nie ruszył się. Po kolejnych dziesięciu minutach jego ciało się odprężyło. Głowa przechyliła się i oparła o szybę, podskakując, kiedy wozem rzucało na nierównościach terenu. Skupiłam się znów na aparacie, oglądając pozostałe zdjęcia. Miałam nadzieję, że Jojo spodoba się przynajmniej kilka z nich.

Taco, z odchyloną do tyłu głową i otwartymi ustami, chrapał na przednim siedzeniu. Silnik pracował tak głośno, że prawie to zagłuszał. Zresztą inni nie zwracali na to uwagi.

Poklepałam po ramieniu Jubala.

- Prowadzisz sam całą drogę?

- Lubię jechać do domu. To oczyszcza mi głowę.

- Dobrze poszło - powiedziałam.

- Każdy dzień bez obrażeń albo ofiar śmiertelnych jest dobry.

Jubal uśmiechał się, ale ja cofnęłam się, zszokowana. Strażacy ruszali na każde wezwanie z nadzieją, ale zawsze bez pewności, czy wszyscy wrócą. Nie potrafiłabym sobie wyobrazić smutniejszej rodziny niż oni i wreszcie zrozumiałam, dlaczego ci ludzie pochodzący z różnych stron kraju - niektórzy wcale się nie znając - stawali się sobie tak bliscy.

- Jakiego typu obrażeń? - spytałam. - Poza oparzeniami.

- Widziałem mnóstwo chłopaków poranionych konarami osmalonych, jeszcze stojących drzew. Potrafią runąć tak cicho, że człowiek się tego nie spodziewa. Wielu w ten sposób ucierpiało. Pracujemy z ostrym sprzętem różnego rodzaju... piły, toporki... nie wspominając o miotaczach ognia i racach. W gruncie rzeczy wszystko, co robimy, może powodować ciężkie obrażenia, a zwykle mało śpimy i pracujemy wyczerpani fizycznie.

- To po co to robić? - spytałam. - Na pewno trzeba kochać dzikie tereny i pracę fizyczną, żeby choćby pomyśleć o takiej pracy. Ale kiedy człowiek pada na twarz ze zmęczenia i jest otoczony ogniem pośród lasów, co sprawia, że myślisz: "było warto"?

- Moi chłopcy. Robienie czegoś tak trudnego miesiącami tworzy zgrany zespół. Jesteśmy rodziną. Bywają dni, kiedy myślę, że jestem już za stary, a potem przypomina mi się, że nigdzie nie znajdzie się tego co tu. Może w wojsku. Nic innego nie przychodzi mi do głowy.

Bazgrałam w notatniku, usiłując coś dojrzeć w mdłym świetle deski rozdzielczej. Jubal opowiedział mi o różnych zespołach, z którymi pracował, o tym, że ekipa górska była jego ulubioną, i jak to się stało, że uznał walkę z ogniem w lasach za swoje powołanie. A potem wspomniał o dniu, kiedy w bazie pojawili się bracia Maddox.

- Bliskość i zaufanie to w ekipie sprawa nadrzędna, ale ci chłopcy... kiedy tylko weszli, od razu było widać, że będą stanowić spoiwo. Nie wiem, co się stanie, gdyby wrócili do siebie.

- To znaczy dokąd? - spytałam, czując, że świat mi się wali.

- Do Illinois.

- Po co mieliby tam wracać?

- Ich ojciec tam mieszka. Starzeje się. To wdowiec, no wiesz.

- Tyler coś wspominał.

Jubal pomyślał o tym chwilę.

- Mają tam też dwóch młodszych braci. Mówili, że może trzeba będzie wrócić, żeby pomóc.

- To bardzo szlachetne z ich strony, ale nie wyobrażam sobie, żeby robili coś innego.

- Ja też nie, ale to kochająca się rodzina, ci Maddoxowie. Na ile mogłem się zorientować z rozmów Taylora i Tylera. Bo reszty nie poznałem. Tamci nie wiedzą nawet, że chłopaki walczą z pożarami.

- Co? - Zdumiałam się.

- No, nie. Bliźniaki nie chcą, żeby ojciec się martwił. To awanturnicy, ale mają miękkie serca. Myślę, że prędzej by się podpalili, niż pozwolili na to, by komuś z ich bliskich stała się krzywda.

Popatrzyłam na śpiącego mocno Tylera, na jego spokojną twarz. Oparłam się na nim, niemal dotykając policzkiem jego ramienia. Bez wahania odruchowo objął mnie i przytulił do boku. Z początku się usztywniłam, ale potem odprężyłam, czując, jak jego ciepło rozgrzewa moje przemarznięte na kość ciało.

Napotkałam wzrok Jubala w lusterku wstecznym. Jego uśmiech zawędrował do oczu, a potem Jubal znów popatrzył przed siebie na drogę.

- Ellie? - odezwał się po chwili i zerknął na mnie w lusterku. Błękitne tęczówki świdrowały mnie na wylot. - Wiesz, co się szykuje?

- Pożegnanie? - spytałam, jedynie na wpół żartem.

Uśmiechnął się, znów koncentrując się na drodze.

- Możliwe, że nie.

Rozdział 11

NA EKRANIE MOJEGO TELEFONU pojawiło się selfie Finley z wydętymi usteczkami, ale wcisnęłam "odrzuć" i pozwoliłam, by zamiast mnie odebrała moja poczta głosowa.

- Znów twoja siostra? - zapytał Tyler, osuszając twarz starym zeszmaconym ręczniczkiem.

Poza tym nadal był tak samo brudny jak reszta.

Zapomniałam już, jak pachną moje włosy, kiedy nie cuchną dymem, albo jak to jest czuć dotyk czystej pościeli na skórze. Ściągnęłam aparat z szyi i padłam na rozklekotaną kanapę w kwaterze oddziału górskiego wśród lasów Parku Narodowego Gór Skalistych. Sezon pożarów zaczął się wcześniej, a ja biwakowałam z zespołem przez czternaście dni, kiedy walczyli z ogniem, który tak się rozprzestrzenił, że wezwano specjalistyczne posiłki z całego kraju. Według członków ekipy to był największy pożar, z jakim mieli do czynienia w ostatnich dwóch sezonach.

Zespół kierował się do kuchni, a ja siedziałam, z rozrzuconymi byle jak nogami i rękami, patrząc, jak mnie mijają. Bolał mnie każdy mięsień, każdy staw, nawet wnętrzności. Drugiego dnia w obozowisku zaczął mi się okres, ale niemal natychmiast przestałam krwawić. Prawdopodobnie ze względu na nagle zwiększoną aktywność fizyczną i mniejszą ilość spożywanych kalorii. Spodnie ze mnie spadały. Nie byłam pewna, czy mam ochotę spojrzeć w lustro.

Smitty przybił piątkę z Taco, a potem otworzył lodówkę i nachylił się, żeby rozważyć, jaki ma wybór. Twarz miał całą w sadzy.

- Zrobiło się tam przez chwilę nieprzyjemnie - powiedział Tyler.

- Dziękuję za opiekę... raz jeszcze. I za pomoc w stawianiu namiotu. Nie mogę uwierzyć, że chłopaki spały trzy noce na linii walki z ogniem. Niektórzy nie mieli nawet kurtek.

- Są więksi. To się nazywa waga lotna. Coś w rodzaju limitu. Czasami na bardziej odległe tereny podrzucają nas helikoptery, żebyśmy nie musieli wędrować tak daleko pieszo. Helikoptery muszą udźwignąć sprzęt, paliwo i zespół, nie ma rezerwy. Czasami Chuchro zabiera takie specjalne płachty, jakich używają wspinacze, by obozować w górach, bo jest chudy, może dołożyć sobie coś do wagi.

- Kulicie się pod nimi razem?

- Tak, okrywamy się razem, śpimy na łyżeczkę... tam jest cholernie zimno. Robimy, co się da - rzucił wesoło.

- To po co to robić?

- Spanie na linii ognia oznacza dodatkowy zarobek. Niektórzy chłopcy wolą to od spania w obozowisku.

- Rzeczywiście te generatory strasznie hałasowały - przyznałam.

- Trzeba było powiedzieć. Mogliśmy wskoczyć do wozu i odjechać trochę dalej, uciec przed hałasem.

- Było dobrze. Mnie nie przeszkadzało.

- Jak na bogate dziecko nie jesteś zbyt kapryśna, co?

- Bardzo mi się tam podobało. Naprawdę.

Tyler nachylił się i powąchał moje ramię.

- Pachniesz fantastycznie.

- Zamknij się.

- Mówię poważnie. Zapach dymu z pożaru leśnego to mój ulubiony. A jeszcze na dziewczynie? Robisz się osobliwie pociągająca.

- Mówiono mi gorsze rzeczy.

Tyler zmarszczył brwi.

- Nie w mojej obecności.

Zmęczona, zdobyłam się na uśmiech.

- Mój bohater.

Strażacy już zrzucili ubrania ochronne i plecaki w zajezdni, ale wszyscy cuchnęliśmy jak stary ser uwędzony na ogromnym ognisku. Tyler przyklęknął i starał się rozsupłać mi sznurowadła przy botkach. Zdjął je, jeden po drugim, a ja odchyliłam się jeszcze bardziej i poruszałam palcami stóp, by nacieszyć się ich swobodą. Powoli ściągnął mi skarpety, krzywiąc się na widok świeżych pęcherzy, z których sączyła się ropa, i tych, które już się goiły.

- Chryste, Ellie, mówiliśmy o tym.

- Nie szkodzi. Są dla mnie jak zdobyte odznaki.

- Gangrena to marna nagroda.

Pobiegł po apteczkę i zaczął opatrywać mi stopy, skatowane przez te dziesięć dni.

Próbowałam mrugać, ale zajęło chwilę, nim zdołałam znów otworzyć oczy. Miałam wrażenie, że moje powieki ważą z pięćdziesiąt kilo. Byłabym w stanie usnąć na miejscu.

Tyler skończył nakładać maść z antybiotykiem i przylepiać plastrem gazę na moje rany, a potem wziął koc leżący z tyłu kanapy, rozłożył go i mnie okrył. Podskoczyłam, kiedy zwalił się na kanapę obok mnie, ubrany w dżinsy i ciepłą koszulę z długimi rękawami. Miał odpięte trzy górne guziki. Wolałam go w jego niedopasowanym ogniotrwałym stroju i niebieskim kasku, ale nie dałby mi o tym zapomnieć, gdyby wiedział.

- Nigdy nie narzekasz. Bez żadnego treningu dołączyłaś do nas i wędrowałaś kilometrami. Biwakowałaś w ziemiance i śniegu na mrozie - powiedział, wyciągając się obok mnie. - Jestem pod wrażeniem. Wszyscy w ekipie są pod wrażeniem.

- A co mi tam - rzuciłam, opierając policzek na jego ramieniu.

Byłam potwornie zmarznięta i wyczerpana. Nie wiedziałam, jakim cudem palce nie odmówiły mi posłuszeństwa przez tyle dni. Tyler dotrzymał słowa i miał na mnie oko. To był piękny, ale trudny szlak, prowadzący przez stromizny i zagajniki. W niektórych miejscach śniegu nadal było po kostki, a nawet do połowy łydki, a my szliśmy prawie godzinę na miejsce, przedzierając się przez poszycie, w lodowatej brei. Straciłam czucie w stopach i twarzy, jeszcze nim dotarliśmy tam, gdzie się paliło, ale o wszystkim zapomniałam, kiedy popatrzyłam przez obiektyw.

Ledwie mogłam się ruszyć, a reszta zespołu Tylera gadała i robiła kanapki. Po czternastu dniach na górze przysługiwał im obowiązkowy dwudobowy odpoczynek. Choć byli skrajnie wyczerpani, nadeszła ich wersja weekendu, a oni wydawali się podekscytowani.

- Skąd w nich... tyle energii? - wydukałam schrypniętym głosem.

- Adrenalina - odparł Tyler, biorąc mój aparat i przeglądając trochę zdjęć.

- Jakim cudem nadal tak ich roznosi? Jazda powrotna trwała wieki. Myślałam już, że nigdy tu nie dotrzemy.

- Za każdym razem, kiedy wybieramy się do pożaru, nie da się wykluczyć, że ktoś z nas albo my wszyscy odniesiemy obrażenia, a nawet gorzej. Jak się wraca w komplecie, to wiele znaczy. - Oddał mi aparat. - Ładne zdjęcia.

- Dzięki.

Oparł brodę na moich włosach.

- Jojo się ucieszy.

- Dzięki. Dziś wysłała mi wiadomość. Chce zobaczyć, co zebrałam.

- Masz zamiar teraz jej pokazać? - Uniósł brwi. - To znaczy, że skończyłaś?

- Pewnie wkrótce się dowiemy.

Tyler obserwował kolegów siłujących się i żartujących w kuchni, ale wydawał się smutny.

- Ellie?

Słyszałam, jak wypowiada moje imię, ale znajdowałam się na dnie beczki pełnej wody; było mi ciepło i nie chciałam się ruszyć. Głosy chłopaków w kuchni ucichły w oddali i słyszałam już tylko bicie własnego serca i równy oddech Tylera. Zapadłam się głębiej w siebie, przyjemnie opatulona kocem i wsparta na ramieniu mojego anioła stróża.

- Zamknij pysk! - syknął Tyler. Szarpnął się, a ja zamrugałam, widząc jak przez mgłę Wattsa przeskakującego nad czymś, czym rzucił w niego Tyler.

Usiadłam i przetarłam oczy.

- Rany. Jak długo spałam?

- Trzy godziny - oznajmił z uśmiechem Jubal. - Tyler ani drgnął przez cały ten czas, żeby cię nie obudzić.

- Zjadłeś kolację? - spytałam, podnosząc na niego wzrok.

- Przyniosłem mu kanapkę - powiedział Watts, odrzucając z powrotem do Tylera małą kwadratową poduszkę. - Przeżyje.

Tyler obrażony złapał poduszkę i przycisnął do piersi.

- Co ci jest? - spytałam, podnosząc na niego wzrok.

Watts wydął wargę.

- Jest wściekły, że cię obudziliśmy.

- Wypij duszkiem - powiedział Jubal, podając mi szklankę lodowatej wody.

- Dzięki.

Smitty włączył telewizor, a Taco wydobył z kieszeni dzwoniący telefon komórkowy i wstał, żeby odebrać w biurze.

Tyler podniósł się.

- Pewnie trzeba zawieźć te zdjęcia Jojo, a ciebie do domu, co?

- Tak. Powinnam wezwać Joségo.

- Ja cię zawiozę - zaoferował natychmiast.

Jubal obserwował nas z rozbawieniem, choć nie byłam pewna czemu. Reszta ekipy Tylera wydawała się zajmować swoimi sprawami, choć nadal nasłuchiwali, co na to powiem.

- No, pewnie - odparłam. - Dziękuję.

Zanim wyszłam, wszystkich dziewiętnastu strażaków, od Ryby po Szczeniaka, zamknęło mnie po kolei w niedźwiedzim uścisku. Mówili, żebym szybko do nich wracała. Nawet Chief wynurzył się z gabinetu, by mnie pożegnać. A potem Tyler poprowadził mnie do swojego wozu, cierpliwie dostosowując tempo do moich powolnych kroków.

- Cholera - mruknął pod nosem. - Powinienem był wcześniej włączyć silnik, żeby się nagrzało.

- Jest świetnie. Naprawdę nie ma sprawy. Chyba dowiodłam już, że nie jestem zbyt wymagająca.

- Rzeczywiście, dowiodłaś. - Otworzył mi drzwi, ale znieruchomiał, widząc, że na niego patrzę. - Co?

- Co ty robisz?

Wzruszył ramionami.

- Otwieram ci drzwi.

- Dlaczego? - spytałam. Dziwnie się poczułam przez ten jego gest.

- Po prostu wsiadaj.

Wspięłam się do środka i skuliłam, żeby było mi cieplej, a Tyler zatrzasnął drzwi i pobiegł na drugą stronę. Był zamyślony, martwił się czymś.

Podwiózł mnie do redakcji, żebym mogła przekazać kartę pamięci Jojo. Powitała mnie z uśmiechem, nie mogąc się doczekać, kiedy zrzuci zdjęcia do swojego komputera.

- Tata będzie zachwycony - powiedziała.

- Tak? Czy to znaczy, że wykonałam zadanie? - spytałam.

- Możliwe. Musisz napisać mi, czego się dotąd dowiedziałaś, a ja to dla ciebie uporządkuję. Możemy potrzebować jeszcze trochę mięcha.

- Hm... mięcha?

Popukała palcem w mysz.

- No wiesz, dodatkowego materiału na później.

Zlustrowała mnie wzrokiem od stóp do głów.

- Jedź do domu. Odpocznij trochę, Ellison. Wyglądasz upiornie.

- Właśnie jadę - rzuciłam, zabierając kartę i ruszając do drzwi.

Wóz Tylera stał z włączonym silnikiem, obłoczek spalin unosił się w kierunku nocnego nieba. Kiedy tylko Tyler mnie dostrzegł, nachylił się w bok i popchnął drzwi od strony pasażera, żeby mnie wpuścić. Wsiadłam, a on potarł szybko moją nogę.

- Musimy zawieźć cię do domu. Jesteś wyczerpana.

- Ty pracowałeś o wiele ciężej niż ja.

- Ale ja jestem przyzwyczajony. Jojo powinna dać ci kilka dni wolnego. Bo jeszcze się rozchorujesz.

- Tak naprawdę czuję się lepiej, niż to mi się zdarzało od bardzo dawna.

Tyler włączył bieg, ruszył od krawężnika i pojechał w kierunku mojego domu. Zapalił papierosa i podał mi bez słowa, a potem zapalił drugiego dla siebie. Nie rozmawialiśmy wiele. Zostawiłam go jego myślom, których najwyraźniej kłębiły mu się w głowie miliony.

W końcu Tyler zwolnił i zatrzymał wóz przed bramą. Wychyliłam się przez niego, by wcisnąć kod. Brama jęknęła i zaczęła powoli się otwierać. Tyler ruszył i przejechał te półtora kilometra, które dzieliło nas jeszcze od mojego domu.

Było ciemno. Przypuszczałam, że Maricela i José pojechali już do siebie na noc.

- Dzięki za podwiezienie - powiedziałam, zabrałam rzeczy i zeszłam na wybetonowany podjazd. Zrobiłam kilka kroków i zamarłam.

- Co ty tu robisz? - spytałam.

- Ellison, ona wie - powiedział Sterling.

Wyłonił się z cienia, wychudzony, nieogolony. Chwiejnym krokiem zszedł ze schodów. Miał rozluźniony krawat, poplamioną koszulę.

Drzwi Tylera otworzyły się i zatrzasnęły, jego kroki zaskrzypiały na śniegu i żwirze, kiedy stanął tuż za mną.

- Cześć, Sterling - powiedział. - Miło cię widzieć.

Sterling miał mokre oczy. Z odległości trzech metrów wyczuwałam od niego whisky.

- Ja pierdolę, ona wie, Ellie. Nie odbiera moich telefonów.

- Mówiłam ci, nigdy nie odbiera twoich telefonów, kiedy jest na wakacjach.

- Kurwa, ona wie! - wybuchnął.

- Hej - odezwał się Tyler, który stanął między nami. - Nie jestem pewien, co tu się dzieje, ale sądzę, że rozsądniej będzie pogadać o tym rano. Pozwól, że cię odwiozę, Sterling. Widzę, że miałeś ciężki dzień.

- Pieprz się - rzucił Sterling, nadal patrząc na mnie. - I ty też.

- Mam się pieprzyć? - spytałam. - A kto dał mi tę tajemniczą pigułkę?

- Ona nigdy więcej się do mnie nie odezwie. Co ja mam robić?

- Przesadzasz, Sterling - stwierdziłam. - Wpadasz w paranoję. Cokolwiek wziąłeś, nie robi ci to dobrze.

- To wszystko twoja wina! - wrzasnął, a jego głos poniósł się między drzewami dzielącymi nasze domy. - Nie tylko jesteś miastową dziwką, jesteś światową dziwką. Każdy wie, z kim można się pieprzyć, jeśli Ellie jest w mieście - powiedział.

- Chwileczkę, do cholery - odezwał się Tyler, robiąc krok naprzód, po czym złapał go za kurtkę i przytrzymał.

Sterling zaśmiał się.

- I co zrobisz, poruczniku skurczybyku? Zmienisz moje zdanie?

- Mów dalej - warknął Tyler - to się przekonasz.

Sterling podniósł ręce, udając przerażenie.

- Niech ten prymityw pokaże, co potrafi.

Tyler zrobił kolejny krok, ale położyłam mu dłoń na piersi. Obróciłam się do niego i spuściłam wzrok, zawstydzona.

- Jest pijany. Zrozpaczony. Mieszka obok. Puść go, niech idzie do domu.

Tylerowi szczęki zadrgały nerwowo, ale pozwolił Sterlingowi odejść, choć ten po drodze jeszcze celowo trącił go ramieniem.

Wbiegłam na schody i otworzyłam kluczami dom rodziców. Było cicho, każdy nasz krok odbijał się echem w korytarzu.

Tyler zamknął za nami drzwi i poszedł za mną do kuchni.

- Twój dom tym razem wygląda całkiem inaczej.

- Bo jest prawie pusty? - spytałam.

Maricela zostawiła mi w lodówce nakryty talerz z zatkniętą na wykałaczce chorągiewką, na której napisała, ile czasu podgrzewać danie w mikrofalówce.

- Chcesz zjeść na spółkę? - spytałam. - Może mieć dzień czy dwa, ale przynajmniej to nie wojskowa racja żywnościowa.

- Nie, nie, ty zjedz.

Usunęłam folię i wcisnęłam trójkę w mikrofalówce. Zapaliło się światełko i talerz zaczął się kręcić, powoli, miarowo. Cieszyłam się, że nie jestem w domu sama, ale nie chciałam się obejrzeć, bałam się wyrazu twarzy Tylera.

- Co jest między tobą a Sterlingiem? - zapytał. - Przecież jeszcze kilka tygodni temu byliście przyjaciółmi? Dlaczego wygadywał o tobie takie rzeczy?

- Bo to prawda - powiedziałam po prostu.

- Akurat. Nie wierzę ani trochę.

- Czemu nie? - spytałam, obracając się do niego. - Sam tego doświadczyłeś.

- Uważam, że miałem szczęście, bo przypadkiem znalazłem się we właściwym miejscu, we właściwym czasie. Było fajnie, nic złego się nie stało. To niczyj pieprzony interes.

Zaśmiałam się, zaskoczona jego odpowiedzią.

- A co miałbym powiedzieć? - zapytał. - Jeśli ty jesteś dziwką, to ja też.

- Jesteś dziwką, Maddox.

- Ostatnio nie.

Walczyłam z uśmiechem, kiedy mikrofalówka zapikała po raz kolejny. Tyler wstał i wyjął talerz. Postawił go na biało-czarnej marmurowej wyspie.

- A ty najwyraźniej starasz się wprowadzić jakieś zmiany w swoim życiu. To cholernie nie w porządku z jego strony wypominać ci, co było dawniej.

- Czy osiem tygodni temu można uznać za odległą przeszłość? - spytałam, wyciągając widelec z szuflady.

Usiadłam, dziobiąc srebrnymi ząbkami brzegi pieczonego kartofla.

- Nawet ten ranek to już przeszłość - powiedział. - Możemy być dziś kompletnie innymi ludźmi, jeśli chcemy. Pieprzyć Sterlinga, skoro nie widzi, że się zmieniłaś. Ludzie tacy jak on zwykle nie potrafią uporać się z własnym gównem i to, na co się wściekają, naprawdę nie ma nic wspólnego z tobą.

Poczułam, jak po policzku spływa mi gorąca łza. Natychmiast ją otarłam.

- Hej. - Tyler nachylił się z przeciwnej strony wyspy. - Możesz ze mną pogadać.

- A moja siostra? Finley? Ona kocha się w Sterlingu. Pierwsza miłość nie przemija.

Tyler wskazał za siebie.

- W takim kretynie? Dlaczego?

- To nie ma znaczenia. To kompletny świr, ale ona go kocha. Chciałaby z nim być, ale się wstrzymuje. Przejmuje interesy ojca i nie ma czasu na związek. Chcą być razem. Ona z tym walczy, a on jest nieszczęśliwy.

- I gdzie tu twoja wina? - zapytał Tyler, nie mogąc się połapać.

Wytarłam nos serwetką.

- On miał... nie wiem... Byłam tam, gadaliśmy o znalezieniu pracy. Piliśmy, a on miał takie tabletki. Wzięliśmy je... Potem już niewiele pamiętam, ale my... - Skinęłam głową.

Tyler też skinął głową, dając znać, że nie muszę mówić więcej. Poczerwieniał, zacisnął zęby.

- Otumanił cię narkotykiem, pieprzył się z tobą i teraz cię za to obwinia.

Zamknęłam oczy. Po policzkach popłynęło mi więcej łez. Tyle godzin spędziłam, starając się nie myśleć o tym, co zrobiłam i jak mogło się to stać, że teraz na to proste podsumowanie Tylera zakłuło mnie w sercu.

- Nie powinnam była brać tej pigułki. Nawet nie spytałam go, co to jest. Po prostu ją połknęłam. - Wzięłam drżący wdech. - Sterling kocha Fin. Gdyby wiedział, co się stanie, też by tego nie zażył. Jest równie przerażony jak ja, że ona nigdy już nie zechce z nami rozmawiać.

- I to dlatego... - Tyler pokazał na mnie.

- Tak, dlatego próbuję się poprawić. Mam nadzieję, że jeśli ona się dowie, wybaczy mi, bo... - Głos uwiązł mi w gardle. - Ja już nie jestem tamtą osobą.

- Nie jesteś. Nie mam pewności, czy kiedykolwiek nią byłaś. - Tyler położył dłoń na mojej. - Jedz. Cały dzień nie jadłaś.

Wzięłam jeden kęs i zaczęłam żuć, płacząc. Okazało się to zaskakująco trudne.

Tyler przejrzał szafki, aż znalazł torebki herbaty. Patrzył, jak jem, wreszcie odchrząknął, zbierając się na odwagę, by zadać mi pytanie:

- Czy ty... no wiesz... poszłaś do lekarza? Wyobrażam sobie, że żadne z was pewnie nie pomyślało o zabezpieczeniu się.

Skinęłam głową, żałując, że nie mogę schować się do mysiej dziury i umrzeć.

- Tak. Miałam wkładki, takie czy inne, od kiedy skończyłam piętnaście lat. Sprawdziłam.

- Dobrze. Mogłoby być gorzej. Ale gówniana sytuacja - mruknął.

- Łatwiej byłoby, gdybym mogła oskarżać go o wszystko, ale to nie tylko jego wina.

Łzy znów zaczęły mi płynąć. Tyler postawił parujący kubek przede mną, a potem zaparzył herbatę sobie. Popijaliśmy wolno, aż przestałam płakać i odprężeni siedzieliśmy w ciszy. Od godziny prawie nic nie mówiliśmy, ale czułam się lepiej, wiedząc, że on tu jest.

Pod jego zaczerwienionymi oczami widniały ciemne sińce. Popukał w kluczyki.

- Ellie...

- Zostań - poprosiłam bez namysłu.

- Tutaj? - zapytał, wskazując na wyspę.

- Mógłbyś?

- No... chyba tak. Mam wolny dzień, tak czy inaczej. Chief jest mi to winien.

- Nie musi być jak poprzednim razem.

Skrzywił się lekko.

- Wiem. Nie jestem kompletnym durniem.

- To zostaniesz? - Czułam się strasznie słaba, bezbronna, ale lepsze to niż samotność.

- Tak. To znaczy... jeżeli naprawdę chcesz. Ale pod jednym warunkiem.

Przyjrzałam mu się, niepewna, czego może sobie zażyczyć.

- Może spróbowalibyśmy umówić się znów na śniadanie? - zapytał. - Jutro rano.

Odetchnęłam z ulgą.

- Tylko tyle?

- Tak.

- Rozumiem, że wolałbyś, żebym tym razem nie miała kaca?

Zachichotał, ale wyraźnie nad czymś się zastanawiał.

- Nie wiem. Nawet fajnie było trzymać twoje włosy.

- O, na pewno - rzuciłam kpiąco. Popatrzyłam na niego bez śladu wesołości. - Jeśli mam być szczera... jestem przekonana, że to zły pomysł.

- Tak. - Tyler spuścił wzrok. - Mówiłaś to już. Zdaję sobie sprawę, że starasz się uporządkować swoje życie, całe to gówno, a ja jestem może ryzykownym przyjacielem na czas transformacji... ale, no nie wiem, Ellie, po prostu lubię być blisko ciebie.

- Dlaczego? Jestem dla ciebie wredna.

Uśmiechnął się szeroko.

- No właśnie.

Pokręciłam głową.

- Dziwny jesteś.

- Jesteś taka piękna z tą umazaną sadzą twarzą.

Zdołałam zebrać resztki energii, żeby parsknąć śmiechem.

- Uznam to za komplement i przyjmę na wiarę, ale i tak zamierzam wziąć prysznic.

- A ja po tobie - zaznaczył.

Odłożyłam brudny talerz do zlewu, a potem poprowadziłam Tylera na górę, tym razem do mojej sypialni. Przysiadł na końcu mojego łóżka, kiedy rozbierałam się w łazience i odkręcałam wodę w prysznicu.

- Tak sobie myślę - zawołał z pokoju - że mam już dość barów. Jest tyle innych rzeczy do robienia. Ale wszyscy moi znajomi piją.

- Możesz mi wierzyć, że właśnie dlatego jest trudno.

- Może powinniśmy stworzyć własny klub.

Weszłam pod prysznic i pomrukiwałam, a woda omywała mi ciało. Gorący prysznic w środku parku narodowego, kiedy jest się w towarzystwie dwudziestu osób, to rzadkość. To, że się nie skarżyłam, nie oznaczało, że nie brakowało mi tego luksusu.

- Dwie osoby to jeszcze nie klub, Tyler.

- I co z tego? - powiedział, wsuwając głowę do łazienki. Zwrócił twarz do ściany, ale mówił dość głośno, żebym go słyszała. - Możemy robić, co nam się podoba.

- Klub niepijących? To brzmi beznadziejnie.

- Każdy klub, do którego należę, jest fantastyczny.

- Skoro tak mówisz.

- W takim razie... śniadanie? - zapytał z błyskiem nadziei w oczach.

Westchnęłam.

- Byłabym dla ciebie naprawdę niedobra. Okropnie.

- E tam. - Machnął tylko ręką. - Zresztą jestem już duży. Przeżyję.

- Nie musisz mnie ratować. Dam sobie radę.

- Jakieś inne wymówki?

Ściągnęłam brwi.

- Wiesz, jesteś strasznie upierdliwy, kiedy nie jesteś w lesie.

- Opłucz się już. Moja kolej.

Wycisnęłam włosy i pociągnęłam ręcznik z wieszaka, wychodząc na matę. Kątem oka widziałam, jak Tyler ściąga koszulę przez głowę, wysuwa pasek ze szlufek. Klamra zabrzęczała na kafelkach, zanim dżinsy opadły na posadzkę. Otworzył prysznic, po czym wszedł pod wodę.

- Chryste, ależ to przyjemne - powiedział.

Uśmiechnęłam się, przeciągając szczotką po mokrych włosach. Patrzyłam na jego odbicie w lustrze, kiedy się namydlał, i poczułam znajome ściskanie między udami.

- A co, jeśli zrobi się obrzydliwie? - spytałam. - Jeśli mnie znienawidzisz?

- Tak się nie stanie.

- Ze Sterlingiem się stało.

- Nie zamierzam cię czymś otumanić, a potem uprawiać z tobą seksu.

- W takim razie... przyjaźń? - spytałam.

Woda przestała lecieć. Tyler wyszedł, okręcając się ręcznikiem w pasie. Jego jabłko Adama drgnęło, kiedy przełykał ślinę, a potem odchrząknął, jakby miał złożyć obietnicę, której nie chciałby dotrzymać.

- Przyjaźń.

- Mimo wszystko zostaniesz? - spytałam.

Zdobył się na słaby uśmiech, w jego oczach widziałam gonitwę myśli.

- I tak nie zamierzałem próbować się z tobą przespać, Ellie.

- Nie?

- Nie. Teraz jest inaczej.

Stałam zdumiona, niezdolna sformułować odpowiedzi. Cokolwiek bolało mnie w piersi, byłam pewna, że to coś w rodzaju złamanego serca.

- Chodź - powiedział. - Połóżmy się spać. Jestem wykończony.

Podszedł ze mną do łóżka, ale coś się między nami zmieniło. Tyler wydawał się bardziej zrelaksowany, jakby kwestia była zamknięta, presja się skończyła. Nadal z ręcznikiem owiniętym wokół bioder, położył się i obrócił na bok.

Otworzyłam szufladę komody i wciągnęłam majtki od Calvina Kleina pod ręcznik, a potem poszłam do łazienki i podniosłam z podłogi T-shirt Tylera.

- Zostaw to Ellie. Włożę go jutro rano.

Patrzył na mnie zmieszany i zaskoczony, kiedy wsunęłam go przez głowę, podeszłam boso do łóżka i wdrapałam się na nie obok Tylera. Objął mnie, zatopił nos w moich włosach i westchnął.

- Jesteś prawie naga i masz na sobie moją koszulkę. To trochę nie w porządku.

Sięgnęłam do szafki nocnej, a potem obróciłam się do niego i patrząc mu w oczy, otworzyłam opakowanie, które trzymałam w ręce.

- Nadal możemy być przyjaciółmi - powiedziałam, wędrując dłonią po jego skórze w dół, pod ręcznik.

Tyler natychmiast stwardniał pod moim dotykiem.

- Nie wiem, jak to zrobić - szepnął, skubiąc wargami moje usta, kiedy nakładałam mu gumkę. - Chyba nie umiem. Albo jesteś moja, albo nie.

- Nie jestem nikogo innego.

Pocałował mnie mocno, głęboko.

- Nie musimy się szufladkować - powiedziałam. Odsunął się, szukając wyjaśnienia w moich oczach. - Jest, jak jest. Nie możemy po prostu tego zrobić?

Powoli położył się na mnie. Przypatrywał się mojej twarzy przez pół minuty, a potem nachylił się, by zagarnąć wargami moje usta.

Ciągnęłam jego ręcznik, aż wreszcie się zsunął i upadł gdzieś obok łóżka.

- Masz rację - szepnął. - To zły pomysł.

Odsunął materiał moich calvinów kleinów na bok, na tyle, by móc się we mnie wślizgnąć.

Wzięłam głęboki wdech i westchnęłam. Czułam się z nim za dobrze... zbyt bezpiecznie. Po jego oczach widziałam, że chce mnie spróbować jak trucizny. I już po pierwszym skosztowaniu zastanawialiśmy się, jak potwornie bolesny będzie koniec.

Rozdział 12

TYLER WYDAWAŁ SIĘ DZIWNIE wesoły jak na siebie. Wywijając widelcem, wcinał swoje naleśniki i uśmiechał się do każdego, kto przechodził obok naszego stolika u Winony.

Obudziłam się w jego ramionach. Wtulał nos w moją szyję. Gdy zaczął się wiercić, myślałam, że nasza wspólna noc skończy się wstydem, poczuciem zażenowania. A zwieńczyły ją słodkie pocałunki i przytulanie się, kiedy Tyler uczył mnie, jak nastawia się pralkę. Był zachwycony, mogąc ściągnąć ze mnie swoją koszulkę i wrzucić ją do bębna. Poświęcił na to o wiele więcej czasu niż na wepchnięcie tam swoich spodni, bielizny i skarpetek.

Ledwie skończył się pierwszy cykl, posadził mnie na pralce i wcisnął się między moje nogi, przypominając mi, dlaczego obudziłam się tak cudownie obolała.

W świeżo upranym ubraniu poprowadził mnie za rękę do samochodu, a gdy dojechaliśmy do Winony, otworzył przede mną drzwi. Teraz patrzył na swój pusty talerz, uśmiechając się jak wariat.

- Co cię tak bawi? - spytałam.

Podniósł na mnie wzrok, starając się stłumić uśmiech, ale na próżno.

- Wcale się nie śmiałem.

- Uśmiechasz się. Strasznie dużo.

- To źle?

- Nie. Tylko zastanawiałam się, o czym myślisz...

- O tobie - odparł natychmiast. - Tak samo jak od pierwszej nocy, kiedy się poznaliśmy.

Zacisnęłam usta, próbując nie unosić ich kącików. Jego nastrój był zaraźliwy. Łatwo było zapomnieć, co wczoraj wieczorem powiedział Sterling na moich schodach, i o obawach, że miał rację.

Finley nie zadzwoniła ani nie wysłała wiadomości od dwudziestu czterech godzin. Może Sterling odgadnął prawdę. Może ona wiedziała.

Telefon Tylera piknął. Podniósł go do ucha.

- Cześć, palancie - powiedział.

W miarę słuchania wyraz jego twarzy zaczął się zmieniać. Najpierw koncentrował się na słowach rozmówcy. Potem uniósł lekko brwi. Rzucił na mnie okiem, po czym spuścił wzrok, mrugając.

- Ale nic mu nie jest? - odezwał się i znów słuchał. - On... on co? Nie, nie było. Co ty pieprzysz, poważnie? Rany... No, nie. Skąd. Kto może przyjść? Co za pytania? O Trava? Co masz na myśli? O cholera. Sądzisz, że to się uda? Dobra. Tak, tak, powiem Taylorowi. Mówię, że mu powiem. Rozumiem. Będziemy trzymać jeden front. Też cię kocham, Trent.

Odłożył telefon i pokręcił głową.

- Mówiłeś coś o Travie?

- Travisie, moim młodszym bracie.

Robił wrażenie podłamanego.

- Wszystko w porządku? - spytałam.

- No... tak. Tak sądzę - rzucił zamyślony. - Właśnie się ożenił.

- Naprawdę? To wspaniale, nie?

- Taaak... Abby jest... niesamowita. Trav kocha się w niej do szaleństwa. Jestem tylko zaskoczony. Oni ze sobą zerwali.

- O... w takim razie to trochę... dziwne.

- Z nimi tak już jest. Chyba był jakiś pożar w college'u, w którym studiowałem. W moim rodzinnym mieście.

- Coś się komuś stało?

- Było źle. Paliło się w piwnicy, wiele ludzi wpadło w pułapkę.

- W piwnicy?

- Ten college... jest dość znany z podziemnych ringów.

- Podziemnego czego?

- To miejsce nielegalnych walk, z zakładami. Dwóch facetów ustala, że będą się bić. A gdzie, to wiadomo dopiero na godzinę przed pojedynkiem, nie wcześniej. Koordynator wzywa walczących, ich kumple zawiadamiają dziesięciu swoich, tamci po pięciu i tak dalej.

- A potem co?

Wzruszył ramionami.

- Potem walczą. Ludzie robią zakłady. Tak się zarabia kupę kasy.

- Skąd tyle o tym wiesz?

- Ja to zacząłem. Taylor i ja z koordynatorem, Adamem.

Teraz zrozumiałam, dlaczego spojrzał tak na mnie, kiedy postawiłam na niego wtedy u siebie w domu.

- Travis tam był?

Tyler nachmurzył się i patrzył na mnie chwilę, zanim odpowiedział:

- Uciekli do Las Vegas, żeby się pobrać.

- To dobrze.

- Taaak - powiedział, masując tył szyi. - Więcej soku pomarańczowego?

- Nie, dzięki. Pewnie powinniśmy już iść.

Tyler zapłacił, a potem poprowadził mnie za rękę do samochodu, jakby to było coś najbardziej naturalnego w świecie. Kiedy podrzucił mnie przed redakcję, zrobiło się jakoś dziwnie niezręcznie. To była chwila w stylu: "pocałować się czy nie pocałować i co to znaczy, jeśli to zrobimy?".

Sięgnęłam do klamki.

- Czekaj chwilę - powiedział Tyler, wyciągając do mnie rękę. Przeplótł ze mną palce, a potem podniósł moją dłoń do ust.

- Dziękuję, że zostałeś ze mną tej nocy - powiedziałam.

- Cieszę się, że tam byłem i mogłem przegonić twojego nieproszonego gościa.

- Ja też.

Wziął mój telefon i wstukał coś na ekranie.

- Gdyby znów ci się naprzykrzał... - Tyler zmarszczył mocniej brwi - zadzwoń do mnie. W ogóle... no wiesz... dzwoń, tak czy inaczej.

Wysiadłam i pomachałam mu, kiedy odjeżdżał. Podkręcił głośność radia. Usłyszałam rytmiczne dudnienie basów, nim skręcił na autostradę w kierunku siedziby straży.

Kiedy wchodziłam do "Górskiego Echa", zadźwięczał dzwoneczek przy drzwiach.

- Dzień dobry - powiedziałam, machając do Jojo w drodze do biurka.

Nie tylko drzwi Wicka były zamknięte, ale w prostym szklanym wazonie stał bukiet róż, kremowych i fioletowych. Okrążyłam biurko, jedną rękę przycisnęłam do brzucha, drugą do ust, żeby nie uśmiechnąć się zbyt szeroko. Kwiaty i inne romantyczne gesty były ostatnim, co mi się marzyło ze strony Tylera, ale usiadłam uradowana i oszołomiona.

Jojo zajrzała zza progu.

- Od kogo to?

Nachyliłam się, raz jeszcze sprawdzając, uniosłam dłonie i uderzyłam się po udach.

- Nie mogę znaleźć bilecika.

- Żadnej karteczki? Nie domyślasz się? - spytała, wparowując do pokoju i sadowiąc tyłek na małej kanapce. - Może to od faceta, który cię tu właśnie podrzucił?

Sięgnęłam w dół, by włączyć komputer i przy okazji zapanować nad wyrazem twarzy - bo na pewno miałam idiotyczną minę - zanim usiadłam prosto.

- Możliwe.

Jojo, zadowolona z siebie, skrzyżowała ręce na piersi.

- Myślałam, że to się może stać. Tyle czasu spędziłaś w bazie. Nie zdawałam sobie jednak sprawy, że pójdzie to tak szybko.

- Nic się nie dzieje. Jesteśmy przyjaciółmi.

- Najwyraźniej - podkreśliła, uśmiechając się ironicznie. - Chyba schudłaś. Karmili cię tam?

- Rzadko.

Wstała.

- Przyniosłam pączki z okazji twojego powrotu. Są w salce rekreacyjnej.

- Jesteś aniołem, ale już byłam na śniadaniu. Zjem może na lunch.

- Mam dziś mnóstwo roboty. Przygotujesz mi te notatki?

- Zrobię, co w mojej mocy. Ale pamiętaj, nie jestem dziennikarką. Napiszę tylko, co wiem, a ty zrób z tego artykuł.

- Jasne, jasne... Już to mówiłaś - stwierdziła, znikając za rogiem.

Otworzyłam nowy dokument i przez chwilę patrzyłam na pustą stronę, po czym mój wzrok powędrował znów na bukiet. To były kolory mojego pokoju. Te róże mówiły więcej niż "dziękuję za tę noc". Może za dużo sobie wyobrażałam, ale Tyler nie należał do facetów, którzy robią nieszczere gesty.

Otrząsnęłam się i skupiłam na prośbie Jojo. Przypomniałam sobie mój pierwszy dzień. Podstawowe informacje, takie jak nazwy i wygląd narzędzi, a także zabawne przezwiska członków ekipy. Wszyscy szanowali się nawzajem, ale, moim zdaniem, najbardziej poważali Tylera. On rozsądzał spory, prowadził ich na górę, respektowali decyzje, które podejmował, kiedy w pobliżu nie było Jubala. Pisałam o kopaniu rowów, usuwaniu wszystkiego, co może się zapalić. O plecakach, zaopatrzeniu, wadze lotnej i dziesięciu zasadach. Dodałam coś z mojej ograniczonej wiedzy na temat przeciwpożarowych wież obserwacyjnych, znaczenia współrzędnych i pogody. A potem jeszcze parę anegdot, jak ta o najlepszym pilocie helikoptera, z jakim Tyler kiedykolwiek pracował: rudej Australijce o imieniu Holly. Podobno potrafiła cofnąć się i w ostatniej chwili obrócić w swoim hueyu, tak żeby podrzucić ich na zbocze góry i oszczędzić im długiej wspinaczki. Albo o tym, jak Tyler zjadł tłustą, soczystą dżdżownicę za dwieście dolarów.

Nawet się nie spostrzegłam, kiedy minęły dwie godziny. Jojo zapukała w futrynę i weszła. Przeparadowała przez pokój do drzwi gabinetu ojca. Zapukała dwa razy, a potem cofnęła się.

Wick wyszedł. Miał zarumienione policzki, błyszczące oczy. Jojo stanęła obok mojego biurka ze skrzyżowanymi na piersi rękoma.

- Co się dzieje? - spytałam.

- Tata i ja zachwyciliśmy się twoimi zdjęciami, Ellie. Przyniosłaś nam fantastyczny materiał. Pojechałaś w teren i przez wiele nocy biwakowałaś na mrozie z tymi barbarzyńcami. Masz wrodzony talent.

- Do czego?

- Żeby być fotoreporterką - stwierdził Wick.

- Jak to?

- Tata poszuka innej asystentki.

- Co? - Naprawdę się przeraziłam.

Jojo dotknęła mojej ręki.

- Spokojnie. Na nowym stanowisku w redakcji zarobisz więcej.

- Więcej?

Popatrzyła na mnie uradowana.

- O wiele więcej. Tata chce, żeby to był stały cykl reportaży w magazynie. Chce, żebyś towarzyszyła oddziałowi górskiemu przez cały sezon pożarów.

- Ale jak zatrudnicie tu kogoś innego, to co potem?

Jojo przewróciła oczami.

- Nie oszukujmy się, dobrze? Tata nikogo nie znajdzie. Sama od dawna się wszystkim zajmuję. Mogę wytrzymać jeszcze do końca sezonu pożarów. Musisz to zrobić, Ellie. Będzie cudownie.

- No... nie wiem, co powiedzieć - odparłam zaniepokojona, choć propozycja mi pochlebiała.

- Pożegnaj się - polecił Wick. - Chcę, żebyś jutro z samego rana była z powrotem u nich. Potrzebujemy historii na następny miesiąc. Już załatwiliśmy to z dowódcą. Pakuj się. Będziesz kwaterowała ze strażnikami do października.

- O, dzięki ci, Boże - rzuciłam, zamykając oczy.

Usłyszałam śmiech Jojo. Nie miała pojęcia, że w następnym miesiącu miałam być wykopana z domu rodziców. Tymczasem ledwie uzbierałam kasę na rachunek za komórkę; nie stać mnie było na wpłacenie kaucji i wynajęcie czegokolwiek, nawet pół godziny jazdy od miasta. Towarzyszenie strażakom do października dawało mi sześć, siedem miesięcy na wykombinowanie jakiegoś lokum. Nawet jeśli oznaczało to przeważnie spanie w ciężarówce albo namiocie, na pewno było lepsze od przeprowadzki do noclegowni.

- Wiedzieliśmy, że się ucieszysz! Mówiłam ci, że się ucieszy, tato!

- Jestem już wolny? - zapytał Wick.

Jojo westchnęła.

- Tak. Wracaj położyć nogi na biurku.

Wyjęłam telefon i wysłałam wiadomość Tylerowi.

Słyszałeś nowinę?

Przed chwilą. Zostałem oficjalnie wyznaczony na twoją niańkę. Ale fajnie.

Dziękuję za kwiaty. Są piękne

Potrwało chwilę, nim odpowiedział.

Nie wysłałem ci kwiatów. Nie jestem pewien, czy czuję się jak ostatni palant, czy też mam chęć zabić tego, kto je przysłał.

Nie przysłałeś tych kwiatów?

Nie. Nie ma karteczki?

Nie.

Chcę wiedzieć, od kogo są.

Ja też.

Nie z tej samej przyczyny.

...to znaczy?

Powiem tylko, że wizje mam dość brutalne.

Przestań.

Mam porywczy charakter. Wysyłanie mojej dziewczynie kwiatów to kiepski pomysł.

Nie jestem twoją dziewczyną.

Na razie. Chwilowo jeszcze nie jesteś moją dziewczyną.

Wyłączyłam dźwięk w telefonie i odłożyłam go do szuflady, kręcąc głową. Miałam w niej kompletny mętlik, podobnie jak w sercu. Zastanawiałam się, od kogo są te kwiaty. Kto mógł je przysłać, jeśli nie Tyler?

- Ellie - odezwała się przez interkom Jojo, a ja aż podskoczyłam. - Masz telefon na pierwszej linii.

- Jakiś facet?

- Tak.

- Nazywa się Sterling?

- Nie.

Wcisnęłam odbiór pierwszej linii i podniosłam słuchawkę, pewna, że usłyszę głos Tylera.

- Mówi Ellie.

- Króliczku? - Usłyszałam tubalny głos ojca, tak głośny, że musiałam odsunąć słuchawkę.

Powoli przyłożyłam ją z powrotem do ucha.

- Tato? - odezwałam się cicho.

- Słyszałem nowiny. Jestem z ciebie taki dumny - powiedział łamiącym się głosem. - Wiedziałem, że sobie poradzisz.

- Dzię... kuję. Tato, nie mogę teraz rozmawiać. Jestem w pracy.

- Wiem. Gadałem rano z Wickiem. Jest pod wrażeniem tego, co potrafisz. Twierdzi, że jesteś najlepszą asystentką, jaką kiedykolwiek miał.

Wick najwyraźniej nie powiedział mu o zleceniu.

- Tak naprawdę właśnie dostałam podwyżkę. Znalazłam sobie... lokum. Wyprowadzam się w tym tygodniu.

- Bzdura, króliczku. Sprawdziłaś się. Maricela już cię pakuje. W domu jest twój paszport i bilet lotniczy. Chcemy, żebyś dołączyła do siostry w Sanyi. Rano masz samolot.

- Chcemy? To znaczy kto chce?

- O co ci chodzi?

- Mówiłeś: "chcemy, żebyś poleciała do Sanyi".

Odchrząknął.

- Twoja matka...

Po krótkiej szarpaninie słuchawkę przejęła matka.

- Naprawdę, Ellison, nie mogłaś znaleźć sobie czegoś mniej... żałosnego?

- Słucham?

- Sekretarka? J.W. Chadwicka, ni mniej, ni więcej. To żenujące.

Zagotowałam się w środku.

- Nie daliście mi wyboru, mamo.

- Podziękujesz im za danie ci szansy i lecisz do siostry, tak jak życzy sobie ojciec, a potem zaczniesz pracę w jego przedsiębiorstwie, pod kierunkiem Finley. Zrozumiałaś?

- Tego chce Sally?

Matka westchnęła.

- Twój ojciec uznał, że Sally była zbyt... pryncypialna.

- A co z umową?

Matka zachichotała.

- No, nie była to umowa wiążąca prawnie, Ellison. Bardziej pisemne porozumienie stron.

Wzięłam głęboki wdech. Ulżyło mi, że za trzydzieści dwie godziny mogę leżeć na wyczarterowanym jachcie, prażąc się w słońcu, popijając mimosy i zjadając tyle homarów i kaczki po pekińsku, ile sama ważę. Pytanie tylko, czy Finley chciała, żebym się tam znalazła.

- Poinformowaliście o tym Finley?

- Jeszcze nie. Tam jest teraz środek nocy.

- Dopiero dziś rano zdecydowaliście, że jeszcze dla was nie umarłam?

- Porozmawiajmy szczerze, Ellison. Nie dramatyzuj. Zmusiliśmy cię, żebyś znalazła pracę. Zrobiłaś to. Zasługujesz na nagrodę, a potem będziesz pracować pod kierownictwem siostry. Nikt nie umarł.

- A jednak ktoś umarł.

- Co ty... O kim ty... o co ci chodzi, Ellison, na Boga? - wyjąkała matka. - Kto nie żyje?

Przełknęłam ślinę.

- Podziękuj tacie za bilety, proszę. Ale nie lecę do Sanyi. Mam tu pracę, którą kocham.

- Podoba ci się bycie sekretarką? - Matka osłupiała; słyszałam w tle, jak ojciec o coś pyta.

- Tak naprawdę robię dla nich też zdjęcia i jestem w tym naprawdę dobra.

- Ellison, na litość boską. Jesteś sekretarką i fotograficzką w jednym? Posłuchaj sama, co pleciesz.

- Zostaję.

- Chodzi o jakiegoś chłopaka, co? Poznałaś tam kogoś i w głowie ci się pomieszało. Philip, przemów jej do rozumu.

- Czasami nie będzie się można ze mną skontaktować. W razie czegoś bardzo pilnego dzwońcie do redakcji. Będą wiedzieli, jak dać mi znać.

- Ellison - ostrzegła matka - jeśli odłożysz słuchawkę...

- Odetniecie mnie?

Kiedy zastanawiała się nad odpowiedzią, przerwałam połączenie. Bałam się, że jeśli znów porozmawiam z ojcem, zmienię zdanie.

Rozdział 13

W BAZIE ŚWIATŁA BYŁY przyćmione. Połowa zespołu siedziała przy stole w kuchni. Grali w karty, a reszta brała prysznic.

Jedynym dźwiękiem był szum wody w rurach biegnących przez sypialnię do dziesięciu pryszniców oraz stukanie moich palców w klawiaturę. Właściwie stałam się przyspawanym elementem kanapy, odkąd wróciliśmy do naszego tymczasowego domu. Na zmianę to odpoczywałam, to zrzucałam do komputera najnowsze zdjęcia. Po wysłaniu ostatniego zaczęłam pisać następny odcinek cyklu reportaży pod tytułem Ogień i lód.

Z łazienki wyszedł Tyler. Ze zmierzwionymi włosami i policzkami zaczerwienionymi od gorącego prysznica. Kiedy był czysty, bardziej widoczna stawała się linia opalenizny wokół oczu, na których przez cały dzień nosił gogle. Miał na sobie bladoszarą koszulkę górskiej straży pożarnej, granatowe bawełniane szorty i - na to wyglądało - nic pod spodem.

- Moja kolej? - spytałam, kiedy usiadł ciężko na kanapie obok mnie.

Tyler zmarszczył brwi.

- Kabiny są jedna przy drugiej.

- No i? Jestem przecież członkiem zespołu, nie?

Nic nie odpowiedział, ale widziałam, że myśl o mnie biorącej prysznic w sąsiedztwie jego kolegów mocno go martwi. Z początku wszyscy proponowali, żebym myła się pierwsza, ale po prawie dwóch tygodniach w górach nie zamierzałam kazać całej ich dwudziestce czekać, aż skończę prysznic.

Zachichotałam.

- Tylko żartowałam. Pudding! - zawołałam. - Wstawaj! Zmyj z siebie ten smród!

- Tak jest, o pani - odparł Pudding, podskakując ze swojego miękkiego rozkładanego krzesła.

Tyler parsknął śmiechem, a ja dałam mu kuksańca łokciem.

- Co w tym takiego zabawnego?

- Jakimś cudem stałaś się tu szefem. Przyjmują twoje polecenia, jakbyś była dowódcą albo Jubalem.

- Może po prostu potrzebują starszej siostry.

Tyler patrzył, jak Pudding z torbą przewieszoną przez ramię idzie przez pokój do pryszniców. W drzwiach musiał się pochylić, a ręce odstawały mu na boki przez masywne mięśnie. Był najpotężniejszym członkiem zespołu, a po nim Kot i Sugar. Choć gdy ich poznałam, wyglądali jak ciężarowcy, teraz byli nieco wychudzeni po górskich wędrówkach i wyczerpującej pracy przez dwanaście do szesnastu godzin dziennie. Tyler twierdził, że pod koniec sezonu pożarów będą wyglądali bardziej jak biegacze długodystansowi. Pudding już zrzucił z osiemnaście kilo.

- Sądzisz, że przydałaby mu się starsza siostra? - zapytał Tyler.

Pudding wystawił głowę zza drzwi.

- Ellie, mogłabyś zrobić mi jeszcze jedną zapiekankę z serem? W życiu nie jadłem takich dobrych.

- Ja ci zrobię - odezwał się od stołu Ryba.

Zawstydzona mina Puddinga sprawiała, że wyglądał jak mały chłopczyk.

- Nieee, nie zawracaj sobie głowy, Ryba.

Uśmiechnęłam się. Nie byłam najlepszą kucharką, ale umiałam upiec pyszne grzanki z serem. Puddingowi nie chodziło o to, że były najlepsze. Po prostu robiłam je bardzo podobnie jak jego mama, kiedy był dzieckiem.

- Trzy? - zapytałam.

- Jeśli to nie zbyt wielki kłopot - odparł.

Miał niski, tubalny głos, który niósł się, jakby Pudding mówił przez owinięty czymś megafon. Tak mógłby brzmieć głos jakiegoś olbrzyma z bajki.

- A mogę je zrobić po prysznicu? - spytałam.

- Żebracy nie mogą wybrzydzać.

Znikł za rogiem, a ja wyciągnęłam szyję do Tylera i podniosłam na niego wzrok ze znaczącym uśmiechem.

- Tak, myślę, że im wszystkim potrzebna jest starsza siostra.

- Albo mama - stwierdził. - Mogą cię już nigdy stąd nie wypuścić.

- Jeśli do października nie znajdę sobie mieszkania, to może nie odejdę.

Żartowałam, ale Tyler obserwował mnie przez dłuższą chwilę.

- Potrzebujesz mieszkania? - zapytał. - Szukam współlokatora.

- Myślałam, że mieszkacie razem z Taylorem.

- Przez część czasu. Kiedy kończą się pożary, on podróżuje.

- Potrzebuję miejsca na stałe.

- Może znajdziemy coś z trzema sypialniami. To ostatni sezon Przystojniaka. Mają z żoną trzypokojowe mieszkanie, które chcą sprzedać.

Pomyślałam o tym przez moment.

- Nie stać mnie na jego kupno.

- Mnie tak. I tak o tym myślałem.

Pokręciłam głową.

- Nie możemy być sublokatorami.

- Dlaczego nie?

- Wiesz dlaczego.

Kiwnął kilka razy głową. Udawał, że ogląda telewizję. Co kilka minut uśmiechał się i już chciał coś powiedzieć, ale zaraz się rozmyślał.

Pudding wyszedł w świeżych i wygodnych ciuchach, a reszta osmolonej, pokrytej popiołem ekipy popatrzyła pytająco na mnie.

- Poważnie? - spytałam.

Dalej się gapili.

Westchnęłam.

- Idź, Kot.

Kot poderwał się z uśmiechem.

- Jestem jej ulubieńcem.

- Gówno prawda - rzucił Tyler, grożąc mu palcem.

Wszyscy przy stole się roześmiali, a Kot pobiegł do łazienki. Mijając nas, posłał mi w powietrzu namiętny pocałunek.

- Ja też cię kocham, Ellie - rzucił śpiewnie i do mnie mrugnął.

- Uważaj, bo oberwiesz po jajach - rzucił Tyler i trzepnął go lekko.

Z łazienki wyłonił się Mądrala, a ja posłałam jako następnego Żyda. Wyszedł Byczek, a ja wywołałam Sancha. Wkrótce wszyscy chłopcy byli już po prysznicu i nadeszła moja kolej. Przewróciłam oczami, bo Tyler znów upierał się, że stanie pilnować mnie przy drzwiach. Nie po raz pierwszy brałam prysznic w siedzibie zespołu i koledzy nigdy mnie nie podglądali, ale uwielbiali się z nim droczyć.

Stanęłam przed długim szeregiem umywalek i luster, okutana szlafrokiem - jedyną przypominającą mi domowe luksusy rzeczą, którą stamtąd zabrałam. Wytarłam włosy ręcznikiem i zaraz poczułam się trochę bardziej jak człowiek. Czasami mieliśmy dostęp do przyczepy pełnej przegródek z prysznicami, ale kiedy zapuszczaliśmy się w góry tak wysoko, że ciężarówki nie dawały rady tam podjechać, trzeba było pogodzić się z brudem albo myć się w stawie, rzece czy pod wodospadem. W obozowisku byłam inną osobą; nie przejmowałam się, że jestem brudna, spocona ani że mam tłuste włosy. Raz Tyler zabrał mnie do wodospadu, żebym się opłukała, ale był lodowaty. Wolałam już chodzić kilka dni brudna, niż narażać się na przenikliwy chłód wody, która nawet w środku lata się nie ocieplała.

Tyler zapukał w klamkę.

- Już prawie skończyłam - powiedziałam.

Oparł się o drewnianą framugę, krzyżując ręce na piersi.

- Bardzo się nie doceniasz.

- Co? - spytałam, smarując kremem twarz. Po tak długim czasie w suchym górskim powietrzu moja skóra przypominała papier ścierny. I nie pomogło też to, że jednego dnia zapomniałam o kremie z filtrem. Nos zaczynał mi się łuszczyć.

- Nic - odparł. - Wcześniej mówiłem poważnie. Jeśli potrzebujesz mieszkania, to w ten czy inny sposób możemy to załatwić.

- Nie możemy mieszkać razem, Tyler. Już jest między nami ten dziwny układ przyjaźni z dodatkami...

- Ostatnio nie - rzucił niemal nadąsany.

- To by wszystko strasznie skomplikowało. Spójrz na siebie. Pełnisz wartę przed drzwiami, żeby nikt nie podszedł.

- Chronię twoją cnotę - zażartował.

- Jesteś zazdrosny. Lubią cię drażnić, jeśli chodzi o mnie. Wszyscy wiedzą...

- Wszyscy wiedzą co? - zapytał.

Odchrząknęłam.

- No wiesz.

- Nie, nie wiem. Powiedz mi.

- Że między nami coś jest.

Uśmiechnął się. Dołek w policzku zrobił się głębszy. Zmrużyłam oczy.

- Przestań się uśmiechać.

- Nie - powiedział.

Zmoczyłam szczoteczkę do mycia zębów, wycisnęłam trochę pasty na włosie, a potem zmoczyłam znowu, nim zaczęłam czyścić zęby.

- Ja też tak robię - stwierdził.

- Co robisz? - spytałam z ustami pełnymi piany.

- Moczę szczoteczkę dwa razy.

Przewróciłam oczami.

- No popatrz, najwyraźniej bratnie z nas dusze.

- Cieszę się, że jesteśmy tego samego zdania.

Nachyliłam się i splunęłam do umywalki, a Tyler złapał mnie i odcisnął pocałunek na moich ustach. Kiedy go odepchnęłam, miał obwódkę z pasty wokół warg.

- Co ty wyprawiasz, Tyler? To obrzydliwe!

Otarł pastę z ust i polizał palec, mrugając do mnie.

- Trochę za tobą tęsknię.

Stałam przy umywalce, woda wciąż leciała z kranu. Patrzyłam, jak Tyler cofa się za próg w podskokach. Pokręciłam głową, zastanawiając się, co w niego wstąpiło. Od kiedy byłam w siedzibie zespołu, zachowywał się profesjonalnie. Żadnych podchodów późnym wieczorem, łapania za tyłek ani nawet ukradkowych pocałunków - aż do teraz.

Popatrzyłam w lustro na swoje zapadnięte policzki i radość w oczach. Poczułam w brzuchu coś nieokreślonego, coś innego niż to, co zwykle, kiedy Tyler był blisko. Lato mijało szybko. Mówił o wspólnym mieszkaniu, ale na pustkowiu, wśród lasów, widując każdego dnia dwadzieścia tych samych osób, inaczej patrzy się na rzeczywistość. Nie byłam pewna, czy będzie czuł to samo, kiedy skończy się sezon.

Przebrałam się w parę flanelowych spodni od piżamy, bluzę dresową i grube skarpety, a potem wyszłam do pokoju z telewizorem. Dziewiętnastu strażaków stało za kanapą, słuchając rozmowy Tylera z jakimś obcym mężczyzną w ciemnym garniturze i krawacie. Przybysz siedział na jednym z foteli. Miał notatnik i trzymał długopis w dłoni.

Podeszłam do zgromadzenia i nastawiłam uszu.

- A więc nie rozmawiał pan z bratem o pożarze? - zapytał tamten.

- Owszem, rozmawiałem - odparł Tyler. - Jestem absolwentem Eastern. On jeszcze tam studiuje. Należymy do tego samego bractwa i straciliśmy w tym pożarze kolegów.

- Ale jest pan pewien, że jego tam nie było - powiedział mężczyzna. - Chciałbym przypomnieć panu, że jestem agentem federalnym i musi pan być ze mną szczery.

- On już sam odpowiedział panu na to pytanie, panie Trexler - stwierdził zdecydowanie Taylor.

Ścisnęło mnie w gardle. Tyler odebrał telefon z wiadomością o tamtym pożarze w marcu. Dlaczego przesłuchują go w tej sprawie teraz?

Agent popatrzył na Taylora.

- A z panem brat o tym rozmawiał?

- Nie - odparł Taylor. - Dowiedziałem się od Tylera.

Trexler wskazał długopisem bliźniaka siedzącego na kanapie.

- A pan jest Tyler.

- Zgadza się.

Agent zajrzał do notesu.

- Ciekawe, że jest pan...

- Członkiem specjalnej górskiej jednostki straży pożarnej - wtrącił Ryba. - I to cholernie dobrym.

Trexler stłumił uśmiech.

- Pana ojciec sądzi, że jest pan agentem ubezpieczeniowym. Był pan? Agentem od ubezpieczeń?

- Nie - odparł Tyler.

- To czemu ojciec tak myśli?

Tyler poprawił się na kanapie i mocniej ścisnął dłońmi skrzyżowane na piersi ręce. Widziałam, jak naprężają się jego muskuły.

- Nasza matka zmarła, kiedy byliśmy mali - powiedział. - Ojciec by się martwił, gdyby wiedział, czym się zajmujemy.

- W takim razie - odezwał się agent - można chyba zakładać, że gdyby Travis brał udział w tajnej walce służącej nielegalnemu hazardowi na kampusie uczelni, to o tym ojciec również by nie wiedział?

- Travisa nie było na miejscu podczas tego pożaru - stwierdził z nieprzeniknionym wyrazem twarzy Tyler.

- Czy to wszystko, panie agencie? Ci chłopcy właśnie wrócili z gór po niemal dwóch tygodniach. Muszą odpocząć - powiedział Mądrala. Jego ruda broda lekko się trzęsła, kiedy to mówił.

Agent Trexler przyjrzał się po kolei twarzom wszystkich członków zespołu, po czym skinął głową.

- Oczywiście. Poinformuję waszego dowódcę, że będę się jeszcze z panem kontaktował. Chodzi o toczące się śledztwo, a pana brat jest w kręgu naszego zainteresowania. Współpraca z nami to najlepsze, co w tej sytuacji może pan dla Travisa zrobić.

- Jestem do dyspozycji - stwierdził Tyler, wstając. - Dobranoc panu.

Kiedy agent Trexler wyszedł i słychać było, jak jego wóz odjeżdża sprzed budynku, koledzy poklepali po plecach bliźniaków, okazując im milcząco wsparcie.

Trzymałam się z dala, obserwując, jak ci dwaj dyskutują nad czymś w kącie pokoju. Taylor odszedł podparty pod boki, a potem wrócił do brata, kręcąc głową. Reszta zespołu tłoczyła się przy stole. Wrócili do przerwanej gry w karty. Byli rodziną Taylora i Tylera, ale wiedzieli, że bracia muszą rozwiązać problem dotyczący swoich bliskich spoza strażackiego kręgu.

Wreszcie Taylor wycofał się w głąb baraku, a Tyler popatrzył na mnie, po czym spuścił wzrok. Widywałam takie spojrzenie wcześniej, wiele razy, głównie w lustrze. On się wstydził.

Przeszłam cicho przez pokój, zatrzymałam się z metr od niego.

- Mogę coś zrobić? - Zmarszczył brwi, unikając patrzenia mi w oczy, dodałam więc: - Dobra. Nie musisz mi mówić. W każdym razie... no wiesz... pamiętaj, że w razie czego jestem.

Skinął głową, wpatrując się w wykładzinę. Cofnęłam się i zajęłam miejsce w rogu kanapy, jak najbliżej ściany. Okryłam się wełnianą narzutą i siedziałam cicho. Tyler przeszedł przez pokój i przyklęknął przede mną przy kanapie.

Pogładziłam dłonią jego nastroszone włosy i zatrzymałam ją na szyi.

- Skłamałem ci - szepnął. - Ale gdybym powiedział prawdę, naraziłbym cię na kłopoty.

Pokręciłam głową.

- Nie musisz mi nic mówić.

Popatrzył na mnie spode łba, wyraźnie zły.

- Nie słyszałaś, co powiedziałem? Skłamałem.

- Nie, chroniłeś swojego brata.

Podniósł na mnie wzrok.

- A teraz chronię ciebie.

Rozdział 14

WSZYSCY POZA TAYLOREM I Tylerem rozeszli się, nim się obudziłam. Po czternastu dniach w górach zespół doczekał się wolnego i chłopcy się rozproszyli. Przez dwa dni będą spotykać się z przyjaciółmi i członkami rodziny, których mieli w pobliżu, będą jeździć do miasta, by wpaść do baru albo sklepu z ubraniami, albo przytulnego lokaliku, gdzie można dostać domowe jedzenie.

Przetarłam oczy i mrużąc je, popatrzyłam na Tylera, który przysiadł na moim łóżku, opierając łokcie na kolanach. Miał na sobie czerwone koszykarskie spodenki, białą koszulkę i granatową baseballówkę. Jego strój i bose stopy wskazywały, że nigdzie się nie wybiera, ale myślami był gdzieś bardzo daleko. Jego bliźniak natomiast miał na sobie grube buty, spodnie robocze i koszulkę oddziału górskiego. Przy jego nogach leżała torba sportowa.

- Co się stało? - spytałam.

Taylor opierał się o dużą drewnianą szafkę, w której trzymałam tych kilka rzeczy zabranych na pobyt w bazie. Marszczył brwi, a ręce skrzyżował na piersi.

- Taylor wyjeżdża - oznajmił jego brat.

Usiadłam prosto.

- Co? Dlaczego?

- Po wolnym mamy przyłączyć się do jednostki w Colorado Springs i tam gasić pożar.

- Nie jedziesz z Taylorem?

Tyler pokręcił głową.

- Czekam tu na Australijczyków. Potem też ruszymy. W każdym razie dobrze, że Taylor będzie tam wcześniej.

- Dlaczego?

Popatrzył na mnie, po czym spuścił wzrok.

- Taylor potrafi lepiej kłamać.

- Tam ma być ten agent federalny... - rzuciłam.

To nie było pytanie. Znałam odpowiedź.

Taylor skinął głową.

- Odpowiem raz jeszcze na te jego cholerne pytania i miejmy nadzieję, że da już spokój Tylerowi.

- Bo to Tyler rozmawiał z Travisem.

Ten poruszył się zakłopotany.

- Tak naprawdę to był Trent.

Zmarszczyłam brwi. Nie znając ich, trudno było się w tym połapać.

- Przypomnij mi: który to?

Z jakiegoś powodu Tyler się uśmiechnął.

- Drugi z młodszych. Przedostatni z kolei.

- Ach tak - skojarzyłam. - Ten tatuażysta. Nic dziwnego, że obaj jesteście wydziarani.

- Wszyscy jesteśmy - powiedział Taylor. - Poza Thomasem. Muszę ruszać w drogę. Postaram się dotrzeć tam jak najszybciej. Może uda mi się skończyć z tymi przesłuchaniami, zanim wrócimy do roboty.

- Coś jest z nim... nie tak - stwierdziłam. - Uważaj na siebie.

Taylor mrugnął do mnie.

- Jasne, Ellie. Nie martw się o mnie. Od kiedy dowiedziałem się, że jedziemy do Colorado Springs... No nie wiem, ale mam dobre przeczucia.

- Po prostu lubisz ten cholerny kowbojski bar - rzucił Tyler.

Taylor uniósł brew.

- W Colorado Springs jest zdecydowanie większy procent atrakcyjnych kobiet, a większość z nich przesiaduje w tym barze.

Tyler przewrócił oczami.

- Polują na lotników. Tam jest baza.

- Tak, ale mówimy o mnie - powiedział Taylor, odpychając się od mojej szafki. Schylił się, by chwycić torbę, i przerzucił sobie jej pasek przez ramię. - Zmywam się, palancie.

Tyler wstał i uściskał brata. Nie było to zdawkowe przytulenie na misia albo coś pośredniego między uściskiem dłoni i zderzeniem się ramionami. Taylor i Tyler stali chwilę, obejmując się mocno. Potem nastąpiło zwyczajowe klepnięcie po plecach. To był wzruszający widok.

Kluczyki Taylora zabrzęczały w jego dłoni, gdy wychodził z pokoju. Drzwi frontowe otworzyły się i trzasnęły. Tyler westchnął.

- Będziesz za nim tęsknił - stwierdziłam.

Usiadł znów na moim łóżku, nachylając się i splatając dłonie.

- To zabrzmi mało męsko, ale Taylor i ja rzadko się rozstajemy. Dziwnie się z tym czuję.

- To normalne. Jesteście bliźniakami.

- Cieszę się tylko, że nie jedzie do Australii z Żydem.

- Australii?

- Taaa. Na wymianę. Paru chłopaków jedzie tam na sezon obserwować, jak oni sobie radzą, a my przyjmujemy paru od nich, żeby zobaczyli, co robimy.

- To na tych Australijczyków czekamy? Czy to nie zaburzy wam pracy, że dwóch chłopaków będzie nowych?

- Australijczycy są jak maszyny. Przyjeżdżają tu do roboty. Jak wleczemy się do bazy po akcji, oni już robią się nerwowi, nie mogą się doczekać kolejnego wezwania. A co?

- Nie wiem... Czuję się irracjonalnie zdradzona.

Tyler zmarszczył nos.

- Co takiego?

- Powinieneś był mi powiedzieć. W jednej chwili jestem starszą siostrą i robię grzanki z serem, a w następnej wypadam z kręgu.

Tyler zastanowił się chwilę.

- Oj, przepraszam. Wpasowałaś się tu tak świetnie, że zapominam, że nie wiesz o wszystkim.

- Chyba mogę ci wybaczyć. - Usiadłam, przecierając twarz dłonią. - O mój Boże.

- Co?

- Moje usta... Śmierdzi mi z nich jak ze śmietnika. - Wstałam, otworzyłam szafkę, złapałam szczoteczkę i tubkę pasty, po czym pobiegłam do łazienki. Kiedy wyplułam pianę do umywalki, wypłukałam usta i wytarłam twarz ręcznikiem. Czułam zapchane zatoki, więc wzięłam chusteczkę.

- O mój Boże! - zawołałam znowu.

Tyler podbiegł i stanął w drzwiach.

- Co się stało?

- Umieram... - jęknęłam i jeszcze raz wytarłam nos. - Gniją mi wnętrzności.

- Na chustce jest czarno? - zapytał Tyler.

Skinęłam głową, a on zachichotał.

- To normalne. Jeszcze kilka tygodni po zakończeniu sezonu tak będzie. To od dymu i popiołów.

- Czy to... no nie wiem... nie jest niezdrowe?

Tyler się skrzywił.

- Przecież palisz, Ellie.

- Ty też - odparowałam.

- Ale nie narzekam na wdychanie dymu z palącego się drewna. Zaciągamy się czymś o wiele gorszym za każdym razem, kiedy zapalamy papierosa.

- Ale jakoś nie zionę czarnym dymem z nosa po paleniu.

Tyler wzruszył ramionami.

- To następnym razem zakładaj maskę z filtrem.

- Może i tak zrobię.

- Dobrze. Wybierzemy się do miasta czy jak?

Pokręciłam głową i przestąpiłam z nogi na nogę, unosząc jedną stopę z zimnej podłogi.

- Na razie nie mogę. Muszę wysłać Jojo notatki.

- Nie rozumiem, dlaczego sama wszystkiego nie opiszesz. Ona wykorzystała większość twojego sprawozdania jak leci. Nawet nie podpisała się jako współautorka.

Uśmiechnęłam się, nabierając w dłoń wody i spłukując umywalkę.

- To było fajne. Myślałam, że moje wypociny są do niczego, ale ona to trochę podczyściła i powiedziała, że jest dobrze.

- Chief mówił, że odebrał wiele telefonów po ukazaniu się tej historii. Tym na górze podoba się pozytywny oddźwięk, jaki miała ta publikacja dla zespołu.

- Ale Associated Press tego nie wzięła, jak liczył Wick.

- Na razie - powiedział Tyler i zakręcił kran. - Czyli zamierzasz pracować?

- Tak... ale ty jedź.

- Nieee, zaczekam. Nawet fajnie pobyć z tobą samemu.

Wzięłam laptopa i siadłam z Tylerem w pokoju telewizyjnym. Sięgnął po pilota i włączył odbiornik. Ściszył głos, a ja pisałam. Tym razem szło mi trochę łatwiej, kiedy łączyłam zdjęcia z odpowiednimi fragmentami relacji.

Niecałą godzinę później Tyler schylił się i podniósł moje nogi, by położyć je sobie na kolanach. Oparty o poduszki, wydawał się senny, ale zadowolony.

- Głodny? - spytałam, wciskając "Wyślij".

- Wszystko gotowe? - Patrzył, jak zamykam laptop.

- Tak. Skończyłam. Zjedzmy coś.

Pojechaliśmy do miasta jego wozem. Idiotycznie głośne rury wydechowe oznajmiały wszystkim w promieniu pięciu kilometrów, że wróciliśmy. Zatrzymał się przy małej kafejce, w której nigdy nie byłam, ale najwyraźniej go tu znali.

Kelnerka wydawała się w równym stopniu zaskoczona co zachwycona, że go widzi, ale Tyler chyba nawet tego nie zauważył.

- Mmm, na razie tylko woda. Chcesz sok pomarańczowy, Ellie? - zapytał, dalej studiując kartę.

- Tak, poproszę.

- To dwa soki - powiedział, unosząc palce wskazujący i środkowy. Kiedy kelnerka odeszła, zgiął wskazujący, pokazując mi przez kilka sekund uroczy gest, zanim opuścił rękę.

- I nawzajem - mruknęłam.

Udawałam obrażoną, ale trudno się było na niego gniewać, kiedy ten jego dołek w policzku działał cuda.

- Sok pomarańczowy, dwa razy. - Kelnerka postawiła przed nami szklanki. - Kto to, Tyler?

Uśmiechała się, zadając to pytanie, ale w jej oczach dostrzegłam znajomy błysk. Przypatrywała się, jak jestem ubrana, a także moim włosom i połamanym paznokciom z odrapanymi resztkami lakieru, na pewno dziwiąc się, co takiego we mnie mogło urzec Tylera Maddoxa na tyle, że stawiał mi śniadanie.

- To Ellison - przedstawił mnie, a uśmiech na jego twarzy zrobił się szeroki od ucha do ucha.

- Ellison? - powtórzyła. - Edson?

Skuliłam się wewnętrznie, zastanawiając się, którą historię słyszała i jaką poczuje satysfakcję, kiedy zda sobie sprawę, że nie stanowię konkurencji.

- Tak? - odezwałam się, próbując dzielnie wytrzymać jej pogardliwe spojrzenie.

Życie to zbiór opowiadań - nie mogłam pozwolić, by oceniała mnie po zaledwie kilku z nich.

- Znasz moją kuzynkę, Paige. Dużo o tobie mówi.

- Aaa, tak. Pozdrów ją ode mnie - rzuciłam zaskoczona, że tak mi ulżyło.

- Mam ją pozdrowić? I tyle? - spytała sarkastycznie.

- Emily, daj spokój. Możemy zamówić? - Tyler się zniecierpliwił.

Emily z zaciśniętymi ustami wyciągnęła notes i długopis.

- Gofry - powiedział Tyler.

- Z masłem orzechowym, bitą śmietaną i ciepłym syropem klonowym? - spytała.

- Tak - potwierdził.

Emily spojrzała na mnie.

- Ooo... poproszę dwa jajka, dobrze ścięte, i bekon. Przypieczony.

- Przypieczony? - spytała Emily.

- Usmażony na chrupko.

Pokręciła głową.

- Powiem kucharzowi. Coś jeszcze?

- To wszystko - odparłam. Emily odeszła, a ja oparłam się o stolik. - Napluje mi do jedzenia.

- Znasz ją? - zapytał Tyler.

- Nie. Nie jestem pewna, czy nienawidzi mnie, bo myśli, że zrobiłam coś złego Paige, czy za to, że jestem z tobą.

- Może za to i za to. Dziewczyny bywają pod tym względem dziwne.

- Ja cię kręcę, Tyler. Ależ z ciebie szowinista.

- A nie mówię prawdy?

- O czym? Nie wiem nawet, co miałeś dokładnie na myśli.

- Ale wiesz dość, żeby się obrażać.

- Nie znoszę cię dzisiaj.

- To widzę - odparł. - Powiedziałbym, że powinnaś się napić, ale...

- Nie. Przy moim szczęściu zostalibyśmy wezwani do jakiegoś politycznego pożaru, a ja bym wyrzygiwała z siebie flaki.

Tyler uśmiechnął się na to żargonowe określenie. Polityczny pożar to taki, jaki trafiłby do wiadomości CNN, coś, do czego skierowano by wszystkich, a wiedziałam to tylko dlatego, że mieszkałam z dwudziestoosobowym zespołem, który byłby do niego wysłany.

- Nie zdawałem sobie sprawy, że znasz ten termin - powiedział.

- Przecież powinnam zwracać uwagę na takie rzeczy, to moja praca.

- Jesteś w tym naprawdę dobra, Ellie. Cieszę się, że Jojo dała ci podwyżkę, ale niedawno w internecie widziałem, że fotografom za rok pracy w parkach narodowych płaci się sześciocyfrowe sumy.

- Poważnie?

- Zajrzałem też do "National Geographic". Trochę trudniej się tam dostać, ale to nie niemożliwe.

Uniosłam brew.

- Próbujesz się mnie pozbyć, strażaku?

- W żadnym wypadku. Za nic.

Przez chwilę w milczeniu patrzyliśmy sobie w oczy. Było między nami porozumienie, którego potrzebowałam, a Tyler był zadowolony ze wszystkiego, co robiliśmy razem. Cząstka mnie chciała podziękować mu za to, że nie naciska, ale złamałabym naszą zasadę, by unikać szufladkowania czy w ogóle dyskutowania o charakterze naszej relacji - jeśli w ogóle można to było nazwać relacją.

Wróciła Emily z talerzami, przerywając nasz mały pojedynek wzrokowy.

- Gofry. Jajka - powiedziała, odwracając się, jeszcze zanim Tyler zdążył poprosić o dolewkę.

- No dobra. Nie jestem pewien, co zrobiłaś Paige, ale jej kuzynka jest o to wściekła.

- Naprawdę tym razem nie wiem, o co chodzi.

- Czy wy dwie nie...

- Nie. Stawiałam sprawę bardzo jasno. Wiele razy.

- Wiele razy, co?

- Zamknij się.

Tyler zachichotał, kończąc gofra. Zapłacił, po czym ruszyliśmy pieszo po centrum, wstępując do różnych sklepów. Dziwnie było oglądać coś, co mi się podoba, i tego nie kupować. Nagle zorientowałam się, że po raz pierwszy zwracam uwagę na metki z ceną. W jednym przypadku, kiedy trafiłam na wyjątkowo miękki czarny golf, zaczęłam kalkulować, ile mam na koncie i za co muszę wkrótce zapłacić. Zastanawiałam się, czy mam jakąś nadwyżkę do wydania. Nie miałam.

Przechadzałam się po sklepie, popatrując na Tylera zza półek. Miał w ręku kilka rzeczy. Czekałam, aż zapłaci, a potem skoczyliśmy do sklepu ze słodyczami. Cały dzień spacerowaliśmy, gadaliśmy o zespole; było dużo przekomarzania się, przywoływania rodzinnych historii - staraliśmy się nawzajem przebić opowieściami o tym, co szalonego i niezgodnego z prawem wyprawialiśmy w przeszłości.

Wygrałam.

Czas mijał, a kiedy słońce schowało się za zielonymi szczytami gór, poczułam, że już strasznie tęsknię za tym "dniem, w którym nie robiliśmy z Tylerem nic szczególnego". To włóczenie się bez celu po centrum Estes było jednym z najprzyjemniejszych doświadczeń w moim życiu.

Po lekkiej kolacji szliśmy w kierunku znanej nam alejki. Mimochodem wziął mnie za rękę; najpierw pokołysał naszymi dłońmi, a potem delikatnie ścisnął moje palce, kiedy zorientował się, że ich nie wyrywam. Miał na sobie dżinsy, czarne buciory i białą bawełnianą koszulkę z czarnym nadrukiem - coś motocyklowego. Pasowała do jego wytatuowanych ramion. Uśmiechnęłam się na myśl, jak zareagowaliby rodzice, gdyby nas teraz zobaczyli.

- Jak myślisz? Może napijemy się po shirley temple?

- Sądziłam, że bary cię znudziły.

- Nie musimy iść. Nie chcę prowokować powrotu do złych nawyków.

Wyrwałam rękę.

- Nie jestem alkoholiczką, Tyler. Potrafię być blisko alkoholu i nie pić.

- Nie mówiłem, że jesteś.

Zmrużyłam oczy.

- Nie dowierzasz mi.

- Tego też nie powiedziałem.

Złapałam mocno jego dłoń i pociągnęłam go. Opierał się przez kilka kroków, ale potem się poddał. Jakaś kobieta przepchnęła się przez drzwi. Jej wysokie obcasy zastukały na betonie; oddalała się tą samą drogą, którą przyszliśmy. Zachwiała się, skręciła kostkę, omal nie upadła, ale odzyskała równowagę i przeklinając pod nosem, znikła za rogiem.

Tyler pociągnął mnie do tyłu, kiedy sięgałam do drzwi wolną ręką. Zatoczyłam się i wpadłam na niego, po czym go odepchnęłam.

- Żartowałem, Ellie - powiedział szybko. - Nie sądzę, że powinniśmy tu wchodzić. Możemy znaleźć coś lepszego do roboty.

- O dziesiątej wieczorem w tym mieście? Wchodzimy albo wracamy do bazy - stwierdziłam, wskazując na drzwi. Poodpryskiwana czarna farba idealnie zapowiadała, co czeka nas w środku.

Znów sięgnęłam do drzwi, ale Tyler stawiał opór. Kiedy już chciałam mu ostro przygadać, dotknął mojego policzka i popatrzył na mnie z troską w oczach.

- Ellie.

Odwróciłam się i cofnęłam od niego. Nową pracę i nowe życie zawdzięczałam dumie i uporowi. Nawet odcięcie się rodziców nie mogło zmusić mnie do wyjścia z tego gówna, w którym tkwiłam po uszy. Lepiej mi szło, gdy podejmowałam samodzielne decyzje bez nacisku z zewnątrz, ale teraz czułam, że chcę robić pewne rzeczy tylko po to, żeby uszczęśliwić Tylera, podobnie jak Finley, kiedy jakiś chłopak się jej podobał - kompletna głupota, żenada, całkiem nie w moim stylu. Ale nie byłam już pewna, jaka naprawdę jestem. Może Ellie numer dwa odpuściłaby sobie bar i ukryła się w bazie, żeby nie ryzykować.

Zmarszczyłam brwi.

- Przestań. Piwo bezalkoholowe, soczki. Będą nas obserwować. Możemy śmiać się głośno jak pijani i walić w stół. Nikt się nie domyśli.

Tyler nadal nie był przekonany, ale wciągnęłam go do środka. Mała grupka dziewczyn, które pewnie dopiero co osiągnęły wiek, kiedy można im sprzedawać alkohol, siedziała przy stoliku obok drzwi. Kilka par zaszyło się w końcu lokalu obok łazienek, a przy barze na stołkach było trochę starszych miejscowych facetów. Tyler wskazał stolik, przy którym siedziałam, gdy byłam tu z Finley i Sterlingiem. Na myśl o tym ostatnim dostawałam gęsiej skórki. Nie miał zamiaru mnie pieprzyć, podobnie jak ja nie miałam zamiaru być pieprzona, kiedy poszłam do niego do domu tamtego dnia, ale był dla mnie uosobieniem mojego upadku i wolałam go już nigdy w życiu nie oglądać.

- Hej, wszystko gra? - zapytał Tyler, zajmując miejsce obok mnie.

Poklepał mnie po udzie, sprowadzając z powrotem do teraźniejszości. Uwielbiałam, a zarazem nie znosiłam, kiedy dotykał mnie tak poufale, jakbym należała do niego. Tyler był moim nowym uzależnieniem, podobnie jak igranie z ogniem w górach. Kochałam to niebezpieczeństwo, czekałam, aż mnie sparzy.

- Taaak, a bo co?

- Wydajesz się trochę spięta.

- Parę piw bezalkoholowych i będzie super.

Tyler uśmiechnął się kpiąco.

- Jak myślisz, że piwo bezalkoholowe doda ci animuszu, to powodzenia.

Wstał i zostawił mnie samą, żeby złożyć zamówienie przy barze.

Zdrapywałam resztki lakieru z paznokci. Finley zawsze dbała, żebym regularnie robiła manicure, nawet jeśli musiała umawiać mnie na niego z drugiego końca kraju, ale teraz nie mogłam sobie na coś takiego pozwolić i trochę mi tego brakowało.

W tylnej kieszeni zabrzęczał mi telefon. Wyciągnęłam go i zobaczyłam głupawą minę mojej pięknej siostry na ekranie. Odrzuciłam połączenie po raz drugi tego dnia i odłożyłam telefon.

- Wyglądasz na okropnie zagubioną - oświadczył Tyler, stawiając butelkę na stoliku przede mną. - Proszę. Napij się. Annie mówi, że Wick ją uprzedził. Gdybyśmy się tu pojawili, miała mi przypomnieć, żebym uważał, bo inaczej nas wywalą.

- Co za dupek. Zepsuł nam wieczór.

Tyler parsknął śmiechem.

- Dokładnie to jej powiedziałem.

- Poważnie? - spytałam z niedowierzaniem. Tyler skinął głową. - Za dużo czasu spędzamy razem - dodałam.

- A ja właśnie myślałem, że przydałoby się nam więcej takich dni jak ten.

- Tyler...

- Nie mów tego. Wiem.

- Ellie? - odezwał się z drugiego końca sali wysoki głosik. - O mój Boże! Ellie!

Obejrzałam się i zobaczyłam przepychającą się między stolikami w naszym kierunku Paige. Nachyliła się i objęła mnie. Jej niebieskie włosy miały teraz odcień amarantowy. Była piękna jak zawsze. Wyraz twarzy o drobnych rysach pozostawał łagodny, kiedy uśmiechała się do mnie słodko. Nadal kogoś szukała. Miała na sobie krótki top bez rękawów i wystrzępione dżinsowe szorty, żeby eksponować tatuaże. Jej prawa ręka, dawniej czyste płótno, była teraz pokryta misternym rysunkiem liści służących za tło koralowej róży.

- To nowe - zauważyłam.

Uśmiechnęła się i pokazała na swój nos.

- To też.

Zmarszczyłam brwi. Trudno mi było nie myśleć, że Paige za dużo zmienia, za szybko. Już była pijana, miała przekrwione oczy, a na cienkiej skórze pod dolnymi rzęsami malowały się fioletowe sińce. Nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia dwa czy trzy lata, ale już była zmęczona całym tym gównem, jakim obrzucało ją życie. Szłyśmy w przeciwnych kierunkach i zastanawiałam się, czy nie byłam dla niej ostatnią kroplą goryczy. Finley zawsze mówiła, że niszczę ludzi, i widziałam, dokąd zmierza Paige. Staczała się coraz niżej.

- Tak się cieszę, że cię widzę - powiedziała, a nowy kolczyk w nosie zalśnił, odbijając różnokolorowe światła z góry. - Byłam u ciebie w domu. José mówił, że znalazłaś pracę i się wyprowadziłaś.

- To prawda.

- Dokąd? Do Nowego Jorku? Los Angeles?

- Do baraków zespołu górskiej straży leśnej w Górach Skalistych.

Paige przekrzywiła głowę jak zdziwiony piesek.

- Co takiego?

- Pracuję jako fotoreporterka dla "Górskiego Echa". Tego lata towarzyszę strażakom.

Zachichotała i trąciła mnie łokciem.

- No nie, ale na poważnie. Dokąd się wyprowadziłaś? - Jej wzrok powędrował na Tylera, potem znów na mnie i znów na Tylera. Wreszcie skojarzyła. - A więc wy... zamieszkaliście razem?

- Nie do końca - wtrącił Tyler. - Trzeba dodać, że mieszkamy jeszcze z dziewiętnastoma chłopakami.

Paige przygryzła dolną wargę, ale zaraz spróbowała się rozluźnić i zmusiła się do uśmiechu.

- Nie mogłaś zadzwonić?

- Nie mam twojego numeru - odparłam.

- Naprawdę? Myślałam, że ci go dałam.

Pokręciłam głową, a ona zamrugała.

- No to mogę ci dać teraz. Gdzie masz telefon?

- W kieszeni.

Paige przeniosła wzrok na Tylera i z powrotem na mnie. Siedziała na krześle obok mnie, podłamana, przygarbiona.

- Tęskniłam za tobą. Świetnie wyglądasz. Robisz wrażenie szczęśliwej.

Uśmiechnęłam się.

- Dzięki.

Oczy jej się zaszkliły.

- Jakie masz plany na później?

- Przyjechałam do miasta z Tylerem - odparłam. Z każdym słowem Paige czułam się bardziej winna.

- No, wiesz... mogłabym cię odwieźć. Mam samochód.

- Muszę być w każdej chwili gotowa na wezwanie, Paige. Naprawdę, przykro mi.

Widziałam po jej twarzy, jak ją to zabolało. Spuściła wzrok, usta jej drżały.

- Ostrzegałaś mnie, prawda? - Popatrzyła na mnie. - Czekałam na ciebie przez cały ten czas, a przecież mówiłaś mi, żebym tego nie robiła. To takie głupie - powiedziała, kręcąc głową i odwracając wzrok. Szybko otarła policzek.

- Paige... - Podniosłam rękę, żeby jej dotknąć.

Cofnęła się.

- W tym mieście jest tylko jedna osoba bardziej zepsuta i wredna niż Tyler Maddox.

- Taylor? - rzucił Tyler.

W jego głosie wyczułam rozbawienie. Poczerwieniałam ze złości.

- Ja - powiedziałam.

Paige zaśmiała się.

- Nawet nie próbujesz się tego wypierać. Jak się z tym czujesz?

- Paskudnie - odparłam. - Zadowolona?

Zrobiła płaczliwą minę, po jej policzku spłynęła łza.

- Nie. Jeszcze długo nie będzie to możliwe.

Wstała i wyszła, a ja złapałam swoje udawane piwo i wzięłam spory łyk.

- Nie przejmuj się nią - powiedział Tyler.

- To nie jest śmieszne - warknęłam. - Nie ma nic zabawnego w tym, że wykorzystałam ją i odrzuciłam, jak wszyscy inni, którzy pojawiali się w jej życiu.

- Hola. Przepraszam. Myślałem, że jestem po twojej stronie.

- Lepiej, żebyś wrócił na swoją - powiedziałam. - Po tej ludziom dzieje się krzywda.

- Nie wystraszysz mnie - stwierdził, nachylając się bliżej. - Przestań być taka uparta. Jestem dla ciebie dobry.

- A jeśli ja nie jestem dla ciebie dobra?

Stuknął swoją butelką o moją.

- Właśnie tego szukam w dziewczynie.

Westchnęłam.

- Czuję, że przydałoby mi się napić czegoś mocniejszego.

- Tylko jeden drink? - zapytał Tyler.

Tak naprawdę mi tego nie proponował. Patrzył mi w oczy, cierpliwie czekając, żebym sama podjęła decyzję.

Zastanowiłam się chwilę, po czym oparłam się łokciami i ujęłam dłońmi głowę.

- Masz rację. Nie powinnam.

- Dobra, czas na nas. - Tyler wstał, a ja za nim.

Zanim doszliśmy do alejki, zdążył dać mi papierosa ze swojej czarnej paczki i szukał po kieszeniach zapalniczki.

- Co jest, do cholery? - powiedział nagle, przystając w pół kroku.

Patrzył w niebo, a ja uciekłam pod jego ramię, kiedy rozległ się grzmot. W dół poleciała ogromna kolorowa tęcza iskier. Dech mi zaparło. Kolejny wystrzał eksplodował złocistym deszczem.

Tyler spojrzał na zegarek, przycisnął, żeby oświetlić tarczę i sprawdzić datę.

- A niech mnie.

- Czwarty lipca? Jak mogliśmy zapomnieć?

- Cholera. Muszę zadzwonić do Trenta. To jego urodziny.

Poprowadził mnie do ulicy, nadal obejmując ramieniem. Oglądaliśmy fajerwerki blisko godzinę, aż w końcu nocne niebo rozświetlił wielki finał.

Tyler tulił mnie do siebie.

- Czy to głupie, że myślę o tym, ile pożarów mogą powodować takie sztuczne ognie? - odezwałam się wpatrzona w niebo rozbłyskające nieprawdopodobną feerią barw.

Tyler obrócił głowę, by na mnie spojrzeć.

- Czy to głupie, że chcę cię właśnie teraz pocałować?

W tle nadal widziałam fajerwerki, trochę się rozkleiłam. To był szczególnie znaczący Dzień Niepodległości.

Zamknęłam oczy, a Tyler nachylił się i dotknął ustami moich warg. To, co zaczęło się słodko i niewinnie, szybko się rozkręciło. Chwyciłam dłońmi jego koszulkę. Kiedy przyciągnęłam go do siebie, poczułam, jak stwardniał pod dżinsami. Aż jęknęłam do jego ust.

Cofnął się o krok, nadal trzymając mnie w ramionach.

- To było fantastyczne... i takie nieoczekiwane.

- Musimy jechać do domu - wysapałam.

Uniósł kluczyki.

- Też tak pomyślałem.

Rozdział 15

DRGNĘŁAM I OBUDZIŁAM SIĘ. Wpatrując się wielkimi oczami w sufit nad sobą, z przerażeniem próbowałam przypomnieć sobie, gdzie jestem i czyje ramiona mnie oplatają. W moim śnie byłam na jachcie w Sanyi z Finley. Czułam gorące promienie słońca na opalonej skórze i patrzyłam na świat przez warte pół tysiąca okulary.

Dotknęłam wierzchem dłoni czoła, z żalem żegnając się z tamtą beztroską na wyobrażonej łodzi, w towarzystwie mojej słodkiej siostry.

Zabzyczał telefon. Sięgnęłam po niego do drewnianego stolika, który ktoś wyciął z pnia drzewa. Pisała do mnie Finley. Poprzednie wiadomości przedstawiały ją wyraźnie znudzoną na pięknej plaży, upaćkaną kremem przeciwsłonecznym na dziobie Andiamo albo naturalnie piękną podczas zakupów na wyspie Hajnan. W kilku ostatnich esemesach coraz bardziej niecierpliwie domagała się, żebym się do niej odezwała. Przeczytałam ten, w którym była najbardziej wkurzona, i nie mogłam powstrzymać uśmiechu.

Ellison, odpisz. Daj znak życia, bo inaczej wsiadam w pierwszy samolot do Denver, nie żartuję.

Napisałam odpowiedź, ale mój palec zatrzymał się, nim ją wysłałam. Żyję, jest mi dobrze, tęsknię za tobą - to nie wystarczy.

Usta Tylera dotknęły mojej skroni.

- Wyślij. - Odchrząknął chrypkę. - Ona się martwi.

- Będzie chciała do mnie zadzwonić.

- Co w tym złego?

- Zorientuje się, że coś jest nie tak. Potrafi mnie przejrzeć na wylot, nawet z drugiego końca świata.

- Ellie... - Tyler przytulił mnie do siebie. - Nie możesz wiecznie przed tym uciekać. W końcu będziesz musiała z nią porozmawiać.

Wysłałam wiadomość, a potem wyłączyłam telefon i usiadłam. Kiedy się przeciągałam, poczułam ból mięśni, nienawykłych do dziwnej pozycji, w jakiej spaliśmy, starając się zmieścić na pojedynczym łóżku.

- Parę dni temu dostałem zaproszenie. Mój brat znów się żeni.

- Znów? Jest rozwodnikiem?

- Nie, już raz pobrali się potajemnie. Teraz chcą zrobić to oficjalnie, żeby rodzina mogła w tym uczestniczyć. Ślub odbędzie się na St. Thomas w połowie marca w przyszłym roku.

Westchnęłam.

- Uwielbiam St. Thomas, ale nie zdążę zaoszczędzić na podróż.

Czubkami palców dotknął dołu moich pleców.

- Rozumiem. Chciałabyś się wybrać? Ze mną?

Popatrzyłam przez gołe ramię na Tylera.

- Niby... jako twoja dziewczyna?

Wzruszył ramionami i uniósł rękę nad głową.

- Nazywaj to, jak sobie życzysz. Po prostu chciałbym, żebyś tam była.

Popatrzyłam w przód, podciągając nakrycie na piersi. Westchnęłam.

- Nie potrzebuję takiego paszportu na St. Thomas. Coś okropnego. Mam wrażenie - wskazałam gestem na niego i siebie - jakby to miała być zapłata.

Zachichotał.

- Nie. Już wcześniej zamierzałem cię zaprosić.

Uśmiechnęłam się do niego lekko, z żalem.

- Nie możemy już tego robić.

Jego senny uśmiech był zaraźliwy.

- Stale tak mówisz. Czemu po prostu tego nie przyznasz?

- Niby czego?

Odczekał chwilę.

- No dobrze - odezwałam się. - Coś... między nami jest.

- Nie było aż tak trudno, prawda? - odparł, ale jego uśmiech natychmiast znikł, kiedy wstałam, pociągając za sobą nakrycie do łazienki, i po drodze porwałam torbę z przyborami do mycia i szlafrok z gałki na szafie.

- Prysznic?! - zawołał.

- Tak.

- Mam się przyłączyć?

- Nieee.

Powiesiłam szlafrok na haczyku ścianki dzielącej kabiny i rzuciłam kołdrę na podłogę. Sięgnęłam za plastikową zasłonę, by przekręcić kran. Woda trysnęła z deszczownicy, od razu gorąca. Weszłam pod nią, pozwalając jej płynąć po mojej głowie i twarzy.

Tusz do rzęs piekł mnie w oczy, a ja sięgnęłam po mydło, żeby szybko go zmyć. Tyler całował mnie i rozbierał przez całą drogę do łóżka, i żadne z nas nie opuściło tego miejsca przez resztę nocy. Jego język posmakował niemal każdej cząstki mojego ciała, a ja dochodziłam i dochodziłam, aż moje nogi drżały z wyczerpania.

Kiedy skończyliśmy i leżałam w jego ramionach, czułam, jak mu ulżyło. Wprost emanowało z niego, jak bardzo spełniony się przy mnie czuje, a ja mogłam myśleć tylko o jednym: coraz trudniej było udawać, że jest między nami jedynie seks. Tyler, choć z pozoru szorstki i twardy, naprawdę troszczył się o mnie; zależało mu, a ja nie byłam pewna, czy na to zasługuję - przynajmniej na razie.

Wyszłam spod prysznica, zdecydowana porozmawiać z nim o tym, jak to widzi, dokąd prowadzi ta nasza przyjaźń z dodatkami, ale w drzwiach stał obcy facet. Był zdumiony, ale bynajmniej nie próbował zasłonić oczu w obliczu mojej nagości.

- Czy ta ekipa ma w składzie kobitki, czy też są tu dozwolone wizyty małżeńskie? - zapytał.

Ściągnęłam szlafrok z haczyka i okryłam się nim.

- Jestem fotoreporterką. A ty skąd tu się, do cholery, wziąłeś?

Roześmiał się, zachwycony moją odpowiedzią.

- Jestem Liam. A ten ciabaty to Jack.

Liam miał z metr dziewięćdziesiąt, ale Jack był jeszcze wyższy i miał bardzo blond włosy.

- Co to znaczy "ciabaty"? - rzuciłam.

- Już sobie idziesz? - spytał Jack. - Jesteśmy prosto z krainy Oz.

- To wspaniale - skwitowałam, zawiązując mocno pasek szlafroka.

Nadszedł Tyler i spiorunował wzrokiem obu nieznajomych. Jeszcze nigdy nie widziałam u niego tak groźnej miny.

Liam wyciągnął rękę do Tylera. Jego biceps miał obwód mojej głowy. Zastanawiałam się, jak daje radę dźwigać tę masę mięśni podczas wspinaczki do pożarów.

Tyler wpatrywał się w dłoń Liama tak długo, aż ten ją cofnął. Wcale jednak nie wydawał się speszony.

- Jest tu nieubrana kobieta, panowie. Sugerowałbym, żebyście przeprosili i wycofali się do innego pomieszczenia, póki ona stąd nie wyjdzie.

Jack trzepnął Liama w ramię.

- Oni robią tu straszne ceregiele, jeśli chodzi o nagość. Nie wkurzajmy ekipy naszego pierwszego dnia.

Liam dalej patrzył w oczy Tylerowi, ale nie prowokował go. Upartym spojrzeniem i lekkim uśmiechem dawał mu znać, że bynajmniej się nie wystraszył, co tylko jeszcze bardziej Tylera rozzłościło.

Australijczycy wyszli, a on podszedł do mnie do umywalki.

- Wszystko w porządku?

- Jasne - potwierdziłam i machnęłam lekceważąco ręką na znak, że nic się nie stało. - Nie jesteś już jedynym członkiem załogi, który widział mnie nagą.

Tyler zacisnął zęby.

- Trzeba było im kazać ruszać prosto do Colorado Springs.

- Wtedy nie mielibyśmy ostatniej nocy.

Uśmiechnął się, skubiąc delikatnie kosmyki moich włosów.

- To polityczny pożar. Potrzebują wszystkich rąk. Może powinnaś zostać.

Nachmurzyłam się.

- I co, do diabła, miałabym tu robić? Pstrykać zdjęcia kwiatków? Baraków? Jojo wścieknie się, jak nie pojadę.

- Tam jest jakaś inna jednostka specjalna. Nie tylko Chief decyduje. Mogą nie pozwolić ci iść w teren.

- Mam legitymację dziennikarską. Mogę iść, gdzie zechcę.

Tyler parsknął śmiechem.

- To nie całkiem prawda. - Przeciągnęłam szczotką po mokrych włosach, a on dodał: - Mój Boże, jakaś ty piękna z rana.

- Już nie "osobliwie pociągająca"?

- To nie tak. Mówiłem tylko, że bardzo lubię, kiedy pachniesz jak pożar lasu.

Wycisnęłam pastę na szczoteczkę do zębów, a Tyler od razu się uśmiechnął. Wycelowałam w niego szczoteczką.

- Nie waż się nawet o tym myśleć. Mamy tu teraz towarzystwo.

Wyraźnie się zmartwił.

- Dopiero się pojawili.

- Ale należą do zespołu.

- A może spodobał ci się akcent tego gościa i już nie chcesz, żeby między nami było to coś.

Zmarszczyłam nos.

- Chyba żartujesz.

Wzruszył ramionami.

- Dziewczyny to kręci.

Wyszedł, a ja szorowałam zęby, jakbym się chciała na nich zemścić.

Spakowaliśmy torby, a Tyler zadzwonił do Chiefa, by dać mu znać, że przyjechali Australijczycy. Chłopcy załadowali się do ciężarówki straży leśnej. Czekało nas dwieście kilometrów jazdy na południe, autostradą 36 do Colorado Springs.

- Za ile tam dotrzemy, stary? - zapytał Jack.

- Za jakieś dwie i pół godziny - stwierdził Tyler. - Mniej więcej.

Jack starał się jakoś umościć. Obróciłam się do niego.

- Musicie mieć serdecznie dość podróży. Kiedy wyruszyliście?

- Wczoraj późnym wieczorem. Rano podjechaliśmy prosto do was - odparł.

Dużo się uśmiechał, przez co wyglądał bardzo młodo, choć był taki muskularny.

- I od razu zakasujecie rękawy?

- Słucham, kochanie? - zapytał Jack.

Roześmiałam się. Wiedziałam, że zapowiada się ciekawa jazda. Oboje mówiliśmy po angielsku, ale z rozumieniem idiomów mógł być kłopot.

- Chodzi mi o to, że ledwie wylądowaliście, a już zaczynacie pracować.

- Tak lubimy - wyjaśnił Liam.

Popatrzyłam naprzód, regulując pas. Tyler trzymał obie dłonie na kierownicy, kostki palców mu zbielały.

- Co? - rzuciłam. Jechaliśmy razem w szoferce, ale Australijczycy gadali ze sobą, a warkot silnika zagłuszał wszystko, czego nie mówiłam bezpośrednio do nich.

- Myślę o tym, co było rano.

- Nie jesteś jedyną osobą, która widywała mnie rozebraną.

- Wiem - odpowiedział, zamykając na chwilę oczy. - Wiem. Ale dotąd nie byłem świadkiem czegoś takiego.

- Musisz to jakoś przeżyć - stwierdziłam. - Będziesz pracował z tymi chłopakami.

- Może mógłbym, gdybym wiedział, co z nami, do cholery.

Zmarszczyłam nos zaskoczona, że tak nagle się wściekł.

- Przecież nie stawiałeś warunków.

- Tak naprawdę mówiłem o tym. Próbowałem być cierpliwy.

- I co się stało? - spytałam.

- Ludzka wytrzymałość ma swoje granice.

- A to co niby znaczy? Czy przegapiłam limit czasowy, o którego istnieniu nie wiedziałam? Dwie godziny temu wszystko było w porządku. Czemu jesteś taki wkurzony?

Nie odpowiedział, widziałam tylko, jak zgrzyta zębami.

Nachylił się do nas Liam i poklepał Tylera po ramieniu.

- Przepraszamy za twoją dziewczynę.

- To nie moja dziewczyna - odburknął Tyler.

Skuliłam się i zapatrzyłam w okno, bardzo starając się nie przejmować. Australijczycy w jednej chwili umilkli, przez co zrobiło się jeszcze bardziej niezręcznie. Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo zaboli mnie odwrócenie się Tylera. Odkąd się znaliśmy, miałam wrażenie, że za mną goni, ale w tej chwili zrozumiałam, dlaczego zachowywałam dystans. Tyler zostawił ojca, przyjaciół, braci. W głębi duszy byłam przekonana, że zostawi też mnie.

Silnik zwiększył obroty, opony kręciły się na asfalcie, wydając wysoki szum. Nie mogłam rozmawiać, więc oparłam się na ręce o szybę i zamknęłam oczy, udając, że śpię.

Tyler odpowiadał, kiedy Australijczycy zadawali mu pytania o ekipę, i milczał, kiedy rozmawiali między sobą na tylnym siedzeniu, ciesząc się na wędrówki w górach i z tego, że klimat jest tu chłodniejszy niż u nich.

W pewnej chwili Liam zawołał do Tylera:

- A o co chodzi z tą laską?!

- Ma na imię Ellison.

- Dobra, w takim razie o co chodzi z tą Ellison?

- Pracuje jako fotoreporterka dla tutejszego magazynu. Towarzyszy nam podczas sezonu pożarów. Dokumentuje to, co robimy.

- Ładna - stwierdził Liam. - Ma najjaśniejsze niebieskie oczy, jakie widziałem.

Tyler siedział cicho, ale nie musiałam otwierać oczu, żeby widzieć, jaki ma wyraz twarzy.

- Ma chłopaka? - zapytał Liam.

- Chryste - jęknął Jack.

Najwyraźniej w odróżnieniu od Liama rozumiał, że pomiędzy mną a Tylerem coś jest, nawet jeśli on nie chciał tego przyznać.

- Pukasz do niewłaściwych drzwi, chłopie. Ona woli dziewczyny - stwierdził Tyler.

W gruncie rzeczy nie kłamał, ale to bynajmniej nie złagodziło mojej wściekłości. Do tej chwili był opiekuńczy i nie krył się ze swoimi uczuciami wobec mnie. Teraz zachowywał się jak szczeniak, który zgrywa twardziela wobec kumpli.

Dwie i pół godziny jazdy wlokło się w nieskończoność. Nim dotarliśmy na hotelowy parking, kompletnie zdrętwiałam, wszystko mnie bolało od siedzenia bez ruchu.

Wysiadłam, stanęłam na asfalcie, a potem wygrzebałam z torby aparat i założyłam pasek na szyję. Zaczęłam robić zdjęcia różowej aureoli ognia za gęstą warstwą dymu na niebie.

- To jeszcze nic, kochana - powiedział Liam. - Powinnaś pojechać ze mną do krainy Oz.

Tyler złapał swoją torbę i trzasnął drzwiami od strony kierowcy, po czym szybko pomaszerował do lobby. Liam i Jack ruszyli za nim, a ja na końcu. Przystanęłam i czekałam, kiedy on i Australijczycy się meldowali.

Ponure lobby udekorowano na beżowo i sztucznymi kwiatami. Pełno tu było strażaków. Niektórzy szykowali się do wyjścia, inni stali z butelkami piwa w dłoniach. Napis kredą obok baru głosił: Witajcie, Strażacy! India Pale Ale i przekąski za pół ceny!

Tyler zaczął się kłócić z recepcjonistką. Potem wyciągnął telefon.

Zmarszczyłam brwi, kiedy wydobył portfel i cisnął na kontuar kartę kredytową. Kobieta zeskanowała kartę, po czym podała mu dwie małe koperty. Tyler obejrzał się na mnie i podszedł.

- Masz - powiedział, podając mi jedną.

- O co chodziło? - spytałam.

- Wziąłem dla ciebie pokój.

- Mogłam załatwić to sama - powiedziałam. - Mam służbową kartę magazynu.

Westchnął.

- Nie wiedziałem. W każdym razie ogarnąłem to.

Ruszyłam w kierunku recepcji, ale przytrzymał mnie za rękę.

- Co robisz?

- Dam im swoją kartę, żebyś nie musiał płacić za mój pokój.

- Przecież powiedziałem, że to już załatwione.

Wyrwałam się mu i rzuciłam okiem po twarzach dokoła. Większość strażaków nie zwróciła uwagi na naszą wymianę zdań, ale Australijczycy tak.

- Co cię ugryzło? - syknęłam.

- Po prostu starałem się dostać dla ciebie pokój, do cholery.

- Nie, czemu jesteś taki wściekły? Mam wrażenie, jakbym... wcale cię nie znała.

Tyler westchnął, popatrując na wszystko w lobby, byle nie na mnie.

- Taki właśnie jestem.

- Zazdrosny dupek?

Zaśmiał się, przestępując z nogi na nogę.

- Niby o kogo?

- Liam widział mnie nagą. No i co? Na tym byłby koniec, gdybyś nie powiedział mu, że jestem singielką i zwodzę facetów.

- Co takiego?

- Powiedziałeś mu, że lubię dziewczyny - warknęłam.

- Bo to prawda.

- No to nie zdziw się, jak niedługo Liam będzie namawiał mnie na trójkącik.

- To by ci pasowało - odburknął.

- Nie do wiary, że tak się go boisz.

Zbliżył się o krok.

- Wyjaśnijmy sobie coś raz na zawsze, słoneczko. Ja nikogo się nie boję.

- A jednak panikujesz, odkąd pojawił się Liam.

- Widziałem cię - szepnął, kipiąc ze złości.

- Niby co widziałeś?

- Kiedy on wszedł prosto na ciebie. Po prostu stałaś tam. Zajęło ci dobre kilka sekund, zanim się zakryłaś.

- Coś takiego! Powinnam natychmiast zasłonić miejsca intymne, kiedy wparuje jakiś palant? A ty łazisz stale z gołym tyłkiem po baraku i nic.

- To co innego.

- Dlaczego? Bo mam piersi? Czy kiedykolwiek wydałam ci się wstydliwą dziewczynką?

- No właśnie.

- A wal się.

Wyrwałam mu kopertkę i pomaszerowałam do wind. Kilkakrotnie wciskałam guzik, zanim jedna się otworzyła. Rodzina, która była w środku, przecisnęła się obok mnie, wysiadając. Córka miała na sobie kostium kąpielowy i przytrzymywała w pasie kółko do pływania w kształcie flaminga.

Pojechałam na trzecie piętro, wyszłam na korytarz i skręciłam w odnogę, gdzie był mój pokój. Trzęsącymi się rękami wydobyłam kartę klucz z kopertki, a potem przyłożyłam ją do czytnika, ale duża dłoń nakryła moją i pociągnęła ją w dół.

- Do diabła, Ellie - powiedział Tyler. - Masz rację. Jestem zazdrosny, odpierdoliło mi. Wysyłasz te niejednoznaczne sygnały, a tu przychodzi jakiś facet, widzi cię nagą, a potem wypytuje o ciebie... mam w głowie kompletny mętlik. Nie wiem, co robię. Jeszcze nigdy tak się nie czułem.

Podniosłam znowu kartę. Zamek kliknął. Nacisnęłam klamkę i spojrzałam na Tylera.

- Dorośnij - rzuciłam, wślizgując się do środka, po czym zatrzasnęłam za sobą drzwi.

Rozdział 16

WYPAKOWAŁAM Z PLECAKA CZTERY koszule, pięć zwiniętych par skarpetek, trzy pary roboczych spodni, dwie za duże bawełniane koszulki do spania, szczoteczkę do zębów i pastę, szczotkę do włosów, tusz do rzęs i błyszczyk do ust z plecaka. Oddział górski w każdej chwili mógł zostać wezwany. Chciałam być gotowa. Nie umknęło mojej uwagi, że kłóciłam się z jedynym członkiem zespołu, który miał za zadanie czuwać nad moim bezpieczeństwem, i że Tyler powinien skupiać się na walce z szalejącym pożarem, a nie na naszych idiotycznych dylematach.

Nie wiedziałam, czemu właściwie mówię "naszym". Nie było żadnego "my", a to powinno oznaczać brak zazdrości, oczekiwań, dyskusji o etapach relacji czy o tym, dokąd ona zmierza. Byłam wychodzącą z nałogu pijaczką, a on wychodzącym z nałogu dziwkarzem. Każdy terapeuta, jakiego poznałam w ostatnich pięciu latach, powiedziałby to, co myślałam: nie było dla nas przyszłości.

Wzięłam pilota i włączyłam telewizję. Kanał informacyjny nadawał już relacje z pożaru, ostatnie wiadomości leciały na pasku u dołu ekranu. Słuchałam tylko chwilę, po czym wyłączyłam odbiornik.

Zabzyczał mój telefon. Leżał na łóżku tam, gdzie go wcześniej rzuciłam. Nawet z odległości trzech metrów widziałam, że to siostra. Komórka zawibrowała kilka razy, aż ekran zgasł, a potem znów wyświetliło się jej zdjęcie.

Podeszłam parę kroków i sięgnęłam po telefon, niepewna, czy zaraz rzucę nim o ścianę, czy odbiorę. Przyłożyłam go jednak do ucha.

- Halo?

- Ellison?

- Cześć, Finley.

Odetchnęła.

- Bałam się już, że nie żyjesz. Matka i ojciec myśleli, że umarłaś.

- Pewnie dla nich w pewien sposób tak.

Czułam, jak wzbiera w niej złość. Skuliłam się, kiedy wrzasnęła mi prosto do ucha:

- Ale nie dla mnie! Nie zrobiłam ci żadnego świństwa, Ellie, a ty ignorujesz mnie i unikasz od wielu miesięcy! Sądzisz, że wylegiwałam się spokojnie na plaży i liczyłam, że wszystko u ciebie w porządku?

- Nie, ale miałam nadzieję...

- Wal się! Nie spodziewaj się teraz po mnie niczego miłego. Jestem na ciebie wściekła! Nie zasłużyłam na takie traktowanie z twojej strony!

Zmartwiałam, zastanawiając się, czy ma na myśli coś więcej niż to, że nie odpowiadałam na telefony.

- Powiedz coś! - Głos jej się załamał, zaczęła pociągać nosem.

Zmarszczyłam brwi.

- Płaczesz? Nie płacz, Fin, przepraszam.

- Dlaczego nie chciałaś ze mną mówić?! - krzyknęła. - Co takiego zrobiłam?

- Nic. Nic nie zrobiłaś. Po prostu nie chciałam psuć ci wakacji. Nie chciałam, żebyś czuła się winna, i nie chciałam, żebyś się martwiła.

- No to ci się nie udało ani jedno, ani drugie!

- Przykro mi.

- Nie chcę, żeby było ci przykro! - warknęła. - Chcę, żebyś odbierała ten pieprzony telefon, kiedy dzwonię!

- Dobrze - odparłam. - Będę odbierać.

- Obiecujesz? - Uspokoiła się trochę, wzięła głęboki wdech.

- Słowo. Będę odbierać, kiedy zadzwonisz... jeśli nie będę wtedy pracować.

- A w ogóle co ty tam robisz? Matka mówiła, że jesteś sekretarką albo fotoreporterką, albo kimś tam dla jakiegoś czasopisma.

- Tak.

- Używasz aparatu, który ci kupiłam?

Słyszałam, że się uśmiecha. Już mi wybaczyła. Nie wiedziała o Sterlingu, a kiedy to odkryje, przypomni sobie tę rozmowę i poczuje się jeszcze bardziej zdradzona. Jedyne, co mi się teraz marzyło, to przerwać to połączenie, ale to by tylko wzbudziło jej podejrzenia.

- Tak. To naprawdę dobry aparat, Fin, dziękuję.

Umilkła na chwilę.

- Mam wrażenie, jakbym rozmawiała z kimś obcym.

- To ja - powiedziałam.

- Nie, to nie ty. Zmieniłaś się.

- Jestem trzeźwa.

Parsknęła śmiechem.

- I jak ci leci?

- No, tak naprawdę... jeden wielki rozpierdol. Jak tam Sanya?

- Nie wiem. Przez ostatnie trzy tygodnie byłam na Bali.

- To jak tam na Bali?

- Pięknie. Wracam do Stanów, żeby się z tobą zobaczyć.

Spanikowałam.

- Tęsknię za tobą, Fin, ale ze względu na pracę stale jestem w rozjazdach. Towarzyszę międzystanowej ekipie strażaków górskich. Do początku października będziemy rzucani to tu, to tam.

- Jeździsz ze strażakami? Z zespołem Tylera?

- Tak.

- Pieprzysz się z nim, co?

- Od czasu do czasu.

- Wiedziałam! - Zachichotała.

Będzie mi brakowało tej Finley, tej, która nigdy się nie oburzała, po której moje występki spływały jak po kaczce. Zawsze mnie usprawiedliwiała, prowadziła mnie przez życie za rękę i dyrygowała mną bez wahania, bo tak robią starsze siostry.

Żebym nie wiem jak chciała temu zapobiec, nadejdzie czas, kiedy nadal będziemy siostrami, ale już nie przyjaciółkami. Nawet gdyby Finley mi wybaczyła, zawsze będzie bolała ją moja zdrada i nie będzie pewna, czy kiedykolwiek jeszcze może mi zaufać.

Wypiłam duszkiem jedną z dwóch butelek wody znajdujących się w pokoju, żałując, że nie jest to coś mocniejszego, a potem pochodziłam chwilę, nim zdecydowałam się zejść na dół. Zwróciłam uwagę na moje odbicie w lustrze, z którego gapiły się na mnie okrągłe, lodowato niebieskie oczy bez wyrazu. To nie był miły widok. Ciemne kosmyki wijących się włosów zwisały z byle jak upiętego koka. Byłam trzeźwa, pracowałam, robiłam wszystko to, co normalni ludzie... Czy byłam szczęśliwa?

Cząstka mnie nienawidziła Tylera za to, że musiałam zadać sobie to pytanie. Jeśli nie potrafiłam być szczęśliwa, robiąc to, co kocham, śpiąc obok cierpliwego mężczyzny, który starał się dbać o mnie, jak tylko potrafił, to czy zasługiwałam na szczęście? Byłam niezależna, zarabiałam własne pieniądze, podejmowałam własne decyzje - ale patrząc na Ellie numer dwa w lustrze, trudno było nie zauważyć smutku w jej oczach. To doprowadzało mnie do furii.

Ciężkie drzwi zatrzasnęły się za mną, kiedy ruszyłam korytarzem. Windą zjechałam do lobby i z zaskoczeniem zobaczyłam, że jest tu prawie pusto.

- Cześć - powiedziałam do recepcjonistki.

Uśmiechnęła się, odsuwając od siebie jakieś bazgroły, nad którymi się trudziła.

- Całkiem niezłe - pochwaliłam, przyglądając się im ponownie.

- Dzięki - rzuciła. - W czym mogę pomóc?

Położyłam kartę kredytową na kontuarze.

- Mogłabym zmienić kartę, z której będzie opłacony mój pokój?

- Jasne. - Wzięła srebrny prostokącik z blatu, poklikała chwilę, a potem przeciągnęła go przez czytnik. - Dodatkowe wydatki też mają iść z tej karty?

- Tak. Wszystko.

- Gotowe - powiedziała, oddając mi kartę. - Proszę tylko podpisać tutaj.

- Dziękuję... - popatrzyłam na jej plakietkę - Darby.

- Żaden problem, "Górskie Echo".

Podeszłam do baru i usiadłam na stołku. Poza mną i facetem, który zmywał za kontuarem, nie było nikogo. Miał gładką śniadą cerę i wydawał się zbyt młody na swoją siwą czuprynę i bokobrody.

- Dzień dobry - powiedział.

Wepchnął owiniętą ściereczką dłoń do szerokiej szklanki i pokręcił, po czym sięgnął po następne naczynie ze zlewu. Przez to, że miał bardzo ciemne oczy, odniosłam wrażenie, że wpatruje się we mnie dziwnie intensywnie.

- Cześć, może... na razie tylko... sprite.

- Czysta z lodem? - rzucił, ale zaraz spoważniał i wrócił do pracy, widząc, że nie jestem w nastroju do żartów.

Napełnił wysoką szklankę i podsunął w moim kierunku. Oczy mu zabłysły, kiedy po mojej prawej stronie ktoś usiadł na stołku. Nie było trudno zgadnąć kto, kiedy się odezwał.

- Jedna victoria bitter, stary! - powiedział Liam.

- Masz zamiar pić pierwszego dnia w robocie? - spytałam. - Nie macie przypadkiem spotkania za piętnaście minut?

- W porządku, nie martw się. Poproszę to samo co ona.

- Jeszcze raz sprite - podsumował zawiedziony barman.

Skubałam końce serwetki, miałam w głowie kompletny kociokwik.

- To jak to się stało, że wylądowałaś w tej ekipie? - zapytał Liam.

- Zaczęłam od odbierania telefonów w redakcji, a potem zrobiłam trochę zdjęć, które spodobały się właścicielowi pisma. Wysłał mnie na akcję z Tylerem, moje zdjęcia zainteresowały miejscowych czytelników. No i jestem tu, robię serię fotoreportaży.

- Pniesz się w górę. Podoba mi się to - stwierdził Liam, popijając gazowany napój, jakby to było piwo. Nawet uniósł szklankę, by pozdrowić innych strażaków, którzy przechodzili obok.

- Nie pracowałam w magazynie długo, zanim wysłali mnie z pierwszym zleceniem.

- Tym bardziej imponujące - powiedział.

- Niespecjalnie. - Pokręciłam głową i spuściłam wzrok.

- A co przedtem robiłaś?

- Nic. Uczyłam się w college'u, ledwie skończyłam studia, a potem trochę podróżowałam. Moi rodzice mają dom w Estes Park i tak trafiłam tutaj.

- O... Jak to nazywacie wy, Amerykanie? Jesteś dzieckiem z funduszem.

- Chyba byłam.

- A już nie jesteś?

- Nie. Zostałam wydziedziczona.

- Im więcej z tobą rozmawiam, tym bardziej wydajesz się interesująca. Zwykle bywa na odwrót.

Popatrzyłam na Liama, przyglądając się jego rysom. Był typowym Australijczykiem. Z mocnym zarysem szczęki, barczysty, potężny. Na jego brodzie widać było jasnobrązowy zarost, a szmaragdowe tęczówki były piękne, choć ledwie widoczne w wąskich, zmrużonych oczach. W pierwszym odruchu byłabym gotowa zaprosić go na górę do swojego pokoju i na godzinkę, dwie zapomnieć o walce z Tylerem. Jeśli jednak kilka ostatnich miesięcy czegoś mnie nauczyło, to tego, że od pieprzenia się, picia i palenia moje problemy nie znikną. Nadal będą ze mną rano, nawet gorsze niż przedtem.

Liam dopił sprite'a. Ja ledwie tknęłam swoją szklankę.

- Zaczynanie od nowa bywa dołujące - powiedział. - Nikt nam tego nie mówi. Człowiek myśli, że od razu poczuje się lepiej, nie rozumie, czemu tak nie jest, i to może być cholernie trudne.

- Nie gadaj, że ty też jesteś dzieciakiem z funduszem powierniczym - rzuciłam z niedowierzaniem.

- Nie. Praca oczyszcza mi głowę, ale nawet to już mi nie pomagało. Potrzebowałem popatrzeć na wszystko z większego dystansu.

Rozejrzał się, oglądając się za siebie, to przez jedno, to przez drugie ramię, jakby to, co za sobą zostawił, mogło przywlec się za nim.

- Ale po jakimś czasie człowiek wreszcie czuje się lepiej, co? - spytałam.

- Dam ci znać, jak to się stanie - powiedział, wstając.

Zza rogu wyszedł Tyler. Zamarł, kiedy spostrzegł Liama i mnie siedzących przy barze razem.

- Lepiej pójdę już na naradę - oznajmił Liam.

- Fajnie było pogadać. - Uniosłam szklankę.

Stuknął się ze mną swoją, już pustą, i ruszył do sali konferencyjnej.

Tyler stał nieruchomo kilka sekund, a potem zbliżył się do mnie.

- Co pijesz?

- Sprite'a. Zamów sobie.

Pokręcił głową, rzucając okiem na lobby.

- Cherry Coke to jest to.

- Gdzie Taylor? - spytałam.

- Nie tutaj. W każdym razie jeszcze nie. Dzwonił do mnie wcześniej. Poznał jakąś dziewczynę.

- Kogoś stąd?

Tyler wzruszył ramionami.

- Nie miał za dużo czasu, żeby gadać. To chyba jakaś kelnerka czy coś.

- Ciekawe. O, jasna cholera, Tyler - mruknęłam, widząc, jak przy głównej recepcji przystaje agent Trexler.

Poflirtował chwilę z recepcjonistką, po czym ruszył do drzwi automatycznych. Zauważył Tylera, ale się nie zatrzymał. Odetchnęłam z ulgą.

- Taylor to załatwi - powiedział Tyler.

- Jak?

- Po prostu. Muszę iść.

Ku memu zaskoczeniu, zanim ruszył za Liamem do sali konferencyjnej, nachylił się i pocałował mnie w policzek. Kiedy otworzył drzwi, zobaczyłam mnóstwo oficjeli stojących przy stole. Przytrzymywali rozwinięte rolki papieru, które próbowały zwinąć się z powrotem. Wykonywano jakieś telefony, pisano na ipadach i laptopach. Dokoła tłoczyli się strażacy z ekip specjalnych; czekali na rozkazy, gdy sztab kryzysowy zbierał informacje. Dostrzegłam niektórych z naszych chłopaków. Stali z rękami skrzyżowanymi na piersiach, mieli surowe miny, ale Pudding dojrzał mnie i pomachał mi jak dziecko, które podczas szkolnego przedstawienia widzi rodziców ze sceny. Potem drzwi się zamknęły.

- Zostajesz tu, Stavros? - spytała Darby, opierając się o bar.

Jej zapinana biała bluzka była idealnie wyprasowana, czerwone usta matowe i obwiedzione starannie konturówką, czarne spodnie nieskazitelne, a włosy w kolorze miodu ściągnięte mocno w ogonek, tak że nie wymykał się żaden kosmyk. Przy jej kobiecej figurze i fantastycznym uśmiechu mogła być niegdyś tutejszą królową piękności. Każdy jej ruch był elegancki, każdy uśmiech wyważony.

Spojrzałam na nią podejrzliwie. Wcześniej flirtował z nią Trexler. Może ona też była agentką?

- Strażacy nie dają napiwków - gderał Stavros. - I jak na razie wszyscy są trzeźwi.

- Tak jest od tygodnia - stwierdziła Darby, opierając brodę na wierzchu dłoni.

Poczułam, że się usztywniam. Bałam się powiedzieć albo zrobić coś, co mogłoby pomóc Trexlerowi w śledztwie, które prowadził w sprawie rodziny Tylera.

- Wszystko w porządku? - spytała Darby.

- Kim był ten facet, który właśnie wyszedł? Ten, który z tobą rozmawiał, zanim tak szybko ruszył do drzwi?

- Trex? - odparła, a jej oczy zabłysły, kiedy tylko wypowiedziała jego imię.

- Tak - potwierdziłam.

- To strażak. Zostanie tu, póki nie ugaszą pożaru. Jest chyba... w jakimś zespole specjalnym. Nie należy do ekipy z pierwszej linii ani do ziemnej. Nie za wiele o tym mówi.

- Czyli to jakieś tajne służby pożarnicze? - spytałam, tylko na wpół żartem.

Zachichotała, choć zabrzmiało to dziwnie, jakby nie nawykła do śmiechu.

- Możliwe. Jest dość skryty.

- Więc nie znasz go? - drążyłam, zastanawiając się, dlaczego jej nakłamał.

- Znam, trochę.

- Tylko trochę? - wtrącił Stavros z krzywym uśmieszkiem.

- No... a co z tobą? - Darby przeczesała palcami włosy. Jej brązowe oczy przypominały mi oczy Tylera. Były w nich złociste plamki i wiele bólu. - Z twojej karty wnioskuję, że jesteś reporterką.

- Fotoreporterką. Jeżdżę z zespołem górskiej straży pożarnej.

- O. Poznałam Taylora Maddoxa i Zeke'a Lunda. Są kochani. Przesiadują dużo z Trexem.

- Tak? - spytałam zaskoczona.

- Tak. Chodzili do niego do pokoju prawie co wieczór, odkąd tu są.

- Jak długo Trex już tu jest?

Darby wzruszyła ramionami i rzuciła okiem przez ramię, żeby sprawdzić, czy ktoś nie podszedł do recepcji.

- Dwa tygodnie. Przyjechał, jeszcze zanim zaczęło się palić.

Zmarszczyłam brwi.

- To trochę dziwne.

Uśmiechnęła się.

- Może to nie tajne służby pożarnicze, tylko tajna agencja jasnowidzów.

Przez rozsuwające się drzwi automatyczne wparowała czteroosobowa rodzina i podeszła do recepcji. Darby zerwała się i wróciła na stanowisko, witając ich obwiedzionym karminem uśmiechem.

Sala konferencyjna się otworzyła i do lobby wysypali się strażacy i funkcjonariusze specjalizujący się w sytuacjach kryzysowych. Zobaczyłam, że jest tu więcej jednostek takich jak nasza. Zastanawiałam się, jak wiele zostało wezwanych do pożaru w Colorado Springs.

Tyler i Chuchro stanęli obok mnie. Wyglądali bardziej jak ojciec i syn niż kumple z jednej ekipy. Chuchro był o dwie głowy niższy od Tylera, ale równie silny. Podobnie jak inni, wychudł podczas sezonu pożarów. Choć był najnowszy w zespole i najdrobniejszy, zwykle jako ostatni wracał do ciężarówki po zmianie.

- Jaki werdykt? - spytałam.

Tyler skrzyżował ręce na piersi, rozglądając się po tłumie wypełniającym lobby.

- Sytuacja jest poważna. Wjedziemy najdalej, jak się da, a potem polecimy helikopterem na miejsce. Nasz zespół dostał wschodni kraniec.

- Mam iść po rzeczy? - spytałam.

Tyler wzdrygnął się lekko.

- Nie.

- Jak to nie? Kiedy ruszamy?

- Nie ruszamy.

Pokręciłam głową.

- Nie rozumiem.

- Nie dostałaś zgody, żeby z nami jechać. To szybko rozprzestrzeniający się ogień. Już kilka razy niewiele brakowało, żeby skończyło się tragicznie. Wiatr stale zmienia kierunek. Po prostu nie jest tam bezpiecznie, Ellie.

- Nigdy nie jest bezpiecznie - syknęłam.

- Jedyną bezpieczną strefą jest ta czarna.

- To będę fotografowała czarną.

- Ja nie będę w czarnej. Potrzebują mnie na linii ognia.

Wściekła, odwróciłam się do niego plecami. To nie była jego decyzja, ale w niczym mi ta świadomość nie pomagała.

- Czy przynajmniej walczyłeś o mnie?

- Ręczył za ciebie, Ellie - odezwał się Chuchro. - My wszyscy też.

- No i dostałam czerwoną kartkę. To jakiś pieprzony seksizm - warknęłam.

Tyler westchnął.

- W tej chwili jest tam kilka kobiet. To żaden seksizm, tylko kwestia bezpieczeństwa. Na górze nie ma cywilów. Rozważą to znowu, kiedy sytuacja trochę się unormuje.

Obejrzałam się na niego.

- Co ty mi tu za kity wciskasz? Chcesz powiedzieć, że gdybym miała fiuta, to nie wpuściliby mnie tam nawet z legitymacją dziennikarską? Pożar nigdy nie jest pod kontrolą. Nigdy nie jest bezpiecznie. Nie wiadomo, co się stanie. Zawsze możemy mieć tylko nadzieję, że wszystko pójdzie po naszej myśli. A ja mam fotografować horyzont i tych, którzy będą sprzątać, kiedy wszystko się skończy?

- Mówiłem ci, żebyś tu nie jechała - przypomniał Tyler, zniecierpliwiony już tym moim wybuchem złości. - Musimy ruszać. Do zobaczenia, jak wrócę.

- Zabierz mnie tam! - zawołałam za nim. - Maddox!

Tłum w lobby ucichł. Wszyscy patrzyli, jak Tyler odchodzi ode mnie i idzie w kierunku wind. Obróciłam się i znalazłam twarzą w twarz ze Stavrosem. Z trudem powstrzymywałam łzy.

- Powiedziałaś "fiuta" - odezwał się. - Już cię lubię.

- Nalej mi wódki z tonikiem.

Uśmiechnął się.

- Serio?

- Serio.

Rozdział 17

TRZYMAŁAM PALCE ROZPOSTARTE NA kolanach, wszystkie dziesięć było umazanych tuszem i brudnych. Splotłam je, przycisnęłam kostki kciuków do czoła, zamknęłam oczy, ale do nikogo się nie modliłam. Z korytarza do mojej celi płynęło echo jakichś ruchów. Kolano znów zaczęło mi drgać. To pierwszy raz, kiedy zostałam aresztowana i nie mogłam liczyć, że w ciągu godziny uwolni mnie tata.

Od cieknących łez piekła mnie rana na policzku, jedna z wielu, jakie las zostawił na moim ciele, kiedy próbowałam przedzierać się przez gęstwinę drzew i suchych, ostrych jak brzytwa gałęzi. W głowie nadal mi się kręciło od niezliczonych wódek z tonikiem, które pomogły mi podjąć decyzję, by zakraść się na wypalony teren czarny.

Kraty pojechały w prawo. Zastępca szeryfa złapał je w ostatniej chwili, żeby nie rąbnęły o ścianę.

- Masz ustosunkowanych przyjaciół, Edson - stwierdził.

Wstałam, podnosząc rękę, żeby osłonić oczy przed światłem.

- Kogo? - spytałam.

- Zaraz się dowiesz - odparł.

Wyszłam z pobożną nadzieją, że osoba czekająca po drugiej stronie to nie mój ojciec.

Zastępca szeryfa pociągnął mnie za rękę do małego pokoju, gdzie na składanym krześle siedział Trex. Wstał, by przejąć mnie od funkcjonariusza.

- Nic nie mów - szepnął.

- Przekazujemy pannę Edson pod pana kuratelę. Rozumiemy, że zadba pan, by nie znalazła się więcej w strefie zamkniętej?

- Będzie na północy. Daleko od ognia - zapewnił Trex.

Poszliśmy długim korytarzem do poczekalni więzienia okręgowego. Na jednym z krzeseł przy białej ścianie siedział Tyler, opierając głowę na dłoniach. Kiedy drzwi się za nami zamknęły, podniósł wzrok.

- O, dzięki ci, Boże - powiedział, wstając, i przytulił mnie do piersi.

Całował moje włosy, wdychał mój zapach, a potem odsunął mnie lekko i przytrzymał na wyciągnięcie rąk.

Skuliłam się, wiedząc, co powie.

- Coś ty sobie, do cholery, myślała, Ellison? To znaczy... co z tobą, kurwa mać?

- Nie tutaj - mruknął pod nosem Trex, popychając drzwi i przytrzymując je.

Tyler złapał mnie za rękę i wyciągnął z budynku, ruszając za Trexem do audi bardzo podobnego do samochodu mojego ojca. Trex otworzył mi tylne drzwi. Wsiadłam i przesunęłam się, robiąc miejsce dla Tylera, a ten władował się na kanapę obok mnie. Kiedy drzwi się zatrzasnęły, znowu zaczęły się wrzaski.

- Wyobrażasz sobie, jaki byłem przerażony, kiedy do mnie zadzwonili?! - Po prostu kipiał ze złości. - Masz pojęcie, w jakiej sytuacji mogłaś się znaleźć... jakie problemy moglibyśmy mieć my wszyscy... gdyby Taylor nie wciągnął w to Trexa? Nie wiesz, co by to dla mnie oznaczało, gdyby coś ci się stało?

- Przepraszam - powiedziałam. - Nie zrobiłam tego, żeby cię wylali.

Tyler złapał mnie za ramiona.

- Wylali? - Pokręcił głową i puścił mnie, żeby znów oprzeć się na kanapie. - Niech to diabli, Ellie, bałem się, że nie żyjesz.

Ogarnęły mnie wyrzuty sumienia; byłam oszołomiona po sześciu godzinach błąkania się po czarnym terenie, nadal trochę pijana i w szoku po tym, jak mnie aresztowano i wprowadzono do policyjnego systemu.

- Naprawdę bardzo mi przykro. To było strasznie głupie. Nie myślałam trzeźwo.

- To się zdarza, jak się pije - warknął.

- Wypiłam tylko dwa drinki - odparłam i od razu poczułam wyrzuty sumienia, że kłamię.

Jakże szybko udało mi się wrócić do starych nawyków.

Tyler uniósł brew z powątpiewaniem.

- Masz zamiar wciskać mi tu kity? Po tym, jak pociągnąłem za tysiące sznurków, żeby cię wydobyć z więzienia?

- Nie... - Urwałam, kuląc się pod jego surowym spojrzeniem. - Mówię prawdę.

- Też coś... - rzucił i zapatrzył się przed siebie.

- W gruncie rzeczy to ja pociągnąłem za te sznurki - oświadczył Trex.

Zmarszczyłam brwi, spoglądając badawczo na Tylera.

- Jak go do tego namówiłeś?

Tyler spuścił wzrok, sfrustrowany.

- Nie pytaj jak, Ellie. Powiedz tylko: dziękuję.

- Komu? FBI? Chcę wiedzieć. Co ma do tego wszystkiego agent Trexler?

Bałam się najgorszego: że Taylor albo Tyler zgodzili się udzielić jakiejś informacji na temat brata w zamian za pomoc.

- Już żaden agent - odezwał się Trex.

Nie wiedziałam, czy w jego głosie wyczuwam żal, czy ulgę.

- Co?

Tyler skinął głową.

- Mówi poważnie. Nie pracuje już dla biura. Najwyraźniej jego szef to prawdziwy palant.

Trex parsknął śmiechem, jakimś cudem ubawiony tą sytuacją.

- No to jak pociągnął za sznurki? - spytałam.

Tyler westchnął.

- Po prostu.

- Dlaczego? - Nie dawałam za wygraną. - Co zrobiłeś w zamian, Tyler?

- Chodzi raczej o coś, czego ty nie zrobisz - stwierdził Trex.

- I nikt z nas - dodał Tyler.

Skrzyżowałam ręce na piersi i zmrużyłam oczy.

- O czym wy mówicie?

- Darby - rzucił Trex.

- Darby? - Zmarszczyłam nos. - Myśli, że jesteś strażakiem z jakiegoś zespołu specjalnego - oznajmiłam oskarżycielskim tonem.

- Zdaję sobie z tego sprawę. Powiedziałaś jej, że jest inaczej? - zapytał Trex.

- Nie - odparłam.

- Dobrze. I tak ma zostać - podkreślił Tyler. - Na tym polega układ.

- Że pozwolimy Trexowi okłamywać Darby? - spytałam. - Kim ona jest?

- To zwykła dziewczyna - powiedział Trex. - Ale zdemaskuj mnie przed nią i wylądujesz z powrotem w celi.

Oparłam się na kanapie, niezbyt zadowolona z warunków, jakie mi stawiał.

- Nie zamierzasz zrobić jej krzywdy, co?

Skrzywił się, marszcząc gęste brwi.

- W tym rzecz, Ellison. Zgadzasz się czy nie?

Popatrzyłam na Tylera.

- Ufasz mu?

- Wyciągnął cię z więzienia, tak?

Zacisnęłam usta i pokręciłam głową.

- Nie prowadzisz przeciw niej śledztwa? - spytałam.

- Nie - odparł po prostu Trex.

- Dobra - zgodziłam się krótko. - Jesteś strażakiem.

Widziałam w lusterku wstecznym, jak się uśmiecha.

- Dzięki - powiedział.

Kiedy dotarliśmy do hotelu, minęłam Darby. Pomachała mi, a ja uśmiechnęłam się, mając nadzieję, że Trex mówił prawdę. Gadałam z nią, pijąc czwartego drinka, i pamiętałam z tego, że przyjechała do Colorado Springs, żeby zacząć od nowa. Uciekała przed kimś lub przed czymś. Nie potrzebowała nowych kłopotów. Wystarczająco dostała już w kość.

Tyler odprowadził mnie do mojego pokoju i przystanął. Widziałam, że z trudem przychodzi mu powiedzieć to, co zamierzał.

- Wiem, że masz za sobą ciężki dzień. Ale musisz iść i się spakować.

- Co? Dlaczego?

- Bo może i Trex wyciągnął cię z więzienia, ale Chief jest potwornie wściekły. Chce, żebyś wracała do Estes Park. Dzwonił już do Jojo.

Ukryłam twarz w dłoniach.

- Cholera. O jasna cholera... Z powodu jednej pomyłki?

- Wejście na teren, gdzie wstęp jest wzbroniony, i trafienie do aresztu to nie drobiazgi.

Popatrzył w pusty korytarz. Trudno było mu spojrzeć mi w oczy.

- Wyrzucą mnie na dobre?

- Nie wiem. Daj mi trochę czasu, to z nim pogadam. Najpierw musi nieco ochłonąć.

Westchnęłam głęboko. Żałowałam, że nie da się cofnąć tego dnia i zacząć go od początku.

- A ty? Dalej jesteś na mnie wściekły?

Zacisnął zęby, a potem objął mnie. Zamknęłam oczy, przyciskając policzek do jego piersi. Nigdzie nie czułam się bezpieczniej niż przy nim.

- Cieszę się tylko, że nic ci się nie stało.

- Zostań ze mną - szepnęłam.

Pocałował mnie we włosy.

- Samochód będzie na ciebie czekał przed hotelem za piętnaście minut. Chief chce, żebyś wracała na północ. Zostanę tu tylko do czasu, aż się spakujesz, wymeldujesz i ruszysz. Potem wracam do obozu przy pożarze.

- Nie pojedziesz ze mną?

Zmarszczył brwi.

- Mam tu zadanie do wykonania, Ellie. A ty musisz wracać.

Łzy napłynęły mi do oczu.

- Nie mam gdzie się podziać.

Sięgnął do kieszeni i wyciągnął pojedynczy klucz. Zabłyszczał srebrem w świetle.

- Lone Tree Village w Estes. Sto jedenaście F. Nas nigdy tam nie ma, więc to głównie nasz magazyn. Nie jestem nawet pewien, czy moje łóżko jest pościelone. Nie jest to penthouse, ale da się tam mieszkać. Moja sypialnia to ostatnie drzwi po lewej.

Wzięłam klucz i pociągnęłam nosem.

- Tyler...

- Po prostu... jedź tam - powiedział. - Za parę tygodni wrócę i wtedy ustalimy, co i jak.

Cofnął się i pomachał mi, nim obrócił się do wind.

- Myślałam, że masz upewnić się, czy wsiadłam do auta! - zawołałam.

Zatrzymał się w pół kroku, ale się nie obejrzał.

- Przykro mi, ale nie sądzę, że byłbym w stanie patrzeć, jak odjeżdżasz.

Zadrżała mi dolna warga; przyłożyłam kartę do czytnika i poczekałam na kliknięcie zamka, nacisnęłam klamkę i pchnęłam drzwi. Moje ubrania nadal leżały rozłożone i gotowe, ale miałabym wielkie szczęście, gdyby jeszcze kiedyś dane mi było wyruszyć na akcję.

Poczułam na plecach dotyk zimnej białej ściany, kiedy zsunęłam się po niej na sfatygowaną pomarańczowo-brązową wykładzinę. Telefon zabzyczał. Przyłożyłam go do ucha.

- Ellie? - odezwała się Jojo.

Zakryłam twarz dłonią.

- Spieprzyłam wszystko, Jojo - powiedziałam, zaciskając usta, by stłumić szloch.

- Masz rację. Zawaliłaś. A teraz masz się pakować i natychmiast zerwać z piciem. Słyszysz?

- Nadal mam pracę?

- Wiesz, że tak. Nie mówię, że nie zrobiłaś nic złego. Ale to trudna walka. Tę bitwę przegrałaś. Wracaj. Zacznijmy się szykować do następnej.

Z płaczliwą miną wzięłam głęboki wdech.

- Nie zasługuję na to, ale dzięki - szepnęłam.

- Kończmy gadać, pakuj rzeczy i zejdź na dół. Niedługo podjedzie po ciebie samochód. Kiedy dotrzesz do domu, od razu kładź się do łóżka. Z samego rana podjadę po ciebie, żeby zabrać cię do roboty. Jasne?

- Tak.

- Trzymaj się. Zaczynamy nowy rozdział.

Zaczerpnęłam powietrza, jednocześnie wstając i przerywając połączenie. Nie zajęło mi wiele spakowanie tych nielicznych rzeczy, które tu przywiozłam, i już po chwili wyszłam na korytarz. Zdecydowałam, że zejdę schodami, zamiast jechać windą.

Darby odrzuciła flamaster, którym tworzyła nowe zawijasowe arcydzieło, i wstała.

- Ellie? Wszystko w porządku?

Przystanęłam przy jej stanowisku i położyłam przed nią na kontuarze kartę-klucz.

- Tak. Muszę wyjechać.

- Musisz? Dlaczego?

- Zawaliłam. Odsyłają mnie z powrotem.

Pokręciła głową z niedowierzaniem, choć przecież słyszała to ode mnie samej.

- Co zawaliłaś? Tylko dlatego, że piłaś?

- To długa historia - powiedziałam. - Trex może ci to wyjaśnić.

- Gdybyś tu kiedyś znów przyjechała... nie zapomnij do mnie zajrzeć.

Uśmiechnęłam się.

- Dobrze.

Mężczyzna starszy od mojego ojca, ubrany jak kaznodzieja z kościoła baptystów i pachnący tanią wodą po goleniu, posłał mi wymuszony uśmiech, po czym wziął mój plecak. Siwy kosmyk na czubku głowy sterczał mu i nie chciał opaść, jak należy, mimo że wczesał w niego pewnie pół tubki żelu.

Czekałam, że otworzy mi drzwi, ale on tylko wrzucił moje rzeczy do bagażnika. Sama więc sobie otworzyłam i na widok brudnego dywanika i śmieci w zagłębieniu fotela pasażera pomyślałam, że to warunki w sam raz do przewożenia kobiety właśnie wypuszczonej z więzienia okręgowego.

Dwie i pół godziny jazdy do Estes Park dłużyły się niemiłosiernie, bo musiałam wdychać zapach kulek na mole, a może i puszczonego raz czy dwa bąka. Kiedy dotarliśmy do granic miasta, kierowca obrócił ku mnie głowę, choć nie oderwał wzroku od drogi.

- Ma pani adres?

- Lone Tree Village. Budynek F.

Westchnął i powtórzył:

- Czy ma pani adres?

- Chwileczkę - powiedziałam, zaglądając do telefonu. - Manford Avenue trzynaście-dziesięć.

Kierowca postukał w GPS, a potem siadł znów swobodnie, wznawiając misję ignorowania mojej osoby.

Przejeżdżaliśmy przez części miasta, których nie znałam, a potem skręciliśmy w boczną drogę i posuwaliśmy się nią kolejne dwie minuty. Ucieszyłam się bardzo na widok napisu Lone Tree Village, ale zaraz przypomniało mi się, że większość rzeczy, które zabrałam z domu rodziców, nadal znajduje się w barakach oddziału górskiego i że w tej chwili mam jedynie to, co w plecaku.

Kierowca pojechał prosto na tyły budynku, w którym mieszkał Tyler. Zaparkował na pierwszym z brzegu wolnym miejscu, na jakie trafił.

Wysiadłam na asfalt i czekałam, aż wyjmie mój bagaż. Podał go mi i ruszył z powrotem do auta.

- Przepraszam...? - zagadnęłam, idąc za nim.

Obejrzał się z odętą miną.

- To zostało już załatwione.

- Ach tak - wybąkałam, patrząc, jak otwiera drzwi i siada za kierownicą.

Cofnęłam się o krok, kiedy zawracał, i patrzyłam, jak odjeżdża, po czym spojrzałam na budynek F.

Mieszkanie 111 było na górze, więc wdrapałam się na pierwszą kondygnację schodów, skręciłam na podeście i pięłam się wyżej. Gdzieniegdzie listwy w kolorze gliny przy winylowej okładzinie były wyszczerbione, ale okolica wyglądała na przyjemną, a trawnik przy budynku na zadbany - zresztą w swojej sytuacji nie mogłam wybrzydzać.

Wyciągnęłam klucz Tylera z kieszeni i przekręciłam w zamku. Mechanizm kliknął, a mnie serce zaczęło walić. Kiedy tak stałam przed jego mieszkaniem, szykując się pod jego nieobecność do wtargnięcia po raz pierwszy do jego przestrzeni prywatnej, czułam, że to nie w porządku.

Klamka wydawała się zimna i nieprzyjazna pod moją dłonią, ale przekręciłam ją, otworzyłam beżowe drzwi i weszłam do salonu pełnego mebli i pudeł. Tyler ostrzegał, że to lokum służy bardziej za magazyn, ale wśród stert rzeczy ledwie można było się przecisnąć do kuchni po lewej stronie i do korytarza na wprost.

Ruszyłam do holu, starając się namacać na ścianie włącznik światła. Kiedy trafiłam palcami na przełącznik, pstryknęłam nim do góry, oświetlając długi na sześć metrów korytarz o jasnożółtych ścianach, wyłożony beżową wykładziną. Dwoje drzwi na prawo, jedne na lewo. Otworzyłam najbliższe w poszukiwaniu łazienki. Rzuciłam plecak i szybko rozpięłam dżinsy. Opuściłam je do kolan, usiadłam na zimnej desce toalety i jęknęłam z ulgą, bo po raz pierwszy od niemal dwunastu godzin mogłam się wysiusiać.

Z kranu dopiero po jakimś czasie pociekła ciepła woda. Rozejrzałam się, ale musiałam zadowolić się wytarciem rąk o dżinsy. Przytrzymałam się brzegu umywalki, by przeczekać napad mdłości. Kręciło mi się w głowie. Wzięłam głęboki wdech i od razu poczułam się lepiej - mieszkanie pachniało jak Tyler.

Z plecakiem w dłoni zatrzymałam się w końcu korytarza pomiędzy drzwiami. Popchnęłam te po prawej i zobaczyłam pokój, gdzie były kolejne sterty pudeł, gołe łóżko i szafka nocna. Drzwi, o których Tyler wspominał jako prowadzących do jego pokoju, były zamknięte, przekręciłam więc klamkę i weszłam. Uderzyły o kolumnę kartonów, zwalając na podłogę wszystkie poza dwoma od dołu.

- Niech to szlag - syknęłam, rzucając plecak, żeby ułożyć je z powrotem.

Otarłam czoło, a potem przeszłam przez pokój i otworzyłam okno. Poczułam świeży powiew powietrza na twarzy, zamknęłam oczy i wzięłam głęboki wdech. Zostałam wygnana z jedynego miejsca, które było dla mnie domem, odrzucona przez jedynych ludzi, którzy byli teraz dla mnie rodziną. Znalazłam się sama w mieszkaniu służącym za skład rupieci dla mężczyzny, którego fiuta znałam lepiej niż jego nadzieje czy marzenia.

Oparłam łokieć na parapecie, nie mogąc opanować drżenia powiek. Z tego miejsca widziałam góry otaczające baraki. Do oczu podeszły mi łzy i polały się po policzkach, aż wreszcie całe moje ciało zaczęło dygotać. Chciałam wrócić do tych byle jakich zabudowań o zimnych prysznicach i łóżkach tak niewygodnych, że po nocy wszystko człowieka bolało. Pociągnęłam kilka razy nosem i otarłam go nadgarstkiem. Oblizałam usta, marząc o kolejnych pięciu albo sześciu wódkach z tonikiem - cholera, oddałabym wiele choćby za sześciopak taniego piwa, cokolwiek, co złagodziłoby ból.

Oparłam się o ścianę, starając się nie odrywać spojrzenia od widoku z okna, ale pozostało mi tylko tęsknić za tym, czego mieć nie mogłam, i zamknąć oczy.

Rozdział 18

JOJO ZAPIĘŁA PAS I ruszyła od krawężnika w kierunku redakcji. Milczała. Przecznicę dalej westchnęła i już zaczynała coś mówić, ale się rozmyśliła. Ta cisza mi pasowała. Wiedziałam, co mogłaby mi powiedzieć, a ona wiedziała, że ja wiem, co mi powie. Ludzie za dużo gadają, nie mówiąc nic, i tak wyglądałaby nasza rozmowa z Jojo, gdyby nie zamknęła ust.

Zaparkowała i skinęła, żebym poszła za nią.

- Biurko nadal stoi, gdzie stało. Pamiętasz jeszcze, co jak się robi?

- Nie zauważyłam samochodu Wicka - powiedziałam.

- Przyjedzie później. Ma spotkanie z jakimiś dostawcami.

- Dla Turka? - spytałam, przełykając ślinę.

Moje gardło błagało o palący łyk whisky, cokolwiek, byle zaspokoić pragnienie, które dręczyło mnie, odkąd otworzyłam z rana oczy.

- Tak. Nie poszłaś prosto do łóżka, co?

- Próbowałam.

- Zawaliłaś. Wierz mi, nie usprawiedliwiam tego, co zrobiłaś. Ale tata odebrał mnóstwo telefonów dotyczących twojej przyszłości. Założę się, że służby parku narodowego też.

Otworzyła drzwi, a ja weszłam za nią i poczekałam, aż zapali wszystkie światła.

- Chief miał rację, że mnie odesłał. Nie mogłam się tam na nic przydać i nadszarpnęłam jego reputację. Nie miałabym do niego żalu, gdyby zakazał mi kiedykolwiek znowu im towarzyszyć.

Poszłam do swojego biurka, a Jojo ruszyła za mną. W drzwiach przystanęła i przycisnęła platynowe loki do futryny.

- Ja też nie. Ale nie zdziwię się, jeśli tego nie zrobi. Kiedy mają wracać?

- To pożar polityczny. Mnóstwo stacji informacyjnych go relacjonuje. Nasi zostaną tam pełne czternaście dni.

Wyprostowała się.

- Skoro to przyciąga wszystkie media, to może ja powinnam tam pojechać?

Krew zagotowała się we mnie ze złości. Tak bardzo jej zazdrościłam. Jojo miała rodzinę... Powinna trzymać się z dala od mojej, do cholery.

- Nie puścili mnie tam, Jojo, a mam doświadczenie. Znam ich procedury i wiem to i owo o tym, jak się zachowywać podczas akcji. Nie gniewaj się, ale na pewno nie pozwolą ci iść z nimi w góry.

Mrugnęła do mnie.

- A czy ja kiedykolwiek pozwoliłam sobie odmówić?

Zmusiłam się do uśmiechu, a kiedy odeszła, kierując się do swojego biurka, popatrzyłam gniewnie na miejsce, gdzie przed chwilą stała. Już parę minut później słyszałam, jak rozmawia przez telefon. Omawiała szczegóły reportażu na temat oddziału górskiego.

Oczy mnie piekły, ale powstrzymałam łzy. Nie zamierzałam płakać przy Jojo. Wpisałam swoje hasło, mając wrażenie, że minęły wieki od dnia, kiedy je poprawiałam - tak pełna nadziei, że potrafię się zmienić.

Usłyszałam dźwięk odkładanej słuchawki i Jojo znów zajrzała zza progu.

- Dasz tu sobie radę przez ten tydzień? Jadę na południe.

- Pozwolą ci towarzyszyć ekipie?

Uśmiechnęła się chytrze.

- Jeszcze tego nie wiedzą, ale tak. To hotel Colorado Springs, prawda?

Skinęłam głową, robiąc dobrą minę do złej gry, dopóki Jojo nie pomachała mi i nie zatrzasnęły się za nią tylne drzwi do redakcji. Wtedy kompletnie się rozkleiłam: ukryłam twarz w dłoniach i próbowałam złapać oddech.

Nie było nic specjalnie dziwnego w tym, że zawaliłam. Raczej w tym, że zmarnowałam swoją szansę na to, co kochałam. Na tę myśl przypomniał mi się Tyler. Wiedziałam, że i to zrujnowałam. Było we mnie coś mrocznego, co nie pozwalało mi na szczęście i wykluczało wszystko dobre, co mogło mi się przydarzyć.

Telefon zaterkotał. Wyprostowałam się na krześle, odchrząknęłam i odebrałam.

- "Górskie Echo" - powiedziałam lekko łamiącym się głosem.

- Jak tam pierwszy dzień po powrocie? - odezwał się Tyler.

Jego niski, aksamitny ton sprawił, że wszystko inne znikło.

Otarłam mokre policzki i znów odchrząknęłam.

- Świetnie. Nie ma jak w domu.

- A mieszkanie?

- Jest super. Dziękuję.

- Byłaś tam? - zapytał.

Miałam wrażenie, że widzę jego zdumioną minę.

- Tak, tak, pojechałam tam. Na twoim łóżku jest czysta pościel.

Westchnął.

- Ellie...

- Wiem.

- Nie, nie wiesz. Tęsknię za tobą jak wariat. Niczego nie lubię tak, jak być w górach, pracować do upadłego, w tym dymie, brudzie... ale bez ciebie to już nie to. Teraz stale mi czegoś brak.

- Kontaktów z zastępcą szeryfa? - zażartowałam.

Parsknął śmiechem.

- Mówię poważnie. Napisałem do ciebie list. Chłopaki się ze mnie nabijają.

- Pewnie najbardziej Taylor.

- Ogień jest blisko. Pracujemy na zmiany i mieszkamy w hotelu.

- Nie śpisz w obozie?

- Nieee. Taylor dokądś pojechał. Myślę, że jest jakaś dziewczyna.

- Zawsze jest jakaś dziewczyna.

- Ale rzadko na tyle intrygująca, żeby człowiekowi chciało się gdzieś włóczyć podczas tych kilku godzin wolnego.

- Pewnie jeszcze o tym nie słyszałeś, ale usłyszysz, że Jojo jest już w drodze, by robić reportaż o waszej ekipie.

- Jojo? - prychnął Tyler lekceważąco. - Dlaczego?

- Powiedziałam jej o wszystkich mediach, które relacjonują akcję. Uznała, że magazyn musi tam mieć wysłannika.

Westchnął.

- Ja cię kręcę, Ellie, przykro mi. Wiem, że to musi boleć.

Czułam ciężar w piersi, oczy znów zaczynały mnie piec.

- Sama jestem sobie winna.

- Przez to wcale nie jest mniej przykro.

- Masz rację.

Przez chwilę milczał.

- Żałuję, że mnie tam nie ma.

- Ja też.

- Dwanaście dni, Ellison. Przyjadę do ciebie za dwanaście dni.

- Tyler?

- Tak?

- Myślałam o piciu. Dużo. - Kiedy nie odpowiadał, kontynuowałam: - Obawiam się, że to nie będzie takie łatwe, jak myślałam.

- Kim jest ta kobieta, która wykopała cię z twojego domu?

- Moja matka?

- Nie, ta druga.

Policzki mi zapłonęły, kiedy o niej pomyślałam.

- Sally.

- Tak. Powinnaś do niej zadzwonić. Masz numer jej telefonu, co?

Pomasowałam skroń palcami wskazującym i środkowym.

- Ona już nie pracuje dla rodziców.

- Tym lepiej.

- Nie poproszę jej o pomoc, Tyler. Nie znoszę jej. Za nic nie dam jej tej satysfakcji.

- Chcesz powiedzieć, że nie powinna cieszyć się, że ci pomogła? Myślę, że na tym polega jej praca.

- To podstępna lisia morda, zadowolona z siebie cipa. Taka z niej terapeutka jak z koziej dupy trąba.

- No... w takim razie może po prostu spróbuj się czymś zająć. Odwracaj uwagę, póki nie przyjadę.

Rozważyłam to i od razu przyszło mi coś do głowy.

- Przydałoby się trochę popracować nad twoim mieszkaniem.

- Ani się waż.

- Mówię całkiem serio. To zajmie mi przynajmniej dwanaście dni. Mogę rozpakować ci rzeczy?

- Nie.

- Proszę... Będzie tu jak w prawdziwym mieszkaniu, kiedy wrócisz.

- Nie zgadzam się. Wykluczone.

- Dlaczego? Boisz się, na co trafię w tych pudłach? Co? Jakieś damskie ciuchy albo wysuszone głowy, czy coś w tym rodzaju? Nie mów, że wstydzisz się kolekcji pornosów.

Zachichotał.

- Nie. Po prostu uważam, że nie powinienem ci pozwalać się tym zajmować.

- Pozwalasz mi u siebie mieszkać. Moim zdaniem to byłaby uczciwa wymiana.

Na linii przez chwilę panowała cisza. Potem Tyler westchnął.

- Nie musisz tego robić, ale jeśli chcesz i pomoże ci to odwrócić uwagę od tego, co dla ciebie szkodliwe, to proszę, nie krępuj się.

Mój uśmiech przybladł.

- Tyler?

- Co?

- Nie pieprz się z Jojo.

- Odbiło ci, Ellie? Nie pieprzyłem jej, kiedy miałem do tego okazję rok temu. Więc teraz na pewno też nie zamierzam.

- Nigdy z nią nie byłeś? Myślałam...

- Tak, ona dalej się boczy... ale nie. Nigdy.

Odetchnęłam. Zaskakujące, jak bardzo mi ulżyło.

- A co właściwie próbujesz mi powiedzieć? - zapytał.

- Nic. Po prostu nie chciałabym, żeby pokomplikowały się sprawy z moim szefem.

- Dobra - odparł wyraźnie zadowolony. - Powiem wszystkim chłopakom, że mamy siebie na wyłączność. Przede wszystkim Liamowi.

- Przecież tak nie jest.

- Właśnie kazałaś mi nie sypiać z kimś innym.

- To, że nie chcę, byś pieprzył moją szefową, nie znaczy, że mamy siebie na wyłączność.

- Czyli nie przeszkadzałoby ci, gdyby to był ktoś inny?

Zacisnęłam zęby.

- Nie podoba mi się ta gra.

- Odpowiedz.

- Nie obchodzi mnie, kogo pieprzysz - warknęłam.

Tyler umilkł. Triumfowałam tylko przez kilka sekund. Moja duma i poczucie winy prawdopodobnie miały to samo źródło, ale niczego nie załatwiały. Nie byłam pewna, skąd bierze się moja potrzeba trzymania Tylera na dystans. Po części chciałam wierzyć, że chodziło mi o to, by skupić się na zachowaniu trzeźwości, co udawało mi się jak dotąd dość kiepsko, a po części sądziłam, że jesteśmy oboje zbyt pokręceni, by taki związek mógł się udać. Dopuściłam go na tyle blisko, by poczuć się kochana, a potem cisnęłam go w kąt jak brudną bieliznę. Jak na kogoś, kto przez większość czasu martwi się, że on odejdzie, robiłam niewiarygodnie dużo, by go do siebie zrazić.

Jedno było dla mnie pewne: nie zasługiwałam na nic. Wstyd wywołał we mnie kolejną falę wyrzutów sumienia i poczucia, że jestem do niczego. Suszyło mnie jak diabli. Nie poprawiało mi się. Było coraz gorzej.

- Tak ci cholernie trudno to przyznać, Ellie? Nie możemy być po prostu szczęśliwi?

Przełknęłam ślinę.

- Nie ma żadnego "my". Mówiłam ci to od początku.

- No to co my robimy?

- Pieprzymy się i walczymy, Tyler. Tak to wygląda.

- Pieprzymy się i walczymy - wydukał najwyraźniej zszokowany i sfrustrowany Tyler, po czym zaśmiał się smutno. - I tyle?

- I tyle.

- Pogadamy o tym, jak wrócę do domu.

Odłożyłam słuchawkę i od razu zrobiło mi się niedobrze. Nie mogłam wyszukiwać sobie zajęć, żeby zachować trzeźwość, radzić sobie z wszystkim, co działo się w moim życiu, a jednocześnie nawiązywać poważnej relacji, bez względu na to, jak bardzo bym chciała.

Telefon dzwonił, a ja odbierałam, głównie planując spotkania i zbierając pytania w sprawie ogłoszeń do Wicka. Raz wyszedł i wrócił. Opierając się pięścią na moim biurku, przeczytał mi raport przez ramię.

Wyprostował się i westchnął, po czym obrócił się na pięcie i tak trzasnął drzwiami, że aż ściany zadrżały, a ja schowałam głowę w ramionach. Pracowałam dla redakcji nieco ponad pięć miesięcy i nie wiedziałam jeszcze, jak Wick potrafi się złościć. Może nadszedł na to czas.

Drzwi nagle stanęły otworem i usłyszałam, że Wick siada w swoim skórzanym fotelu.

- Ellie! - ryknął.

Wstałam i zatrzymałam się w drzwiach, spodziewając się, że mi nawymyśla.

- Dobre z ciebie dziecko. Poddaliśmy cię zbyt dużej presji - powiedział, patrząc gdzieś za mnie na półkę z książkami.

- Sssłucham?

To, że na mnie nie krzyczał, jeszcze bardziej mnie zaniepokoiło.

- Nie chcę cię stracić. Nie chcę prowokować... powrotu do problemów. Nie jestem pewien, co robić. Nie należę do osób, które tolerowałyby tego typu zachowania, Ellie. Mogłaś odnieść poważne obrażenia albo jeszcze gorzej. Czy to skaleczenie...?

Dotknęłam policzka. Zapomniałam już o uderzeniu gałęzi w twarz; wtedy właściwie nie poczułam go, póki po przemarzniętej skórze nie popłynęła ciepła krew.

- Tak.

Wick podniósł się, a potem rzucił okiem na zegarek.

- Jadłaś? Już prawie pora na lunch.

- No... nie...

- Zamówię pizzę. Pomyśl o tym, co powiedziałem.

- Dobrze - powiedziałam, podnosząc kciuki. - Dobra przemowa. Nic dodać, nic ująć.

Mrugnął do mnie, a ja zamknęłam drzwi, kręcąc głową. Jeśli to był przykład rodzicielskich umiejętności Wicka, nic dziwnego, że Jojo była chodzącą wersją lalki Barbie o marchewkowej cerze, dąsającą się na każdego faceta, który powie jej "nie".

Telefon zadzwonił, kiedy tylko usiadłam. Podniosłam słuchawkę do ucha. Już otworzyłam usta, by powitać dzwoniącego, ale natychmiast odezwała się Jojo:

- To ja. Jestem na miejscu.

- O. Widziałaś moich chłopaków?

Zaśmiała się.

- Twoich chłopaków? Nie, nie widziałam. Załatwiłam pokój, co, nawiasem mówiąc, nie było łatwe. Dosłownie wszystkie były zajęte. Tylko jeden się zwolnił, bo jakiś facet został odesłany do domu z powodu poparzeń. Zamierzam siedzieć w lobby. Może uda mi się złapać strażaków z Estes, kiedy będą wracać.

- Mogą zostać tam całą noc. Nie jestem pewna, jaki mają plan. Do tej pory nie nocowali w hotelu, w każdym razie nie w tym sezonie.

- Zorientuję się, co i jak. Ci cholerni dziennikarze z wiadomości wszędzie się tu kręcą. Mamy jednak pozwolenie, gdybyś...

- ...tego nie spieprzyła. Wiem.

- Przepraszam - powiedziała.

- Tylko uważaj, Jojo. Rób dokładnie to, co mówią, kiedy coś ci każą, i ubieraj się ciepło. Wieczorem robi się tam chłodno.

- Dzięki, Ellie.

Odłożyłam słuchawkę, żałując, że nie ma uprzejmego sposobu, by poprosić ją, żeby nie pieprzyła się z moim nie-całkiem-chłopakiem.

Dokończyłam raport i wysłałam go Jojo. Byłam zaskoczona, kiedy zobaczyłam parę zdjęć, które zrobiła strażakom kręcącym się po hotelowym lobby. Niewątpliwie miała talent.

Kiedy słońce zachodziło za górami, Wick pogrzebał w swoich szufladach, po czym zaczął wsuwać kurtkę na rękawy swetra.

- Tylko dwie przerwy na fajki i żadnych wieści od Jojo. Cholernie nudny dzień! - wrzasnął ze swojego gabinetu.

- Mów za siebie! - odkrzyknęłam.

Wyszedł, poprawił szalik i naciągnął rękawiczki.

- Nie wszyscy są dość dziarscy, żeby zarabiać na życie bieganiem za strażakami po górach. Mieszkasz znów u rodziców?

Odchrząknęłam.

- Nie. Zatrzymałam się w mieszkaniu Tylera. Nie znalazłam sobie jeszcze żadnego lokum.

Wick nachmurzył się.

- Mieliśmy artykuł o mieszkaniach w całkiem rozsądnych cenach. Możesz znaleźć coś wiosną, jeśli zaczniesz szukać we właściwym czasie.

- Tak - odparłam, czując się jeszcze bardziej beznadziejnie niż dziesięć sekund temu.

- Nie wzywaj tego swojego gościa. Odwiozę cię.

- Naprawdę? - spytałam, bardziej zaskoczona tym, że jego zdaniem dalej korzystam z Joségo, niż samą propozycją.

Wick pozwolił mi palić w swoim wozie, a sam pociągał skręta, wydmuchując dym przez okno.

- Ty i Tyler... co? - odezwał się.

- No... tak nie całkiem.

- Z niego też dobry dzieciak. Myślałem, że się zejdziecie. Widziałem to w jego oczach.

- Ach tak? - spytałam rozbawiona.

- Nigdy nie zauważyłem, żeby na kogoś patrzył tak jak na ciebie. Wiem, że masz inne rzeczy na głowie. Pewnie nawet za dużo.

- To był jego pomysł, żebym zatrzymała się u niego. Ale to tylko tymczasowe rozwiązanie.

- Aha.

- Nie wykorzystuję go. Upierał się. Zresztą nie miałam wyjścia.

- Do licha. Mam nadzieję, że mu tego nie powiedziałaś.

- Nie - odparłam, spuszczając wzrok. - Nie powiedziałam.

- Wiesz, że mamy mieszkanie nad redakcją, prawda?

- Nie, nie miałam pojęcia.

- Jest wolne i nowe. Zbudowałem je jednocześnie z budynkiem, na wypadek gdyby Linda wykopała mnie z domu. Jestem starym chwalipiętą, wiesz. Ale nie wyglądam już jak dawniej. A ona jest śliczna jak zawsze. Jojo byłaby jej wierną kopią, gdyby nie ta tapeta jak u klowna.

Stłumiłam śmiech, zakrztusiłam się dymem i pomachałam dłonią przed twarzą.

Wick wjechał do Lone Tree Village, wyraźnie wiedząc, dokąd mnie podwieźć. Zaparkował, a ja wysiadłam i nachyliłam się.

- Dzięki za podwózkę, Wick. Szybko ogarnę sobie jakiś transport.

Machnął tylko ręką.

- Podjadę jutro po ciebie. Pospieszne jakoś tu nie kursują. Tylko zajmij się czymś wieczorem. Do zobaczenia rano.

- Jojo to samo radziła... żebym się czymś zajęła.

- Mówiła ci. Sam przechodziłem coś takiego. Może i dlatego nie wywaliłem cię od razu za to idiotyczne wdarcie się w strefę pożaru. No, poza tym, że jesteś cholernie dobra w fotografowaniu akcji. Nawet lepsza od Jojo.

- Dziękuję raz jeszcze, że mnie podrzuciłeś.

Wick mi pomachał, a potem cofnął się, przyhamowując na tyle, żeby zobaczyć, jak wchodzę bezpiecznie do środka.

W mieszkaniu zamknęłam za sobą drzwi i zapaliłam światło, wzdychając na myśl o przytłaczającym zadaniu, które miałam przed sobą. Nie było tu brudno, ale czekało mnie odpakowanie nieokreślonej ilości rzeczy, które zgromadzili przez rok bracia. Przebrałam się w coś wygodniejszego, wróciłam do salonu i otworzyłam pierwsze pudło. Wykorzystałam wszystkie szafki, półki, kredens i szafę, by poukładać na właściwych miejscach ubrania, albumy ze zdjęciami, pamiątki z zawodów sportowych, książki, czasopisma, naczynia i przybory kuchenne.

Kiedy opróżniłam ostatnie pudło w salonie, para żółtych rękawic pod zlewem zainspirowała mnie, by wysprzątać kuchnię. Wick radził mi czymś się zająć, a mnie nadal zostały dwie godziny do czasu, kiedy kładę się do łóżka. Powycierałam blaty, wyszorowałam zlew i załadowałam naczynia do zmywarki.

Otworzyłam lodówkę, pewna, że zobaczę pleśń, której pozazdrościłoby laboratorium produkujące antybiotyki, ale na nieskazitelnych półkach zobaczyłam tylko sześciopak warzonego lokalnie piwa.

Zamknęłam lodówkę, usiadłam na podłodze plecami do niej i wzniosłam oczy do nieba. Pracowałam ciężko i czułam się samotna - nie mogło być lepszego pretekstu, by napić się zimnego piwka.

- Po prostu idź do łóżka, Ellie - powiedziałam sobie na głos. Ale nie byłam zmęczona.

Otworzyłam lodówkę, a potem zamknęłam ją znowu i pociągnęłam zawleczkę, by usłyszeć przyjemny trzask i syk, które tak uwielbiałam. Salon wyglądał jak prawdziwe mieszkanie, z ozdobami i lampami na stolikach po bokach kanapy i przy fotelu. Zmywarka nadal chodziła, myjąc drugą porcję naczyń i sztućców, a na blacie stał klocek z nożami i pojemniki z solą i pieprzem, wyjęte przed chwilą z pudełka.

Przechyliłam głowę, a potem zlizałam piankę z górnej wargi i uśmiechnęłam się do swojego małego zwycięstwa, starając się nie dostrzegać kompletnej porażki.

Rozdział 19

SIEDZIAŁAM NA KANAPIE Z nogami opartymi o niski stolik, ruszając palcami w puchatych podkolanówkach. Miałam na sobie jedną z bawełnianych koszulek Tylera, która była dość duża, by służyć mi za koszulę nocną. Wdychałam zapach małych karmelowomlecznych świeczek, które właśnie zapaliłam. Ślady odkurzacza na wykładzinie i połysk oczyszczonych drewnianych blatów działały na mnie kojąco.

Odpakowanie wszystkich pudeł i znalezienie właściwego miejsca dla ich zawartości zajęło mi prawie dwa tygodnie. Tyler był zajęty. Wpadł do domu tylko na chwilę, by się upewnić, że jego rzeczy wciąż tu są, wziął gorący prysznic i pojechał z powrotem do bazy. Kiedy wszystko już poukładałam, wysprzątałam mieszkanie centymetr po centymetrze, a potem za część oszczędności kupiłam niedrogie drobiazgi, takie jak świeczki i stare książki o straży pożarnej, które znalazłam w Goodwillu i umieściłam przy lampach chłopaków. Na jednym ze stolików stały teraz zabytkowe, kupione tanio przez eBaya, połączone pionowo nakrętki węży strażackich z remizy w Nowym Jorku, a przy drzwiach stuletnia gaśnica z miedzi i mosiądzu.

Na kolanach trzymałam album ze zdjęciami bliźniaków z dzieciństwa, otwarty na mojej ulubionej fotografii Tylera z jego matką. Przykucnęła przy nim w otoczeniu ich drużyny baseballowej, Crushers. Była trenerką, obejmowała go w pasie prawą ręką, a lewą trzymała na ramieniu uśmiechniętego od ucha do ucha Taylora. Wydawali się szczęśliwsi, niż kiedykolwiek była moja rodzina. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, co musiała znaczyć dla nich śmierć matki.

Wyjęłam zdjęcie z albumu i podeszłam do pustej ramki, którą zobaczyłam na półce, pod płaskim telewizorem wiszącym na ścianie. Włożyłam do niej fotografię, starając się delikatnie dotykać jej brzegów, i ustawiłam ją obok jednej z latarenek na rogowych podstawkach, które znalazłam w pokoju Tylera. Metalowe drobinki na ramce sprawiały, że odróżniała się, i miałam nadzieję, że bracia uśmiechną się na ten widok tak jak ja.

Usiadłam znów na kanapie, z kubkiem gorącego rumu z cydrem i odrobiną masła, oparłam się wygodnie i odprężyłam. Nieobecność Tylera pomogła mu skupić się na tęsknocie za mną zamiast na naszej ostatniej sprzeczce, a przez nocne rozmowy telefoniczne coraz trudniej było mi zaprzeczać, że i mnie go brakuje.

Kolor liści na osikach w Estes Park zaczynał już zapowiadać nadejście jesieni. Jeszcze kilka tygodni i sezon pożarów będzie można uznać za zakończony.

Mój smartfon był połączony przez bluetooth z głośnikiem w rogu salonu. Puszczałam sobie na okrągło album Halsey i czekałam, aż zadzwoni Tyler. Na pierwszą przerwę w pracy został w Colorado Springs, bo ognia jeszcze nie opanowano. Wczoraj wieczorem mówił jednak, że niedługo wezwą ekipy ziemne, i miałam nadzieję, że na tę przerwę strażacy górscy będą mogli przyjechać do domu.

Zamek kliknął i otworzyły się drzwi. Drgnęłam. Obejrzałam się i zobaczyłam w progu zszokowanego Tylera.

- Skarbie, ja... o jasna cholera. - Odchylił się, by sprawdzić numer na drzwiach. - Czy ja dobrze trafiłem?

Wstałam, wyciągając do niego ręce, ale zaraz je opuściłam.

- Witaj w domu.

Przyglądał mi się dłuższą chwilę, na jego twarzy malowały się przeróżne emocje.

- Co? - Zachichotałam nerwowo, stawiając kubek na podkładce.

Rzucił torbę i po trzech susach porwał mnie w ramiona i pocałował mocno w usta. Objął dłonią mój podbródek, a potem zaczął całować mnie wolniej, mniej namiętnie, uważniej, po czym cmoknął jeszcze kilka razy i oderwał się ode mnie.

Przygryzł dolną wargę. Najwyraźniej poczuł smak cydru na ustach. Popatrzył na kubek.

- A to co takiego? Rum?

Uśmiechnęłam się.

- Tylko odrobina, do cydru. To był ciężki dzień.

- To był ciężki miesiąc. Naprawdę się dłużył.

Popatrzył mi głęboko w oczy, jego ciepłe brązowe tęczówki wędrowały po moich, kiedy zastanawiał się, co powiedzieć. Przyjrzał się mojej twarzy, przesuwając kciukiem po dolnej wardze.

Pokręcił głową.

- Co to za niezwykły zapach?

- Świeczki.

- Świeczki. - Parsknął śmiechem. - W moim mieszkaniu. Taylor urządzi ci piekło.

- Mogę je wyrzucić. Myślałam tylko...

- Są świetne. Nie musiałaś tego wszystkiego robić.

- Tak, musiałam.

Wyglądał, jakby po cichu podejmował jakąś decyzję. Po chwili zmarszczył brwi.

- W górach stale sobie powtarzałem, że muszę się skupić na robocie i przestać myśleć o tobie. To nie jest dobre miejsce, żeby chodzić z głową w chmurach. Przez dwadzieścia osiem dni nie mogłem spać w nocy, przypominałem sobie twoje usta, dłonie, to, jak unosisz brwi, kiedy twój cholerny czujnik się włącza i mnie wołasz. Tęskniłem za tobą jak wariat, Ellie. A teraz, kiedy przyjechałem do ciebie do domu...

Uśmiechnęłam się lekko, nie wiedząc, co powiedzieć.

- Chcesz zobaczyć resztę? - spytałam.

Zaśmiał się i spuścił wzrok, nie zawracając sobie głowy moją wymijającą odpowiedzią. Kiedy znów na mnie popatrzył, w jego policzku pojawił się dołek.

- Tak. Pokaż mi resztę.

Wzięłam go za rękę i pociągnęłam do kuchni, żeby zobaczył, gdzie ułożyłam talerze i w której szufladzie są sztućce. A potem poszliśmy do korytarza i mogłam nacieszyć się jego reakcją na każde pomieszczenie.

Kiedy doszliśmy do jego pokoju, splótł palce na czubku głowy i westchnął zdumiony. Jego łóżko nie miało obramowania, więc wykorzystałam jakieś kratki wystawione obok śmietnika i zrobiłam z nich wezgłowie. Oczyściłam je i pomalowałam resztką białej farby z czasów, kiedy wykańczano budynek redakcji.

- Niesamowite. Skąd to wzięłaś?

- Sama zrobiłam. - Wzruszyłam ramionami. - Wick mi pomógł.

Pokręcił głową.

- Nie musiałaś robić tego wszystkiego, Ellie. To zupełnie nie wygląda jak tamto mieszkanie... tylko...

- ...jak dom? - Rozejrzałam się dokoła po efektach swojej ciężkiej pracy i uśmiechnęłam się szeroko.

Tyler znów mnie pocałował. Ściągnął mi tę przydużą koszulkę przez głowę i popchnął mnie na łóżko. Jego język tańczył z moim, a kiedy usiadłam, przytrzymałam go prawą nogą, kierując stopę w puchatej skarpecie na jego pierś. Położył dłonie na mojej kostce, przesunął je do kolana i wyżej, na udo, po czym cofnął je i ściągnął mi skarpetę, a potem drugą, i rzucił nimi, trafiając idealnie do kosza w kącie pokoju.

Ujął moje stopy i całował palce, łuk, a potem powędrował wargami do kostki i dalej, posuwając się po wewnętrznej stronie nogi małymi pocałunkami, a każdy z nich zostawiał za sobą przez chwilę ciepły ślad.

Wreszcie postawił moją stopę na materacu i cofnął rękę, żeby ściągnąć koszulkę. Spod jej brzegu ukazał się jego brzuch, a potem pierś; wreszcie zdarł T-shirt przez głowę i rzucił, nie spuszczając ze mnie wzroku. Wyszczuplał podczas pożarów, przez co sześć mięśni jego kaloryfera tym bardziej rzucało się w oczy, a małe V prowadzące do nabrzmiałego miejsca pod roboczymi spodniami odznaczało się jeszcze wyraźniej.

Zrzucił buciory, a potem ściągnął spodnie i wczołgał się na mnie w samych bokserkach. Miał teraz dłuższe włosy, jego policzki trochę się zapadły, zarys szczęki zaostrzył, ale skóra nadal drapała moją, a język był tak miękki i ciepły, jak pamiętałam.

Jego ciężar między moimi udami sprawił, że wpiłam palce w jego plecy i przyciągnęłam go bliżej, błagając, żeby mnie wziął i doszedł, zanim moje serce będzie mogło poczuć coś więcej. Tymczasem jego pocałunki zwolniły; zatrzymał się nade mną chwilę, oparty na jednym łokciu, pomagał mi zdjąć ostatnie dwie rzeczy, które nas od siebie dzieliły.

Przytulając go do siebie jedną ręką, drugą pokazałam szafkę nocną.

- Prezerwatywy są tam.

Pieścił moją brodę czubkiem nosa, wdychając mój zapach. Zastanawiał się nad czymś, aż dotarł do miejsca pod moim uchem.

- Byłaś z kimś poza mną po Sterlingu? - zapytał.

Pokręciłam głową.

- Spirala antykoncepcyjna nadal jest na miejscu?

Przytaknęłam.

- Chcę ciebie czuć - powiedział.

Kiedy nie protestowałam, wstrzymał oddech i wślizgnął się we mnie nagi. Zamknął oczy i z jękiem wypuścił powietrze.

Ogarnęła mnie bezbrzeżna euforia, całą, od stóp do głów. Pasował idealnie, jakby został dla mnie stworzony. Jego dotyk w moim wnętrzu to było coś potężniejszego niż cokolwiek, co dotąd czułam, faszerując się chemią albo zapuszczając w góry podczas pożaru. Tyler Maddox był najmocniejszym hajem.

Zawiązałam ciasno pasek szlafroka i oparłam się o framugę drzwi między korytarzem a salonem. Tyler stał po drugiej stronie niewielkiego blatu, nachylając się nad kuchenką, na której skwierczała patelnia.

- Tyler gotuje - odezwałam się.

Przerzucił naleśnik na patelni, po czym postawił ją, by wziąć szczypce i poprzewracać kawałki bekonu. Obejrzał się na mnie przez ramię, migając tym dołeczkiem, który zaczynałam tak lubić, i skinął, żebym do niego dołączyła.

Przeparadowałam przez pokój i oparłam się o blat obok niego, krzyżując ręce na piersi. Nachylił się, by cmoknąć mnie w policzek, i wrócił do szykowania śniadania, jakby to było coś najbardziej naturalnego na świecie. Dokonałam bilansu swoich uczuć, zastanawiając się, dlaczego nie mam ochoty rzucać się do ucieczki.

- Chrapiesz - poinformował mnie Tyler, pociągając nosem.

- Nieprawda. - Przewróciłam oczami.

- Ale patrzeć na ciebie w porannym słońcu to coś najcudowniejszego w świecie.

Spuściłam głowę, pozwalając włosom opaść i zasłonić mi twarz.

Naczynia zaszczękały, kiedy nakładał to, co usmażył, a potem zaniósł jedzenie na mały stolik przy ścianie. Nasze dwa talerze ledwie się tam zmieściły, ale postawił je i skinął, żebym usiadła, a sam nalał nam po małej szklance soku pomarańczowego.

Zajął swoje miejsce, wypił jednym haustem sok i odstawił pustą szklankę na blat za sobą.

- Nie chcę, żebyś szukała innego mieszkania. Chcę, żebyś została tutaj.

- Są tylko dwie sypialnie, a Taylor w końcu upomni się o swój kąt.

- Nie. Chciałbym, żebyś mieszkała tu ze mną.

- Z tobą - powtórzyłam, patrząc, jak z niepokojem czeka na moją reakcję.

Zwykle taka emocjonalna przewaga nad mężczyzną byłaby dla mnie fajna, ale aż przykro było patrzeć, jak nerwowo kuli się przede mną ktoś o gabarytach Tylera.

- Wybacz, Ellie - wybuchnął. - Nie mogłem się powstrzymać.

- Powstrzymać przed czym?

- Obudziłem się dziś rano z tobą w ramionach. - Zachichotał. - Wszędzie były te twoje cholerne włosy. Ledwie dałem radę poodgarniać ci je z twarzy. A potem wszystkie kosmyki leżały na poduszce nad twoimi ramionami, obramowując promieniście twoją głowę. Robiłaś wrażenie takiej spokojnej. I stało się.

Zmarszczyłam brwi.

- O czym ty mówisz?

Skrzywił się z rozpaczą w oczach.

- Zakochałem się w tobie. Od jakiegoś czasu się na to zanosiło. Starałem się do tego nie dopuścić.

- Jesteś we mnie zakochany - powiedziałam.

- Jestem w tobie zakochany - powtórzył.

To było bardziej przyznanie się do winy niż deklaracja. Oboje wiedzieliśmy, co uzgodniliśmy w sprawie naszych stosunków, a on złamał umowę i wszystko to podeptał.

- Tyler...

- Nie chcę, żebyś szukała sobie mieszkania. Chcę, żebyś została. Nie wyobrażam sobie nic lepszego, niż wracać do domu do ciebie. - Urwał. - Dlaczego tak na mnie patrzysz?

Opierałam brodę na pięści, która częściowo zakrywała mi usta. Mogłam tylko pokręcić głową.

- Nie kochasz mnie - jęknął zdruzgotany. Rzucił widelec i odchylił się na oparcie krzesła.

- Nie wiem - odparłam, a oczy mi się zaszkliły. - A ty skąd wiesz?

- Bo śmiertelnie się boję, że jeśli cię stracę, to już z nikim nigdy nie poczuję się tak jak z tobą.

Przełknęłam ślinę, mając świadomość, co teraz nastąpi. To dlatego tak ciężko pracowałam przy porządkowaniu tego mieszkania. Chciałam zostawić po sobie coś dobrego.

- Już jestem tego pewny. Jeśli cię stracę, z nikim nie poczuję się tak jak z tobą.

Kącik jego ust uniósł się lekko, ale kiedy dotarła do niego prawda, uśmiech się rozpłynął. Skinął głową i zacisnął usta. Rozejrzał się po podłodze, po czym wstał i poszedł do swojego pokoju, zostawiając mnie samą. Drzwi trzasnęły; drgnęłam, prostując plecy, i zamknęłam oczy.

Ruszyłam korytarzem i delikatnie zapukałam.

- Tyler? Może tylko... gdybym mogła zabrać swoje rzeczy...

Nie odpowiedział. Popchnęłam drzwi. Siedział na podłodze i z podkulonymi kolanami opierał się plecami o łóżko.

- Spakuję się szybko i już mnie nie ma.

- I dokąd pójdziesz, Ellie? Po prostu zostań.

- To nie w porządku wobec ciebie.

Podniósł na mnie wzrok. W jego oczach były zmęczenie i rozpacz, które widywałam już tyle razy.

- Jesteś jedyną kobietą na świecie, która mogłaby na odczepnego powiedzieć "kocham cię" i złamać mi serce.

- Wyświadczam ci przysługę. Tylko ty jeszcze o tym nie wiesz.

- Gówno prawda. Przestań wreszcie uciekać.

Wskazałam na drzwi.

- Widziałeś swoje szafki? Lodówkę? Whisky, rum, wódka, tanie wino i piwo. Zasypiam nieprzytomna.

- Wczoraj wieczorem nie - zaoponował.

- Dolewam whisky do kawy i zabieram do pracy. Jestem alkoholiczką, Tyler.

Wzruszył ramionami.

- To podejmijmy decyzję. Zapiszemy cię na terapię. To nie znaczy, że nie mogę cię kochać.

- Umawialiśmy się.

Pokręcił głową, patrząc w podłogę. Zamknął jedno oko. Cała ta rozmowa była bardziej bolesna, niż się spodziewał.

- A jeśli zakochanie się wcale nie złamie ci serca, Ellie? Jesteśmy szczęśliwi, kiedy się o to nie kłócimy.

- Nieprawda - odparłam.

- Prawda, do cholery. Za każdym razem, kiedy myślisz, że za dużo czujemy albo jesteśmy zbyt szczęśliwi, wciskasz hamulec.

- Ja tylko staram się powstrzymać, zanim będzie za późno.

Podniósł się na nogi.

- Za późno? - odparł, wstając. - Powiedziałem ci właśnie, że zakochałem się w tobie!

- Tego nie wiesz - prychnęłam. Podniosłam torbę i wrzuciłam do niej kilka rzeczy, które tu miałam.

Tyler podszedł i złapał mnie za nadgarstek.

- Wiesz, skąd wiem? Tylko miłość może tak boleć.

Wyrwałam się mu, myśląc o małym chłopcu ze zdjęcia, które postawiłam na półce.

- Byłam z tobą szczera od początku. Uprzedzałam, że nie mogę. Mówiłeś, że to ci nie przeszkadza.

- No a teraz jest inaczej. - Wyciągnął dłonie, wskazując na pokój. - Dlaczego to wszystko zrobiłaś? Urządziłaś nam dom tylko po to, żeby zostawić mnie w nim samego?

- Chciałam, żebyś pamiętał, że nie jestem aż taka okropna.

- A co cię to, kurwa, obchodzi? - syknął zły.

Łzy polały mi się po policzkach.

- Nie zasługuję na nic, co masz do zaoferowania, Tyler. Uwielbiałam z tobą być, kiedy mi na to pozwalałeś, ale coś więcej niż to...

Zaśmiał się z niedowierzaniem.

- Uważasz, że na mnie nie zasługujesz. Ellie... - Objął dłońmi moje ramiona. - Palant ze mnie. Wierz mi, to ja na ciebie nie zasługuję. Ale staram się. Powiedziałem sobie kilka tygodni temu, kiedy... że będę się starał, aż na ciebie zasłużę.

Spojrzałam na niego zmrużonymi oczami.

- Kiedy co?

Zacisnął zęby.

- To było po tym, jak powiedziałaś, że tylko pieprzymy się i walczymy. Poszedłem do baru spotkać się z bratem.

- No i?

- I... - Westchnął. - Pojawiła się jedna dziewczyna. Nie wiedziałem, że zna Taylora.

- Rozumiem. Nie musisz mi mówić.

- Nie poszedłem z nią do łóżka ani nic takiego. Tylko ją pocałowałem. Zamierzałem ją przelecieć. Nie musiałem się tak cholernie starać tylko po to, żeby poczuć się odrzuconym.

Ścisnęło mnie w gardle. Byłam wściekła, że jest mi tak przykro.

- W porządku. Pewnie była bardzo fajna.

- Ale nie była tobą - powiedział.

Otarłam policzek.

- Na pewno nie była taka popieprzona.

- Wszyscy jesteśmy trochę popieprzeni. Tylko nie wszyscy usprawiedliwiamy tym odpychanie każdego od siebie.

Uniosłam brodę.

- A więc uznałeś, że jesteś we mnie zakochany, kiedy próbowałeś zaciągnąć kogoś innego do łóżka. To pokazuje, na czym polega twoje skrzywienie, nie sądzisz?

- Ellie...

Zamknęłam oczy.

- Nigdy nie chciałam, żeby sprawy między nami zaszły tak daleko. Nigdy nie chciałam, żeby znaczyło to coś więcej. Pozwól mi odejść. Jedno z nas musi.

Zdjął dłonie z moich ramion. Opuścił ręce. Westchnął, jakby uszło z niego całe powietrze.

- Dokąd?

- Do Jojo.

Skinął w kierunku drzwi.

- No to idź.

Schyliłam się po ostatnią koszulę, a potem poszłam szybko do pralni na końcu korytarza i złapałam jeszcze trochę złożonych rzeczy. Mój plecak był pełen, więc zaczęłam je wciskać do małego plastikowego kosza na brudy.

Sięgnęłam do drzwi, ale Tyler przytrzymał moją dłoń. Wybuchnęłam płaczem, wiedząc, że jeśli powie jeszcze jedno słowo, zostanę.

Przyłożył policzek do mojego i pocałował mnie w skroń.

- Pozwól, że cię odwiozę.

Pokręciłam głową.

Puścił klamkę, czekając, aż podniosę na niego wzrok. Kiedy to zrobiłam, byłam zdruzgotana wyrazem jego twarzy.

- Nadal jesteśmy przyjaciółmi. Odwiozę cię.

Skinęłam głową i patrzyłam, jak bierze kluczyki. Poprowadził mnie do wozu, a potem ja wskazywałam mu, dokąd ma jechać. Poza tym nic nie mówiliśmy. Tyler ściskał kierownicę tak mocno, że zbielały mu kostki palców.

Kiedy ostatecznie kazałam mu skręcić na podwórko na tyłach redakcji, zmarszczył brwi.

- Dlaczego kazałaś mi tu jechać, Ellie? Jojo tu nie mieszka.

- Na górze jest mieszkanie - powiedziałam, odczepiając od breloczka jego klucz.

Wziął go i popatrzył ponuro na metal w swojej dłoni. Zamknął oczy.

- Ellie. Nadal chciałbym, żebyś w przyszłym miesiącu wybrała się ze mną do Illinois.

Zaśmiałam się.

- Nie mogę jechać do twojej rodziny, Tyler. Zwariowałeś?

- Już powiedziałem tacie, że przyjedziesz.

Nachmurzyłam się.

- Bardzo cię proszę... - nalegał.

- Nie możemy być dalej przyjaciółmi. Skoro padło to "kocham cię", nie ma odwrotu. Zniszczyłeś to.

- Ty mnie zniszczyłaś.

- To był twój ruch.

Zdobył się na lekki śmiech i spuścił wzrok.

- Wypad z mojego pick-upa, Edson.

- Tak jest - odparłam z uśmiechem. - To na razie.

Wyłowiłam klucz z małej sztucznej skałki przy tylnych drzwiach, a potem pomachałam Tylerowi, kiedy wycofywał się z podwórka i odjeżdżał. W środku przytaszczyłam plecak i kosz na pranie na górę i zobaczyłam czyściuteńkie mieszkanie. Żadnych ozdóbek, świeczek czy zdjęć kogoś, kogo bym kochała.

Usiadłam na podłodze i załkałam - wyczerpana emocjonalnie, ze złamanym sercem. I z ulgą.

Rozdział 20

JEDYNĄ WADĄ MIESZKANIA NIEMAL za darmo w nowiutkim apartamencie nad "Górskim Echem" było to, że kiedy skończył się sezon pożarów, Tyler co trzeci dzień pracował na tej samej ulicy. Zaletą okazało się to, że po zamknięciu redakcji Jojo lubiła przesiadywać na górze i czasami zabierała mnie do Turka, a jako córka właściciela miała sporą zniżkę.

Siedziałyśmy przy stoliku w rogu, popijając huragany w przyćmionym świetle. Z sufitu zwisały już bożonarodzeniowe dekoracje, a drewniane słupy w kątach baru były okręcone czerwonymi i zielonymi łańcuchami.

- Dobry Boże, mocne te drinki - wymamrotała bełkotliwie Jojo. - Dopiero doszłam dotąd - wskazała środek szklanki - i już się upiłam.

- Im szybciej, tym lepiej - stwierdziłam, poirytowana, że sama nie jestem nawet lekko wstawiona.

Drzwi otworzyły się gwałtownie. Pojawiły się znajome twarze, uśmiechnięte i rozgadane.

Zjechałam niżej na swoim miejscu.

- Ja pierdolę.

- Co? - spytała Jojo, oglądając się, by zobaczyć, o co chodzi. - Liam! - zawołała z szerokim uśmiechem.

Liam usłyszał, że ktoś go woła, i obrócił się do naszego stolika. Jojo machała jak wariatka, a on zmienił kierunek, prując prosto do nas.

- Jojo! Do jasnej cholery! - syknęłam.

Jack, Ryba, Jubal, Mądrala, Zeke, Byczek, Sugar, Kot, Taco, Watts, Smitty, Chuchro, Pudding i Szczeniak ruszyli za nim. Wpakowali się do naszego boksu i przynieśli więcej krzeseł. Byłam wciśnięta pomiędzy Jojo a Liama, a ona wyglądała na zrozpaczoną, że poszedł na lewo zamiast na prawo, by usiąść przy niej.

- Nie mogłeś przyprowadzić od razu całego oddziału, co? - odezwałam się, dając mu kuksańca łokciem.

Zaśmiał się i pomasował żebra.

- Reszta dojdzie. Poza bliźniakami. Taylor został w Colorado Springs, a Tyler pojechał do bazy.

- Co to za okazja? - spytała Jojo.

- Sezon się skończył. Większość chłopaków rano wsiada w samolot - wyjaśnił Jubal, poklepując po ramieniu Szczeniaka.

Wszyscy byli zmęczeni, wychudzeni i zadowoleni.

- Tyler nie chciał z wami przyjść w ostatni wieczór? - spytałam.

Watts wyciągnął telefon.

- Przyjdzie, jak dam mu znać, że jesteś.

Wszyscy poza mną się roześmiali.

- Nie rób tego, proszę.

- Za późno - oznajmił, chowając komórkę z powrotem do kieszeni.

Przygarbiłam się.

Liam nachylił się mi do ucha.

- A więc rzuciłaś go, co? Przykre.

- Nie rzuciłam go. Nie byliśmy razem - odparłam.

- Rzeczywiście przez ostatnie dwa tygodnie chodzi jak struty - odezwał się Mądrala. - Chyba nie widziałem go jeszcze w tak żałosnym stanie.

Jojo popatrzyła na mnie półprzytomnymi, szklącymi się oczami i wydęła dolną wargę.

- Przestańcie - ostrzegłam.

- Chief mówił, że pozwoli ci dołączyć do ekipy w następnym sezonie - powiedział Liam.

- Naprawdę? - spytała Jojo, a jej brwi uniosły się tak wysoko, że omal nie przekroczyły linii włosów.

- Tak. Biedaka codziennie naciskało w tej sprawie dwudziestu członków zespołu.

- Czy ty i Jack jedziecie jutro na lotnisko? - spytałam.

- Nieee. Trochę sobie pozwiedzamy. Mogłabyś dołączyć. - Liam popatrzył na Jojo. - Wasza fotoreporterka powinna zrobić materiał o wielkiej wyprawie samochodem przez Amerykę. Nadawałby się do waszego działu podróży.

- Nie jesteśmy tego typu czasopismem - ucięła Jojo, urażona, że Liam z nią nie flirtuje.

Znów zwrócił się do mnie.

- Powinnaś się wybrać.

- Nie mogę.

- Dlaczego?

- Bo mam pracę i rachunki do zapłacenia i nie mogę, ot tak, wszystkiego rzucić i jechać. Widziałam Stany. W każdym razie większość z nich... resztę świata też.

- O. Jesteś prawdziwą globtrotterką, co? - rzucił Liam.

Był piękny - nawet chudszy o te dziesięć kilo, z bardziej wydatnymi kościami policzkowymi i zapadniętymi oczami - ale tę część mnie, która reagowała na męską urodę, skradł Tyler i nie wyglądało na to, że mi ją w najbliższej przyszłości odda.

- Tak.

- Jej tata to właściciel Edson Technologies, geniuszu - wtrąciła Jojo.

Wszyscy faceci przy stoliku złapali się za usta, mówiąc chórem "o rany". Nie byłam pewna czemu. Jojo nie powiedziała nic specjalnie odkrywczego.

- Twój ojciec to Philip Edson? - zapytał zszokowany Liam.

- Słyszałeś o nim, co? - powiedziałam, mieszając rurką w wysokiej szklance.

Jack roześmiał się.

- Przez cały ten czas biegała za nami po górach Paris Hilton?

Zmarszczyłam nos.

- Odszczekaj to, pierdolknykciu. Natychmiast.

Towarzystwo przy stoliku nie bardzo wiedziało, o co chodzi - poza Jackiem i Liamem. Z pewnością słyszeli to określenie w kraju rodzinnym. To była moja ulubiona australijska obelga.

- Ja... przepraszam - wybąkał Jack.

Liam ryknął śmiechem.

- Ty miękka fajo! Masz zamiar tak jej to odpuścić?

Jego kolega naburmuszył się.

- Maddoxowi o wiele bardziej dopiekła i nic.

Zapadłam się na siedzeniu kanapy, w równym stopniu porażona poczuciem winy, co zawstydzona i upokorzona.

- Stul dziób, Jack! - warknął Kot.

- Nie, on ma rację - powiedziałam. - Nie wiem, czemu mi to darował.

- Ja tak - odezwał się Jubal ze znaczącym uśmieszkiem. - Ale możecie być pewni, że wobec nikogo innego nie będzie tak wyrozumiały.

Cisza dłużyła się w nieskończoność, aż wreszcie wszyscy wrócili do swoich piw i whisky i zaczęli gadać. Opowiadali różne anegdoty z kończącego się sezonu. Co jakiś czas wybuchali gromkim śmiechem, dogryzając sobie nawzajem. Przyglądałam się twarzom chłopaków, których pokochałam, i było mi żal, że nie ma między nimi mojego ulubionego, a jednocześnie czułam ulgę, że nie przyszedł.

Liam nachylił się, postukując w moją niemal pustą szklankę.

- Chcesz następnego, kochanie?

- Tak, proszę - odparłam bez zastanowienia.

To, że ktoś chce postawić mi drinka, nie było niczym nowym - choć nie od razu przywykłam do tego, że z piciem muszę czekać na czyjś hojny gest.

Liam uniósł rękę, by zwrócić uwagę kelnerki, a kiedy spojrzała w jego kierunku, pokazał jej moją pustą szklankę. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego; wyraźnie zauroczył ją już jego egzotyczny akcent i - charakterystyczna dla walczących z ogniem w terenie - opalenizna wokół szmaragdowych oczu.

Przysunął się do mnie i kiedy mówił, jego usta muskały moje ucho. Opowiadał, dokąd najpierw planują z Jackiem pojechać. Udawał, że potrzebuje wskazówek. Żartował z moich docinków. Skończyłam właśnie drinka, którego mi zafundował, i zaczynałam czuć się nieco swobodniej, kiedy jego wzrok padł na moje usta.

- Czekałem cierpliwie, wiesz - powiedział. - Minęła już prawie godzina, a twój chłopak jeszcze po ciebie nie przyszedł.

Spuściłam wzrok.

- Może dlatego, że nie jestem jego dziewczyną, żeby po mnie przychodził i rościł sobie do mnie prawo.

- Tak, ale on jest twój. Widzę to dobrze w twarzy tego biednego skurczybyka.

Zauważyłam, jak delikatny jest odcień jego różowych warg na tle ogorzałej skóry. Cichy wewnętrzny głos mówił mi, by złapać go za twarz i udawać, że nie obchodzi mnie, że Tyler nie przyszedł, wbrew zapowiedzi Wattsa. Smak Liama na moim języku nie byłby najgorszym sposobem, żeby o wszystkim zapomnieć. Im wyraźniej jednak wyobrażałam sobie jego mocne dłonie na moim ciele, tym było mi smutniej. Sterling miał być dnem mojego upadku, ale Tyler mnie skreślił - podobnie jak ja sama - i nie mogło być nic bardziej dołującego.

Chciałabym choć na jedną noc wrócić do tej patologicznie samolubnej postaci, jaką kiedyś byłam. Ale nawet picie jednego huraganu po drugim nie mogło wymazać istnienia Ellie numer dwa. Jojo była radośnie pijana, a mnie zżerały poczucie winy i tęsknota za Tylerem. Robiąc wydech, odchyliłam się na twarde drewno oparcia i zastanawiałam się, czy bardziej doświadczone towarzystwo mogłoby pomóc mi się zatracić. Potrzebowałam kogoś, kto potrafił manipulować ludźmi, kogoś bez serca, okrutnego - kogoś takiego jak ja.

- Jesteś beznadziejny, jeśli chodzi o podryw - stwierdziłam zniechęcona.

Liam wydawał się zaskoczony moim wycofaniem się, a potem zmrużył jedno oko i zmarszczył nos, jakby coś go zabolało.

- Naprawdę to spieprzyłem, no nie? Zapomnij, co powiedziałem. Poprawię się. Postawię ci kolejnego drinka.

- Nie będę protestować.

Drzwi do baru stanęły otworem i do środka wszedł Tyler. Sam. Z rękami w kieszeniach rozejrzał się po sali, a kiedy mnie dojrzał, przystanął. Zabrakło mi tchu, serce w piersiach waliło jak szalone. Mogłam jedynie starać się nie wstać i nie gnać do niego przez cały lokal.

Tyler jak gdyby nigdy nic podszedł do baru przywitać się z Annie i wziął piwo, po czym przecisnął się między stolikami i stanął przy naszej wnęce w rogu. Miałam wrażenie, że każdy jego krok trwa wieczność, ale wreszcie znalazł się blisko, jakiś metr od nas.

Zlustrował wzrokiem Liama, a potem uśmiechnął się do mnie.

- Cześć.

- Cześć - odparłam zdenerwowana i zażenowana świadomością, że zachowujemy się idiotycznie na oczach zespołu.

Tyler złapał krzesło i usiadł obok Jubala, a ten poklepał go parę razy po plecach, by dodać mu odwagi.

- Cieszę się, że mimo wszystko zdecydowałeś się do nas dołączyć, Maddox.

Watts uśmiechnął się ironicznie.

- To przykre, że nasze towarzystwo ci nie wystarczało, ale z Ellie na dokładkę...

- Morda w kubeł, Watts! - ryknął Kot.

Tyler wypił łyk z butelki i oparł się wygodniej. Wydawało się, że się nie przejął, póki Liam nie położył ręki na oparciu kanapy za mną. Wzrok Tylera powędrował na jego ramię, a potem twarz, i w jego oczach pojawił się morderczy błysk.

- Właśnie o tobie mówiliśmy, Maddox - powiedział Liam.

Mimowolnie wymknął mi się niezręczny chichot.

- Nie... wcale nie.

Tyler spiął się, niepewny, co sugeruje Liam. W końcu, niezrażony, znów wypił łyk piwa, nachylił się i oparł łokcie na stole.

- Naprawdę?

- Nie, naprawdę nie - upierałam się, starając się pomimo huraganów zachować dość trzeźwości, by uniknąć upokorzenia.

Uśmiechnął się, a we mnie serce topniało jak wosk.

- Nic takiego, jeśli mówiliście. Ja właśnie o tobie myślałem.

- No i mamy to - wtrącił Liam. - Powiedziałem ci: to miłość.

Tyler odwrócił ode mnie wzrok i skierował go na Liama. Pomiędzy jego brwiami formowała się głęboka zmarszczka.

- Nie wiem, co kombinujesz, Liam, ale jeśli chcesz wyjść stąd z niepołamanymi rękami, przestań.

Ten zaśmiał się, autentycznie ubawiony.

- Liam - rzuciłam ostrzegawczo.

- Tak tylko się z tobą drażnię, stary. Sam się o to prosisz.

Krzesło Jacka zazgrzytało o podłogę, gdy się przysunął.

- Liam. Wystarczy.

Jego kumpel podniósł ręce.

- Przepraszam. Po prostu próbowałem namówić ją, żeby pojechała ze mną na wycieczkę. Nie sądzę, żeby tęskniła za Kolorado.

Tyler uniósł wysoko brwi i na jego czole pogłębiły się trzy zmarszczki. Koledzy kręcili się na krzesłach, słuchając, czy tego chcieli, czy nie, tej wymiany zdań.

- Następna kolejka! - oznajmił Jubal, podnosząc na wpół pustą szklankę.

Reszta ekipy poszła za jego przykładem i chóralnie poparła propozycję.

Tyler nachylił się i obserwował Liama spode łba.

- Co ty sugerujesz, człowieku? - Przybrał ton, jakim mówił do Taylora, kiedy nie podobało mu się jego zachowanie.

Liam uśmiechnął się najbardziej uroczo, jak potrafił.

- Nic z tego, stary. Ona mnie nie chce. Jestem fantastycznym skrzydłowym. Spytaj Jacka.

Tamten błysnął w uśmiechu wszystkimi zębami.

- To prawda.

Kącik ust Tylera uniósł się lekko, a jego spojrzenie skupiło się na mnie. Kiedy już otwierał usta, by coś powiedzieć, jakiś facet, który wydał mi się jakby znajomy, zatoczył się na nasz stolik.

- Maddox! - wybełkotał, klepiąc Tylera po ramieniu, po czym wczepił się palcami w jego flanelową koszulę. - Patrzcie, patrzcie! - krzyknął, a z jego ust prysnęły drobinki śliny. - To ta dziewczyna, która kopnęła mnie w jaja!

- Todd Mercer - powiedziałam, od razu przypomniawszy sobie, kto to jest. - Z wielką przyjemnością zrobię to dla ciebie raz jeszcze.

Zrobił kwaśną minę.

- Ellie, prawda?

Tyler strząsnął z siebie dłoń Todda i westchnął.

- Jestem zajęty, Mercer. Później skopię ci tyłek.

- Po co to wszystko? - spytał zirytowany Sugar. - Za każdym razem obrywasz, Mercer. Za każdym razem.

Liamowi zabłysły oczy. Świetnie się bawił.

- Kopnęłaś go w jaja, Ellie?

- Starałam się go uratować przed Tylerem, który by go zabił.

- Zabił... - parsknął Todd.

Liam nie odpuszczał.

- Kto zaprosił tego pajaca?

Todd zmarszczył nos.

- Co on gada? Mów wyraźnie po angielsku!

Liam przestał się uśmiechać. Wymienił spojrzenia z Jackiem.

- Ruszaj stąd, Mercer. Twoje jaja będą mi wdzięczne - powiedziałam.

Chłopcy zachichotali, a Todd wyprostował się, wypinając pierś, jakby nagle kompletnie otrzeźwiał.

- Jesteś kurewsko wygadana jak na sezonową dziwkę, której przyszło błagać miejscowych o postawienie jej drinka.

Po chwili szoku i ciszy krzesła zazgrzytały, ekipa podniosła się na nogi. Todd rozejrzał się po zespole i cofnął się o krok.

Twarze strażaków nie wróżyły nic dobrego, a najgroźniej patrzył Tyler.

- Maddox! - wrzasnęła Annie, przekrzykując muzykę.

- Wszystko w porządku - powiedziałam, wstając. Nachyliłam się nad stolikiem i pociągnęłam Tylera za koszulę.

- A gówno - rzucił Tyler, piorunując wzrokiem Todda.

- Nie ma potrzeby wyrażać się wulgarnie, stary - odezwał się Liam.

- Maddox - wtrącił Jubal. Pokręcił głową. - Dobrze się bawimy. Ten pijany kretyn nam tego nie zepsuje.

Wymierzył palcem w Todda.

- Wynoś się stąd. To ostatnie ostrzeżenie.

Tyler spojrzał na Liama.

- Przypilnuj dziewczyn.

Liam skinął głową.

Todd otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale nim zdołał wyartykułować słowo, Tyler rzucił się na niego. Nagle w barze zrobił się ruch - machanie rękami, wrzaski, przepychanki.

Liam przyciągnął Jojo do siebie, a mnie zablokował ręką, wysuwając się naprzód, żeby nas osłonić, ale wyraźnie świetnie się bawił.

- Nie! - krzyknęła Jojo, kiedy stolik się zachwiał i poleciał na podłogę. - Tata się wścieknie!

Jack stał na krześle, kierując tymi na samym dole plątaniny ciał. Kot, Sugar i Pudding odrzucali na bok każdego, kto nie był z drużyny, niczym maluchy, które chciałyby się dobrać do pudełka z zabawkami.

- Przestańcie. Przestańcie! - krzyczałam, starając się przepchnąć przez rękę Liama.

Na moment z chaosu wyłoniła się głowa Tylera. Wyrwałam się z bezpiecznej strefy pod ścianą w samą porę, by chwycić go oburącz za koszulkę. Tyler właśnie zadał druzgocący cios w szczękę Todda. Zauważył, że go przytrzymuję, i objął mnie ramieniem. Robiąc uniki, omijając różne grupy walczących, wyciągnął mnie na ulicę, gdzie byliśmy bezpieczni.

Pokręciłam głową.

- To było... niepotrzebne.

- Drżysz - stwierdził, wyciągając do mnie ręce.

Odepchnęłam go.

- Mercer ledwie trzymał się na nogach, a ty go zaatakowałeś.

- Ellie... nikt nie pozwoliłby mu wyjść stamtąd po tym, co powiedział. Starałem się go znokautować, zanim dopadną go inni.

- O, więc wyświadczyłeś mu przysługę - skwitowałam z kamienną twarzą.

Wzruszył ramionami.

- Przynajmniej nikt go nie kopnął w jaja.

Zatrzymałam się i spuściłam wzrok, nie potrafiąc powstrzymać uśmiechu. Z baru wypadła reszta zespołu; połowa z nich rechotała z uciechy, inni wyprowadzali ze środka kołyszących się na nogach kumpli.

Liam i Jojo trzymali się za ręce. Walka dała im pretekst do przełamania barier. Po kilku drinkach zwykle wystarczał jeden dotyk. Jojo była w siódmym niebie.

Jubal odetchnął.

- To chyba było nam potrzebne do rozładowania napięcia.

Ryba zmarszczył brwi.

- Wick nie pozwoli nam się tu pokazać do następnego sezonu. Niektórzy z nas tu mieszkają.

- Pogadam z nim - powiedziałam. - Jojo też.

Uśmiechając się, podchodzili do mnie, poklepywali i ściskali.

- Dzięki, Ellie - mówili jeden po drugim. - Do zobaczenia w następnym sezonie.

Liam pocałował mnie w policzek i mrugnął do Tylera.

- Trzymajcie się. I dość tego opierdalania się, dobrze?

Jojo zadzwoniła kluczykami.

- Kogoś podwieźć?

- Ja ją podrzucę - powiedział Tyler.

Popatrzyłam na niego z ulgą. Nie skreślił mnie. Bez względu na to, co mówiłam czy robiłam, był tutaj, gotów mnie wesprzeć.

Jack poklepał Tylera po ramieniu i wszyscy rozeszli się do samochodów zaparkowanych na ulicy. Z wyraźnym podekscytowaniem gadali o bójce.

Tyler pomachał im, a potem obrócił się do mnie, po czym przez dobrą minutę milczał, kiedy tak staliśmy przed barem. Przycisnęłam ręce do pasa, czując, jak w jesiennym powietrzu stygnie na mnie pot.

- Zimno ci? - spytał. - Mam w wozie kurtkę.

- Nie, wszystko w porządku.

- No i... nic nie kapuję - zaczął. - Liam i Jojo?

Roześmiałam się głośno, opuszczając ręce wzdłuż boków.

- Tak sądzę. Jestem równie zaskoczona jak ty.

- Zdaniem Wattsa Liam prosił, żebyś pojechała z nim przez Stany.

Skinęłam głową.

- I co powiedziałaś?

- Taka podróż kosztuje, a ja nie mam kasy.

- To jedyny powód?

- Tyler...

Przygarbił się.

- Nie ma znaczenia, co robię, prawda? Nie potrafię... - Wskazał na przestrzeń między nami. - Pokonać tego, co stoi na drodze.

Zacisnęłam usta, przygryzłam je. Tak dobrze sobie radziłam, trzymając się od niego z daleka. To byłoby okrutne, przyznać prawdę.

- Co? - odezwał się z półuśmiechem. - Powiedz.

Pokręciłam głową.

- Nie bądź cykorem, Ellison. Powiedz - powtórzył.

- Nie powinnam.

- Tak. Powinnaś.

- Tęsknię za tobą - wydusiłam z siebie.

Przyjrzał się mi z nowym błyskiem w oczach.

Zamknęłam oczy.

- Cały czas o tobie myślę... głównie zastanawiam się, dlaczego znosisz z mojej strony całe to gówno.

- Oboje znosimy.

Odwróciłam wzrok, szukając czegoś, co by przykuło moją uwagę, żeby Tyler nie dostrzegł w moich oczach, jak mi przykro.

- Ale... kiedy jestem blisko ciebie, Ellie... to nie ma znaczenia dlaczego. Nie ma znaczenia, co zrobiłaś, żeby mnie wkurzyć albo odepchnąć od siebie. Nie potrafię tego wyjaśnić. Nie umiem się z tego otrząsnąć. Czasami chciałbym. Pochodzę z rodziny dumnych mężczyzn. Ale nie ja pierwszy poddaję się, jeśli chodzi o kobietę, od której nie potrafię odejść.

- Powinieneś... ode mnie odejść.

Zachichotał.

- Myślisz, że nie wiem? Jesteś damską wersją mnie.

Podniosłam na niego wzrok, ucieszona jego wyznaniem.

- Kiedy dziś wieczorem się pojawiłeś, poczułam, że od bardzo, bardzo dawna nie byłam tak uszczęśliwiona.

Nie wahał się. Ujął dłońmi moje policzki. Nachylił się, ale ja się cofnęłam.

Zmarszczył czoło.

- No to co dalej? Co mam zrobić?

Oczy mnie piekły, gdy obiema dłońmi chwyciłam za jego koszulę na piersi.

- Już ci mówiłam. Mówiłam setki razy. Jestem popieprzona. Znowu piję. Noszę podprawioną kawę do pracy.

Wzruszył ramionami.

- W takim razie zacznijmy od początku.

Znów było to "my". Nie brzmiało już jednak tak obco i to mnie śmiertelnie przeraziło.

- To nie takie proste. Nie jestem w stanie próbować tworzyć związku.

Tyler popatrzył mi w oczy, po czym wyrwał koszulę z moich dłoni i odszedł kawałek, trzymając się za głowę i oddychając ciężko.

- Wiem, że jestem wredna - powiedziałam. - Nie zasługujesz na to. Ale starałam się ciebie ostrzec.

- Ostrzec, że co?! - wrzasnął, unosząc ręce. - Że tak fantastycznie jest z tobą być? Że to niesamowite patrzeć, jak rzucasz wszystko i walczysz na śmierć i życie w nadziei, że twoja siostra zauważy to z drugiego końca świata? A może ostrzegałaś mnie, że przy tobie będę śmiał się jak wariat?

Otarłam rękawem łzę, która mi się wymknęła.

- Mógłbyś to mieć z każdą miłą, normalną dziewczyną.

- Nie chcę normalnej dziewczyny, Ellie. Chcę ciebie - odparował.

Zaczęłam się śmiać, ale uśmiech szybko ucichł.

- Ostrzegałam cię, że przeze mnie będziesz się czuł jak ostatnie gówno. Ostrzegałam, że jesteś zbyt fajny, żeby zaczynać z kimś takim jak ja.

- Kimś takim jak ty? - rzucił sfrustrowany, zrozpaczony. - Powinnaś była ostrzec mnie, że będę uśmiechał się, kiedy tylko o tobie pomyślę... a więc stale. Ja pierdolę. Powinnaś ostrzec mnie, że jesteś piękna z rana, w świetle księżyca, po wyjściu z kąpieli albo nie myjąc się przez dziesięć dni, z sadzą na twarzy.

- To nie jest śmieszne.

- Nie! Nie jest! Na litość boską, Ellie, stoję tu i mówię, że chcę być z tobą i ty też tego chcesz. Wiem o tym. Twoje argumenty nie mają sensu.

- Nie musisz widzieć w nich sensu.

Parsknął śmiechem.

- Cały czas myślałem, że jesteś masochistką. A ty jesteś pierdoloną sadystką.

- Ostrzegałam cię! - krzyknęłam.

- Nie ostrzegłaś mnie, że się w tobie zakocham, do cholery!

Żyły nabrzmiały mu na szyi, podparł się pod boki, łapiąc oddech.

- Co? - wykrztusiłam.

- Słyszałaś - mruknął. Gniew w jego oczach od razu zastąpiła skrucha.

- Starałam się trzymać od ciebie z daleka, Tyler. Naprawdę. Nie chcę pociągnąć cię za sobą na dno.

- Za późno! - wrzasnął. Potarł czoło. - Nie przyszedłem tu się kłócić - dodał zirytowany. - Jestem tak strasznie zmęczony tym, że próbuję cię znienawidzić.

Te słowa raniły do głębi; poczułam przeszywający mnie ból. Ledwie byłam w stanie cokolwiek wydukać.

- To po co przyszedłeś?

- Żeby cię zobaczyć - powiedział, pocierając kark. - Musiałem cię zobaczyć.

Wyciągnęłam do niego ręce. Tym razem wolniej, jakbym sprawdzała grunt. Tyler stał podparty pod boki. Rozglądał się dokoła, byle nie patrzeć na mnie. Przyciągnęłam go, wsunąwszy dłonie pod jego ręce. Obejmując go w pasie, przytuliłam policzek do jego piersi. Ciepłe ciało Tylera parowało jak w gorączce, skórę pokrywała cieniutka warstwa potu. Wciągnęłam jego zapach. Wiedziałam, że jeśli się poddam, możemy poczuć się oboje trochę mniej zranieni, mniej zdruzgotani, ale byłam rozdarta między samolubnym pragnieniem, by nie dać mu odejść, a wyrzutami sumienia, że pozwalam temu zajść zbyt daleko.

Drzwi do Turka otwierały się i zamykały w monotonnym rytmie. Mijali nas ludzie. Spoglądali na nas zaciekawieni. Do tej chwili nie zorientowałam się, że mamy małą widownię. Tyler zachowywał się tak, jakbyśmy byli na ulicy sami.

- Cieszę się, że przyszedłeś - szepnęłam.

Od kiedy go objęłam, stał jak skamieniały, ze sztywno opuszczonymi rękami. Po chwili też mnie przytulił.

- Jesteś tego pewna?

- Brakowało mi mojego przyjaciela.

Jego pierś wznosiła się i opadała. Odpuszczał sobie to, na czym tak mu zależało.

- Przyjaciela.

- Wiem. Wiem, że to cholernie samolubne - szepnęłam, zamykając oczy.

- Chyba wezmę to, co mogę dostać.

Nie mogłam widzieć jego twarzy, ale miałam wrażenie, że jest załamany.

- Obiecujesz?

Dotknął z tyłu moich włosów, a potem pocałował mnie w czubek głowy.

- Nie. Nic nie obiecuję. Pieprzę to, Ellie. Nie chcę być tylko przyjacielem.

Cofnęłam się o krok, zaniepokojona.

- Tak. Rozumiem. To znaczy... oczywiście. Kto by po czymś takim...? To było głupie, co powiedziałam.

- Mówiłem sobie, że nie będę naciskał, ale naciskałem. Wiem, że jesteś popieprzona. Ja też jestem. Nie mam pojęcia, jak to poprowadzić, a ty... na litość boską, robisz wszystko, żeby było jeszcze sto razy trudniej, niż musi. Ale nigdzie nie uciekam. Nie mogę. Nie chcę nikogo innego.

- Nie mów tak.

- Przepadło. Może uzgodnimy to później, kiedy będziesz gotowa. Wycofam się, ale nie jesteśmy tylko przyjaciółmi, Ellie. Nigdy nie byliśmy.

- A jeśli nigdy nie będę gotowa?

Wsunął ręce do kieszeni dżinsów. W jego oczach zabłysła nadzieja.

- Widziałem, do czego jesteś zdolna, jeśli chcesz. Myślę, że kiedyś będziesz.

- Dlaczego to robisz? - spytałam zdumiona. - Dla mnie nie ma ratunku!

- W takim razie dla mnie też.

Zakryłam oczy, starając się nie rozpłakać.

- Z tobą to jak grochem o ścianę! Nie słuchasz mnie, a ja nie jestem taka dobra, by udawać, że nie chcę cię w swoim życiu. Staram się wyświadczyć ci przysługę, Tyler. Musisz odejść. Ty to musisz zrobić. Ja próbowałam. Nie umiem.

- Powiedziałem ci już - odparł. - Zakochałem się w tobie. To nie przejdzie. - Odchrząknął. - Idziesz do Wicków w Święto Dziękczynienia?

Zamrugałam, zaskoczona tą nagłą zmianą tematu.

- Co? Nie.

- Do domu też nie? Nie będziesz gdzieś z rodziną?

- Finley prosiła mnie o to. Ale ja... jeszcze nie jestem... gotowa.

- To może pojedziesz ze mną do domu, do Eakins?

- Do domu, z tobą.

Sfrustrowany parsknął śmiechem.

- Będzie ciężko. Pewnie trochę dziwnie. Ale mimo wszystko chyba lepiej, niż gdybyś siedziała sama. I mnie będzie łatwiej, jeśli nie będę się martwił, że jesteś sama w święto.

Zastanowiłam się nad jego propozycją.

- Mam wrażenie, jakbym znalazła się na rozstaju dróg.

Uśmiechnął się i wyciągnął do mnie rękę.

- W takim razie chodź ze mną.

Rozdział 21

- COŚ NIE TAK? - zapytał Tyler, trącając moje kolano swoim.

Pokręciłam głową, wpatrując się w tył głowy kierowcy. Okno Travisa było uchylone. Palił i rozmawiał z żoną. Żadnemu z nich nie przyszło do głowy, by zwiększyć ogrzewanie, kiedy do auta wpadało zimne powietrze.

Travis był za duży jak na małą srebrną toyotę camry, którą prowadził, i o wiele za często uśmiechał się do żony. Trzymali się za ręce, gadali o zrobieniu sobie wolnego przed drugim rokiem college'u i o tym, że te święta będą o wiele lepsze od poprzednich.

Podniosła ich dłonie i uderzyła nimi w deskę rozdzielczą, udając obrażoną.

- Poważnie? Musiałeś o tym przypominać?

Uśmiechnął się, zadowolony z siebie.

- Jeśli w ten sposób mogę zyskać trochę współczucia, kochanie, to jak najbardziej będę o tym przypominać.

Zrobiła scenę, odwracając się na fotelu, choć nijak nie wychodziło jej odgrywanie, że się gniewa.

- Nic tym nie wskórasz. Bądź miły, bo nigdy więcej za ciebie nie wyjdę.

Uniósł jej dłoń i pocałował palce, patrząc na nią, jakby była najpiękniejszą gwiazdą na niebie.

- Ależ tak, wyjdziesz.

Oboje byli pogrążeni w swoim świecie, ledwie dostrzegali Tylera czy mnie, choć Travis o mało nie zwalił nas z nóg podczas powitania w terminalu. Razem z żoną, Abby, odebrał nas z lotniska w Chicago i teraz marzłam na tylnym siedzeniu, od czasu do czasu robiąc uniki przed jarzącymi się drobinkami popiołu lecącego od przodu. Od tego ich trzymania się za rączki i demonstracyjnego szczęścia dostawałam już lekkich mdłości i zaczynałam żałować, że dałam się namówić na tę wyprawę.

- Hej - rzucił Tyler, poklepując mnie po kolanie. - Będzie super.

Travis podniósł szybę i wtedy dopiero zwiększył ogrzewanie.

Wyobrażałam sobie, że dam mu po uchu i powiem, że to Tyler.

- Denerwujesz się? - spytała Abby, oglądając się na mnie.

Patrzyła mi prosto w oczy, piękna i pewna siebie. Jej miodowe włosy były długie i naturalnie cudowne, szare oczy tak przenikliwe, że każdy musiał się speszyć pod jej badawczym spojrzeniem. Zastanawiałam się, czy to dlatego, że jej mąż był najbardziej onieśmielającą osobą, jaką w życiu spotkałam, czy też sama ma w sobie coś takiego.

- Nie. A powinnam? - spytałam.

- Ja miałam lekką tremę podczas pierwszego Święta Dziękczynienia u Maddoxów.

Tyler trzepnął w oparcie jej fotela.

- To dlatego, że udawałaś, że dalej jesteś z Travisem.

- Hej! - zawołał Travis, wyciągając rękę za siebie, by pacnąć Tylera.

- Dość tego! Przestańcie natychmiast! - zakomenderowała Abby. Przypominała mi mnie, kiedy byłam w baraku z dwudziestką niesfornych facetów.

- O, nie byliście razem w zeszłym roku? - spytałam. - Myślałam, że pobraliście się w marcu.

- Tak - potwierdził Travis, nie wiadomo czemu szczerząc zęby.

Abby uśmiechnęła się znacząco, prowokując mnie, bym ich osądziła.

- Strasznie się pokłóciliśmy, okropnie, tak naprawdę zerwaliśmy, a potem uciekliśmy do Vegas, żeby wziąć ślub. Jeszcze raz pobierzemy się na St. Thomas w marcu, w naszą rocznicę.

- Ellie też wtedy przyjedzie - oznajmił Tyler. - Jest moją osobą towarzyszącą.

- Rozmawialiśmy o tym - sprostowałam szybko. - Nie sądzę, bym dała już odpowiedź.

- To aparat? - spytała Abby, opuszczając wzrok na torbę leżącą na moich kolanach.

- Tak.

- Jesteś zawodową fotograficzką czy to tylko po to, by uchwycić wygłupy rodziny Maddoxów w Święto Dziękczynienia?

- Ellie jest fotoreporterką czasopisma z Estes Park. Jeździ za miejscową jednostką specjalizującą się w walce z wielkimi pożarami lasów. Opublikowała spory materiał na ten temat.

- Chciałabym zobaczyć twoje prace - powiedziała Abby. - Potrzebujemy fotografa na ślub. Ile bierzesz?

- Nie biorę - odparłam.

- Nie bierzesz pieniędzy? - podchwycił Travis. - Wynajmujemy cię!

- Jest naprawdę dobra - zapewnił Tyler.

- W takim razie nie masz wyjścia, musisz przyjechać - oświadczyła Abby.

Tyler trącił mnie łokciem, zadowolony.

Abby zmrużyła oczy i przypatrzyła się szwagrowi.

- Jak się poznaliście?

- Na imprezie - powiedział Tyler, odchrząkując.

- Jakiego typu imprezie?

- U mnie - rzuciłam.

- Więc mieszkasz w Estes Park? - spytała.

- Tak.

- Tam kończyłaś studia?

- Abby, do jasnej cholery. Co to za przesłuchanie? - zaoponował Tyler.

- Po prostu nawiązuję rozmowę - odparła, uśmiechając się jakby nigdy nic. Była świetna. Nie byłam tylko jeszcze pewna, w czym dokładnie.

Uniosłam dumnie brodę.

- Moi rodzice mają tam dom. Mieszkałam tam do niedawna. Teraz pracuję w redakcji i mam mieszkanie w Estes Park.

- Jak to się stało, że trafiłeś na przyjęcie do domu jej rodziców, Tyler? To twoi klienci? - spytała Abby.

- A skąd - odburknął, patrząc w okno.

Spojrzała na Travisa.

- On coś kręci.

Tyler zgromił ją wzrokiem.

- W porządku, ptaszynko - odezwał się ubawiony Travis. - Dość już tego śledztwa na dziś.

- To ona tym się zajmuje? - spytałam. - Jesteś gliną?

Wszyscy się uśmiali, poza mną.

- Nie - powiedziała Abby. - Jestem studentką. Kilka wieczorów w tygodniu uczę matematyki.

Uniosłam brew.

- Może powinnaś jednak rozważyć pracę w policji.

Abby zdawała się zadowolona.

- Słyszałeś, Trav? Powinnam zostać gliną.

Znów pocałował jej dłoń.

- Nie sądzę, żebym to wytrzymał.

- Ja też nie sądzę - dodał Tyler. Nachylił się do mnie i szepnął mi do ucha: - On trochę bzikuje na jej punkcie.

- Znam podobne przypadki - powiedziałam.

Tyler zastanowił się nad moimi słowami, a potem uśmiechnął się, najwyraźniej uznając to za komplement.

Podjechaliśmy przed mały dom z garażem obok, przed którym stał okropny czerwony dodge intrepid. Na zewnątrz wyszedł okrągławy starszy pan z dobrze umięśnionym chłopakiem o ostrzyżonych na zapałkę włosach i z wytatuowanymi rękami, jak u Travisa i bliźniaków.

- Trent? - spytałam.

Tyler skinął głową.

Kiedy Travis zaparkował, Tyler wyskoczył z auta i pukał w bagażnik, aż brat go otworzył. Tyler złapał nasze plecaki i zarzucił sobie na ramię.

- Nie wozisz ze sobą tyle rzeczy co ja - powiedziała Abby. - Jestem pod wrażeniem.

Uśmiechnęłam się, nadal niepewna, czy zamierza się ze mną zaprzyjaźnić, czy wręcz przeciwnie.

- Chodźcie, chodźcie! - wołał pan Maddox.

Tyler uściskał na niedźwiedzia ojca, klepnął Trenta po ramieniu, po czym też go objął.

- Trent - powiedział brat Tylera, potrząsając moją dłonią.

- Ellie - odparłam. - Bardzo mi miło.

- Tak się cieszymy, że zdecydowałaś się przyjechać - powiedział pan Maddox.

- Jestem bardzo wdzięczna za zaproszenie, panie Maddox.

Zaśmiał się, kładąc dłoń na brzuchu, niczym ciężarna kobieta pieszcząca rosnące w niej dziecko.

- Mów do mnie po prostu Jim, dzieciaku. Chodźcie z tego zimna! W tym tygodniu strasznie się ochłodziło.

Trent przytrzymał przed nami skrzypiące siatkowe drzwi, a ja weszłam do ich malutkiego domu. Wytarty dywan i meble przywodziły na myśl film Prezent pod choinkę. Niemal spodziewałam się, że zaraz na szczycie schodów pojawi się Ralphie w różowym stroju króliczka, a potem uśmiechnęłam się na wspomnienie, jak podczas wielu Świąt Dziękczynienia oglądałam ten film z kolan ojca, kołysząc się, gdy zaśmiewał się przez ponad godzinę.

Teraz wdychałam zapach dymu papierosowego i starego dywanu, czując się dziwnie swobodnie. Przystanęliśmy w kuchni. Patrzyłam, jak dziewczyna, która myła naczynia w zlewie, wyciera ręce i zarzuca wytatuowane ramiona Tylerowi na szyję. Uściskał ją, a potem podała mi dłoń. Jej palce były pomarszczone od wody z mydlinami, ale zdołałam odczytać na nich napis lalka. W nosie miała kolczyk z brylantem, a pod mocnym makijażem oczu była szokująco piękna. Wszystko - od podgolonej fryzury na pazia po nieśmiały uśmiech - przypominało mi Paige.

- To Cami - przedstawił ją Trent.

- Lub Camille - dodała. - Jak wolisz. Miło cię poznać.

- Cami należy do Trenta - wyjaśniła Abby, wskazując na odpowiedniego brata.

- Tak naprawdę... to ja należę do niej - sprostował Trent.

Camille machnęła ręką, stając na boku stopy.

- I chyba go zatrzymam.

- Powinnaś, dobrze radzę - powiedział Trent, mrugając do niej.

Tyler odchrząknął.

- Gdzie śpimy?

- Pokażę wam - zaoferowała Abby.

Pocałowała męża w policzek i poprowadziła nas na górę do sypialni z piętrowym łóżkiem i komodą. Na ścianach z boazerią wisiały ramki ze zdjęciami brudnych bliźniaków i ich szkolne fotografie, ze zbyt dużymi zębami w dziecinnych twarzach i z potarganymi włosami. Na półce tłoczyły się trofea futbolowe.

- Proszę - powiedziała Abby, zakładając włosy za ucho. Oparła dłonie na biodrach, rzucając raz jeszcze okiem na pokój, by upewnić się, zanim wejdziemy, czy wszystko jest w porządku.

- Na łóżku jest świeża pościel. Łazienka w korytarzu dalej, Ellie.

- Dziękuję.

- Do zobaczenia na dole. Cami i ja nakrywamy już do stołu, jeśli chcielibyście coś zejść. Potem poker.

- Nie graj z nią - ostrzegł mnie Tyler, wskazując Abby.

- A co? Oszukuje? - spytałam.

- Nie, ale gra jak zawodowiec. Wyciągnie od ciebie wszystkie pieniądze.

- Nie wszystkie. - Spiorunowała go wzrokiem. - Zawsze trochę oddaję.

Tyler mruknął coś pod nosem, a Abby zostawiła nas samych, zamykając za sobą drzwi. Pokój nagle zrobił się maciupeńki. Zdjęłam kurtkę.

- Ellie.

- Tak?

- Wydajesz się dość spięta.

- Przydałyby się piwo i papieros.

Podał mi miękką paczkę i zapalniczkę i przeszedł parę kroków, żeby uchylić okno. Zapaliłam i zaciągnęłam się głęboko, przytrzymując w płucach dym, po czym przyklękłam przy oknie i wypuściłam go na zewnątrz.

Tyler też zapalił papierosa i sięgnął za komodę, skąd wyciągnął małą czerwoną miseczkę z wycięciami na brzegu.

- Tajna popielniczka? - rzuciłam ubawiona.

- Tak. Nigdy jej nie odkrył. Byliśmy z tego dość dumni.

- Buntownicy.

Tyler zaciągnął się i wydmuchał dym za okno, popatrując w dół na sąsiedztwo, w którym dorastał.

- Tam sprałem Paula Fitzgeralda na kwaśne jabłko. I Leviego... cholera... nie pamiętam jego nazwiska. Dziwne. Myślałem, że zawsze będę tych chłopaków pamiętał. Ty pamiętasz koleżanki i kolegów z dzieciństwa?

- Większość nadal jest gdzieś blisko. Niektórzy przedawkowali. Niektórzy popełnili samobójstwo. Reszta została. Widuję ich na galach charytatywnych od czasu do czasu. No... w każdym razie tak było... kiedy chodziłam na te imprezy.

- Co to jest właściwie taka gala charytatywna? - zapytał Tyler.

Oboje roześmialiśmy się, a ja pokręciłam głową, zaciągając się po raz ostatni, nim zgasiłam niedopałek w tajnej popielniczce Tylera.

- Wabik na dupków.

- Ale cel jest szczytny, prawda?

Parsknęłam tylko i wstałam, po czym położyłam plecak na dolnym łóżku i odpięłam zamek.

- Chodzi o kasę - rzuciłam, wykładając rzeczy.

Tyler nie odpowiedział, więc obróciłam się i przyłapałam go na tym, że się na mnie gapi.

- Co?

Wzruszył ramionami.

- Po prostu... fajnie... że tu jesteś.

- Dzięki za zaproszenie. Przepraszam, że taka ze mnie wredna maruda.

Przełknęłam ślinę. Gardło miałam suche, ściśnięte. Jim wyglądał mi na piwosza. Miałam nadzieję, że na dole trzyma jakiś sześciopak albo dwa w lodówce. Mogłam tylko starać się opanować i nie pognać od razu na dół, żeby to sprawdzić.

Przesunęłam palcami po grzbietach kilku książek stojących obok trofeów.

- Jakubek i brzoskwinia olbrzymka? - odczytałam tytuł.

- No i co? To cholernie dobra książka.

- Okazuje się, że słusznie nazwałam cię Brzoskwinką.

- Daj spokój - powiedział, wysuwając popielniczkę za okno i obracając, by wysypać zawartość.

Podciągnął szybę do góry.

- A... co z Abby gliną?

Usiadłam na łóżku, a Tyler obok mnie. Wziął moją dłoń i splótł palce z moimi.

- Zwykle nie przyprowadzamy do domu nikogo, więc jest przeczulona. Jest dla nas jak siostra... trochę nadopiekuńcza.

- W porządku. Lubię ją.

Popatrzył na wykładzinę. Parsknął śmiechem.

- Ja też. Naprawdę uratowała naszą rodzinę... uratowała Travisa... na wiele sposobów.

- Widać, że autentycznie się kochają. Aż do obrzydliwości.

Zachichotał.

- Taaak. Dawniej stale się kłócili. Łamali sobie nawzajem serca. Kiedy zerwali, myślałem, że Travis oszaleje. A patrz na nich teraz. Są obłędnie szczęśliwi.

- Przy nich wygląda to na takie łatwe. Jakby każdemu mogło się udać.

- To jest łatwe, Ellie.

- Nie jestem Abby.

- U niej też sporo się w życiu działo. Gdybyś poznała jej historię, mogłabyś zmienić trochę podejście.

- Wątpię. Myślałam, że nie będziemy o tym rozmawiać.

- O czym?

Spiorunowałam go wzrokiem, a on uśmiechnął się do mnie, a w policzku pojawił mu się ten dołek i nie mogłam się dalej wściekać.

- Chcę być z tobą, do obrzydliwości - powiedział.

- No... skoro stawiasz to w ten sposób...

Nachylił się i poskubał ustami moje wargi. Moje ciało od razu zareagowało, nie domagając się niczego innego poza nim. Wsunęłam dłonie pod jego koszulę i powędrowałam mu czubkami palców po plecach.

- Nie - szepnął. - Nie to miałem na myśli.

Odsunął się i wyłowił moje ręce spod koszuli. Westchnął.

- Jutro wieczorem mija rok od czasu, kiedy widziałem młodszego brata cierpiącego bardziej niż kiedykolwiek.

- Wygląda na to, że jednak wszystko dobrze się ułożyło.

- To sobie powtarzam. Patrzę na nich i przypominam sobie, ile ich kosztowało, żeby znaleźli się w tym punkcie, jaka pogubiona i uparta była Abby i jak Travis się nie poddawał.

- Tyler...

- Nie mów tego. Mamy cały weekend przed sobą.

Pocałował kącik moich ust, a potem wstał i pociągnął mnie za sobą. Poszliśmy na dół, trzymając się za ręce. Abby łypnęła na nas okiem, a Tyler puścił mnie i dołączył do braci w drugim pokoju.

- To nadal tylko przyjaźń? - spytała.

- A ty od razu do rzeczy, co?

Wzruszyła ramionami.

- Nie ma sensu robić podchodów. Ci chłopcy wiele przeszli. Z jakiegoś powodu też zawsze pakują się w najtrudniejsze sytuacje.

- Pewnie sama wiesz to najlepiej - docięłam jej, opierając się o blat, żeby się podciągnąć i na nim usiąść. Złapałam jabłko z miski z owocami, otarłam o dżinsy i ugryzłam. - A kto ciebie przesłuchiwał w sprawie Travisa?

Abby uniosła brew.

- Celny strzał.

- Spokojnie, dziewczyny. Jesteśmy wszystkie po tej samej stronie - odezwała się Camille, kiedy chrupałam jabłko.

Abby uśmiechnęła się krzywo.

- Naprawdę?

- Tyler jest moim przyjacielem - oświadczyłam.

Camille i Abby wymieniły znaczące spojrzenia, a potem Abby nachyliła się nad blatem obok mnie.

- My wszystkie tak mówimy. A więc... przywieziesz aparat na mój ślub?

Spojrzałam na nie, wpatrzone we mnie wyczekująco. Wreszcie kiwnęłam głową, dwa razy, powoli, z przekonaniem.

- To będzie dla mnie zaszczyt.

- America będzie się ciskać - ostrzegła Camille.

- Kim jest America? - spytałam.

Abby była wyraźnie ubawiona.

- Moja najlepsza przyjaciółka. Planuje całą tę imprezę. Nie lubi, jak się wtrącam.

- We własne wesele? - zdziwiłam się.

- Travis i ja uciekliśmy, żeby się pobrać, więc w pewien sposób jestem jej to winna. Zresztą nie chcę układać planów, ale skoro mamy teraz w rodzinie fotograficzkę...

- Oni się tylko przyjaźnią - droczyła się ze mną Camille.

- Prawda. - Abby mrugnęła porozumiewawczo. - Zapomniałam.

- Kochanie! - zawołał Travis.

Abby przeprosiła i poszła do sąsiedniego pokoju, gdzie bracia siedzieli przy okrągłym stole, patrząc w karty, które trzymali w dłoniach. Nachyliła się przez ramię męża, by sprawdzić, co ma w ręce, i szepnęła mu coś do ucha.

- Pierdoleni oszuści! - wrzasnął Trent.

- A niech to szlag! - warknął Jim. - Co to za język?!

- Kantują! - oznajmił Trent, wskazując czterema palcami na Travisa i Abby.

- Z twoją żoną już nie gramy, Trav - wtrącił Tyler. - Jak nie przestaniesz, ciebie też wykluczymy z gry.

- A pieprzcie się. Po prostu jesteście zazdrośni - powiedział Travis, całując żonę w policzek.

Tyler popatrzył przez moment na mnie i znów skupił się na kartach.

Ścisnęło mnie w brzuchu. Travis i Abby, obrzydliwie szczęśliwi i bezwstydni w afiszowaniu się z tym, znajdowali się w punkcie, do którego, jak myślał Tyler, zmierzaliśmy. Dlatego nie chciał mi uwierzyć, a nawet słuchać, co mówię. Wiedział, że Travis i Abby przetrwali wszystko, co ich spotkało, i sądził, że z nami będzie podobnie.

Zeskoczyłam z blatu i pociągnęłam klamkę lodówki. Zobaczyłam butelki Sama Adamsa ustawione rzędem na półce na drzwiach. Złapałam jedną i pociągnęłam za kapsel, po czym wzięłam łyk. Od razu się odprężyłam i przestałam się zamartwiać.

- Przyjedziesz znów na Boże Narodzenie? - spytała Camille.

Pokręciłam głową i zaczynałam formułować dlaczego, ale wtrącił się Tyler:

- Jasne. Ale będziemy w Kolorado na moje urodziny. Taylor postanowił wydać przyjęcie.

- Jestem zaproszona? - rzuciłam, przekomarzając się z nim.

- Strasznie mi żal, że mieszkacie tak daleko - powiedziała Abby. - Przecież i tu moglibyście sprzedawać ubezpieczenia.

Tyler poruszył się zmieszany, a ja zauważyłam błysk w jej oczach. Była naturalnym wykrywaczem kłamstw. Wiedziała, że bliźniacy ściemniają.

- Tak, ale tam nieźle zarabiamy, Abby. I podoba nam się w Kolorado.

- Dobrze sobie radzicie, chłopcy. Róbcie tak dalej, jeśli tak to lubicie - odezwał się Jim.

Popatrzyli na siebie z Abby.

O jasna cholera. Jim też wiedział.

- Czy ktoś zna pana o latynoskiej urodzie, który zaparkował przed domem wynajętym lexusem i stoi tu już pół godziny? - zapytał.

Abby podbiegła do okna, żeby zobaczyć, a chłopcy od razu spoważnieli. Krzesła zazgrzytały, kiedy wstawali od stołu, by przejść niewielki salon. Przecisnęli się za kanapę i telewizor i wyjrzeli na zewnątrz. Przez chwilę naradzali się. Nikt nie znał kierowcy lexusa, ale nie wątpili, że tata miał rację. Facet obserwował ich dom.

Zastanawiałam się, czy to może Trex, a Tyler udaje, że nie ma pojęcia, kto to. Ale nie był najlepszy w kłamaniu, a Abby wyraźnie nic takiego nie wyczuła.

Podeszłam, stanęłam za Tylerem i aż się wzdrygnęłam.

- O rany.

- Co? - Obejrzał się na mnie. - Wiesz, kto to?

Cała rodzina Maddoxów skupiła uwagę na mnie, a ja cofnęłam się zażenowana.

- To Marco.

- Jaki Marco?

Podniosłam wzrok na Tylera i popatrzyłam na niego spod rzęs, upokorzona tym, co powiem.

- Przydupas mojej siostry. Musiała go wysłać, żeby miał na mnie oko.

Tyler wskazał palcem okno.

- Widziałem go już.

- Tak, któregoś razu zabierał mnie i Finley z baru.

- Nie. Widziałem go przed redakcją... przed domem, gdzie mieszkam. Obserwuje cię od dawna.

Wyraz mojej twarzy natychmiast zaczął się zmieniać - od zdumienia, po niedowierzanie i wreszcie wściekłość. Przepchnęłam się obok Tylera i wyszłam. Pomaszerowałam do lexusa. Widziałam panikę w oczach Marco, kiedy przecinałam ulicę i gwałtownie otworzyłam drzwi od jego strony.

- Co ty tu robisz, do cholery?

Marco rzucił plotkarskie pisemko, które trzymał w dłoni.

- Ellie! Co za niespodzianka!

Pokręciłam głową, wyciągnęłam telefon z tylnej kieszeni dżinsów. Przyłożyłam do ucha. Z każdym sygnałem byłam coraz bardziej wkurzona.

- Nie mogę uwierzyć, że nie przyjedziesz na Święto Dziękczynienia - odezwała się wreszcie Finley. - Nie mogę uwierzyć, że przekreśliłaś naszą rodzinę. Przecież oni tylko chcą ci pomóc!

- Odeślij Marco do domu. Natychmiast. Albo wezwę policję.

- O czym ty mówisz?

- Stoję obok niego... w Eakins, w Illinois! Co ci odbiło?! - wrzasnęłam.

Usłyszałam zbliżające się szybkie kroki i zobaczyłam, jak ulicę przebiega Abby. Zarzuciła mi na ramiona kurtkę Tylera. Skrzyżowała ręce przed sobą i spiorunowała wzrokiem Marco. Wydychała obłoczki białej pary, niczym byk szykujący się do ataku. Po raz pierwszy od czasu, kiedy opuściłam baraki oddziału górskiego, poczułam, że mam za sobą małą armię.

- Ellison - zaczęła Finley - nie odzywasz się do nas. Stale wypytujemy się nawzajem o ciebie, czy ktoś miał z tobą kontakt, czy w ogóle żyjesz. Jeśli nie odbierasz moich telefonów i nawet nie oddzwaniasz, nie zostawiasz mi wyboru! Nie będę przepraszać za to, że cię kocham!

Westchnęłam, podnosząc dłoń do twarzy.

- Masz rację. Nie dzwoniłam. Mimo wszystko jednak nie musisz wysyłać swojego matoła, żeby mnie śledził. Masz pojęcie, jakie to upokarzające? Cała rodzina Tylera na to patrzy!

Abby dotknęła mojego ramienia.

- To nie najgorsza rzecz, jaką widzieli. Nie masz się czego wstydzić.

Finley pociągnęła nosem.

- Cholera, Fin, nie płacz.

- Tęsknię za tobą. Jesteś moją najlepszą przyjaciółką. A mam wrażenie, że już wcale cię nie znam.

- Ona płacze? - spytał Marco z przerażeniem w oczach.

- Powiedz Marco, żeby wracał do domu. Będę się odzywać przynajmniej raz w tygodniu, obiecuję. Po prostu... nie czuję się jeszcze na sto procent dobrze. Miałam wpadkę.

- Ellie... możemy ci pomóc. Chcemy pomóc. Są fantastyczne ośrodki, do których mogłabyś pojechać. Powiedz tylko słowo...

- Poradzę sobie sama.

- Może... Ale po co, jeśli nie musisz?

Zastanowiłam się nad jej propozycją. Chciałam tego tak samo mocno dla siebie jak dla ludzi, którzy mnie kochali. Obejrzałam się na dom Maddoxów.

- Pomyślę o tym.

- Miłego Święta Dziękczynienia, siostrzyczko. Tęsknimy za tobą. Żałujemy, że cię tu nie ma... nawet mama.

Stłumiłam śmiech.

- Odeślij do domu tego swojego niewolnika.

Marco podniósł ręce.

- Ona bardzo dobrze mi płaci, panno Edson, i naprawdę uwielbiam swoją pracę.

Przewróciłam oczami.

- Każ mu wracać. Jestem pewna, że tęskni za tobą.

- Dobra - powiedziała Finley. - Kocham cię.

Rozłączyłam się, zatrzasnęłam drzwi auta Marco i upewniłam się, że jego telefon zadzwonił, nim wetknęłam swój z powrotem do kieszeni. Abby wzięła mnie pod ramię i przeszłyśmy ulicę.

- Edson? Jak Edson Tech?

- Tak - powiedziałam skrępowana, mrużąc oczy w popołudniowym słońcu.

- Wpadkę?

Westchnęłam. Nie było sensu dłużej zaprzeczać.

- Jestem alkoholiczką, Abby. Rodzice chwycili się ostatniej deski ratunku. Postanowili być twardzi. Przedtem byłam nie do opanowania.

- Moja mama też pije. Pamiętam, jak kiedyś rozpaczliwie starała się przestać.

- Nie potrafiła z tym zerwać?

- Nie dała rady sama. A jest zbyt dumna, by prosić o pomoc.

Spuściłam wzrok, kopiąc butem w nierówność chodnika.

- Nie zasługuję na pomoc siostry. Nie zasługuję na niczyje wsparcie.

- Czy Tyler mówił ci o mnie i Travisie?

- Niewiele.

Abby odgarnęła włosy za uszy i popatrzyła na dom.

- Byłam pewna, że do mnie nie pasuje. Powiedzieć, że moja rodzina była dysfunkcyjna, to mało. Ojciec o mało mnie nie zabił. Odpychałam od siebie Travisa, myślałam, że byłby dla mnie złym wyborem. A potem znowu go odpychałam, bo myślałam, że to ja jestem dla niego nieodpowiednia. Kiedy wreszcie go do siebie dopuściłam, okazało się, że wszystko to bzdury i że jest nam ze sobą bardzo dobrze.

- Ja od początku wiedziałam, że jestem dla Tylera nieodpowiednia. Nie chciał mnie słuchać.

- Jak chłopaki Maddoxów się zakochują, to nie ma zmiłuj... - stwierdziła z zadumą Abby.

- Co?

- Jeśli się w tobie zakochał, a już samo to, że tu jesteś, mówi mi, że tak, to nie odpuści. A widzę, że tobie też na nim zależy.

Skinęłam głową.

- To dobry przyjaciel.

Zmrużyła oczy. Jej radar poszedł w ruch.

- Racja.

- Oczywiście, zależy mi na nim - palnęłam. - Może nawet... czuję się winna, że ani nie potrafię go do siebie dopuścić, ani pozwolić mu odejść. Jedno i drugie wydaje się nie w porządku.

- Dokładnie rozumiem, jak się czujesz - stwierdziła bez wahania Abby. - Ale twoja siostra ma rację. W tej chwili nie kochasz siebie. Dlatego nie potrafisz uporządkować relacji z Tylerem. Dlatego tego nie chcesz.

Sfrustrowana, parsknęłam śmiechem.

- Muszę się napić.

- Naleję ci jednego drinka. Ale na twoim miejscu przyjęłabym każdą pomoc, którą mogłabym dostać, gdyby to znaczyło, że po drugiej stronie może czekać mnie szczęście. I wierz mi... ci chłopcy... Kiedy są szczęśliwi, to jest jak w bajce. Nie potrafią robić nic na pół gwizdka, tym bardziej jeśli chodzi o uczucia.

Bracia wyszli z Camille na ganek, kiedy Marco właśnie ruszał od krawężnika. Tyler zszedł po schodkach i przeciął podwórko, po czym otoczył mnie ramieniem.

- Wszystko w porządku?

Skinęłam głową.

- Finley? - zapytał.

- Nic się nie stało. Nie oddzwaniałam. Martwili się o mnie.

Pocałował mnie w skroń.

- Chodź, bo zmarzniesz.

Poprowadził mnie do środka, a Abby ruszyła za nami. Travis natychmiast ją uściskał i zaczął rozcierać dłońmi jej ramiona. Potem wziął jej ręce i pochuchał na nie. Patrzyli sobie w oczy, jakby łączył ich jakiś sekret. Nagle ta czułość wcale nie wydawała się już taka odstręczająca.

Rozdział 22

TYLER POMÓGŁ MI ZDJĄĆ kurtkę, po czym usadowiliśmy się, by obejrzeć jakiś dokument na Netflixie - najwyraźniej była to ulubiona rozrywka Jima.

Tyler i ja siedzieliśmy na kanapie obok Travisa i Abby. Trent i Camille ułożyli sobie poduchy na podłodze i szeptali między sobą, kiedy rysował coś na jej dłoni markerem. Jim siedział w swoim fotelu, oczy coraz bardziej mu się kleiły.

Nachyliłam się do Tylera.

- A gdzie Taylor?

- W drodze. Musiał najpierw coś załatwić.

Skinęłam głową.

- A najstarszy? To Thomas?

- Tak. W tym roku szef zaprosił go do siebie do domu. Nie mógł odmówić.

Przytaknęłam znowu. Tyler oparł się zrelaksowany na sfatygowanej poduszce kanapy, kładąc dłoń na moim kolanie. Nikt nie czepiał się nas przez tę nieokreśloną przyjacielską relację, jak się tego obawiałam. Po prostu siedzieliśmy tak, spędzając razem czas, co dla Maddoxów wydawało się rzadką chwilą spokoju.

Kiedy zaczęły lecieć napisy końcowe po drugim filmie dokumentalnym, który obejrzeliśmy, drzwi frontowe się otworzyły i pojawił się w nich Taylor, rzucając torbę na podłogę.

- Pobudka, półgłówki! Jestem!

Trent i Travis podskoczyli i od razu rzucili się na brata. Wszyscy trzej wypadli na ganek, lądując z łomotem na deskach. Po chwili tej szamotaniny Tyler westchnął.

- Zaraz wracam.

Podbiegł pomóc bliźniakowi, a ja skrzywiłam się kilka razy, widząc, jak zapasy przybierają na sile.

Jim ciężko podniósł się z fotela i ruszył do drzwi.

- Dobrze, dobrze! Dość już tego!

Trącił stopą plątaninę Maddoxów, a Travis wyrwał się wreszcie z tej szarpaniny i zaczął rozdzielać resztę.

Abby spokojnie pokręciła głową. Camille obserwowała scenę z podłogi ani trochę niezaniepokojona.

Chłopcy weszli zdyszani, chichocząc, z czerwonymi śladami na twarzach i rękach. Trent wierzchem dłoni osuszył krwawiącą lekko dolną wargę, a Travis wskazał go i zaczął się śmiać.

- Nie łap mnie następnym razem za jaja, obciągaczu - powiedział Tyler.

Camille podeszła do lodówki i wróciła ze śmiechem, by przyłożyć do ust Trenta małą paczuszkę lodu owiniętą ściereczką.

- Boże, zmiłuj się - mruknął Jim, wracając na fotel.

Travis zdawał się niedraśnięty, ale Tyler z trudem dokuśtykał do kanapy.

- Rany - szepnęłam.

Abby poklepała mnie po kolanie.

- Lepiej do tego przywyknij. Oni tak często.

- Nic ci się nie stało? - spytałam.

Tyler pociągnął za dżinsy w kroku.

- Ten pierdolknykieć próbował wyrwać mi jaja.

Trent uniósł głowę.

- Dobre. Podoba mi się.

- To australijskie - poinformował Tyler.

- Fajne - pochwalił Trent, kiwając głową.

- Pasuje do Trentona - dodał Tyler.

Trenton zmarszczył brwi, kiedy wszyscy inni się zaśmiali - nawet Camille i Jim. Sięgnął po torbę Taylora i rzucił w jego stronę. Taylor złapał ją, podbiegł do taty, nachylił się, żeby pocałować go w czubek głowy, a potem ruszył na górę.

- Doprowadzicie mnie do zawału, chłopcy - mruknął Jim.

- Nie, objadanie się bekonem co rano doprowadzi cię do zawału - zaoponował Trent.

- To Maddox - powiedział Travis - jest niezniszczalny.

Ktoś zapukał do drzwi, a kiedy się otworzyły, ukazały dwie pary, młodszą i starszą. Starszy pan bardzo przypominał z wyglądu Jima.

Wszyscy poza Tylerem i Jimem wstali, łącznie z Abby. Zarzuciła ręce na szyję szokująco pięknej długonogiej blondynce. Gadały jak najęte dobre dwie minuty.

Tyler skinął głową.

- To America. Najlepsza przyjaciółka Abby i dziewczyna Shepleya. Shepley to nasz kuzyn. Jego tata, Jack, to brat taty, a jego mama, Deana, to siostra mamy.

Obróciłam się do niego.

- Pogubiłam się.

Uśmiechnął się, spodziewając się takiej reakcji.

- Shepley jest naszym bratem stryjecznym i ciotecznym. Jego rodzice byli rodzeństwem naszych rodziców. Tata i Jack. Mama i Deana.

- Więc Jack i Jim... Deana i...?

- Diane - wymówił z szacunkiem jej imię Tyler.

Popatrzyłam na Deanę, zastanawiając się, na ile jest podobna do Diane i czy to trudne dla Jima i jego synów. Gospodarz wydawał się uradowany, witając gości.

- A co z tymi imionami? - spytałam.

- Nie wiem - przyznał Tyler. - Może to zwyczaj ze Środkowego Zachodu? Rodzeństwo rodziców dostawało imiona zaczynające się na tę samą literę, więc mama zrobiła to też w naszym przypadku.

Taylor z tupotem zbiegł na dół i władował się między Tylera i mnie. Tyler dał mu mocnego kuksańca łokciem, aż tamten zawył.

- Ja pierdolę! - wrzasnął.

- Przestańcie kląć, do jasnej cholery! - upomniał go Jim.

Jack pomógł Deanie zdjąć palto; pocałowała go w policzek, a on poszedł odwiesić je do szafy. Trenton, z pomocą Shepleya, przyniósł krzesła z jadalni.

Kiedy tylko kuzyn usiadł, bracia zaczęli mu dogryzać.

- Nadal nie ma pierścionka na palcu Mare, Shep? - zapytał Taylor. - Już jej nie kochasz?

- Zamknij się, palancie. A gdzie twoja dziewczyna? - odparował tamten.

- Tutaj - powiedział Taylor i otoczył mnie ramieniem.

Pocałował mnie w policzek, co spowodowało, że Tyler zwalił go na podłogę.

Jim pokręcił głową.

- America może planować tylko jeden ślub naraz - rzuciła żartobliwie Deana, mrugając do Abby.

Taylor rozcierał łokieć.

- Poznaliście Ellie? Jej tata to Philip Edson. Z Edson Tech.

- O rany - powiedziała America. - Więc jesteś... miliarderką? - Złapała Shepleya za rękę. - To dziedziczka fortuny! Chyba widziałam twoje zdjęcie w magazynie "People".

- Raczej mojej siostry Finley. Tata jest miliarderem. Ja jestem kompletnie spłukana, wierz mi - zapewniłam.

- Ojej - wybąkała zmieszana America.

- Ellie jest fotoreporterką. Pracuje dla "Górskiego Echa" - wyjaśnił Tyler.

- Robi zdjęcia z akcji gaszenia pożarów - dodał Taylor. - Były publikowane w pięciu numerach pisma w lecie.

- Imponujące - odezwała się ze słodkim uśmiechem Deana. - Wygląda na to, że sama świetnie sobie radzisz. Będę musiała poszukać tego magazynu i zobaczyć.

Nagle Taylor i Tyler zrobili się nerwowi.

- Nie mamy własnej strony w sieci. Postaram się wysłać pani kilka egzemplarzy, jeśli będą dostępne - powiedziałam.

Deana skinęła głową, chwilowo usatysfakcjonowana. Oczywiście nie mogłam jej nic przysłać, skoro w reportażach wszędzie widać było brudne twarze Taylora i Tylera, kopiących i wypalających miotaczami pas przerywający ogień.

Bliźniakom wyraźnie ulżyło. Słuchali nowinek rodzinnych. Rodzice Shepleya mieli świętować w tym roku z rodziną Deany. Mówili, że będzie im brakowało wypieków Abby. W środku ich wizyty zadzwonił Thomas i przekazywano słuchawkę z rąk do rąk. Na powitanie zamiast czułych słów padały inwektywy.

Jim i Jack ziewnęli jednocześnie. Deana podniosła się.

- No dobrze. Rano musimy się wcześnie obudzić, mamy przed sobą długą jazdę. Ruszajmy do domu, kochanie.

Jack wstał.

- Jak mógłbym się z tym spierać? - Pocałował żonę, Shepley i America też wstali. Uściskali mnie i pozostałych. Machając na pożegnanie, jedno po drugim wyszli na ganek i ruszyli do auta Jacka.

Travis i Abby stanęli przy oknie objęci i patrzyli, jak tamci odjeżdżają.

Jim podniósł się.

- Dobrze. Do zobaczenia rano, dzieci.

Chłopcy wstali i uściskali ojca. Trenton skoczył do kuchni. Wrócił ze szklanką wody z lodem, zanim ojciec dotarł do korytarza.

- Dzięki, synu - powiedział Jim, upijając łyk po drodze.

- Lizydupa - syknął Taylor.

- Po prostu wiem, co lubi, odkąd... no wiecie... jestem tu, żeby się nim opiekować.

Wszyscy jęknęli.

- Po co o tym wspominasz, Trent - powiedział Tyler. - Odłóżmy to gówno na inne święta.

Trenton podniósł środkowy palec, a potem zebrał rzeczy swoje i Camille.

- Do zobaczenia jutro, dupki.

- Dobranoc, Trent - powiedziała Abby.

Tyler wstał i wyciągnął do mnie rękę.

- Chyba pójdę już na górę. Idziesz?

Skinęłam głową, podniosłam się i przeciągnęłam. Spojrzałam na lodówkę, a Abby skinęła nieznacznie głową, wystarczająco, żebym to zauważyła.

- Przydałoby mi się piwo - rzuciła. - Chcesz jedno?

- Tak, wezmę sobie na górę - odparłam.

Abby ruszyła do lodówki, wyjęła z niej dwie butelki i zerwała kapsle, oparłszy je o blat. Zabrałam jedną, kiedy ją mijałam, a ona mrugnęła do mnie. Tyler jej odmrugnął.

Żadne z nich nie chciało ułatwiać mi picia, ale pomagali mi przetrwać tę wizytę bez ujawniania mojego nałogu. To potrafią zrozumieć tylko dzieci alkoholików.

Tyler zaprowadził mnie za rękę na schody, a potem korytarzem do pokoju.

- Gdzie będzie spał Taylor? - spytałam.

- Na kanapie - odparł Tyler.

Uniosłam butelkę w dłoni.

- Przed Abby nic się nie ukryje, co?

- Jasne. To matka rodu i skoro już z nami jesteś, będzie stała za tobą murem.

- Twojego sekretu też nie zdradza - powiedziałam.

Tyler sięgnął za siebie jedną ręką i ściągnął T-shirt przez głowę. Moje oczy śledziły ruch mięśni na jego torsie. Już zaczynał nabierać ciała po tym, jak wychudł podczas lata, pokonując wiele kilometrów w górach. Zaczynał wyglądać jak dawny Tyler, ładnie się wypełniał.

- Co masz na myśli? - zapytał, rzucając mi swoją koszulkę.

- Ona wie, że nie pracujecie w ubezpieczeniach. W gruncie rzeczy zdekonspirowałeś się, kiedy powiedziałeś o moim reportażu.

- E tam - mruknął, rozpinając dżinsy.

Odstawiłam piwo i rozebrałam się, po czym szybko wsunęłam przez głowę jego koszulkę. Tymczasem on był już tylko w bokserkach i patrzył na mnie z półuśmiechem.

- Miałem nadzieję, że to zrobisz.

- Przecież wiedziałam, że nie dajesz mi jej do uprania.

Zaśmiał się, ale jego uśmiech szybko zbladł.

- O czym rozmawiałyście z Abby przed domem?

Wzruszyłam ramionami, skubiąc dół jego T-shirtu.

- Ona wie. - Wzięłam piwo i pociągnęłam duży łyk. - Dlatego dała mi butelkę. Mówiła, że powinnam przyjąć propozycję Finley.

- Czyli co?

- Pomoc. Jak... - Zaplątałam się, czując, że się czerwienię. - Jestem wysokofunkcjonującą alkoholiczką. Moja rodzina chce wysłać mnie na odwyk.

- Co o tym myślisz? - zapytał.

Po jego oczach widziałam, że w najmniejszym stopniu mnie nie osądza.

- Myślę, że chciałabym być szczęśliwa. Myślę, że pragnę wielu rzeczy, ale boję się powiedzieć to na głos, żeby tego nie spieprzyć.

Ściągnął brwi, w wyrazie jego twarzy malowały się nadzieja i desperacja.

- Mimo wszystko powiedz.

Nerwowo przełknęłam ślinę.

- Chciałabym być z tobą, do obrzydliwości.

Zaśmiał się, robiąc krok naprzód i przyciągając mnie do piersi. Przez bardzo długą chwilę nic nie mówił, tylko trzymał mnie w ramionach, przytulając policzek do moich włosów.

- Nie mogłabyś tego powiedzieć? Chociaż raz?

Spojrzałam na niego, myśląc, jak bym się czuła z tymi słowami na ustach i co by to ze mną zrobiło, gdybym je wypowiedziała. Nie miałam dość odwagi na dwa wielkie wyznania jednego dnia. Wspięłam się na palce i dotknęłam wargami jego ust.

Stał nieruchomo, pozwalając mi się całować, ale nic więcej. Sięgnęłam do jego rąk i poprowadziłam je pod koszulkę, aż jego ciepłe dłonie objęły moje piersi. Jego kciuk pogładził mój sutek; zamknęłam oczy i westchnęłam.

- Wiem, co robisz - szepnął.

- No i? - Całowałam go w szyję.

Nachylił się, przesuwając językiem po wrażliwej skórze za moim uchem, do wycięcia koszulki, a potem małymi pocałunkami powędrował z powrotem. Jego dłonie przesunęły się na moje plecy, przyciągnęły mnie mocniej, unosząc koszulkę, tak że nasze brzuchy się stykały.

Wędrował palcami po moim kręgosłupie, potem pośladkach i przytulił mnie, delikatnie je ściskając.

- Powiedz to, Ellie. Przecież to wiem.

Uklękłam przed nim, a on westchnął zrezygnowany, podpierając się pod boki. Natychmiast stał się twardy, wyprężając się we wnętrzu bokserek. Chwyciłam za elastyczny pasek i pociągnęłam, zwilżyłam dłoń językiem i sięgnęłam po niego. Tyler jęknął, gdy zaczęłam od dołu i lizałam go powoli u nasady.

Mimowolnie odchylił się do tyłu, wypychając naprzód miednicę. Mój język ślizgał się, gładki, ale twardy, aż do czubka, a potem wzięłam go w usta, pomrukując, gdy poczułam go głęboko w gardle.

Trzymałam go u nasady prawą ręką, a kiedy odchylałam się do tyłu, przesuwałam tak samo palce.

- O rany - wymamrotał.

Uśmiechnęłam się, znów się nachyliłam i wzięłam go całego w usta, dławiąc się nieco, kiedy jego dłoń przytrzymała tył mojej głowy, by mógł wcisnąć się głębiej. Leciutko musnęłam mu skórę zębami, kiedy się cofałam. Rozkoszowałam się niskimi pomrukami, jakie mimowolnie wydawał.

Zanim naprawdę zaczęłam, wyrwał się. Usiadł na łóżku. Pokręcił głową.

- Ty to potrafisz zmienić temat. Ale tym razem ci na to nie pozwolę.

Zrobiłam kilka kroków, by stanąć przed nim, i zahaczyłam kciukiem o gumkę swoich majtek. Ściągnęłam je i uśmiechnęłam się lekko, kiedy wylądowały miękko na podłodze.

Tyler nie ruszał się, sięgnęłam więc po jego dłoń i wsunęłam sobie jego palce między uda. Masowałam się nimi okrężnymi ruchami, odchyliłam głowę i pojękiwałam. Przesuwały się coraz łatwiej, kiedy robiłam się bardziej mokra. Czułam, że się łamie.

Włożyłam w siebie dwa jego palce i dwa moje, jęcząc głośno. Złapał mnie za tyłek, jednym ruchem obrócił nas i znalazł się na mnie na swoim łóżku z dzieciństwa.

- Powiedz to - powtórzył, muskając czubkiem najbardziej wrażliwe miejsce między moimi udami.

Uciekłam wzrokiem od jego intensywnego spojrzenia i zamknęłam oczy. Moje ciało błagało, by we mnie wszedł.

- Pieprz mnie - szepnęłam, znów patrząc mu w oczy. Objęłam go, przyciągałam do siebie, ale opierał się.

- Czy tobie w ogóle na mnie zależy? - zapytał. - Nienawidzisz mnie? Czy to jakieś letnie uczucie, czy jesteśmy po prostu przyjaciółmi? Cokolwiek to jest, Ellie, powiedz to.

- Dlaczego nie możemy po prostu tego zrobić? - wysapałam, unosząc biodra.

Cofnął się. Powędrował ustami po mojej brodzie.

- Będziesz dochodziła całą noc - szepnął mi do ucha. - Potrzebuję tylko trochę szczerości.

- Kocham cię - szepnęłam niemal bezgłośnie.

Zanim zdążyłam wypowiedzieć te słowa, wślizgnął się we mnie z jękiem. Ugryzłam go w ramię, starając się stłumić krzyk, kiedy wbił się we mnie mocno.

Zwolnił rytm, nachylając się, by mnie pocałować.

- Powiedz to raz jeszcze.

- Kocham cię - odparłam bez wahania.

Tyler uniósł moje kolano, aż oparło się o jego pierś, i wszedł jeszcze głębiej. Polizał dwa palce i sięgnął między moje nogi, masując okrężnie mój najwrażliwszy punkt, a jego pchnięcia przybierały na sile. Coś we mnie narastało, niby znajome, a jednak inne. Kiedy zaczęłam drżeć, przyłożył mi dłoń do ust, by stłumić moje krzyki, jednocześnie poddając się rozkoszy i pomrukując w zagłębienie przy mojej szyi.

Drżał, z trudem łapiąc oddech, tak jak ja. Wyprężona, unosiłam piersi, starając się nabrać w płuca tyle powietrza, ile tylko zdołam. Tyler zdjął ze mnie swój ciężar, a ja cała płonęłam, wydając jęk.

Pocałował kącik moich ust i opadł obok mnie.

- Obiecałeś mi całą noc - wysapałam.

- Możesz to mieć. Możesz to mieć co noc.

Ukrył twarz w moich włosach, a ja patrzyłam na drewniany spód górnego łóżka z nadzieją, że Abby miała rację. Nie chciałam, by miłość była z mojej strony szaleństwem.

Rozdział 23

- MAM WRAŻENIE, JAKBYŚMY tu mieszkali - powiedziałam.

Położyłam nogi na kolanach Tylera i umościłam się przy niewygodnym bocznym oparciu, które wpijało mi się w plecy.

Siedzieliśmy w terminalu, mając poza plecakami pełne walizki. Były prezentem gwiazdkowym od Travisa i Abby. Okazało się to świetnym pomysłem, bo ani Tylerowi, ani mnie nie przyszło do głowy, że możemy potrzebować czegoś do zapakowania prezentów, które mieliśmy dostać od jego braci.

- Dzwoniłaś do Fin? - zapytał Tyler.

Przywykł do powtarzania tego jak mantry. Od Święta Dziękczynienia przypominał mi, żebym przynajmniej raz w tygodniu odezwała się do siostry.

- Przed wyjściem z domu.

- Dalej są wściekli, że nie przyjechałaś na Boże Narodzenie?

- Na Boże Narodzenie musiałam pojechać na wschód.

- Ellie, kiedy zamierzasz się z nimi zobaczyć?

- Nie zaczynaj - ucięłam.

- Nie możesz unikać ich w nieskończoność.

- Po prostu nie jestem gotowa. Spotkam się, jak będę gotowa.

- Już chyba dziesiąty raz to słyszę w ciągu ostatnich trzech tygodni - burknął.

- Naprawdę?

Skinął głową.

Wsunął słuchawkę do ucha bardziej oddalonego ode mnie. Uśmiechnęłam się, wiedząc, że woli mieć drugie wolne, na wypadek gdybym miała coś jeszcze do powiedzenia. Popukał w ekranik smartfona kciukiem, wybrał piosenkę i odchylił się, wolną ręką przytrzymując moje nogi na swoich kolanach.

Wezwano do odprawy pasażerów, którzy mogli potrzebować więcej czasu, żeby zająć miejsca; następnie zaproszono tych z pierwszej klasy. Było to dla mnie dziwnie zabawne. Pamiętałam dni, kiedy już stałabym z rodziną w kolejce, by wejść i usiąść na pierwszych fotelach... ale to było, zanim dorobiliśmy się własnego samolotu.

Kiedy stewardesa wezwała naszą grupę, Tyler wstał, złapał oba plecaki i swój bagaż na kółkach. Chwyciłam rączkę mojej walizki i pociągnęłam ją za sobą, chichocząc z obładowanego jak wielbłąd Tylera.

- Dajesz radę?

- Jasne.

- Na pewno?

- Tak, mała. Daję radę.

Zatrzymałam się w pół kroku, patrząc na niego, a on w końcu uzmysłowił sobie, co powiedział, i obejrzał się.

- Co?

- Po prostu... nie mówiłeś tak od tamtej kolacji ze Sterlingiem.

- Kiedy pocałowałem cię w policzek? - Zachichotał, przypominając to sobie.

- Tak, kiedy powiedziałam kelnerce, że masz trypra.

Nachmurzył się.

- Ona nadal w to wierzy.

- To dobrze - powiedziałam, przepychając się przed niego.

Oddaliśmy bagaż przy bramce i posuwaliśmy się z innymi naprzód w rękawie prowadzącym do samolotu. Zagonili nas jak bydło do rzędu dwudziestego, foteli C i D. Tyler walczył, by wygospodarować trochę miejsca na nasze plecaki. W końcu upchał mój do górnego schowka nieco dalej, a swój pod siedzenie przed sobą. Padł na fotel i westchnął.

- Co się dzieje? - spytałam.

- Jestem zmęczony. Nie dałaś mi w nocy ani na chwilę zasnąć.

Przycisnęłam nos do jego policzka i zachichotałam.

- Specjalnie się nie opierałeś.

Uniósł brew.

- Niby czemu miałbym popełnić taką głupotę?

- Nie chodzi o ten lot. Jesteś wkurzony od rana.

Zastanawiał się, co powiedzieć, po czym westchnął.

- Myślę o czymś.

- Chodzi o mnie? - spytałam, prostując się.

- W pewien sposób. No tak, ale chcę porozmawiać o tym później.

- Teraz już musisz mi powiedzieć - rzuciłam.

Pasażerowie nadal wchodzili na pokład, przepychając się, by umieścić gdzieś podręczny bagaż. Parę rzędów za nami jakiś mężczyzna klął pod nosem, a potem odszczeknął się ostro stewardesie.

Tyler obejrzał się, oceniając sytuację.

- Po prostu słabe to jest, że po długim weekendzie z tobą wracam do pustego mieszkania.

- Masz współlokatora.

Nachmurzył się.

- Nigdy go nie ma. Zawsze jest u Falyn. Poza tym to nie jego mi brak.

Zamrugałam, od razu pojmując, do czego prowadzi ta rozmowa.

- Czy ona nadal zamierza przyjechać na przyjęcie?

- Podobno - wymamrotał, przyzwyczajony już do moich sprytnych uników.

- Co? - spytałam, trącając go. - Nie lubisz jej?

- Stale się kłócą.

- Hmmm, znam podobną parę.

- My się nie kłócimy. Już nie - powiedział. - W każdym razie nie w tych dniach.

- Co to znaczy?

- Chcę, żebyś się do mnie wprowadziła - wypalił.

- Skąd ten pomysł? Jesteśmy razem od miesiąca. Powoli, Maddox.

Rozejrzał się i zniżył głos.

- Może potrzebuję trochę więcej zaangażowania.

Przestało mnie to bawić.

- Odbiło ci, Tyler? Robisz się jak namolna dziewczyna. Weź się w garść.

- Co? Przecież nie znamy się od wczoraj. Za każdym razem, kiedy jadę do domu, wszędzie widzę ciebie. Wezgłowie, jakie zrobiłaś, to, jak udekorowałaś mieszkanie... to wszystko ty.

- I co z tego?

Rozsunął kolana i przygarbił się w fotelu. Wyglądał jak nadąsane dziecko.

- Zachowujesz się tak dziwacznie, że naprawdę nie wiem, jak reagować - powiedziałam.

Pod skórą szczęki mu chodziły.

- Nie cieszę się na to przyjęcie - oznajmił.

- Tak...?

- Martwię się, że zrobi się niezręcznie. A my i tak jesteśmy w trudnym punkcie.

- Trudnym punkcie? Co ty kombinujesz? I dlaczego miałoby się zrobić niezręcznie?

Stewardesa zaczęła instruować pasażerów, jak się zachowywać w razie sytuacji awaryjnej, i poprosiła o przełączenie urządzeń elektronicznych na tryb samolotowy. Tyler myślał o czymś gorączkowo, ale nie miało to nic wspólnego z lotem.

- Ta dziewczyna, którą pocałowałem w Colorado Springs...

- Tak? - spytałam, szykując się dzielnie na to, co mógł powiedzieć.

- To była Falyn - wydusił z siebie wreszcie. - Pocałowałem Falyn. - Obrócił się do mnie zrozpaczony. - To było tak jak wtedy z tobą i Taylorem. Myślała, że jestem nim, a ja myślałem, że mnie podrywa...

- Całowałeś się z Falyn i dlatego prosisz mnie, żebym się do ciebie wprowadziła?

- Tak.

Pokręciłam głową.

- Pocałowałeś dziewczynę Taylora?

- Wtedy nie była jego dziewczyną.

- Nic nie rozumiem. A co to ma wspólnego z moim wprowadzeniem się?

- Nie wiem, Ellie, ale strasznie się boję. Nigdy jeszcze... - Złapał moją dłoń i pocałował. - Jestem w tobie zakochany. A ty nie powiedziałaś tego od czasu Święta Dziękczynienia. Obruszasz się, kiedy tylko wspominam o zamieszkaniu razem. No dobrze, może i trochę panikuję, ale nie wiem, co zrobię, jeśli każesz mi iść w cholerę.

- Rozumiem.

Tyler czekał, co powiem dalej.

- Prosisz, żebym się do ciebie wprowadziła, bo gdybym dowiedziała się o tobie i Falyn na imprezie, byłoby ci łatwiej powstrzymać mnie, żebym cię nie rzucała? - warknęłam. - Jaja sobie ze mnie robisz czy co?

Skrzywił się.

- Ależ to romantyczne - burknęłam.

Przygarbił się.

- Jesteś na mnie wściekła?

- Tak, choć nie dlatego, że pocałowałeś Falyn.

Spuścił wzrok, nieco zagubiony.

- Ostatni miesiąc był cudowny, Ellie. Dokładnie taki, jak myślałem. Bałem się sylwestra, odkąd dowiedziałem się, że ona tam będzie.

- To może powinieneś był powiedzieć mi całą prawdę, kiedy pierwszy raz o tym rozmawialiśmy. O ile sobie przypominasz, wtedy nie miałam do ciebie pretensji.

- Oj, miałaś.

- No dobrze, miałam, ale to nie zepsuło naszej relacji.

- Słusznie - rzucił zły na siebie. - Masz rację. To się już nie powtórzy.

- Całowanie Falyn, kłamstwa czy prośby, żebym się do ciebie wprowadziła?

Obrócił się do mnie, ściągając brwi, aż utworzyła się między nimi głęboka zmarszczka.

- O rany. Chyba po raz pierwszy jesteś na mnie naprawdę zły.

- To nie jest przyjemne uczucie - odezwał się, nadal nachmurzony.

Samolot ruszył powoli do pasa startowego. W niespełna pięć minut silniki nabrały mocy, porwały nas naprzód i maszyna wzbiła się w powietrze.

Tyler zsunął dłoń na moją, odchylając się na oparcie fotela.

- Nie zdawałem sobie sprawy, że to będzie takie straszne - szepnął.

- Mówiłam ci - odparłam.

Rozchylił powieki i obrócił się twarzą do mnie. Nawet z tymi podkrążonymi oczami i wczorajszym zarostem na twarzy był szaleńczo przystojny.

- A ja mówiłem, że to jest tego warte. - Ścisnął moją dłoń. - I jest.

Uśmiechnęłam się.

- To, że tego nie mówię, nie znaczy, że jest inaczej.

Odwzajemnił uśmiech.

- Czyli mnie kochasz? Czemu tak trudno ci to powiedzieć?

Wzruszyłam ramionami.

- W twojej rodzinie bardzo często się to mówi. W mojej nie. Po prostu nie wydaje się to naturalne. Ale tak. Kocham cię.

Musiałam zmusić się do wydukania tych słów, ale nie do uczucia, które się za nimi kryło.

Pocałował mnie w czoło, a ja wtuliłam się w jego ramię i objęłam go. Oparł policzek na mojej głowie, jego oddech wyrównał się i Tyler zasnął. Nie obudził się do czasu, kiedy stewardesa przekazywała ostatnią informację.

- Zaczynamy schodzić do lądowania. Proszę wyprostować oparcia foteli i zapiąć pasy. Bagaż podręczny powinien być bezpiecznie wsunięty pod siedzenia z przodu lub zamknięty w schowkach na górze. Dziękuję.

Tyler poruszył się i przetarł oczy.

- Oj. Długo spałem?

- Już lądujemy, więc trochę ponad dwie godziny.

- Ja cię kręcę. Musiałem być bardziej zmęczony, niż myślałem.

Wyciągnęłam szyję i nachyliłam się, by pocałować go w policzek, a potem oparłam się z powrotem, bo zaczęliśmy schodzić do lądowania. Na lotnisku w Denver jak zwykle panował wielki ruch, ale udało nam się przepchnąć nasz nowy bagaż na kółkach przez tłum, najpierw do kolejki między terminalami i wreszcie do poziomu pięć, czyli do wyjścia.

Kiedy przechodziliśmy obok stanowiska odbioru bagażu, Tyler zwolnił na widok pary, która do nas machała.

- Czy to nie...?

- O cholera - mruknęłam i żołądek mi się skręcił.

Finley ściągnęła najnowsze okulary przeciwsłoneczne i podeszła szybko na piętnastocentymetrowych obcasach od Louboutina, wyciągając do mnie ręce.

Rzuciła się mi na szyję, a ja spojrzałam spanikowana na Tylera.

- Finley - powitał ją, otwierając przed nią ramiona. - Jak dobrze cię widzieć.

- Ciebie też, ale ściskam siostrę po raz pierwszy od niemal roku - powiedziała, obejmując mnie tak mocno, że o mało mnie nie udusiła. - Ty możesz zaczekać.

- Fin - odezwałam się, starając się nie zdradzić głosem niechęci. - Co za niespodzianka.

- Wiem - powiedziała i wreszcie mnie puściła. Otarła policzek. - Nie ostrzegłam cię, bo gdybyś wiedziała, na pewno zniechęcałabyś mnie do przyjazdu. Minęło dziesięć miesięcy, Ellie. Nie mogłam dać ci już ani jednego dnia więcej. Jesteś moją siostrą.

- Dzwoniłam, tak jak prosiłaś.

- Wiem - przyznała, spoglądając na Marco. - Ale to nie wystarczy. Jesteś moją najlepszą przyjaciółką. - Jej wzrok tańczył pomiędzy Tylerem a mną. - Co? Czego mi nie mówisz?

Tyler popatrzył na mnie, a ja rozpaczliwie szukałam wiarygodnego kłamstwa.

- My... zamierzamy zamieszkać razem - palnęłam.

Oboje zrobili na to identyczne miny.

- Będziemy próbowali przewieźć moje rzeczy przed Nowym Rokiem. Po prostu to nie najlepszy czas na nasze pierwsze spotkanie.

- Och - wysapała Finley. Wydawała się trochę zagubiona, ale zaraz uśmiechnęła się szeroko. - W takim razie bardzo wam gratuluję!

Uściskała nas oboje, a Tyler zakrztusił się, kiedy uwiesiła się mu na szyi.

- To cudownie. Rodzice nie mogą się doczekać, kiedy cię poznają - powiedziała, wskazując go okularami. - Bardzo chcieliby zobaczyć, gdzie teraz mieszkasz. Ja też bardzo bym chciała!

Splotła dłonie.

- To w Estes?

Tyler spojrzał na mnie. Szczęka mu opadła. Nie był pewien, co powiedzieć.

- Tak, w Estes Park - odparłam. - Tyler ma mieszkanie po drugiej stronie miasta.

- Moglibyśmy teraz tam z wami pojechać? - prosiła Finley.

- Fin...

- Przyleciałam do Kolorado tylko po to, żeby się z tobą zobaczyć. Nie mam tu żadnych innych spraw.

- ...świetnie. Wspaniale - powiedziałam, robiąc wielkie oczy, i zmusiłam się do uśmiechu. Popatrzyłam na Tylera. - Mmm... mmm, skarbie, chyba mogliby pojechać za nami do mojego mieszkania? Możesz mnie tam zostawić. Wiem, że masz mnóstwo roboty.

Stojąc za Finley, powtórzył bezgłośnie "skarbie" ze zniesmaczoną miną. Uśmiechnęłam się do niego z nadzieją, przez co musiałam wyglądać jak ostatnia idiotka.

- Jasne... skarbie - powiedział Tyler. - Znasz te okolice? - zapytał Marco.

- Mam nawigację - odparł tamten, uśmiechając się dumnie.

- Spotkamy się przy Pe?a Boulevard, przy wypożyczalni Avisa. Stamtąd możecie pojechać za mną.

- Jesteście może głodni? - spytała Finley. - Na pewno.

- Nie. - Szybko pokręciłam głową. - Nieszczególnie.

- O. No to dobrze... spotkajmy się przy Avisie za dziesięć minut.

- Świetnie - rzuciłam. Uśmiechałam się do nich, kiedy wychodzili.

Tyler i ja nie rozmawialiśmy, póki nie wsiedliśmy do wozu, a on nie wślizgnął się na miejsce za kierownicą i nie zatrzasnął drzwi.

- To straszne! - krzyknęłam.

- Ale zajebiście! - oświadczył, szczerząc zęby.

Spiorunowałam go wzrokiem.

- Jadą do mnie. Utknę z Fin na cały wieczór. Dowie się o Sterlingu, zanim dotrwamy do kolacji. Już po mnie.

Tyler zmarszczył nos.

- Nie rozumiem twojej strategii, Ellie. Nie widywałaś się z siostrą niemal od roku, żeby nie odkryła czegoś, przez co może nie będzie chciała się z tobą widywać.

- Właśnie.

- Skoro masz się już z nią nigdy nie widywać, to co za różnica?

- Przynajmniej nie będzie mnie nienawidzić.

Tyler podjechał przed Avisa, a ja pomachałam Finley zza szyby pasażera. Ruszyli za nami na północ płatną autostradą do Estes Park.

Westchnęłam po raz czwarty w ciągu dziesięciu minut.

- Ellie... - zaczął Tyler.

- Mam niecałe półtorej godziny, żeby to sobie poukładać. Co ty robisz?! - zapiszczałam.

- Niby co?! - krzyknął.

- Po co tak pędzisz?! Potrzebuję czasu. Muszę wymyślić coś, żeby ona do mnie nie poszła.

Tyler z urażoną miną zdjął nogę z gazu.

- Może powiedz jej, że robią tam dezynfekcję?

- To pojedzie do ciebie.

- No i co?

- Będzie się spodziewała, że ja też pojadę - uznałam.

- No dobra, to udaj, że chwyciły cię mdłości w drodze do Estes.

- Podoba mi się ten pomysł, ale to załatwi sprawę tylko na jakiś czas. Problem nie zniknie.

Tyler westchnął.

- To może... po prostu powinnaś jej powiedzieć.

- Odbiło ci? Chcesz, żeby mnie znienawidziła?

- Na jej miejscu... - Zawahał się. - Bardziej byłoby mi przykro, że trzymałaś to przede mną w tajemnicy. Ona wszystko przeboleje, jeśli będziesz z nią szczera.

- Nie. - Pokręciłam głową. - Nie znasz Fin tak jak ja. Ona jest pamiętliwa, a Sterling...

- To żałosny piździelec.

Zamknęłam oczy.

- Nie mów jej tego.

Kiedy dotarliśmy na parking "Górskiego Echa", serce zaczęło mi walić, a ręce miałam mokre od potu.

- Na pewno nie chcesz, żebym wszedł?

- Wejdź tylko na chwilę, żeby zaprowadzić mnie do łazienki, i...

Marco zapukał w okno po stronie kierowcy. Tyler popatrzył na mnie, a potem nacisnął guzik, czekając, aż szyba się opuści.

- Słuchaj, Ellie nie czuje się dobrze. Chyba zemdliło ją od jazdy.

- Moja siostra nie ma takich przypadłości - odezwała się zza Marco Finley. - Dlaczego jesteśmy przy redakcji? Myślałam, że jedziemy do niej.

- Ona tu mieszka - odparł Tyler. - Nad biurem.

Finley uśmiechnęła się.

- Cudownie. To chodźmy.

Marco wyciągnął z samochodu wielką walizę na kółkach. Kilka miękkich toreb i neseserów ustawił w stercie na chodniku.

Wygramoliłam się z wozu.

- Co ty robisz?

- Och - odezwała się Finley. - Pomóc ci przy bagażu?

- Nie. To jednopokojowy apartament. Czemu nie zatrzymasz się w domu?

Wyraźnie się zirytowała.

- Bo tam są rodzice, którzy nie wiedzą, że przyjechałam. Gdyby wiedzieli, już byliby pod twoimi drzwiami, bo oni też rozpaczliwie chcą cię zobaczyć.

Obróciła się na obcasach i czekała na mnie z Marco przy wejściu.

Ogryzałam paznokieć kciuka, gapiąc się na Tylera, który nadal siedział za kierownicą.

- W takich chwilach żałuję, że nie jestem religijna.

- Powinienem wejść? - zapytał. - Pozwól przynajmniej, że pomogę ci wnieść bagaż.

Pokręciłam głową, zrezygnowana.

- Nie chcę, żebyś na to patrzył.

Po jego spojrzeniu widziałam, że się martwi. Pomachał do mnie i poczekał, aż dotrę do drzwi, a potem wycofał wóz.

Zaprowadziłam Finley i Marco na górę. Marco wskazałam kanapę, Finley sypialnię.

- Jak tu pięknie! Martwiłam się, na co będzie cię stać przy twoich zarobkach, ale to jest super! Brawo, siostrzyczko!

- No... - mruknęłam, patrząc, jak siostra gorączkowo wypakowuje rzeczy. - Mój szef dał mi bardzo dobre warunki.

- Jakie jest mieszkanie Tylera? Też takie ładne?

- Nie. - Pokręciłam głową. - Ale przyzwoite.

- No to czemu on nie wprowadzi się do ciebie? I czemu nie zaczęłaś się jeszcze pakować?

- Podjęliśmy decyzję dopiero w Boże Narodzenie.

- Dzięki Bogu, że przyjechałam - stwierdziła Finley. - Marco pomoże ci się pakować.

- Naprawdę... dam sobie radę. Później przyjedzie Tyler. Planowaliśmy, że zrobimy to razem.

- Nie bądź głupia... - zaczęła siostra, ale wreszcie popatrzyła na mnie dość długo, by dostrzec to, czego się spodziewałam. - Czego mi nie mówisz? Do diabła, Ellie! Jesteś w ciąży? - pisnęła.

- Co? Nie! Ledwie potrafię zająć się sama sobą. - Zostawiłam ją i poszłam do kuchni. Otworzyłam lodówkę i pociągnęłam zawleczkę ulubionego taniego piwa.

- Fuj, a to co takiego, do cholery? - spytała.

- Piwo - powiedziałam, unosząc puszkę. - Chcesz? - zaproponowałam, mając jeszcze trochę płynu w ustach.

- Nie. Nabrałaś okropnych nawyków. Mama nie będzie zachwycona.

- I tak nie zamierzam się z nią widzieć, więc spoko.

- Ellie... - zaczęła Finley.

- Powiedziałam im już. Dla mnie oni umarli.

- To niesprawiedliwe. Próbowali ci tylko pomóc.

Dopiłam piwo i otworzyłam kolejne.

Finley zmarszczyła nos.

- Widzę, że zadziałało.

Jedną ręką trzymałam otwarte drzwi lodówki, drugą ściskałam kurczowo puszkę.

- Fin, kocham cię, ale nie możesz tu zostać. Znajdź sobie pokój w hotelu, jedź do domu... w każdym razie chcę, żebyś sobie poszła.

Patrzyła na mnie, z początku zdumiona, potem zdruzgotana.

- Jak to się stało? Dlaczego tak bardzo się od siebie oddaliłyśmy? Mam wrażenie, że przede mną stoi obca osoba.

- Możemy porozmawiać jutro, ale muszę to sobie dawkować. Powoli. Przynajmniej z początku. Powinnam zacząć się pakować. Mam tyle do zrobienia i to nie w porządku z twojej strony, żeby tak ni stąd, ni zowąd wparowywać teraz do mojego życia.

Finley skinęła głową i dała znak Marco. Zebrał swoje rzeczy, a potem pospieszył do mojej sypialni, żeby spakować drobiazgi, które Finley zdążyła wyciągnąć z toreb.

Kółka waliły o każdy kolejny schodek, gdy ściągał bagaże na dół do auta. Uścisnęłam siostrę, a ona trzymała mnie w objęciach chwilę dłużej i wreszcie obróciła się do drzwi.

Kiedy chwyciła gałkę, obejrzała się na mnie przez ramię.

- Jest jeszcze coś. Starasz się mnie przed czymś chronić. Nie myśl, że tego nie widzę.

Zamknęłam oczy.

- Proszę, idź już, Fin.

Przygryzła wargę, po czym znikła za drzwiami.

Rozdział 24

KIEDY WESZŁAM DO MIESZKANIA bliźniaków, impreza rozkręcała się w najlepsze. Rozpoznałam kilka twarzy. Jubal był z kobietą, domyśliłam się, że to jego żona. Ekipę strażaków reprezentowali ponadto Watts, Smitty, Taco i Sugar.

Tyler podbiegł do mnie. Przytulił mnie na powitanie i długo całował.

- Ale fantastycznie wyglądasz. Oszałamiająco.

- Dzięki - powiedziałam, patrząc w dół na naszywany cekinami kombinezon na ramiączkach i szpilki, które pozwoliła mi pożyczyć Finley. - Przepraszam, że się spóźniłam. Zajęło mi to trochę. - Pokazałam na włosy i makijaż. - A potem zadzwoniła Finley. Chce dziś wieczorem ze mną pogadać.

- Ooo.

- Tak naprawdę brzmiała wesoło.

- O. To dobrze, prawda?

- Tak myślę - powiedziałam, przytrzymując się jego ręki, kiedy zachwiałam się na obcasie.

Światła były przyćmione. Żadnych dekoracji poza ustawionym w kącie reflektorem rzucającym tęczowe kółeczka na ściany i sufit. Z głośników dudniła muzyka, w której rozpoznałam utwory z playlisty Tylera. Zastanawiałam się, czy sąsiedzi nie wezwą policji, czy też wytrzymają ten łomot basów, bo w końcu to sylwester.

- Niezły sposób na obchodzenie urodzin co roku! - wrzasnęłam Tylerowi do ucha.

- Cały świat świętuje je z nami! - odparł, ciągnąc mnie za rękę przez tłum, do miejsca, gdzie stał Taylor z Falyn.

Była cudowna. Lśniący materiał kremowej sukienki odbijał kolorowe światełka, bujne blond włosy i piegi tworzyły idealną równowagę między wizerunkiem seksownego kociaka i dziewczyny z sąsiedztwa. Starałam się nie gapić na jej usta i nie myśleć o tym, że Tyler raz ich zasmakował, choć jeszcze nie tak dawno temu sama nie miałabym nic przeciwko ich skosztowaniu.

Kiedy tylko Tyler zaczął nas sobie przedstawiać, goście się rozstąpili i pojawiła się Paige. Wydawała się speszona, ale pełna nadziei. Jej włosy były teraz srebrne. Świeżo ostrzyżone i ułożone w stylu Pompadour. Miała więcej tatuaży i kolczyków, niż pamiętałam. Z jej oczu dawno znikła tamta słodka niewinność. Podała mi piwo w czerwonym jednorazowym kubku i stuknęła się ze mną.

- Dawno się nie widziałyśmy - powiedziała.

- Co u ciebie? - spytałam.

- Do dupy. A u ciebie?

- Dalej piję - odparłam, pociągając duży łyk. - Ale internet mówi, że jestem alkoholiczką wysokofunkcjonującą, więc może mi to służy.

Pokręciła głową i uśmiechnęła się.

- Zawsze żartujesz.

Tyler pocałował mnie w policzek.

- Nie chcę być niegrzeczny, mała, ale Taylor...

- Mała? - odezwała się Paige, unosząc brodę. - Co z wami? Jesteście teraz parą?

Wyprostowałam się, zaskoczona agresją w jej tonie, tak kontrastującą z drobną posturą.

- Tak się składa, że jesteśmy - potwierdziłam.

Paige zakrztusiła się ze śmiechu. Chichotała, zakrywając usta, a potem aż pomachała dłonią przed twarzą.

Tyler i ja popatrzyliśmy na siebie. Nachylił się i szepnął mi do ucha:

- Nie zapraszałem jej. Podejrzewam, że teraz mieszka w tym budynku.

- A... - Skinęłam głową, robiąc wielkie oczy. - Jak fajnie.

Dopiłam drinka, a Paige zabrała mi kubek, sięgnęła za siebie i podała mi następne piwo.

- Mała - ostrzegł mnie Tyler. - Pomiędzy wysokim funkcjonowaniem a upijaniem się granica jest bardzo cienka.

- To sylwester - mruknęła Paige. - O co ci chodzi?

Drzwi się otworzyły i do środka wparowała Finley, rozglądając się dokoła wielkimi oczami, zafascynowana nagromadzeniem ciał w tej niewielkiej przestrzeni. Wzięłam kolejne piwo i wychyliłam pół kubka, zanim zobaczyłam wchodzącego za moją siostrą Sterlinga.

Zakrztusiłam się. Tyler poklepał mnie po plecach, aż połknęłam to, co miałam w ustach, a potem dostałam ataku kaszlu.

- Jezus, Maria i Józefie Stalinie, ja pierdolę - powiedziałam, kręcąc głową.

Nie mogłam uwierzyć własnym oczom.

Finley machała do nas wesoło i ciągnęła Sterlinga przez tłum. Chyba równie mocno jak ja przeżywał nadciągającą katastrofę.

- Co mam robić? Co ja mam robić? - szeptałam spanikowana.

- Może pilnuj, żebym go nie zabił? - podrzucił Tyler. - To odwróci twoją uwagę od Finley.

Podniosłam na niego wzrok i zobaczyłam, jak łypie groźnie na Sterlinga. Wypiłam resztę piwa, które przyniosła mi Paige, i oddałam kubek Tylerowi. Żadna ilość alkoholu nie mogła pomóc mi przetrwać następnych kilku minut.

- Ellie! - zawołała radośnie Finley, zarzucając mi ręce na szyję.

- Fin... piłaś - odezwałam się, robiąc, co w mojej mocy, by unikać kontaktu wzrokowego z jej partnerem.

- Odrobinę szampana dla uczczenia okazji - powiedziała, wyciągając lewą rękę.

Na jej palcu serdecznym lśnił wielki brylant.

Złapałam jej dłoń i przyciągnęłam bliżej, a potem zmrużonymi oczami spojrzałam na Sterlinga. Pokręcił głową, błagając bez słów, żebym nie robiła scen.

- Pobieramy się! - pisnęła Finley.

- Nie rozumiem - odparłam. - Przecież nawet ze sobą nie chodzicie? Od czasów college'u.

Uśmiech Finley przybladł. Wyrwała mi rękę, wracając do swojej zwykłej rezerwy.

- Sterling i ja znamy się od bardzo dawna, Ellison. Tata i matka bardzo się cieszą. Myślałam, że ty też się ucieszysz.

- Może gdyby to miało sens - powiedziałam, nadal piorunując wzrokiem jej narzeczonego.

- Długo ze mną nie rozmawiałaś, Ellie. Sterling i ja bardzo się do siebie zbliżyliśmy i...

- Hej! - zawołała Paige, przynosząc mi kolejny kubek.

Wypiłam zawartość duszkiem i oddałam jej pusty.

- Mała... - ostrzegał mnie dalej Tyler.

- Dziękuję, Paige - powiedziałam, ocierając usta.

Dotknęłam ręki siostry.

- Finley, jest coś, o czym powinnaś się dowiedzieć.

- Fin, musimy iść. To najwyraźniej nie jest najlepszy moment dla Ellison - odezwał się Sterling.

- A jakie to ma znaczenie? - syknął Tyler. - Wcześniej jakoś ci to nie przeszkadzało. Nie masz na to jakichś pigułek?

Sterling odchrząknął.

- Chodźmy już, kochanie.

- To jest Finley? - spytała Paige, obmacując drogą sukienkę mojej siostry. - No jasne! Pamiętam cię! Z baru! Chciałaś przelecieć Tylera!

Jej nagłe zainteresowanie sytuacją mocno mnie zaniepokoiło.

- Na pewno nie - zaoponowała Finley, przygładzając włosy. - Musiałaś mnie z kimś pomylić.

- Nie, nie, to byłaś ty. Ty i twój latynoski kochanek podwieźliście nas do domu, który... O mój Boże! - Złapała Finley za rękę i przyjrzała się pierścionkowi. - Co to? Jesteś zaręczona?

- Tak - potwierdziła moja siostra, cofając rękę.

- Z tym facetem? - brnęła dalej niezrażona Paige. - Czy to nie ten, którego starałaś się spławić wtedy w barze?

- Nie. - Finley zamrugała nerwowo. Nie nawykła do tak niekomfortowych sytuacji.

- Paige... - wtrąciłam.

- Nie... nie... - wybełkotała, poklepując mnie po lewej piersi. - Już rozumiem. Myślałam, że to tylko ja. - Przycisnęła dłoń do siebie. - Ale to wy. - Wskazała palcem Finley, Sterlinga, Tylera i mnie. - To wy jesteście... popieprzeni. Seksualni dewianci bez żadnego uszanowania dla czyichś uczuć! Tak jak wy dwoje. - Skinęła na mnie i Tylera. - Co wy w ogóle, do kurwy nędzy, robicie razem? Byłam dla ciebie miła, Ellie. On cię porzucił, a my spałyśmy ze sobą... Upiekłam ci ciasteczka - przypomniała płaczliwie, po czym spojrzała z pogardą na Sterlinga. - Pieprzyłaś się z tym palantem, a teraz twoja siostra zaręczyła się z nim po tym, jak próbowała bezskutecznie przelecieć Tylera. Wszyscy jesteście kompletnie pokręceni. Powinniście pójść na terapię. Natychmiast.

- O czym ona bredzi? - spytała Finley, unosząc brodę.

Zamknęłam oczy.

- Fin...

- Czy ona właśnie powiedziała, że pieprzyłaś się ze Sterlingiem?

- Tak naprawdę - wtrąciła Paige - to on ją wypieprzył.

Zacisnęła usta i skinęła głową, jakby z żalem ujawniała bolesną prawdę.

Oczy mnie piekły. Wyciągnęłam rękę do siostry.

- Finley...

Finley cofnęła się ode mnie i obróciła do Sterlinga.

- Pieprzyłeś moją siostrę?

Uniósł dłonie.

- Nie. To znaczy tak, ale, kochanie... to była pomyłka. Ellie była zmartwiona i wzięliśmy coś, czego nie powinniśmy... Nawet nie jestem pewien, co się stało. Nic nie pamiętam, ona też nie.

Finley spojrzała na mnie z przerażeniem.

- On mówi prawdę?

Zawahałam się, po czym skinęłam głową. Oczy wypełniły mi się łzami.

- Chciałam ci powiedzieć.

- Ty... - Finley rozejrzała się dokoła. - Chciałaś mi powiedzieć? I to miało wszystko załatwić?

- Nie. - Pokręciłam głową. - Wcale nie.

- To dlatego tak długo ze mną nie rozmawiałaś? Dlatego ukrywałaś się przede mną?

Nie byłam w stanie wydobyć z siebie głosu, więc skinęłam głową.

Tyler kiwnął palcem na Sterlinga.

- Masz stąd wyjść.

Sterling wyciągnął rękę do Finley. Po twarzy lały mu się strumieniem łzy.

- Fin. Proszę. Wiem, że jesteś zła i masz do tego pełne prawo, ale to było dawno temu.

- Jak dawno? - spytała.

- Niedługo po tym, jak wyjechałaś na Sanyę - wykrztusił.

Wyciągnęła telefon i z wściekłością wystukała wiadomość.

- Do kogo piszesz? - spytał Sterling.

- Do Marco - odparła. - Żeby mnie stąd zabrał.

- Serce moje, nie. Musimy porozmawiać.

Dotknął jej ręki, ale uniosła pięści.

- Nie! - wrzasnęła.

Ręce jej się trzęsły.

Wszyscy dokoła obrócili się, żeby posłuchać.

Zdjęła pierścionek i wetknęła do kieszonki smokingu Sterlinga, po czym poklepała go po piersi.

- Ty sukinsynu. Chciałeś, żebym za ciebie wyszła, nic mi nie mówiąc.

Sterlingowi drżała dolna warga.

- Finley, na litość boską...

- A ty - dodała, wskazując na mnie - czekaj tylko. - Łza spłynęła jej po policzku. -Przelecę Tylera i wtedy zobaczysz, jak to jest.

- Chciałam ci powiedzieć! - zawołałam łamiącym się głosem. - Ale nie mogłam tego cofnąć, a nie chciałam, żebyś mnie znienawidziła.

- Nie będę cię nienawidzić - powiedziała. - Jesteś moją siostrą. Ale ciebie - dodała, piorunując wzrokiem Sterlinga - ciebie mogę nienawidzić.

Rozjaśnił się ekran jej smartfona. Uśmiechnęła się i pomachała do nas.

- Szczęśliwego Nowego Roku, bydlaki! - krzyknęła i wyszła, trzaskając za sobą drzwiami.

Sterling szybko ruszył za nią, a Tyler objął mnie ramieniem i pocałował we włosy.

- Tak mi przykro, mała.

Zamknęłam oczy. Czułam ślady tuszu zasychające mi na policzkach.

- To twoje urodziny, kochanie - powiedziałam. Wzięłam czyjś kubek i wychyliłam do dna. - Bawmy się.

Kiedy zdołałam otworzyć oczy, zobaczyłam tylko skłębioną nieznajomą kołdrę. Zamrugałam, żeby skoncentrować wzrok, i dojrzałam ramkę na stoliku nocnym. Zdjęcie przedstawiało Taylora z Falyn.

Usiadłam, starając się przełknąć ślinę, ale miałam wrażenie, że w moim gardle tkwią sosnowe szpilki. Leżałam pośrodku łóżka Taylora, sama. Poszłam korytarzem do łazienki, ale zatrzymałam się, słysząc wodę lejącą się z prysznica. Ruszyłam dalej, do salonu, nie rozpoznając tych, którzy jeszcze nie oprzytomnieli i leżeli pokotem tam, gdzie padli.

- Tyler?! - zawołałam, rozglądając się.

Powlokłam się do kuchni po szklankę wody. Poczułam chwilową ulgę, gdy po gardle rozszedł się chłód, po czym zwymiotowałam gwałtownie do zlewu. Kiedy myślałam już, że to koniec, żołądek znów mi się skręcił i wyrzuciłam z siebie mieszaninę piwa, wina i, prawdopodobnie, tequili, obryzgując naczynia i śmieci, które zostawiono w komorze z nierdzewnej stali.

Puściłam wodę, spłukałam po sobie i powyrzucałam śmieci. Włączyłam zmywarkę i poczłapałam korytarzem do sypialni.

- Tyler? - powiedziałam, popychając drzwi.

Tyler uniósł głowę i przetarł oczy.

- Cześć, Ellie. - Zamrugał kilka razy, starając się zrozumieć wyraz mojej twarzy. - Coś się stało?

- Dzień dobry - odezwała się obok niego Finley.

Wyskoczył z łóżka jak oparzony, ale zaraz rzucił się z powrotem, by złapać prześcieradło i się nim zakryć. Za to moja siostra wstała jak gdyby nigdy nic w swojej idealnej postaci, wsunęła na siebie sukienkę, zapięła suwak i złapała szpilki.

- Co jest, do kurwy nędzy? - wymamrotał przerażony i zdezorientowany Tyler.

- Zasłużyłam sobie na to - jęknęłam.

Pokręcił głową i złapał się za czoło, najwyraźniej starając się przypomnieć sobie bieg zdarzeń.

- Nie. Ty... upiłaś się i poszłaś nie do tego pokoju, co trzeba. Zostawiliśmy cię tam, żebyś się przespała, Ellie. Nie pieprzyłem się z twoją siostrą. Gdzie Falyn?

Wzruszyłam ramionami.

- Skąd mam wiedzieć, gdzie jest Falyn?

- Przysięgam na Boga, Ellie - wyjąkał Tyler błagalnie. Wskazał Finley. - Nic się nie stało! Nie mam pojęcia, dlaczego ona była w łóżku naga.

Finley mrugnęła do mnie, a potem zatrzymała się przy mnie w progu.

- I jak się teraz czujesz?

Zachłysnęłam się powietrzem, oczy piekły mnie od łez.

- Jak śmieć.

- No to jesteśmy kwita. Marco czeka na nas na zewnątrz. Podwiezie cię do domu.

Przepchnęła się obok mnie, a ja popatrzyłam na Tylera. Rzucił prześcieradła i rozpaczliwie szukał ubrania.

- Nie wychodź, Ellie - nakazał. - Nie waż się z nią jechać. Musimy to wyjaśnić.

- Zasłużyłam na to. - Skrzywiłam się płaczliwie. - Ale ty nie. Tak mi przykro, że zostałeś w to wmieszany... w ten mój popieprzony świat. Naprawdę myślałam... - Wypuściłam powoli powietrze, starając się nie szlochać. - Nieważne.

Tyler znalazł swoje bokserki i wciągnął je.

- Ellie, czekaj.

Obróciłam się na pięcie, pobiegłam korytarzem i do wyjścia. Rzeczywiście, Marco czekał na mnie w wynajętym lexusie; na miejscu pasażera siedziała moja siostra, która robiła wrażenie dopiero co wypieprzonej i zadowolonej z siebie. Wślizgnęłam się na tylne siedzenie, a Marco ruszył, kiedy Tyler wypadł z domu, mając tylko ręcznik na biodrach.

- Nie zatrzymuj się - powiedziałam, słysząc, jak Tyler nie przestaje mnie wołać, aż skręciliśmy za róg.

- Najlepiej wyłącz telefon, póki nie zmienisz numeru - odezwała się Finley. - Musiałam to zrobić przez Sterlinga. Jedziesz do siebie czy do zameczku?

- Do siebie - warknęłam, gapiąc się w okno.

Mój telefon zabzyczał, ale szybko go wyłączyłam.

- Mówiłam - powiedziała Finley. Powąchała włosy i z niesmakiem prychnęła. - Fuj, dalej nim pachną.

- Zamknij się, Fin. Po prostu się zamknij.

Marco zawiózł mnie do budynku "Górskiego Echa". Kiedy tylko wdrapałam się na schody, przebrałam w koszulkę oraz spodnie dresowe, umyłam twarz i wyczyściłam zęby, na parking podjechał Tyler i zaczął dobijać się do tylnego wejścia.

Popatrzyłam na niego z okna. Miał na sobie tylko T-shirt, dżinsy i buciory, ale niezawiązane. Widziałam parę unoszącą się w białych obłoczkach od jego oddechu. Pomiędzy pukaniem rozcierał dłonie.

- Ellie! - wrzasnął. - Nie odjadę, kurwa mać. Otwieraj!

Odblokowałam okno i bez trudu zsunęłam szybę. Wychyliłam się przez parapet i spojrzałam na Tylera.

- Nie jestem zła.

Podniósł na mnie wzrok.

- To pozwól mi wejść.

- Jedź do domu, Tyler.

Wyciągnął ręce.

- Cholernie tu zimno!

- To wsiadaj do auta i jedź do domu.

- Nie przeleciałem twojej siostry! Rano byłem pod prysznicem. Po pijaku zawędrowałaś do pokoju Taylora, więc spałem tam z tobą. Trzymałem cię w ramionach całą tę pieprzoną noc. Taylor musiał spać w moim pokoju, a twoja zwariowana siostra zakradła mu się do łóżka, myśląc, że to ja. Przyłapałaś Finley z Taylorem!

Zmarszczyłam brwi. Wiedziałam, że teraz umiem już ich odróżnić, ale rano byłam chwilę po przebudzeniu i zdołowana. Może rzeczywiście...

- Pozwól tylko, że wejdę. Dobrze? Niedługo zaczną odpadać mi palce.

- Chcesz pozwolić Taylorowi wziąć winę na siebie? To gorsze niż robienie w trąbę nauczycieli w szkole, nie sądzisz?

- Przysięgam na Boga. Daj mi tylko wejść na górę, wyjaśnić. Zadzwonimy do Taylora, jeśli chcesz.

- Będzie kłamał dla ciebie.

- Ellie, zlituj się, to moje urodziny. - W jego policzku pojawił się dołek, ale byłam twarda.

- To poszukaj brata i razem świętujcie.

Pokręcił z uśmiechem głową.

- Chcę je spędzić z tobą. Nawet jeśli to znaczy, że mam przez cały dzień próbować wyjaśniać, co się, do cholery, stało w nocy.

- Są dwa stopnie, Tyler.

- To wpuść mnie - powtórzył, a jego uśmiech zbladł. - Nie mogę odjechać. To mi zepsuje cały ten dzień.

- Myślę, że sam go sobie zepsułeś, kiedy przespałeś się z moją siostrą!

- Nie spałem z twoją siostrą, do diabła! - wrzasnął, kopiąc w drzwi.

- Przestań! Bo Wick mnie wywali!

Tyler wziął się pod boki, zdyszany. Pokręcił głową, a potem popatrzył w górę.

- Otwieraj te drzwi, bo je wyważę, przysięgam na Boga.

- Sukinsyn z ciebie - powiedziałam.

Wyciągnął ręce.

- A twoja siostra to suka.

Zamknęłam okno i z tupotem zbiegłam na dół, przekręciłam zamek i otworzyłam. Tyler minął mnie i pognał do mieszkania. Kiedy dotarłam na górę, siedział na kanapie owinięty kocem z mojego łóżka. Cały dygotał.

Przewróciłam oczami i włączyłam ekspres do parzenia kawy.

- O mało nie dostałem hipotermii - jęknął.

- Trzeba było się ciepło ubrać - warknęłam.

- Nie miałem czasu. Brat wpadł do łazienki i opowiedział mi nieskładnie, co się stało, musiałem wybiec za tobą w samym ręczniku, a potem wrócić. Złapałem, co mi się nawinęło z ubrania, włożyłem i pognałem do auta. Jedyna kobieta, której wczoraj dotykałem, to ty. Musisz mi wierzyć.

- Zrobię ci filiżankę kawy, a potem wracaj do domu.

Tyler wstał.

- Daj spokój! Wiesz, że to nie w porządku! Zastanów się!

Opuściłam ręce.

- I co? Moja siostra wróciła i wydedukowała, że to twój pokój, bo na ścianie wiszą twoje zdjęcia? Rozebrała się i wlazła do łóżka do śpiącego nagiego Taylora?

- Możliwe! Nie mam pojęcia, jak to się stało, ale to bardziej prawdopodobne niż to, że ja pomyliłem ją z tobą.

Wyprostowałam się.

- Finley by tego nie zrobiła.

- Ach, ale za to dla zemsty pieprzyła się z twoim chłopakiem?

Skrzywiłam się zniesmaczona.

Keurig zapikał, a ja podstawiłam kubek, włożyłam kapsułkę i nacisnęłam parzenie. Otworzyłam lodówkę, złapałam piwo i ulubioną orzechową śmietankę Tylera.

Podałam mu kubek i otworzyłam sobie piwo.

- Nie mieszałam - warknęłam.

- Cholera - mruknął obrażony. - A mówiłaś, że nie jesteś wściekła.

Obserwowałam go surowo, kiedy z leciutkim uśmiechem popijał kawę.

- Nie ma w tym nic śmiesznego!

Zaśmiał się i pokręcił głową.

- Nigdy bym ci tego nie zrobił. Dzięki Bogu, twoja siostra nie jest w stanie nas odróżnić, ale trochę niepokoi mnie, że ty też nie.

Skrzyżowałam ręce na piersi.

- Obudziłam się i poszłam do pokoju, gdzie natknęłam się na ciebie z moją siostrą. Może nie patrzyłam jeszcze przytomnie.

- A więc mi wierzysz.

- Przestań gadać.

- Musisz to wiedzieć. Położyłem cię do łóżka. Byłaś kompletnie narąbana. Nie zostawiłbym cię. Jedyne, czego nie pojmuję, to gdzie się podziała Falyn.

Zadzwonił jego telefon.

- Znalazłeś ją? - zapytał i skinął głową, patrząc na mnie. - Daję cię na głośnomówiący.

- Ellie? - odezwał się Taylor, kiedy jego brat podsunął telefon bliżej mnie. - Falyn poszła do sklepu kupić parę rzeczy na urodzinowe śniadanie. Wpuściła Finley. Nie wie wszystkiego i byłbym wdzięczny, gdybyś jej nie mówiła. Nie przespałem się z twoją siostrą, ale może być to bardzo trudne do wytłumaczenia.

Zakryłam oczy dłonią.

- Nic nie powiem. Przykro mi, Taylor.

Tyler wyłączył telefon i wsunął do tylnej kieszeni spodni.

- Chodź tutaj. - Wyciągnął do mnie ręce.

Wciąż nie odsłaniałam twarzy.

- Tak mi przykro.

- To nie twoja wina - powiedział.

Podszedł do mnie i otulił nas oboje kocem.

Przycisnęłam czoło do jego piersi, wdychając zapach papierosów i wody kolońskiej.

Odsunęłam się od niego, wskoczyłam na kanapę i zapaliłam papierosa. Usiadł obok mnie i oparł głowę o ścianę za sobą.

- Nie jestem pewien, która z was powinna bardziej nienawidzić drugiej.

- Słyszałeś, co mówiła. Jesteśmy siostrami. Nie możemy się nienawidzić.

- Ja mogę jej nienawidzić - burknął. - Muszę dowiedzieć się, jak wślizgnęła się Taylorowi do łóżka, tak że się nie zorientował. Pewnie wydawało mu się, że to Falyn wraca, żeby się położyć.

Wciągnęłam dym do płuc, po czym podałam papierosa Tylerowi. Zaciągnął się i oddał mi go.

- Moja popieprzona rodzina już naprawdę zatruła twoją.

Tyler wyjął butelkę z mojej dłoni.

- Wczoraj byłaś pijana do nieprzytomności i pijesz znowu. Myślałem, że z tym zrywasz. Mam też rzucić picie?

- Właśnie straciłam siostrę. Nie najlepsza pora na odstawienie alkoholu.

- Nigdy nie będzie na to dobrej pory, jeśli musisz się napić, kiedy tylko coś idzie nie tak. Gówno się zdarza. Musisz nauczyć się radzić sobie z tym bez alkoholu. Kocham cię, żeby nie wiem co, ale musisz się wreszcie obudzić, Ellie.

Ściągnęłam brwi i zagapiłam się na ścianę.

- Nie potrafię. To nie sen.

Rozdział 25

Z SUFITU ZWISAŁY BŁYSZCZĄCE białe światełka, wraz z muślinem przerzuconym luźno między belkami. Misternie ułożone biało-zielone kompozycje kwiatowe otaczały palące się pośrodku każdego stołu grube świece.

Abby i Travis tańczyli wolno na parkiecie, szepcząc coś do siebie i uśmiechając się, obłędnie szczęśliwi. Ja leżałam na podłodze i pstrykałam zdjęcia, poszukując najlepszej perspektywy. Zrobiłam już fotki ze ślubu, zdjęcia rodziny, pary młodej i pierwszego tańca. Czekało nas jeszcze krojenie tortu, ale Travis i Abby najwyraźniej wcale się nie spieszyli.

Podniosłam się na nogi, czując, że ktoś stuka mnie w ramię. Za mną stał Tyler. Świeżo ogolony, wyglądał cudownie w smokingu. Pod szyją rozpiął jeden guzik i poluzował muszkę.

- Chcesz zatańczyć? - zapytał.

- Chyba powinnam zachować czujność. Szkoda byłoby coś przegapić.

Wsunął ręce do kieszeni spodni i skinął głową.

- Oj, zatańcz! - poprosiła Camille, pociągając mój aparat, aż zdjęła mi pasek przez głowę. - Zrobię wam zdjęcie.

- Wolę być po drugiej stronie obiektywu - zaoponowałam.

- Proszę... - Tyler pociągnął mnie na parkiet.

Ruszyłam za nim, ale Camille pstrykająca zdjęcia jak paparazzi okropnie mnie wkurzała. Uśmiechnęliśmy się do kilku ujęć, a potem postanowiła wypróbować swoje umiejętności reporterskie na Trentonie i rodzicach Shepleya.

Tyler wpatrywał się w nasze dłonie, gdy kołysał się ze mną niedaleko pary młodej. Przyłożył gładki policzek do mojego, wdychając mój zapach i rozkoszując się chwilą.

- To dobra piosenka - powiedział. - Słyszałem ją setki razy, ale nigdy nie myślałem, że będę do niej tańczył na St. Thomas z tobą.

- Pięknie tu. Zapomniałam o tym. Jeśli jeszcze ci nie dziękowałam... dziękuję.

- Gdyby nie ja, podróż opłaciliby ci rodzice Ameriki.

- Może nawet załatwiliby mi osobny pokój - rzuciłam żartem.

- Wątpię. Nikt nie wierzy, że jesteśmy tylko przyjaciółmi, choć tak się przy tym upierasz.

Popatrzyłam na szklankę "wody z lodem", którą zostawiłam na stole. Przed ślubem opróżniłam butelkę wody i poszłam na dół, by napełnić ją wódką. Po każdym łyku, jaki brałam tego dnia, czułam się lepiej fizycznie, a emocjonalnie gorzej.

- Kiedy tylko upaprają się nawzajem tym tortem, kończę. Czternaście godzin to dość jak na jeden dzień. To bardziej stresujące niż łażenie po górach na granicy pożaru.

Tyler uśmiechnął się krzywo i pocałował mnie w skroń. Nie cofnęłam się, nieszczególnie zwracając na to uwagę. Wcześniej jego rodzina prorokowała, że w końcu poddam się Tylerowi. Sama nie byłam już pewna, kim dla siebie jesteśmy. Od początku robiliśmy dwa kroki naprzód, a potem cztery w tył, i najwyraźniej nie przestaliśmy tak się miotać.

Czułam kropelki potu spływające mi po plecach pod sukienką, włosy u nasady szyi robiły się wilgotne. Było nie tyle gorąco, ile parno. Ciężkie powietrze osiadało na mojej skórze jak koc elektryczny.

Piosenka dobiegła końca. Travis poprowadził Abby za rękę do stolika z tortem. Zostawiłam Tylera na parkiecie i poszłam szukać Camille, starając się za bardzo nie złościć, że zrobiła pewnie ze sto zdjęć w pięć minut, odkąd zabrała mój aparat.

Skierowałam obiektyw na państwa młodych, naciskających nóż, by ukroić pierwszy kawałek. Wszyscy zachichotali, kiedy Abby postraszyła Travisa, przysuwającego mały kwadracik tortu do jej ust. W mgnieniu oka przypieczętowali tę chwilę pocałunkiem. Wszyscy klaskali, a potem znów zaczęła grać muzyka. Pstryknęłam jeszcze kilka zdjęć, po czym podeszłam do naszego stołu, porwałam swojego drinka i dopiłam do dna, zanim dotarłam do małego baru w rogu.

- Rum? - zapytał barman. Po skroni spływała mu strużka potu.

- Wódka z sokiem żurawinowym. Podwójną poproszę... Niech będzie głównie wódka.

Obserwowałam go uważnie, kiedy nalewał, i skinęłam z satysfakcją, widząc, że napełnił trzy czwarte szklanki alkoholem, a dopiero do tego dodał sok żurawinowy. Zdawałam sobie sprawę, że wódka jest tania i najmniej pachnąca z alkoholi. Łatwo też było ją mieszać, więc właśnie ją najprościej było mi zabierać do pracy czy gdziekolwiek indziej.

- Lepiej od razu zrób mi kolejną - powiedziałam, rzucając okiem przez ramię. Dopiłam pierwszego drinka, zanim odeszłam od baru, i rozejrzałam się z uśmiechem na twarzy, w nadziei, że jeśli nawet ktoś na mnie patrzył, pomyśli, że wzięłam tylko jedną kolejkę.

Ukrywałam się, maskowałam i układałam strategie, żeby wydawało się, że wszystko jest normalnie. Nie byłam pewna, jak długo uda mi się zachować "wysoką funkcjonalność".

- Spokojnie - odezwał się Tyler. - Wszystko gra?

- Muszę się trochę odprężyć - powiedziałam, patrząc, jak Travis całuje żonę, bierze ją na ręce i macha gościom na pożegnanie. Uchwyciłam ten moment, szczęśliwa ze względu na nich i na siebie, że wreszcie będę mogła na dobre odłożyć aparat.

Wkrótce Camille i Trenton, Taylor i Falyn, Tyler i ja zostaliśmy sami. Starsze pokolenie poszło spać wcześniej, a Thomas i Liis o coś się pokłócili.

Siedziałam przy stole, jedną ręką trzymając lód na karku, a drugą drinka. Trenton i Taylor kręcili się w rytm muzyki ze swoimi dziewczynami, żartowali i śmiali się. Na wietrze łomotały zasłony, rozwieszone wokół ogródka restauracji, żeby nie napadał tam deszcz. Uniosłam głowę, pozwalając, by powiew studził moją wilgotną skórę, i czekałam, aż alkohol zacznie działać.

Tyler odgarnął mi z czoła kilka wilgotnych kosmyków.

- Dobrze się czujesz?

- Jasne - zamruczałam, nie otwierając oczu. Nieczęsto mogłam się porządnie upić. - Chciałabym popływać w oceanie.

Zapalił papierosa, ale nim zdążył wypuścić dym, złapałam go za policzki i zaciągnęłam się, nabierając dymu w płuca. Potem opadłam na krzesło i wydmuchałam obłoczek w ciężkie powietrze.

Oparł się łokciem na stole, ujął dłonią brodę i pokręcił głową.

- Strasznie wszystko sobie utrudniasz.

- Zabierz mnie, żeby popływać - powiedziałam, przygryzając wargę.

- A może jutro? To był ciężki dzień. Nie jestem pewien, czy pływanie nocą podczas sztormu to najlepszy pomysł, kiedy jesteśmy pijani i zmęczeni.

- Jak chcesz... - szepnęłam, odchylając się do tyłu i znów zamykając oczy. Powietrze ochłodzone deszczem pieściło mi skórę, a ociężałość od wódki była przyjemna. Wyciągnęłam rękę do Tylera i po omacku odnalazłam jego dłoń.

- Co robisz? - spytał rozbawiony.

- Po prostu upewniam się, że nadal tu jesteś.

- Jestem. Tak długo, jak tylko mi pozwolisz.

Otworzyłam gwałtownie oczy, głowa poleciała mi naprzód. Popatrzyłam na niego.

- Chcę zrobić legowisko na podłodze w naszym pokoju i leżeć z tobą naga.

- To chwyt poniżej pasa - rzucił z uśmiechem.

Uniosłam rękę, dając znak kelnerowi, że chcę kolejnego drinka. Popatrzył na Tylera. Kątem oka widziałam, że ten kręci głową.

- Hej - wybąkałam w krótkiej chwili otrzeźwienia.

- Ellie... jesteś pijana. To chyba już twój dziesiąty drink... nie licząc tego świństwa, które popijałaś cały dzień. Zrobisz sobie krzywdę.

- Lepiej sobie niż komuś innemu.

Nachmurzył się.

- Też coś. Chcesz się użalać nad sobą? Upiłaś się na smutno?

Camille znów pokazywała pierścionek zaręczynowy Falyn, choć robiła to już kilkanaście razy tego wieczoru. Przewróciłam oczami.

- Pieprzony brylant. W dodatku mały. Przestań się przechwalać.

- Ellie, dość tego - powiedział Tyler.

Skrzywiłam się.

- Nie słyszała mnie.

- Mówisz głośniej, niż ci się zdaje. Chodź. Idziemy do pokoju.

- Dobrze się bawię.

- Nie. Siedzisz w kącie i upijasz się coraz bardziej.

Westchnęłam.

- Ja pójdę. Ty zostań z rodziną. Nie chcę, żebyś coś stracił.

- Żebyś mogła skończyć w oceanie? Nie. Chodź.

Niechętnie wstałam, ale wyszarpnęłam dłoń, kiedy próbował wziąć mnie za rękę. Pomachał do braci i ich partnerek. Dotknął mnie tylko wtedy, kiedy potknęłam się na chodniku.

Wdrapaliśmy się na masę schodów, które prowadziły na nasze piętro. Oparłam się o ścianę, kiedy Tyler otwierał pokój. Zamek kliknął, drzwi się uchyliły i gdyby Tyler mnie nie złapał, wpadłabym do środka i runęła jak długa.

Wziął mnie na ręce, zaniósł do łóżka i delikatnie położył na materacu.

- Chodź tutaj - poprosiłam, wyciągając do niego ręce.

Ściągnął mi szpilki i obrócił mnie na bok, żeby rozpiąć zamek z tyłu mojej sukienki. Zsunął ją i włożył mi przez głowę T-shirt.

- Dużo lepiej - stwierdziłam. - A teraz chodź.

Znów wyciągnęłam do niego ręce, ale wyłączył światło i drzwi łazienki się zamknęły. W rurach zawyło, kiedy odkręcał kran w prysznicu. Pomyślałam, żeby do niego dołączyć, ale było mi tak wygodnie, kręciło mi się w głowie i tylko trochę mnie mdliło. Po kilku minutach zrobiło mi się aż za gorąco i przestało już być przyjemnie. Chwyciły mnie mdłości, sturlałam się z łóżka, doczołgałam do łazienki i złapałam za gałkę.

Ledwie zdążyłam do toalety, kiedy mój żołądek zaczął wyrzucać z siebie całą wódkę, którą pochłonęłam w ciągu dnia. Zasłona przy prysznicu się odsunęła, usłyszałam niski głos Tylera:

- Chryste, Ellie. Wszystko w porządku?

- Tak. Zaraz będę gotowa do drugiej rundy.

Zaciągnął zasłonę w samą porę, żebym mogła znów rzygnąć. Usłyszałam, jak zakręca wodę, narzuca na siebie ręcznik i odkręca kran przy wannie. Przytrzymał mi włosy, aż skończyłam, a potem rozebrał mnie, podniósł z podłogi i włożył do wanny.

Otarł mi myjką twarz i westchnął.

- To już przestało być fajne, co? - spytałam, czując, jak tusz szczypie mnie w oczy.

- Taaa - mruknął smutno. - Myślę, że już czas.

Skinęłam głową, ocierając policzki z czarnych zacieków.

- W porządku, Tyler. Wiedziałam, że to nastąpi.

- Co nastąpi?

- Pożegnanie.

Pokręcił głową.

- Mówiłem ci... Nigdzie się nie wybieram. Może nie jest idealnie, ale z rozkoszą przejdę z tobą nawet przez piekło. Tylko nie zamierzam bezczynnie patrzeć, jak jest z tobą coraz gorzej. Czas, żebyśmy ruszyli w innym kierunku.

- Myślę, że oboje wiemy, że nie dla nas już grupy wsparcia i dwanaście kroków.

Otarł mi czoło myjką.

- Możliwe. Cokolwiek się stanie, jestem z tobą.

Dolna warga mi zadrżała, skinęłam głową.

Skubałam paznokcie, czując się dziwnie. Rano pociłam się w wilgotnym powietrzu Wysp Dziewiczych, a teraz, dwanaście godzin później, ogrzewanie w wozie Tylera dmuchało mi w twarz, by zwalczyć ziąb Kolorado. Wycieraczki zgrzytały na przedniej szybie, odgarniając płatki śniegu spadające cicho z nocnego nieba.

- Nie staram się robić trudności. Myślę, że po prostu potrzebuję trochę czasu, żeby pozbierać się z tego gówna.

Westchnął, sfrustrowany.

- A dlaczego nie możemy zrobić tego razem?

- Bo wszystko, czego próbowałam aż do tego weekendu, się nie sprawdziło. Minął rok. Sądzę, że czas na coś nowego.

- Albo kogoś nowego? - spytał.

Zamrugałam, czując się zaatakowana.

- Nie do wiary, że to powiedziałeś.

- Chcę tylko pomóc ci z bagażem. Nic wielkiego.

- Jak wejdziesz na górę, będę chciała, żebyś został.

- Co w tym złego? - Kiedy nie odpowiadałam, ścisnął kierownicę tak mocno, że aż zbielały mu kostki, i dodał: - Chcesz się napić i nie chcesz, żebym na to patrzył.

- Coś w tym rodzaju.

- To takiej nowej rzeczy zamierzasz próbować? Wolisz się upijać, niż być ze mną?

- Nie.

- A mi na to wygląda.

- Nie wchodzisz - warknęłam.

- Dlaczego?

- Wiesz dlaczego!

Uderzył dłonią w deskę rozdzielczą.

- Do diabła, Ellie! Jestem już zmęczony!

- To jedź do domu!

- Nie chcę jechać do domu! Chcę być z tobą!

- Tym gorzej, kurwa mać.

Zacisnął zęby, patrząc przed siebie. Światła wozu wydobyły z mroku budynek redakcji i płatki śniegu, sypiące się na leżący już na ziemi biały puch.

Włączył wsteczny.

- Nie wytrzymam - powiedział.

Złapałam plecak i położyłam dłoń na klamce.

- Czas, żebyś to przyznał.

- Tylko na to czekałaś, co? Poddam się, więc to nie będzie twoja wina. Albo może pójdziesz na górę i będziesz udawać, że pijesz z żalu nad sobą. Zajebisty pomysł.

Wyszłam z samochodu, otworzyłam bagażnik, złapałam swoją walizkę na kółkach i wyciągnęłam ją na ziemię. Zatrzasnęłam klapę, a potem drzwi od strony pasażera.

Tyler opuścił szybę.

- Pogodziłem się z całym tym gównem, robiłem wszystko, byle nam wyszło, a ty masz to gdzieś.

- Ostrzegałam cię!

- Bzdury, Ellie! Jak ostrzegę bank, że chcę go obrabować, to nie znaczy, że bankowi się to należało!

- Koniecznie powiedz o tym każdemu w barze, kiedy będziesz zalewał się łzami nad piwem - syknęłam ze złością.

- Ja nie muszę łazić do baru za każdym razem, kiedy coś mi w życiu nie wyjdzie. To się nazywa dorosłość. A już na pewno nie będę przez ciebie płakał - stwierdził, podnosząc szybę.

Wcisnął gaz, z piskiem opon cofnął samochód za róg, wyjechał z parkingu na ulicę i popruł do autostrady.

Stałam chwilę w osłupieniu. Przez ten rok, od kiedy go znałam, Tyler jeszcze tak się do mnie nie odezwał. Miłość sprawia, że ludzie potrafią nienawidzić jak nigdy dotąd.

Padał śnieg, świat tonął w ciszy, ale nawet cisza wydawała dźwięk. Powlokłam bagaż przez zaspy i krawężnik do tylnych drzwi. Mój klucz był lodowaty, parzył mi palce, ręka mi się trzęsła. Kółka walizki uderzały o stopnie w jednostajnym rytmie, a kiedy wreszcie dotarłam na górę, puściłam ją i z łomotem zwaliła się na podłogę.

W kilku susach dopadłam do lodówki i wyciągnęłam z niej ostatnią puszkę piwa. Zauważyłam, że poza tym jest tam tylko resztka spleśniałego sera i musztarda. Piwo syknęło na mnie, kiedy je otworzyłam. Gorzki napój przyjemnie chłodził gardło. W szafce miałam jeszcze prawie pół butelki wódki, ale do wypłaty został mi tydzień.

W mojej tylnej kieszeni zabzyczał telefon. Poderwałam się, żeby odebrać.

- Halo?

- Tu Jojo. Wróciłaś?

- Tak - odparłam, strzepując śnieg z włosów.

- Nudzisz się?

- Co sugerujesz?

- Tanie drinki w jakiejś spelunie? - rzuciła. - Podjadę po ciebie.

- Super.

Rozdział 26

JON BON JOVI ŚPIEWAŁ Z SZAFY grającej w rogu. Jej żółte, zielone i niebieskie lampki były jedynym źródłem światła u Turka, poza neonami nad barem.

Mała grupka miejscowych snowboardzistów aplikowała sobie tequilę w kącie i mimo moich zalotnych spojrzeń najwyraźniej nie miała zamiaru się podzielić.

Annie krzątała się za ladą, zgarniając ostatnie napiwki w tym sezonie narciarskim. Siedziałam na stołku przed nalewakiem wody gazowanej i patrzyłam, jak miesza drinki, na które nie było mnie stać. Jojo postawiła mi już dwa i nie zamierzałam prosić jej o następny. Niestety, nie było nikogo chętnego flirtować ze skacowaną imprezowiczką, nieprzytomną po długim locie z innej strefy czasowej i zbyt spłukaną, żeby balować dalej.

Rozejrzałam się dokoła, coraz bardziej zdesperowana paplaniem Jojo o Liamie i o tym, że namawia ją, by spotkała się z nim w Karolinie Północnej.

Wylądowała przede mną szklanka z drinkiem. Obróciłam się, by podziękować temu, ktokolwiek mi go zafundował. Mój uśmiech zbladł, kiedy zobaczyłam nastroszone platynowe włosy i słodki uśmieszek.

- Wygląda na to, że bywało u ciebie lepiej, Ellie - rzuciła Paige, poprawiając jeden ze swoich ogromnych złotych kolczyków w kształcie liścia.

Utkwiłam wzrok przed sobą.

- Odejdź, Paige.

- To niezbyt miło z twojej strony. Właśnie postawiłam ci drinka.

Obejrzałam się na nią.

- Przez ciebie moja siostra nie chce ze mną rozmawiać.

Jojo nachyliła się do nas.

- Nie mogę uwierzyć, że to zrobiłaś, Paige. Coś ty sobie, do kurwy nędzy, myślała?

- Nic - bąknęła, nawet nie starając się przepraszać. - Byłam pijana i pewnie trochę naćpana.

Jojo zmarszczyła nos.

- Co się z tobą stało? Zawsze byłaś taka urocza. A teraz jesteś cała podziurkowana i obwieszona tym badziewiem.

- Idź się pieprzyć z kangurem, Jojo.

- Ale z ciebie wredna cipa, Paige. Nikogo nie oszukasz tym swoim sztucznie niewinnym uśmieszkiem - powiedziała Jojo i przeniosła wzrok na wiszący nad nami telewizor.

Na Paige nie robiło to wrażenia. Oparła policzek na dłoni.

- Nie chciałam być złośliwa. Nie zdawałam sobie sprawy, że to tajemnica.

- Jeśli ktoś robi coś tak obrzydliwego, przynajmniej nie powinien się tego wypierać. Bardziej bym cię szanowała - stwierdziłam, po czym chwyciłam szklankę i wychyliłam ją jednym haustem.

- Chcesz jeszcze? - spytała, unosząc brew.

Miała wobec mnie jakieś plany. Nie obchodziło mnie jakie. Chciałam się tylko upić i przez tę noc niczym się nie przejmować.

- To zależy. Co dodałaś do tego drinka?

- Nic specjalnego. Chyba że masz jakieś szczególne życzenie.

- Po prostu wypiję kolejny.

Paige skinęła na Annie, a ta kiwnęła głową.

- Gdzie twój chłopak? - spytała Paige, unosząc nogę, by wdrapać się na stołek po mojej prawej stronie.

Miała na sobie obcisłe dżinsy i obcisły top pod rozpiętą flanelową koszulą, co pozwalało uwydatnić jej krągłości i rowek między piersiami, a jednocześnie chroniło przed chłodem.

- Nie tutaj - odparłam, wychylając kolejnego drinka, który postawiła przede mną Annie.

- Hej... - Paige zachichotała. - Zaczekaj na mnie.

Uniosła brodę i ciemny płyn wpłynął ze szkła do jej gardła. Postawiła szklankę do góry dnem i popchnęła w kierunku Annie, zamawiając dwie podwójne porcje.

Wypijałam je tak szybko, jak tylko mogłam. Wreszcie Paige kazała mi zwolnić.

- Przepijesz całą moją wypłatę. Przyszłam tu z pięćdziesiątką i nic z tego nie zostało.

- Dziękuję - powiedziałam, unosząc pustą szklankę.

- Miarkuj się - upomniała mnie Jojo. - Kiedy tata ma swoje potknięcia, łatwiej mu się pozbierać bez kaca.

- Ja już mam kaca - zaznaczyłam. - Albo miałam... sześć drinków wcześniej.

- Liczysz je? - spytała Paige. - Imponujące.

Jojo parsknęła.

- Dla ciebie, Miley Cyrus, już jak się doliczy do sześciu, to sukces.

- Czemu przyprowadziłaś ją do baru, skoro jest na odwyku? - spytała Paige, nachylając się.

- A ty czemu przyniosłaś jej do domu whisky? Dlaczego stawiasz jej teraz drinki? Ja przyszłam z nią na parę kolejek i żeby pogadać, nie zamierzałam jej upijać dla nie wiadomo jakich celów.

- Czy aby na pewno? - spytała Paige, uśmiechając się słodko.

- Pieprz się, Paige.

- Moje panie - przerwałam im z uśmiechem, czując, jak po moich mięśniach rozchodzi się przyjemne ciepło. - Nie ma potrzeby kłócić się, kto bardziej pomaga mi pić.

- To nie jest zabawne - wtrąciła Annie, piorunując nas spojrzeniem swoich wielkich jak spodki czekoladowych oczu i nerwowo wycierając szklankę. - Obie jesteście przyjaciółkami do dupy, jeśli ona próbowała zachować trzeźwość. Wynoście się stąd w diabły.

Szczęka mi opadła.

- Co ja takiego zrobiłam?

- Pozwoliłaś mi serwować drinki alkoholiczce. Lepiej, żebym was tu więcej nie widziała. Bo zadzwonię do Wicka. Wstydziłabyś się, Jojo.

Jojo zrobiła żałosną minę.

- Oj, proszę. Jakby tata nie przychodził tu i nie upijał się, kiedy kłóci się z mamą.

- Od dawna już go nie było - ucięła Annie, potrząsając sięgającymi ramion brązowymi lokami, gdy łajała nas bez przerywania pracy. - Zabierajcie ją do domu.

- Dobra... dobra, idziemy - powiedziałam, wstając, by pozbierać swoje rzeczy.

- Ja cię odwiozę - zaoferowała Paige.

- Nie. - Pokręciłam głową. - Nadal nie przeprosiłaś za sylwestra.

Zrobiła krok w moim kierunku, zdecydowanie naruszając moją strefę osobistą.

- A jak sądzisz, co staram się robić?

Nachyliła się, przekrzywiła głowę i przycisnęła wargi do moich ust. Snowboardziści w rogu zaczęli wiwatować, jakby ich ulubiona drużyna hokejowa właśnie zdobyła bramkę.

- Stawiam tym dziewczynom drinka! - wrzasnął jeden, wskazując nas.

Popatrzyłam na Annie, ale ona skinęła na drzwi.

Paige wyprowadziła mnie za rękę, ale gdy tylko wyszłyśmy na uliczkę, cofnęła się pod ścianę i przyciągnęła mnie. Kolczyk w jej języku zadzwonił mi o zęby, kiedy mocno przytrzymała dłońmi moją twarz.

Usłyszałam chichot po lewej stronie, odwróciłam się i zobaczyłam kobietę, która robiła dokładnie to samo co Paige, przyciągając do siebie twarz Sterlinga. Oplotła nogą jego biodro, a jemu przekrzywiły się okulary w czerwonych oprawkach. Kiedy mnie rozpoznał, zobaczyłam, że jest równie pijany jak ja, jeśli nie bardziej. Obserwowaliśmy się dłuższą chwilę, a potem przyjaciółka Sterlinga obróciła jego twarz ku sobie, domagając się uwagi.

Paige spróbowała tego samego, ale cofnęłam się.

- Ellie? - spytała zdezorientowana.

Ruszyłam w kierunku ulicy, mijając Sterlinga i jego nową przyjaciółkę, po czym skręciłam w prawo, do centrum. Na rogu zatrzymałam się i spuściłam wzrok, kiedy mijał mnie powoli patrol policyjny. Światło się zmieniło. Szybko przeszłam na drugą stronę, gdzie był jedyny całonocny sklep w mieście.

- Toaleta? - spytałam.

Sprzedawca skinął do tyłu, a ja pobiegłam.

- Hej. Hej! Tylko bez wymiotowania!

Wpadłam do środka, zamknęłam za sobą drzwi, oparłam się o nie i osunęłam na podłogę. Wokół mnie leżały strzępy papieru toaletowego i pomięte ręczniki papierowe. Czułam, jak z boku, na tyłku, dżinsy robią mi się mokre od jednej z licznych kałuż na podłodze. Sięgnęłam po telefon i zatrzymałam kciuk nad listą numerów.

Zanim zdążyłam się rozmyślić, nacisnęłam ten, który najmniej spodziewałabym się wybrać. Numer, który Finley zapisała mi trzy miesiące temu.

Po dwóch dzwonkach odebrała.

- Ellison? Boże, jak dobrze, że się odzywasz.

- Sally - powiedziałam. - Jestem w toalecie sklepu spożywczego. To chyba jedyny otwarty o tej porze.

- Gdzie?

- W Estes Park. Potrzebowałabym samochodu do najbliższego ośrodka terapii uzależnień. Próbowałam przestać pić... Starałam się... - Wzięłam głęboki wdech. - Nie potrafię zrobić tego sama. Jestem pijana.

- Ktoś po ciebie przyjedzie za piętnaście minut. Trzymaj się, Ellison. Postawimy cię na nogi.

Nastawiłam budzik w telefonie i czekałam na brudnej posadzce. Zanim odezwał się dzwonek, do drzwi zapukał sprzedawca.

- Halo, proszę pani? Wszystko w porządku?

- Tak - odparłam, pociągając nosem. Przeczołgałam się do przeciwległej ściany i zerwałam trochę papieru toaletowego. Szlochając, starałam się osuszyć oczy.

- Jest tu jakiś gość. Mówi, że po panią przyjechał.

Niezdarnie podniosłam się na nogi. Moje odbicie w lustrze mnie zszokowało. Na policzkach aż do brody miałam rozmazane czarne ślady po tuszu. Włosy sterczały na wszystkie strony, szklące się oczy patrzyły nieprzytomnie. Popchnęłam drzwi i zobaczyłam stojącego obok sprzedawcy Tylera. Wydawał się strasznie duży przy niskim mizernym chłopaku.

Odetchnął z ulgą.

- Ellison... Wszędzie cię szukałem.

Wytarłam ręce o dżinsy i próbowałam iść prosto. Tyler wyszedł za mną na zewnątrz, gotów mnie podtrzymać, gdybym straciła równowagę. Narzucił mi na ramiona służbową kurtkę. Przestępował z nogi na nogę.

- Tak mi przykro, przepraszam - wypalił. - Nie mówiłem poważnie. Nie miałem na myśli nic z tego, co powiedziałem.

- Wiem.

- Nie. - Wyciągnął do mnie ręce. - Nic nie wiesz. Nie masz pieprzonego pojęcia, jak bardzo cię kocham. Tylko... pogubiłem się, nie wiem, co robić. Przed moimi urodzinami było już tak dobrze. Chciałbym jakoś do tego wrócić.

Zachwiałam się do tyłu, ale złapał mnie i przyciągnął do siebie.

- Ile wypiłaś? - zapytał.

- Mnóstwo - powiedziałam. Dolna warga mi drżała. - Widziałam Sterlinga.

Na twarzy Tylera w miejsce zatroskania pojawiła się wściekłość.

- Gdzie? Coś ci powiedział? Jak się tu znalazłaś? Przez niego?

Pokręciłam głową i skrzyżowałam ręce na piersi.

- Przyszłam tu.

- Jezu, Ellie, jest mróz.

- Nie chcę być jak on.

- Sterling? - spytał zaskoczony. - Nie jesteś. Nie przypominasz go nic a nic.

- Jestem dokładnie taka jak on. Jestem pijaczką, samolubną cipą, która nie liczy się z nikim. - Popatrzyłam na Tylera. - Nie mogę cię kochać. Nawet siebie nie kocham.

Tyler wyglądał tak, jakby uszło z niego całe powietrze. Wzruszył ramionami.

- Co mam na to odpowiedzieć? Nokautowałaś mnie, a ja się stale podnosiłem, myśląc, że za którymś razem przestaniesz zadawać ciosy. Kocham cię. I wiem, że ty mnie kochasz, ale... Nie jestem workiem do bicia. Nie wiem, ile jeszcze zdołam znieść.

- Nie w twojej mocy jest mnie ratować. Muszę zrobić to sama. Gdzie indziej.

Zbladł.

- O czym ty mówisz?

Podjechał czarny samochód. Wysiadł kierowca.

- Panna Edson?

Skinęłam głową.

Tyler zmarszczył brwi.

- A to kto, do jasnej cholery?

- Przyjechał po mnie.

- Ja mogę cię zawieźć. Dokąd się wybierasz?

Wzruszyłam ramionami.

- Nie wiem.

- Kim on jest? Pracuje dla twoich rodziców?

- Niezupełnie - odparłam.

Sally wiedziała równie dobrze jak ja, że rodzice zapłacą za wszystko, bylebym znalazła się na odwyku.

Zdjęłam kurtkę Tylera, ale powstrzymał mnie.

- Zatrzymaj ją. Oddasz mi, jak wrócisz do domu.

Sięgnęłam do jego twarzy i wspięłam się na palce, by go pocałować, a on objął mnie, zacisnął mocno powieki i tulił do siebie, jakby to miał być ostatni raz.

- Wróć - szepnął z wargami przy moich ustach, nie otwierając oczu.

- A jeśli wrócę już inna? Jeśli długo to potrwa?

Pokręcił głową.

- Pokochałem każdą wersję ciebie, z jaką tylko miałem do czynienia. Będę kochał i tę, która wróci.

Skrzywiłam się płaczliwie, skinęłam głową i pomachałam mu.

Kierowca stał przy samochodzie. Kiedy zobaczył, że podchodzę, otworzył drzwi. Wślizgnęłam się na tylne siedzenie. Zapach skórzanych obić i nowego auta przypomniał mi moje poprzednie życie, dawną Ellison, która nie zauważyłaby nawet, że jest brudna, a samochód taki czysty. Nie pasowałam do tego auta, czy tego życia, ale znalazłam się w nim, gotowa poddać się, żeby wyzdrowieć.

- Proszę zapiąć pas, panno Edson - powiedział kierowca. - Mamy przed sobą długą jazdę.

Skinęłam głową, sięgnęłam po pas i pociągnęłam do klamry. Nie byłam pewna, dokąd wiezie mnie ten mężczyzna, ale przez całą drogę płakałam.

Rozdział 27

PRZYJEMNIE BYŁO POCZUĆ POD dłońmi dotyk zimnej kamiennej balustrady, gdy oparłam się o nią, stojąc na balkonie mojego pokoju. Ocean tego dnia był spokojny. Nareszcie, po tygodniu sztormu. W nocy fale złagodniały, a zapach soli w powietrzu dawał poczucie bezpieczeństwa. Lecz wyjeżdżałam. Musiałam zmierzyć się z siostrą i Tylerem, i chłopakami. Musiałam przeprosić i nadal miałam dużo pracy przed sobą.

Usłyszałam delikatne pukanie i ruszyłam po marmurowej posadzce. Zawiązałam mocniej pasek jedwabnego kremowego szlafroka i sięgnęłam do mosiężnej klamki. Mój pobyt w Przejściach przypominał luksusowe wakacje. Kiedy tu przyjechałam, pomyślałam, że to kolejny sposób rodziny, by kupić moją trzeźwość, ale bardzo dużo się nauczyłam, a zmieniłam jeszcze bardziej. Moje serce zostało uleczone, zyskałam spokój duszy - przynajmniej tutaj, w odosobnieniu, w najbardziej ekskluzywnym ośrodku terapii uzależnień na świecie.

Weszła Sally z moją terapeutką, Barb, która niosła ciastko i dyplom. Sally mrugnęła do mnie, zdając sobie sprawę, jak marny był ten dyplom, ale oznaczał, że jadę do domu. Uściskała mnie i czułam, że jest naprawdę dumna. Podczas sześćdziesięciu dni pobytu tutaj spędziłyśmy wiele wieczorów, rozmawiając do późna. Jakimś sposobem udało się jej przekonać rodziców, by szanowali moje ograniczenia, a jednocześnie wspierali i finansowali terapię, choć ich żądania widzenia się ze mną stale spotykały się z odmową.

Barb wypełniła już kartę wypisu i podała mi długopis. Przeczytałam to, co było wydrukowane dużą i małą czcionką, a potem podpisałam. Sally poklepała mnie po drugiej dłoni. Potem pożegnałam się z Barb.

Terapeutka opuściła pokój, a Sally uśmiechnęła się do mnie - jak to ona - mocno zaciśniętymi ustami. Jej oczy o ciężkich powiekach aż promieniały z dumy. Nie była wcale podstępną żmiją, za którą ją uważałam. Teraz, na trzeźwo, łatwiej było widzieć innych takimi, jakimi byli naprawdę. Oczyszczona głowa pomagała odróżnić tych, którzy chcieli mojego dobra i byli gotowi walczyć ze mną, żebym wygrała z uzależnieniem, od tych, którzy może i mieli dobre chęci, ale byli pierwsi, by pozwalać mi dalej tkwić w nałogu - jak rodzice. Nie byłam jeszcze dość silna, żeby się z nimi zobaczyć, i choć trudno było brać od nich cokolwiek, wiedząc, jak bardzo skrzywdziłam naszą rodzinę, musiałam zachować trzeźwość, a ich wsparcie oznaczało, że mogę odnieść sukces i nie wrócić do złych nawyków. Musiałam schować dumę do kieszeni i przyjąć pomoc od tych, którzy mnie kochali.

Sally pojechała ze mną na lotnisko, a potem uściskała mnie na pożegnanie, obiecując, że będziemy się często kontaktować. Walczyłam z niechęcią do podróżowania pierwszą klasą, nowych ubrań i drogich perfum, które przysłała mi Finley. W niczym nie przypominałam teraz niechlujnej pijaczki sprzed dwóch miesięcy, a nawet pokrytej popiołem, śmierdzącej dymem, szukającej przygód fotoreporterki, którą uwielbiałam być. Na trzeźwo wszystko wyglądało inaczej, nawet ja.

Kiedy samolot sunął do pasa startowego, zabłysnął ekran mojego smartfona. Zobaczyłam twarz posyłającej mi całusa Finley.

Przyjechała do Przejść tylko raz. Odbyłyśmy trzygodzinną sesję terapeutyczną i zjadłyśmy razem kolację. Ze łzami w oczach przyznała, że zakradła się do mieszkania braci obok wychodzącej Falyn, zobaczyła moje zdjęcie na stoliku nocnym i uznała, że to do łóżka Tylera się wślizguje. Pamiętała, że powiedział do niej "Falyn", kiedy się kładła, ale była tak zazdrosna i było jej tak przykro, że myślała jedynie o zemście. Potem za bardzo się tego wstydziła, żeby ze mną porozmawiać. Aż do dnia, kiedy usiadła w pięknym, przystrojonym kwiatami pokoju o marmurowej posadzce, ze ścianami, na których wisiały drogie obrazy, wybrane tak, by tworzyć spokojną, kojącą atmosferę - i z naszych ust popłynęły zwierzenia o najpaskudniejszych grzechach, jakich się dopuściłyśmy.

- Halo? - odezwałam się, przykładając telefon do ucha. - Szykujemy się do startu, Fin.

- Powinnaś zadzwonić do Tylera. Trochę się denerwuje.

- No to jest nas dwoje.

- Chce się z tobą zobaczyć.

- Ja też chcę się z nim zobaczyć. Tylko nie jestem pewna, czy to powinno być dziś wieczorem.

- Chce odebrać cię z lotniska. Może to zrobić José. To zależy tylko od ciebie.

- Jestem wychodzącą z nałogu alkoholiczką, Fin, nie dzieckiem.

- Przepraszam. Powiem Josému, żeby czekał na ciebie przy odbiorze bagażu o siódmej trzydzieści.

- Nie trzeba. Podczas jazdy z Denver będzie czas pogadać.

- Z Tylerem? - spytała.

- Tak. Muszę się rozłączyć, Fin. Kocham cię.

- Ja ciebie też, Ellie.

Zakończyłam rozmowę i położyłam telefon na oparciu pomiędzy mną a starszym panem w garniturze od Prady i okularach. Przypominał mi trochę Stavrosa, barmana z hotelu Colorado Springs, przez te srebrzyste włosy i sposób noszenia się. Kiedy samolot wystartował, myślałam o ostatnich chwilach z Tylerem, decyzjach, które przez sześćdziesiąt dni starałam się od siebie odsunąć, i o tym, jak Tyler na mnie patrzył. Zastanawiałam się, czy nadal będzie we mnie widział słabą, zagubioną dziewczynkę, którą musiał się opiekować. Ellie numer trzy nie była ani słaba, ani zagubiona, ale miała w sobie wiele poczucia winy i nie dość wybaczenia.

Gdy koła podwozia siadły na płycie w Denver, szarpnęło mną naprzód, broda ześlizgnęła się z pięści. Cmoknęłam i wypiłam łyk wody. Stewardesa zaczęła mówić o procedurze opuszczania pokładu. Kiedy samolot się zatrzymał i zabrzmiał sygnał, że to już, zaczęły klikać jeden po drugim odpinane pasy, a kabinę wypełniły szmery wstających. Zebrałam swoje rzeczy, przecisnęłam się przez srebrnowłosego biznesmena i stanęłam w przejściu, czekając na otwarcie drzwi.

Wędrówka przez rękaw wydawała się dłuższa niż zwykle, podobnie jazda kolejką. Wszystko wydawało się inne, ja czułam się inaczej. Kiedy zjeżdżałam schodami ruchomymi do punktu odbioru bagażu, zobaczyłam stojącego na dole Tylera, którego potrącali i mijali schodzący ze stopni ludzie. Podniósł na mnie wzrok i nie spuszczał go, póki nie stanęłam przed nim.

- Cześć - powiedział nerwowo.

- Dzięki, że przyjechałeś taki kawał drogi, żeby mnie odebrać.

- Szukałem wszędzie informacji i dzwoniłem do wszystkich, żeby dowiedzieć się, dokąd pojechałaś. Musiałem tu być, kiedy wrócisz.

Ktoś z tyłu popchnął mnie, żebym się posunęła.

- Hej! - odezwał się Tyler do tamtego. Odprowadził mnie dalej od schodów. Ciepło jego palców na mojej skórze wzruszyło mnie bardziej, niż się spodziewałam.

- Nie zdawałem sobie sprawy, że dwa miesiące mogą się tak dłużyć.

- Pewnie dlatego, że nie miałeś kurtki - powiedziałam, zwracając mu jego własność.

Popatrzył na nią.

- Całkiem o niej zapomniałem. O tobie nie mogłem zapomnieć.

- Potrzebowałam trochę czasu, żeby uporządkować to gówno, w jakie wpadłam.

Tyler uśmiechnął się. Ulżyło mu, że użyłam mocnego słowa. Miałam na sobie kremową sukienkę i zamszowe botki na wysokich obcasach, które przysłała mi Finley. Włosy opadały mi miękko do połowy pleców, czyste i nieprzesycone dymem. Wyglądałam zupełnie inaczej, niż kiedy widział mnie po raz ostatni. Ale najwyraźniej uspokoiło go, że przynajmniej mówię jak dawniej.

Przy taśmie coś stuknęło, po czym ruszyła. Pasażerowie naszego lotu stłoczyli się wokół, wypatrując swoich bagaży.

- Tutaj - powiedział Tyler, biorąc mnie za rękę i podprowadzając bliżej. Walizki i torby kołysały się na wolno przesuwającej się półkolem taśmie. Moja była trzecia i jako priorytetowa miała na rączce jaskrawoczerwoną przywieszkę.

Tyler bez wysiłku podniósł duży bagaż, po czym wysunął rączkę.

- Musimy iść na górę - powiedział przepraszająco.

- Wspinaliśmy się już razem na różne góry.

- No tak - odparł z uśmiechem.

Nadal był zdenerwowany i milczący, kiedy szliśmy na parking w garażu. Na międzynarodowym lotnisku Denver trudno się nie pogubić, ale Tyler w skupieniu doprowadził mnie najprostszą drogą do swojego wozu.

Kiedy załadował bagaż do tyłu, otworzył mi drzwi i pomógł wsiąść. W wysokich obcasach nie było łatwo wdrapać się do pick-upa, ale Tyler jedną ręką podsadził mnie do środka.

Przebiegł na drugą stronę, wskoczył za kierownicę i przekręcił kluczyk w stacyjce. Manewrował chwilę przy klimatyzacji, a potem popatrzył na mnie, by sprawdzić, czy uważam, że nastawił ją w sam raz.

- Tak, jest dobrze... W porządku.

Wycofał samochód i pojechał przez labirynty garażu, aż zobaczyliśmy światło dzienne.

- A wiesz... - zaczął. - Zgadnij, kto zostanie tatą?

Obejrzałam się na niego gwałtownie, szykując się na najgorsze.

- Nie! Cholera, nie, nie ja. Taylor - powiedział i zaśmiał się nerwowo. - Taylor będzie tatusiem. Ja wujkiem.

Odetchnęłam.

- Wspaniale! Cudownie. To dopiero radość. Jim na pewno bardzo się cieszy.

- Tak, jest dość podekscytowany.

Skinęłam głową, odwracając się do okna. Zamknęłam oczy i starałam się spuścić powietrze. Tak długo marzyłam o naszym spotkaniu, a nie wiedziałam, czego się spodziewać. Czułam, że emocje biorą górę, byłam roztrzęsiona i wyczerpana. Próbowałam robić ćwiczenia oddechowe, których nauczyłam się podczas pobytu w ośrodku.

Opony szurały o podłoże. Dźwięk stał się nieco wyższy, kiedy wjechaliśmy na autostradę i Tyler dodał gazu. Czekanie w napięciu, aż poruszy temat mojego nagłego wyjazdu - bo tej rozmowy nie dało się uniknąć - było nie do zniesienia, zdecydowałam się więc zacząć sama.

- Tyler...

- Zaczekaj - przerwał mi, poruszając dłońmi na kierownicy. - Pozwól, że wyjaśnię.

Przełknęłam ślinę, zmartwiona, że będzie o wiele gorzej, niż to sobie wyobrażałam przez te osiem tygodni. W moich snach Tyler odsuwał mnie od siebie, porzucał, łamał mi serce i wrzeszczał na mnie na tysiąc sposobów. Teraz tylko miałam się przekonać, która z tych wersji wydarzy się naprawdę.

- Byłem wkurzony. Przyznaję - zaczął. - Ale nie wiedziałem, że wsiadłaś do pieprzonego samolotu. Ale ze mnie palant. Nie do wiary, Ellie. Nie zdawałem sobie sprawy, że jest z tobą aż tak źle. Nie wiem, co my wyprawiamy, ale jeżeli jesteśmy jedynie przyjaciółmi z dodatkami, to nie mogę nawet nazwać się dobrym przyjacielem. Powinienem był wiedzieć.

- Skąd? - spytałam. - Sama nie wiedziałam.

Wiercił się, zdjął czapkę z daszkiem, po czym nasunął ją z powrotem, głębiej na oczy, a potem znów podsunął do góry, żeby coś widzieć w trakcie prowadzenia. Potarł kark, poprawił się na siedzeniu i podregulował radio.

- Tyler - odezwałam się. - Po prostu to powiedz. Jeśli to dla ciebie zbyt wiele, zrozumiem. To nie twoja wina. Za dużo przeze mnie przeszedłeś.

Obejrzał się na mnie, popatrzył z wyrzutem, a potem zjechał na pobocze autostrady i włączył światła awaryjne.

- Skończyłaś na brudnej podłodze toalety w sklepie obok stacji benzynowej. Pocałowałaś mnie na do widzenia i zniknęłaś. Ot tak, do cholery. Byłem w górach i zamartwiałem się, Ellison. Nie miałem jak cię znaleźć, kogo pytać, czy w ogóle jeszcze żyjesz. Próbowałem dzwonić w różne miejsca, ale nie mogłem spać, bo każdy telefon prowadził donikąd.

Zamknęłam oczy.

- Przepraszam. Robiłam wiele samolubnych rzeczy i jestem ci winna więcej niż jedne przeprosiny.

- Nie. - Pokręcił głową. - Nie powinienem był zostawiać cię wtedy samej w mieszkaniu. Widziałem, że się łamiesz. Od jakiegoś czasu walczyłaś ze sobą. A ja zabrałem cię do tego pieprzonego baru. Pociągnąłem za sznurki, żeby wyciągnąć cię z więzienia, bo pijana przedarłaś się do strefy pożaru, zabierałem cię na przyjęcia i wiedziałem, że w pracy popijasz kawę doprawioną alkoholem... Jestem w pierwszej kolejności twoim przyjacielem i zawiodłem cię na całej linii.

Barb tłumaczyła mi, że po wyjściu z Przejść znajdę się w oku cyklonu. Będę musiała zmierzyć się nie tylko z własnym poczuciem winy, ale i poczuciem winy wszystkich, którzy mnie kochali.

- Przestań, Tyler. Oboje wiemy, że nie mogłeś mnie powstrzymać, choćbyś tego chciał. To ja musiałam podjąć decyzję, a ty kochałeś mnie do czasu, aż ją podjęłam.

Jego ciepłe brązowe oczy zaszkliły się pełne rozpaczy.

- Oboje byliśmy pokręceni, kiedy się poznaliśmy, ale im więcej czasu spędzaliśmy razem, tym bardziej czułem się normalny.

Parsknęłam śmiechem.

- Ja też.

Zbladł, sięgnął do schowka w desce rozdzielczej. Otworzył go i wyjął małe ciemnoczerwone pudełeczko.

- Otwórz.

Uchyliłam je z lekkim trzaskiem i zaniemówiłam, na próżno szukając słów.

- Wiesz, jak to jest w górach. Nawet kiedy kopię rowy, mam dużo czasu na rozmyślania. Kiedy Jojo powiedziała mi, że przylatujesz... poszedłem prosto do jubilera. Nie wyobrażam sobie innego życia niż z tobą, chcę wracać do ciebie do domu i... Ellie, czy ty...?

- To dość dużo jak na pierwszy dzień.

Kiwnął kilka razy głową. A potem zabrał mi pudełko. Skupił wzrok na drodze, uderzając nasadą dłoni w kierownicę.

- A niech to! Miałem tego nie mówić. Powtarzałem sobie setki razy w drodze na lotnisko, żeby nic nie mówić. Nie potrzeba ci czegoś takiego w tej chwili. Dopiero przyjechałaś, a ja już wywieram na ciebie cholerną presję.

Ścisnęło mnie w piersi.

- Przeszedłeś przeze mnie piekło - odezwałam się. Ogarnęła mnie tak wielka fala wyrzutów sumienia, że nie byłam pewna, czy kiedykolwiek zdołam wypłynąć na powierzchnię.

Popatrzył na mnie.

- Jeśli jesteś ogniem, Ellie... spalę się w nim.

Po policzku spłynęła mi łza. Widziałam, że czeka, bym zdecydowała, co oznaczają te łzy. Wyciągnęłam do niego ręce, a on przeciągnął mnie na swoją stronę i posadził na kolanach. Przytulił mnie, obsypując małymi pocałunkami moją szyję i policzek, aż dotarł do ust.

Ujął moją brodę i całował mnie długo, namiętnie, mówiąc bez słów, że mnie kocha. Potem cofnął się, przykładając czoło do mojego; oczy miał zamknięte, pierś podnosiła się mu i opadała, oddech przyspieszył. Popatrzył na mnie, ściągnął brwi, ale zanim zapytał, odpowiedziałam:

- Tak.

- Naprawdę? - zapytał z lekkim, pełnym nadziei uśmiechem.

- Ale... - zaczęłam. Nachmurzył się, a z jego oczu wyparowała nadzieja. - Muszę popracować nad wieloma rzeczami. Potrzebuję dużo czasu i mnóstwa cierpliwości.

Pokręcił głową i wyprostował się, gotów o mnie walczyć. Otworzył pudełko i wyjął obrączkę z białego złota z pojedynczym brylantem.

- Wiem, że nie jest tak duży jak ten Finley...

- Nie zależy mi na tym. Liczy się tylko to, co znaczy.

Nałożył mi pierścionek na palec i parsknął śmiechem.

- Cholera.

Pomyślałam o tym, co mówił, pozwalając, by jego słowa zderzyły się z tym wszystkim, czego dowiedziałam się w ostatnich dwóch miesiącach. Powrót do dawnych związków lub zaczynanie nowych to idealna droga do nawrotu choroby, a Tyler i ja kwalifikowalibyśmy się do obu tych przypadków. Zdawałam sobie z tego sprawę, jednak byłam przekonana, że nikt nie nauczy mnie kochać siebie lepiej niż on.

- Moglibyśmy po prostu...? - zaczęłam.

- Cokolwiek jest ci potrzebne, mała - powiedział, unosząc moją dłoń do ust.

Wróciłam na swoje miejsce, a dłoń Tylera trzymała moją przez całą resztę drogi do Estes Park. Nie stresowałam się, nie martwiłam, nie denerwowałam - wręcz przeciwnie. Nagle w tym jednym dniu wszystko zaczęło się układać. Nowa Ellie wróciła do domu, zakochana, zaręczona i szczęśliwa. Nie mogłabym wyobrazić sobie nic zdrowszego dla swoich emocji. Nie żebym spodziewała się, że teraz już wszystko pójdzie gładko, ale kiedy spojrzałam na Tylera, jedyne, co czułam, to radość.

Rozdział 28

JOJO WYSUNĘŁA GŁOWĘ ZZA drzwi i zajrzała do mnie. Wyglądała, jakby przysnęła w solarium. Jasny warkocz zwisał przerzucony do przodu przez ramię.

- Masz chwilę?

- Jasne - powiedziałam. - Tylko skończę...

Dodałam kilka słów, zapisałam dokument i odchyliłam się na oparcie krzesła za biurkiem.

- Jak się masz po powrocie? - spytała Jojo i klapnęła na sofę przede mną.

- No... świetnie. - Skinęłam głową.

- A jak ci się podoba twoje nowe mieszkanie?

Znów kiwnęłam głową.

- Nie jest moje. Nic, co się w nim znajduje, nie jest moje.

- Wiem, że to trudne. Ale bez ich pomocy byłoby jeszcze trudniej. Teraz najważniejsze, żebyś wróciła do formy.

- Wiem. Tyler też tak mówi. Nawet nie naciska, żebym się do niego wprowadziła. Aż dziwne...

- Ale mądre. A przy okazji: moje gratulacje.

Widziałam, że gorączkowo o czymś myśli. Czekałam, a ona zawijała na palec platynowe kosmyki wymykające się spod gumki na warkoczu.

- Dzwonił Chief. Był ciekaw, jak sobie radzisz.

- Dowódca oddziału górskiego?

- Tak, ten Chief. Zadawał trochę pytań na temat twojego powrotu do zdrowia.

- Dziwne.

- Chce dać ci drugą szansę.

- Naprawdę? - wybąkałam z powątpiewaniem.

- Ekipa ma teraz przerwę.

- Wiem.

- Za dwa dni wyjeżdżają do Colorado Springs.

- To też wiem.

- Chief pytał mnie, czy będziesz gotowa, kiedy wrócą.

- Czemu miałby chcieć, żebym znów z nimi była? - rzuciłam podejrzliwie.

- Widział twój ostatni reportaż o służbach leśnych. Odzew był dobry i chcieliby dokończyć serię optymistycznym akcentem.

- Jakiś wpływ na tę decyzję mogło mieć to, że Associated Press wzięła ten materiał, nie?

Jojo uśmiechnęła się.

- Jestem przekonana, że tata by cię adoptował, gdyby mógł. Dzięki tobie magazyn zaczął się liczyć. Miejsce na reklamy jest zajęte na pół roku. Z dnia na dzień rośnie prenumerata. I to wszystko twoja zasługa, Ellie. Nie mogę nawet pochwalić się, że miałam jakiś wkład w ostatni artykuł. Nie zmieniłam prawie słowa.

- Zauważyłam, że nie ma pod nim twojego nazwiska.

- I nie bez powodu - odparła, nachylając się do mnie. - Ale przede wszystkim zależy nam, żebyś była zdrowa. To najważniejsze. Jeśli sądzisz, że to dla ciebie za dużo, za szybko, przesuniemy to na następny sezon. Tata chciał, żebyś to wiedziała.

Obejrzałam się i zobaczyłam, że drzwi Wicka są zamknięte. Tak było, odkąd wróciłam do biura na pełny etat.

- Nie ma problemu, dam sobie radę - zapewniłam.

Serce mi waliło, ale starałam się nie zdradzić, jak bardzo się cieszę.

Jojo rozpromieniła się.

- Naprawdę?

- Tak, tylko przestań powtarzać stale, że mam być "zdrowa". Od tego robi mi się od razu gorzej.

Wstała, kręcąc głową.

- Załatwione. Więcej o tym nie wspomnę.

Nie minęły dwie sekundy, a jej pomarańczowa buzia wychyliła się znowu zza framugi i na umalowanych mocnym różem ustach błysnął szeroki uśmiech.

- Nieprawda. Będę o tym przypominać, jeśli to będzie konieczne.

- Tak jest.

Jojo zostawiła mnie w spokoju, a ja odchyliłam się na oparcie i wzięłam głęboki wdech. Blat mojego biurka nadal był równie pusty jak pierwszego dnia, poza tymi trzema zdjęciami, które sobie oprawiłam. Podniosłam metalową ramkę, dwanaście centymetrów na siedemnaście, i popatrzyłam na paskudnie skadrowaną fotkę Finley, która wisiała na ścianie w domu rodziców. O ironio, właśnie dzięki temu zdjęciu dostałam zlecenie jako fotograficzka. Półtora roku później wydawało mi się tak amatorskie, że kilka razy dziennie musiałam je kłaść przodem do blatu.

Zadzwoniły drzwi od frontu. Jojo powitała kogoś, kto wszedł do redakcji. Po jej poufałym, protekcjonalnym tonie poznałam, że to Tyler.

- Ellie? - pisnęła przez interkom.

Nacisnęłam guzik.

- Tak?

W tle słychać było Tylera, który marudził, czemu go po prostu nie wpuści.

- Jest tu Tyler Maddox. Chce się z tobą widzieć. Mam go przysłać czy zasugerować, żeby wracał na morze chorób wenerycznych, którym tu przypłynął?

Parsknęłam śmiechem.

- Przyślij go.

Westchnęła.

- Dobra.

Pojawił się Tyler z dwoma napojami gazowanymi.

- Dla ciebie sprite - powiedział, stawiając kubek na moim biurku. - Dla mnie cherry coke.

- Dziękuję - rzuciłam, biorąc do ust słomkę. - Wiesz, podobno dzwonił dziś Chief.

- Tak? - Tyler udał zaskoczenie.

Usiadł na sofie, dokładnie tam, gdzie przedtem Jojo, i zahuśtał się kilka razy.

- Jak go do tego namówiłeś?

- Niby jak, do diabła, miałbym go namówić, żeby cię znów przyjął, po tym, co wycięłaś w Colorado Springs?

- Nie kłam.

- Masz rację. Wszyscy razem go przekonaliśmy.

- Jacy my?

- Chłopaki. Brak im ciebie. Pudding dwa razy dziennie jęczy, że nikt nie robi takich zapiekanek z serem jak ty.

- Zgodziłam się.

Uniósł brwi.

- Naprawdę?

Skinęłam głową, a on poderwał się z sofy, nachylił nad biurkiem i złapał mnie za policzki, by pocałować w usta.

- Rany, powinnam częściej mówić "tak".

- Masz rację. Pamiętasz, co się stało tego wieczoru, kiedy ostatnio to powiedziałaś?

- Pamiętam.

Uśmiechnął się znacząco.

- Tamtej nocy wiele razy mówiłaś "tak".

- Cicho bądź. Co robisz wieczorem?

- Poza tym, że jestem z tobą? - zapytał.

- A to dobre. Masz jakieś plany?

Zachichotał, drapiąc się w bok nosa.

- Nie, mała. Tylko ty jesteś w moich planach.

- To dobrze, bo zostaliśmy zaproszeni na kolację do château.

- Gdzie?

- Do domu wakacyjnego rodziców.

Zbladł.

- Co takiego?

- Rodzice chcieliby cię poznać.

Zamrugał w osłupieniu.

- A.

- A?

- Myślałem... no wiesz... że nie chodzimy na żadne przyjęcia.

- To nie przyjęcie. Kolacja. I podają wodę mineralną. Finley też będzie.

- Czyli... z tego, co mówisz... to będzie kolacja o najbardziej niezręcznej atmosferze, jaką można sobie tylko wyobrazić.

- Możliwe.

- Wchodzę w to.

Uśmiechnęłam się. Uniosłam głowę, by spojrzeć mu w oczy.

- Tak?

- Jasne. Muszę poznać teściów. Nie mogę się doczekać tych oceniających spojrzeń i pytań o moje mizerne zarobki.

- Cieszę się, że wiesz, czego się spodziewać.

Nachylił się i pocałował mnie w policzek, po czym pomachał do mnie i ruszył za drzwi.

- Kocham cię! - zawołał na pożegnanie. Zadźwięczał dzwoneczek przy drzwiach frontowych.

- A my ciebie nie! - wrzasnęła Jojo.

W pokoju panowała martwa cisza. Tylko sztućce szczękały o talerze. Tata popijał wolno wodę z kieliszka na wino. Felix stał przy drzwiach niczym strażnik, gotów zatrzymać nas, gdybyśmy próbowali z Tylerem uciekać. Matka, odkąd przyszliśmy, ani razu nie popatrzyła mi w oczy.

Finley, pochłonięta pisaniem esemesa, była równie skrępowana obecnością Tylera co on jej.

Sally od czasu do czasu czujnie mrugała do mnie, żebym się za bardzo nie stresowała. Tyler kroił swoją porcję jagnięciny, zadowolony, że to już czwarty etap pięciodaniowej kolacji.

- Ellison - zaczęła matka głosem, który nie wróżył nic dobrego. - Twój ojciec rozmawiał z zarządem. Są bardzo zainteresowani wykorzystaniem twoich nowo odkrytych talentów. Na pewno spodoba ci się proponowana pensja w porównaniu z tym, co teraz zarabiasz.

Przełknęłam szybko, po czym odchrząknęłam.

- Lubię swoją pracę.

- Możesz robić to samo w Edson Tech, kochanie - odparła.

- Nie mogłabym jeździć w góry i fotografować pożarów, pracując dla Edson Tech.

Matka zacisnęła usta, przez co zmarszczki wokół nich jeszcze bardziej się pogłębiły.

- No właśnie. Twój ojciec i ja sądzimy, że wyższa płaca będzie bardziej odpowiednia przy kosztach twojego nowego mieszkania i...

- Oj... to wy upieraliście się na ten apartament, ja tylko ustąpiłam.

- Nadal jednak sporo to kosztuje, kochanie. I jako dorosła osoba powinnaś na to zarobić.

- Mieszkałam w świetnym miejscu, na które było mnie stać.

- Uzgodniliśmy, że przeprowadzka pomoże ci odczuć, że zaczynasz od nowa.

- Mogłam znaleźć coś tańszego, w końcu...

- Meredith... - wtrąciła się Sally.

Z czasem polubiłam jej spokojny, kojący ton, który niegdyś uważałam za sztuczny i w którym dopatrywałam się perfidnego manipulowania ludźmi. Teraz, kiedy ufałam jej na tyle, by dzwonić do niej w razie problemów, tata uznał, że warto zatrudnić ją znowu.

- Ellison lubi pracę, którą już ma. To może zaszkodzić jej powrotowi do zdrowia, jeśli wyrwiemy ją z miejsca, gdzie czuje się dobrze, i zmusimy do zatrudnienia się tam, gdzie może pensja jest wyższa, ale gdzie nie będzie miała takiej satysfakcji z tego, co robi.

- Na pewno polubi nową pracę - rzuciła lekceważąco matka.

- Meredith... - odezwał się tata.

- Philip - ucięła matka, podnosząc lekko głos. Od razu uśmiechnęła się, żeby zachować pozory. - Zgodziliśmy się co do tego, że dobrze byłoby, gdyby Ellison znalazła sobie miejsce w firmie i dokładała się do swoich rachunków.

- Ellison jest innego zdania - powiedziała Sally. - I radzi sobie bardzo dobrze. - Uśmiechnęła się do mnie. - Płaciła rachunki, póki nie przeprowadziliśmy jej do nowego apartamentu.

- Ellison nie ma wyboru - oświadczyła matka.

- Oczywiście, że ma - zaoponowała Sally. - Bez trudu może przenieść się do innego lokum, jeśli koniecznie chcecie zostawić to na jej głowie. Jestem pewna, że nie to było waszym zamiarem, kiedy wynajmowaliście jej mieszkanie. Pamiętam, jak zależało wam na jej powrocie do zdrowia i że chcieliście oszczędzić jej stresu.

- Sally - odezwała się matka z chłodnym uśmiechem, po czym osuszyła usta serwetką. - Pracujesz dla mnie, nie dla Ellison.

Sally pozostała niewzruszona.

- Jestem niezależną profesjonalistką. Wynajęliście mnie, żeby pomóc wam wyprowadzić Ellison na prostą. Jest szczęśliwa. To, co proponujecie, zmierzałoby w odwrotnym kierunku. Szczególnie teraz, na początku procesu zdrowienia... Meredith. Nie możesz naprawdę wierzyć, że w tej chwili to, co oferujesz, byłoby dla twojej córki najlepsze.

Matka popatrzyła groźnie na ojca. Chciała, żeby ją poparł.

Tata wyprostował się, odchrząknął i szybko przeżuł kęs, który miał w ustach.

- Twoja matka... - podjął, a ona nie odrywała od niego gniewnego spojrzenia - i ja... mamy wrażenie, że skoro wreszcie zerwałaś ze swoimi... studenckimi... nawykami... twoje miejsce jest w firmie. Mama włożyła wiele pracy w stworzenie działu zajmującego się fotografią. Chce, żebyś miała stanowisko i szacunek, na jaki zasługujesz. Trudno jej pogodzić się z tym, że jej córka jest sekretarką albo tuła się po obozach w lesie... brudna, pstrykając zdjęcia wiewiórkom.

Tyler nachylił się nieco.

- Przepraszam... widział pan może prace Ellie? Nie fotografuje wiewiórek, dokumentuje walkę z wielkimi pożarami szalejącymi w Stanach. Jest bardzo, bardzo utalentowana. Jej zdjęcia były publikowane. Jest rozchwytywaną reportażystką. Odrzuciła kilka ofert, w tym od "National Geographic".

- Naprawdę? To wspaniale, Ellie. - Na twarzy Finley pojawił się dumny uśmiech.

- Dzięki - powiedziałam.

Tyler złapał mnie za rękę pod stołem, a ja wyprostowałam się.

- Jeśli chcecie, żebym wyprowadziła się z mieszkania, z przyjemnością to zrobię. Ale pracy nie rzucę.

Matka popatrzyła zmrużonymi oczami na Tylera.

- Domyślam się, że to ma coś wspólnego z nim.

- Nie, tak naprawdę po prostu uwielbiam to, co robię. Ale jego też kocham. Podjęcie pracy w Edson Tech oznaczałoby przeprowadzkę na Wschodnie Wybrzeże, a ja chcę zostać w Estes Park.

Matka przewróciła oczami.

- To turystyczna miejscowość, Ellison. Nie miejsce, gdzie zapuszcza się korzenie.

- Nieprawda - zaoponowałam. - Ja się tu zakorzeniłam dość mocno.

Tyler ścisnął moją dłoń.

Matka oparła łokieć na stole i chwyciła palcami mostek nosa.

- Poważnie chcesz wyjść za strażaka, Ellison? Bez obrazy, panie Maddox, ale jak pan zamierza zarobić na utrzymanie naszej córki?

Tyler spokojnie rzucił serwetkę na stół.

- Prawdę mówiąc, Ellie nie potrzebuje, żebym ją utrzymywał, ale rocznie zarabiam sumy sześciocyfrowe, pani Edson. To chyba nieźle.

- Naprawdę? - zapytał zaintrygowany tata.

Tyler wzruszył ramionami.

- Biorę wiele nadgodzin, a dodatki za ryzyko są zajebiste.

- Słucham...? - wyjąkała matka.

- Ma na myśli, że to daje duży zysk, mamo - powiedziała Finley, popatrując na mnie.

- No... - Tata poluzował krawat. - Mam wrażenie, że oni już podjęli decyzję.

- Nie, nie ma mowy - odezwała się matka. - Ten chłopak...

- Meredith - warknął tata. - Dosyć.

Finley spuściła wzrok, ale kąciki jej ust zadrgały. To nie zdarzało się często, ale obie uwielbiałyśmy, kiedy tata wreszcie przywoływał matkę do porządku.

- Nie widzę powodu, żeby Ellison nie miała zostać w apartamencie tak długo, jak zechce. Przecież dla Finley kupiliśmy mieszkanie w Nowym Jorku.

- Finley nie jest uzależniona - syknęła matka.

- Ja też nie - wtrąciłam. - Wychodzę z nałogu.

Maricela przyniosła tacę z cr?me br?lée i ustawiała białe miseczki przed rodzicami, Finley, Tylerem i przede mną.

- Mamo. - Wzięłam do ust jedną łyżeczkę specjalności Mariceli, po czym kontynuowałam: - Może czas, żebyś zaakceptowała, że twoje marzenia związane ze mną nie są moimi marzeniami. Popełniłam mnóstwo błędów, złamałam ci serce i za to przepraszam. Mam przed sobą jeszcze długą drogę i wiele muszę naprawić, ale nie będę przepraszać, że chcę zostać w pracy, którą kocham, i że zaręczyłam się z mężczyzną, który jest dla mnie wszystkim. Może musimy ubrudzić sobie ręce, żeby dostać wypłatę, ale... uwielbiam z nim być i żadna obrzydliwość mi niestraszna.

Na ustach Tylera pojawił się półuśmiech.

- Chciałbym zobaczyć coś z tych reportaży, młoda damo - powiedział tata.

- Tak jest. - Uśmiechnęłam się.

- Kolacja była wspaniała. Dziękuję - wtrącił Tyler.

Tata wstał, podobnie jak my.

- Miło było cię poznać, Tyler. Nie mogę się doczekać, kiedy opowiesz nam trochę o swojej pracy.

Tyler obszedł długi stół, by uścisnąć dłoń tacie.

- A ja nie mogę się doczekać, aż zobaczy pan te zdjęcia.

Wrócił do mnie i złapał mnie za rękę. Przeszliśmy kilka kroków i usłyszałam wołającą mnie matkę:

- Ellison? Ja tylko chcę, żebyś była szczęśliwa.

Uśmiechnęłam się.

- Wierz mi, po raz pierwszy od bardzo długiego czasu mogę to powiedzieć... jestem szczęśliwa. Może najszczęśliwsza w życiu.

Skinęła głową, a Tyler poprowadził mnie korytarzem i przez frontowe wyjście do swojego samochodu. Otworzył mi drzwi i przytrzymał je, a ja wdrapałam się do środka i usadowiłam wygodnie, kiedy on wskakiwał za kierownicę.

- To było... - zaczęłam.

- Intensywne. - Zachichotał. Splótł palce z moimi i podniósł moją dłoń do ust. - Myślę, że poszło dobrze.

Zmarszczyłam nos.

- Naprawdę?

- Tak. Wszystko się ułoży.

Podniosłam dłoń i podziwiałam brylant.

- Myślisz, że szczęśliwe zakończenia dla kogoś takiego jak ja są możliwe?

Zawibrował jego telefon. Tyler wyjął go i mrużąc oczy, odczytał wiadomość.

- Cholera.

- Co?

- Wezwanie. Colorado Springs. O nie.

- Co?

- Taylor już tam jest z Zekiem i Davidem Daltonem.

Zmarszczyłam brwi, nie rozpoznając tego drugiego imienia.

- Żyd - wyjaśnił. - Stracili z nimi kontakt. Planują uznać ich za zaginionych.

Zakryłam usta dłonią. Tyler popatrzył na mnie.

- Jedziemy - powiedziałam.

- Mała...

- Zostanę w hotelu. Jedź. Jedź!

- Obiecaj, że nigdzie nie pójdziesz.

- Zostanę w hotelu. - Aż się skuliłam pod jego surowym spojrzeniem. - Obiecuję!

Wrzucił bieg i ruszył. Po drodze zadzwonił do Chiefa. Dał mu znać, że jedziemy na południe.

Jazda mijała w okamgnieniu - może dlatego, że Tyler przekraczał dozwoloną prędkość o jakieś trzydzieści kilometrów. Kiedy tylko wbiegliśmy do lobby, dołączył w sali konferencyjnej do innych strażaków z jednostek specjalnych.

- Ellie! - powitała mnie z uśmiechem Darby. - Miałam nadzieję, że przyjedziesz.

- Jestem. Potrzebuję pokoju.

Kiedy mnie meldowała, obróciłam się, by pomachać do Stavrosa.

- Wyświadczysz mi przysługę? - szepnęłam do Darby.

- Jasne - zapewniła, gapiąc się w monitor i klikając myszą.

- Nie wolno mi zbliżać się do Stavrosa, póki tu jestem.

Uniosła głowę i popatrzyła na mnie zaskoczona.

- Już nie piję - oświadczyłam.

- A! No tak. Ostatnim razem... było źle.

Skinęłam głową.

- I potem nie było lepiej.

Nagle Darby zrobiła wielkie oczy. Sięgnęła nad kontuarem do mojej dłoni.

- O rany, chyba jednak nie jest aż tak źle! Moje gratulacje! Tyler?

- Tak - potwierdziłam z uśmiechem.

Puściła moją rękę.

- A niech mnie, śliczny. Powiem Stavrosowi, że jesteś sucha.

- Dzięki - odparłam, w tym momencie uznając, że nienawidzę tego eufemizmu.

Dała mi dwie karty-klucze i mrugnęła do mnie, gdy spojrzałam na kopertkę, by sprawdzić numer pokoju. Rzuciłam okiem przez ramię. Tyler stał w sali konferencyjnej ze skrzyżowanymi na piersi rękoma.

Zaniosłam torbę z aparatem do windy i wcisnęłam drugie piętro. Nasz pokój był narożny, na końcu korytarza; wyjrzałam na dół i zobaczyłam na parkingu mnóstwo wozów reporterskich i ekip strażackich wokół pick-upa Tylera.

Usiadłam na łóżku i wzięłam pilota. Szybko znalazłam kanał informacyjny relacjonujący pożar. Na pasku leciała już wypisana żółtą czcionką wiadomość o zaginionych członkach oddziału górskiego.

Zadzwoniłam do Jojo i dałam jej znać, że jestem na południu i będę miała materiał z pożaru. Kiedy tylko podłączyłam telefon do ładowarki, zawibrował.

Jadę znaleźć Taylora. Kocham cię.

Uważaj. Wracaj bezpiecznie. Mam plany wobec ciebie. Też cię kocham.

Rozdział 29

SŁOŃCE ZNIŻAŁO SIĘ NA niebie, kiedy drzwi lobby się rozsunęły i wszedł Trex. Nie wydawał się zdziwiony na mój widok, ale na widok pierścionka na moim palcu - już tak.

- Moje gratulacje - powiedział.

- Słyszałeś coś o ekipie strażaków górskich? - spytałam.

- Wysłali helikopterem zespół ratowniczy. Ten pożar to piekło.

Stałam za kanapą, patrząc na duży płaski ekran obok stanowiska Darby. Stavros przyniósł mi szklankę czegoś przejrzystego i musującego.

- Sprite - powiedział. - Bez niczego. Jesteś głodna?

- Nie, dzięki.

Wrócił do baru, a ja znów skupiłam się na telewizorze. CNN relacjonowało, że dym jest widoczny z satelity, a potem zadawano pytania szefowi krajowych służb leśnych, Tomowi Tidwellowi.

- Jest źle - powiedziałam, obejmując się rękami w pasie.

- Moi ludzie mówią, że cały czas monitorują ekipę ratowniczą - zapewnił Trex, sprawdzając po raz enty telefon.

Po kolejnej naradzie w sali konferencyjnej funkcjonariusze wyszli i zebrali się przy telewizorze. Burczało mi w brzuchu, ale się nie ruszyłam. Darby skończyła dyżur o trzeciej, postanowiła jednak zostać ze mną. Wiedziała, że jestem sama i strasznie się martwię.

- Dajcie głośniej! - krzyknął ktoś z drugiej strony lobby.

Darby rzuciła się po pilota i kilka razy nacisnęła odpowiedni przycisk. Na tle wysokich traw i płonących drzew stała reporterka z mikrofonem. Serce mi się ścisnęło. Wiedziałam, że gdzieś tam musi być Tyler.

Obejrzałam się i popatrzyłam na sztab kryzysowy. Ściszonymi głosami mówili coś do siebie szybko, a ja znów przeniosłam wzrok na telewizor, przyciskając dłoń do ust.

- Według uzyskanych przez nas informacji ostatni raz łączność z zespołem z Estes Park nawiązano o szóstej wieczorem. Mniej więcej w tym czasie dwa główne pożary się połączyły. Strażacy zamierzali rozkładać osłony przeciwogniowe.

Oczy zaszły mi łzami; miałam wrażenie, że wszystko dzieje się w zwolnionym tempie. Wstałam, przypatrując się twarzom otaczających mnie mężczyzn, szukając kogoś, kto mógłby wiedzieć, gdzie są moi chłopcy.

Darby podała mi chusteczkę. Szybko otarłam policzki. Nie chciałam myśleć o najgorszym.

- Dadzą sobie radę - powiedział jeden ze strażaków, poklepując mnie po ręku.

Obróciłam się do ekranu, modląc się, żeby wreszcie zmienił się ten komunikat lecący na pasku.

- Ellie!

Obejrzałam się i zobaczyłam pędzącą z parkingu przez lobby Falyn. Wydawała się równie przerażona jak ja. Podbiegłam do niej i zarzuciłam jej ręce na szyję, chlipiąc.

- Właśnie się dowiedziałam - powiedziała. - Jakieś wieści?

Pokręciłam głową, wycierając nos chusteczką, którą dała mi Darby.

- Nic. Przyjechaliśmy tuż po siódmej. Tyler pędził jak wariat. Jest w lesie z innymi ekipami, szuka ich.

Przytuliła mnie.

- Wiem, że są cali i zdrowi.

- Muszą być - powiedziałam, odsuwając ją na odległość rąk i zmuszając się do uśmiechu. - Słyszałam o dziecku. Pierwszy wnuk Maddoxów. Jim jest w siódmym niebie.

Falyn zrobiła płaczliwą minę, a mnie serce zamarło.

- O Boże. O nie. Czy ty... nie jesteś już w ciąży?

Patrzyła na mnie, najwyraźniej równie zmieszana jak wystraszona.

- To nie jest najlepsza pora - wycofałam się. - Usiądźmy. Trex co pół godziny dostaje nowe wiadomości od swoich ludzi.

- Od swoich ludzi? - spytała Falyn.

Wzruszyłam ramionami.

- Nie wiem. Tak powiedział.

Falyn siadła ze mną na kanapie przed telewizorem. Otaczali nas strażacy i członkowie elitarnych jednostek specjalnych. W miarę jak zapadała noc, tłum rzednął, ale Falyn, Darby i ja zostałyśmy, czekając na jakiekolwiek informacje poza nowinami od Trexa, które zresztą nic nowego nie wnosiły. Wiedziałyśmy tylko, że nie odnaleziono żadnych ciał.

Falyn trzymała mnie mocno za rękę, zapadając się coraz głębiej w kanapie. Darby przyniosła nam kawę i talerz pączków, ale żadna z nas nie tknęła jedzenia.

Podszedł Trex, siadł na krześle obok.

- Jakieś wieści? - spytałam.

Pokręcił głową, zrezygnowany.

- A co z ekipą ratowniczą? - spytała Falyn.

- Nic - stwierdził. - Przykro mi. Moi ludzie mają dostęp tylko do przekazu wideo i od godziny nie zauważyli niczego ciekawego. Widać światła latarek, ale dym przesłania całą resztę. - Popatrzył na Darby, wyraźnie zmartwiony, że nie ma lepszych wiadomości. - Zadzwonię do nich za dziesięć minut. Gdy tylko będę coś wiedział, dam wam znać.

Skinęłam głową, a potem drzwi lobby się otworzyły.

Wszedł Tyler, cały czarny od sadzy. Ściągnął kask. Falyn wstała, a ja zerwałam się i podskoczyłam do niego.

- O mój Boże - powiedziałam mu płaczliwie do ucha. - O mój Boże, jesteś. Wróciłeś.

Odchyliłam się do tyłu i zobaczyłam dwie strużki spływające mu po policzkach. Przytuliłam go znowu, a on objął mnie mocno i nie puszczał.

- Nie znaleźliśmy go. Nie mogę go znaleźć, Ellie - wykrztusił.

- Musieliśmy go stamtąd wyciągać siłą - dodał Jubal, ocierając brudne czoło wierzchem nadgarstka. Wydawał się wyczerpany, wokół jego oczu rozchodziły się promieniście zmarszczki, jasne na tle osmalonej skóry.

- Nie! - krzyknęła Falyn.

Tyler puścił mnie i podszedł do niej. Przyciągnął ją do siebie. Szeptał jej do ucha, a ona kręciła głową, a potem kolana się pod nią ugięły i jej zawodzenie wypełniło lobby.

Otworzyłam oczy i usłyszałam fragment rozmowy Tylera z Falyn. Zamierzała iść do pracy, nie była w stanie dalej bezczynnie siedzieć i czekać.

- Wracasz tam? - spytała.

- Nie wiem, czy mi pozwolą. Chyba przywaliłem paru ludziom, zanim mnie stamtąd odciągnęli - powiedział Tyler.

- To twój brat - szepnęła Falyn. - Zrozumieją.

Tyler spiął się, a ja sięgnęłam, by dotknąć jego ramienia.

- W każdej chwili może pojawić się w drzwiach - odezwałam się. - Nie znaleźli ich. To dobrze.

Skinął głową.

- Chodź - dodałam. - Należy ci się prysznic.

Wstałam i pociągnęłam Tylera za sobą. Powlókł się do windy, a potem korytarzem do naszego pokoju. Wprowadziłam go do środka, a potem do łazienki, gdzie rozpięłam mu koszulę i zawiesiłam na drzwiach, po czym ściągnęłam mu podkoszulek, resztę ubrania i buty.

Sięgnęłam, by odkręcić kurek przy prysznicu, i sprawdziłam temperaturę wody, zanim pozwoliłam mu wejść. Zasunął kotarę, ale słyszałam, że płacze.

Oparłam głowę o ścianę, zamknęłam oczy i oddychałam głęboko, by złagodzić stres i nagłe pragnienie, od którego aż bolało mnie całe ciało. Pomyślałam o Stavrosie i jak łatwo byłoby go namówić, żeby dał piwo Tylerowi. Tylko jedno. Byłam zmęczona, przerażona i strasznie się o niego martwiłam, ale musiałam być przytomna. Musiałam pozostać trzeźwa. Wyprostowałam się, zdecydowana się nie poddawać. To był pierwszy atak z wielu. Wiedziałam, że muszę pokonywać je po jednym na raz.

Tyler zakręcił wodę, a ja podałam mu ręcznik. Osuszył twarz, a potem okręcił się nim w pasie i objął mnie, przyciskając do ściany. Położyłam dłoń na jego karku i pocałowałam go w policzek.

- On wróci - szepnęłam. - Powinniśmy zejść na dół. Na pewno chcesz tam być, kiedy tylko pojawi się w drzwiach.

Skinął głową, a potem wytarł nos. Obrócił się, by przepłukać usta, i ubrał się. Trzymał mnie za rękę, idąc do lobby. Kiedy tam dotarliśmy, stanął jak wryty. Jego brat rozmawiał z małą grupką, tak samo brudny jak towarzyszący mu Dalton i Zeke. Ściskali sobie nawzajem ręce i padali sobie w ramiona z resztą ekipy.

- Ty głupi palancie - rzucił Tyler, ruszając do brata. Objęli się mocno. Aż zadudniło, kiedy poklepywali się po plecach. Tyler się rozkleił.

Łzy napłynęły mi do oczu, a Trex otoczył mnie ramieniem. Patrzyliśmy na powitanie bliźniaków. Dałam im chwilę, a potem podeszłam i przyłączyłam się do nich.

- Cześć - powiedział Taylor, a łza skapnęła mu z nosa.

- Była tu Falyn - poinformowałam go.

Taylor cofnął się.

- Co? Ona była tutaj? - spytał, wskazując na podłogę.

Skinęłam głową.

- Czekała całą noc. Strasznie się martwiła. Powinieneś do niej zadzwonić.

Pomacał kieszenie w poszukiwaniu kluczyków. Kiwnął na brata.

- Kocham cię, bracie. Ale teraz muszę załatwić coś ze swoją dziewczyną.

- Zmykaj, gówniarzu. I nie wracaj, póki jej nie udobruchasz.

Taylor pobiegł do swojego pick-upa. Ruszył z piskiem opon.

Tyler obrócił się i porwał mnie w ramiona.

- Ja cię kręcę. - Odetchnął z ulgą.

Koledzy poklepywali go po plecach; podobnie jak jemu, kamień spadł im z serca i nie mogli pohamować emocji. Uściskałam Zeke'a i Żyda, a potem resztę chłopaków, kiedy Tyler rozmawiał z jakimiś funkcjonariuszami.

Potem wrócił do mnie, wziął mnie na ręce i poniósł do wind, a jego kumple pohukiwali jak idioci i gwizdali.

Powieki zaczęły mi nagle ciążyć. Oparłam się mu na ramieniu. Winda podjechała, Tyler wszedł i skierował mnie tak, żebym mogła nacisnąć guzik drugiego piętra. Zaniósł mnie do drzwi pokoju i znów poczekał, aż przyłożę kartę do czujnika. Zamek kliknął, a Tyler nacisnął klamkę i popchnął drzwi stopą, a potem opuścił mnie ostrożnie na łóżko.

Wtuliłam się w jego szyję, a potem w niego całego.

- Nie wiedziałam, że Falyn i Taylor mają problemy.

- Tak, zerwali ze sobą.

- Choć ona jest w ciąży? Nie wydaje mi się, żeby w takiej sytuacji odpuścił.

- Falyn nie jest w ciąży.

Usiadłam i pacnęłam go w pierś.

- No nie mów! Poważnie?

Tyler oparł głowę na ręce.

- Zerwała z nim, a on pojechał do Kalifornii zobaczyć się z Tommym. Chodził z jedną z jego koleżanek. I to chyba ona spodziewa się dziecka, ale nie chce go zatrzymać. Niezłe, co? Taylor dostanie pełną opiekę.

- O rany. Myślisz, że jakoś dojdą z tym do ładu?

Wzruszył ramionami.

- Była tu całą noc. Najwyraźniej nadal jej na nim zależy. Chodź tutaj.

Nachyliłam się, moszcząc się wygodnie obok niego.

Dotknął czoła wierzchem nadgarstka.

- Oj. To było mocne. Nie wiem, co bym zrobił, gdyby Taylorowi coś się stało. Jesteśmy trzeci z kolei w ostatnich dwóch latach.

- Co masz na myśli?

- Taylor, Trent i Travis wszyscy mieli takie przypadki, że było już blisko.

Wtuliłam twarz w jego szyję.

- To nie twoja kolej.

- No w każdym razie na pewno nie Tommy'ego. Jest szefem reklamy.

- Jesteś tego pewien? - spytałam.

Tyler zamarł.

- Czemu tak mówisz?

- No... twoi bliscy sądzą, że ty i Taylor sprzedajecie ubezpieczenia. A jeśli Thomas nie jest tym, za kogo się podaje?

- A kim niby jest według ciebie?

- Gliną.

Tyler parsknął śmiechem.

- Mówię poważnie - dodałam. - Albo kimś w tym rodzaju. Mieszka w San Diego, tak? Czy tam nie ma siedziby władz federalnych? On jest kimś ważnym. Jego dziewczyna też. Widziałam, jak Travis poszedł do ich pokoju rano po ślubie, bardzo wcześnie.

- Masz bujną wyobraźnię.

- Abby wie - powiedziałam.

- Abby wie co?

- O tobie.

Zaśmiał się.

- Nie, skąd.

- Tak, wie. I o Travisie też.

- A co z Travisem?

- Wie o tym, czego on jej nie mówi. Jest bystra. Ja też jestem. Jestem fotograficzką, Tyler. Dużo widzę. Zawsze przyglądam się ludziom. Wiedziałam, że wbrew pozorom jesteś z gruntu dobry, nie?

Zmarszczył brwi, nie chciał jeszcze przyznać mi racji.

- Myślę, że i twój tata wie - dodałam.

- Co takiego?! - Podniósł głowę. - Skąd takie pomysły?

- Widziałam to. Obserwowałam ich w Święto Dziękczynienia. Abby zadawała ci te dziwaczne pytania, a potem popatrzyli na siebie z Jimem.

- Popatrzyli - powtórzył z ostentacyjnie poważną miną.

Piknął jego telefon. Tyler wygrzebał go z kieszeni T-shirtu.

- Mhm.

- Kto to?

- Tata. Przysłał mi wiadomość.

- Co pisze?

- Tylko sprawdza. Pyta, czy wszystko u nas dobrze.

Nachyliłam się do jego ucha i pocałowałam go w policzek.

- A nie mówiłam?

- Bzdura - stwierdził, pisząc odpowiedź, po czym odłożył telefon.

- Był detektywem. Myślisz, że nie potrafi tego wydedukować?

- To dlaczego nic nie mówi?

Wzruszyłam ramionami.

- Pewnie pozwala wam sądzić, że dał się oszukać. Może wie, że kłamiecie nie bez powodu, więc machnął na to ręką.

- Skoro tata to taki jasnowidz, to może powie mi, kiedy ustalisz datę ślubu - powiedział, tylko częściowo żartując.

Wsunęłam rękę pod jego koszulkę i przesunęłam mu palcami po piersi.

- A myślałam, że mówiłeś, że wszystko ci jedno.

- Oczywiście, że nie wszystko mi jedno. Po prostu nie zamierzam naciskać.

Skóra Tylera była ciepła pod moją dłonią, jego pierś wznosiła się i opadała przy każdym oddechu. Myślałam o tym, jak widziałam go po raz pierwszy, jaki był spocony i seksowny, kiedy zadawał ciosy w domu moich rodziców. Przeszliśmy razem przez niebo i piekło, przez ogień i lód, a on zawsze był ze mną.

- Mojej matce najwyraźniej bardzo zależy, żeby stać mnie było na wynajmowanie tego apartamentu.

- Rzeczywiście. Ale tata jakoś się o to nie martwi.

- Jeśli Taylor ma zostać tatą... Czy nie będą z Falyn potrzebowali własnego mieszkania?

- No tak, o rany. Nie pomyślałem o tym.

- Może powinieneś zostawić im to mieszkanie i wprowadzić się do mnie?

Tyler obrócił się na bok i podparł głowę dłonią.

- Co? - zapytał podejrzliwie.

Wzruszyłam ramionami.

- Mógłbyś płacić pół czynszu. Możemy się pobrać po sezonie pożarów...

Zaskoczony uniósł brwi.

- Po tym sezonie?

- Za szybko?

Ujął moją brodę i przysunął się, aż jego tors znalazł się nade mną.

- Kochanie - powiedział, przyciskając usta do moich i wślizgując się językiem do środka.

Przesunęłam dłonią pod jego koszulką, wpijając palce w mięśnie na jego plecach.

- Na przykład w październiku? Listopadzie? - spytał z wargami przy moich ustach.

Skinęłam głową.

Przyłożył czoło do mojego. Po całym tym dniu emocje brały w nim górę.

- Podpuszczasz mnie, co?

- Niepotrzebne mi wielkie wesele, a tobie? - Pokręcił głową, a ja dodałam: - Wybierz którąś sobotę.

Odsunął się, by wziąć komórkę. Otworzył kalendarz.

- Siódmego listopada. Pożary na pewno się już skończą, a może jeszcze niektórzy z chłopaków tu będą.

- Super.

- Siódmy listopada - powtórzył.

- Idealnie.

- Ostatnia chwila, żebyś zmieniła zdanie. Piszę do taty - ostrzegł, czekając, czy powiem, że to żart.

Milczałam ubawiona.

Przyłożył komórkę do piersi, zamknął oczy.

- Jeśli wciskasz mi kity, to złamiesz moje pieprzone serce.

- Tylerze Maddoxie! - Wyrwałam mu telefon, napisałam wiadomość, wysłałam i pokazałam mu ekran. - Już poleciało. Umowa stoi. Siódmego listopada będę twoją żoną.

Dotknął dłonią mojego policzka, przesunął kciukiem po brodzie.

- Na pewno jesteś na to gotowa?

- A czego tu się bać? Widziałeś mnie już z najgorszej strony i nie przestałeś mnie kochać.

- A jeśli sytuacja się odwróci?

Przygryzłam wargę, wpatrując się w jego usta. Był uczciwy, silny, piękny - i był mój.

- Nie ty jeden jesteś gotów przejść przez ogień za to, co kochasz.

Przyjrzał się mojej twarzy, parsknął śmiechem i pokręcił głową, po czym przycisnął wargi do moich ust.

Podziękowania

Pisanie o czymś, o czym nic nie wiem, to dla mnie zawsze intrygujące wyzwanie. Przede wszystkim muszę znaleźć eksperta chcącego pomówić z "pisarką, która tworzy powieść na temat". Tak się złożyło, że w tym przypadku znałam eksperta, ale nie miałam pojęcia, że jest członkiem międzystanowej jednostki specjalnie szkolonych strażaków, póki któregoś dnia nie pożaliłam się mężowi, jak trudno mi trafić na kogoś, kto opowiedziałby mi o walce z wielkimi pożarami w parkach narodowych. Cowboy spytał, czemu nie napiszę do Tylera Vanovera. Ucieszona (choć nie całkiem pewna, czy dobrze robię), wysłałam do niego wiadomość z pytaniem, czy naprawdę należy do takiej lotnej brygady. Tyler potwierdził. Choć był zdumiony, że o tym wiem - bo najwyraźniej niewielu znajomych zdaje sobie z tego sprawę. Wkrótce miałam osiem kartek zapisanych po obu stronach notatkami.

Tyler, zanim podziękuję za godziny opowieści, wskazówek i informacji, jakimi się ze mną podzieliłeś, muszę podziękować ci, że z takim oddaniem walczysz z wielkimi pożarami. Po zbadaniu tego tematu naprawdę podziwiam każdego, kto chce z własnej woli podejmować się tego zadania, w dodatku z entuzjazmem, sezon po sezonie. Ze względu na morderczo wyczerpujący wysiłek fizyczny, długie godziny pracy i niedobór snu tacy ludzie zyskali sobie opinię elity wśród strażaków. Sam poziom ryzyka to dość, bym bała się o każdego, kto staje na drodze płomieniom i z poświęceniem ratuje czyjś dom, farmę albo nawet całe miasto. Dziękuję, Tyler, za pomoc w napisaniu tej historii - ale przede wszystkim to dla mnie zaszczyt znać takiego bohatera.

Megan Davis zaczynała jako czytelniczka, którą poznałam kilka lat temu na pierwszym konkursie Book Bash w Orlando, na Florydzie. Zrobiłyśmy sobie tego dnia wspólne zdjęcie. To jedno z moich ulubionych. Pamiętam, jak potem rozmawiałyśmy. Była taka fajna, pomyślałam, że może sfotografowała się ze mną tylko dlatego, że widziała, jak robią to inni. Teraz jest moją prawą ręką. To dzięki niej powstał rozdział opisujący pierwszy tydzień Ellie z ekipą strażaków górskich. Nie zamierzałam zagłębiać się w ten wątek, ale Megan chciała wiedzieć więcej. Napisałam więc rozdział, który sprawił, że akcja Beautiful Burn przybrała inny obrót, poszła w kierunku, który mnie zachwycił, a wszystko dlatego, że wypełniłam lukę, z której istnienia nie zdawałam sobie sprawy. Dziękuję za wszystko, co dla mnie robisz, Megan, ale przede wszystkim dziękuję, że domagasz się więcej.

Podziękowania dla Jennifer Daniele za siedzenie ze mną nad redakcją do późnej nocy, a dla Niny Moore za to, że zawsze była gotowa tworzyć wspaniałe grafiki promocyjne. Wielkie dzięki dla Jessiki Landers za opiekę nad grupą fantastycznych czytelników o nazwie MacPack. Nie wiem, co bym zrobiła bez każdej z was!

Dziękuję, Deanna, za zapewnianie mnie, że ta powieść jest tak wciągająca, jak powinna być każda książka o Maddoxach, i za pomoc przy pisaniu notki wydawniczej, czego tak się bałam. A najbardziej dziękuję za to, że jesteś moją najlepszą przyjaciółką i za wysłuchiwanie moich narzekań i biadania.

Podziękowania należą się też Murphy Rae, Madison Seidler i Jovanie Shirley za pomoc w produkcji tej książki, Hang Le za cudowną okładkę, a Bec Butterfield za pomoc przy australijskim slangu. Dla pisarek Kristen Proby i Jen Armentrout - za ich wsparcie podczas pracy. I dla mojej agentki Kevan Lyon, która przetrwała ze mną rok 2015 z zadziwiającym wdziękiem i cierpliwością.

I wreszcie dziękuję L3 za bycie moją bańką pozytywnego myślenia. I mojej ekipie: Megan, Jessice, Chu, Liis, Deannie i Misty. Jesteście jak miód na moje serce.