p

Bądź tylko sobą - Kim Suhyun

Kup ebooka

34.90 zł
29.67 zł (24,43 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przestań się skupiać na liczbach

Oto cytat z mema opo­wia­da­ją­cego o tym, jak w róż­nych kra­jach świata defi­niuje się osobę nale­żącą do klasy śred­niej:

W anglii (na pod­sta­wie badań prze­pro­wa­dzo­nych przez uni­wer­sy­tet oks­fordzki) jest to ktoś, kto:

Ma wła­sne prze­ko­na­nia i opi­nie. Nie upiera się bez­pod­staw­nie. Chroni sła­bych i umie posta­wić się sil­nym. Chęt­nie podej­muje walkę z nie­spra­wie­dli­wo­ścią, nie­rów­no­ścią spo­łeczną i bez­pra­wiem.

We fran­cji (na bazie stan­dar­dów "jako­ści życia" pre­zy­denta pom­pi­dou) jest to ktoś, kto:

Posłu­guje się co naj­mniej jed­nym języ­kiem obcym i ma sze­ro­kie hory­zonty. Potrafi ugo­to­wać co naj­mniej jedno danie na tyle smacz­nie, by można było podać je na obiad. Anga­żuje się w wolon­ta­riat. Potrafi upo­mi­nać cudze dzieci rów­nie sku­tecz­nie jak wła­sne.

W korei (na bazie ankiety ze strony z ogło­sze­niami o pracę) jest to ktoś, kto:

Jest w sta­nie kupić czte­ro­po­ko­jowe miesz­ka­nie bez kre­dytu. Zara­bia co naj­mniej pięć milio­nów wonów mie­sięcz­nie. Jeź­dzi śred­niej wiel­ko­ści seda­nem - lub lep­szym autem. Ma na kon­cie sto milio­nów wonów. Rocz­nie jeź­dzi na kilka wycie­czek zagra­nicz­nych.

Co jest w stan­dar­dzie kore­ań­skim, czego bra­kuje w angiel­skim czy fran­cu­skim?

Liczby.

Pamię­tam, jak któ­re­goś razu buszu­jąc w inter­ne­cie, tra­fi­łam na reklamę kal­ku­la­tora "war­to­ści matry­mo­nial­nej". Klik­nię­cie w nią nie zapro­wa­dziło mnie - jak począt­kowo zakła­da­łam - na stronę ofe­ru­jącą usługi wróż­biar­skie, ale na witrynę firmy zaj­mu­ją­cej się pośred­nic­twem matry­mo­nial­nym. Wpi­sa­łam swój wiek, wzrost, wagę, wyso­kość oszczęd­no­ści i dochód netto oraz inne dane, a następ­nie pozna­łam swoją war­tość ryn­kową: wyce­niono mnie niczym krowę na targu. Chyba nie umiem sobie wyobra­zić bar­dziej kore­ań­skiej sztucz­nej inte­li­gen­cji niż ten kon­cept.

Gdy naszym życiem kie­rują liczby i kal­ku­la­cje, łatwo popaść w obse­sję: chcemy mieć jak naj­lep­sze wyniki w naszym CV, sza­cu­jemy, kto jest wart naszej uwagi, patrząc na wiel­kość jego domu, a pro­jek­tów zgła­sza­nych przez akty­wi­stów nie ana­li­zu­jemy pod kątem mery­to­rycz­nym, lecz wyłącz­nie eko­no­micz­nym. Gdy patrzymy jedy­nie na cyferki, gubimy praw­dziwe war­to­ści.

W licz­bach kusi nas to, że łatwo je ze sobą zesta­wić. Nie da się porów­nać koła z trój­ką­tem, ale już jedynkę z dwójką - ow­szem. Koniec koń­ców, patrząc na życie przez pry­zmat wyni­ków, wpa­damy w wir wza­jem­nych porów­nań i walki o pozy­cję w ran­kingu. Boimy się, że jeste­śmy nie­wy­star­cza­jący, i nie­ustan­nie spraw­dzamy, na któ­rym miej­scu się pla­su­jemy. Czy jed­nak wszystko w życiu da się wyra­zić za pomocą liczb? Ilo­raz inte­li­gen­cji nie jest miarą mądro­ści, liczba przy­ja­ciół nie mówi nic o jako­ści naszych rela­cji, duży dom nie gwa­ran­tuje szczę­ścia rodzin­nego, a czyjś roczny dochód nie świad­czy o jego uczci­wo­ści.

Praw­dzi­wej war­to­ści nie da się wyra­zić w licz­bach. Jeśli chcesz być osobą samo­sta­no­wiącą o sobie, a nie kimś, kto jest po pro­stu "lep­szy" od innych, musisz usu­nąć liczby ze swo­jego życia.

TEGO, CO W ŻYCIU NAPRAWDĘ WAŻNE, NIE DA SIĘ WYRA­ZIĆ W LICZ­BACH

Nie bierz za bardzo do siebie słów innych

Jungmi, moja czy­tel­niczka i przy­ja­ciółka, z którą pozna­ły­śmy się przez media spo­łecz­no­ściowe, to nie­zwy­kle uro­cza i cie­pła osoba. Jej chło­pak, czę­sty boha­ter jej postów, jest wobec niej bar­dzo czuły - ich miłość przy­wró­ciła mą nad­wą­tloną wiarę w związki. Zasko­czył mnie za to jeden z komen­ta­rzy, któ­rego autor twier­dził, że powinna "prze­stać wrzu­cać te sło­dzia­kowe foty", bo oglą­dają je także ci, któ­rym nie poszczę­ściło się tak w miło­ści.

Oczy­wi­ście, jest mnó­stwo ludzi, któ­rzy postują dosłow­nie non stop - ale zapew­niam was, że Jungmi do nich nie należy. Komen­tarz ten spra­wił jed­nak, że poczuła się nie­pew­nie, choć prze­cież nie zro­biła nic złego - to osoba komen­tu­jąca nie upo­rała się ze swoim pro­ble­mem.

Zawsze ist­nieje ryzyko, że ktoś nas opacz­nie zro­zu­mie i zaata­kuje, opie­ra­jąc się na błęd­nych inter­pre­ta­cjach naszych wypo­wie­dzi czy dzia­łań. Kie­dyś tacy ludzie wyży­wali się w sek­cji opi­nii pod arty­ku­łami w ser­wi­sach infor­ma­cyj­nych - dziś ich domeną stały się komen­ta­rze w mediach spo­łecz­no­ścio­wych.

Oto kilka rad odno­śnie do tego, jak sobie z nimi radzić: Po pierw­sze, kiedy ktoś cię kry­ty­kuje, miej na uwa­dze, że to jed­nost­kowa opi­nia, w dodatku opi­nia osoby, która nie jest ani kró­lem Salo­mo­nem, ani Zyg­mun­tem Freu­dem.

Po dru­gie, zamiast dawać upust zło­ści czy wpa­dać w przy­gnę­bie­nie, zasta­nów się, czy w tych kry­tycz­nych sło­wach nie tkwi choć odro­bina prawdy. Jeżeli tak, wów­czas wyko­rzy­staj to jako wska­zówkę, co możesz popra­wić. Jeśli zaś wypo­wiedź wynika wyłącz­nie z nie­prze­pra­co­wa­nych pro­ble­mów osoby komen­tu­ją­cej, potrak­tuj ją jak szcze­ka­nie psa. A jeśli pies nie prze­staje szcze­kać? Nie wysłu­chuj tego bier­nie, lecz podej­mij kon­kretne dzia­ła­nia.

Dla­czego warto dzia­łać? Bo ten szcze­kacz rzuca oszczer­stwa? Nie. Bo robi nad­mierny hałas.

Pokaż tę stronę inter­ne­to­wym trol­lom. Uwaga: Wiem, kim jeste­ście, ale kim jestem ja?

Przedmowa

Minęło pięć lat od pierw­szego, kore­ań­skiego wyda­nia Bądź tylko sobą. Jedno z pytań, jakie naj­czę­ściej sły­szę w związku z tym tytu­łem, brzmi: "Co skło­niło cię do napi­sa­nia tej książki?". Cóż, weszłam w doro­słość wypo­sa­żona w odgór­nie narzu­coną mi instruk­cję obsługi życia, z bar­dzo kon­kret­nymi punk­tami: pójść na stu­dia, zna­leźć dobrą pracę, wziąć ślub, kupić miesz­ka­nie, uro­dzić dzieci, stać się osobą doro­słą o wyro­bio­nym guście, pro­wa­dzić wygodny tryb życia. Innymi słowy - żyć tak, jak żyją inni. Tak, jakby ktoś nie­ustan­nie mnie obser­wo­wał.

O dziwo, z powo­dów, które rozu­miem teraz aż za dobrze, ni­gdy nie zre­ali­zo­wa­łam tego planu. Nie odha­czy­łam kilku pierw­szych punk­tów, więc nie mogłam przejść do kolej­nych. Porażka, jaką ponio­słam w reali­zo­wa­niu życio­wych wytycz­nych, wywo­ły­wała we mnie ogromny wstyd.

Co zro­bi­łam nie tak? Czy powin­nam była uważ­niej słu­chać świata, moc­niej się sku­pić, zmu­sić do cięż­szej pracy? Czy może poszłoby mi lepiej, gdy­bym była kom­plet­nie inną osobą?

Począt­kowo powo­dów swo­jego nie­po­wo­dze­nia szu­ka­łam przede wszyst­kim w sobie, jed­nak w któ­rymś momen­cie w gło­wie wykieł­ko­wała mi rewo­lu­cyjna myśl: "A jeśli w życiu cho­dzi o coś zupeł­nie innego?".

W chwili, w któ­rej porzu­ci­łam ścieżkę myśle­nia pt. "To wszystko moja wina", sku­pi­łam się na pro­ble­mach, które tra­wią nasze spo­łe­czeń­stwo. Kiedy zaczę­łam wąt­pić, czy "życie ide­alne" to naprawdę jedyny warty sta­rań cel, zaczę­łam szu­kać innych dróg. Gdy już dopu­ści­łam do sie­bie myśl, że więk­szość ludzi może się mylić, zdo­by­łam się na odwagę, by spró­bo­wać kariery pisar­skiej.

Niniej­sza książka by nie powstała, gdyby nie jedna myśl: "A jeśli w życiu cho­dzi o coś zupeł­nie innego?" oraz wszyst­kie pomy­sły i pyta­nia, które poja­wiły się w ślad za nią.

To pod­sta­wowe pyta­nie dopro­wa­dziło mnie do wielu odpo­wie­dzi. Dało mi siłę, by odrzu­cić kłam­stwa, które odbie­rały mi swo­bodę życia w zgo­dzie z samą sobą. Dzięki niemu zaak­cep­to­wa­łam sie­bie taką, jaka jestem. Doświad­czy­łam tym samym nie­zwy­kłego uczu­cia wyzwo­le­nia, któ­rym bar­dzo chcia­łam podzie­lić się z czy­tel­ni­kami i czy­tel­nicz­kami.

Mam nadzieję, że pod­czas lek­tury nie poczu­je­cie, że pró­buję was prze­ko­nać do cze­goś na siłę. Pra­gnę was zachę­cić do pój­ścia w moje ślady i sta­wia­nia trud­nych pytań; do prze­ła­my­wa­nia goto­wych skryp­tów i kon­wen­cji. Spró­buj­cie na wła­sną rękę poszu­kać odpo­wie­dzi.

Każ­dego wie­czora po skoń­czo­nym dniu pracy nad tek­stem szłam do domu z odświe­ża­ją­cym uczu­ciem lek­ko­ści. Od czasu do czasu wciąż ono do mnie powraca.

Mam nadzieję, że dzięki tej książce poczu­je­cie to samo. Minęło pięć lat od jej pre­miery, a ja nie­ustan­nie kibi­cuję wam wszyst­kim, któ­rzy wyru­szy­li­ście ze mną w tę podróż. Powo­dze­nia, kochani: żyj­cie dobrze - żyj­cie po swo­jemu.

Kim Suhyun

Nie przymilaj się do tych, którzy nie są mili dla ciebie

Tuż po zakoń­cze­niu stu­diów roz­po­czę­łam staż zawo­dowy. Moja pierw­sza sze­fowa w tej pierw­szej pracy trak­to­wała mnie jak... słu­żącą? Gene­ral­nie - drę­czyła mnie na różne moż­liwe spo­soby. Potra­fiła zażą­dać, żebym prze­su­nęła o dzie­sięć cen­ty­me­trów moni­tor, który stał tuż przed jej nosem, wykli­nała mnie za naj­mniej­sze błędy. To była duża firma i mia­łam na hory­zon­cie wizję moż­li­wo­ści przej­ścia na pełny etat, dla­tego waha­łam się: odejść czy zostać. Każdy dzień bole­śnie uświa­da­miał mi fakt, że homo sta­ży­stus znaj­duje się na samym dole kor­po­ra­cyj­nej hie­rar­chii.

I musiało minąć parę lat, odkąd skoń­czy­łam tam­ten staż, abym pew­nego dnia wresz­cie poczuła ogar­nia­jącą mnie złość na samo jego wspo­mnie­nie.

Zło­ściło mnie nie tyle zacho­wa­nie sze­fo­wej, co fakt, że się na nie godzi­łam. Ta kobieta nie była istotą wszech­mo­gącą, a jed­nak nie ode­zwa­łam się ani sło­wem w swo­jej obro­nie, przy­zwa­la­jąc jej na jesz­cze gor­sze zagrywki.

Nie­zręcz­nie byłoby porów­ny­wać te sytu­acje, ale w ana­li­zach histo­rycz­nych pod­kre­śla się, że oso­bom tor­tu­ro­wa­nym za dzia­łal­ność w ruchu demo­kra­tycz­nym w Korei Połu­dnio­wej więk­szą krzywdę wyrzą­dziły nie tor­tury fizyczne, tylko upo­ko­rze­nie zwią­zane z pró­bami obła­ska­wia­nia opraw­ców.

Praw­dzi­wie moc­nym cio­sem w naszą god­ność nie jest zatem samo znę­ca­nie, któ­rego doświad­czamy, ale nasza na nie reak­cja - ją wła­śnie odbie­ramy jako osta­teczne upodle­nie.

Jeśli ktoś jest dla cie­bie nie­miły, nie oka­zuje ci sza­cunku - naprawdę nie ma sensu zacho­wy­wać się wzglę­dem niego uprzej­mie. Nawet w poni­ża­ją­cych sytu­acjach jesteś w sta­nie mocno uchwy­cić się swo­jego poczu­cia god­no­ści.

NAWET GDY NIE MAMY KON­TROLI NAD SYTU­ACJĄ, MUSIMY NAUCZYĆ SIĘ STA­WIAĆ OPÓR, BY OCHRO­NIĆ SWOJE POCZU­CIE GOD­NO­ŚCI PRZED NAJ­GOR­SZYMI TYPAMI LUDZ­KIMI.

Drę­czy­ciele rosną w siłę nie dzięki zaj­mo­wa­nej przez sie­bie pozy­cji, ale bez­sil­nej uprzej­mo­ści osób, które drę­czą.