2
Styczeń 1964
Trzy miesiące wcześniej
- W sobotę w hali sportowej ma grać fajny zespół - poinformowała dziewczyny Mairead, kiedy wychodziły z auli po porannych modlitwach.
Jej trzy przyjaciółki, zdziwione, uniosły brwi, idąc korytarzem.
- Podobno są niesamowici - dodała. - Rozwiesili afisze na mieście. Zobaczycie po lekcjach.
- Co to za grupa? - spytała Katherine O'Mahoney, kiedy wchodziły do klasy. - I kto w niej gra?
- To prawdziwy zespół, z gitarami i perkusją. Wokalistą jest Con Daly.
Wszystkie cztery usiadły w ławkach i otworzyły teczki.
- To łobuz - stwierdziła z powagą Maureen McNamara.
- Mama mu umarła, kiedy był mały, a tata to ześwirowany alkoholik, więc jaki ma być? - odparła Katherine. - Mieszka sam w tej opuszczonej chacie przy plaży. Moim zdaniem trzeba mu współczuć.
- Zawsze miałaś miękkie serce - wtrąciła Mairead. - Ale mój brat twierdzi, że Con ma świetny głos. Jakiś czas temu słyszał go w barze w Clonakilty.
W korytarzu rozległy się ciężkie kroki siostry Benedict.
- Jestem za tym, żeby pójść - szepnęła Mairead. - Kto idzie ze mną?
Nie było czasu na dalsze dyskusje, bo siostra weszła do klasy.
*
Po lekcjach cztery przyjaciółki znów się zebrały. Schodząc ze wzgórza do centrum Ballymore, omawiały sytuację.
- Wszyscy chłopcy z St Joseph's będą na koncercie. Johnny... - Mairead spojrzała znacząco na Katherine, a ta zarumieniła się - Tommy Dalton - wyliczała dalej, patrząc teraz na Maureen.
Ta spuściła wzrok.
- A dla ciebie, Keira, może być każdy chłopak, który ci się spodoba - dodała Mairead.
- A niby jak mamy urwać się z domów w sobotę wieczorem? - spytała Keira.
- O to się nie martwcie. Wszystko już zaplanowałam.
- Skoro tak, to mów - ponagliła przyjaciółkę Katherine.
Mairead miała bardzo zadowoloną z siebie minę.
- Mama i tata jadą w sobotę rano do Milltown w odwiedziny do mojej cioci. Wrócą najwcześniej przed niedzielnym lunchem. Johnny ma się mną opiekować. Możecie więc powiedzieć rodzicom, że zostaniecie u mnie na noc. Nie muszą wiedzieć, że moja mama i tata wyjechali. Jeśli tylko wszystkie będziemy na mszy w niedzielę rano, nikt nie będzie nic podejrzewał. - Jej oczy błyszczały dumą. - I co wy na to?
Dziewczyny popatrzyły po sobie.
- A jeśli odkryją, gdzie byłyśmy? - rzuciła Maureen -. Jezusie święty! Ukrzyżują mnie!
- Ale nie odkryją, prawda? Nie przyjdzie im nawet do głowy, że ich słodkie córeczki mogą tańczyć całą noc z chłopakami. - Mairead zachichotała.
Keira, nieprzekonana, pokręciła głową. Dochodziły właśnie do miejsca, gdzie się od nich odłączała.
- Nie jestem taka pewna - powiedziała.
- No to pomyśl o tym. Niedługo kończymy siedemnaście lat. Nie jesteśmy już dziećmi. A właściwie nawet gdyby się dowiedzieli, to co? Zamkną nas w pace w Cork i wyrzucą klucz? Wątpię.
- Masz rację - przyznała Keira, która wyraźnie się zaczerwieniła. - Zastanowię się. Do zobaczenia jutro.
Pomachała przyjaciółkom i poszła wąską, krętą uliczką prowadzącą do McCurtain Square, na którym był otoczony żelaznymi barierkami niewielki park z szumiącą cicho małą fontanną. Stojące wokół piętrowe domy szeregowe w georgiańskim stylu, które były przedmiotem zazdrości wielu mieszkańców Ballymore, należały do elity intelektualnej miasta. Keira przecięła plac i podeszła do drzwi frontowych jednego z domów. Po ich lewej stronie wisiała błyszcząca mosiężna tabliczka z napisem:
SEAMUS O'DONOVAN, RADCA PRAWNY
Ojciec używał trzech dużych pokoi na parterze jako kancelarii. Rodzina zajmowała trzy wyższe piętra. Keira przekręciła klucz i ruszyła w kierunku schodów.
- Jestem, mamo! - zawołała, zdejmując kapelusz, żakiet, rękawiczki i szalik. Ruszyła korytarzem, otworzyła drzwi kuchni i poczuła cudowny zapach bekonu. Podeszła do dębowego stołu i pocałowała oprószoną mąką matkę.
- Witaj, kochanie. Miałaś przyjemny dzień? W czajniku jest zagotowana woda.
- Dziękuję - odparła dziewczyna. - Wszystko dobrze. Nalać ci filiżankę herbaty?
- Nie, dziękuję. Muszę skończyć ciasto. Na kolację przychodzi Helen.
Keira się zjeżyła.
- Oj, mamo, naprawdę musi?
- Wiesz dobrze, że tak. Biedactwo nie ma rodziców, którzy by ją kochali. Przynajmniej tyle możemy zrobić. I nie zapominaj, że to daleka krewna taty.
Helen McCarthy była w tej samej klasie co Keira w szkole przyklasztornej, choć wkrótce miała skończyć osiemnaście lat. Jej rodzice zginęli w wypadku samochodowym, kiedy miała pięć lat. Zostawili duży dom i majątek jedynaczce, którą po ich śmierci opiekowała się leciwa ciotka.
Keira nigdy nie wspominała koleżankom o łączącym je pokrewieństwie. Matka Helen była Angielką i protestantką. Nie angażowała się w życie tutejszej parafii. Ich rodzina zawsze trzymała się na uboczu. W dzieciństwie Helen uczęszczała do prywatnej szkoły w Bandon; naukę w szkole przyklasztornej zaczęła dopiero w wieku dwunastu lat. Ponieważ była solidniejszej postury niż większość dziewczynek w klasie, nosiła okulary i nie najlepiej radziła sobie z nauką, stanowiła łatwy cel drwin dla szkolnych dręczycielek.
Raz w miesiącu przychodziła do O'Donovanów na kolację. Seamus zarządzał funduszem Helen. Jego kancelaria czuwała też nad wszystkimi sprawami związanymi z posiadłością o powierzchni osiemdziesięciu hektarów, na której stał dom z kilkunastoma pokojami. Cały ten majątek zgodnie z ostatnią wolą rodziców miał przejść na Helen, kiedy ta skończy osiemnaście lat.
Keira, spowiadając się przed ojcem Moynihanem, często wyznawała, że bywa okrutna i bezduszna wobec Helen, i obiecywała, że postara się kiedyś z nią porozmawiać albo usiądzie obok niej w refektarzu podczas lunchu, bo jej daleka krewna zawsze jadała go sama w kącie. Ale jakoś nigdy się na to nie zdobyła.
- Postaraj się być dla niej miła - poprosiła matka. - To tylko parę godzin, jeden wieczór w miesiącu. Przecież to twoja szkolna koleżanka.
- Zrobię, co w mojej mocy, mamo, przysięgam.
- Jesteś grzeczną, dobrą dziewczynką. A teraz biegnij do siebie i odrób lekcje, zanim przyjdzie Helen.
*
Kolacja jak zwykle przebiegała w niezręcznej, napiętej atmosferze. Helen siedziała skupiona na jedzeniu.
- Masz już jakiś pomysł, co chciałabyś robić po maturze? - zwrócił się do niej Seamus, siląc się na serdeczny ton.
- Nie jestem pewna - odparła speszona, po czym znów skoncentrowała się na swoim talerzu.
- Wkrótce będę chciał z tobą poważnie porozmawiać. Już za kilka miesięcy będziesz mogła zarządzać posiadłością Lissnegooha.
- Tak. - Helen w roztargnieniu skubała pieczywo.
Deser wlókł się niemiłosiernie. Kiedy wreszcie Mary wstała i zaczęła sprzątać ze stołu, Keira również się poderwała.
- Pomogę ci.
- Nie. Poradzę sobie doskonale sama. Ty zabierz Helen na trochę do swojego pokoju.
Keira popatrzyła na matkę wymownie, ale zacisnęła zęby i zrobiła to, o co ta ją prosiła.
- Chodź, Helen. Pójdziemy na górę.
Kuzynka ruszyła schodami za nią, a kiedy weszły do pokoju, przysiadła na brzegu łóżka. Keira przyciągnęła krzesło od biurka i usiadła.
Nie przychodziło jej do głowy nic, o czym mogłyby rozmawiać.
Helen nerwowo postukiwała dłonią w udo. W końcu zebrała się na odwagę i odezwała się pierwsza.
- Idziesz na koncert tego zespołu w hali sportowej w sobotę wieczorem?
- Skąd o nim wiesz?
- Widziałam na mieście afisze i słyszałam, jak o tym rozmawiałyście rano w klasie.
Keira poczuła się winna i pokręciła głową.
- Nie, oczywiście, że się nie wybieram.
- A... - wybąkała Helen. Spuściła wzrok na ręce i bawiła się kciukami; paznokcie miała obgryzione niemal do krwi. - W tym zespole jest Con Daly. - Sięgnęła do kieszeni, wyjęła zmięty plakat i ostrożnie go rozprostowała. - On... no... jest bardzo przystojny, nie sądzisz? - Zaczerwieniła się aż po cebulki nieuczesanych porządnie włosów.
- Pewnie tak - przyznała Keira.
- Czasami z nim rozmawiam, kiedy jeżdżę konno po plaży. Widzę jego chatę z okna swojego pokoju. Czy nie byłoby wspaniale żyć tak jak on? Mieszkać samej, żeby nikt nie mówił ci, co masz robić?
Zdumiona Keira patrzyła na Helen, która jeszcze nigdy tyle przy niej nie powiedziała.
- Myślę, że w takiej chacie musi być zimno i samotnie - odparła. - Nie ma tam nawet toalety.
- Ludzie tacy jak Con i ja, no wiesz... są przyzwyczajeni do braku towarzystwa. Jesteśmy po prostu inni niż pozostali. Pewnie mamy ze sobą wiele wspólnego.
- Tylko że ty będziesz bardzo bogata, będziesz miała wielki dom, a Con Daly nie ma nic poza tą ruderą, którą wynajął, odkąd umarł jego tata, a ich dom zabrano na spłatę długów.
- No tak. - Helen posmutniała.
Złożyła starannie afisz i schowała go do kieszeni. Keira widziała, że dziewczyna wycofuje się z powrotem do swojej skorupy. Siedziały w milczeniu, póki pięć minut później do drzwi nie zapukała matka, by oznajmić, że Seamus jest gotów odwieźć Helen do domu.
- No to cześć - rzuciła Helen.
- Cześć.
Skinęła głową i wyszła z pokoju.
Niedługo później Keira poszła do łazienki, żeby się umyć. A potem położyła się do łóżka, okryła ciepło i zaczęła myśleć o sobotnim koncercie. Jeśli pójdzie, to będzie pierwszy raz, kiedy okłamie rodziców. Poza tym nie wiedziała, co miałaby włożyć. Sukienkę, w której chodzi do kościoła? Zachichotała na samą myśl o tym. Obróciła się na bok i zamknęła oczy. Prześpi się z tym i zobaczy, co przyjdzie jej do głowy rano.
*
- Mamo, Mairead zaprosiła Katherine, Maureen i mnie, żebyśmy nocowały u niej w sobotę. Mogłabym pójść? - Keira krzyżowała palce dłoni ukrytej za plecami.
Mary była zajęta szorowaniem podłogi w kuchni.
- Nie widzę powodu, żebyś nie mogła, jeśli tylko przedtem odrobisz wszystkie lekcje.
- Odrobię, przysięgam.
- No to możesz powiedzieć Mairead, że będziesz u niej spała.
- Świetnie. - Keira stała chwilę, zaskoczona, że poszło tak gładko.
Matka podniosła na nią wzrok.
- Jeszcze coś? Chcesz pomóc mi szorować podłogę?
- No... nie. Dziękuję, mamusiu.
Dziewczyna czmychnęła, w obawie, że może się czymś zdradzić.
*
- Wchodź, nim ktoś cię zobaczy - szepnęła Mairead, otwierając drzwi do kuchni.
- Ale przecież powinni nas tu widzieć. - Keira zachichotała.
- Jasne. - Mairead roześmiała się. - Musiałam zapłacić bratu, żeby na nas nie nakablował. Wybiera się na koncert z kilkoma kolegami.
- I nas nie wyda?
- Nie. Czuje miętę do Katherine, więc nic nie powie. Przyniosłaś coś do ubrania?
- Tak, sukienkę, w której chodzę w niedzielę do kościoła - odparła Keira, idąc za przyjaciółką po schodach.
- No nie, zwariowałaś!
- Żartuję. Zaraz ci pokażę.
Na środku małego pokoju, pośród rozłożonych ubrań, siedziała na podłodze Katherine w bieliźnie.
- Wszystko wygląda ohydnie - poskarżyła się. - Wracam do domu i spędzę noc w łóżku.
- Nie świruj! - ofuknęła ją Mairead. - Wyglądasz świetnie w swoich bryczesach i czarnym swetrze. Podkreślają twoją figurę.
- Nie mogę iść w bryczesach na koncert! - jęknęła Katherine.
- Jasne, że możesz. Nie pamiętasz, że w tym magazynie, który Maureen dostała od ciotki z Londynu, pisali, że bryczesy są teraz bardzo modne?
Keira rzuciła torbę na podłogę.
- Nie rozumiem, czym ty się martwisz - powiedziała. - Przecież wszyscy chłopcy i tak szaleją na twój widok. Z tymi długimi, ślicznymi blond włosami i wielkimi niebieskimi oczami nie musisz się o nic starać.
- Coś ty! - prychnęła Katherine. - To tobie każda dziewczyna w klasie zazdrości kasztanowych loków i długich nóg. Jesteś taka ładna jak te modelki z magazynu Maureen.
- Skoro obie już wiecie, że powinnyście stanąć do konkursu piękności, może przejdźmy do rzeczy - ofuknęła je Mairead. - Maureen się spóźnia. Mówiła, że będzie o czwartej trzydzieści, a minęła już piąta.
- Przyjdzie - zapewniła ją Keira. - Widziałam ją na mieście.
- No dobrze. - Mairead wzięła szczotkę i grzebień i pomachała nimi w kierunku przyjaciółek. - Która pierwsza w moim salonie fryzjerskim?
*
Półtorej godziny później transformacja była kompletna. Keira z zachwytem przyjrzała się sobie w lustrze.
- Nie mogę uwierzyć, że to ja.
Ułożyła pomalowane szkarłatną szminką usta w dzióbek. Powieki miała ciężkie od sztucznych rzęs, które nałożyła jej przyjaciółka. Dotknęła włosów. Mairead zwinęła je zręcznie, a potem upięła wsuwkami na czubku głowy. Stara spódniczka w szkocką kratę wygrzebana z głębi szafy wyglądała świetnie po skróceniu o jakieś dwadzieścia centymetrów. Keira dopasowała ją po bokach, żeby dobrze leżała na biodrach i eksponowała długie, szczupłe nogi.
Katherine też podziwiała swoją nową stylizację.
- Mairead, powinnaś otworzyć własny salon. Jesteś genialna - stwierdziła z uśmiechem.
Mairead skromnie wzruszyła ramionami i odłożyła zdjęcie modelki z magazynu, na której się wzorowała.
- E, to nic takiego. Teraz kolej na mnie. Zadzwonicie do Maureen, jak pójdę do łazienki?
Keira niechętnie oderwała na moment wzrok od lustra.
- Jeśli nie przyjdzie za dziesięć minut, zadzwonię - obiecała.
- Super. Posprzątajcie tu trochę, dobrze?
- Spróbujemy.
Katherine westchnęła, przysiadając ostrożnie na łóżku, żeby nie popsuć sobie fryzury ze złocistych loków, które wyszczotkowała jej Maireed.
- Wiesz, gdyby nasze mamy zobaczyły nas dziś wieczorem, chybaby nas nie poznały - powiedziała.
- Racja. Wyobrażam sobie, co by powiedział tata, widząc mnie tak wymalowaną, w tej krótkiej spódniczce.
- Myślisz, że wieczorem przydarzy się to którejś z nas?
- Co masz na myśli? - spytała Keira.
- Że się z kimś pocałujemy. - Jej przyjaciółka podciągnęła długie nogi pod siebie.
- Kto wie?
Siedziały w milczeniu, zastanawiając się, jak przełomowy byłby to moment.
Kiedy na dole rozległo się pukanie, Katherine się zerwała.
- To na pewno Maureen. Zejdę ją wpuścić.
Dwie minuty później wróciła do sypialni, prowadząc zarumienioną Maureen.
- Jezusie święty, myślałam już, że nigdy się nie wyrwę. Shane się pochorował i mama kazała mi go popilnować, zanim wróci z miasta. Ile mam czasu, żeby się przygotować?
- Mnóstwo, jeśli ci pomożemy - zapewniła ją Katherine.
Pół godziny później we czwórkę siedziały na łóżku, nerwowo rozważając swój śmiały plan.
Maureen, czując się nieswojo w turkusowej kreacji, skradzionej z szafy mamy, pokręciła głową.
- Sama nie wiem. Może najlepiej byłoby dać sobie spokój, przygotować sobie kanapki i przebrać się w piżamy.
- Tylko bez paniki. - Mairead wyciągnęła spod łóżka małą butelkę whiskey. - Wszystkim nam się przyda dla odwagi. - Otworzyła ją, przyłożyła do ust i odchylając głowę, wypiła łyk.
Przyjaciółki patrzyły, jak oczy się jej załzawiły.
- Szybko, bo tusz ci się rozmaże. - Keira podsunęła jej chusteczkę.
- Która następna? - Mairead delikatnie wytarła kąciki oczu i wyciągnęła przed siebie butelkę.
Dziewczyny popatrzyły na siebie niezdecydowane.
- O rany, gdzie wasz duch przygody? - Mairead pokręciła głową i przewróciła oczami.
- Dawaj. - Keira złapała whiskey i upiła odrobinę. - Teraz ty, Katherine.
Ta opuściła powieki i pociągnęła spory łyk. Oczy jej błyszczały, kiedy przekazywała butelkę Maureen.
- Smakuje mi - przyznała.
- Już ci się spodobało? - Maureen roześmiała się i wypiła trochę. Trzeba było ją porządnie poklepać w plecy, bo okropnie się zakrztusiła.
- No dobra, gotowe? - spytała Mairead.
Pozostała trójka skinęła z powagą głowami.
- No to zakładamy kurtki, wsiadamy na rowery i w drogę.
- A jak zobaczymy kogoś, kto nas zna? - zaniepokoiła się Katherine.
- To mu pomachamy i uśmiechniemy się. Wyszłyśmy, żeby sobie pojeździć - Mairead wzruszyła ramionami.
- Co? Po ciemku? - Keira zachichotała.
- Chodźcie, idziemy.
*
Do hali sportowej miały piętnaście minut jazdy. Odetchnęły z ulgą, bo ulice były opustoszałe - najwyraźniej większość ludzi tego zimnego styczniowego wieczoru siedziała w domach przy kominkach. Ukryły rowery za halą i stanęły w krótkiej kolejce, która utworzyła się przed wejściem.
- Dajcie mi pieniądze, to zapłacę za nas wszystkie - powiedziała Mairead.
Keira odwróciła się i dojrzała kilku chłopaków, którzy przyglądali się im z aprobatą. Trąciła łokciem Katherine i mrugnęła do niej. Kiedy Mairead zapłaciła, poszły do toalety, by poprawić makijaż i fryzury.
Gdy Keira starannie nakładała szminkę, słyszała, jak zespół rozgrzewa się w sali obok. Przebiegł ją dreszcz podniecenia.
- Nareszcie dorastasz - szepnęła do swojego odbicia w lustrze.
*
Nim wybiła dziewiąta, hala pękała w szwach.
- Widzicie, zjechali się ludzie z okolicznych miasteczek. W takim ścisku nikt nas nie zauważy - uspokajała Mairead koleżanki, kiedy przebijały się do baru. - Co sobie zamówimy?
- Lemoniadę.
- Mam wziąć cztery?
Zgodnie kiwnęły głowami.
Z głośników odezwał się gromko konferansjer.
- A teraz, drodzy państwo, powitajmy Cona Daly'ego i jego zespół.
Kiedy zapowiadający opuścił scenę, dziewczyny stanęły na palcach, by zobaczyć, jak wchodzi na nią pięciu członków zespołu. Con Daly podszedł niedbałym krokiem do mikrofonu.
- Dobry wieczór, witam was w imieniu swoim i chłopaków. Mamy nadzieję, że będziecie się dobrze bawić. A teraz zakołyszmy się!
Con obejrzał się, dał znak zespołowi i nagle salę wypełnił dźwięk głębokiego, niskiego głosu przy wtórze leniwych gitar.
Dziewczyny gapiły się na wokalistę.
- W ogóle bym go nie poznała - szepnęła Mairead. - Jak się umyje, jest całkiem do rzeczy, nie?
- Kiedy teraz na niego patrzę, wydaje się całkiem, całkiem - przyznała Katherine. - Te czarne włosy i niebieskie oczy... Przypomina Elvisa. Nie sądzisz, Keira?
Keira milczała. Patrzyła jak urzeczona na Cona Daly'ego.
- Co za głos - wtrąciła Maureen. - Ten chłopak naprawdę śpiewa nie gorzej od tych, których puszczają w radiu.
- Keira, weź swoją lemoniadę! - Mairead dała jej kuksańca w bok.
- Przepraszam. - Keira wzięła od przyjaciółki butelkę, wsunęła słomkę do ust i pociągnęła łyk, nie odrywając oczu od sceny.
- Hej, może... miałabyś ochotę zatańczyć, Katherine O'Mahoney?
Wysoki, chudy jak szczapa chłopak, mocno pryszczaty, stanął za Katherine. Znały go. Był w tej samej klasie co Johnny, brat Maureen.
- Może i tak - Katherine pokiwała głową, oglądając się - ale nie z tobą, Ryanie O'Sullivan.
Dziewczyny zachichotały, a Ryan ulotnił się ze spuszczoną głową.
- Nie powinnaś być taka okrutna - skarciła przyjaciółkę Maureen.
- A może czekam, żeby podszedł Johnny i mnie poprosił? - Katherine się uśmiechnęła.
Znalazły wolny stolik z boku sali i usiadły. Patrzyły na zespół i tych, którzy zaczęli tańczyć. Keirze trudno było oderwać wzrok od Cona Daly'ego.
Piątka muzyków skończyła dynamiczny utwór wśród aplauzu publiczności, a Con odezwał się cicho do mikrofonu:
- Jesteście cudowną publicznością. Dziękujemy. Teraz zwolnimy nieco tempo. Weźcie swoich partnerów, dziewczyny i chłopaki. Tę balladę napisałem, patrząc na piękną zatokę Ballymore.
Przy stoliku nagle pojawił się Johnny.
- Zatańczysz, Katherine? - zapytał pewnym siebie głosem.
Zaczerwieniona, skinęła głową. Wstała i ujęła wyciągniętą do niej dłoń.
- A ty, Keira, zatańczysz ze mną?
To był Angus Hurley, chłopak, którego Keira znała od dziecka. Jego rodzice mieli fabrykę bawełny pod miasteczkiem.
Skinęła głową i Angus poprowadził ją na parkiet. Objął ją lekko w talii, a ona położyła ręce na jego ramionach. Kołysali się niezręcznie w rytm muzyki.
- Jestem zaskoczony, że rodzice pozwolili wam tu przyjść - powiedział.
- Nie wiedzą, że tu jesteśmy. A jeśli piśniesz choć słowo, Angusie Hurley, to żadna z nas nigdy więcej się do ciebie nie odezwie.
- Nikomu nic nie powiem. Wiesz, że was nie zdradzę.
Oparła głowę na jego ramieniu i obserwowała Cona Daly'ego. Miała wrażenie, że wokalista śledzi ją wzrokiem. Przez dobre dziesięć sekund wpatrywali się w siebie nawzajem. Była tak skupiona na nim, że dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że Angus coś do niej mówi.
- Przepraszam. Zamyśliłam się. Co powiedziałeś?
- Ja... no, pytałem... czy... - Zaczerwienił się. - Myślałem, że może wybralibyśmy się do kina w Bandon w przyszłym tygodniu. Wyglądasz dziś... naprawdę pięknie. A mnie zawsze się podobałaś. Zresztą pewnie to wiesz.
- Miło, że mnie zapraszasz. Mogę się zastanowić i dać ci znać?
- Jasne. - Skinął głową.
Ballada się skończyła i Keira wróciła do stolika. Maureen, która siedziała tam sama, wyglądała na podłamaną.
- A gdzie Mairead? - spytała ją Keira.
- Podszedł jakiś fantastyczny chłopak i ją porwał. Katherine dalej tańczy.
Keira popatrzyła na parkiet i zobaczyła, jak jej przyjaciółka mocno zarzuciła ręce na szyję Johnny'ego. Uśmiechnęła się.
- Wspaniale zobaczyć ich wreszcie razem. Od wielu miesięcy do siebie wzdychali.
- A co z tobą i tym przystojnym Angusem? - zapytała Maureen.
- O... zaprosił mnie do kina w przyszłym tygodniu. Powiedziałam, że pomyślę i dam mu znać.
- Co?! Keira, wiesz przecież, że Angus to najlepsza partia w mieście. Pewnego dnia będzie miał tę fabrykę i wielki dom na wzgórzu. W dodatku wygląda jak amant filmowy.
- Według ciebie. Dla mnie Con Daly jest przystojniejszy.
- Nie! - zaprotestowała Maureen. - Pewnie od miesięcy się nie kąpał!
Keira przewróciła oczami.
- Jesteś okropna.
- Chciałam tylko powiedzieć, że powinnaś cieszyć się, że jest chłopak, któremu się podobasz. Nie wiem, po co w ogóle tu przyszłam. Kto by chciał ze mną tańczyć, z taką grubą brzydulą?
Keira popatrzyła na przyjaciółkę, na jej buzię w kształcie serduszka, nosek usiany piegami, małe rude loczki wymykające się z warkocza, który Mairead upięła misternie w kok na tyle jej głowy.
- Jesteś piękna, Maureen, naprawdę - powiedziała szczerze.
- To czemu podpieram ściany, kiedy inni tańczą?
- Już niedługo, zobaczysz. Przepraszam, muszę skoczyć do toalety. Za chwilę wrócę.
Kiedy Keira wstała, zespół właśnie ogłaszał dziesięciominutową przerwę. Podeszła do Angusa, który stał przy barze w głębi sali.
- Pójdę z tobą do kina w przyszłym tygodniu - powiedziała.
- Naprawdę? - Uśmiechnął się z ulgą. - To fantastycznie!
- Pod jednym warunkiem.
Angus podniósł ręce.
- Proś, o co zechcesz.
- Że zafundujesz mojej przyjaciółce Maureen lemoniadę, pogadasz z nią chwilę, a kiedy zaczną grać, poprosisz ją do tańca.
Wzruszył ramionami.
- Dobra. Przyjadę po ciebie o siódmej w piątek. Możemy pojechać moim nowym samochodem, który dostanę na osiemnaste urodziny.
- Fajnie. To do zobaczenia... pod warunkiem że spełnisz obietnicę.
- Już lecę po lemoniadę.
Keira uśmiechnęła się i ruszyła do toalety znajdującej się przy wejściu do hali. Stanęła przed małym, popękanym lustrem, poprawiła włosy i szminkę na ustach. Kiedy wychodziła, ktoś złapał ją za rękę i pociągnął do wyjścia. Zaskoczona, o mało nie krzyknęła.
- Ciii! Nic ci nie zrobię, słowo.
Rozpoznała ten głos i poczuła przyjemny zapach wody po goleniu. Przeszył ją dreszcz, kiedy Con Daly znalazł się tuż za nią.
- Keira O'Donovan... Patrzyłem na ciebie ze swojej chaty, kiedy przychodziłaś na plażę z przyjaciółkami, i zawsze myślałem, jaka jesteś śliczna. A dziś wieczorem... Nigdy w życiu nie widziałem nic piękniejszego od ciebie. Szczerze mówiąc, chciałbym poślubić cię tu i teraz, natychmiast... - Obrócił ją tak, by znalazła się twarzą do niego.
Było ciemno, ale widziała, że chłopak uśmiecha się szeroko.
- A przynajmniej... wpadnij do mnie na herbatę w przyszłym tygodniu - dodał.
Keira patrzyła mu w oczy. Kompletnie ją zatkało.
- Dobrze? - spytał.
- Dobrze, dobrze... ale co?
- Przyjdziesz do mnie w przyszłym tygodniu?
- No...
- Przyjdziesz. Wiesz, gdzie mieszkam?
Skinęła głową.
- To będę czekał. A teraz chodź, pocałuj mnie.
Przyciągnął ją delikatnie i lekko pocałował w usta. A potem położył dłonie na jej ramionach i wpatrywał się w nią z góry.
- Keira. - Mrugnął do niej. - Będę na ciebie czekał.
Patrzyła, jak chłopak wchodzi do środka, a potem, zdyszana, oparła się o ścianę. Miała nogi jak z waty, w głowie się jej kręciło.
Con Daly był nie lepszy od przybłędy mieszkającego w szałasie na plaży. Jeszcze wczoraj pewnie przeszłaby na drugą stronę ulicy, żeby się na niego nie natknąć, nie mówiąc już o tym, by mogła mu pozwolić na takie spoufalanie się...
Przeżegnała się i poprosiła Boga, by jej wybaczył - nie tylko ten pocałunek, ale także to, że sprawiło jej to taką przyjemność.
Czy pójdzie się spotkać z Conem w przyszłym tygodniu?
Stała nieruchomo, kiedy zespół zaczął grać.
W końcu weszła do hali i zobaczyła, że Angus tańczy z Maureen. Katherine migdaliła się z Johnnym, a Mairead przytulał do siebie chłopak, którego Keira nigdy wcześniej nie widziała.
Potem popatrzyła na scenę.
Con uśmiechnął się do niej.
Wiedziała, że tego wieczoru zaczęło się coś, co może kompletnie zmienić jej życie.