Roman Darnowski, młody urzędnik, należał do kategorji
ludzi, którym powodzi się wybornie, a którzy jednak nie czują się
zadowolonymi. Natura obdarzyła go dość hojnie; okoliczności, w
porze dzieciństwa niepomyślne, potem sprzyjały mu stale. Fenomenem
nie był w kierunku żadnym, ale posiadał zdolności umysłowe, które
pozwoliły mu świetnie ukończyć wyższe naukowe studja, i
powierzchowność ujmującą, której przeważnie zawdzięczał duże
powodzenie towarzyskie. Przed dziesięciu laty przybył do ogromnego
miasta i odrazu znalazł w tym lesie drzewo takie, które go od
wichrów, słót i zbłąkania się osłoniło. Był niem dom krewnej, która
niegdyś, jako skromna i prawie uboga panienka, nosiła to samo, co
on, nazwisko, a od lat już kilkunastu była bogatą, z szerokiemi
kołami towarzyskiemi zestosunkowaną, panią baronową Lamoni. Wypadek
był dość rzadkim. Dziewczyna piękna i zalotna, z małego dworku
szlacheckiego, została żoną człowieka bogatego, zajmującego na
szerokim świecie stanowisko wysokie, i przedzierzgnęła się na damę
światową, prowadzącą w wielkiem mieście dom otwarty, wesoły,
napełniony zbytkiem natury wszelkiej. Stało się to już dawno. Roman
wcale jej nie znał, gdy po raz pierwszy złożył jej wizytę z listem
polecającym od Domuntów, sąsiadów jego stryja, których baronowa
była krewną daleko bliższą, niż Darnowskich. Kobieta już niemłoda,
ale jeszcze piękna i więcej niż kiedykolwiek zalotna, sprawiła na
nim wrażenie istoty zaciekawiającej, bo należącej do gatunku
całkowicie mu dotąd nieznanego. Otoczenie, w którem żyła, wydało mu
się wprost czarodziejstwem. Dziecko skromnych dworów wiejskich nie
mogło przez czas długi napatrzeć się, nasłuchać, oprzytomnieć w tem
państwie zbytku i wykwintu, którego królowa okazała się dla niego
bardzo łaskawą. O tak rozkosznem wstąpieniu w świat nieznany ani
marzył. Dotąd znał tylko dom ojcowski, w którym żył do lat dwunastu
i o którym wspomnienia odpędzał z całej siły, ilekroć opanować go
próbowały; dom stryja, wcale już inny, lecz tak jak tamten wiejski,
a daleko skromniejszy i cichszy, kilka dworów sąsiedzkich i
miasteczko, w którem uczęszczał do szkół, trochę brudne i bardzo
ubogie. Kobiecym zaś ideałem jego od lat paru była kuzynka Irena,
dziewczę o trzy lata od niego młodsze, z twarzą bladawą, oczyma
szaremi i grubą, czarną kosą, rzuconą na stanik perkalowej
sukienki. W każde święta i wakacje znajdował ją w domu stryj i albo
tańczył z nią polkę i walca przy muzyce stryjenki, albo bardzo
poważnie rozprawiał o zadaniach i powinnościach życia męzkiego,
kobiecego lub wogóle ludzkiego. Bo w czasie owym, to jest w
ostatnich paru latach nauki szkolnej, był rezonerem wymownym i
zapalczywym, a raczej należał do gromadki takich rezonerów,
szczerze i gorąco przenikniętych przedmiotami swego rezonerstwa.
Krytykowali wszystko, co wydawało się im złem lub marnem, wznosili
ołtarze dla tego, co budziło w nich cześć lub miłość; w marzeniach
i długich wywodach przekształcali, popychali, doskonalili, słowem,
poruszali z posad ziemię. Ilekroć, w czasie świąt i wakacyj,
znaleźli się razem na wsi, Irena należała do ich kółka
marzycielskiego i szumnego; mówiła daleko mniej, niż oni, nie
rezonowała, ani dysputowała tylko słuchała, słuchała z takiem
skupieniem niekiedy, z takim blaskiem w szarych oczach, jakby
wszystkie ich opowiadania, argumenty, uniesienia, postanowienia,
wchodząc w jej duszę, czyniły ją zamyśloną i ognistą. Często, nie
rozumiejąc tego lub owego, po skończonej rozmowie, zbliżała się do
Romana i prosiła go o wyjaśnienia; nikogo więcej, tylko zawsze jego
jednego o to prosiła. Widział w tem dowód sympatji z jednej strony,
a z drugiej zaufania do jego wyższości umysłowej. Nie mylił się
zapewne i uszczęśliwiało go to ogromnie. Wyjaśniał, opowiadał,
nauczał, potem prosił stryjenki, aby zagrała walca i kręcił się ze
śliczną kuzynką po niedużej bawialni, aż do utraty oddechu i
zawrotu głowy. Była też tam lipa stara i rozłożysta, pod którą
czytywali czasem poezje różne, a czasem, rzecz dość dziwną:
Plutarcha, żywoty mężów wielkich. Książkę tę wyszperał w
bibljoteczce domowej stryjeczny brat Romana, Stefan Darnowski, i
puścił w obieg pośród kolegów jednomyślnych. Roman, w czasie
ostatnich wakacyj, czytał tę książkę z Irenką. Czytali ją
naprzemian z poezjami. Ona, słuchając Plutarcha, opuszczała robotę
na kolana i patrzyła to na lektora, to w przestrzeń, oczyma wprost
gorejącemi. Przy poezjach znowu miewała łzy nietylko w oczach, ale
czasem aż na policzkach bladawych i delikatnych, jak płatek kwiatu.
Potem szli razem na długie przechadzki po polach i lesie, w czasie
których biegali i dokazywali, jak małe dzieci. On kochał ją za
zgrabną kibić, za szare oczy, za gruby warkocz na plecach, za
głębokie zadumy przy Plutarchu, za łzy przy poezjach, za lekkie
tańczenie walca, dziecinne dokazywanie na przechadzkach, za
wszystko, słowem, co było nią, jej ciałem i duszą, a zdawało mu
się, że kochał nawet szalenie i na zawsze. Była to więc sielanka, może świeża i pełna wdzięku, może
nawet niezupełnie pospolita, bo wchodził w nią pierwiastek marzeń
niesamolubnych, trochę naiwnych, ale bardzo szczerych - zawsze
jednak sielanka. Nie dziw też, że po przybyciu do wielkiego miasta
na studja uniwersyteckie, wszystko, co zobaczył i czego doświadczył
w domu i pod skrzydłem opiekuńczem swojej bogatej i świetnej
krewnej, stało się dla niego czemś nakształt urzeczywistnionej
bajki czarnoksięzkiej, wobec której sielanka coraz więcej bladła,
płowiała, malała do rozmiarów fraszki, albo zabawki dziecinnej. Po
niedługim czasie stanowczo powiedział sobie, że wszystko, co z nim
działo się i stawało przedtem, było dzieciństwem; zaś życie
naprawdę, męzkie, dojrzałe, realne, rozpoczęło się dla niego
dopiero, odkąd tu przybył. Teraz dopiero poznawał świat
rzeczywisty, jego zasoby, rozkosze, ścieżki, drogi; świat, w którym
wcale nie było łatwo zająć miejsce wygodne, ale w którym jedynie
żyć było warto. Teraz także zaczął rozumieć i usprawiedliwiać ojca
swego, którego dotąd w najskrytszych głębinach serca i rozumu
sądził surowo. Był to człowiek namiętny i rozrzutny, lubiący
nadewszystko wesołość i użycie. Strwonił majątek w sposób, który
nietylko przyprawił go o ubóstwo, lecz przyprawiłby o hańbę, gdyby
brat z pomocą nie pospieszył. Ten brat przyniósł pomoc skuteczną
honorowi jego, zagrożonemu przez złorzeczenia wierzycieli i
jedynemu dziecku ze wszelkich środków ogołoconemu. Roman pamiętał
swoje dziecięce smutki i nawet rozpacze, pamiętał wiele rzeczy
bolących, zawstydzających, i w tajemnicy swego serca i rozumu
wydawał na ojca, na jego życie i postępowanie wyrok surowy. Teraz
zaczął go rozumieć i usprawiedliwiać. Cóż? Chciał on użyć życia.
Odkąd przekonał się, jak słodkiem ono być może, mniej dziwił się
żądzy wypijania jego słodyczy, choćby haustami zbyt dużemi.
Zrozumiał, że sztuka prawdziwa polegała na tem, żeby najprzód
zdobyć napój, a potem pić w miarę, tak, aby módz pić zawsze.
Przykładów takiego zdobywania i miarkowania miał przed oczyma
mnóstwo. Naprawdę, nikt prawie nie czynił tu nic innego, jak tylko
zdobywał i miarę użycia zastosowywać usiłowywał do miary zdobyczy.
Złe lub dobre zastosowywanie sprowadzało skutki odpowiednie. Były
to nieustanne lekcje poglądowe, które roztaczały się przed wzrokiem
młodego studenta, w domu jego bogatej krewnej i w szerokiem kole
jej stosunków, do którego wprowadziła go ona z dobrocią
macierzyńską, zaprawioną pierwiastkiem innej natury. Kiedy
zobaczyła go po raz pierwszy, był chłopakiem wysmukłym, zgrabnym, z
ładnemi rysami twarzy ściągłej i świeżej, z jasnym wąsikiem nad
wargą rumianą i gęstemi włosami nad czołem gładkiem, jak u dziecka.
W oczach jego szafirowych i głębokich było zmieszanie marzycielstwa
i ciekawości, nieśmiałości i energji. Pewna nawet niezgrabność, z
jaką poruszał się w świecie nieznanym, sprawiała wrażenie
świeżości, ponętne dla wzroku, przywykłego do kwiatów sztucznych.
Jakkolwiek ostatnie były bardzo umiejętnie farbowanemi, to jednak
róża naturalna, niezupełnie jeszcze z pęka rozwinięta, musiała być
uciechą dla oczu i nawet niejaką ozdobą dla salonu. Przeszło
czterdziestoletnia, resztkami piękności goniąca, światem,
uciechami, wrażeniami przesycona i zarazem, rzecz dziwna! nigdy ich
nie syta, Klara Lamoni odrazu zaciągnęła młodego krewnego w poczet
swych dworaków i osypała go faworami, któremi na czas jakiś upił
się, jak narkotykiem. Wytrzeźwiał potem i oddał się nauce z
zapałem, budzonym przez dwie przyczyny: miał zamiłowanie rzetelne
do nauki, a zarazem świadomość jasną, że tylko ona zapewnić mogła
młodzieńcowi ubogiemu prawa stałego obywatelstwa w tej sferze
upodobań i przyzwyczajeń, którą coraz częściej zaczął nazywać
swoją. Powoli, druga z tych przyczyn zacierać poczęła pierwszą, a
raczej wchłaniać ją w siebie, aż zlały się z sobą tak zupełnie, iż
po latach paru Roman musiałby zawahać się przed daniem odpowiedzi
rzetelnej na zapytanie: dlaczego się uczy? Zawahałby się, bo
pierwszym jego popędem byłoby zawołać, że kocha naukę, ale zarazem
uczułby wyraźnie, że nie jest to już prawdą, albo przynajmniej, że
jest tylko częścią prawdy, coraz mniejszą. Niewątpliwie, wykłady
uniwersyteckie, dzieła przez profesorów do czytania wskazywane,
zajmowały go żywo, czasem namiętnie. Czasem czytywał, notował,
uczył się przez całe szeregi dni i nocy nieustannie, zapalczywie,
do zmęczenia się ostatecznego. Niewątpliwie, przestrzenie i głębie
przez naukę odsłaniane, zaciekawiały go i pociągały. Jednak zarazem
coraz częściej ogarniały go rozmyślania; czy praktycznie postąpił,
obierając sobie gałęź nauki tę, nie inną? Czy gdyby był obrał inną,
nie doszedłby łatwiej i rychlej do celu, to jest do stanowiska
niezależnego, obiecującego przyszłość coraz niezależniejszą i
szerszą? Czasem zdawało mu się, że tak, czasem, że nie, i od tego,
jaką odpowiedź na te pytania znajdował w rozważaniach własnych, lub
w przykładach, przez otoczenie dostarczanych, zależał przez czas
jakiś stopień jego zapału dla nauki. Jakkolwiekbądź, uczył się,
pracował, przez co niekiedy na dość długie dni i tygodnie oddalał
się od domu i świata opiekunki możnej i dobrotliwej. Jednak
powracał do nich, zrazu dla względów przyzwoitości i wdzięczności,
potem dlatego, że je lubił, nakoniec dlatego, że już obejść się bez
nich nie mógł. Jednak, zarazem, mógł obejść się bez wielu rzeczy,
jeżeli posiadanie ich było przeciwnem pewnej kategorji jego uczuć
lub wyobrażeń. Z natury rozrzutna, dla niego szczególnie hojna
baronowa zamarzyła o przerobieniu jego skromnej izdebki studenckiej
na apartamencik wygodny i wytworny. Nie przyjął i po raz pierwszy
stoczywszy z opiekunką i przyjaciółką sprzeczkę dość ostrą, przez
długie parę miesięcy do domu jej nie powracał. Powrócił jednak. W
czasie tego dobrowolnego ostracyzmu, gnany uczuciami zawstydzenia,
zgryzoty, tęsknoty, nagle w nim powstającemi, rzucił się był ku
współtowarzyszom, całkowicie inaczej, niż on, żyjącym i czującym.
Ale tu stała się rzecz dla niego samego niespodziewana: nie mógł
już pogodzić się z ich ubóstwem, prostotą, niekiedy prostactwem, w
które ubierali się umyślnie, z surowością ich zasad, z szerokością
ich myśli i zamiarów. Oni nawzajem ani myśleli szczędzić mu krytyk,
żartów, przezwisk, docinków. Po próbach dość długich zbliżenia się
i zżycia, opuścił ich, z ziarnem goryczy i rozczarowania, po raz
pierwszy może zapadłem w serce, a o którem nie wiedział jeszcze,
czy je uczuwał do nich, czy do siebie. Było jedno i drugie. Uczuwał
żal do nich, ale zarazem i do samego siebie; lekceważył ich, ale
trochę i siebie. O nich myślał: "gbury i pedanci"; o sobie:
"wykierowałem się na gagatka i krótkowidza! "Nie zdając sobie z
tego sprawy dokładnej, czuł, że zaczyna krótkowidzieć. W życiu
umysłowem, jakiem bądź co bądź musiało być życie studenta, nasuwały
się co chwila przed myśl i wyobraźnię idee, teorje, zagadnienia.
Szedł za niemi do kroków dziesięciu i stawał, wiedząc o tem, że
można było iść do stu i więcej. Ale on stopniowo i nieznacznie,
jeżeli nie nabierał wstrętu do dalekich zagłębiań się i dochodzeń,
to przynajmniej chęć do nich tracił. Ale był nawet i wstręt
niewyraźny. Ileż razy słyszał o nich: "to niepotrzebne!" albo: "to
niebezpieczne!" albo nawet: "to nudne!"
Robiło to na nim wrażenie prawie nieświadome, jednak
żłobiące ślady w umyśle i w temperamencie. Z pewną tedy goryczą
myśląc: "robię się gagatkiem i krótkowidzem", powrócił do
wspaniałego apartamentu, znajdującego się przy jednej z
najpiękniejszych ulic miasta, co przyszło mu z łatwością tem
większą, że do powrotu wzywanym był wielokrotnie i uporczywie.
Znowu, jak przedtem, ale z wprawą i zręcznością coraz większą
chodził i tańczył po woskowanych posadzkach i puszystych kobiercach
w salonach baronowej i jej znajomych, zarazem uczył się; uczył się
tem usilniej, że gdy dokończenie studjów było blizkiem, zagadnienie
przyszłości stawało się naglącem. Dotąd bez wielkiej troski żył i
stawił czoło potrzebom, wytworzonym przez życie w sferze
wykwintnej, bo w tej nawet sferze niewiele wymagano od młodzieńca,
który studjów naukowych jeszcze nie ukończył. Na wszystko to
starczył dochód z małego kapitaliku, oddawna już odebranego od
stryja i korzystnie umieszczonego u plutokraty, który był blizkim
znajomym i częstym gościem baronowej. Ale teraz co będzie? co
czynić? jakie starania przedsięwziąć? gdzie znaleźć albo umieścić
początek życia nowego? Czy powrócić w strony rodzinne? Czy pozostać
w ognisku, z którego mnóstwo dróg rozchodzi się we wszystkie
strony?
Tu, baronowa i jej najbliżsi pospieszyli ze stanowczem
rozstrzygnięciem kwestji. Wracać w strony rodzinne! Zagrzebać się
na prowincji, w jakimś kącie zapadłym i nudnym! Ale gdzież tam!
Byłoby to dobrowolnem wyrzeczeniem się nadziei najpiękniejszych,
czemś nakształt samobójstwa, wprost - szaleństwem! Szkoda młodości,
zdolności, wszystkich przymiotów wrodzonych i nabytych! Jakież
stanowisko zająć może w stronach owych młody kandydat nauk
prawnych? Jakiegoś chyba obrońcy sądowego, poświęcającego siły,
zdolności, naukę, sprawom chłopskim i mieszczańskim, ponoszącego
męczeństwo codzienne i nadaremne od roju trosk lichych, od ciemnoty
stosunków prowincjonalnych, od nudy, pustki, może od niedostatku!
To niepodobna. Ktokolwiek posiada możność zdobycia lepszego losu,
na taki przystawać nie powinien. Roman wart lepszego losu i posiąść
go może. Dopomogą mu w tem przyjaciele jego, zwłaszcza baronowa,
która już teraz, zaraz, wprawia się w ruch starań, próśb, zabiegów,
mających na celu otrzymanie dla młodego krewnego posady, o ile
podobna najkorzystniejszej i najwięcej na przyszłość obiecującej.
Roman prawie zupełnie podzielał zdanie przyjaciół swoich:
istotnie, dla mizernego życia na prowincji żałował samego siebie.
Mniemał, że wartość jego przenosiła zapłatę, jaką to życie dać mu
może. Zresztą, mnóstwo węzłów zadzierzgnęło się już pomiędzy nim a
otoczeniem, w którem spędził lat kilka.
Przywiązań nie miał tu żadnych, lecz wiele przyzwyczajeń i
mnóstwo upodobań jeszcze nienasyconych; przytem zatracił pojęcie o
możliwości dla siebie innej formy życia, niż ta, którą poczytywał
za bardzo wysoką, i której uznawał się godnym. Drogę torowały przed
nim wróżki dobroczynne, których widocznie był ulubieńcem. Starania
baronowej uwieńczył skutek najpomyślniejszy, o jakim tylko zamarzyć
było podobna.
Od czasu tego pięć lat minęło w pomyślności stałej i
zupełnej; Roman Darnowski przecież nie czuł się zadowolonym.
Owszem, od zadowolenia dzieliła go przestrzeń daleko znaczniejsza,
niż przed laty kilku, niż u pierwszego początku drogi, utorowanej
mu przez dobre wróżki.
Wieczór zimowy kończył się już w naturze, ale w świecie
rozpoczynał się zaledwie, gdy przed opuszczeniem kawalerskiego
mieszkanka swego, po raz ostatni stanął przed zwierciadłem. W
mieszkanku małem, ale wykwintnie urządzonem, zwierciadło,
oświetlone dwiema lampami, odbiło zgrabną postać młodzieńczą i
twarz, której rysy ściągłe i prawidłowe ocieniała gęstwina włosów
ciemnych, a oświecały duże, szafirowe oczy. Może zachmurzały
raczej, niż oświecały, bo wyraz ich był trochę posępnym. Na czole
śniadawem leżała siateczka cieniutka, jakby z najcieńszych możliwie
włosków upleciona. Były to pierwsze zarysy zmarszczek, na lat 29
nieco przedwczesnych. Usta, pod ciemnym wąsem zawsze ponsowe i
kształtne, nie uśmiechały się wesoło. Wprawdzie nie kurczyły się z
bólu, albo żałości, ale się też nie uśmiechały. Były trochę
apatyczne, trochę kapryśnie skrzywione. We fraku i białym krawacie,
leniwie wkładał na ręce białe rękawiczki.
Musi iść na wieczór do baronowej. Nie chce mu się, ale
pójdzie. Dziś szczególniej, gdy doświadcza spleenu nieznośnego,
który od pewnego czasu napada go coraz częściej, wolałby o wiele
pozostać w domu i czytać tę zajmującą książkę, której białe karty
świecą na biurku, pomiędzy fraszkami z bronzu i malachitu. Tak
rzadko teraz zdarza się mu natrafić na książkę prawdziwie
zajmującą, a ta jest właśnie taką. Nowa teorja naukowa, nowe
poglądy na istotę człowieka fizyczną i psychiczną. To zaciekawia i
budzi nadzieję, już w nim omdlałą, że może istnieć na świecie coś
świeższego, głębszego i rozumniejszego nad to, co istnieje. Od dość
dawna, wtedy tylko czuje spokój i zadowolenie zupełne, choć
chwilowe, gdy w ciszy i samotności czyta, rozważa, myśli. Tylko, że
im więcej myśli, tem więcej samo dno rzeczy wydaje mu się oddalonem
i niedosięgłem. Zwykły to objaw w człowieku, który wiele uczył się,
doświadczał i spostrzegał. Zwykły i smutny, bo płytkość i krótkość
wszechrzeczy ludzkich, gdy tylko jest poznaną, sączy w serce smutek
i zniechęcenie, które pod nawałem zajęć i wrażeń milkną często,
lecz tylko dlatego, aby przy lada sposobności odezwać się z siłą
wzmożoną. Mniejsza z tem zresztą! Wolałby jednak pozostać w domu i
czytać tę książkę, niżeli iść na wieczór do baronowej, gdzie nie
znajdzie najpewniej nic nowego, ani szczególnie przyjemnego.
Wszystko i wszystkich tam zna jak swoje pięć palców, nawet lepiej,
bo o anatomji palców ma dość słabe wyobrażenie, zaś tam, wszystko i
wszystkich poznał do głębi. Jeżeli już zresztą wyjść z domu, i iść
gdziekolwiek, to z większą ochotą poszedłby do tej sali, w której
od dwóch miesięcy śpiewa ta szalona Irma. Płomień, wulkan nie
kobieta, harfa ze strun, wprawionych w taniec szalony przez
namiętności, nie znające pokoju, ni granic. Śliczna przytem.
Filuterna, zgrabna, wabna, jak sto szatanów. Dobra zresztą
dziewczyna. No, dobra - to zawiele dla tej bestyjki, ale
przynajmniej szczera. Wogóle, światek, do którego należy Irma,
wydaje mu się lepszym i nawet przyjemniejszym od wielkiego świata,
przez to, że jest szczerym. Tu przynajmniej wiadomo, co o kim
trzymać, bo każdy przedstawia się jasno i otwarcie takim, jakim
jest i tem, czem jest, przyczem wesołości nie tłumi i przyjemności
nie tamuje żaden woal. Tam, za woalami, pchu! to samo, albo nic
wcale oprócz nudy. Tylko woale piękne, lub świetne, i ten
szczęśliwy, kto jest zamało bystrym, albo nie dość przybliżonym,
aby dostrzedz, co za niemi. Niedawno czytał traktat Carlyle'a o
znaczeniu sukien moralnem i towarzyskiem. Z książką tą spędził parę
wieczorów bardzo przyjemnych. Czytając ją, myślał i teraz myśli, że
autor jej był wynalazcą bardzo dowcipnym.
Niewielu ludzi domyśla się, jak ogromną rolę odgrywa w
ludzkości rzecz z pozoru tak pospolita, jak suknia. Trzeba tylko
zrozumieć ten wyraz w całej jego ogromnej rozciągłości. Wszystko
zależy od sukni. Baronowa Lamoni i Irma, szansonistka, tylko
dlatego zajmują w świecie stanowiska zupełnie odmienne, że trafy
urodzenia i losu przyodziały je w suknie odmienne. Same w sobie,
niezależnie od swoich sukien, są zjawiskami jednej natury, tylko
Irma jest zabawniejszą, bo szczerszą. Niegdyś, byłby oburzył się na
porównanie takie, ale teraz, ba, ba! wie dobrze, jak wyglądają
farbowane lisy. Gdybyż nie wiedział? Może wiele dałby za to, aby
nie wiedzieć! ale wie i na to rady niema.
Usiadł na otomanie, stojącej w rogu malutkiego saloniku i,
gryząc w zębach zgasłe cygaro, myślał, że to jego mieszkanie,
zupełnie jak ten świat, w którym życie mu upływa, pełne liczmanów,
które udają dukaty. Na pierwsze spojrzenie wszystko tu barwne,
puszyste, błyszczące, kosztowne, ale w rzeczywistości tandeta i
tanizna, udające wykwint i kosztowność. Bardzo zręcznie
zastosowanym tu został wynalazek świecących lichot. Pierwszą
przyczyną powstania w świecie tego wynalazku, było połączenie
środków bardzo miernych z wielkiemi wymaganiami pewnych środowisk i
upodobań. Gdzie szanowanem i lubionem może być tylko bogactwo, tam
każdy przywdziewa suknię, utkaną choćby z jego pozorów.
On uczynił tak, jak w jego środowisku czynią wszyscy.
Gdyby chciał być pod tym względem oryginalnym, musiałby z góry
wyrzec się wszystkiego, co stanowi powodzenie. Przytem, brak
estetyki w otoczeniu, choćby takiej, liczmanowej, byłby dla niego
dotkliwym; lubi rzeczy piękne, a w ich braku, takie choćby, które
zręcznie udają piękność. Prawdę mówiąc, na tych bronzowych
lichtarzach, przyciskach, ramach, które świecą jak złoto, tyle jest
złota, że za jego cenę ostatni nawet biedak nie utrzymałby długo
nędznego życia. Tkanina okrywająca otomanę na której siedzi, zdala
podobna do puszystego pluszu, jest pajęczyną, której nietrwałość i
szorstkość przykrywa trochę jedwabiu. Malachitowe cacka,
przyozdabiające biurko, mają pełno szczerb i uszkodzeń, które,
tylko dzięki zręczności ustawienia, są prawie niewidzialnemi.
Piękne zwierciadła z konsolą i lampami porcelanowemi nabył
wypadkiem... Ach, te wypadki, wyprzedaże, anonse dziennikarskie,
którym zawdzięczał znaczną część elegancji, napełniającej to
mieszkanie, zbrzydły mu do stopnia wstrętu i ohydy! Bo w gruncie
rzeczy jest to komedja, którą odgrywa przed ludźmi i przed samym
sobą. Ale inaczej niepodobna. Wynagrodzenie, które za swoją pracę
otrzymuje, jakkolwiek w stosunku do wieku i zasług jego bardzo
znaczne, jest w porównaniu z jego potrzebami bardzo mizernem.
Potrzeby te, z powodu środowiska, w którem żyje, i upodobań, które
nabył, są tak wielkiemi, że środki posiadane żadnym sposobem
zadowolnić ich nie mogą w zupełności, jeżeli zaś w części
zadawalniają, to tylko dzięki staraniom, zabiegom, wypadkom,
wyprzedażom - liczmanom, ukazywanym jako dukaty, słowem komedji
nudnej i której się wstydzi. Cóż więc dziwnego, że od lat paru
doświadcza niekiedy ataków zniechęcenia rozczarowania, smutków
gryzących i posępnych. Z przyczyn ich nie zdawał sobie dotąd sprawy
dokładnej, ale główna leży na wierzchu. Może jedyna. Bo czegóż
więcej mu niedostaje? Gdyby posiadał większą swobodę i szerokość
życia, których użyczyć mogą większe środki materjalne, byłby znowu,
jak dawniej, wesołym i z losu swego zupełnie zadowolonym. Pragnie
także mieć większe upewnienie co do przyszłości. Od lat pięciu
przebywa na jednem miejscu. To zadługo. Pomimo, że w pracy biurowej
nie znajduje nic wcale ponętnego, że owszem, wydaje mu się ona
suchą, nudną i prawie nic z siebie nie wydającą, usiłuje być
urzędnikiem wzorowym, pochlebia sobie, że jest takim i wie, że za
takiego poczytują go zwierzchnicy. Jednak ani o krok nie posunął
się jeszcze naprzód. Trwa to zadługo i niepokoić go zaczyna. Może
być bardzo, że jeszcze przez całe lata przyjdzie mu biedę klepać,
bo trzeba to sobie powiedzieć bez ogródek, że takie życie, jakie
teraz prowadzi, jest klepaniem biedy, odrobinę pozłoconej, jak te
lichtarze powleczone warstewką pozłoty, jednak biedy. Teraz np. ta
Irma działa na niego jak szampan i gdyby miał środki
znaczniejsze... Ta sama historja, co w roku zeszłym z Aurorą,
woltyżerką cyrkową, którą mu odbił brzydal ospowaty i garbaty, ale
miljoner...
Nagle porwał się z otomany i parę razy przebiegł szybko
salonik.
- Pfu! o czem ja myślę i nad czem biadam! Jeszcze trochę,
a nabiorę do siebie obrzydzenia takiego, że chyba w łeb sobie
palnę, aby przynajmniej z jednej poczwary świat oczyścić!
Istotnie uczuł do siebie obrzydzenie, złagodzone wkrótce
rozwagą, że jednak w trwodze i trosce o przyszłość nie chodziło mu
naprawdę o Aurorę lub Irmę, ale o kawałek, o pewny kawałek chleba,
i tyle przynajmniej suty, aby nie potrzebował liczyć się, jak
sknera, z każdym przełkniętym kąskiem. Gdyby w karjerze posunął się
naprzód i posiadł egzystencję szerszą, swobodniejszą, pozbyłby się
najpewniej smutków i nieukontentowań, które go teraz napadają, jak
babskie spazmy. Ożeniłby się zapewne i życie wypełnione uczuciami
rodzinnemi, ujęte w karby obowiązków, przyniosłoby mu sumę
zadowolenia, zupełnie wystarczającą. Myśl o ożenieniu przychodziła
mu do głowy nie po raz pierwszy. Uczuwał potrzebę przywiązania się
do kogoś i posiadania obok siebie istoty miłej i przywiązanej. W
samotności i w świecie bywało mu coraz częściej zimno i pusto.
Mętnie wyrozumiewał, że chłód pochodził z serca, które, lubiąc
mnóstwo rzeczy, nie kochało nic i nikogo. Niewiele zastanawiał się
nad tem, lecz nierzadko, choć przelotnie myślał, że musi przecież
mieć kiedyś kogoś kochanego, kochającego, prawdziwie blizkiego,
swego. Ale były dwie przeszkody. Najprzód, sprzeciwiały się temu
stanowczo warunki materjalne, dla niego jednego nawet
niewystarczające. Następnie, w wyobraźni jego, kędyś u jej szczytu,
jakby pod jej niebem, unosił się typ kobiety, który mógłby obudzić
w nim tkliwość i ufność, których pokłady nienaruszone leżały na
dnie jego serca, wzruszanego często, lecz płytko i nietrwale. Nie
określał przed sobą tego typu w rysach jasnych i stałych; ale
wiedział, że musiało to być coś dziewiczego i słodkiego, rozumnego
i prawego, coś z licem, jakby wyśnionem niegdyś, bladawem,
wrażliwem, z parą oczu dobrych, czasem gorejących, a czasem łzą
oszklonych. Kobiety, któraby taki typ urzeczywistniała, nie było w
otoczeniu jego. Raz tylko, niegdyś, przyśniła mu się i potem nigdy
już takiej nie spotkał. Nic to: gdyby tylko polepszył się los jego,
gdyby warunki życia stały się szerszemi, a przyszłość pewniejszą,
rozejrzałby się po świecie, możeby znalazł taką i stał się
szczęśliwym. Bo co teraz, to czuje się tak znudzonym, stęsknionym,
a często i niespokojnym, jakby mu brakowało czegoś, co jest dla
człowieka najważniejszem, najkonieczniejszem...
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.