p

Artur. Arthur - Eugene Sue

Kup ebooka

7.50 zł
6.45 zł (6,45 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 6. WYZNANIE.

 

We dwa miesiące po przybyciu Pani de Verteuil do Serval, smutny pozór tego starożytnego domostwa zdał się być najzupełniéj zmieniony; wszystko w moich oczach rozkwitało, jaśniało świeżością, promieniało... kochałem Helenę!

Wielu z naszych sąsiadów, których aż dotąd odstręczała posępna odludkowatość mego ojca, usiłowało wejść zemną w stosunki; czułem się tak szczęśliwy, iż z tą uprzejmą łatwością jaką nadaje szczęście, a która jest tylko obojętnością dla wszystkiego co niema związku z naszą miłością, wdałem się w te sąsiedzkie stosunki; i niezadługo Serval, niebędąc zbyt hałaśnym, stał się jednak daleko bardziéj ożywionym, niżeli był od dawna.

Tak dalece byłem wyłącznie zajęty moją miłością, iż rzadko kiedy zastanawiałem się i to prawie pomimowolnie, nad zmianą która zaszła w mojéj boleści. Od dziewięciu już blisko miesięcy straciłem Ojca, a jednakże to wspomnienie, zrazu tak nieustającą zatrute goryczą, słabło zwolna: zacząłem chodzić każdego poranku na smentarz, potém chodziłem daleko rzadziéj; potém zastąpiłem te smutne i pobożne odwiedziny kilku godzinami, przepędzonemi codziennie na rozważaniu przed portretem jego.

Kazałem był umieścić ten portret w ramach zamkniętych podwójnemi drzwiczkami, sądząc iż to było znieważać obraz drogich nam osób, wystawiając go na obojętne spojrzenia, i także, iż podobne rozważanie, w którém przychodzimy czerpać wysokie i poważne myśli, powinno być przedsięwzięte z rozwagą, a nie pochodzące z przypadku, który mógł w tę stronę zwrócić nasze spojrzenia; ramy, mieszczące w sobie ten portret były więc dla mnie pewnym rodzajem przybytku, którego nigdy nieotwierałem bez bolesnego i świętobliwego skupienia ducha.

Ależ, niestety! te rozpamiętywania, z razu codzienne, stały się również mniéj częstemi, i przez to samo że moje oczy nie mogły się przyzwyczaić patrzeć z obojętnością na ten obraz, będący dla mnie prawie świętością, przez to samo daleko rzadziéj mu się przypatrywałem, i niezdołam opisać wrażenia, prawie pełnego bojaźni, którego doświadczałem otwierając te ramy: serce biło mi straszliwie gdym patrzał na surową i bladą twarz mego Ojca, która zdawała się wydobywać z płótna, ze swoją smentną spokojnością, i zimno sprawdzać moję niewdzięczność i zapomnienie, które mi, niestety! przepowiedział.

W tenczas, przerażony, raptem zamykałem ramy, i płakałem, przeklinając moję obojętność; lecz te rozdzierające żale krótko trwały, i czułem niewysłowione udręczenie, mówiąc sobie:

"Doznaję w téj chwili okropnego wzruszenia, a jednak, jutro może, dziś wieczór nawet, zapomnę o niém, i będę uśmiechający i szczęśliwy obok Heleny!..." Nie! nic niezdoła wyrazić boleśnego uczucia jakowe we mnie wzbudzała ta myśl, która, przychodząc urągać się z mojéj boleści, wykrywała mi bliską jéj próżność, nawet wpośród rozpaczy najbardziéj udręczającéj i najprawdziwszéj.

Nakoniec, wyznaję ze wstydem, przez cały miesiąc nieotworzywszy obrazu, ogarnęła mnie niepodobna do uwierzenia podłość żem więcéj nie śmiał na niego rzucić oczu, tak bardzo się lękałem tego groźnego zjawiska... Późniéj to ośmieliłem się stawić mu czoło... i zobaczymy jak ten wypadek, nic nieznaczący sam przez siebie, wywarł wpływ na los mój cały.

Te wrażenia, które mnie daleko mniéj wzruszają gdy je z zimną krwią rozbieram, wzruszały mnie zapewne wówczas z daleko większym nieładem; lecz chociaż pogrążony w upojeniu pierwszéj miłości, czułem jednakże wpływ ich tajemny i okrutny.

Powiedziałem już że kochałem Helenę; postępy téj miłości były bardzo dziwne, i wykryły mi nędzne instynkta samolubstwa, dumy i niedowierzania, dotąd we mnie uśpione.

Nigdy, ach! nigdy nieośmielę się naganiać mojemu Ojcu, że mi udzielił straszliwych nauk, o których wspomniałem, gdyż szczęście moje było najgorętszym jego życzeniem; lecz podobnie jak pewne rośliny, dzikie i silne, przesadzone w grunt mający za mało soków do ich wyżywienia, pochłoną go w prędce i zeschną bez kwiatów i owoców, widocznie moralna moja natura nie była dość silną aby skorzystać z tak straszliwych nauk; u mego ojca, te opryskliwe i posępne przekonania, zakwitały przynajmniéj uprzejmością i przebaczeniem dla wszystkich: u mnie, kiedy zbywało na tym dzielnym i potężnym soku, łodyga musiała pozostać w całéj smutnéj nagości swéj zczerniałéj kory, i nigdy niezakwitnąć.

Powróćmy do Heleny, chociaż niektóre z tych wspomnień jeszcze zapłonieniem wstydu twarz moję powlekają.

Była to moja pierwsza serdeczna miłość, i jak każda pierwsza miłość, była z razu prostoduszna, nieprzewidująca, płocha, dająca się na ślepo unosić uśmiechającym i czystym falom namiętności, ukołysana pierwszemi harmoniami przebudzającego się serca, i to wedle starego mitologicznego godła, z oczyma zamkniętymi aby niewidziéć widnokręgu.

Te trzy miesiące zupełnego niedbania o przyszłość były jednakże rozkoszne, i zawsze z przyjemnością przypominam sobie najmniejsze szczegóły tych chwil szczęśliwych.

Niezadługo po przybyciu Pani de Verteuil i córki jéj de Serval, prosiłem pewnego dnia Heleny, aby wsiadła na konia jak jéj przyjaciółka, która dla zdrowia bawiła się tém ćwiczeniem. Sprowadziłem z Anglii dwóch ogierków bardzo łagodnych, gdyż Helena niezmiernie była lękliwa. Aby ją ośmielić do zrobienia zemną i Panną de Verteuil kilku wycieczek po za obręb zwierzyńca, byłem zmuszony, aby przyzwyczaić Helenę do przezwyciężenia pierwszéj lękliwości, oprowadzać ją na koniu długo i zwolna po zwierzyńcu, idąc sam przy niéj pieszo.

Nic rozkoszniejszego jak te małe przestrachy następujące co chwila, które zarumieniały łagodną bladość jéj pięknéj twarzy, któréj część górna, zasłoniona od słońca szerokim słomianym kapeluszem, pozostawała w pół-świetle najprzezroczystszém i jak tylko można najmiléj uzłoconém, gdy tymczasem purpurowe jéj usteczka i piękny podbródek jaśniały żywo oświecone. Zawsze była ubrana biało, z szerokim pasem z popielatéj mory, który odznaczał jéj kibić, tak giętką i szczupłą, iż gięła się schylona jak trzcina pod zawiewem wietrzyku, za każdém stąpieniem jéj Szkockiego konia, całkiem czarnego, którego długa grzywa i długi ogon z wiatrem się unosiły.

Trzymałem cugle, a Helena, na najmniejsze poruszenie małego Blaka, pośpiesznie opierała z bojaźnią swą rączkę na mojém ramieniu: ta, obawa wzbudzająca naiwne żarty Panny de Verteuil, która daleko śmielsza od swéj przyjaciółki, często nas pozostawiała samych puszczając się szybko dla ośmielenia Heleny.

Przejażdżki te odbywały się zwykle w obszernéj alei, wysadzonéj dębami gęstemi, i wszędzie najpiękniejszą trawą zarosłéj. Dopóki Panna de Verteuil była przy nas, byłem wesoły, rozmowny, a Helena zawsze zamyślona, zdawała się jednakże nieco ożywiać; lecz, skoro tylko Zofia nas opuszczała, wpadaliśmy w milczenie bez końca, którego wielce się wstydziłem, a które jednak wydawało mi się być rozkoszném.

Od niejakiego czasu, napisałem do Londynu, do jednego z moich przyjaciół, aby mi przysłał wyborowych koni, kilku ludzi powodnych i kilka powozów, gdyż żałoba moja niezadługo miała się już skończyć.

Przybycie tych powozów było pewnym rodzajem uroczystości w Serval: trzymałem to w sekrecie, i pamiętam dziecinną i naiwną radość Heleny, gdy w piękny wieczór Sierpniowy, pragnąc przejechać się po lesie, zamiast widzieć zajeżdżający przed skrzydło-schody jeden ze zwyczajnych naszych powozów, ujrzała prześliczny koczyk, zaprzężony cztérema czarnemi końmi, któremi powodowało dwóch małych angielskich pocztylionków, ubranych w kurteczki z popielato perłowego atłasu.

Wsiadła do kocza ze swą matkę i przyjaciółkę. Towarzyszyłem im konno do tego wspaniałego lasu, i powróciliśmy zwolna do zamku, przy najpiękniejszém świetle księżyca, który promieniał jak tylko można najbardziéj malowniczym sposobem w ciemnych i obszernych alejach naszych wielkich borów.

Z powodu téj przejażdżki, muszę wyznać żem nigdy niewidział kobiéty, któréj zbytek lepiéj by przypadał jak Helenie, lub któraby lepszy ton nadawała zbytkowi; znajdowała się w niéj wielkość i wdzięk, tak mimowolne i tak czarodziejskie, iż niepodobna było wyobrazić ją sobie inaczéj, jak tylko okolona cudami gustu, najczystszego i najdoskonalszego. Niebędęc też uderzająco piękna, Helena należałaby zapewne do téj małéj liczby kobiét, których nikt niepomyśli chwalić ubioru, powozu lub pałacu, chociażby to wszystko najwytworniejszéj było elegancyi: sama już ich obecność harmoniuje i przyswaja sobie niejako wszystkie te cuda. Tyle osób jest szyldami, przydatkami, lub sprzecznością swego zbytku! a tak mało umie im dać ten rzadki i zachwycający odblask, mogący się porównać do promieni słońca, które samo tylko może jeszcze przyozdobić najwyższy przepych!

Pewnego dnia, za powrotem z przejażdżki i czekając na herbatę, Helena zażądała pozostać w salonie bez światła i kazać pootwierać okna, aby go księżyc oświecił swoim łagodnym blaskiem; matka na to zezwoliła.

Nic tęskniejszego, jak ów ogromny pokój, w ten sposób oświecony; rozmowa też, zrazu ożywiona, zaczęła zwolna ustawać.

Ciotka mówiła o moim Ojcu; wspomnienie to zasmuciło każdego z nas w inny sposób: jéj przypomniało brata ukochanego; Pani de Verteuil, los smutny, który może zagrażał jéj córce; a mnie znowu, moje występne zapomnienie.

Niezadługo umilkliśmy wszyscy; siedziałem obok Heleny, z głową ukrytą w rękach. Sam nie wiem dla czego wyrzucałem już sobie ten zbytek, który zacząłem rozjawiać; doznawałem płonnéj zgryzoty, pomyślawszy, że zamiast odbywać naszą codzienną przejażdżkę, w posępnym i staroświeckim powozie który należał do mego Ojca, i który powozili ludzie, będący niegdyś u niego w służbie, użyłem powozu lekkiego, eleganckiego, i sług zupełnie obcych. Raz jeszcze powtarzam, nic bardziéj nieznaczącego w istocie; niepojmuję też dla czego to tak przykre zrobiło na mnie wrażenie.

Po niejakiém zastanowieniu, opuściłem rękę na poręcz krzesła: natrafiłem na rękę Heleny, zapłoniłem się mocno, i serce moje dziwnie się ścisnęło; skoro Helena rękę moję poczuła, ręka jéj prawie nagle stała się zimną, jak gdyby wszystka jéj krew napłynęła do serca; nie śmiałem ani usunąć méj ręki, ani ręki jéj ścisnąć: uczułem też jak zwolna się rozgrzewała, i niezadługo stała się pałającą... Po nerwowych zadrżeniach prześlicznego jéj ramienia, mógłbym był policzyć pośpieszne bicie jéj serca... Czułem się słaby, i doznawałem wzruszenia zarazem niewysłowienie przyjemnego i smutnego...

O skromna pogodo pierwszych wzruszeń, cóż cię kiedykolwiek zastąpi! O źródło tak czyste w swym zarodzie! jakże świeżość jego jest rozkoszną, gdy szemrze spokojne, lękliwe i nieznane, pod kępami zieloności; lecz, niestety! ileż z wdzięku swojego utrącą, z wdzięku najmroczniejszego, gdy oblewa i odbija bez różnicy wszystkie brzegi, których szczątki skalają na zawsze bieg wód jego zamąconych... 

 

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

 

Kochałem Helenę namiętnie, z uwielbieniem, a jednakże nie śmiałem jeszcze wyznać jéj mego przywiązania.

Pewnego dnia przechadzaliśmy się wraz z Panną Verteuil, która była wychowana w klasztorze z Heleną. Niewiem z jakiego powodu zaczęto mówić o imieninach i rocznicach; nagle panna Zofia de Vevteuil odezwała się z roztrzepaniem do swéj przyjaciółki, spoglądając na mnie: - "Czy przypominasz sobie, Heleno, jakeśmy to drżały, biédne dziewczęta, kiedyś jego imieniny obchodziła?"

Helena mocno się zapłoniła, uczyniła poruszenie gniewu, i odpowiedziała opryskliwie przyjaciółce: "Nierozumiem cię." Umilkła biedaczka, i powróciliśmy wszyscy bardzo smutni.

Nazajutrz, napotkawszy pannę de Verteuil w bibliotece, chciałem się dowiedzieć od niéj o znaczeniu słów, które wczoraj zdawały się tak wielkie wrażenie czynić na Helenie. Po długiém wahaniu się, wyznała mi wreście, że w klasztorze, każdego roku, Helena obchodziła moje imieniny z dziecinną uroczystością: przygotowania ograniczały się na kupieniu ogromnego bukietu, który przewiązywała piękną wstążką, na któréj potajemnie wyszyła mą cytrę; potém składała ten bukiet na wazonie marmurowym, który leżał uszkodzony w samotnymi zakątku ogrodu klasztornego, i przepędzała godziny rekreacyi modląc się przed tym bukietem, i błagając Boga o szczęśliwą podróż dla mnie.

Panna de Verteuil niemogła się dość naopowiadać obawy Heleny, wówczas gdy się lękała aby ją kto nienadybał gdy wyszywała wstążkę, i tysiączne sposoby, nieraz daremne, jakich zażywała aby się wystarać o bukiet.

Wszystkie te dzieciństwa opowiadane mi były tak naiwnie przez pannę Verteuil, iż wzruszony zostałem z podziwienia i rozczulony aż do łez; gdyż, nim wyjechałem w podróż, podczas kilko-tygodniowéj bytności Heleny w Serval, zawsze tylko uważałem ją jako dziecię.

Od tego wieczora, którego przypadkiem napotkałem jéj rękę pod moją ręką, Helena zdawała się mnie unikać; zwyczajna jéj posępność zwiększała się jeszcze bardziéj; charakter jéj, dotąd łagodny i jednostajny, stawał się opryskliwym; nieraz, po całych godzinach, zostawała w swym pokoju zamknięta, z pozamykanemi okiennicami, w najzupełniejszéj ciemności.

Ja sam także bardzo wiele cierpiałem: byłem niespokojny, roztargniony, zdawało mi się iż wyznanie moje powinnoby powrócić Helenie spokojność i szczęście; lecz nieprzezwyciężona nieśmiałość zatrzymywała to wyznanie na moich ustach.

Pewnego wieczora, jednakże, gdy Helena mniéj była zniechęconą i mniéj smutną jak zwykle, towarzyszyłem jéj konnéj przejażdżce; przyobiecałem sobie mieć odwagę wyznać jéj moję miłość, lecz wówczas dopiero, gdy będziemy w ogromnéj dębowéj alei, o któréj wspomniałem... Przybyliśmy do niéj... Serce moje biło straszliwie... lecz nieśmiałem...

Zawstydzony i rozgniewany, nowe uczyniłem postanowienie, i wskazałem sam sobie marmurową świątynię, która na dwoje dzieliła aleję, jako punkt, w którym miałem odważyć się na nowe wysilenie. Gdyśmy tam przybyli, wzrok mój się zaćmił, serce ścisnęło, zdołałem tylko tłumionym wyrzec głosem: Heleno!... potém zamilkłem.

Obróciła ku mnie swe wielkie oczy wilgotne i jaśniejące zarazem; była bledszą niżeli zwykle; pierś jej wznosiła się niespokojnie; zdawała się badać mnie swém przenikającym spojrzeniem, i chcieć wyczytać aż w głębi mojego serca...

- Ach! Heleno! - odezwałem się znowu, i sam nie wiem jaka głupowata i nieśmiała lękliwość niedozwoliła mi słowa więcéj dołożyć... 

Wówczas ona z wyrazem boleści i prawie rozpaczy, którego nigdy wżyciu nizapomnę, zawołała; "Ach! ty nigdy nic w życiu kochać niebędziesz... Zawsze będziesz nieszczęśliwy!..."

Potém, jak gdyby przestraszona temi wyrazy, zaciąwszy konia szpicrózgą, puściła się galopem. Nieruchomy, patrzałem jak się oddalała, gdy postrzegłem że w całym pędzie nadjeżdżała na szlaban, zamykający wejście do alei; zadrżałem, leczo ona, tak lękliwa zwykle, dozwoliła swemu koniowi przeskoczyć tę zaporę, i niezadługo straciłem ją z oczu w głębokościach lasu.

Skorom sam pozostał, te słowa Heleny, wyrzeczone z taką goryczą: - Ah! ty nigdy nic kochać niebędziesz. Będziesz zawsze nieszczęśliwy! dziwne we mnie obudziły uczucie; zrozumiałem że to prawie wyznanie, które głupowate moje milczenie jéj wydzierało, i uczułem jak bardzo musiałem jéj się wydać śmiesznym.

Potém znowu, pomnąc na jéj pomieszanie, na jéj nieśmiałe cofanie wyrzeczonego wyrazu, ani już wątpiłem że mnie kocha; i ten rodzaj wyznania z jéj strony tak mnie niewysłowienie zachwycił, iż przez długi czas, upojony radością, przechadzałem się jak szaleniec, bez stałéj myśli, bez zamiaru, lecz szczęśliwy... o! głęboko szczęśliwy!... szczęśliwy szczęściem prawdziwém, połączoném z promieniejącą pychą.

Nakoniec, za nadejściem nocy, powróciłem do zamku. Wchodząc do salonu, postrzegłem w nim Helenę: twarz jéj była ożywiona, oczy szczególniejszym jaśniały blaskiem; siedząc przy fortepianie grała zwolna i z największym wyrazom ostatnią myśl Webera, tę frazę muzykalną któréj melodya tak jest czystą i melancholiczną.

Skoro Helena mnie postrzegła, rzekła do mnie:

- Przyznaj, żem cię bardzo przestraszyła, nieprawdaż. - I nie czekając mojéj odpowiedzi, porzucając sztukę, którą grała, jak gdyby miała zdradzić smutek jéj serca, zaczęła wykonywać niezmiernie szybkiego i wesołego walca, któremu tu i owdzie towarzyszyła swym głosem, w którym zdawało mi się słyszéć dźwięk niezwykły... 

Matka jéj i panna de Verteuil spojrzały na siebie i zdawały się równie jak ja osłupiałe tym nagłym napadem wesołości, tak przeciwnym zwyczajnemu charakterowi Heleny, która nieprzestawała grać walca po walcu, z hałaśną radością dziecięcia.

Sam nie wiem dla czego, ta radość tak nienaturalna boleśne na mnie sprawiła wrażenie, tak bardzo zdawała się nerwową i prawie szaloną. Nakoniec, po półgodzinnym tym niejako spazmie, Helena zbladła nagle i zemdlała. 

 

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

 

W ośm dni po téj scenie, Helena wiedziała że ją kocham, i wyznała mi miłość swoję.

 

CHAPITRE III. Le récit.

    

Apr?s trois jours passés au presbyt?re de **, j'avais fait assez de progr?s dans la confiance du curé pour qu'il s'ouvrît enti?rement a moi sur ce qu'il savait de l'histoire des hôtes qui m'intéressaient si singuli?rement ; je tâche de rendre ici son grave et simple langage.

" Il y avait quatre ans, monsieur, me dit-il, que je desservais cette petite paroisse, lorsque l'habitation que nous avons visitée fut achetée par procuration de M. le comte Arthur de **, dont vous avez vu le portrait ; quant a son nom de famille, je l'ignore : tout ce que je puis présumer, c'est que le comte était d'une noble et ancienne maison, a en juger, du moins, par son titre, et le culte presque religieux que je lui ai souvent vu professer pour les antiques portraits qui garnissaient son cabinet.

Avant que le comte Arthur (car je ne l'ai jamais entendu nommer autrement) n'arrivât dans ce village, il y fut précédé par un homme de confiance, accompagné d'un architecte et de plusieurs ouvriers de Paris, qui firent de la demeure commune et sans élégance qui existait la charmante habitation que vous avez admirée. Ces travaux terminés, les ouvriers partirent, et l'homme de confiance resta seul en attendant son maître. Bien que fort éloigné, par position et par caract?re, de m'informer des gens qui venaient demeurer dans ce pauvre village, je ne pus emp?cher certaines rumeurs, répandues sans doute par les ouvriers du dehors, d'arriver jusqu'a moi ; selon ces bruits, le comte, qui était fort riche, venait habiter parmi nous avec une femme... qui n'était pas la sienne... D'ailleurs, l'existence de ce gentilhomme avait été, disait-on, d'une immoralité si scandaleuse et si effrénée, que, sans ?tre positivement obligé de se séquestrer du monde, la sorte de répulsion qu'il inspirait, a cause de certaines aventures, avait été telle qu'il s'était cru obligé de vivre désormais dans la solitude.

Vous concevrez sans doute, monsieur, que ma premi?re impression dut ?tre, sinon hostile, du moins extr?mement défavorable a cet étranger, que je ne connaissais pas, il est vrai, mais qui allait, dans la supposition o? ces bruits avaient quelques fondements, qui allait, dis-je, donner ici un exemple funeste, parce qu'aux yeux de nos pauvres montagnards, le rang et la fortune de ces nouveaux venus devaient sembler autoriser leur conduite coupable.

Ces pensées me mirent donc en grande défiance contre le comte, et je me promis bien, si, par un hasard peu probable, ce dernier me faisait quelques avances personnelles, de protester du moins, par ma sév?re et inexorable froideur, contre l'immoralité d'une existence aussi condamnable.

Ce fui donc il y a deux ans passés que le comte s'établit ici, avec une jeune femme et un enfant dont vous avez vu les portraits. Quelques jours apr?s, je reçus un billet de lui, dans lequel il me demandait la grâce d'un moment d'entretien. Je ne pouvais refuser, et le comte se présenta chez moi. Bien que ma résolution, mes habitudes, mon caract?re, mes principes, et une sorte de façon d'envisager certaines choses et certains hommes, dussent me prévenir extr?mement contre ce dernier, je ne pus m'emp?cher d'?tre frappé d'abord de son extérieur remarquable, car c'est son portrait que vous avez vu, monsieur ; puis aussi de ses mani?res graves, polies et élevées, et surtout de l'étendue et de la noblesse de son esprit, qui se révéla dans la longue conversation que nous e?mes ensemble ce premier jour.

Il commença par me dire que, venant habiter le village de **, il considérait comme un devoir et un plaisir pour lui de me venir visiter, et qu'il m'aurait la plus grande obligation de vouloir bien régler l'emploi d'une somme de vingt-cinq louis par mois qu'il mettait a ma disposition pour subvenir, soit a l'assistance des pauvres de cette paroisse, soit aux améliorations que je pouvais juger nécessaires, me priant aussi de m'entendre avec le médecin du village, qui souvent, ajouta-t-il, connaissait des mis?res et des souffrances que nous autres ministres ignorions ; il me suppliait, enfin, de croire que toute demande destinée a alléger quelques peines ou a prévenir quelque malheur serait accueillie et accordée par lui avec le plus vif empressement.

Que vous dirai-je, monsieur ! Le comte montra une philanthropie si sage, si haute, si profondément éclairée, que malgré mes préventions je ne pus m'emp?cher d'?tre frappé d'étonnement et presque d'admiration en voyant qu'un homme si jeune encore, et qui avait, disait-on, cruellement abusé de toutes les voluptés des riches et des heureux de la terre, e?t une connaissance si triste et si vraie des douleurs et des mis?res obscures, et de ce qu'on devait faire ou tenter pour les soulager ou les consoler s?rement.

Mais, hélas ! a la fin de cette conversation qui m'avait tenu sous un charme inexplicable et contre lequel, je l'avoue, javais longtemps lutté, mes préventions revinrent plus fortes que jamais ; et je ne sais a cette heure si je dois m'en glorifier ou en rougir, car le comte m'avoua sans honte, comme sans jactance impie, qu'il n'était pas de nos religions ; mais qu'il les respectait néanmoins trop pour s'en jouer, et que c'est a cette raison seule que je devais attribuer le motif qui l'emp?chait de se rendre jamais a l'église.

Que voulait dire le comte par ces mots, qu'il n'était pas de nos religions ? Je l'ignore encore. Voulait-il parler des religions d'Europe ? Entendait-il par la qu'il n'était ni catholique, ni protestant, ni d'aucune des autres sectes dissidentes qui, divergeant du catholicisme, y tiennent toujours par une racine chrétienne ? Je l'ignore encore a cette heure, bien que, hélas ! j'aie vu le comte a une épouvantable épreuve !...

Mais, ainsi que je vous le disais, monsieur, celle résolution de ne jamais assister ni prendre part a nos saints myst?res m'indigna : je n'y vis d'abord qu'un dédaigneux prétexte, destiné a voiler une indifférence ou un éloignement coupable ; comme aussi je ne vis plus qu'une commisération, presque sans mérite, dans la fastueuse aumône que sa brillante position de fortune le mettait a m?me de faire sans s'imposer de privations.

J'eus tort, car il ne s'était pas borné a me donner s?chement de l'or : il m'avait longuement entretenu des mis?res du pauvre, et cherché avec moi le meilleur moyen de lui ?tre utile ; mais, je vous le rép?te, son manque de foi a notre religion me rendit injuste... oh ! bien injuste, comme vous l'allez voir, car je fis retomber le coup de ma sainte indignation sur une personne compl?tement innocente.

Le dimanche qui suivit mon entretien avec le comte, je vis agenouillée dans l'église la jeune femme qui habitait avec lui, et qui ne portait pas, disait-on, son nom. Ceci était vrai : d'ailleurs, je l'ai su depuis. Celle liaison était coupable aux yeux de Dieu et des hommes ; mais, hélas ! si le crime de ces infortunés fut grand, leur châtiment fut terrible !

Pardonnez-moi si je m'attendris a ce souvenir. Je vous disais donc, reprit l'abbé en essuyant ses larmes, que je vis, un dimanche, cette dame agenouillée dans l'église : je montai en chaire, et j'allai jusqu'a faire des allusions directes, cruelles m?me, dans le sermon que je prononçai, contre la détestable immoralité des grands et des riches de la terre, qui pensaient, ajoutai-je, atténuer leurs futiles en jetant aux pauvres une dédaigneuse aumône ; j'exaltai le malheureux qui prie, croit, et partage le pain dont il a faim avec un plus misérable que lui ; et je trouvai a peine un froid éloge a donner au riche, pour qui la bienfaisance n'est qu'une superfluité facile. Je fis plus, j'exaltai de nouveau la paisible et vertueuse existence du pauvre qui cherche l'oubli de ses maux dans la douceur d'un lien béni par Dieu, et je m'élevai violemment contre les riches qui semblent fouler aux pieds toute morale reçue, et trouver une sorte de méchant plaisir a braver ainsi les devoirs qu'ils regardent, dans leur orgueil impie, comme indignes d'eux, et bons, disent-ils, pour les misérables !...

Ah ! monsieur, je ne puis me reprocher l'amertume de ces paroles, car elles exprimaient mou horreur contre une conduite que je trouve a cette heure aussi criminelle qu'alors ; et pourtant, depuis, j'ai eu la faiblesse de m'en repentir... Enfin ce jour-la, en entendant ces mots, auxquels mon indignation pr?tait une grande énergie, tous les yeux de nos montagnards se tourn?rent aussitôt vers cette malheureuse femme, humblement agenouillée parmi eux : sa t?te se courba davantage : elle ramena les plis de son voile sur son visage, et il me parut, a quelques mouvements saccadés de ses épaules, qu'elle pleurait beaucoup... Je triomphai, car je pensais avoir éveillé le remords, peut-?tre endormi jusqu'alors, dans une âme coupable. Le service divin terminé, je rentrai au presbyt?re.

Sans rien redouter de la col?re du comte, qui pouvait se croire offensé de ces allusions, j'étais néanmoins préoccupé malgré moi de ce qu'il en pouvait penser. Le lendemain, il me vint voir. Quand ma s?ur m'annonça sa visite, je ne pus me défendre d'une certaine émotion ; mais je trouvai son accueil aussi bienveillant que d'habitude : il ne me dit pas un mot du sermon de la veille, causa longuement avec moi des besoins de nos pauvres, et me parla d'un projet qu'il avait d'établir une école pour les enfants sous ma direction, me communiqua ses idées a ce sujet, établit une sage et remarquable distinction entre l'éducation qu'on doit donner aux gens voués aux travaux physiques et celle que doivent recevoir les gens destinés aux professions libérales ; et déployant, dans cette conversation qui me tint de nouveau sous le charme, les vues les plus hautes et les plus étendues, il montra l'esprit le plus m?r et le plus droit, puis me quitta.

Hélas ! monsieur, les mis?res et les faiblesses de notre nature sont tellement inexplicables, que je fus presque blessé de l'indifférence apparente du comte au sujet de mon sermon, au lieu de voir dans sa conduite mesurée une respectueuse soumission aux devoirs que m'imposaient mes convictions et mon caract?re.

Peu de temps apr?s, une des grandes f?tes de l'église approchait ; je m'y rendais un jour pour y entendre la confession de nos montagnards, lorsque, en allant a mon confessionnal, je vis parmi les paysans cette m?me femme, humblement agenouillée comme eux sur la pierre humide et dure : elle attendit la longtemps, et vint a son tour au tribunal de la pénitence. J'étais loin d'?tre indulgent pour nos paysans, mais je ne sais pourquoi je me sentis disposé a ?tre plus sév?re encore pour une personne que son rang paraissait mettre au-dessus d'eux. La voix de cette dame était tremblante, émue, son accent timide et doux ; et sans trahir ici un de nos plus grands, un de nos plus sacrés myst?res, puisque, hélas ! monsieur, je ne vous apprends que des faits maintenant publics et mis en évidence par un effroyable événement, je reconnus, d?s ce jour et dans la suite des temps, l'âme la plus noble et la plus repentante, mais aussi la plus faible et la plus criminelle sous le rapport de son attachement coupable pour le comte... attachement qui me parut tenir d'une exaltation que j'oserais appeler sainte et religieuse, si je ne craignais de profaner ces mots.

Que vous dire de plus, monsieur ! Au bout de six mois de séjour dans nos contrées, le comte et cette dame, que nos montagnards appel?rent bientôt, dans la na?veté de leur reconnaissance, l'Ange Marie (car personne ne l'entendit jamais appeler autrement que Marie) ; le comte et cette dame avaient été si charitables que nous ne comptions plus un malheureux dans cette paroisse ; et bien plus, telle était l'étrange confiance que la bienfaisance inépuisable et éclairée de cette âme si belle avait donnée a nos montagnards, que si quelquefois je leur représentais la dangereuse témérité de leurs chasses périlleuses, en leur rappelant quel serait le triste avenir de leur famille s'ils venaient a périr, ils me répondaient : Mon p?re, l'Ange Marie y pourvoira ! En un mot, cette dame était devenue la Providence de ce village, et l'on y comptait comme sur celle de Dieu. Au bout d'un an, cette personne si aimée, si bénie, tomba gravement malade ; a cette nouvelle, je ne vous dirai pas, monsieur, les craintes, le désespoir de nos paysans, les pri?res, les ex-voto qu'ils firent pour elle, la désolation qui régna dans ce village.

Craignant de compromettre la rigoureuse sévérité de mon caract?re, bien que le comte f?t venu presque chaque jour me voir, je n'étais jamais allé chez lui ; mais lorsque cette dame fut tr?s-malade, elle me demanda, et le comte vint me supplier de me rendre aupr?s d'elle : je ne pus m'en dispenser. Je la trouvai presque mourante...

Ce fut un moment terrible : jamais sa piété ne se révéla plus fervente et plus profonde a mon âme attendrie. Je la consolai, je l'exhortai ; pendant huit jours elle donna les plus cruelles inquiétudes enfin sa jeunesse la sauva.

Je ne vous parle pas non plus, monsieur, de l'affreuse anxiété du comte pendant cette maladie. Une nuit surtout, qu'on désespérait de cette dame, il m'épouvanta... car, par quelques mois qui lui échapp?rent... je compris que cette mort qu'il redoutait aurait pu le précipiter de nouveau de la sph?re des plus généreux sentiments... dans l'abîme de la plus grande perversité, et dans ce moment je crus a la réalité de tous les bruits qui avaient couru sur le comte.

Enfin, l'Ange Marie revint a la santé ; peu a peu la beauté reflorit sur ce noble et charmant visage, o? luttaient sans cesse le remords d'une grande faute et la conscience d'un bonheur assez grand pour lutter incessamment contre ce remords... Hélas ! monsieur, j'avais pris la résolution de ne pas retourner dans cette maison, craignant, je vous l'ai dit, de compromettre la gravité de mon caract?re ; et pourtant j'y retournai. Sans doute, je fus coupable, mais peut-?tre trouverai-je une excuse aux yeux de Dieu, car cette femme et le comte étaient si charitables aux malheureux ! Grâce a lui, grâce a elle, je pouvais secourir tant de mis?res, que Dieu me pardonnera, je l'esp?re, de n'avoir pas repoussé la main qui répandait ses aumônes avec tant de discernement et de bonté !... Et puis encore, moi, pauvre pr?tre, j'aimais la science, l'étude, et il n'y avait personne dans ce village avec qui je pusse m'entretenir, tandis que je trouvais dans le comte une des plus hautes intelligences que j'aie, je ne dirai pas connues, car j'ai bien peu expérimenté les hommes et la vie, mais que j'aie, si cela se peut dire, rencontrées dans les livres. Ses connaissances étaient vastes, profondes, presque universelles : il paraissait avoir beaucoup vu et voyagé, et ne pas ?tre demeuré étranger aux affaires publiques, car il résumait les rares questions politiques que le hasard amenait dans nos conversations avec une puissante et énergique concision ; son jugement était clair, perçant, allant droit au fond des choses, mais étrange et singulier en cela, qu'il paraissait dégagé, soit par réflexion, soit par indifférence, soit par mépris, de tout préjugé, de toute sympathie de cause ou de caste : cela était quelquefois bien effrayant d'impartialité, je vous l'assure, monsieur... Mais ce qui m'épouvantait toujours pour le comte, c'est que jamais je ne lui entendis prononcer un seul mot qui annonçât la moindre foi religieuse. Bien qu'il f?t comme tacitement convenu entre nous de ne jamais aborder ces formidables questions, si dans le cours de l'entretien il lui échappait quelques paroles a ce sujet, elles semblaient si froidement désintéressées, que j'eusse peut-?tre préféré, pour son salut, une attaque ou une négation a propos de ces éternelles vérités ; car sa conversion a des principes religieux m'e?t peut-?tre semblé possible un jour, tandis que cette indifférence de glace semblait ne laisser aucun espoir.

Et pourtant sa conduite pratique était la plus ample et la plus magnifique application des principes du christianisme ; c'en était l'esprit sans la lettre. Jamais non plus je n'entendis entre lui et l'Ange Marie aucune conversation religieuse, bien que leur enfant f?t pieusement élevé par sa m?re dans notre croyance. Souvent, néanmoins, j'ai vu le comte les yeux mouillés de larmes, lorsque celle qu'il aimait, joignant les mains de ce petit ange, lui faisait prier Dieu : mais le comte était, je pense, monsieur, plus touché de la délicieuse figure de cet enfant, et des accents ingénus de sa voix, que des pensées religieuses qu'elle exprimait.

Cette dame avait aussi une instruction solide et variée, un esprit remarquable, et surtout une sorte d'ineffable indulgence qui s'étendait a tous. Si le comte, avec sa parole souvent acerbe et mordante, attaquait quelque caract?re ou quelque fait historique ou contemporain... elle cherchait toujours a trouver dans le caract?re le plus noir, dans le fait le plus triste, un bon instinct ou un sentiment généreux qui les excusât un peu... Alors les larmes me venaient aux yeux, en songeant que c'était sans doute un cruel retour sur elle-m?me, un remords incessant, qui rendait cette pauvre femme si bienveillante a tous, comme si elle e?t, hélas ! senti qu'étant bien coupable elle-m?me, il ne lui était permis d'accuser personne...

Et le comte, monsieur, si vous saviez avec quelle profonde et presque respectueuse tendresse il lui parlait ! comme il l'écoulait ! avec quelle délicate fierté il savait apprécier et faire ressortir loin ce qu'il y avait de noble et de grand dans l'esprit et dans le c?ur du celle qu'il aimait tant ! combien son visage devenait radieux en la contemplant ! Que de fois je l'ai vu la regarder ainsi longtemps en silence, et puis tout a coup, comme si les mots lui eussent manqué pour peindre ce qu'il ressentait, lever les yeux au ciel en joignant les mains avec un geste, avec une expression de bonheur et d'admiration impossible a rendre.

Ah ! monsieur, que de longues et douces soirées j'ai ainsi passées dans l'intimité de ces deux personnes a la fois si coupables et si vertueuses ! Que de fois ce fatal et bizarre contraste a confondu ma raison ! Que de fois, l'été, le soir, en les quittant, au lieu de rentrer au presbyt?re, j'allai me promener sur nos montagnes, pour méditer plus en silence, plus sous l'?il de Dieu, si cela se peut dire ! Ô Seigneur !... m'écriais-je, tes vues sont impénétrables !... Cette femme est adult?re et criminelle ; elle a la conscience de sa faute, puisqu'elle pleure incessamment sa faute ; elle est bien coupable sans doute a tes yeux et a ceux des hommes ! et pourtant quelle vie plus exemplaire, plus bienfaisante, plus pratiquement touchante et vertueuse que la sienne ? Combien de fois aussi l'ai-je entendue chanter des hymnes en ton nom ! sa voix annonçait une foi si profonde et si religieuse que cette foi ne pouvait ?tre feinte !... Ô mon Dieu ! qu'est-ce donc que le vice et le crime, quand ils rev?tent ces dangereuses apparences ? Faut-il les ha?r davantage ? faut-il les plaindre ? faut-il plutôt leur pardonner ? Et lui, cet homme étrange, qui, dit-il, n'est pas de nos religions ! quelle est donc la sienne, a lui, quelle est donc cette religion ignorée qui lui impose une vie si généreuse et si bienfaisante ? qui le rend si bon, qui le fait chérir et bénir de tous ? A quelle source inconnue a-t-il donc puisé ces principes d'une charité si intelligente et si élevée ? Et pourtant on dit qu'il n'a rien respecté de ce qui était saint et sacré aux yeux des hommes, qu'il l'a foulé aux pieds et méprisé... Et cela est... car son amour d'aujourd'hui est criminel... et autrefois il a été bien plus terriblement coupable encore, je le crois ; car de m?me que la lueur de la foudre fait quelquefois entrevoir toute l'immensité d'un abîme, de m?me aussi, a ce moment terrible o? il tremblait de perdre cette femme... j'ai un instant pu pénétrer les profondeurs de son âme, et j'ai pâli de terreur. Et pourtant la noblesse de ses sentiments ne s'est jamais démentie. Ô mon Dieu ! que tes vues sont impénétrables ! répétais-je plus indécis que jamais, en m'humiliant toujours devant les mystérieux desseins de la Divinité, car bientôt je devais avoir une terrible preuve que sa formidable justice sait atteindre inexorablement les coupables.

Hélas ! monsieur, mon récit approche de sa fin, et cette fin est épouvantable. C'était, il y a trois mois, un soir ; je causais avec ma s?ur d'un fait qui me semblait tr?s-inquiétant : deux paysans assuraient avoir vu un vieillard a cheveux blancs et a sourcils noirs, au teint cuivré mais d'une vigueur rare pour son âge, escalader le mur du parc de la maison du comte : puis, que peu de temps apr?s ils avaient entendu deux coups de feu. Je me disposais a aller m'informer moi-m?me de ce qui en était, lorsqu'on vint me chercher a la hâte pour me rendre chez le comte. Ah ? monsieur, jugez de ma terreur... je trouvai lui et elle, chacun percé d'une balle... Un des deux coups de feu avait aussi atteint leur pauvre petit enfant, qui était mort et paraissait endormi dans son berceau.

Le comte n'avait pas deux minutes a vivre ; ses derniers mots furent ceux-ci : " Marie vous dira tout... Donnez-lui vos soins... " Puis, il se retourna vers elle et dit : " Adieu... Marie !... hélas !... c'est pour toujours !... Ah ! c'est ma faute ! si je vous avais crue... pourtant !!! " Et il mourut.

Elle lui survécut a peine d'un quart d'heure : et avant d'expirer elle me confia le secret de cette terrible aventure, afin d'éclairer la justice et d'emp?cher d'accuser ou d'inquiéter des innocents.

En un mot, ainsi que vous l'avez peut-?tre déja pénétré, monsieur, le vieillard était le mari de cette infortunée : usant du terrible droit que lui donne la loi, trouvant sa femme et le comte assis pr?s du berceau de leur fils, il les avait tirés tous deux a bout portant : une balle avait du m?me coup tué la m?re et le malheureux enfant...

- Mais ce vieillard, qu'est-il devenu ? demandai-je au curé, dont la narration m'avait si douloureusement impressionné.    

- Je l'ignore, monsieur ; tout ce que j'ai su, c'est qu'un petit bâtiment génois, mouillé depuis huit jours proche de la côte, a une lieue d'ici, avait, le soir m?me de ce triple meurtre, mis a la voile... "    

On conçoit l'intér?t que fit naître en moi cette narration, et on comprendra peut-?tre aussi qu'instruit de ce terrible événement, je ne pus me résoudre a acquérir cette demeure, o? devaient toujours vivre d'aussi affreux souvenirs, et qui alors me sembla maudite.

Je restai au presbyt?re jusqu'au moment o?, le délai de la vente a l'amiable étant passé, cette habitation fatale fut adjugée a un négociant retiré, qui, trouvant le mobilier gothique, le vendie a l'encan.

Pour souvenir de cette triste aventure, j'achetai a cette vente la harpe de Marie, un meuble en marqueterie, provenant du cabinet du comte, et quelques objets de peu de valeur, que je priai le curé d'accepter ; car, selon la volonté du comte, qu'on trouva consignée dans son testament, a l'exception de tous les portraits, qui furent br?lés, le prix de la maison et de ses dépendances devait appartenir a la commune de ** et ?tre employé a secourir les pauvres.

Je quittai ce village, bien préoccupé de ce récit ; j'avais envoyé chez moi le meuble de marqueterie que j'avais acheté a **.

Un jour que je l'examinais avec une triste curiosité, j'y découvris un double fond ; dans ce secret, je trouvai un assez volumineux manuscrit : c'était le journal du comte...

Ces fragments m'ont paru remarquables par leur esprit d'analyse et par une succession d'aventures d'une donnée fort simple, fort naturelle, et digne peut-?tre d'intér?t et d'étude, en cela qu'elles retracent des faits communs a la vie de presque tous les hommes.

Ce sont ces fragments qui vont suivre et que je donne dans toute la na?veté de l'étrange scepticisme qu'ils dévoilent.

Ces sortes de mémoires embrassent une période de douze années.

Bien qu'ils racontent la vie de cet inconnu depuis l'âge de vingt ans, et qu'ils semblent par la date se continuer jusqu'au jour qui précéda sa fin, on voit par une note que le récit des sept premi?res années fut écrit par le comte, seulement environ cinq ans avant sa mort, tandis que les cinq derni?res années sont au contraire écrites comme un journal, presque jour par jour, et selon les événements.

L'écriture de ce journal était fine, correcte, souvent courante et hâtée, comme si la main et la pensée eussent été souvent emportées par l'entraînement des souvenirs. D'autres fois elle était pour ainsi dire calme et acérée, comme si une main de fer l'e?t tracée. Sur les marges de ce manuscrit on voyait une infinité de portraits, de silhouettes, esquissés a la plume avec autant de facilité que de grâce, et qui devaient ?tre d'une ressemblance frappante, enfin, intercalées dans le récit, on trouve ça et la un assez grand nombre de lettres d'écritures différentes qui étaient pour ainsi dire les pi?ces justificatives de ce singulier manuscrit.

INTRODUCTION.

 

CHAPITRE PREMIER. La route de poste.

 

Un hasard étrange mit ce journal en ma possession. Établi durant quelques mois dans une ville centrale d'un de nos départements du Midi, dont le littoral est baigné par la Méditerranée, je cherchais a acquérir une propriété dans ce pays, merveilleusement pittoresque et accidenté ; j'avais déja examiné plusieurs terres, lorsqu'un jour le notaire qui me donnait les renseignements nécessaires a cette exploration me dit : - Je viens de recevoir avis qu'a huit lieues d'ici, dans la plus belle position du monde, ni trop pr?s ni trop loin de la mer, il y a un bien de campagne a vendre. Je ne sais pas ce que c'est ; mais si vous désirez le voir, monsieur, voici les indications précises a ce sujet ; c'est avec le curé du village de** que vous aurez a traiter.

- Comment lui dis-je, avec le curé ? Mais ce n'est pas sans doute un presbyt?re qui est a vendre, j'imagine ? 

- Je n'en sais rien, me dit l'homme de loi ; mais, d'apr?s le prix assez élevé qu'on demande, je ne pense pas que ce soit un presbyt?re... Du reste, ajouta-t-il d'un air fin et entendu, il parait qu'il y aura mille moyens de s'arranger a l'amiable et avantageusement ; car c'est une vente par suite de départ précipité ou de mort subite, je ne sais pas au juste, d'autant plus qu'il a couru des bruits si absurdes et si b?tes a ce sujet, que je craindrais de tomber dans un roman ridicule en vous entretenant de ces billevesées ; mais ce qu'il y a de s?r, monsieur, c'est que ces occasions-la sont toujours les meilleures, d'autant plus qu'on a fait, me dit mon correspondant, des folies... de véritables folies dans cette propriété. 

- Un départ précipité ! une mort subite !... Et qui donc habitait ce lieu ? lui demandai-je. 

- Je n'en sais rien, absolument rien... Mon correspondant ne m'en a pas appris plus long... et c'est par le plus grand hasard du reste qu'il a eu vent de cette bonne affaire ; car sur cent personnes du département, il n'y en a pas dix qui connaissent le village de**. 

Je ne sais pourquoi ces renseignements, bien que fort vagues, piqu?rent ma curiosité ! je me décidai a partir sur-le-champ, et j'envoyai commander des chevaux.

- Oh ! me dit le notaire, je ne vous conseille pas de vous engager en voiture dans ces chemins-la... la poste y m?ne bien, mais le relais le plus proche de** en est encore éloigné de cinq lieues, et, pour y arriver, on dit que ce sont de vraies sablonni?res de traverse, dont vous aurez mille peines a vous arracher ; si vous m'en croyez, monsieur, vous irez la a cheval. 

Je crus le garde-note ; je fis mettre un portemanteau sur une selle de courrier, et, précédé d'un postillon, je partis pour le village de**, distant de huit lieues de la ville o? je me trouvais.

Je fis mes trois premi?res lieues en une heure, je changeai de chevaux au relais, et j'entrai en pleine traverse.

C'était vers le milieu du mois de mai, par une matinée délicieuse, rafraîchie par une faible brise du nord ; ces routes mouvantes, remplies d'un sable jaune comme de l'ocre, quoique détestables pour les voitures, qui s'y enfonçaient jusqu'aux moyeux, étaient assez bonnes pour les chevaux. Plus je m'avançais dans l'intérieur de ce pays inculte et sauvage, plus la nature se développait large et majestueuse, bien qu'un peu monotone : devant moi, d'immenses plaines de bruy?res roses ; a l'horizon, de hautes montagnes bleuâtres ; a gauche, de nombreuses collines couvertes de bois ; et a droite, un continuel rideau de verdure, formé par les saules et les peupliers qui bordaient une rivi?re tr?s-basse et tr?s-limpide, partout guéable, mais fort rapide, et qu'il fallait plusieurs fois traverser, car elle coupait ça et la le chemin, qui tantôt s'encaissait entre de hauts escarpements couverts d'aubépines, de m?riers et de rosiers sauvages, et tantôt, au contraire, sortait de ces cavées, pour remonter en plaine, droit et uni comme un jeu de mail.

- Es-tu déja allé a ** ? demandai-je a mon guide, dont la figure mâle, la tenue nette et propre, la démarche aisée sentaient fort leur cavalier libéré du service militaire ; j'avais d'ailleurs entendu ses camarades de la poste l'appeler le hussard, et tout dans cet homme contrastait avec l'air négligé et la bruyante familiarité des autres Méridionaux. 

- Es-tu déja allé a ** ? demandai-je donc a mon guide. 

- Oui, monsieur, deux fois dans ma vie, me répondit-il en arr?tant son cheval et se plaçant un peu en arri?re de moi ; une fois il y a deux ans, et l'autre fois il y a trois mois ; mais, dame ! les deux fois ne se ressemblent gu?re !!! 

- Que veux-tu dire ? 

- Oh ! la premi?re fois, ajouta-t-il encore exalté sans doute par un souvenir d'admiration et de gratitude, c'est ça qui était crâne ! cent sous de guides ! un courrier ! six chevaux de berline ! 

Et pour péroraison imitative, sans doute, mon guide fit claquer son fouet de façon a m'étourdir.

Ne me contentant pas de cette mani?re d'apprécier et de désigner la qualité des voyageurs, je lui demandai :

- Mais qui était dans cette voiture ? a qui appartenait ce courrier ? 

- Je ne sais pas, monsieur, les stores de la berline étaient baissés ; sur le si?ge de derri?re, il y avait un homme et une femme âgés qui avaient l'air de domestiques de confiance. 

- Et le courrier, n'a-t-il rien dit ? 

- Le courrier ? ah ! ben oui ! un vrai muet, et l'air d'un féroce ! Tout ce que j'ai entendu, ç'a été quand il est venu commander les chevaux ; ça n'a pas été long, allez, monsieur ! Il est descendu de cheval, a mis deux louis d'or dans la main du maître de poste, en disant : " Six chevaux de berline et un bidet, les guides a cent sous, quarante sous de payés. " Et puis il est reparti au galop. 

- Et il n'a pas dit le nom de son maître ? 

- Non, monsieur. 

- Et quelle livrée portait ce courrier ? 

- Attendez donc, monsieur, que je me souvienne... Oui... une veste verte, galonnée d'argent sur toutes les coutures, une casquette pareille, ceinture de soie rouge, plaque armoriée, couteau de chasse... des moustaches... enfin, tout le tremblement... un fameux genre !... mais l'air trop féroce, parole d'honneur ! 

- Et depuis... tu n'as pas su qui tu avais conduit a ** ? 

- Non, monsieur. 

- Et cette m?me voiture, quand a-t-elle donc repassé ? 

- Mais elle n'a pas repassé, monsieur. 

- Comment ! dis-je fort étonné, mais il y a donc plusieurs maisons de campagne a ** ? 

- Non, monsieur : on dit qu'il n'y en a qu'une en tout : le reste, c'est tout des vraies cassines a paysans. 

- Il y a donc une autre route pour venir de ** que celle-ci ? 

- Oh ! non, monsieur ; il faut absolument revenir par ici. 

- Et personne n'est revenu par ici ? 

- Non, monsieur. 

- C'est extraordinaire ! Et il y a longtemps que cette berline est passée ? 

- Deux ans bientôt, monsieur. 

- Et ton autre voyage a ** ? dis-je a mon guide, espérant trouver l'explication de ce myst?re. 

- Oh ! quant a cette conduite-la, je m'en souviendrai longtemps, monsieur ! Ah ! le vieux scélérat ! le vieux brigand ! le vieux roué ! 

- Voyons, conte-moi cela, mon garçon ; tu as de la rancune, ce me semble ? 

- De la rancune ! je crois bien que j'en ai... et il y a de quoi en avoir. Ce n'est pas pour la chose, mais c'est pour la rouerie... et puis parce qu'il m'a appelé son bon ami, le vieux monstre ! son bon ami ! ! ! D'ailleurs vous allez voir, monsieur. Ce voyage-la, c'était donc il y a trois mois : ça se trouvait a mon tour de marcher, je me chauffais dans l'écurie, entre mes chevaux, car le froid pinçait encore dur ; sur les onze heures du matin, j'entends claquer, claquer, mais claquer comme a cent sous de guides, et puis la voix essoufflée de Jean-Pierre qui crie : - Deux chevaux de cal?che ! - Bon ! je me dis, c'est du chenu, et ça me revient. Je sors pour voir le voyageur : c'était une mauvaise cal?che a rideaux de cuir, une esp?ce de berlingot dont on ne voyait pas la couleur, tant il était couvert de boue. Je me dis en moi-m?me : Bon ! c'est sans doute un médecin qui vient voir un malade qui se meurt. Mais, sarpejeu ! voila que j'entends une voix qui avait tout l'air d'orner un mourant lui-m?me, et qui criait du fond du berlingot, autant qu'elle pouvait crier, moitié toussant, moitié renâclant : 

- Ah ! gueux de postillon ! ah ! misérable ! tu veux donc me tuer en me faisant aller ce train-la ? 

Le fait est que Jean-Pierre vous avait mené ça que les moyeux en fumaient.

- En voila pour votre argent, j'esp?re, not' bourgeois, dit Jean-Pierre d'un air furieux au berlingot. 

- C'est au moins a quatre francs de guides, n'est-ce pas ? que je dis a Jean-Pierre, qui dételait en jurant comme un pa?en. 

- A quatre francs ! qu'i me fait : oui... pas mal ! le monstre paye a vingt-cinq sous ! 

- A vingt-cinq sous ! au tarif ? et tu le m?nes ce train-la, un train de prince ? 

- Oui, et tout ce que je regrette, c'est de n'avoir pu le mener encore plus vite. 

- T'es joliment b?te, que je dis a Jean-Pierre. 

- Tu verras que tu vas faire comme moi. 

- Le plus souvent ! que je réponds a Jean-Pierre. Enfin on m'am?ne mon porteur, que j'avais appelé Délinquant, parce qu'il faisait continuellement des délits sur la peau des autres : c'était son idée, a cette b?te... hommes ou chevaux, ça lui était égal, pourvu qu'il morde ou qu'il frappe du devant, du derri?re, de partout enfin. Ce pauvre Délinquant ! ajouta mon guide avec un douloureux soupir. Puis il reprit : - On m'am?ne donc mon porteur, et, avant de monter a cheval, je vois une grande main s?che, décharnée et couleur de bois qui sort du rideau de cuir du berlingot, et paye Jean-Pierre a vingt-cinq sous. Voyant payer Jean-Pierre a vingt-cinq sous... je frémis... et je me dis a moi-m?me : Bon ! vieil époumoné, tu vas faire une fameuse promenade au pas pour tes vingt-cinq sous : - O? allons-nous, monsieur ? demandai-je au berlingot ; car je ne voyais personne, et la grande main s?che et jaune s'était retirée. 

- Nous allons a **, me dit une voix, mais si faible, mais si éteinte, qu'elle avait l'air d'une agonie ; et puis la voix ajouta, toujours moitié toussant, moitié renâclant : - Mais je te préviens d'une chose, mon bon ami... son bon ami ! répéta mon guide avec rage... je te préviens que le moindre cahot me fait un mal affreux ; je suis a moitié mort des horribles soubresauts que ton misérable camarade m'a fait faire. Je veux aller tr?s-doucement, tr?s-doucement, au tout petit trot, entends-tu ?... car... El il toussa comme s'il allait rendre l'âme, car la plus petite secousse me tuerait... et je ne paye que le tarif... vingt-cinq sous de guides, mon bon ami. Et la-dessus il retoussa comme s'il allait expirer, le vieux poussif ! 

- Ah ! tu ne payes que vingt-cinq sous ! et tu m'appelles ton bon ami ! ah ! ça te fait du mal d'aller vite ! Attends ! attends ! vieux fesse-mathieu, que je dis en enfourchant Délinquant ; je vais t'en donner, moi, du tout petit trot ! Et vlan... je vous pars a triple mors, et je vous trimballe le berlingot a tout briser, mais d'un train, mais d'un train, que le vieux roué m'aurait payé a mille francs de guides, comme on dit que payait le grand Napoléon, qu'il n'aurait pas été plus vite ; sans compter que, pour mieux orner ma course, je ne coupais pas un ruisseau, pas une saignée... J'arrivais la-dessus au galop... et vlan ! Il fallait voir les sauts de côté que faisait le berlingot en fringalant : seulement, on doit ?tre juste pour tout le monde, mais faut qu'il ait été fameusement solide, le berlingot, pour ne s'?tre pas rompu mille fois ! 

- Mais, malheureux, dis-je a mon guide, tu risquais de tuer ce malade ! 

- Le tuer ! ah ! ben oui... le tuer ! le vieux brigand ! je n'ai pas eu assez de bonheur pour ça. Enfin, nous avons été un tel train, monsieur, que, malgré les sables o? nous sommes, avec seulement un cheval de renfort, je l'ai mené a **, et il y a deux postes et trois bons quarts, en une heure et demie ! 

- Diable ! lui dis-je, en effet, c'est bien aller. 

- Mais attendez la fin, monsieur. La voix du berlingot m'avait dit de ne pas entrer dans le village ; nous arrivons a une hauteur qui est a deux cents pas de **. Je dételle... pour la derni?re fois Délinquant, car il en a été fourbu et en est mort, monsieur, de celle course-la ! et si mort, que mon maître m'en a mis a pied pour quinze jours, de façon que cette équipée-la m'a co?té plus de cent écus, a moi, pauvre diable ! Mais vous avouerez aussi, monsieur, que quand on se voit payé a vingt-cinq sous et qu'on s'entend appeler son bon ami par un pareil scélérat, c'est a ne plus se connaître. 

- Continue, lui dis-je. 

- Enfin, monsieur, je dételle et j'ouvre la porti?re, croyant trouver mon homme évanoui, ou au moins mort ; car, depuis une heure, il ne soufflait pas mot ; mais, mille tonnerres ! qu'est-ce que je vois ? un gaillard qui faisait claquer sa langue contre son palais, comme un coup de fouet, en rebouchant une bouteille du rhum, et qui me dit alors, d'une grosse voix de poitrine, mais d'un creux qui aurait fait envie a un chantre de cathédrale : - Mon fiston, voila le moyen d'aller un train de prince et a bon marché ! Depuis Paris, j'ai toujours fait trois lieues et demie a l'heure, sans courrier, et je n'ai jamais payé qu'a vingt-cinq sous. Et il sauta de la cal?che, leste et dégourdi comme un cerf, le monstre qu'il était. 

Je ne pus m'emp?cher de rire de ce singulier moyen d'aller vite et a bon marché, et mon guide exaspéré continua :

- Vous comprenez, n'est-ce pas, monsieur, comme on était furieux de n'?tre payé qu'a vingt-cinq sous, et d'?tre appelé son bon ami ? Tant plus le vieux roué recommandait d'aller doucement, tant plus, pour se venger et le faire souffrir, on allait un train d'enfer ; mais, au contraire, tant plus on allait vite, tant plus il jouissait, le vieux misérable ! Hein ! monsieur, en voila un vrai bandit ? Faut-il ?tre sans c?ur, pour faire ainsi le malade, quand on est vigoureux, sec et cogné comme un vieux bidet de poste !... Mais ce n'est pas toute l'histoire ; je lui demande o? il va, il me répond : 

- Attends-moi la ; si je ne suis pas revenu dans une heure, va-t'en. 

- Et la voiture ? lui dis-je. 

- Si je ne reviens pas, tu la ram?neras a la poste, on ira la reprendre. 

- Et votre bagage ? 

- Je l'ai. 

Et il me montra une boîte longue, plate, carrée et assez lourde qu'il tenait sous son bras, et puis il disparut a travers le bois, qui est assez épais a cet endroit-la.

Dans ce maudit village, il n'y a pas d'auberge. Je donne l'avoine a mes chevaux, et j'attends ; mais ce pauvre Délinquant était si épouffé qu'il ne mangeait pas ; moi, je fais le contraire, je mange un morceau, et au bout d'une heure mon vieux roué n'était pas encore revenu ; au bout de deux heures, pas davantage... Alors, je m'en vais au village qui est dans le fond... pensant qu'il ne pouvait ?tre que dans la maison de campagne des personnes des six chevaux de berline et du courrier. Je sonne a une petite porte, puis a une grande, car on ne pouvait voir la maison du dehors : personne... Je frappe a tout briser : personne. Enfin je me lasse, et je m'en reviens ; j'attends encore une demi-heure : personne. Ma foi ! alors je m'en retourne a la poste : on place le berlingot sous une remise, et depuis ce temps-la on n'est pas encore venu le réclamer. Or, probablement ce vieux brigand se trouve bien la o? il est, et o? vous allez aussi, monsieur. Mais c'est tout de m?me un drôle de village que ** : on y va... mais on n'en revient pas !

Comme mon guide, je fus frappé de cette étrangeté, et ma curiosité augmenta de plus en plus.

- Mais cet homme, lui dis-je, le dernier que tu as mené, était-il bien vieux ? 

- Comme ça... dans les cinquante ans, sec comme du bois ; les cheveux tout blancs, mais les yeux et les sourcils noirs comme du charbon. Et puis je me rappelle que quand je lui ai demandé son bagage, et qu'il m'a montré la grande boîte, il a ri, mais tout de m?me d'un drôle de rire, car il avait comme de l'écume aux l?vres ; et puis j'ai remarqué qu'il avait les dents tr?s-pointues et tr?s-écartées, et on dit que c'est signe de méchanceté... ce qui ne m'étonnerait pas, vu qu'il a l'infamie de ne payer qu'a vingt-cinq sous, et encore d'appeler les autres son bon ami ! 

- Et comment était-il v?tu ? demandai-je, malgré moi de plus en plus intéressé a ce récit. 

- Oh ! bien couvert : une grande redingote foncée, une cravate noire et la croix d'honneur ; avec ça le visage couleur de cuivre et une taille désossée, dans les mod?les de celle de feu le commandant Calebasse, mon ancien chef d'escadron du neuvi?me hussards... un grand dur a cuire, tout nerfs et tout os. 

- Et tu n'en as pas entendu parler depuis ? 

- Non, monsieur... Ah ! j'oubliais de vous dire que, pendant que j'étais a l'attendre, j'ai entendu comme deux ou trois coups de fusil. Voila tout ; probablement qu'on s'amusait par la a tirer des grives dans les vignes... 

Cette boîte lourde et carrée me revint a l'esprit, et je frissonnai, pensant que peut-?tre un duel sans témoins et acharné avait ensanglanté cette solitude : mais l'esp?ce de ruse bouffonne employée par ce personnage pour aller vite et a bon marché me semblait contredire cette pensée de combat : une telle combinaison me paraissait peu naturelle dans un moment aussi sérieux. Ce qui me frappait pourtant extr?mement, c'est que personne n'était revenu de ce singulier village, " o? on allait, comme disait na?vement mon guide, et dont on ne revenait pas. " Pourtant le notaire m'avait assuré que la seule habitation convenable qu'il y e?t dans cet endroit était a vendre... Qu'étaient donc devenus les voyageurs de la premi?re voiture ? et celui de la seconde ? Ma t?te s'y perdait, et je br?lais d'arriver a **, pour éclaircir ce singulier myst?re.

Lorsque mon guide m'avait parlé de cette voiture a stores baissés, j'avais aussi pense a un enl?vement ; mais ce courrier, ce train, s'accordaient assez peu avec le myst?re voulu pour ces sortes d'entreprises. Pourtant ce pâle vieillard, qui arrive deux ans apr?s que les premiers voyageurs sont passés, son air étrange, ces coups de pistolet, et puis la subite disparition de tout ce monde... encore une fois, tant de circonstances extraordinaires portaient ma curiosité a son comble.

- Enfin nous voici a **, monsieur, me dit mon guide. J'esp?re que voila une fameuse vue ? Mais, tenez, monsieur, c'est ici, pr?s de ce platane mort, que j'ai déposé le vieux roué du berlingot. 

En effet, nous étions arrivés sur les hauteurs qui dominent le village de **.

 

Rozdział 8. PORTRET.

 

Noc była; jasność świec woskowych najzupełniéj oświecała portret. Sam nie wiem dla czego, pomimo radości, jaką postanowienie przedsięwzięte względem Heleny, nieciło we mnie, sam nie wiem dlaczego, przypatrując się surowéj twarzy mego ojca, czułem się nagle zasmucony; nigdy charakter jego smutny i surowy nie zdawał się większego czynić na mnie wrażenia. Czoło szerokie i z włosów obnażone było wystającém; oczy głęboko zapadłe, i przysłonione brwiami gęstemi i siwemi, zdawały się badaćimnie z przerażający nieruchomością; jagody były wystające, policzki wklęsłe, usta surowe i dumne; nakoniec posępna barwa ubioru mięszała się z tłem obrazu; widziałem tylko tę bladą twarz, która jaśniała w ciemności.

Ukląkłem, i długo rozmyślałem.

Skoro podniosłem głowę, rzecz bardzo naturalna sama ze siebie, tak mocno mię przeraziła, iż pomimowolnie zadrżałem: zdało mi się widziéć lub raczéj postrzegłem, coś nakształt łzy świetnéj toczącéj się wzdłuż policzków portretu, potém spadła zimna na moję rękę, którą oparłem na obrazie...

Niezdołam wyrazić pierwszego mojego przerażenia, gdyż przez kilka chwil nie byłem nawet zdolny myśléć.

Potém, przezwyciężając ten płonny postrach, zbliżyłem się, i postrzegłem wówczas, że wilgoć i gorąco, razem połączone, zrządziły jedynie te sączenie się po płótnie, przez tak długi czas zamkniętém. Smutnie uśmiechnąłem się z mojego przestrachu, lecz wrażenie było żywe i mocne, i niemogłem wpływu jego uniknąć. Nieco spokojniejszy, siadłem na przeciwko portretu. Zwolna, długie rozmowy miewane z Ojcem, stanęły mi na myśli, podobnie jak jego udręczające maksymy, oraz jego wątpliwość o prawdzie i trwaniu przywiązań. Jak bardzo czułem moje serce rozpływające się pierwéj tak wówczas ściskało się z przerażeniem: pamięć o mojéj obojętności, uchybienia jego wspomnieniu, oburzały mnie przeciwko sobie samemu, lecz pragnąc wyjść z tego zakresu gorzkich myśli, zacząłem niejako radzić się myślą mojego Ojca, względem mego postanowienia ożenienia się z Heleną.

Myśląc o téj przyszłości, która mi się wydawała tak uśmiechającą i piękną, wlepiałem oczy w tę bladą i milczącą twarz, od któréj żądałem nierozważnie, aby pochwaliła myśli mną miotające; lecz jéj niezachwiany i smutny uśmiech pogardy, krew lodem w żyłach moich ścinał...

Kocham Helenę najgłębszą miłością, mówiłem, wyciągając ręce ku niemu... Wrażenie to niemyli mnie?... To, com szlachetnie i wspaniale postanowił powinnoby zapewnić moje szczęście i szczęście Heleny... nieprawdaż, mój Ojcze?...

I chciwie badałem nieruchomych jego rysów... gdyż, powtarzam, w téj chwili łudzącego mnie uroku zdawało mi się, iż powinien był uczynić znak przyzwolenia...

Lecz czoło białe i pomarszczone ani się poruszyło; potém zdało mi się słyszeć w głębi najskrytszych tajników mego serca zwięzły głos Ojca, który mi odpowiadał:

"Kochałeś mnie także najgłębszą, miłością; uczyniłem dla ciebie daleko więcéj niżeli Helena, dałem ci życie i majątek... A wśród używania tego majątku zapomniałeś o mnie! Biedne dziecię!"

Przerażony, mówiłem daléj: "Lecz Helena kocha mnie najmocniéj, nieprawdaż, Ojcze?"

I patrząc na twarz ciągle nieruchomą, któréj milczenie mnie przestraszało, znowu odzywałem się z przerażeniem: "Lecz ona więc mnie niekocha, lub może ja się mylę względem uczucia, które sądzę dla niéj doznawać, kiedy tak na mnie spoglądasz, o mój Ojcze!

"Czyż ci niepowiedziałem abyś się strzegł uwielbień, które wzbudzi ku tobie twój majątek, i mocno zgłębiał pozory?

- Ależ, wielki Boże! jakąż myśl tajemną ona mieć może? Ona, młoda panienka tak szlachetna i niewinna, ona, co kochała ciebie jak Ojca a mnie jak brata, nieuwierzyłaż z największém zaufaniem w moję miłość, niedbająca o resztę, i całkiem w niéj zatopiona? Czyż niewydała obojętnie na potwarz świata swéj sławy, jedynego swojego skarbu?" 

Niestety! wybacz o mój Ojcze! gdyż to może nędzny i pieniężny instynkt odpowiedział mi za ciebie; bez wątpienia, płonąc się za moję podłość, chciałem przypisać twojemu wpływowi tę myśl piekielną, pierwsze powątpiewanie, które przyszło zakłócić na zawsze, uśmiechający i czysty bieg mojéj wiary; wybacz, mój Ojcze, raz jeszcze wybacz, jeśli w chwili, w któréj niespokojność mnie trawiła, gdy pytałem się ciebie, jaką tajemną myśl mogła mieć w tobie miłość Heleny, moje nieokrzesane samolubstwo odpowiedziało mi: "Twój majątek, gdyż Helena jest uboga!!!"... 

 

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

 

Od tego dnia nieszczęsnego, ciągle zostając pod wpływem stałéj i pożerczéj myśli, ciągle dręczony Niedowierzaniem! tym mieczom o dwóch ostrzach, który rani zarówno srodze tego co uderza jak tego co jest uderzony, uporczywie szukałem, i na nieszczęście moje, mniemałem nieraz znajdować myśli najniegodziwsze ukryje pod pozorem najprostoduszniejszych natchnień, zamiary najochydniejsze pod najraptowniejszemi i najwspanialszemi poświęceniami się, nieraz, z oschłością w rozpacz wprawiającą, zniweczyłem jedném słowem najczulsze i najczystsze wylania; lecz nigdy, o mój Boże, nigdy niezapomnę, jak boleśnie moje serce zostało rozdarte, gdy sceptycyzm wydarł z niego tę świętą i pierwszą wiarę.

Od téj chwili, zdawało się iż żałobna krepa wszystko przed mojemi oczyma powlokła; twarz Heleny, tak niewinna i czysta, wydawała mi się odtąd fałszywą i pełną chciwości... Najczarniejszy spisek zdawał się przed niemi oczyma wykrywać: niedbałość mojéj ciotki wydawała mi się podle wyrachowaną; ten list nakoniec, ostrzegający ją o rozgłosach rozsianych po świecie, zdawał mi się być udanym. Wówczas ze srogą dumą, przyklaskiwałem sobie żem odgadł i zdołał zniweczyć ten haniebny związek, ja, którego brano za dudka.

Nie wytłumaczonym i nagłym zwrotem, cała moja miłość zmieniła się w nienawiść i pogardę; najtkliwsze wynurzenia zdały mi się niecnie udane. O wstydzie! o nędzna podłości! obrzydłe moje powątpiewanie zwiędliło nawet pamięć tego dziecinnego przywiązania, które Helena powiadała mi iż czuła w klasztorze; śmiałem potajemnie oskarżać panią de Verteuil i jéj córkę iż były współwinowajczyniami Heleny i jéj matki, i że wymyśliły ten ustęp, aby mnie z większą pewnością oślepić.

Bezwątpienia, przypuszczanie tak podłego oszukaństwa było ochydném i głupiém: było także rzeczy okropną i prawie niepodobną do uwierzenia, powątpiewać o wszystkiém, zaledwie w dwudziestym trzecim roku życia... gdy jeszcze żadne gorzkie doświadczenie, żaden zawód nie mógł upoważniać podobnego niedowierzania!...

Smutna korzyść, niestety! gdyż zaprzeczyć niemożna przynajmniéj, iż będąc uzbrojony powątpiewaniem tak mocno wcieloném, i niedowierzaniem tak przenikliwém, można bezkarnie stawić czoło pozorom i zwodnictwu świata. Lecz zarówno jak stalowy pancerz który cię chroni od miecza nieprzyjacielskiego niedozwala ci także uczuć łagodnego ciepła przyjacielskiéj ręki; zarówno sceptycyzm, ta żelazna zbroja, zimna i błyszcząca, chroni od zdrady oszusta, lecz, niestety! czyni zarazem nieprzystępnym niewysłowionemu urokowi wierzenia w przywiązanie prawdziwe.

Ponieważ teraz rozbieram i przenikam wpływy, instynkta, lub naturalną organizacją, które rzuciły we mnie zaród powątpiewania i rozwinęły go, które odtąd stanie się środkowym punktem, w około którego toczyć się będą wszystkie moje myśli, w jakiémkolwiek położeniu, zapewne niezawodném, znajdować się będę, pamiętam że mój ojciec mawiał mi niekiedy:

"Z ukontentowaniem widzę, że sam sobie niedowierzasz... gdy kto sam sobie niedowierza, niedowierza także i innym, a to wielka jest mądrością."

Znowu, przez szczególniejszą i dziwną sprzeczność, matka moja, zaślepiona dumą macierzyńską, pewnym rodzajem szczytnego samolubstwa, które u kobiét jest tém samém co osobistość u mężczyzn; matka moja, często i napróżno usiłowawszy wznieść mnie we własnych oczach, mawiała mi smutnie: "Moje biedne i drogie dziecię, jestem w rozpaczy, widząc że tak bardzo sam sobie niedowierzasz: przez zbytek niedowierzania samemu sobie, nie będziesz nigdy wierzył innym, a to jest straszliwém nieszczęściem."

Jestem też pewien, że to nieprzezwyciężone niedowierzanie sobie samemu, bardzo wiele wpływało na dręczącą mnie niepewność; nie sądząc iż wzbudzam uczucia, które mówiono iż doznawano dla mnie, wydawały mi się więc fałszywemi i przesadzonemi, a niewierząc w nie, szukałem w nich koniecznie powodu, wypływającego z interessu lub fałszywości.

Tém bardziéj mnie potwierdza w tém zdaniu, to iż nienapotkałem nigdy bardziéj nieprzezwyciężonych, bardziéj nieugięcie wierzących osób, jak pomiędzy głupcami i zarozumiałemi... gdyż brak pojęcia w głupcach przeszkadzał im módz czynić postrzeżenia, zastanawiać się i porównywać; zbyt wielka znowu miłość własna zarozumiałych, niedozwalała im przypuścić najmniejszéj wątpliwości względem ich zasługi, i pewnego, cudownego prawie wrażenia jakie mają sprawić... 

 

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

 

Wracając do mego zamiaru połączenia się z Heleną, ten, od tego dnia i téj wątpliwości, na zawsze został zniweczony.

Przepędziłem noc długą i bolesną.

Nazajutrz miałem tę słabość, iż unikałem mojéj Ciotki i Heleny; wsiadłem na konia jak najraniéj, i pojechałem przepędzić dzień w jednym z moich folwarków.

Wieczór, powróciłem bardzo późno i dając za powód niezmierne utrudzenie, niepokazałem się w salonie.

Wszedłszy do siebie, postrzegłem na stoliku, który był w moim gabinecie, te słowa skreślone ołówkiem ręką Heleny, w książce, którą mi odesłała w papier owiniętą: "Matka moja wszystko mi powiedziała... Będę jutro, o dziewiątej zrana, w pawilonie piramidy...

Przyjdziesz tam... Ach! ileż musiałeś wycierpieć!"

Chociaż to widzenie się było dla mnie przykrém i nieznośném, w usposobieniu w jakiém się znajdowałem, niemogąc go uniknąć, postanowiłem więc pójść na naznaczone miejsce.

 

Rozdział 9. PAWILON.

 

Pawilon w którym miałem zastać Helenę wznosił się w głębi zwierzyńca; aby przybyć do niego, trzeba było przejść długie i smutne aleje, usłane martwemi liściami. Mgła poranna opadała tak ciężka i tak gęsta, iż zaledwie można było widziéć o dziesięć kroków przed sobą, chociaż dopiéro była dziewiąta. Myśli, które mi się snuły przez noc, jeszcze bardziéj utwierdziły mnie w mojéj wątpliwości i postanowieniu; skoro raz przypuściłem myśl, że Helena powodowana była chciwością, stawało mi się na nieszczęście aż nazbyt łatwo nędznie tłómaczyć sobie każdy jéj postępek; i tak, to niejako wyznanie, prawie pomimowolne, które mi uczyniła, ten wstydliwy krzyk miłości, który wydarł się z serca, od dawna już może zniewolonego, był tylko w moich oczach zaczepką haniebnie wyrachowaną.

Cóż powiem! udając się do tego pawilonu, myśli moje były okropną mięszaniną samolubstwa, obrażonéj miłości własnéj, postanowień najokrutniejszych, i zarazem rozdzierających żalów, żem tak prędko utracił to złudzenie tak lube, że mi nawet ani jeden dzień niepozostaje na pocieszenie się lub rozjaśnienie mych myśli... pamięć pierwszéj miłości, czystéj i bezinteressowanéj...

Zarazem rzeczą okropną i śmieszną jest wyznać, że mi nawet ani na chwilę nie przyszła myśl iż mogę się po grubijańsku mylić; że przypuszczając nawet możność pozorów złego, trzeba także było przypuścić możność i dobrego; że wreście, bez względu na charakter i szlachetność uczuć, jakie poznałem w Helenie, tysiąc okoliczności, tysiąc drobnych szczegółów, mogły sprawić aby jéj miłość była niewinną i prawdziwą; wreszcie, że kiedy mój majątek był nieodstępnym odemnie, nie byłaż Helena zmuszony kochać mnie bogatym, kiedy byłem bogatym?

Ale nie, ta wyłączna myśl, i tak po zwierzęca prawie dzika, tak mocno mnie ochłonęła, iż ani pomyślałem poszukać najmniejszéj nawet wymówki dla téj, o któréj tak srodze wątpiłem.

Długie lata odtąd upłynęły, i gdy dzisiaj bezinteressonie rozpatruję się w ówczesném mojém postępowaniu, mam przynajmniéj smutne przekonanie, iż, niestarałem się upoważnić tą ślepą wiarą w złe które przypuszczałem, aby się wymówić od spełnienia powinności; gdyż, chociaż pogłoski o których wspomniałem były najzupełniejszą potwarzą, w oczach świata miały pozory najprawdziwszéj rzeczywistości, a niebezpieczna nierozwaga mego postępowania jeszcze je na nieszczęście bardziéj utwierdziła: winien więc byłem Helenie wynagrodzenie, które jéj w pierwszém ofiarowałem uniesieniu; lecz ona była moją krewną, była prawie córką dla mojego ojca, poznałem w niéj najwyborniejsze przymioty, i byłem przekonany iż stanę się najszczęśliwszym z ludzi biorąc ją za żonę. Lecz, powtarzam, okrutne moje względem niéj postępowanie nie było natchnione jednym z tych chciwo-sknerskich podstępów których sami przed sobą nieprzyznajemy, lecz które pomimo wiedzy prawie naszéj nami powoduję... Późniéj, może, byłbym się tak umyślnie zwodził; lecz wtenczas byłem na to zamłody, za bardzo ufny, w mojém niedowierzaniu... i przypominam sobie doskonale, iż to, co mi sprawiało najdokuczliwszą niespokojność, był to rozpaczny żal, iż niemogłem wzbudzić w Helenie prawdziwéj miłości.

Przybyłem nakoniec do pawilonu. Gdym wchodził, Helena na mnie czekała, siedząc blisko drzwi; owinięta była w czarną salopę, i drżała od zimna. Skoro mnie postrzegła, powstała, i zawołała z niewysłowionym wyrazem boleści, wyciągając do mnie ręce: - Przecie, jesteś! Ach! ileżeśmy ucierpieli od dwóch dni!

Potém, uderzona zapewne wyrazem opryskliwym i oschłym moich rysów, dodała: - O Boże! co ci jest Arturze? przerażasz mnie!

W tenczas, z tém okrucieństwem głupiém i szyderczém, które jest udziałem dzieci i ludzi szczęśliwych i samolubnych, którzy nigdy niecierpieli, przybierając minę lekceważenia i płochości, i całując ją w rękę, odpowiedziałem: -

- Jakto, przerażam cię! nie takie jednakże wrażenie spodziewałem się uczynić na tobie, w tak powabném widzeniu się sam na sam! 

Ton ironiczny z jakim wymówiłem te słowa, tak był odmienny od mego zwykłego obejścia, iż Helena, otwierając swe wielkie oczy zdziwione, bynajmniéj mnie niezrozumiała; po chwili też milczenia, dodała z westchnieniem; - Arturze, matka mi wszystko powiedziała.

- I cóż! - odpowiedziałem obojętnie... - Potém zapinając kołnierz jéj salopy, dodałem: - Strzeż się, mgła jest przenikająca i wilgotna... może ci być zimno. 

Biedne dziewczę sądziło że to sen. - Jakto! I cóż! - odezwała się znowu składając ręce z osłupieniem, - nieznajdujesz tego straszném, niegodném?

- Mniejsza o to? Kiedy to fałszywe - odpowiedziałem bez zmarszczenia brwi. 

- Mniejsza o to! Jakto! więc nic nie szkodzi, że ta, co nosić będzie twe nazwisko, będzie znieważoną, nim zostanie twą małżonką? 

Na te wyrazy Heleny, które mi się zdały być najwyższym stopniem bezczelności i największym dowodem prawdy mych podejrzeń, niewypowiedziana potrzeba zemsty podburzyła me serce; wszystkie moje skrupuły zniknęły, i dziś błogosławię przypadek który zatrzymał na mych ustach straszliwe wyrazy, które mi na myśl przyszły. Szczęściem dla mnie, chciałem być ironiczny, i wstrzymałem się.

- Heleno, - rzekłem do niéj - nasza rozmowa powinna być poważna i surowa: chciéj mnie posłuchać. Ty, co jesteś samą niewinnością, samą szczerością i bezinteressownością, uosobistnioną, - dodałem z wyrazem nędznéj śmiałości, który nie mógł uczynić na niéj wrażenia, tak dalece sumienie stawiało ją wyżéj nad wszelkie podejrzenia, - odpowiedz mi, proszę cię, z najzupełniejszą szczérodusznością: nasza wspólna przyszłość od tego zależy. 

Tą domyślnością serca, która rzadko kiedy zwodzi, Helena przeczuła jakowąś zdradę, gdyż krzyknęła z przerażeniem: - Ach! Arturze! tobie się dzieje cóś nadzwyczajnego; nigdy nie widziałam u ciebie téj miny lodowatéj i opryskliwéj; przerażasz mnie! Na nieba! cóżem ci zrobiła?

- Niceś mi nie zrobiła; lecz ponieważ nosić będziesz moje nazwisko, ponieważ będziesz moją żoną, i niewymownie ci jestem wdzięczny za tę ufność którą pokładasz w przyszłości, która obojgu nam zaszczyt przynosi, - mówiłem daléj, z tym uśmiechem co ją przerażał, - trzeba abyś odpowiedziała na me zapytania. 

- Jakimż to tonem, o Boże! powiadasz mi to Arturze! Nie rozumiem... co to wszystko ma znaczyć? na cóż mam odpowiadać? - Heleno, gdy pierwszy raz moja obecność lub moje wspomnienie wrażenie na tobie uczyniły, słowem, skoroś mnie pokochała, jaki był twój cel? 

- Mój cel!... jaki cel? Jeszcze raz powtarzam, nierozumiem cię, - rzekła potrząsając głową; potém dodała, pomieszana z podziwienia: - Arturze, ty mi zadajesz męczarnie, jak gdybyś chciał na śmierć zabić zakłóciami szpilki; zaklinam cię, w imię twéj matki, wytłumacz się otwarcie; czego chcesz odemnie? co znaczą wszystkie te pytania? 

- Posłuchaj więc! chcę ci wyrównać w szczerości, wielkoduszności i czystości zamiarów; podobnie jak ty, dozwolę się unieść całemu popędowi mych wrażeń, bez żadnéj ubocznéj myśli, bez najmniejszego wyrachowania; a że niema żadnéj wątpliwości, iż będziesz moją żoną, i że w téj zachwycającéj godzinie możemy, powinniśmy sobie wszystko powierzyć, powiem ci jakim sposobem i dla czego cię pokochałem, lecz wprzódy, żądam od ciebie tejże saméj ufności... Będzie to wzajemną zamianą wyznań wspaniałych i tkliwych, na którą biedne moje serce niewypowiedzianie się raduje! - rzekłem, z miną ironiczną, zimną i okrutną, która tak straszliwe udręczenie sprawiała nieszczęśliwéj dziewczynce, chociaż niemogła odgadnąć nędznych zastósowań, któremi więdliłem jéj czystą i szlachetną miłość. 

Teraz, kiedy się z zimną krwią zastanawiam nad tą sceną, strach mnie ogarnia na samą myśl o tém co musiała ucierpiéć Helena, słysząc mnie w ten sposób pierwszy raz do niéj przemawiającego; widzę ją jeszcze, bladą, drżącą z zimna i niespokojności w tym pawilonie umeblowanym po wiejsku w samo tylko drzewo, a przez którego otwarte okna widać było mgłę gęstą; płonię się ze wstydu, pomyślawszy iż to niejako przed nieprzyjacielem uprzedzonym, niedowierzającym i przygotowanym wszystko złośliwie tłumaczyć, miała, śród łez, wykryć mi te tkliwe i niewinne myśli, poprzedzające zwykle wyznanie; te skarby nieznane kochankowi, które mu wykrywają radości, obawy, niespokojności, jakich się nawet niedomyśla, a których jednak sam był przyczyną.

Nakoniec Helena, przezwyciężając swoję niespokojność, rzekła do mnie: - Arturze, bynajmniéj tego niepojmnję, co się dzieje w tobie; chcesz abym ci powiedziała, jakim sposobem cię pokochałam, - dodała, z oczami łzami zalanemi... - to rzecz tak prosta... O mój Boże! będąc dzieckiem słyszałam matkę ciągle mówiącą o tobie, o samotności, w któréj ojciec kazał ci pędzić życie, zdała od roztargnień przyzwoitych twemu wiekowi, bez przyjaciela... Prawie codziennie zajmować się poważnemi naukami, i być zupełnie pozbawionym zabaw, przyzwoitych twojemu wiekowi. Pierwsze wrażenie, jakiego doznałam myśląc o tobie, było, żem cię sądziła nieszczęśliwym, i zaczęła żałować... gdyż, wedle tego com posiadała, miarkowałam na czém ci zbywać musi: udałam towarzyszki, które kochałam; matka moja, zawsze dobra i tkliwa, uprzedzała wszystkie moje radości dziecinne. Słowem, sama niewiedząc dla czego, wstydziłam się niekiedy żem siebie znajdowała tak szczęśliwą, gdy ty wiodłeś życie, które mi wydawało się tak nieszczęśliwe i odosobnione; ztąd to, zdaje mi się, powstał we mnie pewien wstręt do zabaw które mnie zajmowały w dzieciństwie; wyrzucałam je sobie, gdyż wiedziałam że ich jesteś pozbawiony; słowem, powtarzam ci, Arturze, dla tego że zdawałeś mi się pożałowania godnym, będąc dzieckiem, zajmowałam się tak mocno tobą. Późniéj, gdyś wyjechał, odbyć pierwsze swoje podróże, niebezpieczeństwa na jakie się narażałeś, a które zapewne przesadzałam sobie, obudzały we mnie obawę o ciebie, i zwiększyły moje przywiązanie... Wtenczas to, jak Zofia ci powiedziała, byłam tak dziecinna, iż w klasztorze obchodziłam twe imieniny i codziennie prosiłam Boga o twoje zdrowie i szczęście... Późniéj znowu, gdy biedna twoja matka umarła... zdało mi się, iż ostatnie węzły, które jeszcze pozostawały do ściśnięcia, bardziéj spojone zostały tą straszliwą, stratą; gdyż od téj chwili wydałeś mi się najzupełniéj osamotniony, nieszczęśliwy, i pozbawiony jedynéj osoby, w któréj kiedykolwiek położyłeś nadzieję... Wtenczas to przybyliśmy tutaj... mieszkać wraz z twoim ojcem Matka mawiała mi często: - że, chociaż niezmiernie dobry dla ciebie, twój ojciec był jednak zimny i surowy... W istocie, tak mi się zdawał poważny, tak smutny, a ty zdawałeś mi się zawsze tak lękliwy w jego przytomności i tak nieukontentowany, tak posępny po rozmowie mianéj z nim z rana, iż jeszcze z większą goryczą żałowałam ciebie i miłość moja ku tobie zwiększała się jeszcze wszystkiemi gorzkiemi cierpieniami, które sądziłam że doznajesz. Jednakże, chociaż tak bardzo obawiałam się twojego ojca, nie mogłam się wstrzymać aby go niekochać; tyle cierpiał!... a potém, okazując się zawsze uprzejmą i uprzedzającą dla niego, sądziłam iż tym sposobem dowiodę ci jeszcze bardziéj mojéj miłości... Nakoniec, Arturze, gdyś doznał niezmiernéj boleści utracenia go, widząc cię samego tylko na świecie, zdawało mi się iż odtąd los mój był z losem twoim połączony, że przeznaczeniem całego mojego życia było, i być powinno kochać cię, uszczęśliwić, słowem, że niemiałeś innego schronienia prócz w mojém sercu - Nigdyś mi niepowiedział że mnie kochasz, lecz zdawało się że tak być musi... że być inaczéj nie może, że mojém przeznaczeniem było poświęcić tobie życie; ufna też... czekałam codziennie twego wyznania, a jeśli, w rozpaczy że go niesłyszę, powiedziałam ci pomimowolnie: "Ach! ty nigdy nic kochać nie będziesz... nigdy nie będziesz szczęśliwy!... bo mi się istotnie zdawało że musisz być zawsze nieszczęśliwym... jeśli mnie kochać nie będziesz... mnie, co cię tak mocno kocham! mnie, com się sądziła być tak potrzebną do twego szczęścia!... Od owego dnia przyznałeś się przedemną że mię kochasz; bardzo mnie to uszczęśliwiło... o! głębokie sprawiło mi szczęście; lecz to bynajmniéj niezadziwiło mnie. Wczoraj, matka zmartwiła mnie bardzo, opowiadając mi wszystkie te okropne potwarze. Nie widząc cię, sądziłam że podzielasz moje cierpienia w tym względzie... Oto wszystko, com ci miała powiedzieć, Arturze... tak cię kochałam, tak cię i teraz kochani; lecz, przez litość, nie dręcz mnie tak bardzo; stań się tém, czém dawniéj dla mnie byłeś!... Pocóż ta zmiana? raz jeszcze pytam, cóżem ci zrobiła?...

Podczas gdy Helena wyrażała się z prostoty tak dobroduszną, i bezwątpienia tak prawdziwą, ani na chwilę nie spuściłem jéj z oka; zamiast być najczuléj wzruszonym, podstrzegałem ją ze złośliwością i niedowierzaniem sędziego, nienawistnego i uprzedzonego; jednakże, gdy wznosiła łagodne swe oczy, piękne i czyste, pod długich rzęs zasłoną, wlepiając je w oczy moje z zapewnieniem tak niewinném i tak pogodném, iż musiałem być tak bardzo zaślepiony, jak byłem, aby w nich niewyczytać miłości najszlachetniejszéj i najgłębszéj.

Lecz niestety! kiedy nas owładnie uporczywe powątpiewanie, wszystko? co dąży do zniszczenia go w naszym umyśle, drażni nas, jak gdyby pochodzące ze zdrady lub fałszu, tém bardziéj upieramy się przy naszém przekonaniu im bardziéj sądzimy wystawić się na dudków porzucając je: najnieuleczeńsze prawdy, wydają się wówczas zręcznemi kłamstwy, a najszlachetniejsze najniespodziańsze natchnienia, tyluż sidłami, z najzimniejszą krwią zastawionemi. Tak i ja postąpiłem, i nieporzuciłem smutnéj roli, którą przyjąłem na siebie.

To jest jak najdoskonaléj i najzręczniéj wyrachowane, - odpowiedziałem; - przyczyny i skutki wiążą się ze sobą i jedne z drugich wywodzą jak najlepiéj bajka jest nawet bardzo do prawdy podobną... i trochę odemnie głupszy, łatwo by wpadł w sidełka.

- Bajka!... jaka bajka? - rzekła Helena, która niemogła się nawet domyśleć moich podejrzeń. 

Lecz nie odpowiadając na jéj zapytanie, mówiłem daléj: - Kiedy tak mądrze dowodzisz, jakżeś się niezastanowiła, iż dozwalając mi okazywać pierwszeństwo tak wyłączne, sama siebie mocno skompromitujesz?

- Niemyślałam o niczém, nad niczém się niezastanawiałam, kiedy kochałam ciebie; mogłamże zresztą nawet pomyśleć, aby to, co czynisz, złém być mogło, kiedym była pewna twojego przywiązania? 

- Więc już wtedy myślałaś, że zostaniesz moją żoną? 

Helena zdawała się mnie niesłyszyć, i odpowiedziała:

- Co mówisz, Arturze? 

- I tak więc, - odezwałem się niecierpliwie, w tedy już byłaś pewną że się z tobą ożenię? 

- Ależ - odpowiedziała mi Helena, coraz to bardziéj zadziwiona, - niepojmuję zapytań które mi czynisz, Arturze... Sam się zastanów nad tém, co mi mówisz... O Boże Wszechmogący! po naszych wyznaniach! miłości naszéj... mogłamże wątpić o tobie... o?... - Potém, sama przerywając sobie, zawołała: - Ach! nieoczerniaj tak sam siebie! 

Ta pewność w saméj sobie, lub raczéj to nadzwyczajne zaufanie w mojéj uczciwości, tak, mocno obraziły moję głupią dumę, iż zdobyłem się na okropną odwagę dodania, zwolna w prawdzie, lecz z tak bolesném udręczeniem, iż usta moje stały się spiekłemi i gorzkiemi, wymawiając te słowa:

- A w owych pięknych zamiarach połączenia; które pewnie na zawsze zamiarami tylko pozostaną... nigdy zapewne niepomyślałaś o mojém majątku? 

Skoro straszliwe te słowa zostały wyrzucone... byłbym dał własne życie aby je zatłumić; bo, dopóki tylko miałem, je w myśli, niedały mi się uczuć w całém ich niecném znaczeniu; lecz skoro usłyszałem sam siebie odpowiadającego tak głośno na owe wyznania tak prostoduszne, tak szlachetne i tak rozrzewniające, które mi Helena uczyniła, ona, która jeszcze będąc dzieckiem, dla tego jedynie mnie kochała, gdyż sądziła mnie być nieszczęśliwym.. lecz gdy wspomniałem na głęboką i nieuleczoną ranę, którą zadałem téj wspaniałéj duszy, któréj duma tak była dziką i tak przesadzoną, ogarnął mnie żal przerażający i nadaremny.

Niestety! aż nadto miałem czasu nasycić się całą goryczą mego rozpacznego żalu, gdyż Helena długo zrozumieć mnie niemogła... i długo wyjść z osłupienia, gdy mnie zrozumiała.

Lecz skoro ujrzałem zjawiający się na téj pięknéj twarzy wyraz boleści, oburzenia, i gromiącéj pogardy, które nadały jéj powagę majestatyczną i prawie groźną, uczułem w sercu tak mocne wstrząśnienie, iż, składając ręce, padłem do nóg Heleny, wołając: Wybacz mi!

Lecz ona, niewstając z miejsca, z zapłonionemi policzkami, z iskrzącemi się oczyma, pochyliła się ku mnie, potém, trzymając obie moje ręce, któremi wstrząsnęła gwałtownie, i wlepiając we mnie spojrzenie, którego nigdy niezapomnę, nieubłaganéj pogardy, powtórzyła zwolna:

- Ja miałabym myśleć o twoim majątku.. ja! Helena!! 

Rozlegał się w tych dwóch słowach - Ja! Helena! - tak odznaczający się wyraz szlachetności i dumy, iż zgromiony wstydem schyliłem głowę i łkać zacząłem.

Wówczas ona, niedodawszy ani słowa, powstała nagle, i wyszła z pawilonu pewnym i śmiałym krokiem.

Pozostałem zgromiony.

Zdało mi się i i odtąd mój los nieodzownie jest przeznaczony na złe i nieszczęście.

Postanowiłem jednakże raz jeszcze widziéć się z Heleną.

 

CHAPITRE VI. L'aveu.

 

Deux mois apr?s l'arrivée de madame de Verteuil a Serval, le triste aspect de cette antique demeure me semblait enti?rement changé ; tout a mes yeux était épanoui, frais, rayonnant... J'aimais Hél?ne !

Plusieurs de nos voisins de terres, jusqu'alors repoussés par la sombre misanthropie de mon p?re, tent?rent quelques avances aupr?s de moi, je me sentais si heureux, qu'avec cette facilité bienveillante que donne le bonheur, et qui n'est que de l'indifférence pour tout ce qui n'est pas notre amour, j'acceptai ces relations de voisinage ; et bientôt Serval, sans ?tre tr?s-bruyant, fut du moins beaucoup plus animé qu'il ne l'avait été depuis bien longtemps.

J'étais tellement absorbé par mon amour, que je ne réfléchissais que rarement, et presque malgré moi, au changement qui s'était opéré dans ma douleur. Il y avait environ neuf mois que j'avais perdu mon p?re, et pourtant ce souvenir, d'abord d'une amertume si incessante, s'affaiblissait peu a peu : j'avais commencé par aller chaque matin au cimeti?re, puis j'y allai moins ; plus tard enfin, je remplaçai cette triste et pieuse visite par quelques heures passées chaque jour a méditer devant le portrait de mon p?re.

J'avais fait mettre ce portrait dans un cadre fermé par deux battants, pensant que c'est profaner l'image de ceux qui nous sont chers que de les laisser exposés aux yeux des insouciants, et aussi, qu'une telle contemplation, a laquelle ou vient demander de hautes et sérieuses pensées, devait ?tre préméditée, et non due au hasard qui pouvait y porter nos regards : le cadre qui contenait ce portrait était donc pour moi une sorte de tabernacle, que je n'ouvrais jamais qu'avec un douloureux et saint recueillement.

Mais, hélas ! ces méditations, d'abord journali?res, devinrent aussi moins fréquentes, et par cela m?me que mes yeux ne se pouvaient habituer a voir avec indifférence cette image sacrée, que je contemplais de plus en plus rarement, je ne saurais dire mon impression presque craintive quand j'ouvrais ce cadre : le c?ur me battait horriblement en regardant la sév?re et pâle figure de mon p?re, qui semblait sortir de la toile avec son imposant caract?re de calme et de tristesse, et venir froidement constater mon ingratitude et mon oubli de sa mémoire, qu'il m'avait, hélas ! prédits.

Alors, épouvanté, je fermais brusquement le cadre, et je pleurais, maudissant mon indifférence ; mais ces regrets déchirants duraient peu, et je sentais une indicible angoisse, en me disant : J'éprouve a cette heure une sensation cruelle, et pourtant, demain, ce soir peut-?tre, je l'aurai oubliée, et je serai souriant et heureux aupr?s d'Hél?ne !...

Non ! rien ne pourrait exprimer le pénible ressentiment de cette pensée, qui, venant insulter a ma douleur, m'en démontrait la vanité prochaine, au milieu m?me du désespoir le plus navrant et le plus vrai.

Enfin, je l'avoue a ma honte, étant demeuré pr?s d'un mois sans ouvrir le cadre, j'eus l'incroyable lâcheté de ne plus oser y jeter les yeux, tant je craignais cette sorte d'apparition redoutée... ce fut plus tard que je la bravai... et on verra combien ce fait insignifiant en soi réagit sur ma destinée tout enti?re.

Ces impressions, qui me frappent maintenant que je les analyse a froid, m'agitaient sans doute plus confusément alors ; mais, bien qu'absorbé dans l'enivrement d'un premier amour, je sentais néanmoins leur réaction sourde et cruelle.

J'ai dit que j'aimais Hél?ne : les phases de cet amour furent bien étranges, et me révél?rent de misérables instincts d'égo?sme, d'orgueil et d'incrédulité jusque-la endormis en moi.

Jamais, b?las ! je n'oserai blâmer mon p?re de m'avoir donné les terribles enseignements que j'ai dits : mon bonheur était son v?u le plus ardent ; mais de m?me que certaines plantes sauvages et vigoureuses, transportées dans un sol trop faible pour les nourrir, le dévorent vite, et s'étiolent sans fleurs et sans fruits, évidemment ma nature morale n'était pas assez forte pour profiter d'aussi formidables préceptes ; chez mon p?re, ces rudes et sombres convictions s'épanouissaient au moins en bienveillance et en pardon pour tous : chez moi cette s?ve généreuse et puissante manquant, la tige devait demeurer dans toute la triste nudité de sa noire écorce, et ne fleurir jamais.

Revenons a Hél?ne, bien qu'a cette heure quelques-uns de ces souvenirs me fassent encore rougir de honte.

C'était mon premier amour de c?ur, et, comme tout premier amour, il fut d'abord na?f, imprévoyant, étourdi, se laissant aller en aveugle au flot riant et pur de la passion, se berçant aux premi?res harmonies du c?ur qui s'éveille, et cela, selon le vieil embl?me mythologique, les yeux fermés pour ne pas voir l'horizon.

Ces trois mois d'insouciance de tout avenir furent néanmoins délicieux, et j'ai toujours plaisir a me rappeler les moindres détails de ces heureux moments.

Peu de temps apr?s l'arrivée de madame de Verteuil et de sa fille a Serval, je demandai un jour a Hél?ne de monter a cheval, comme son amie, qui, pour sa santé, se livrait a cet exercice. J'avais fait venir d'Angleterre deux poneys fort doux, car Hél?ne était extr?mement peureuse. Avant que de la décider a tenter avec mademoiselle de Verteuil et moi quelques excursions hors du parc, il me fallut, pour habituer ma cousine a vaincre ses premi?res frayeurs, la promener longuement au pas, moi a pied aupr?s d'elle.

Rien de plus charmant que ces petits effrois de chaque minute qui venaient colorer la douce pâleur de son beau visage, dont la partie supérieure, abritée du soleil par un large chapeau de paille, demeurait dans le clair-obscur le plus transparent et le plus doré, tandis que sa bouche purpurine et son joli menton brillaient vivement éclairés. Elle était toujours v?tue de robes blanches, avec de larges ceintures de moire grise, qui marquaient sa taille si flexible et si mince, qu'elle ondulait courbée, comme un roseau sous la brise, a chaque pas de son poney d'Écosse tout noir, dont la longue crini?re et la longue queue flottaient au vent.

Je tenais la bride, et Hél?ne, au moindre mouvement du petit Blak, se hâtait d'appuyer avec crainte sa main sur mon épaule : terreur qui excitait les na?ves railleries de mademoiselle de Verteuil, qui, beaucoup plus intrépide que son amie, nous laissait souvent seuls, en partant rapidement pour encourager Hél?ne.

Ces promenades se faisaient habituellement dans une immense allée de ch?nes touffus et partout gazonnée. Tant que mademoiselle de Verteuil restait avec nous, j'étais gai, causant, et Hél?ne, toujours r?veuse, semblait néanmoins s'animer un peu ; mais d?s que Sophie nous abandonnait, nous tombions dans d'interminables silences dont j'avais bien honte, et qui pourtant me semblaient délicieux.

Depuis quelque temps j'avais écrit a Londres a un de mes amis de m'envoyer des chevaux choisis, quelques gens d'attelage et plusieurs voitures, mon deuil étant pr?s de finir.

L'arrivée de ces équipages fit une sorte de petite f?te a Serval : je l'avais tenue secr?te, et je me souviens de la joie enfantine et na?ve d'Hél?ne, lorsqu'un beau soir d'ao?t, ayant désiré se promener dans la for?t, au lieu de voir arriver devant le perron une de nos voitures ordinaires, elle vit une charmante cal?che a quatre chevaux noirs, menée en d'Aumont par deux petits postillons anglais, v?tus de vestes de stof gris perlé.

Elle y monta avec sa m?re et son amie. Je les accompagnai a cheval dans cette magnifique for?t, et nous revînmes au pas au château par un beau clair de lune, qui rayonnait de la mani?re la plus pittoresque dans les sombres et immenses allées de nos grands bois.

A propos de cette promenade, je dirai que je n'ai jamais rencontré de femme a qui le luxe allât mieux qu'a Hél?ne, ou plutôt qui donnât meilleur air au luxe : il y avait en elle une grandeur, une grâce si involontaire et si enchanteresse, qu'il était impossible de ne pas se la représenter toujours entourée des miracles du go?t le plus pur et le plus parfait.

Aussi, sans ?tre remarquablement belle, Hél?ne e?t été sans doute de ce tr?s-petit nombre de femmes dont on ne songe jamais a admirer la toilette, la voiture ou l'hôtel, de quelque exquise et supr?me élégance que tout cela soit : leur seule présence harmonisant et s'assimilant, pour ainsi dire, toutes ces merveilles. Tant de gens sont les enseignes, les accessoires ou les contrastes de leur luxe ! et si peu savent lui donner ce rare et adorable reflet, peut-?tre comparable aux rayons du soleil, qui seul peut embellir encore les plus hautes magnificences !

Un jour, au retour de cette promenade et en attendant le thé, Hél?ne demanda de rester dans le salon sans lumi?re et de faire ouvrir les fen?tres, afin que la lune p?t y jeter sa douce clarté : sa m?re y consentit.

Rien n'était plus mélancolique que cette vaste pi?ce ainsi éclairée ; aussi la conversation, d'abord assez animée, tomba peu a peu.

Ma tante avait parlé de mon p?re ; ce souvenir nous attrista tout différemment : a elle, il rappela un fr?re aimé ; a madame de Verteuil, le sort funeste qui peut-?tre menaçait sa fille ; et a moi, de nouveau, mon coupable oubli.

Bientôt nous gardâmes tous le silence, j'étais assis a côté d'Hél?ne, ma t?te dans mes mains. Je ne sais pourquoi je me reprochai presque ce luxe que je déployais déja ; j'éprouvais un remords puéril en songeant qu'au lieu de faire notre promenade habituelle dans la voiture sombre et ancienne qui avait appartenu a mon p?re, et menée par des gens qui avaient été a lui, je m'étais servi d'une voiture leste, élégante, conduite par des domestiques étrangers, Encore une fois, rien de plus puéril sans doute ; aussi, je ne comprends pas pourquoi cela m'affecta péniblement.

Apr?s quelque temps de réflexions, je laissai retomber ma main sur l'appui de mon fauteuil : j'y trouvai la main d'Hél?ne, je rougis beaucoup, et mon c?ur se serra étrangement ; lorsque Hél?ne sentit ma main, la sienne devint froide presque subitement, comme si tout son sang e?t reflué vers son c?ur ; je n'osais ni retirer ma main, ni presser la sienne ; aussi je la sentis peu a peu se réchauffer, et bientôt devenir br?lante... Aux tressaillements nerveux de son bras charmant j'aurais pu compter les battements précipités de son sein... Je me sentais faible, et J'éprouvais une impression a la fois ineffable et triste.

Ô sérénité candide des premi?res émotions, qui vous remplacera jamais ! Ô source si pure a sa naissance ! que sa fraîcheur est délicieuse, lorsqu'elle murmure paisible, craintive et ignorée, sous quelques touffes de verdure ; mais, hélas ! combien elle perd de son charme le plus attrayant alors qu'elle baigne et refl?te indifféremment toutes les rives, dont les débris souillent a jamais le courant de ses eaux troublées !...

 

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

 

J'aimais Hél?ne avec passion, avec idolâtrie, et pourtant je n'avais pas encore osé lui faire l'aveu de ma tendresse.

Un jour, nous nous promenions avec mademoiselle de Verteuil, qui avait été au couvent avec Hél?ne. Je ne sais a quel propos on vint a parler de f?tes et d'anniversaires ; tout a coup mademoiselle Sophie de Verteuil se mit a dire étourdiment a son amie, en me regardant : - Te souviens-tu, Hél?ne, de nos transes de petites filles quand tu f?tais sa f?te ?

Hél?ne rougit beaucoup, fit un mouvement de dépit, et répondit brusquement a son amie : Je ne vous comprends pas. - La pauvre enfant se tut, eet nous rentrâmes tous trois fort tristes.

Le lendemain, rencontrant mademoiselle de Verteuil dans la biblioth?que, je voulus savoir d'elle le sens de ces mots qui, la veille, avaient paru faire tant d'impression sur Hél?ne. Apr?s, de longues hésitations, elle finit par m'avouer qu'au couvent, chaque année, Hél?ne célébrait ma f?te avec une solennité enfantine : les préparatifs se bornaient a acheter un gros bouquet de fleurs qu'elle nouait avec un beau ruban, sur lequel elle avait mystérieusement brodé les initiales du mon nom ; et puis elle allait poser ce bouquet sur un vase de marbre qui gisait mutilé dans un coin retiré du jardin du couvent, et passait ses heures de récréations en pri?res devant ce bouquet, demandant a Dieu un heureux voyage pour moi.

Mademoiselle de Verteuil ne tarissait pas sur les terreurs d'Hél?ne, alors qu'elle craignait d'?tre surprise en brodant le ruban, et de ses mille tentatives souvent inutiles pour se procurer un beau bouquet.

Que sais-je ? tous ces enfantillages me furent contés si na?vement par mademoiselle de Verteuil, que je fus ému de surprise et touché jusqu'aux larmes : car avant de partir pour mon voyage, pendant quelques séjours qu'Hél?ne était venue faire a Serval ! je ne l'avais jamais considérée que comme un enfant.

Depuis le soir o? j'avais par hasard rencontré sa main sous la mienne, Hél?ne semblait m'éviter ; sa taciturnité habituelle augmentait ; son caract?re, jusque-la doux et égal, devenait brusque : elle restait souvent des heures enfermée chez elle, ses volets fermés, dans l'obscurité la plus compl?te.

Je souffrais moi-m?me beaucoup ; j'étais inquiet, préoccupé ; il me semblait qu'un aveu de ma part aurait d? rendre Hél?ne au calme et au bonheur ; mais une invincible timidité retenait cet aveu sur mes l?vres.

Un soir pourtant, qu'Hél?ne était moins abattue et moins triste que de coutume, je l'accompagnai dans sa promenade a cheval : je me promis d'avoir le courage de lui avouer mon amour, mais seulement lorsque nous serions dans l'immense allée de ch?nes dont j'ai parlé... Nous y arrivâmes... Mon c?ur battait horriblement..., mais je n'osai pas...

Honteux et dépité, je pris une résolution nouvelle, et je me désignai a moi-m?me un temple de marbre qui divisait l'allée, comme le point o? je devais tenter un nouvel effort. Arrivé la, ma vue se troubla, mon c?ur su serra, je ne sus que dire d'une voix étouffée : Hél?ne !... puis je restai muet.

Elle tourna vers moi ses grands yeux humides et brillants a la fois ; elle me parut plus pâle que d'habitude ; son sein était agité ; elle semblait m'interroger de son regard pénétrant, et vouloir lire au fond de mon c?ur...

- Ô Hél?ne ! repris-je encore, et je ne sais quel stupide et insurmontable timidité m'emp?cha de dire un mot de plus... 

Alors elle, avec une expression de douleur et presque de désespoir que je n'oublierai de ma vie, s'écria : - Allez ! vous n'aimerez jamais rien... Vous serez toujours malheureux !...

Puis, comme épouvantée de ces paroles, donnant un coup de houssine a son poney, elle partit au galop. Immobile, je la regardais s'en aller, lorsque je m'aperçus qu'elle arrivait avec rapidité sur une barri?re qui fermait l'entrée de l'allée : je frémis ; mais elle, si peureuse ordinairement, laissa franchir cet obstacle a son cheval, et je la perdis bientôt de vue dans la profondeur des bois.

Resté seul, ces mots d Hél?ne, dits avec tant d'amertume : - Allez ! vous n'aimerez jamais rien. Vous serez toujours malheureux ! me caus?rent une sensation étrange ; je compris que c'était presque un aveu que mon silence.

Puis enfin, pensant a son trouble, a ses réticences, je ne doutai plus qu'elle ne m'aimât ; et cette esp?ce d'aveu de sa part me ravit si profondément, que je restai longtemps ivre de joie a me promener ça et la comme un insensé, sans pensées fixes, sans projets, mais heureux oh ! profondément... heureux d'un bonheur ineffable m?lé d'un radieux orgueil.

Enfin, la nuit venue, je retournai au château. En entrant dans le salon, j'y vis Hél?ne : son teint était animé, ses yeux brillaient d'un singulier éclat ; assise au piano, elle jouait lentement, et de la mani?re la plus expressive, la derni?re pensée de Weber, cette phrase musicale d'une mélodie si suave et si mélancolique.

Lorsque Hél?ne me vit, elle me dit : - Avouez que je vous ai fait bien peur, n'est-ce pas ? Et, sans attendre ma réponse, quittant le morceau qu'elle jouait, comme s'il avait d? trahir la tristesse des pensées de son c?ur, elle se mit a exécuter une valse tr?s-rapide et tr?s-gaie qu'elle accompagna ça et la de sa voix, qui me parut vibrer d'une façon extraordinaire...

Sa m?re et mademoiselle de Verteuil se regard?rent et semblaient aussi stupéfaites que moi de ce brusque acc?s de gaieté, si opposée au caract?re habituel d'Hél?ne, qui continuait de jouer valse sur valse avec la joie d'un enfant.

Je ne sais pourquoi cette allégresse si peu naturelle me fit mal, tant elle paraissait nerveuse et folle. En effet, au bout d'une demi-heure de cette sorte de spasme, Hél?ne pâlit tout a coup et s'évanouit.

 

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

 

Huit jours apr?s cette sc?ne, Hél?ne savait mon amour et m'avait avoué le sien.

 

Rozdział 2. DOM WIEJSKI.

 

Widziana z téj wysokości, wioseczka ** przedstawiała rozkoszny obraz; mała liczba domków co ją składała, a wszystkie prawie wznosiły się na pochyłości, zbudowana była z kamieni żółtawych, po których pięły się winne latorośle; niektóre z tych mieszkań pokryte były jasno-czerwoną dachówką; inne miały tylko proste słomiane dachy na których, jak gdyby dla wynagrodzenia, rozwijało się mnóstwo mchów zielonych i aksamitnawych, pomiędzy któremi wyrastały kępy czerwono kwitnących goździków polnych; potém, cała ta malownicza wieśniaczość ginęła śród gęstych zacieni jaworów, dębów i topol włoskich, z pośrodka których wybiegała skromna, spiczasta dzwonnica, z szarego łupku zbudowana.

Zeszedłem krętą, i dość pochyłą drożyną, i niezadługo przybyłem na mały plac wioski: na lewo zobaczyłem bramę smentarza; na prawo portyk kościółka, a widząc tuż, domeczek nieco większy od innych, i odznaczający się wyszukaną czystością, sądziłem że to probostwo; zsiadłem z konia i zastukałem... Nieomyliłem się.

Kobiéta, młoda jeszcze, ubrana czarno, niezmiernie pokrzywiona i nadzwyczaj brzydka, lecz któréj twarz zdawała się być nacechowana wyrazem nadzwyczajnéj dobroci, przyszła mi otworzyć, i spytała z akcentem południowym, bardzo dobitnym, czego żądam.

- Mościa Pani, - odpowiedziałem, - przychodzę obejrzéć posiadłość, która jest do sprzedania w téj wiosce. Pan V**, Notaryusz, zalecił mi widziéć się z Księdzem Proboszczem, który, jak mi powiadał, zajmuje się tą sprzedażą. 

- Brat mój za chwilkę powróci, - odpowiedziała mi ta kobiéta z westchnieniem; - a jeśli Pan życzy sobie spocząć nim on przyjdzie, niech będzie łaskaw pójść ze mną do probostwa. 

Przyjąłem jéj zaproszenie, i zostawiając na dworzu przewodnika i konie, wszedłem do domu.

Nic prostszego, bardziéj schludnego, a jednak uboższego, jak wnętrze tego skromnego mieszkania; lecz wszędzie widać było ślady przewidywania najpełniejszego uszanowania, we wszystkiém co się dotyczyło jego głównego mieszkańca. Towarzyszyłem siostrze Proboszcza do dolnéj sali, któréj dwa okna, upięte bieluteńkiemi firankami, wychodziły na zieleniejący ogródeczek; skromne sprzęty tego pokoiku błyszczały czystością; jedyne krzesło z poręczami, pokryte starym haftowanym pokrowcem, i stojące przed małym stoliczkiem, po nad którym zawieszone były czarne pułeczki z książkami i krzyżyk z kości słoniowéj, zdawało się być miejscem, na którém zwyczajnie siadał Kapłan; krzesło siostry i jéj kołowrotek były blisko drugiego okna: kobiéta usiadła na niém i zaczęła prząść niewyrzekłszy więcéj ani słowa.

Lękając się aby niezachowała ciągłego milczenia, bądź przez skromność, bądź przez ostrożność, pragnąc z resztą zaspokoić moją ciekawość, do najwyższego stopnia podnieconą opowiadaniem przewodnika, spytałem téj kobiéty, czy już dawno ta posiadłość jest do sprzedania.

Siostra Proboszcza odpowiedziała mi z nowém westchnieniem: - Jest do sprzedania od trzech miesięcy, łaskawy Panie.

- Lecz proszę Pani, czy właściciele już w niéj niemieszkają? 

- Właściciele, - rzekła z wielkim wyrazem smutku; - nie, Panie, już w niéj niemieszkają. I widząc zapewne, że myślę zadać jéj inne zapytanie, dodała ze łzami w oczach: - Wybacz mi Pan; lecz mój brat będzie z Panem mówił w tym przedmiocie. 

Coraz to bardziéj zdziwiony, lecz nieśmiejąc nalegać, zacząłem rozmawiać w ogólności, o widokach, o piękności położeń, i t. p.

W pół-godziny zastukano, był to Proboszcz; siostra poszła mu otworzyć, i uwiadomiła go zapewne o mojéj bytności.

Ksiądz tert, mogący mieć lat trzydzieści, nosił surowe ubranie swego stanu; niebył garbaty, lecz nadzwyczajnie podobny do siostry: taż sama szpetność, tenże sam wyraz łagodności i dobroci, połączony z powierzchownością chuderlawą i cierpiącą, gdyż był niski, wątły i niezmiernie blady; miał mowę południowych mieszkańców, lecz nie tak dobitną jak siostra, a obejście się jego było oschłe lecz grzeczne.

Proboszcz przyjął mnie z pewnym rodzajem oziębłości, którą przypisałem obawie znalezienia we mnie tylko natręta, znęconego jedynie niedyskretną ciekawością; gdyż z niewielu słów, wyrzeczonych przez jego siostrę, zrozumiałem iż wydarzył się jakowyś nieszczęsny wypadek w tym domu, a proboszcz mógłby sądzić, że niepewnie objaśniony w tym przedmiocie, przybywałem jedynie szukać dokładniejszych szczegółów.

Pragnąc wzbudzić w nim zaufanie, powiedziałem mu otwarcie, że życzę sobie znaleść posiadłość bardzo odosobnioną, bardzo spokojną, bardzo samotną; iż mi wspomniano o téj, którą chciano sprzedać, jako mieszczącą w sobie prawie wszystkie te warunki, i że przybywam do niego, aby być na prawdę o tém uwiadomiony.

Lodowata obojętność Proboszcza niestopniała bynajmniéj na to oświadczenie, i po kilku wzajemnie wyrzeczonych nic nieznaczących słowach, spytał mnie czy pragnę dom obejrzéć.

Odpowiedziałem mu, że jestem najzupełniéj na jego rozkazy, i wstaliśmy aby wyjść.

W ówczas siostra jego wyjęła pęk kluczy z szafy i jemu podała, mówiąc ze łzami w oczach: - O mój Boże! mój Boże! Józefie... to ci wielką przykrość sprawi, bo już tam niebyłeś od...

Młody Ksiądz ścisnął ją czule za rękę, i odpowiedział z poddaniem się: - I cóż chcesz, moja Joasiu!... lada dzień musiałoby się to koniecznie przytrafić...

Wyszliśmy.

Uporne milczenie, które Proboszcz zdawał się zachowywać względem wypadków, które coraz bardziéj drażniły moją ciekawość, bardzo mi było nieprzyjemne; lecz czując że najmniejsze zapytanie, względem przedmiotu, który się zdawał tak mocno obchodzić te dwie biedne istoty, byłoby może okrutne, a najpewniéj bezużyteczne, postanowiłem ograniczyć się w całéj ścisłości méj roli zwiedzacza i kupującego.

Wyszliśmy z Probostwa, i wdzierając się na ulicę dość spadzistą, przybyliśmy przed małe drzwiczki, po obu stronach których wznosił się mur długi i niezmiernie wysoki.

Powierzchowność ta była bardziéj niż skromna: mur ten, z prostych brukowych kamieni, połączonych tylko z sobą bardzo mocném wapnem, zdawał się zrujnowany; drzwi były spróchniałe, lecz skoro je Proboszcz otworzył, i gdy wszedłem do raju ukrytego po tym wysokim murem, wówczas to dopiero zrozumiałem i podziwiałem, bardziéj niż kiedykolwiek gust tak rozsądny, tak samoistny, ludów Wschodnich, które starają się uczynić powierzchowność swoich mieszkań jak najmniéj uderzającą, i nieraz najzupełniéj zrujnowaną, gdy przeciwnie przyozdabiają ich wnętrze z najbardziéj ślepiącym i najwyszukańszym zbytkiem.

Siedlisko to zdawało mi się zawsze być rozkoszném, jako sprzeczność nasamprzód, a potém, żem nigdy dobrze nie mógł zrozumieć celu podobnego rozpościerania zewnętrznego malowideł i rzeźby, tak wspaniale wystawianych dla przechodzących, którzy zwykle odpłacają tę delikatną uprzejmość, okrywając błotem te architektoniczne i pomnikowe piękności. Jestto kontrast jeśli się komu podoba; lecz co do mnie, to on się niepodoba bynajmniéj. Słowem, nie jestże to w lepszym daleko guście, ukrywać przeciwnie zachwycające schronienie, i kosztować tym sposobem szczęścia nieznanego nikomu, niż pawie się z niém dumnie przed oczyma wszystkich, aby w nich wzbudzać zazdrość lub nienawiść.

Lecz, wracając do raju o którym mówiłem, skoro raz otworzyły się małe drzwiczki, wszedłem wraz z Proboszczem; zamknął je starannie, i rzekł:

- Oto, proszę Pana, jest dom. 

Potém, zapewne, pogrążony w swych wspomnieniach, i chcąc mi dać czas do przypatrzenia się wszystkiemu, założył ręce na piersiach i stał milczący. Jużem powiedział, zostałem uderzony podziwieniem, a widok, który miałem przed oczyma, tak był zachwycający, iż o wszystkiém zapomniałem.

Niewidać już było ani jednego kamienia z grodzącego muru, o którym wspomniałem; wewnątrz kryły go najzupełniéj szpalery grabowe niezmiernie gęste i wyniosłe dęby..

Potém, wyobrazić sobie, leżący w pośrodku obszernego trawnika, drobniutkiego, krótkiego, gęstego i błyszczącego jak kobierzec z zielonego aksamitu, dom miernéj wielkości i najnieregularniejszéj budowy: w środku, korpus składający się tylko z samego dołu; na prawo galerya, z białéj nieociosanéj brzozy, tworząca oranżeryą, i przytykająca do budynku, do którego światło wpadało tylko z wierzchu; na lewo głównego gmachu, i wyższa daleko od niego, galerya o czterech gotyckich oknach, zróżno-farbnemi szyby, przytykająca do wieżyczki bardzo wysokiéj, która znacznie wznosiła się po nad resztą zabudowań.

Nic prostszego w istocie, jak rozporządzenie tego wiejskiego mieszkania; lecz te budynki były niejako tylko jego wiązaniem, jego ciałem; gdyż cały jego zbytek, cała jego niewysłowiona elegancya, cała jego okazałość, zależały na nieprzeliczoném mnóstwie pnących się roślin, które, prócz otworu okien, które przywłaszczały sobie tu i owdzie, nagłym napadem jaśminów i powoi, okrywały płaszczem zieloności i kwiatów w tysiącznych odcieniach, wszystkie, obite drewniannemi kratkami, mury tego rozkosznego mieszkania, od dolnego piętra aż do szczytu wieżyczki, która wydawała się ogromnym pniem drzewa, obleczonym lianami.

Potém gęsty i szeroki koszyk geranium czerwonego, heliotropów blado lila, i różo-laurów, ciągnął się wzdłuż podstawy murów, i ukrywał pod swojemi szerokiemi kępami zieloności, upstrzonéj najżywszemi kolorami, łodygi zawsze wątłe wijących się roślin, które powyżéj rozwijały swe różno-barwne skarby.

Bluszcz Szkocki, róże, dzikie wino, gobea o błękitnych dzwoneczkach, klematysty z białemi gwiazdami, otaczały swemi gęstemi siatkami słupy z wieśniaczego drzewa, służące oranżeryi za podpory i kolumny na których się wspierał daszek skrzydło-schodów, wyrobionych także z drzewa, o dziesięcin stopniach, okrytych cienką matą z Limy; na każdym schodzie stał ogromny wazon z porcelany japońskiéj, biały, purpurowy i złoty, mieszczący w sobie ogromny kaktus, z purpurową koroną i lazurowym kielichem; daléj, ponieważ dolna łodyga tych roślin jest naga i chropawa, zachwycające drobne Smyrneńskie powoje, z pomarańczowemi dzwonkami, osłaniały ją swym haftem zielonym i złotym: te skrzydło-schody prowadziły do drzwi dębowych bardzo prostych, po bokach których były dwie szerokie i głębokie chińskie sofy, uplecione z trzciny i bambusu.

Taki był od téj strony prawdziwie czarodziejski widok tego mieszkania wiejskiego, téj oazy świeżéj i uwonionéj, rozwijającéj się jak kwiat wspaniały i nieznany, w głębi samotni owéj prowincji! Niepodobna wyrazić słowami całego przepychu tego obrazu, pożyczającego od saméj natury swéj niewypowiedzianéj wspaniałości! Któż odmaluje tysiące dziwactw pałającego światła południowego, igrającego po jasnéj emalii tylu kolorów? Któż wyda harmonijny szmer wietrzyka, który zdawał się pochylać pod swemi pieszczotliwemi pocałunkami, wszystkie te rozwinięte kwiatowe kielichy? a tę woń bez nazwy, świeżą i balsamiczną mięszaninę wszystkich tych zapachów, a ten miły wyziew mchów i zieloności, połączony z przenikliwą i aromatyczną wonią lauru, tymianu i drzew zielonych, któż zdoła go określić? Lecz może jeszcze daleko trudniéj skreślić tysiące rozmaitych i udręczających myśli, które mnie ogarnęły, gdym się przypatrywał najroskoszniejszemu schronieniu, o jakiém człowiek, przesycony roskoszami świata, mógł kiedy zamarzyć; gdyż pomyślałem, że pomimo tyle słońca, zieloności i kwiatów, roskoszne to siedlisko było w téj chwili smutne, puste, opuszczone; że okropne nieszczęście zapewne podeszło i zgniotło tych, co tak mile polegali na przyszłości. Sam nawet wybór miejsca tak odosobnionego, tak odległego od jakiego bądź wielkiego miasta, ten zbytek, ta wytworność w tak dobrym guście, świadczyły aż nadto że mieszkaniec tego siedliska miał nadzieję przepędzać w niém może długie i spokojne lata, w rozmyślającéj pogodzie samotności, drogiéj tylko osobom nieszczęśliwym, odłudzonym lub zamyślonym.

Te myśli zasmuciły mnie, i przez długi czas pozostałem w nich pogrążony; wyszedłszy z tego zadumania, spojrzałem na Proboszcza; był jeszcze bledszy jak zwykle, i zdawał się głęboko rozmyślać.

- Nic roskoszniejszego nad ten dom, łaskawy panie! - rzekłem mu. 

Zadrżał nagle, i odpowiedział mi grzecznie, lecz zawsze zimno: - Jestto bardzo roskoszne, prawda, łaskawy Panie. - I wydając ciężkie westchnienie: - Czy nie zechcesz Pan teraz zwiedzić wnętrze tego domostwa? - dodał.

- Czy dom jest umeblowany, proszę Pana? 

- Tak jest, łaskawy Panie, jest do sprzedania w takim stanie jak go zobaczysz, prócz kilku portretów które zostaną zabrane. - I znowu westchnął. 

Weszliśmy przez skrzydło-schody okryte zielonością, o których wyżéj wspomniałem.

Ten pierwszy pokój był salą oczekiwalną, do któréj światło padało z góry, i napełniony był obrazami, które zdawały się wybornemi kopiami najlepszych Mistrzów włoskich; kilka płasko-rzeźb i posągów marmurowych, w guście czystym i starożytnym, zdobiło kąty tego salonu, a cztery cudne wazony greckie, pełne kwiatów, niestety! zeschłych... gdyż kwiaty znajdowały się wszędzie, a tam musiały się cudownie połączać z temi skarbami sztuki.

- To jest przedpokój, - rzekł Proboszcz. 

Ztamtąd, weszliśmy do pokoju, w którym meble były z drzewa orzechowego, cudowną wyrobione rzeźbą, w guście odrodzenia się sztuk pięknych; cztery wielkie obrazy szkoły hiszpańskiéj zakrywały obicie, a kwiaty musiały niegdyś zapełniać obszerne kosze, poumieszczane przed oknami.

Wszystkie te pokoiki były maleńkie, lecz ozdobione w jak najwytworniejszym guście. - To jest sala jadalna, - rzekł do mnie Proboszcz, ciągnąc daléj swe zimne wymienianie? potém przybyliśmy przez drzwi otwarte, i tylko zapłonione portierami, do salonu, którego trzy okna wychodziły na część zwierzyńca jeszcze przezemnie niewidzianą. Salon, ze złoconemi gzymsami, obity był ponsowym adamaszkiem; meble, zdające się pochodzić z pięknéj epoki wieku Ludwika XIV, także były złocone, i kilka serwantek, wykładanych najkosztowniejszém drzewem, napełnionych przepysznemi porcelanami rozmaitego gatunku, uzupełniały ozdoby tego pokoju. Lecz najbardziéj mi się podobało, że przepych tego zbytku, pospolitego w mieście, stawiał tam najroskoszniejszą sprzeczność z dziką prawie samotnością mieszkania, a szczególniéj z uśmiechającą i wzniosłą naturą, która widzieć się dawała przez okna salonu.

Była to niezmierna łąka z tego trawnika tak świeżego i tak zielonego, który przed chwilą podziwiałem; przez tę darninę wiła się zapewne rzeczka przezroczysta i bieżąca, którą kilkakrotnie przebywałem jadąc do **; po każdéj stronie téj płaszczyzny zieloności rozciągała się wielka firanka dębów i lip, gałęzistych aż po same korzenie, i dwa lub trzy bukiety brzóz śrebrno-korych, rozrzucone były tu i owdzie po téj ogromnéj łące, gdzie się pasło kilka jak najpiękniejszych krów szwajcarskich; nakoniec, w dali widnokręgu, wznosząc się po nad kilku napiętrzonemi wzgórzami, odbijały, w śmiałym zarysie mgliste i błękitnawe szczyty ostatnich gór kończących łańcuch wschodnich Pirenejów.

Widok ten tchnął najwyższą wspaniałością, i powtarzam, ta natura tak wielka, oprawiona niejako w złoto i jedwab tego ładnego salonu, szczególniejszy przybiérała charakter.

- To jest salon, - rzekł do mnie Proboszcz: i weszliśmy wówczas do oranżeryi zbudowanéj po wiejsku z drzewa. Można tam było widziéć wielkie mnóstwo roślin zamorskich, głęboko zasadzonych tak, iż w zimie, oranżerya ta musiała mieć pozór rozkosznéj alei ogrodowéj. Przede drzwiami, które ją kończyły, zatrzymał się Proboszcz; i zamiast otworzyć je, powrócił... 

Lecz pokazując mu te drzwi drewniane, ślicznéj gotyckiéj roboty, wypracowane zapewne przez Flamandczyka, i lekkie jak koronka, rzekłem do Proboszcza: - Gdzie prowadzę te drzwi, łaskawy Panie? czy nie można widziéć tego pokoju?

- Można go widziéć, jeśli... Pan koniecznie sobie tego życzysz, - rzekł mi Proboszcz z pewnym rodzajem bolesnéj niecierpliwości. 

- Bez wątpienia, Mości Panie, - odpowiedziałem: gdyż im bardziéj rozpatrywałem się w tém domostwie, tém bardziéj zwiększało się moje zajęcie. Wszystko, aż dotąd wykrywając mi nietylko najwytworniejszą elegancyę, lecz szlachetne nawyknienia do sztuk pięknych i poezyi, pomyślałem, że nigdy umysł pospolity nie byłby obrał ani upięknił w ten sposób swojego siedliska. 

- Chciéj więc Pan wejść tam bezemnie, - rzekł Proboszcz dając mi klucz... - Był to jéj... Potém rzekł: - Był to salon przeznaczony do pracy. 

Wszedłem.

Pokój ten, widocznie zajmowany zwykle przez kobiétę, pozostał zupełnie w tym stanie, w którym go opuściła ta, co w nim mieszkała: w krosienkach widać było haft zaczęty; daléj harfa przed muzycznym pulpitem, na którym jeszcze leżały nóty; na stoliczku flaszeczka i rozrzucona chustka: książka otwarła leżała przy koszyczku od roboty; zobaczyłem tytuł, był to drugi tom Obermana.

Głęboko wzruszony pomyślawszy że okropne i nagłe nieszczęście przecięło zapewne życie, które się zdawało tak poetycznie i tak szczęśliwie zaczęte, nieprzestawałem przyglądać się z pożerającą uwagą wszystkiemu co mnie otaczało... Postrzegłem jeszcze dość dużą bibliotekę napełnioną najlepszemi poetami francuzkiemi, niemieckiemi i włoskiemi; obok... staluga malarska, na któréj był najroskoszniejszy szkic portretu dziecinnego, jaki tylko widziéć kiedy podobna, zachwycająca twarzyczka aniołka trzy lub cztero letniego, z błękitnemi oczkami i długiemi ciemnemi włoskami... Nie wiém dla czego uroiłem sobie szalenie że tylko matka mogła tak malować... i że niemogła tak malować tylko swe dziecię; Wszystkie te odkrycia, zasmucając mnie, drażniły tém bardziéj moje zajęcie i moję ciekawość; postanowiłem też wszystkiego zażyć, aby przeniknąć tajemnicę, tak uporczywie dochowywaną przez proboszcza.

Ten portret dziecięcia o którym wspomniałem, umieszczony był przy jedném z okien, oświecających ten pokój; machinalnie odsłoniłem firankę. Cóż ujrzałem? Najdaléj o milę,... morze!... Morze Śródziemne!... błyszczące jak niezmierne zwierciadło lazurowe w którém słońce żar swych płomieni odbijało... morze, widziane z po środka pochyłości dwóch wzgórzy, zniżających się zwolna...

Widok ten był wspaniały, i pomyślałem że musiał wykrywać się nadewszystko we wszystkich swych okazałościach poetycznéj duszy, która pozostawiła w tém pomieszkaniu tyle rozczulających śladów, swéj szlachetnéj i wyniosłéj natury!

Odwróciłem oczy od tego majestatycznego widoku, aby im dać chwilowy odpoczynek, i znowu je nań zwrócić; postrzegłem wtenczas przedmiot, który dotąd niezwrócił na siebie mojéj uwagi: był to portret mężczyzny, umieszczony na malarskiéj staludze i zakryty błękitnym aksamitem. W podługowatém przestworzu, który tworzyły u szczytu oba ramiona stalugi, postrzegłem cyfrę, złożoną z A i R po nad któremi wznosiła się hrabiowska korona. Portret ten zrobiony był pastelami... Znając się cokolwiek na malarstwie, łatwo poznałem tę samę rękę, co zrobiła szkic dziecięcéj główki.

Głowa, wznosząca się od szyi wysmukłéj i zgrabnéj, odbijała, blada i świetna od tła bardzo ciemno-brunatnego, i ubioru zupełnie czarnego, przez dziwactwo, zapewne, skrojonego na wzór portretów Vandyka.

Ta twarz, młoda i śmiała, miała uderzający wyraz wysokiego pojęcia, niezachwianego postanowienia, i wdzięku, o którym nigdy w życiu niezapomnę. Owal jéj był podłużny, czoło wysokie, wystające, mocno odkryte, jak najgładsze, prócz zmarszczki, nadzwyczaj wydatnéj, która brwi rozdzielała, a których łuk, podobnie jak łuk oprawy, zdawał się prawie nieruchomy, tak był prosty; włosy ciemno-blond, rzadkie, cienkie i jedwabiste, w tył zarzucone, unosiły się w lekkie pierścienie po nad skroniami; oczy bardzo wielkie, bardzo piękne, których źrenica, jakby z czarnego aksamitu, błyszczała na pomarańczowym irysie, zdawały się może nieco zaokrąglę: lecz ich spojrzenie dumne, głębokie, myślące, obciążone niejako rozważaniem, zdawało się wykrywać dowcip pierwszego rzędu; nakoniec nos orli, i podbródek z wdziękowym dołeczkiem, wystający i szeroko zakreślony, nadawały by téj twarzy wyraz dumny i prawie nieużyty, gdyby, zaokrąglając usta wązkie i purpurowe, przebiegający i niedojrzany prawie uśmiech, pełen niewysłowionego wdzięku, niełagodził, nierozjaśniał niejako, to, co niektóre części twarzy miały w sobie zbyt mocnego i wydatnego.

Od kilku minut przyglądałem się téj głowie, tak pięknéj i tak pełnéj wyrazu, pytając sam siebie, czy ten człowiek był bohaterem tajemniczéj przygody, którą starałem się przeniknąć... Potém postrzegłem, z jedną różnicą oczu, które u dziecięcia były podłużne i błękitne, wielkie podobieństwo z portretem tego nieznajomego, a roskosznym szkicem anielskiéj twarzyczki, tuż obok umieszczonéj.

Lecz niezadługo usłyszałem wzruszony głos Proboszcza, który, niewszedłszy, pytał czy wszystko widziałem i dość widziałem...

Poszedłem z nim się połączyć, zamknął drzwi, i znowu przebyliśmy galeryę. Postrzegłem w niéj rzecz, bardzo drobnostkową może, lecz która srodze mi serce ścisnęła: słowem, tuż przy salonie, była ptaszarnia, za złoconą kratką, w któréj postrzegłem nieżywych... kilku biednych maleńkich bengalisów i gilij.

Boleśnie przejęty, i coraz to większe czujący zajęcie, chciałem przywieść kapłana do zwierzenia mi się, wyrażając mu, jak mocno mię wzrusza wszystko co widzę, mnie, który nawet nieznałem tych, co tutaj mieszkali; lecz bądź że nie mógł przezwyciężyć swego wzruszenia, bądź że lękał się ubliżyć swemu zmartwieniu, powierzając jego przyczynę płochości nieznajomego, nie chciał znowu wynurzać się w tym przedmiocie, i rzekł do mnie z wysileniem:

- Łaskawy Panie, pozostaje nam teraz do widzenia tylko galerya i wieża, tworząca drugi naukowy gabinet. 

Przeszliśmy do wchodowéj sali, przebyliśmy bibliotekę, długą galeryę z różnofarbnemi szyby, napełnioną obrazami, rzeźbą, osobliwościami wszelkiego rodzaju, i przybyliśmy do wieży, do któréj z téj galeryi kilka schodów tylko prowadziło.

Wszedłem; tą razą Opat śmiało mi towarzyszył, chociaż postrzegałem że chwilami obcierał swe oczy łzami zwilżone.

W téj sali, obszernéj i okrągłéj, wszystko wykrywało gust naukowy i pełen zastanowienia: było to surowe umeblowanie, mnóstwo kosztownéj i rzadkiéj broni, cztery wielkie portrety familijne, które zdawały się zajmować przestwór pięciu wieków, chociaż rozdzielone przerwą blisko stu-piędziesiąt-letnią; gdyż najdawniejszy z portretów przypominał wojenny ubiór z końca czternastego wieku, gdy témczasem, ubiory innych należały zaledwie do siedemnastego, ośmnastego i dziewiętnastego wieku; najświeższy portret wyobrażał mężczyznę noszącego jeneralski ubiór z czasów Cesarstwa i czerwoną orderową wstęgę.

Postrzegłem jeszcze wiele kart i planów topograficznych, pełnych skróconych, i niejako hiroglificznych notatek; lecz najbardziéj uderzył mnie portret kobiéty, umieszczony na malarskiéj staludze, zupełnie podobny do téj, którą już pierwéj postrzegłem; tylko nie miał u wierzchu korony, i widać było jedynie cyfrę, którą tworzyły połączone M i V.

Przez uczone wyrachowanie malarza, portret ten, odmalowany na tle złotém przypominał, swoim wyrazem cudownie prosto dusznym, niektóre z zachwycających twarzy Najświętszéj Panny szkoły Włoskiéj, z końca szesnastego wieku; dodaj do tego, że wszystko, cokolwiek tylko Rafaelowi przyszło na myśl najczystszego, najskromniejszego, najmroczniejszego, gdy przelewał na płótno swoje Madony, błyszczało łagodnie na téj niebiańskiéj twarzy; włosy jéj ciemne, gładkie i świetne, przyklejały się niejako do zachwycającego czoła, otoczonego wązką złotą opaską... potém, zesuwając się wzdłuż skroni, tak rażącéj białości, iż najwyraźniéj można było postrzegać błękitną siatkę żyłek, schodzącą aż do dołu policzków, lekkim rumieńcem okrytych; wielkie jéj błękitne oczy, tchnące pogodą zamyśloną i prawie melancholiczną, zdawały się ścigać mnie swém długiém spojrzeniem, zarazem spokojném, szlachetném i dobrém; usta jéj, ubarwione bladym szkarłatem, nie uśmiechały się, lecz miały wyraz wdzięku poważnego, zastanawiającego się, niepodobny do oddania, a zarys ich, podobnie jak i nosa, prosty i szczupły, był najwyższéj piękności, i tchnął czystością prawdziwie starożytną; nakoniec, tiunika, bladziuchno-błękitna, która dozwalając zaledwie dostrzedz śnieżnych ramion, obciśnięta była w około najzgrabniejszéj kibici, opaską z brunatnego złota, uzupełniała ten portret, jakeśmy powiedzieli, pełen wzniosłéj prostoty, wdzięku i poezji.

Wpatrując się jak najciekawiéj w te rysy, tak pomysłowéj piękności, spostrzegłem w spojrzeniu wyraz, który mi przypomniał twarzyczkę dziecięcia; gdyż przyszło mi na myśl, że oczy tego aniołka były także bardzo wielkie, i błękitne, przenikające, lecz że spód jego twarzy i szerokie czoło przypominały bardziéj portret mężczyzny, który tak wielkie zrobił na mnie wrażenie.

Niewiem dla czego wyobraziłem sobie, że to dziecię należało do tych dwóch osób; lecz gdzież się znajdowało? gdzież się znajdowali w téj chwili jego ojciec i matka? jego ojciec, tchnący pięknością tak dumną i tak śmiałą! jego matka, któréj piękność tak była łagodną i czystą!

Czyż to jego, czyż to ją, czyż to oboje, ugodziło straszliwe nieszczęście?

Ach! mówiłem sam do siebie, jeśli powierzchowne rysy niezawodzą, w jakimże upajającym Edenie roskoszy musiały żyć te dwie szlachetne istoty! Módz tak żyć z uwielbioném dziecięciem, wśród téj rozkosznéj i głębokiéj samotni, upięknionéj skarbami natury i sztuki! O tyle czuć co jest szczęściem i pięknością, aby się odosobniać śród świata rozlicznych jeniuszy! Módz, gdy głos serca umilknie, poić się w milczeniu tém dumającém zachwyceniem, i zapominać o jednych rozkoszach, przez zbytek innych roskoszy; mówić do siebie jeszcze o miłości szczytnym głosem boskich poetów, wszystkich upłynionych wieków, lub niebiańską harmonią wielkich mistrzów, zachwycającą melodyą, którą ulubiona ręka rozjawia dla twego ucha; porównywać nakoniec doskonałą piękność, którą się uwielbia, niewysłowiony wyraz jéj rysów ze wszystkiemi cudami sztuki, i módz z dumą sobie powiedzieć: Daleko jest piękniejsza!! słowem, módz czerpać bezustannie w tém potrójném źródle poezyi, i widzieć swą miłość, upłodnioną tą niebiańską rosą, rozkwitającą codzień z większym przepychem! Wielbić nakoniec Stwórcę wszech-rzeczy, w szczęśliwości któréj doznajemy, w kobiécie którą kochamy, we wspaniałościach ślepiących nasze oczy i duszę, ach! to zapewne, mówiłem sam do siebie, to zapewne zachwycająco - czarodziejskie życie, które wiodły te dwie istoty!

Lecz zwięzła i smutna mowa proboszcza wyprowadziła mnie z tych urojeń.

Zadrżałem, i poszedłem za nim, w najmocniejszym postanowieniu przeniknienia téj tajemnicy.

Niezadługo słońce się zaćmiło; poranek, który zrazu bardzo był piękny, zachmurzył się; niebo okryło się chmurami, kilka kropel deszczu upadło.

- Nie ma tutaj oberży - rzekł do mnie Proboszcz; Pan jedziesz konno, czas grozi burzą, jaka się zwykle w górach przydarza, a jeśli orkan będzie zbyt mocny, mała rzeczka, którą Pan mogłeś w bród przebyć, stanie się, w kilku godzinach, bystrym potokiem; racz więc przyjąć ubogą gościnność w probostwie, dopóki się burza nieuspokoi: Pański przewodnik i konie będą się mogli pomieścić w stodole. 

Przyjąłem, zachwycony tą grzecznością, która mogła posłużyć méj ciekawości: powróciliśmy do domu.

- I cóż, Józefie?: - rzekła Joanna do Proboszcza z wyrazem najgłębszego wzruszenia. 

- Ach! Joanno, niechaj wola Wszechmocnego spełnioną zostanie! lecz wiele ucierpiałem, i nie miałem odwagi wejść do niéj... 

Joanna łzę obtarła, i poszła zająć się jakim sposobem zdoła mnie jak najlepiéj przyjąć w swém skromném domostwie.

Niezadługo burza zaryczała z taką wściekłością, iż postanowiłem przepędzić noc w probostwie. **

 

DZIENNIK NIEZNAJOMEGO.  

  

WSTĘP.

  

Rozdział 1. DROGA POCZTĄ.

  

Dziwny przypadek uczynił mnie posiadaczem tego dziennika. Osiadły przez kilka miesięcy w środkowém mieście jednego z naszych departamentów południowych, który oblewa morze Śródziemne, starałem się nabyć posiadłość w tym kraju, cudownie malowniczym i urozmaiconym; jużem się rozpatrzył w kilku wioskach, gdy pewnego dnia, notaryusz który mi udzielał objaśnień potrzebnych do takowego poszukiwania, rzekł mi: - Doniesiono mi, że o ośm mil ztąd w najpiękniejszym świecie położeniu, ani zbyt blisko ani zbyt daleko od morza, jest posiadłość wiejska do sprzedania. Nie wiem co to takiego, lecz jeśli pan życzysz sobie ją obejrzeć, oto dokładne względem tego objaśnienia: z proboszczem do wioski ** wejdziesz pan w układy.

- Jakto! - rzekłem mu, - z proboszczem? - Ależ spodziewam się że to przecie nie probostwo jest do sprzedania?  

- Nic o tém nie wiem, - rzekł prawnik, - lecz po dość wysokiéj cenie, jakiéj żądają, nie sądzę aby to było probostwo... zresztą, dodał z miną przebiegłą i zarozumiałą, - zdaje się że będzie tysiąc sposobów ułożenia się polubownie i korzystnie, gdyż jest to sprzedaż w skutek pośpiesznego odjazdu lub nagłéj śmierci, nie wiem z pewnością... tém bardziéj iż rozgłaszano rzeczy tak niedorzeczne i tak głupie o tém, iż lękałbym się wpaść w opowiadanie śmiesznego romansu prawiąc panu takie banialuki; lecz to pewna, Mości panie, że podobne zdarzenia zawsze są najlepszemi, tém bardziéj iż porobiono mówi mi mój korrespondent szaleństwa... prawdziwe szaleństwa... w téj posiadłości.  

- Spieszny wyjazd! śmierć nagła!... I któż to taki mieszkał w tém miejscu? - spytałem.  

- Nic o tém nie wiem, najzupełniej nic... Mój korrespondent nie uwiadomił mię obszerniéj, i najdziwniejszym to przypadkiem w święcie dowiedział się o tym dobrym interessie, gdyż na stu osobach zamieszkałych w tym departamencie, nie znajdzie się nawet dziesięć, które by znały wioskę **.  

Nie wiem dla czego te objaśnienia, chociaż tak nie wyraźne, podnieciły moję ciekawość, namyśliłem się pojechać natychmiast, i posłałem zamówić konie.

- O! - rzekł mi notaryusz, - nie życzę panu zapuszczać się powozem w podobne drogi... poczta dobrze wiezie, lecz stacya najbliższa od ** jest jeszcze odległa o pięć mil; ażeby się do niéj dostać, trzeba przebywać prawdziwe piaszczyste stepy, z których wybrnąć będziesz pan miał tysiąc trudności, jeśli mi pan chcesz wierzyć, udasz się tam konno.  

Uwierzyłem notaryuszowi, kazałem przywiązać tlómoczek do kuryerskiego siodła, i poprzedzony przez pocztyliona, pojechałem do wioski ** odległej o ośm mil od miasta w którém się znajdowałem.

Pierwsze trzy mile przejechałem za godzinę, odmieniłem konie na stacyi, i zapuściłem się w przeprawę.

Było to około środka Maja, w najroskoszniejszy poranek, ochłodzony słabym północnym wietrzykiem; te ruchome drogi, pełne piasku żółtego jak ugier, chociaż nieznośne dla powozów, które zagrążały się w nich aż po same osie, dość były dobre dla koni. Im bardziéj posuwałem się w głąb tego kraju nieuprawnego i dzikiego, tém bardziéj natura rozwijała się szeroka i majestatyczna, chociaż nieco jednostajna, przedemną; nie zmierzone płaszczyzny różowych wrzosów; na wido-kręgu wysokie błękitnawe góry; na lewo, liczne wzgórza okryte lasami; a na prawo, nieprzerwana firanka zieloności, utworzona z wierzb i topol, grodzących rzeczkę niezmiernie płytką i przezroczystą, którą wszędzie można było w bród przebyć, lecz bardzo bystrą, a przez którą trzeba się było kilkakrotnie przeprawiać, gdyż tu i owdzie przerzynała drogę, i zagłębiała się pomiędzy wysokiemi spadzistościami o krytemi głogiem, morwami i dziką różą; to znowu przeciwnie, wydobywała się z tych zaklęsłości, aby się wznieść na płaszczyznę, prostą i równą jak kręgielnia.

- Czy już byłeś kiedy w**? - spytałem mego przewodnika, którego twarz mezka, ubiór porządny i czysty, chód śmiały, tchnęły kawalerzystą, uwolnionym ze służby wojskowéj; słyszałem prócz tego, jak pocztowi towarzysze nazywali go huzarem, i wszystko w tym człowieku stawiało sprzeczność z miną zaniedbaną, i hałaśną poufałością innych mieszkańców południa.  

- Czy już jeździłeś do**? - spytałem więc mego przewodnika.  

- Tak jest panie, dwa razy w życiu, - odpowiedział mi zatrzymując swojego konia i stawając nie co za mną w tyle; - raz, temu dwa lata, a drugi raz, będzie trzy miesiące; ależ oba te razy bynajmniéj nie były do siebie podobne!!!  

- Co chcesz przez to mówić?  

- O! pierwszą razą, - dodał, jeszcze podniecony zapewne wspomnieniem podziwienia i wdzięczności, - było to dzielnie! dwieście groszy za powózkę! kuryer! sześć koni i kareta!  

I jako naśladowczy dodatek, przewodnik mój tak mocno trzasnął z bicza, że aż mnie zagłuszył.

Nie poprzestając na tym sposobie oceniania i wskazywania godności podróżnych, spytałem go:

- Lecz któż siedział w tym powozie? do kogo należał ów kuryer?  

- Nie wiem tego, łaskawy mój panie; story u karety były zapuszczone; w tyle siedział mężczyzna i kobiéta, oboje już starzy, który mieli minę powiernych służących...  

- A kuryer, nic że ci nie powiedział? - Kuryer? ba! i zaraz! prawdziwy niemowa, a mina jak u dzikusa! Wszystko com słyszał to tylko kiedy przyszedł zamówić konie, a to długo nie trwało, - oho! łaskawy panie. Zsiadł z konia, wsunął dwa luidory w rękę pocztmistrzowi, mówiąc: "Sześć koni do karety i osiołka? powózka po dwieście groszy, ośmdziesiąt groszy zapłaty." I zaraz ruszył galopem.  

- I nie powiedział jak się pan jego nazywa?  

- Nie panie.  

- A jakąż barwę nosił ów kuryer?  

- Poczekaj no pan, niech sobie przypomnę... tak... kurtkę zieloną, ze srebrnemi galonami na wszystkich szwach, takąż czapeczkę, pas czerwony jedwabny, blachę herbową, nóż myśliwski... wąsy... słowem wszystko... wszystko jak się należy!... lecz mina za nadto dzika, słowo honoru!  

- A potém niedowiedzałeś się kogoś zawiózł do **?  

- Nie panie.  

- A ten sam powóz kiedyż znowu przejeżdżał?  

- Ależ on napowrót nie przejeżdżał, panie.  

- Jak to! - rzekłem niezmiernie zadziwiony, - jest więc kilka wiejskich domów w **?  

- Nie panie, powiadają że tylko jest jeden: reszta to tylko same wieśniacze chałupy.  

- Jest więc inna droga do powracania z ** niżeli ta którą jedziemy?  

- O! nie, panie; trzeba koniecznie powracać tędy.  

- A nikt tędy nie powrócił?  

- Nie, panie.  

- To rzecz nadzwyczajna! A dawnoż ta kareta tędy przejeżdżała?  

- Nie długo, już będzie dwa lata.  

- A twoja druga podróż do **? - rzekłem do mego przewodnika mając nadzieję znaleść wytłumaczenie téj tajemnicy.  

- O! co tę przejażdżkę, to będę długo pamiętał, panie! Ach! stary niegodziwiec! stary łotr! stary oszukaniec!  

- Daléj, kochany chłopcze, opowiedz mi to wszystko, masz jakąś urazę, jak mi się zdaje?  

- Urazę!... zdaje mi się że mam urazę... bo też jest za co. Nie za samę rzecz, lecz za to ochydne szalbierstwo... a najbardziéj za to, że mnie nazwał swym przyjacielem, ten stary potwór, ja jego przyjacielem!!! Zresztą, sam pan zobaczysz. Ową więc podróż, odbyliśmy będzie temu trzy miesiące: na mnie wypadła kolej; rozgrzewałem się w stajni, pomiędzy końmi, bo zimno dobrze jeszcze przejmowało; około jedenastéj zrana, słyszę że trzaskają z bicza, ale to tak trzaskają, jak kiedy się płaci podwieście groszy za przewózkę, a potém zadyszany głos Jana, który krzyczy: - Dwa konie do kocza! Oto właśnie, rzekłem sobie, to gratka dla mnie. Wychodzę aby zobaczyć podróżnego: było to niegodziwe koczysko, ze skórzanemi firankami, a co koloru, to nawet nie było widać, tak było błotem okryte. Rzekłem sam do siebie: No! to zapewne doktór, co spieszy do chorego, który już umiera. Aż tu do licha! słyszę głos, który się zdawał samego umierającego przyozdabiać, a który krzyczał z głębi powozu, jak tylko mógł krzyczeć najgłośniéj, na w pół kaszląc, na w pół dychając: - Ach! niegodziwcze pocztylionie! ach! nędzniku! chcesz mnie więc dobić, wioząc w taki sposób! - Bo też Jan-Piotr tak wiózł tego jegomości, że się aż z piastów dymiło. - Dosyć macie zapewne za wasze pieniądze, mój panie, - rzekł rozżarty Jan-Piotr, zaglądając do powozu.  

- To najmniéj za cztery franki powózki, nie prawdaż? - odezwałem się do Jana-Piotra, który wyprzęgał, klnąc jak poganin.  

- Za cztery franki? - odburknął, - o tak... nie źle, a toć ten potwór płaci tylko piędziesiąt groszy.  

- Piędziesiąt groszy? wedle taryffy? a ty go tak powozisz jak księcia?  

- Tak jest, i tego tylko żałuję, żem go jeszcze prędzéj wieść nie mógł.  

- Jaki też z ciebie osieł, - rzekłem Piotrowi.  

- Zobaczysz, że tako samo jak ja zrobisz.  

- Da się to widzieć, - powiadam Piotrowi.  

Wreście przyprowadzają, mi niego konia, którego nazwałem Zawadjaką, bo ciągle dokazywał: już to on tak sobie uroił, ów głupiec... czy to zwierz, czy człowiek, wszystko mu było jedno, byle tylko mógł kąsać lub bić, czy z przodu, czy z tyłu, gdzie się zdarzy.

- Biedny Zawadjaka, - dodał mój przewodnik z boleśném westchnieniem. Potem mówił daléj: - Przyprowadzają mi więc mojego Zawadjakę, i nim wsiadłem na konia, postrzegłem wielką rękę, suchą, kościstą, wyżółkłą, która wysunęła się z po za skórzanéj firanki i zapłaciła Piotrowi piędziesiąt groszy. Widząc że Piotr dostał tylko piędziesiąt groszy... zadrżałem... i rzekłem sam do siebie: - No, poczekaj, stary dychawico, pysznie się przewieziesz za twoje piędziesiąt groszy. - Gdzie jedziemy, proszę pana? - spytałem karety, bom nie widział nikogo, i wielka sucha ręka już się wsunęła.  

- Jedzicmy do ** - rzekł mi głos, ale to tak slaby, tak zagasły, że zdawał się być konaniem; a potém tenże sam głos dodał, na w pół kaszląc, na w pół sapiąc: - Ale cię uprzedzam w jednéj rzeczy, najdroższy przyjacielu... - Najdroższy jego przyjaciel! - powtórzył mój przewodnik z wściekłością... - Uprzedzam cię, że najmniejszy podskok, najmniejsze stuknięcie, okropną mi boleść sprawia; już na wpół jestem umarły od straszliwych podrzuceń, które mi zadawał twój kolega. - Chcę jechać bardzo powolnie, bardzo powolnie, jak najpowolniejszym kłusem, czy słyszysz?... bo... - i zakaślał jak gdyby już dusza z niego wychodziła, - bo najmniejsze podrzucenie by mnie dobiło... a ja tylko płacę wedle taryffy... piędziesiąt groszy, mój kochany przyjacielu.. - I tu znowu zakasłał, jak gdyby już konał, stary dychawica.  

- Ach! płacisz tylko piędziesiąt groszy! i nazywasz mnie swoim przyjacielem! ach! to ci szkodzi kiedy cię prędko wiozą! Poczekaj, poczekaj, stary niedołęgo, - rzekłem wskakując na Zawadjakę, - o! już ja z tobą wolniutko pojadę! - I jak się puszczę galopem! jak zacznę trząść karetą; ale to tak dzielnie, ale to tak dzielnie! że chociażby mój niegodziwiec płacił mi tysiąc franków za przewózkę, jak powiadają że płacił wielki Napoleon, nie jechałby jednak prędzéj; nic licząc, że dla lepszego przyozdobienia mego biegu, nieominąłem ani strumyka, ani rzeczki... Wpadałem na nie galopem... paf! Trzeba było widziéć jakie kareta czyniła podskoki: tylko należy każdemu oddać sprawiedliwość, musiało być strasznie mocne to karecisko! kiedy się tysiąc razy na drobne nieroztrzaskało kawałki!  

- Ależ, nieszczęśliwy, - rzekłem do przewodnika, - mógłbyś był zabić tego chorego.  

- Zabić go! o tak, i zaraz... żabić go! starego niegodziwca! nie byłem tyle szczęśliwy, i takeśmy pędzili, że pomimo piasków, śród których się znajdujemy, z jednym tylko doprzężonym koniem, zawiozłem go do **, a jest dwie poczty, i dobrze trzy czwarte części, prędzéj jak za półtory godziny!  

- Daj go katu! - rzekłem, - a to w istocie nie zła przejażdżka.  

- Ale poczekaj no pan do końca. Głos z karety powiedział mi aby nie wjeżdżać do wioski; przybywamy na wzgórek, będący o dwieście kroków od **. Wyprzęgam... ostatni raz Zawadjakę, bo się podbił i zdechł z tego pośpiesznego biegu, ale to tak zdechł, że pan kazał mi przez piętnaście dni odbywać wszystkie drogi piechotą, mnie biedakowi! Lecz sam pan przyznasz, że kiedy płacą po piędziesiąt groszy, i jeszcze nazywają najdroższym przyjacielem, to już człowiek prawie od zmysłów odchodzi.  

- I cóż daléj, - rzekłem mu.  

- No, i cóż daléj, łaskawy panie, wyprzęgam i otwieram portierę, sądząc że znajdę mego pasażera zemdlałego lub na wpół umarłego bo od godziny nie pisnął już ani słówka; ależ do stu tysięcy piorunów! cóż widzę, chwata, który klaska językiem o podniebienie, jak gdyby trzaskał z bicza, zakorkowywając butelkę araku, a który rzekł do mnie, grubym piersiowym głosem, ale to tak donośnym, żeby zazdrość wzbudził w kantorze katedralnym:  

- Mój chłopcze, oto sposób pośpieszać książęcym biegiem, i to jeszcze tanio! Począwszy od Paryża ubiegałem zawsze pół czwartéj mili na godzinę, bez kuryera, i zawsze tylko płaciłem po 50 groszy. "I wyskoczył z kocza, lekki i zwinny jak jeleń, przebrzydły potwór.  

Nie mogłem się wstrzymać, aby się nierozśmiać z tak osobliwszego sposobu pośpieszania tanim kosztem, a przewodnik mój do ostateczności przywiedziony mówił daléj:

- Wszak Pan rozumiesz, nieprawdaż? Jak to człowiek musiał wściekać się ze złości, że mu płacono tylko 50 groszy, i jeszcze nazywano swym najdroższym przyjacielem; im bardziéj téż stary niedołęga zalecał aby powozić zwolna, ja, aby się zemścić i dokuczyć mu pędziłem jak szatan... a on przeciwnie, im bardziéj leciałem, tém bardziéj się cieszył, stary nędznik! Ach! łaskawy Panie! toć to był prawdziwy rozbójnik? Ach! możnaż miéć serce tak udawać chorego, kiedy kto jest silny, suchy i mocny jak stara szkapa pocztowa? Ale to jeszcze nie wszystko; pytam gdzie jedzie, a on mi odpowiada:  

- Poczekaj tu na mnie; jeśli nieprzyjdę za godzinkę, to pojedź daléj. - A karéta? spytałem. Jeśli niepowrócę, odwieziesz ją na pocztę, ja tam po nię przyślę. - A pański pakunek? - Mam go z sobą.  

I pokazał pudełko, długie, płaskie, czworograniaste i dość ciężkie, które trzymał pod pachą, a potém zniknął w lesie, który wtém miejscu dość był gesty.

W téj przeklętéj wiosce niema karczmy. Daję koniom obrok i czekam; lecz biédny Zawadjaka tak już opadł na siłach, iż niemógł nawet jeść; co ja to przeciwnie, przegryzam kęsek; aż tu po godzinie, oglądam się, lecz niema starego łotra; za dwie godziny jeszcze ani widu... Wówczas udaję się do wioski, która leży w głębi sądząc iż niemoże się znajdować chyba w wiejskim domu owych osób, co tu jechały sześcio-konną karétą i z kuryerem. Dzwonię do małych drzwiczek, potém do dużych drzwi, bo ze dworu nie widać było domu, nikt się nie odzywa... stukam tak mocno, że ledwie drzwi nie wyłamię; nikogo nie widać. Zmordowałem się nakoniec i powracam na pocztę. Pakuję karetę do wozowni, a do téj chwili nikt jeszcze po jéj odbiór się nie stawił. Musi staremu łotrowi być dobrze tam gdzie się znajduje, a gdzie pan także się udajesz. Ale to jednak śmieszna ta wioska **, kto tylko do niéj jedzie, już więcéj nie powraca.

Podobnie jak i mój przewodnik, uderzony zostałem tą dziwacznością i coraz bardziéj zwiększała się moja ciekawość.

- Lecz ów człowiek, - rzekłem mu, - ostatni któregoś zawiózł, byłże bardzo stary?  

- Tak!.. - miał blisko lat piędziesiąt, suchy był jak drewno, włosy miał całkiem białe, lecz oczy i brwi czarne jak węgiel. A potém przypominam sobie, że kiedym go spytał o tłomoczek, wskazał mi duże pudełko, zaczął się śmiać, ale to dziwnym śmiechem, bo prawie miał pianę na ustach: a potém postrzegłem że miał zęby nadzwyczaj spiczaste, bardzo odległe jedne od drugich, a powiadają że to znak złośliwości... co by mnie bynajmniéj nie zadziwiało, kiedy był pan bezczelny że mi płacił po piędziesiąt groszy, i jeszcze nazywał swym najdroższym przyjacielem.  

- A jakże był ubrany? - spytałem, pomimowolnie coraz bardziéj zajmując się tém opowiadaniem.  

- O! bardzo dobrze ubrany: miał długi ciemny surdut, czarną chustkę na szyi i krzyż legii honorowéj; przytém twarz miedzianego koloru, i niezmiernie był kościsty, zupełnie jak nieboszczyk nasz kommendant Kalchas, mój dawny szef szwadronu, w dziesiątym pułku huzarów... wysoki drągal cały złożony z nerwów i kości.  

- A potém nic więcéj już o nim nie słyszałeś?  

- Nie, łaskawy panie... Ach! zapomniałem panu powiedzieć, że, podczas gdym na niego czekał, usłyszałem cóś na kszałt dwóch lub trzech wystrzałów z fuzyi. I to już wszystko; zapewne ktoś bawił się strzelaniem na kwiczoły po winnicach...  

Owe pudełko, ciężkie i czworograniaste, przyszło mi na myśl; zadrżałem, pomyślawszy że może pojedynek zażarty i bez świadków, zakrwawił owę samotnię; ten rodzaj śmiesznego podstępu, zażyty przez owę osobę, aby pośpieszać prędko i tanio, zdawał się zbijać myśl o spotkaniu się: podobna kombinacya nie zdawała mi się wcale naturalną w tak stanowczéj chwili. To mnie jednak najmocniéj uderzało, że nikt nie powrócił z téj szczególniejszéj wioski, gdzie się udawano, - jak mówił prostodusznie mój przewodnik, - a z któréj nikt nie powracał. - Jednakże notaryusz upewnił mnie, że jedyne zamieszkanie przyzwoite, które się w tém miejscu znajdowało, było do sprzedania... Cóż się więc stało z podróżnemi co się znajdowali w pierwszym powozie? I z tym co jechał w drugim? Gubiłem się w tych domysłach, i pałałem chęcią przybycia do ** dla wyjaśnienia téj dziwnéj tajemnicy.

Gdy przewodnik mój mówił mi o tym powozie ze spuszczonemi storami, przyszło mi na myśl że to może było wykradzenie; lecz ten kuryer, ten cały przybór, nie bardzo się zgadzały z tajemnicą, zachowywaną w podobnych przedsięwzięciach. Jednakże, ten blady starzec, przybywający we dwa lata po pojeździe pierwszych podróżnych, jego mina dziwaczna, te wystrzały z pistoletu, a potém te nagłe wszystkich zniknięcie... słowem, wszystkie te nadzwyczajne okoliczności, aż do najwyższego stopnia doprowadziły moję ciekawość, Otóż stanęliśmy w **, łaskawy panie, rzekł mi przewodnik. - Spodziewam się ze to nie lada widok? Ale patrz no pan, tutaj to, przy tym uschłym jaworze, wysadziłem starego gdyracza z powozu.

W istocie, przybyliśmy na pogórze, wznoszące się po nad wioską**.

  

Arthur 

 

PRÉFACE

... Surtout le bon génie... 

A. D. P. C. M. D. D. Y.

Vers le milieu de l'année 1857, l'obscure gazette d'un département du midi de la France raconta la mort tragique d'une femme, d'un homme et d'un enfant.

Imparfaitement renseignée, cette feuille donna plusieurs versions sur ce fatal événement, tour a tour attribué a l'imprudence, au suicide et a la vengeance ; mais, par l'intervention d'une famille puissante qui avait un grave intér?t a étouffer le retentissement de cette déplorable aventure, ce journal démentit ces faits, en les donnant pour une fable qu'on oublia bientôt.

Celui qui écrit ces lignes dut néanmoins a de certaines circonstances d'?tre instruit des véritables détails de cette tragédie, qui sert a la fois d'exposition et de déno?ment au livre que voici. Le personnage d'Arthur n'est donc pas une fiction, son caract?re, une invention d'écrivain les principaux événements de sa vie sont racontés na?vement ; presque toutes les particularités en sont vraies.

Attiré vers lui par un attrait aussi inexplicable d'irrésistible, mais souvent forcé de l'abandonner, tantôt avec une sorte d'horreur, tantôt avec un sentiment de pitié douloureuse, j'ai longtemps connu, quelquefois consolé, mais toujours profondément plaint, cet nomme singulier et malheureux.

Si, afin de rassembler ces souvenirs d'hier, et presque stéréotypés dans ma mémoire, j ai choisi ce cadre : - journal d'un inconnu, - c'est que j'ai cru que ce mode d'affirmation pour ainsi dire personnelle donnerait encore plus d'autorité, d'individualité au caract?re neuf et bizarre d'Arthur, dont ces pages sont le plus intime, le plus fid?le reflet.

En effet, une puissance rare, l'attraction ; - un penchant peu vulgaire, la défiance de soi, - servent de double pivot a cette, nature excentrique, qui emprunte toute son originalité de la combinaison étroite, et pourtant anormale, de ces deux contrastes. En d'autres termes : qu'un homme doué d'un tr?s-grand attrait soit sinon présomptueux, du moins confiant en lui, rien de plus simple ; qu'un homme sans intelligence ou sans dehors soit défiant de lui, rien de plus naturel.

Qu'au contraire, un homme réunissant par hasard les dons de l'esprit, de la nature et de la fortune plaise, séduise, mais qu'il ne croie pas au charme qu'il inspire ; et cela, parce qu'ayant la conscience de sa mis?re et de son égo?sme, et que, jugeant les autres d'apr?s lui, il se défie de tous, parce qu'il doute de son propre c?ur ; que, doué pourtant de penchants généreux et élevés, auxquels il se laisse parfois entraîner, bientôt il les refoule impitoyablement en lui, de crainte d'en ?tre dupe, parce qu'il juge ainsi le monde ; qu'il les croit sinon ridicules, du moins funestes a celui qui s'y livre ; ces contrastes ne semblent-ils pas un curieux sujet d'étude ?

Qu'on joigne enfin a ces deux bases primordiales du caract?re, des instincts charmants de tendresse, de confiance, d'amour et de dévouement, sans cesse contrariés par une défiance incurable, ou flétris dans leur germe par une connaissance fatale et précoce des plaies morales de l'esp?ce humaine : un esprit souvent accablé, inquiet, chagrin, analytique, mais d'autres fois vif, ironique et brillant ; une fierté, ou plutôt une susceptibilité a la fois si irritable, si ombrageuse et si délicate, qu'elle s'exalte jusqu'a une froide et implacable méchanceté si elle se croit blessée, ou qu'elle s'éplore en regrets touchants et désespérés lorsqu'elle a reconnu l'injustice de ses soupçons ; et on aura les principaux traits de cette organisation.

Quant aux accessoires de la figure principale de ce récit, quant aux sc?nes de la vie du monde parmi lesquelles on la voit agir, l'auteur de ce livre en reconnaît d'avance la pauvreté stérile : mais il pense que les m?urs et la société d'aujourd'hui n'en présentent pas d'autres, ou du moins il avoue n'avoir pas su les découvrir.

Ceci dit a propos de cet ouvrage, ou plutôt de cette longue, trop longue peut-?tre, Étude biographique, passons.

Un écrivain n'ayant gu?re d'autre moyen de répondre a la critique d'une ?uvre que dans la préface d'une autre, je dirai donc deux mots sur une question soulevée par mon dernier ouvrage, et posée avec une flatteuse bienveillance par ceux-ci, avec une haute et grave sévérité par ceux-la ; ici avec amertume, la avec ironie, ailleurs avec dédain.

Cette question est de savoir si je renonce a cette conviction, taxée, selon chacun, de paradoxe, de calomnie sociale, de triste vérité, de misérable raillerie, ou de th?se inféconde ; celle question est de savoir, dis-je, si je renonce a cette conviction : que " la vertu est malheureuse et le vice heureux ici-bas. "

Et d'abord, bien que rien ne lui semble plus pénible que de parler de soi, l'auteur de ce livre ne peut se lasser de répéter qu'il n'a pas la moindre des prétentions philosophiques qu'on lui accorde, qu'on lui suppose ou qu'on lui reproche ; que dans ses ouvrages sérieux ou frivoles, qu'il s'agisse d'histoire, de comédie ou de romans, il n'a jamais voulu former de syst?me : qu'il a toujours écrit enfin selon ce qu'il a ressenti, ce qu'il a vu, ce qu'il a lu, sans vouloir imposer sa foi a personne.

Seulement, ce qui autrefois avait été pour lui plutôt la prévision de l'instinct que le résultat de l'expérience, a pris a ses yeux l'impérieuse autorité d'un fait.

Que si, enfin, il semble renoncer non pas a sa triste croyance, mais a signaler, m?me dans ses propres ouvrages, les observations ou les preuves irrécusables qu'il pourrait citer a l'appui de su conviction, c'est qu'a cette heure, plus avancé dans la vie, il sait qu'une intelligence ordinaire suffit pour faire triompher une erreur... mais que le saint privil?ge de consacrer, d'accréditer les vérités éternelles, est réservé au génie ou a la Divinité...

En un mot, ne voulant pas hasarder ici un rapprochement facile et sacril?ge entre la vie sublime et la mort infamante du divin Sauveur (véritable symbole de sa pensée), il reconnaît humblement que Galilée seul pouvait dire du fond de son cachot : E pur si muove !

Eug?ne Sue.

Châtenay, 15 octobre 1838.

 

 

CHAPITRE V. Hél?ne.

 

Je n'ai d'autre but, en rappelant ces souvenirs d'autrefois, que de me considérer inexorablement de dehors en dedans, si cela se peut dire ; d'assister, en spectateur froid et désintéressé, aux sc?nes de ma pensée intime, ainsi qu'a la lutte de mes instincts, bons ou mauvais, et de n'en répudier aucun, tel bas et misérable qu'il soit.

Je crois n'?tre ni meilleur ni plus mauvais que le commun des autres hommes ; et ce qui me donne l'esp?ce de courage de tout m'avouer a moi-m?me, est la conviction o? je suis que, si le plus grand nombre se posaient les m?mes questions que je me suis posées, et y répondaient franchement, leurs solutions seraient tr?s-souvent les miennes.

Je reviens a la mort de mon p?re : ma douleur fut profonde, mais ce sentiment ne fut pas celui qui prédomina en moi : ce fut d'abord une terreur stupéfiante de me voir, a vingt-deux ans, absolument libre, et maître d'une fortune considérable. Puis j'éprouvai aussi un sentiment d'angoisse inexprimable en songeant que je restais désormais sans aucun appui naturel ; erreur ou sagesse, vice ou vertu, gloire ou obscurité, ma vie ne devait plus émouvoir personne ; d'ailleurs, l'existence excentrique de mon p?re l'avait depuis si longtemps isolé du toute société, que j'avais m?me a entrer presque en étranger dans le monde, que ma position m'appelait a voir ; l'avenir me semblait alors un désert immense, sillonné du mille sentiers divers ; mais aucun souvenir, aucun intér?t, aucun patronage de famille ou de caste ne me désignait ma route.

Comme toujours, grâce a la marche du temps, cette impression devait se modifier, puis se contrarier radicalement ; mais la transition fut longue.

Plus tard, cette sorte de terreur se m?la d'une nuance d'orgueil, alors que je songeai que les grands domaines de notre famille m'appartenaient ; et, si le fardeau de les régir me paraissait lourd, cet embarras avait en lui-m?me sa compensation.

Tr?s-jeune, j'avais déja machinalement l'habitude de me regarder pour ainsi dire penser ; aussi, lorsque je vis ma sombre douleur et mon profond abattement se colorer de ces premi?res lueurs de personnalité, je frémis et je me rappelai ces mots terribles de mon p?re mourant : " Vous ?tes généreux et bon, vous m'aimez tendrement, et cependant, plus ou moins de temps apr?s ma mort, vous en viendrez a me moins regretter, puis a vous consoler absolument, et a m'oublier tout a fait. "

On raconte plusieurs exemples de gens auxquels on avait prédit une fin tragique et prématurée, et qui, poussés par une inexplicable fatalité, se chargeaient eux-m?mes de réaliser ces fatales prédictions. Il en est, je crois, de m?me de certaines idées que vous pressentez quoiqu'elles vous soient odieuses, contre lesquelles vous vous débattez en vain, et auxquelles vous finissez pourtant par obéir ; il en fut ainsi de la prédiction de mon p?re : je la combattis longtemps et j'y cédai.

Mais cette lutte fut certainement un des plus douloureux instants de ma vie : reconnaître peu a peu l'effroyable vanité de nos regrets, se cruellement convaincre de cette formidable vulgarité : - que les sentiments les plus profondément enracinés dans le c?ur par la nature s'éteignent, se flétrissent, meurent et s'effacent sous le souffle glacé du temps : - de telles pensées enfin ne doivent-elles pas déchirer l'âme ? aussi je maudissais, mais en vain, mon ingratitude.

 

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

 

C'était pendant le mois de janvier, car j'avais passé l'hiver a Serval avec ma tante et Hél?ne. Tous les matins je montais a cheval, et j'allais me promener dans la for?t pendant trois ou quatre heures, ce temps gris, sombre et brumeux me plaisait ; ces immenses allées, couvertes de neige ou semées de feuilles mortes que le vent enlevait en tourbillons rapides, avaient un aspect triste qui cadrait avec mes pensées. Laissant flotter les r?nes sur le cou de mon cheval, j'allais ainsi machinalement, songeant a peine a l'avenir, a la direction que je voulais suivre, ne faisant aucun projet, car j'étais encore trop étourdi de la position o? je me trouvais. J'avais si longtemps vécu sous l'enti?re dépendance de mon p?re, n'ayant de volonté que la sienne ; en voyage m?me, cette volonté, représentée par celle de mon précepteur, m'avait toujours si incessamment suivi, que l'absolue et enti?re liberté o? je me trouvais, m'accablait, je le rép?te, et m'effrayait a la fois.

Apr?s mes longues promenades, je rentrais, je trouvais Hél?ne et sa m?re qui m'attendaient ; nous causions de mon p?re, et ma tante m'engageait a surmonter la répugnance que j'avais a m'occuper de mes affaires ; mais ces détails me rappelaient trop cruellement les entretiens que j'avais eus avec mon p?re a ce sujet : je ne pus m'y résoudre encore, et je chargeai mon précepteur de ces soins.

Trois mois apr?s, mes angoisses avaient beaucoup perdu de leur amertume : je commençai pour ainsi dire a me reconnaître et a regarder autour de moi ; mes idées devinrent plus nettes, plus arr?tées sur la mani?re dont je devais user de ma liberté. Cette liberté m'inquiétait encore, mais ne m'épouvantait plus.

La direction de la pensée n'échappe pas toujours aux influences extérieures et purement physiques ; je l'éprouvai alors. Le printemps approchait, et on e?t dit qu'avec le noir hiver devait passer la premi?re âcreté de ma douleur, et que mes vagues projets, mes douces espérances d'avenir, devaient naître avec la riante feuillaison de mai.

Nous étions vers le milieu d'avril ; depuis la mort de mon p?re, je n'avais pu me résoudre a aller au cimeti?re du village, o? s'élevait le monument funéraire de notre famille, tant je redoutais la cruelle impression que je devais ressentir : un jour je maudissais ma faiblesse, lorsque Hél?ne me dit : - Ayez donc plus de courage, Arthur ; venez, je vous accompagnerai.

La m?re d'Hél?ne, étant souffrante, ne put venir avec nous : nous y allâmes seuls.

Mon émotion était si violente, que je tremblais ; je pouvais a peine me soutenir. Hél?ne, peut-?tre aussi émue que moi, le paraissait moins ; aussi, en arrivant sous le péristyle du tombeau, je m'évanouis...

Quand je repris mes sens, je vis Hél?ne agenouillée pr?s de moi ; je sentis ses larmes m'inonder les joues ; car de ses deux mains elle soutenait ma t?te. Pour la premi?re fois enfin, chose étrange ! malgré la sainteté du lieu, malgré les déchirantes pensées qui me devaient accabler, pour la premi?re fois je fus frappé de la beauté d'Hél?ne... Puis cette sensation passa rapide comme un songe : je revins a des idées d'une profonde tristesse, je pleurai beaucoup, et nous revînmes au château.

Depuis, j'allais avec Hél?ne presque chaque jour au cimeti?re ; au lieu d'une douleur âcre et aiguë, je ressentis peu a peu une mélancolie douce qui n'était pas sans une sorte de charme... Je me reconnus d'abord avec joie une ineffable gratitude pour la mémoire de mon p?re, et je le bénissais pieusement et avec admiration de m'avoir pu toujours témoigner une affection aussi profonde, et surtout aussi prévoyante, malgré les terribles convictions qu'il avait sur l'oubli o? on laissait ceux qui n'étaient plus.

Sortant de ma premi?re stupeur, je commençai enfin a apprécier la grande position qu'il m'avait faite : c'était pour lui en avoir sans doute une éternelle reconnaissance ; mais, enfin, en comprenant cette position dans toute sa splendeur, je frémissais quelquefois, tremblant qu'au fond de ce vif sentiment il n'y e?t de ma part une affreuse réaction de satisfaction égo?ste.

J'ai dit que j'étais demeuré longtemps sans remarquer la beauté d'Hél?ne : bien que cela doive sembler singulier, on le concevra, en songeant que jusqu'a ce moment elle avait été pour moi une s?ur : lorsque je la quittai pour voyager, elle était au couvent, et presque enfant ; puis, pendant les derniers mois de la vie de mon p?re, j'avais été si cruellement préoccupé de ses douleurs, et Hél?ne s'était montrée pour lui d'une affection si dévouée, si filiale, que cette esp?ce de sentiment tout fraternel n'avait pu changer.

Hél?ne avait trois ans de moins que moi : elle était blonde et pâle : son abord était bienveillant, mais froid, et ses grands yeux bleus, et son nez aquilin, son large et beau front, souvent penché, lui donnaient a la fois un air imposant et mélancolique ; enfant, elle avait toujours été pensive : c'était un caract?re silencieux et concentré, indifférent aux joies et aux plaisirs de son âge, toujours tr?s-sédentaire, tr?s-nonchalante ; elle riait fort peu et r?vait souvent : ses sourcils, d'un blond cendré plus foncé que ses magnifiques cheveux, étaient abondants et peut-?tre trop accusés ; son pied charmant, et sa main un peu longue, d'une beauté antique ; sa taille élevée, souple et mince, était d'une perfection remarquable ; mais elle se tenait tr?s-mal, et par indolence courbait presque toujours ses blanches et rondes épaules, malgré les continuelles remontrances de sa m?re.

Quant a son esprit, il ne m'avait jusqu'alors jamais frappé : elle s'était montrée remplie de prévenances et de délicatesse dans l'affection qu'elle avait témoignée a mon p?re, et, je l'ai dit, elle demeurait avec moi sur un pied tout fraternel.

C'était enfin une affectueuse et tendre nature, charitable et bienveillante a tous, mais devenant d'une fierté ombrageuse et d'une susceptibilité extr?me d?s qu'elle pouvait soupçonner qu'on pensait a faire la moindre allusion a sa pauvreté

Je me souviens toujours qu'avant la mort de mon p?re, Hél?ne m'avait bien longtemps et tr?s-sérieusement boudé, parce que j'avais étourdiment et sottement dit devant elle : que les jeunes personnes sans fortune étaient presque toujours malheureusement dévolues d?s leur naissance a de vieux goutteux qui, las du monde, cherchaient une pauvre jeune fille bien née qui voul?t se résigner a partager leur hargneuse solitude.

La m?re d'Hél?ne, s?ur de mon p?re, était une femme faible, insouciante, mais parfaitement bonne, spirituelle et remarquablement distinguée. - Son mari, longtemps chargé de hautes fonctions diplomatiques, tr?s-prodigue, tr?s-joueur, aimant le faste, le grand luxe, représentant sa cour le plus noblement et le plus somptueusement du monde, avait presque enti?rement dissipé sa fortune et celle de sa femme ; aussi cette derni?re demeurait-elle, sinon sans biens, du moins dans une aisance honorable, mais médiocre.

De ma vie je n'avais songé a la disproportion de fortune qui existait entre Hél?ne et moi : lorsque sa beauté me frappa, je n'y pensai pas davantage, car je crois qu'un des traits saillants de la jeunesse, qui se trouve riche sans labeur, esl de colorer pour ainsi dire tout et tous des reflets de son prisme d'or.

Du moment o? j'avais remarqué qu'Hél?ne était belle, sans me rendre compte des sentiments que j'éprouvais peut-?tre déja a mon insu, je devins tout autre : j'abrégeai mes promenades a cheval, je mis plus de recherche dans ma toilette, et je fus souvent honteux en me rappelant mes négligés trop fraternels d'autrefois.

Ma tante avait une femme de ses amies, veuve aussi, et m?re d'une fille de l'âge d'Hél?ne, qui lui donnait les plus cruelles inquiétudes, sa poitrine étant gravement attaquée. J'entendis ma tante parler de cette amie, et, devinant par instinct qu'il est plus facile de s'isoler au milieu du monde que dans la solitude, j'engageai ma tante a prier cette amie de venir avec sa fille habiter quelque temps a Serval, dont l'air était d'une excellente pureté ; ma tante accepta avec joie, et bientôt madame de Verteuil cl sa fille, pauvre enfant de dix-huit ans, peu jolie, mais ayant un air de souffrance si résignée qu'elle intéressait profondément, arriv?rent au château.

 

JOURNAL D'UN INCONNU. HÉL?NE.

CHAPITRE IV. Le deuil.

J'avais vingt ans ; Je revenais d'un long voyage en Espagne et en Angleterre, entrepris sous la direction de mon précepteur, homme sage, modeste, ferme et éclairé. A mon retour a Serval, terre dans laquelle mon p?re s'était retiré depuis longues années, je trouvai ce dernier gravement malade ; je n'oublierai de ma vie le spectacle qui me frappa lors de mon arrivée.

Ce château, extr?mement retiré et dominant un chétif village, s'élevait solitairement sur la lisi?re d'une grande for?t ; c'était un vaste et gothique édifice de briques noircies par le temps ; son intérieur se composait de grands appartements sonores, et peu éclairés par leurs longues fen?tres a petits carreaux ; nos gens portaient le deuil de ma m?re, que j'avais perdue pendant mon voyage : presque tous étaient de vieux domestiques de la maison, et rien de plus lugubre que de les voir v?tus de noir, marchant silencieusement dans ces pi?ces sombres et immenses, se détacher a peine de leur fond rouge ou vert foncé, couleur de toutes les tentures de cette antique habitation.

En descendant de voiture, je fus reçu par le valet de chambre de mon p?re ; il ne me dit pas un mot, mais ses yeux étaient baignés de larmes. Je le suivis ; je traversai une longue galerie, la terreur de mes nuits d'enfance, comme elle en était la joie durant le jour. Je trouvai mon p?re dans son cabinet : il voulut se lever pour m'embrasser ; mais, ses forces lui manquant, il ne put que me tendre les bras.

Il me parut affreusement changé : je l'avais quitté encore alerte et vigoureux ; je le trouvai faible et abattu : sa grande taille s'était vo?tée, son embonpoint avait disparu ; il était pâle, défait, et une sorte de sourire convulsif et nerveux, causé par la continuité de ses douleurs, donnait a sa physionomie haute et sév?re une indicible expression de souffrance habituelle.

J'avais toujours beaucoup redouté mon p?re. Son esprit était vaste, sérieux, réfléchi, concentré, et ça et la, par acc?s, froidement ironique ; son savoir prodigieux en toutes sortes de mati?res, son caract?re absolu, ses habitudes graves, pensives et taciturnes, son abord glacial, ses principes d'une rare solidité, sa bonté pour moi extr?me en fait, mais nullement démonstrative : aussi m'inspirait-il plutôt une vénération profonde et craintive, une gratitude respectueuse, qu'une affection confiante et expansive, comme celle que je ressentais pour ma m?re.

Ayant quitté le service de bonne heure, malgré les instances de Napoléon, qui aimait sa volonté de fer et son infatigable activité, mon p?re avait presque toujours vécu dans ses terres, mais, chose étrange ! sans jamais y recevoir personne. La terreur de 93 avait tellement diminué notre famille, qu'excepté une s?ur de mon p?re, nous n'avions plus de parents, mais seulement des alliés fort éloignés, que nous ne voyions pas.

Maintenant que l'âge et l'expérience me permettent d'apprécier et de comparer mes souvenirs, mon p?re reste a mes yeux le seul homme véritablement misanthrope que j'aie jamais rencontré ; car il n'était pas de ces misanthropes qui recherchent les hommes pour leur dire chaque jour qu'ils les détestent et qu'ils veulent les fuir, mais un misanthrope qui avait rompu absolument avec eux. Aussi, j'ai beau interroger mes souvenirs d'enfance et de jeunesse, je ne me souviens pas d'avoir vu a mon p?re un ami, ou m?me ce qu'on appelle une simple connaissance. Ma m?re, ma tante et ma cousine Hél?ne, plus jeune que moi de trois années, étaient les seules personnes qui, de temps a autre, nous vinssent visiter : cela n'est pas une exagération, ma m?re me l'a dit : pendant pr?s de trente années que mon p?re vécut a Serval pas un étranger n'y parut.

Mon p?re chassait beaucoup, mais seul ; il aimait passionnément les chevaux et aussi la grande agriculture. Ces occupations et celles de mon éducation, qu'il fit lui-m?me, jusqu'a ce qu'il m'e?t mis entre les mains d'un précepteur pour voyager, employaient presque tous ses instants ; puis ses biens étant considérables, et n'ayant jamais voulu d'intendant, secondé par ma m?re, dont l'esprit d'ordre était extr?me, il s'occupait d'administrer sa fortune lui-m?me ; enfin la lecture, des expériences scientifiques, et surtout de longues promenades solitaires, complétaient ses journées.

Lorsque je partis pour ce funeste voyage pendant lequel je devais la perdre, ma m?re ayant eu un songe comme un pressentiment de cette fatalité, me le dit ; mais nous le cachâmes a mon p?re : non qu'elle le craignit, mais il lui avait toujours imposé beaucoup par la gravité de son esprit, et elle redoutait surtout son ironie sév?re, qui n'épargnait jamais les sentiments poétiques, exagérés ou romanesques.

Je ne pus donc embrasser ma m?re une derni?re fois : je ne parle pas de mes regrets ; c'était la seule personne au monde a laquelle j'osasse tout dire et tout confier. Ma tante et sa fille Hél?ne étaient venues habiter Serval depuis la mort de ma m?re, et cela presque malgré mon p?re ; car, bien que sa santé par?t s'altérer de plus en plus, son besoin habituel de solitude et de silence avait encore augmenté.

Je menais alors une vie bien triste et bien déchirante pour mon c?ur ; le matin, mon p?re me faisait venir aupr?s de son lit ; son valet de chambre lui apportait un grand coffre, o? étaient renfermés les registres qui contenaient l'administration de nos biens, et chaque jour il me mettait au courant de toutes ses affaires avec une clarté froide qui me glaçait ; plus tard, il me fit lire son testament avec la m?me apparence d'insensibilité ; les sanglots me suffoquaient, il ne semblait pas s'en apercevoir ; il terminait d'ordinaire cette sorte d'initiation au gouvernement futur de la fortune qu'il me laissait, par quelques enseignements faits d'une voix br?ve et interrompue par de longs silences.

Ces enseignements révélaient le jugement le plus droit, le plus s?r, et aussi la connaissance la plus réelle et la plus approfondie des mis?res, ou plutôt de ce qu'il appelait les nécessités morales de la condition humaine : car un trait bien frappant du caract?re de mon p?re était une mani?re de voir étrangement calme et désintéressée a propos des faiblesses inhérentes a notre esp?ce, selon lui, puisqu'on était obligé d'admettre, comme conséquents a notre organisation morale, certains faits, certains instincts bas ou égo?stes, auxquels les nobles caract?res ne pouvaient échapper : il trouvait aussi inutile de cacher ou de nier cette plaie que de blâmer les hommes d'en ?tre atteints.

Ainsi, lui demandait-on un service, il déduisait a soi ou a son obligé les raisons qui généralement am?nent l'ingratitude, puis néanmoins rendait le service avec une bienveillance toute parfaite.

En résumé, le sens moral des entretiens que j'avais avec lui, et qui de sa part se composaient de phrases courtes, concises et nerveuses, affirmait : - " que le pivot de tout étant l'or, puisque les plus beaux caract?res, une fois aux prises avec le besoin, s'avilissaient quelquefois jusqu'a l'infamie, il fallait rester riche, pour ?tre s?r de rester honn?te homme ; - que tout dévouement avait son arri?re-pensée ; - que tout homme était corruptible, mais que le taux, le moment ou la monnaie de la corruption de chacun variait selon les caract?res individuels : - que toute amitié devant absolument avoir son heure négative, il était inutile de compter sur un sentiment qui, un jour, vous manquerait ; - enfin je devais, selon ces terribles maximes, m'estimer heureux de n'avoir ni fr?re ni s?ur, et d'?tre ainsi pur de tout fratricide ; véniel : l'homme étant fait de la sorte, qu'il ne voit presque toujours dans la fraternité qu'une diminution d'héritage ; car, - ajoutait mon p?re, - bien peu, parmi les plus purs, peuvent nier avoir pensé au moins une fois dans leur vie en supputant la fortune qu'ils partageaient : - Si j'étais seul ! "

Je ne saurais dire combien ces axiomes, d'un sens peut-?tre rigoureusement vrai, mais d'une affirmation si désolante et si exagérée, ainsi froidement énoncés par mon p?re mourant, m'épouvantaient !

Mon précepteur, homme d'un sens droit, mais d'un esprit médiocre, n'avait, de sa vie, soulevé devant moi aucune question philosophique. Sur ces mati?res, mon intelligence était demeurée jusque-la comme inerte et endormie ; mais mon esprit, heureusement préparé par une éducation féconde et par une précoce habitude de réflexion, due a ma vie solitaire et a l'expérience des voyages, était pr?t a recevoir le germe de toutes pensées, bonnes ou fatales, que l'ardeur de mon imagination devait rapidement développer.

Aussi, ces tristes et amers enseignements demeur?rent-ils l'unique et profonde racine de toutes mes pensées ! Plus tard je pus les modifier, y enter pour ainsi dire d'autres idées ; mais elles particip?rent toujours de l'âcreté de la premi?re s?ve.

Apr?s ces tristes entretiens avec mon p?re, qui duraient ordinairement deux heures, on l'habillait ou plutôt on l'enveloppait de couvertures chaudes et lég?res ; car, ses anciennes blessures s'étant rouvertes, il souffrait si cruellement qu'il ne pouvait rien supporter de lourd ; puis on l'asseyait dans un fauteuil roulant, et on le promenait au soleil dans le parc.

Par une étrange singularité, mon p?re, qui avait toujours mis a grand luxe et a grand plaisir de tenir merveilleusement ce parc, du moment qu'il se sentit sérieusement malade, défendit absolument d'y faire les travaux m?me les plus ordinaires et les plus indispensables.

On ne pourrait dire l'aspect désolé de ces immenses allées, qui restaient envahies par l'herbe et par les ronces, de ces charmilles autrefois symétriquement taillées, mais alors abandonnées et poussant au hasard ; de ces massifs de fleurs mortes de l'été, qu'on arrache a l'automne (car nous étions a la fin de cette saison), et qui étalaient partout leurs tiges noires et flétries. Je le rép?te, rien de plus lugubre que ce spectacle d'incurie et de ruine dans une maison habitée ; car mon p?re avait étendu les m?mes défenses a propos des moindres réparations journali?res : un volet décroché, une cheminée abattue par un ouragan restaient ainsi que le vent les avait dégradés.

Apr?s cette promenade que mon p?re faisait en silence la t?te baissée sur sa poitrine, ayant ordinairement a côté de lui moi, Hél?ne ou ma tante, on le rentrait au château, dans son cabinet, que je vois encore, éclairé par trois fen?tres qui donnaient sur le parc, encombré de portraits de famille, de tableaux et de curiosités de prix. Une grande biblioth?que noire occupait tout un côté ; au plafond, pendait un grand lustre de cristal de roche. Mais ce qui donnait aussi a cet appartement un caract?re d'indéfinissable tristesse, c'était ce m?me abandon qui désolait le parc : car les tableaux, les meubles, étaient couverts de poussi?re ; un valet de chambre ayant une fois, malgré ses ordres, épousseté un peu, mon p?re se mit dans un tel emportement que depuis on laissa la poussi?re s'accumuler et les toiles d'araignées tout envahir.

Mon p?re voulait rester ainsi seul pendant deux ou trois heures, apr?s lesquelles on le revenait chercher pour une seconde promenade, qui seule semblait le sortir un peu de sa morne apathie.

Le but était d'aller voir dans un vaste palis des chevaux en liberté : il y en avait, je crois, sept ou huit, dont trois chevaux de chasse, que mon p?re avait montés de préférence pendant fort longtemps : les autres étaient des chevaux de harnais, aussi fort vieux. D?s que mon p?re s'était vu dans l'impossibilité de monter a cheval ou de sortir en voiture, il avait fait mettre ses chevaux en liberté dans cette enceinte ; une clause de son testament ordonnait expressément que ces animaux demeurassent la sans travailler jusqu'a leur mort.

Je le rép?te, a cette heure seulement, mon p?re disait quelques rares paroles, rappelait bri?vement une chasse o? tel cheval avait brillé, une route parcourue par un autre avec une vitesse surprenante ; puis, ensuite de cette promenade, on le rentrait pour dîner.

Bien que depuis longtemps il ne se soutint plus que par des substances tr?s-lég?res, il voulait que sa table, a laquelle il avait toujours tenu, f?t servie avec la m?me recherche que lorsqu'il était en santé, bien qu'il ne mangeât pas. Ma tante et Hél?ne prenaient part a ces repas silencieux, servis par de vieux domestiques en noir et a cheveux blancs. Mon p?re ne disait pas un mot, et, comme nous avions remarqué que le bruit lui était insupportable, c'est a peine si nous échangions a voix basse quelques rares paroles.

Apr?s le dîner, qui durait peu, nous rentrions au salon ; on approchait un échiquier, et je m'y asseyais avec mon p?re : je rangeais les pi?ces, et nous commencions le simulacre d'une partie : car mon p?re, toujours profondément absorbé, ne jouait pas : seulement, a de longs intervalles, il poussait au hasard une des pi?ces sur le damier, j'en avançais une autre, pour la forme... et le silence continuait ; car c'était une sorte de contenance machinale, bien plus qu'une distraction, que mon p?re cherchait dans cette apparence de jeu.

Durant ce temps-la, ma tante lisait, et Hél?ne se mettait au piano pendant environ une heure.

Cette heure de musique était, avec sa promenade au parc des chevaux, les deux seuls accidents de la journée qui parussent faire quelque impression sur mon p?re ; car, tout en continuant de mouvoir au hasard les échecs, il disait a Hél?ne, de sa voix grave et pénétrante : - Jouez tel air, je vous prie, Hél?ne.

Quelquefois, mais bien rarement, il lui faisait répéter deux ou trois fois le m?me morceau ; alors il s'accoudait sur l'échiquier, cachait sa t?te dans ses deux mains, et semblait profondément recueilli...

Un jour seulement, apr?s avoir redemandé le m?me chant, je vis ses yeux baignés de larmes, lorsqu'il leva son visage vénérable, si cruellement creusé par les souffrances.

Les airs qu'il faisait ainsi répéter a Hél?ne étaient en tr?s-petit nombre et fort anciens ; il y avait entre autres Pauvre Jacques, la cavatine de Don Juan, de Mozart, une symphonie de Beethoven et deux ou trois romances de Paesiello ; une surtout, intitulée la Mort d'Elvire, mélodie simple, douce et triste, semblait l'affecter plus profondément que les autres : aussi quelquefois, poussant un profond soupir, il disait : Assez... Hél?ne... Je vous remercie, mon enfant... Aussitôt le piano se taisait, et tout retombait dans un profond silence.

Je ne saurais dire quelle indéfinissable mélancolie éveillait en moi cette sc?ne qui se passait ainsi presque chaque jour, avec quelle sorte d'extase recueillie j'écoutais ces anciens airs d'un rhythme si na?f, chantés a demi-voix par Hél?ne, dont le timbre était d'une fraîcheur et d'une pureté remarquables.

Le salon o? nous nous rassemblions le soir s'appelait le salon du Croisé, parce qu'un de nos anc?tres, portant la croix sainte, s'y trouvait représenté au-dessus d'une immense cheminée de pierre sculptée ; cette pi?ce était vaste, toute tendue de damas rouge sombre. Comme la vue de mon p?re était tr?s-affaiblie, on posait sur le piano deux lampes recouvertes d'abat-jour de soie verte, relevés seulement du côté du pupitre : aussi toute la pi?ce restait presque dans l'obscurité, tandis qu'Hél?ne, assise au piano, était seule vivement éclairée.

Je vois encore ses beaux cheveux blonds, si bien attachés a son joli col, qui se détachait si blanc de sa large p?lerine noire. Puis, mon p?re, assis devant notre échiquier, la t?te baissée sur la poitrine, dans l'attitude de la méditation, seulement reflété, ainsi que moi, par la lueur rouge et vacillante du foyer.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Environ sur les dix heures mon p?re sonnait ; ses gens le transportaient dans son appartement, o? je l'accompagnais, et on le mettait au lit.

Je couchais dans une chambre voisine de la sienne, et bien souvent, la nuit, inquiet et agité, me relevant pour écouter sa respiration, je m'avançais doucement jusqu'aupr?s de lui, mais je rencontrais toujours son regard fixe, clair et perçant, car il ne dormait jamais.

Cette épouvantable insomnie, que les médecins attribuaient aux suites de l'abus de l'opium, et qu'ils avaient vainement combattue de tous leurs moyens, cette insomnie continue était ce qui le faisait le plus souffrir ; les larmes me viennent encore aux yeux quand je me rappelle l'accent calme et résigné avec lequel il me disait : Je ne dors pas, je n'ai besoin de rien... allez vous reposer, mon enfant...

J'ai quelquefois frissonné en songeant que, pendant plus de sept mois, mon p?re n'a pas dormi une minute ! Chaque jour et chaque nuit il pensait a sa fin prochaine, qu'il voyait et sentait lentement venir. J'ai dit que son instruction était véritablement encyclopédique : aussi, sans avoir des connaissances pratiques en médecine, il en avait malheureusement d'assez grandes pour connaître et juger s?rement de son état...

Huit mois avant de mourir, il stupéfia ses médecins par l'assurance raisonnée avec laquelle il leur développa les conséquences inévitablement mortelles de sa maladie, et le temps probable qu'il avait encore a vivre ! Et pourtant, avec cette conviction terrible que chaque jour l'approchait de sa tombe, jamais un moment de faiblesse ou de regret apparent ! jamais une plainte ! jamais un mot qui fit allusion a ce sort fatal ! Du silence, toujours du silence ! et sa vie de chaque jour, jusqu'a celui de sa mort, fut celle que j'ai retracée.

La veille de cet affreux événement, il me fit, avec une lucidité remarquable, subir pour ainsi dire un examen approfondi sur la façon dont je devais régir ma fortune ; il parut satisfait et me dit :

- J'ai doublé les biens que mon p?re m'avait laissés ; ces améliorations ont été le but constant de ma vie, parce qu'elles avaient votre avenir pour objet. Usez sagement de ces biens si vous le pouvez. Rappelez-vous, mon enfant, " que tout est dans l'or : honneur et bonheur. " Tâchez, surtout de pouvoir vivre seul : c'est la grande science de la vie... Si vous trouviez une femme qui ressemblât a votre m?re, épousez-la... Mais défiez-vous des adorations que vous suscitera votre fortune : en un mot, ne croyez a aucune apparence avant d'en avoir sondé toutes les profondeurs... Puis, me montrant un vaste secrétaire, il ajouta : - Vous ferez br?ler ce meuble tel qu'il est, avec tout ce qu'il contient : j'en ai retiré nos papiers de famille : le reste vous doit ?tre indifférent. Adieu, mon enfant ; j'ai toujours été satisfait de vous.

Et comme, a travers mes pleurs, je lui parlais de l'éternité de mes regrets si j'avais l'affreux malheur de le perdre, il sourit faiblement, et me dit de sa voix toujours calme et posée : - Mon enfant... pourquoi me dire a moi de ces vanités ?... Il n'y a rien d'éternel, ni m?me de durable dans les sentiments humains... la joie, le bonheur, ne le sont pas... la douleur et la tristesse le sont encore moins... Rappelez-vous bien ceci, mon pauvre enfant. Vous ?tes généreux et bon... vous m'aimez tendrement... vous ?tes a cette heure affreusement navré a la seule pensée de me perdre... Votre douleur actuelle est véritablement si intense qu'elle semble vous voiler l'avenir d'un linceul... et pourtant cet orgasme si pénible ne peut, ne doit pas durer : plus ou moins de temps apr?s ma mort... vous en viendrez a me moins regretter... puis a chercher des distractions, puis, a vous consoler... puis a m'oublier !...

- Jamais, dis-je a mon p?re, en me jetant au pied de son lit, en inondant sa main de larmes...

Il appuya tendrement sa main déja froide sur mon front, et continua : - Pauvre cher enfant ! pourquoi nier l'évidence... pourquoi vouloir échapper a l'inexorable loi de notre esp?ce !... Il n'y a, voyez-vous, dans ce refroidissement successif des regrets qui se termine par l'oubli, rien d'odieux ni de méchant... Rien de plus naturel, rien de plus humain... Bien plus, un jour, en jouissant des biens que je vous aurai laissés, vous n'éprouverez aucune tristesse ; vous penserez, je le veux, ça et la, quelquefois a moi, mais rarement... et sans angoisse... Mon souvenir ne sera jamais compté dans vos joies, dans vos plaisirs, dans vos projets de chaque jour ; enfin je ne paraîtrai pas plus dans votre vie florissante et vivace que la poussi?re de l'arbre qui a vécu son temps et sert d'engrais a ses rejetons... Rien de plus simple, de plus humain, de plus naturel, je vous le rép?te.

- Ah ! ne croyez pas cela, m'écriai-je épouvanté... ces biens me seront odieux... ma douleur sera inconsolable... Mais mon p?re ajouta :

- Encore une promesse folle, mon enfant ; quatre-vingt mille livres de rentes ne sont jamais odieuses, et la plus âpre douleur se console toujours. Ne le sais-je pas par moi-m?me ? n'ai-je pas éprouvé ainsi a la mort de mon p?re ; n'éprouverez-vous pas ainsi apr?s moi ?... Et si vous avez un fils, n'éprouvera-t-il pas de m?me apr?s vous ? Croyez-moi, mon enfant, la véritable sagesse consiste, je crois, a pouvoir envisager ainsi la réalité inexorable de l'esp?ce, et a ne se point abuser de vaines espérances. Une fois la... une fois que le vrai a dissipé les fantômes du faux... on n'en vient pas a ha?r pour cela les hommes... parce qu'on se sent homme comme eux ; mais on les plaint profondément, on en a pitié, on les soulage, parce qu'on se sent souvent soi-m?me bien malheureux ! s'ils sont ingrats... hélas ! on cherche bien en soi, et souvent on trouve une ingratitude a se reprocher qui vous fait excuser la leur... Car, voyez-vous, mon pauvre enfant, tout pardonner, c'est tout comprendre. Enfin il vient un âge, un moment, o? le tableau de leurs mis?res, qu'ils ignorent on qu'ils fardent, vous émeut si douloureusement ou vous répugne si fort qu'on fait comme j'ai fait... on les quitte, et on vit seul... Alors, mon enfant, au lieu d'avoir sous les yeux le continuel et navrant spectacle des infirmités morales du monde, on n'a que les siennes propres... et encore les splendides contemplations de la nature, les méditations de l'esprit, les inépuisables et maternelles douceurs de l'étude, peuvent souvent nous ravir a notre incompl?te et pauvre humanité.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Le lendemain de cette conversation, mon p?re n'était plus...

CHAPITRE II. Le cottage.

 

Vu de cette hauteur, le petit village de ** offrait un délicieux coup d'?il ; le peu de maisons qui le composaient, presque toutes situées a mi-côte, étaient bâties de pierres jaunâtres sur lesquelles grimpaient des ceps de vigne ; quelques-unes de ces habitations étaient recouverte de tuiles rouges chaudement colorées ; d'autres n'avaient que de simples toits de chaume, sur lesquels semblaient s'épanouir, par compensation, une multitude de mousses vertes et veloutées, m?lées de touffes de joubarbe a fleurs rouges ; puis, toute cette pittoresque rusticité se perdait parmi de grands massifs de platanes, de ch?nes verts et de peupliers d'Italie, au milieu desquels s'élevait un modeste clocher a aiguille de pierre grise.

Je descendis une rampe sinueuse assez rapide, et bientôt j'arrivai sur la petite place du village : a gauche, je vis la porte du cimeti?re ; a droite, le porche de l'église, et avisant tout pr?s une maison un peu plus grande que les autres, et remarquable seulement par une certaine recherche de propreté, je crus reconnaître le presbyt?re ; je descendis de cheval et je frappai... Je ne m'étais pas trompé.

Une femme, jeune encore, v?tue de noir, horriblement contrefaite, et d'une grande laideur, mais dont la figure me parut avoir une grande expression de bonté, vint m'ouvrir, et me demanda, avec un accent méridional tr?s-prononcé, ce que je désirais.

- Je viens, madame, lui dis-je, voir la propriété qui est a vendre dans le village. M. V., notaire, m'a engagé a voir M. le curé, qui, m'a-t-il dit, est chargé de cette vente. 

- Mon fr?re va revenir tout a l'heure, me répondit cette femme en soupirant ; et si vous voulez vous reposer en l'attendant, monsieur, veuillez me suivre dans le presbyt?re. 

J'acceptai cette offre, et, laissant mon guide et ses chevaux, j'entrai dans la maison.

Rien de plus simple, de plus propre, et pourtant de plus pauvre, que l'intérieur de celle humble habitation ; mais partout on y retrouvait les traces d'une prévoyance attentive pour son hôte principal. J'accompagnai la s?ur du curé dans une salle basse, dont les deux fen?tres a rideaux blancs s'ouvraient sur un petit jardin tout verdoyant ; les meubles modestes de cette chambre reluisaient de propreté ; un seul fauteuil de vieille tapisserie, placé pres d'une petite table surmontée d'une biblioth?que de bois noir et d'un Christ en ivoire, semblait la place habituelle du pr?tre ; la chaise de sa s?ur et son rouet étaient proche de l'autre fen?tre : cette femme s'y assit et se mit a filer sans mot dire.

Craignant qu'elle ne gardât le silence par réserve ou par mesure, et voulant d'ailleurs satisfaire ma curiosité, vivement excitée par le récit de mon guide, je demandai a cette femme s'il y avait longtemps que la propriété était a vendre.

La s?ur du pr?tre me répondit avec un nouveau soupir : - Elle est a vendre depuis trois mois, monsieur.

- Mais, madame, les propriétaires ne l'habitent plus ? 

- Les propriétaires, me dit-elle avec une grande expression de tristesse ; non, monsieur, ils ne l'habitent plus. Et voyant sans doute que j'allais lui adresser une autre question, elle ajouta, les larmes aux yeux : - Excusez-moi, monsieur ; mais mon fr?re vous entretiendra a ce sujet. 

De plus en plus étonné, mais n'osant pas insister, je me rejetai sur quelques banalités, sur la vue, la beauté des sites, etc., etc.

Au bout d'une demi-heure ou frappa : c'était le curé, sa s?ur alla lui ouvrir, et l'informa sans doute du sujet de ma visite.

Ce pr?tre, qui pouvait avoir trente ans, portait le costume sév?re de sa condition ; il n'était pas contrefait, mais il ressemblait extr?mement a sa s?ur : m?me laideur, m?me expression de douceur et de bonté, jointe a une apparence chétive et souffrante, car il était petit, fr?le et tr?s-pâle : il avait un accent méridional beaucoup moins prononcé que sa s?ur, et ses formes étaient réservées mais polies.

L'abbé m'accueillit avec une sorte de froideur que j'attribuai a sa crainte de ne trouver en moi qu'un importun, attiré seulement par une indiscr?te curiosité ; car, d'apr?s le peu de mots dits par sa s?ur, je comprenais qu'il s'était passé quelque fatal événement dans cette maison, et le curé pouvait supposer que, vaguement instruit a ce sujet, je venais seulement chercher des détails plus circonstanciés.

Désirant le mettre en confiance avec moi, je lui dis franchement que je désirais trouver une propriété tr?s-isolée, tr?s-calme, tr?s-solitaire ; qu'on m'avait parlé de celle qu'on voulait vendre comme remplissant presque toutes ces conditions, et que je venais a lui pour en ?tre sérieusement informé.

La froideur glaciale de l'abbé ne fondit pas a cette ouverture, et, apr?s l'échange de quelques mots insignifiants, il me demanda si je voulais voir la maison.

Je lui répondis que j'étais absolument a ses ordres, et nous nous levâmes pour sortir.

Alors sa s?ur prit un paquet de clefs dans une armoire, et les lui remit en disant les larmes aux yeux :

- Mon Dieu ! mon Dieu ! Joseph... cela va vous faire bien du mal, car vous n'y ?tes pas entré depuis... 

Le jeune pr?tre lui serra tendrement la main, et répondit avec résignation :

- Que voulez-vous, Jeanne !... Il fallait bien que cela arrivât un jour ou l'autre. 

Nous sortîmes.

Le silence opiniâtre que semblait vouloir garder le curé a propos d'événements qui irritaient de plus en plus ma curiosité me fut fort désagréable : mais, sentant que la moindre question sur un sujet qui paraissait affecter si profondément ces deux pauvres créatures serait peut-?tre cruelle et probablement inutile, je me décidai a demeurer dans toute la rigueur de mon rôle de visiteur et d'acheteur.

Nous sortîmes du presbyt?re, et, gravissant une rue assez escarpée, nous arrivâmes devant une petite porte, de chaque côté de laquelle s'étendait un long mur yr?s-élevé.

Cette apparence était plus que simple : cette muraille de pierres brutes, seulement jointes par un ciment tr?s-solide, il est vrai, paraissait ruinée : la porte semblait vermoulue ; mais lorsque, l'abbé l'ayant ouverte, j'entrai dans le paradis caché par ce grand mur, en vérité, je compris et admirai plus que jamais le go?t si sage, si égo?ste et si bien entendu des Orientaux, qui tâchent a rendre les dehors de leurs habitations les plus insignifiants, et souvent m?me les plus délabrés du monde, tandis qu'au contraire ils en ornent l'intérieur avec le luxe le plus éblouissant et le plus recherché.

Cette habitude m'a toujours semblé charmante, comme contraste d'abord, et puis parce que j'avoue n'avoir jamais bien pénétré le but de ce déploiement extérieur de peintures et de sculptures si généreusement étalées pour les passants, qui répondent d'ordinaire a cette attention délicate en couvrant d'immondices ces beautés architecturales et monumentales, comme on dit. C'est bien un contraste, si l'on veut ; mais celui-la ne me plaît pas. En un mot, n'est-il pas de meilleur go?t de cacher au contraire une délicieuse retraite, et de jouir ainsi d'un bonheur ignoré, au lieu de s'en pavaner pompeusement aux yeux de chacun, pour exciter l'envie ou la haine de tous ?

Mais, pour en revenir au paradis dont j'ai parlé, une fois la petite porte ouverte, j'entrai avec le curé, il la referma soigneusement et dit : - Ceci, monsieur, est la maison.

Puis, sans doute, absorbé dans ses souvenirs et voulant me donner le loisir de tout examiner, il croisa ses bras sur sa poitrine et il demeura silencieux.

Je l'ai dit, je restai frappé d'étonnement, et le spectacle que j'avais devant les yeux était si ravissant, qu'il me fit oublier toute autre préoccupation.

On ne voyait plus une pierre de la muraille de clôture dont j'ai parlé ; elle était a l'intérieur absolument cachée par une charmille touffue et par une haute futaie de ch?nes immenses.

Ensuite qu'on se figure, située au centre d'une vaste pelouse de gazon fin, ras, épais et miroité comme un tapis de velours vert, une maison de médiocre grandeur et de la construction la plus irréguli?re : au milieu, un corps de logis composé d'un seul rez-de-chaussée ; a droite, une galerie de bois rustique, formant serre-chaude, et aboutissant a une sorte de pavillon qui ne paraissait recevoir du jour que par le haut ; a gauche, en retour du corps de logis du milieu, et plus élevée que lui, une galerie a quatre ogives garnies de vitraux coloriés, et aboutissant a une tourelle tr?s-haute, qui dominait de beaucoup le reste de l'habitation.

Rien de plus simple apparemment que l'ordonnance de ce cottage ; mais ces bâtiments n'en étaient pour ainsi dire que la charpente, que le corps ; car tout son luxe, toute son indicible élégance, tout son éclat, venaient de l'innombrable quantité de plantes grimpantes qui, a part l'ouverture des fen?tres, qu'elles envahissaient encore ça et la par une brusque invasion de jasmins et de ch?vrefeuilles, couvraient d'un manteau de verdure et de fleurs de mille nuances toutes les murailles treillagées de cette délicieuse demeure, depuis le rez-de-chaussée jusqu'au sommet de la tourelle, qui semblait un immense tronc d'arbre rev?tu de lianes.

Puis une épaisse et large corbeille de géraniums rouges, d'héliotropes d'un lilas tendre et de lauriers-roses, régnait autour de la base des murs, et cachait sous ses grosses touffes de verdure, émaillées de vives couleurs, les tiges toujours gr?les des plantes grimpantes qui épanouissaient plus haut leurs trésors diaprés.

Le lierre d'Écosse, les rosiers, la vigne vierge, les gobéas a clochettes bleues, la clématite a étoiles blanches, entouraient de leurs épais réseaux les piliers de bois rustique qui formaient les montants de la serre chaude, et les supports de l'auvent d'un perron, aussi de bois, a dix marches recouvertes d'une fine natte de Lima ; sur chacune de ces marches était un immense vase de porcelaine du Japon, blanc, rouge et or, renfermant de ces grands cactus a larges pétales pourpres et au calice d'azur ; puis, comme le pied de ces plantes est nu et rugueux, de charmants petits convolvulus de Smyrne, a campanules oranges, les cachaient sous leur broderie verte et or ; enfin ce perron aboutissait a une porte de ch?ne fort simple, de chaque côté de laquelle étaient deux larges et profonds divans de Chine, faits de joncs et de bambous.

Tel était de ce côté l'aspect véritablement enchanteur de ce cottage, de cette oasis fraîche et parfumée, qui s'épanouissait comme une fleur magnifique et ignorée au fond des solitudes de cette province. Il est impossible d'exprimer par la froide ressource des mots toute la splendeur de ce tableau, qui empruntait a la seule nature son indicible somptuosité. Qui peindra les mille caprices de l'ardente lumi?re du midi se jouant sur le vif émail de tant de couleurs ? Qui rendra le bruissement harmonieux de la brise qui semblait faire onduler sous ses baisers caressants toutes ces corolles épanouies ? et ce parfum sans nom, mélange frais et embaumé de toutes ces senteurs, et cette bonne odeur de mousse et de verdure jointe a l'arôme pénétrant et aromatique du laurier, du thym et des arbres verts, qui pourra l'exprimer ?...

Mais ce qui est peut-?tre plus difficile encore, c'est de retracer les mille pensées diverses et accablantes qui me vinrent a l'esprit en contemplant la plus adorable retraite que l'homme rassasié des joies du monde ait jamais pu r?ver ; car je songeais que, malgré tant de soleil, de verdure, et de fleurs, ce délicieux séjour était a cette heure triste, désert, abandonné : qu'un affreux malheur avait sans doute surpris et écrasé ceux qui s'étaient si doucement reposés dans l'avenir. Le choix m?me d'un endroit si écarté, aussi loin de toute grande ville, ce luxe, cette recherche de bon go?t, témoignaient assez que l'habitant de cette demeure espérait y passer peut-?tre de longues et paisibles années, dans la sérénité méditative de la solitude, seulement ch?re aux esprits malheureux, désabusés ou pensifs.

Ces idées m'avaient attristé et longtemps absorbé ; sortant de cette r?verie, je regardai le curé il me parut encore plus pâle que de coutume, et semblait profondément réfléchir.

- Rien de plus charmant que celle maison, monsieur, lui dis-je. 

Il tressaillit brusquement, et me répondit avec politesse, mais toujours avec froideur :

- Cela est charmant, en effet, monsieur. 

Et poussant un navrant soupir :

- Voulez-vous a cette heure visiter l'intérieur de la maison ? ajouta-t-il. 

- La maison est-elle meublée, monsieur ? 

- Oui, monsieur, elle est a vendre ainsi que vous l'allez voir, a part quelques portraits qui seront retirés. 

Et il soupira de nouveau.

Nous entrâmes par le perron de verdure dont j'ai parlé.

Cette premi?re pi?ce était un salon d'attente, éclairé par le haut et rempli de tableaux qui paraissaient d'excellentes copies des meilleurs maîtres italiens : quelques bas-reliefs et quelques statues de marbre d'un go?t pur et antique garnissaient les angles de cette salle, et quatre admirables vases grecs étaient remplis de fleurs, hélas ! desséchées, car il y avait des fleurs partout, et la elles avaient d? se m?ler merveilleusement a ces trésors de l'art.

- Ceci est l'antichambre, monsieur, me dit le curé. 

Nous passâmes et entrâmes dans une pi?ce garnie de meubles en bois de noyer, merveilleusement sculptés, dans le go?t de la renaissance ; quatre grands tableaux de l'école espagnole cachaient la tenture, et des fleurs avaient d? remplir de vastes jardini?res placées devant les fen?tres.

Toutes ces pi?ces étaient petites, mais leurs accessoires étaient du go?t le plus élégant.

- Ceci est la salle a manger, me dit le curé en continuant sa nomenclature glaciale ; puis nous arrivâmes par une porte ouverte, et seulement garnie de porti?res, dans un salon dont les trois fen?tres s'ouvraient sur la partie du parc que je n'avais pas vue. Le salon, a frises dorées, était tendu de damas ponceau ; les meubles, qui paraissaient ?tre de la belle époque du si?cle de Louis XIV, étaient aussi dorés ; et plusieurs consoles de marqueterie, comblées de magnifiques porcelaines de toutes sortes, complétaient l'ornement de cette pi?ce. Mais ce qui me plut surtout, c'est que la splendeur de ce luxe, ordinaire dans une ville, contrastait la délicieusement avec la solitude presque sauvage de l'habitation, et surtout avec la nature riante et grandiose qu'on découvrait des fen?tres du salon. 

C'était une immense prairie de ce gazon si frais et si vert que j'avais tant admiré ; a travers cette pelouse serpentait sans doute la rivi?re limpide et courante que j'avais plusieurs fois traversée en arrivant a ** ; de chaque côté de cette plaine de verdure s'étendait un grand rideau de ch?nes et de tilleuls branchus jusqu'a leurs pieds, et deux ou trois bouquets de bouleaux a écorce d'argent étaient jetés ça et la dans cette énorme prairie o? paissaient plusieurs vaches suisses de la plus grande beauté ; enfin, a l'horizon, dominant plusieurs collines étagées, on voyait se découper hardiment la cr?te brumeuse et bleuâtre des derni?res montagnes qui terminent la chaîne des Pyrénées orientales.

Cette vue était d'une haute magnificence, et, je le rép?te, cette nature si grandiose, encadrée dans l'or et la soie de ce joli salon, avait un singulier caract?re.

- Ceci est le salon, me dit le curé ; et nous entrâmes alors dans la serre chaude bâtie en bois rustique. On y voyait un grand nombre de belles plantes exotiques, profondément encaissées, de sorte que l'hiver cette serre devait avoir l'aspect d'une délicieuse allée de jardin. Devant une porte qui la terminait le curé s'arr?ta, et au lieu de l'ouvrir il revint sur ses pas. 

Mais, lui montrant cette porte de bois d'un charmant travail gothique, flamand sans doute et léger comme une dentelle, je dis a l'abbé :

- O? m?ne cette porte, monsieur ? ne peut-on pas voir cet appartement ? 

- On peut le voir, monsieur, si... vous le désirez absolument, me dit le curé avec une sorte d'impatience douloureuse. 

- Sans doute, monsieur, répondis-je ; car, plus j'avançais dans l'examen de cette demeure, plus mon intér?t augmentait. Tout jusqu'alors me révélant, non-seulement l'élégance la plus choisie, mais de nobles habitudes d'art et de poésie, je pensais que jamais un esprit vulgaire n'aurait ni choisi ni embelli sa résidence de la sorte. 

- Veuillez donc, monsieur, entrer la sans moi, me dit l'abbé en me donnant une clef. C'était son... Puis il reprit : C'est un salon de travail. 

J'y entrai.

Cette pi?ce, évidemment occupée d'ordinaire par une femme, était demeurée absolument dans l'état o? celle qui l'habitait l'avait laissée : sur un métier a tapisserie on voyait une broderie commencée ; plus loin, une harpe devant un pupitre chargé de musique ; sur une table, un flacon et un mouchoir déployé ; un livre ouvert était pr?s d'un panier a ouvrage : je regardai, c'était le deuxi?me volume d'Obermann.

Profondément ému en songeant qu'un malheur affreux et subit avait tranché sans doute une existence qui semblait si poétique et si heureusement occupée, je continuai d'observer avec une dévorante attention tout ce qui m'entourait... Je vis encore une assez grande biblioth?que remplie des meilleurs poëtes français, allemands et italiens : a côté, un chevalet sur lequel était la plus délicieuse ébauche de portrait d'enfant qui se p?t voir, une adorable petite figure d'ange de trois ou quatre ans, aux yeux bleus et aux longs cheveux bruns. Je ne sais pourquoi il me sembla follement qu'une m?re seule pouvait ainsi peindre... et qu'elle ne pouvait ainsi peindre que son enfant. Toutes ces découvertes, en m'attristant, irritaient du plus en plus mon intér?t et ma curiosité : aussi je me résolus a tout employer pour pénétrer le secret si opiniâtrement gardé par le curé.

Ce portrait d'enfant, dont j'ai parlé, était placé pr?s d'une des fen?tres qui éclairaient cette pi?ce ; machinalement j'en écartai le rideau. Que vis-je ? A une lieue au plus... la mer !... la Méditerranée !... qui étincelait comme un immense miroir d'azur dans lequel le soleil se serait ardemment reflété... la mer qu'on voyait entre le versant de deux collines qui s'abaissaient doucement...

Cette vue était magnifique, et je pensais qu'elle devait surtout se révéler dans toutes ses splendeurs a l'âme poétique qui avait laissé dans cette demeure tant de traces touchantes de sa nature noble et élevée.

Un instant je détournai ma vue de ce majestueux spectacle pour la reposer un moment et l'y attacher encore ; j'aperçus alors un objet que je n'avais pas encore remarqué : c'était un portrait d'homme posé sur un chevalet recouvert de velours bleu. Dans l'esp?ce d'ovale que formaient a leur sommet les deux branches de chevalet en se recourbant, je vis un chiffre composé d'un A et d'un R, surmonté d'une couronne de comte. Ce portrait était dessiné au pastel... Ayant quelques connaissances en peinture, j'y reconnus facilement la m?me main qui avait ébauché la figure d'enfant.

La t?te, attachée a un col svelte et élégant, se détachait pâle et éclatante d'un fond rouge-brun tr?s-sombre, et des v?tements enti?rement noirs, coupés, par fantaisie sans doute, a la mode de Van-Dyck.

Cette figure, jeune et hardie, avait un caract?re frappant de haute intelligence, de résolution et de grâce que je n'oublierai de ma vie. L'ovale en était allongé, le front haut, proéminent, tr?s-découvert, tr?s-uni, sauf un pli extr?mement prononcé qui séparait les sourcils, dont l'arc, non plus que celui des orbites, semblait presque insensible, tant il était droit ; les cheveux châtain clair, rares, fins et soyeux, et rejetés en arri?re, ondoyaient lég?rement sur les tempes ; les yeux fort grands, fort beaux, d'un brun de velours, a l'iris orangé, semblaient peut-?tre trop ronds ; mais leur regard fier, profond, méditatif, chargé de pensées, semblait annoncer un esprit de premier ordre ; enfin un nez aquilin et un menton a fossette, saillant et bien carrément dessiné, auraient donné a cette physionomie une expression hautaine et presque dure, si, contournant des l?vres minces et purpurines, un fin et imperceptible sourire, rempli de charme, n'e?t adouci, éclairé pour ainsi dire, ce que quelques parties du visage avaient de trop énergique et de trop accusé.

Depuis quelques minutes, je contemplais cette t?te si belle et si expressive, en me demandant si cet homme était le héros de la mystérieuse aventure que je cherchais a pénétrer... Puis je remarquai, a la différence extr?me des yeux, qui, chez l'enfant, étaient bleus et longuement fendus, beaucoup de points de ressemblance entre le portrait de cet inconnu et la délicieuse ébauche de figure d'ange qui était aupr?s.

Mais bientôt j'entendis la voix émue de l'abbé qui, sans entrer, me demandait si j'avais tout vu et assez vu...

Je le rejoignis, il ferma la porte, et nous traversâmes de nouveau la galerie. J'y aperçus une chose puérile peut-?tre, mais qui me serra cruellement le c?ur : en un mot, pr?s du salon, était une voli?re a grillages dorés, dans laquelle je vis morts... plusieurs pauvres petits bengalis et bouvreuils.

Douloureusement oppressé, et déplus en plus intéressé, je voulus mettre le pr?tre en confiance, en lui exprimant combien j'étais touché de ce que je voyais, moi qui ne connaissais m?me pas ceux qui avaient habité ce séjour ; mais, soit qu'il ne p?t surmonter son émotion, soit qu'il craignit de profaner son chagrin en en confiant la cause a la lég?reté d'un étranger, il éluda de nouveau toute ouverture a ce sujet, et me dit avec effroi :

- Il ne reste maintenant a voir, monsieur, que la galerie et la tour qui forme un autre cabinet d'étude. 

Nous repassâmes dans le salon d'entrée, nous traversâmes une biblioth?que, une longue galerie a vitraux coloriés, remplie de tableaux, de sculptures, de curiosités de toute esp?ce, et nous arrivâmes a la tour qui communiquait a cette galerie par quelques marches.

J'entrai ; cette fois l'abbé m'accompagna résolument, bien que je m'aperçusse que de temps a autre il essuyait de sa main ses yeux humides de larmes.

Dans cette vaste salle ronde, tout révélait des go?ts studieux et réfléchis : c'était un ameublement sév?re, beaucoup d'armes de prix, quatre grands portraits de famille, qui paraissaient embrasser un intervalle de cinq si?cles, bien que séparés par une lacune de pr?s de cent cinquante ans ; car le plus ancien des portraits rappelait le costume de guerre de la fin du quatorzi?me si?cle, tandis que les costumes des autres appartenaient seulement aux dix-septi?me, dix-huiti?me et dix-neuvi?me si?cles ; le portrait le plus récent représentait un homme qui portait l'habit d'officier général du temps de l'Empire et un cordon rouge en sautoir.

Je remarquai encore beaucoup de cartes et de plans topographiques, chargés de notes abrégées et pour ainsi dire hiéroglyphiques ; mais ce qui me frappa vivement, ce fut un portrait de femme, posé sur un chevalet tout pareil a celui que j'avais déja remarqué ; seulement il ne portait pas de couronne a son sommet, on n'y voyait qu'un chiffre composé d'un M et d'un V entrelacés.

Par une savante combinaison du peintre, ce portrait, peint sur un fond d'or, rappelait, par son caract?re magnifiquement na?f, quelques-unes de ces adorables figures de Vierges de l'école italienne, de la fin du seizi?me si?cle ; joignez a cela que tout ce que Raphaël a jamais r?vé de plus candide, de plus pur et de plus suave, dans l'expression de ses madones, rayonnait doucement sur cette divine physionomie : ses cheveux bruns, lisses et brillants se collaient sur son front charmant, ceint d'une petite héronni?re d'or... puis, suivant la ligne des tempes d'une blancheur si éblouissante qu'on semblait y voir le réseau bleu des veines, descendaient jusqu'au bas de ses joues, délicatement rosées ; ses grands yeux bleus, d'une sérénité pensive et presque mélancolique, semblaient me suivre de leur long regard, a la fois calme, noble et bon ; ses l?vres, d'un pâle incarnat, ne souriaient pas, mais elles avaient une expression de grâce sérieuse, réfléchie, impossible a rendre ; et leur coupe, ainsi que celle du nez droit et mince, était d'une beauté exquise et d'une pureté antique ; enfin, une sorte de tunique d'un bleu tr?s-tendre, qui, laissant a peine voir la neige des épaules, se nouait autour d'une taille de la plus rare élégance par un cercle d'or bruni, complétait ce portrait, on le rép?te, d'une na?veté pleine d'élévation, de charme et de poésie.

A force d'examiner curieusement ces traits d'une perfection si idéale, je trouvai dans le regard une expression qui me rappela la figure d'enfant : car je me souviens que les yeux de cet ange étaient aussi tr?s-grands et d'un bleu limpide et profond, mais que le bas de son visage et son vaste front rappelaient, davantage le portrait d'homme qui m'avait tant frappé.

Je ne sais pourquoi je m'imaginai que cet enfant appartenait a ces deux personnes : mais o? était-il ? o? étaient a cette heure son p?re et sa m?re : son p?re d'une beauté si fi?re et si résolue ; sa m?re d'une beauté si douce et si pure ?

Était-ce lui ? était-ce elle ? était-ce tous deux, tous trois, qu'un épouvantable malheur avait frappés ?

" Oh ! me disais-je, si les dehors tant expressifs de la physionomie ne trompent pas, dans quel Éden enivrant devaient vivre ces deux nobles créatures ! Pouvoir vivre ainsi avec un enfant adoré, au milieu de cette délicieuse et profonde solitude, embellie par les trésors de la nature et de l'art !

" Avoir assez la conscience du bonheur et du beau pour s'isoler au milieu d'un monde de génies de toutes sortes ! Pouvoir, quand la voix du c?ur se tait, jouir en silence de cette extase recueillie, et se distraire de ces délices par d'autres délices ; se parler encore d'amour par la voix sublime des divins poëtes de tous les âges, ou par l'harmonie céleste des grands maîtres, mélodie ravissante qu'une main chérie fait vibrer a votre oreille ; comparer enfin l'exquise beauté qu'on idolâtre, l'expression inimitable de ses traits, a tous les prodiges de l'art, et se dire avec orgueil : Elle est plus belle ! ! pouvoir en en mot puiser sans cesse a cette triple source de poésie, et voir son amour, fécondé par cette divine rosée, fleurir chaque jour plus radieux et plus épanoui ! glorifier enfin le Créateur de toutes choses, dans la félicité que nous sentons, dans la femme que nous aimons ! dans les magnificences dont nos yeux et notre âme sont éblouis, oh ! voila sans doute, me disais-je, voila la magnifique existence que menaient ces deux ?tres ! "

Mais la voix br?ve et triste de l'abbé me rappela de ces idéalités.

Je tressaillis, et je le suivis, bien décidé a pénétrer ce secret.

Bientôt le soleil s'obscurcit : la matinée, qui avait été fort belle, s'assombrit ; le ciel se chargea de nuages, quelques gouttes d'eau tomb?rent.

- Il n'y a pas d'auberge ici, me dit le curé ; vous ?tes a cheval, monsieur, le temps menace d'un orage de montagne, et si l'ouragan est fort, la petite rivi?re que vous avez trouvée guéable deviendra, pendant quelques heures, un torrent rapide ; veuillez donc accepter une pauvre hospitalité dans le presbyt?re jusqu'a ce que la tourmente soit apaisée : votre guide et ses chevaux trouveront place dans la grange. 

J'acceptai, ravi de cette offre qui pouvait servir ma curiosité : nous rentrâmes.

- Eh bien, Joseph ? dit Jeanne au curé d'un air profondément ému. 

- Hélas ! Jeanne, que la volonté de Dieu soit faite ! mais j'ai bien souffert, et je n'ai pas eu le courage d'entrer chez elle... 

Jeanne essuya une larme, et alla s'occuper des moyens de me recevoir aussi bien que possible dans cette modeste demeure.

Bientôt l'orage éclata avec tant de violence, que je me décidai a passer la nuit au presbyt?re de **.

 

Rozdział 4. DZIENNIK NIEZNAJOMEGO. HELENA - ŻAŁOBA.

 

Miałem lat dwadzieścia; powracałem z długiéj podróży, odbytéj do Hiszpanii i Anglii, przedsięwziętéj pod dozorem mego nauczyciela, człowieka rozsądnego, skromnego, światłego i mającego ustalone zdanie. Za powrotem do Serval, posiadłości, w któréj mój Ojciec od dawnych już lat osiadł, zastałem go niebezpiecznie chorym; nigdy w życiu niezapomnę widoku, jaki mnie za przybyciem uderzał.

Zamek ten, niezmiernie samotny i wznoszący się po nad nędzną wioską, stał odosobniony na skraju wielkiego lasu; była to obszerna i gotycka budowa z cegieł poczernionych wiekiem; wnętrze jéj składało się z wielkich pokoi rozgłośnych i słabo oświeconych długiemi oknami o małych szybkach; nasi ludzie nosili żałobę po mojéj matce, którą straciłem podczas mojéj podróży; prawie wszyscy byli to starzy domownicy, i nic posępniejszego jak widzieć ich przyodzianych czarno, postępujących w milczeniu przez te gmachy posępne i ogromne, i odbijających się zaledwie od ich tła czerwonego lub ciemno-zielonego, gdyż tego koloru były wszystkie obicia w tém starożytném mieszkaniu.

Wysiadłszy z powozu przyjęty zostałem przez kamerdynera mojego Ojca: niewyrzekł do mnie ani słowa, lecz oczy jego łzami były zroszone.

Poszedłem za nim; przebyłem długą galeryę, postrach moich nocy dziecinnych, jak w dzień była moją radością. Zastałem Ojca w jego gabinecie; chciał wstać aby mnie uściskać; lecz sił mu zabrakło, zdołał tylko do mnie ręce wyciągnąć.

Zdał mi się być nadzwyczaj zmieniony: - opuściłem go jeszcze silnego i rzeźnego, znalazłem słabego i znękanego: wysoka jego kibić pochyliła się, zniknęła otyłość; był blady, mizerny, a konwulsyjny i nerwowy uśmiech, wyciśnięty ciągłą boleścią, nadawał jego twarzy dumnéj i surowéj niewysłowiony wyraz zwykłego cierpienia.

Zawsze bardzo obawiałem się mojego Ojca. Rozum jego był obszerny, poważny, zastanawiający się, a chwilami zimno ironiczny; nauka jego zadziwiająca i niezmiernie urozmaicona, charakter jego dumny i rozkazujący, przywyknienia jego poważne, myślące i milczące, obejście się jak najzimniejsze, zasady rzadkiéj gruntowności, dobroć jego dla mnie nadzwyczajna w istocie, lecz bynajmniéj niewynurzająca się; wzbudzał też we mnie raczéj poszanowanie głębokie i lękliwe, pokorną wdzięczność, niżeli przywiązanie pełne zaufania i wynurzające się, jakowe czułem ku matce.

Porzuciwszy wcześnie służbę, pomimo nalegań Napoleona, który lubił jego żelazną wolę i niezmordowaną czynność, ojciec mój żył prawie ciągle w swych dobrach, lecz, rzecz dziwna i nieprzyjmując nigdy nikogo. Nasza rodzina tak się zmniejszyła przez rozmaite wojenne wypadki, że prócz siostry mojego Ojca, niemieliśmy więcéj krewnych, tylko powinowatych bardzo dalekich, których niewidywaliśmy nigdy.

Teraz, kiedy wiek i doświadczenie dozwalają mi ocenić i porównać moje wspomnienia, ojciec mój pozostaje w mych oczach jedynym prawdziwym odludkiem, jakiego kiedykolwiek napotkałem; gdyż nienależał do liczby owych odludków którzy szukają ludzi, aby im powtarzać codziennie że ich nienawidzą i chcą od nich uciekać, lecz był odludkiem, który najzupełniéj zerwał z niemi wszelkie stosunki. Nadaremnie też badam mych wspomnień dzieciństwa i młodości, nieprzypominam sobie abym widział że Ojciec mój miał przyjaciela, lub jak to nazywają prostą tylko znajomość. Moja matka, ciotka, i kuzynka Helena, młodsza odemnie o trzy lata, były jedynemi osobami, które kiedy niekiedy przybywały nas odwiedzać: nieprzesadzam bynajmniéj, matka mi to powiedziała, przez lat blisko trzydzieści, które Ojciec mój przepędził w Serval... ani jedna obca osoba tam się nieukazała.

Ojciec mój dużo polował, lecz sam; lubił namiętnie konie i rolnictwo na wielką skalę. Takowe zatrudnienia, oraz te, które łożył około mego wychowania którym sam się zajmował, dopóki mnie nieoddał w ręce nauczyciela, abym wraz z nim podróżował zajmowały prawie wszystkie jego chwile; dobra jego były także znaczne, a niechcąc nigdy trzymać zarządcy, wspierany jedynie przez mą matkę, która bardzo była rządna, sam się zajmował rozrządzaniem swojego majątku; nakoniec czytanie, doświadczenia naukowe, a nadewszystko długie przechadzki samotne, uzupełniały dni jego.

Skoro wyjechałem w tę nieszczęsną podróż podczas któréj miałem ją utracić. matka moja mając we śnie niejako przeczucie tego nieszczęścia, powiedziała mi to; aleśmy to ukryli przed Ojcem, nie dla tego aby się go lękała, lecz że zawsze czynił na niéj wrażenie surowością swego umysłu, a lękała się nadewszystko jego srogiéj ironii, nieoszczędzającéj nigdy uczuć poetycznych, egzaltowanych i romansowych.

Niemogłem więc uściskać matki po raz ostatni; nie mówię o moim żalu; była to jedyna osoba w święcie, któréj śmiałem wszystko powiedzieć i powierzyć. Moja ciotka i córka jéj Helena przybyły zamieszkać w Serval od czasu śmierci méj matki, a to prawie pomimo woli mego ojca; bo chociaż jego zdrowie zdawało się coraz pogorszać, zwykła jego potrzeba żyć samotnie i w cichości jeszcze się bardziéj zwiększyła.

Prowadziłem wówczas życie bardzo smutne i bardzo rozdzierające dla mojego serca: z rana ojciec przywoływał mnie do swego łóżka: kamerdyner przynosił mu duży kufer, w którym zamknięte były rejestra, dotyczące się zarządu naszych dóbr; i codziennie uwiadamiał mnie o postępie naszych interessów, z zimną dokładnością, która mnie dreszczem przeszywała; późniéj, dał mi do przeczytania swój testament, z równymże pozorem nieczułości; łkania mnie zaduszały, niezdawał się tego postrzegać; kończył zwykle ten rodzaj przypuszczania mnie do przyszłego zarządu, majątku który mi pozostawiał, kilku objaśnieniami, uczynionemi pokrótce, i przerywanemi długiém milczeniem.

Objaśnienia te wykrywały sąd o rzeczach najpewniejszy, oraz najprawdziwszą i najbardziéj zgłębioną znajomość nędz, lub raczéj tego, co nazywał koniecznością moralną położenia ludzkiego; gdyż uderzającą cechą charakteru mego ojca był sposób widzenia dziwnie spokojny i bez interesowany, słabości nieoddzielnych od naszego rodzaju; gdyż wedle niego byliśmy zmuszeni przypuścić, jako wypływające z naszéj moralnéj organizacyi, pewne fakta, pewne instynkta podłe i samoistne, których najszlachetniejsze charaktery uniknąć niemogły; uważał równie niepotrzebnie ukrywać lub zaprzeczać tę ranę, jak ganić ludzi że byli nią dotknięci.

I tak, jeśli kto żądał od niego jakieéj łaski przytaczał sobie, lub temu którego zobowiązał, powody, które w ogólności sprowadzają niewdzięczność, potém jednakże wyświadczał usługę z uprzejmością najdoskonalszą.

Słowem, sens moralny rozmów które z nim miewałem, a które z jego strony składały się z fraz krótkich, zwięzłych i nerwowych, potwierdzał: - "że, ponieważ sprężyną wszystkiego było złoto, kiedy najpiękniejsze charaktery, raz wystawione na passowanie się z potrzebą, poniżały się niekiedy aż do podłości, trzeba więc było pozostać bogatym, aby pozostać uczciwym człowiekiem; - że każde poświęcenie miało swą myśl poprzednią; - że każdy człowiek był przekupnym, lecz że wartość, chwila i moneta każdego zmieniały się, względnie do charakterów indywidualnych; - że każda przyjaźń musząc mieć koniecznie swoje zaprzeczającą godzinę, próżną było rzeczą rachować na uczucie, które kiedyś nas zawiedzie; - nakoniec, wedle tych straszliwych maksym, powinienem był sądzić się szczęśliwym, że niemam ani brata, ani siostry, i że tym sposobem mogę być czystym od wszelkiego bratobójstwa pieniężnego: człowiek tak będąc utworzony, iż w braterstwie widzi prawie tylko zawsze umniejszenie dziedzictwa, - gdyż, dodawał mój Ojciec, - bardzo się mało znajdzie takich, pomiędzy najczystszemi, którzy mogliby zaprzeczyć, iż choć raz w życiu niepomyśleli, licząc majątek którym się dzielili: - Gdybym byt sam!"

Niezdołam wyrazić jak bardzo te zdania, może w istocie najściśléj prawdziwe, lecz których potwierdzenie tak było rozpaczne i tak przesadzone, z tak zimną krwią przytaczane przez mego Ojca umiérającego, przerażały mnie!

Nauczyciel mój, człowiek dokładnie rzeczy widzący, lecz miernym rozumem uposażony, nigdy przedemną niewspomniał o żadném zagadnieniu filozoficzném. Rozum mój, w tym przedmiocie, pozostał niejako martwy i uśpiony; lecz dowcip mój, na szczęście przysposobiony przez korzystne wychowanie i wczesne nawyknięcie do czynienia uwag, co pochodziło z mego życia samotnego i doświadczeń nabytych w podróży, gotów był przyjąć zaród wszystkich myśli, dobrych lub niebezpiecznych, które żywość méj wyobraźni miała szybko rozwinąć.

To też, smutne i gorzkie te nauki pozostały jedynym i głębokim korzeniem wszystkich mych myśli! Późniéj mogłem je zmienić, zaszczepić na nich niejako inne wyobrażenia, lecz zawsze pozostanie w nich ślad goryczy pierwotnego soku.

Po tych smutnych rozmowach z moim ojcem, które trwały zwykle dwie godziny, ubierano go, lub raczéj obwijano w nakrycia ciepłe i lekkie; gdyż dawno jego rany pootwierały się, cierpiał tak okropnie iż nie mógł znieść nic ciężkiego; potém sadzano go w krześle na kółkach, i wożono go po słońcu, w zwierzyńcu.

Przez dziwną sprzeczność, ojciec mój, którego zawsze największym było zbytkiem i największą przyjemnością, jak najwytworniéj ten zwierzyniec utrzymywać, od chwili w któréj się uczuł naprawdę chory, zabronił najzupełniéj najprostszéj i najkonieczniejszéj nawet około niego roboty.

Trudno dać wyobrażenie o smutnym widoku jaki przedstawiały te obszerne aleje, pozostające ciągle okryte trawą i cierniem; te szpalery grabowe, niegdyś tak systematycznie poobcinane, lecz teraz opuszczone, i wypuszczające gałęzie gdzie się zdarzy; te kępy kwiatów, zeschłych w lecie, które zwykle wyrywa się na jesieni (bo właśnie byliśmy przy końcu owéj pory), a które ze wszech stron wznosiły swe łodygi czarne i uwiędłe. Powtarzam, nic bardziéj grobowego, jak ten widok zaniedbania i zniszczenia w domu zamieszkałym; gdyż ojciec mój rozciągnął tenże sam zakaz do najmniejszych codziennych naprawek: oderwana z zawiasy okiennica, komin wichrem obalony, pozostawały w takim stanie, do jakiego wiatr je przywiódł.

Po téj przechadzce, którą ojciec mój odbywał w milczeniu, z głową pochyloną na piersi, mając zwykle obok siebie, mnie, Helenę, lub moję ciotkę, przywożono go znowu do zamku, do jego gabinetu, który widzę jeszcze, oświecony trzema oknami, wychodzącemi na zwierzyniec, zawalony portretami familijnemi, obrazami i kosztownemi osobliwościami. Wielka biblioteka z czarnego drzewa zajmowała całą jednę stronę; u sufitu wisiał wielki żyrandol kryształowy. Lecz toż samo zaniedbanie, które panowało w zwierzyńcu, nadawało temu pokojowi charakter niewysłowionego smutku: gdyż obrazy, meble, wszystko okryte było kurzawą; gdy raz lokaj, pomimo zakazu, odważył się nieco zmieść kurzu, ojciec mój wpadł w gniew tak gwałtowny, że odtąd dozwolono nagromadzać się kurzowi, i pajęczynie wszędzie rozpościerać.

Mój ojciec pragnął tak sam pozostać przez dwie lub trzy godziny, po upływie których przychodzono brać go na powtórną przejażdżkę; która jedynie zdawała się go wyprowadzać z jego ponuréj oziębłości.

Celem jéj było widziéć w obszernéj zagrodzie konie wolno bujające: było ich, jak mi się zdaje, siedm czy ośm; a z tych trzy konie łowcze, na których ojciec mój lubił najlepiéj jeździć, przez czas bardzo długi; inne były to konie zaprzęgowe, także bardzo stare. Skoro mój ojciec ujrzał się w niemożności jeździć konno, lub wyjeżdżać powozem, rozkazał puścić wszystkie swoje konie na wolność w téj zagrodzie; warunek w jego testamencie rozkazywał wyraźnie, aby zwierzęta te tamże pozostały, dopóki niezdechną. Powtarzam, w téj tylko godzinie, ojciec mój wymawiał kilka rzadkich słów, przypominał w krótkich wyrazach polowanie, na którém ten lub ów koń się odznaczył; drogę, którą inny przebył z zadziwiającą szybkością; po téj przejażdce, przywożono go do domu na obiad.

Chociaż od dawna najlżejszemi tylko utrzymywał się pokarmy, pragnął ażeby stół jego, o który zawsze dbał bardzo, zastawiony był z tymże przepychem, jak kiedy mu zdrowie służyło, chociaż nic z tego nie jadł. Ciotka moja i Helena należały do tych milczących biesiad. zastawianych przez starych, biało włosych służących, ubranych czarno. Ojciec mój niemówił ani słowa, a żeśmy uważali, że hałas był dla niego nieznośny, zaledwie dozwalaliśmy sobie przemówić kilka słów jak najcichszym głosem.

Po obiedzie który trwał bardzo krótko, wracaliśmy do salonu; przysuwano szachownicę, i siadałem przy niéj naprzeciwko ojca: ustawiałem szachy, i zaczynaliśmy niby to partyę, gdyż Ojciec mój, zawsze głęboko zamyślony, nie grał wcale; tylko, w długich przerwach posuwał który szach, ja wystawiałem inny, także tylko dla kształtu... i milczenie daléj się ciągnęło; gdyż ojciec mój, w tym pozorze gry szukał tylko nadania sobie jakiegoś machinalnego zajęcia, niżeli znalezienia prawdziwéj rozrywki.

Przez ten czas moja ciotka czytała, a Helena blisko na godzinę siadała do fortepianu.

Muzykalna ta godzina, wraz z przejażdżką po zwierzyńcu, w którym była stadnina koni były dwoma jedynemi wypadkami dnia, które zdawały się czynić jakoweś wrażenie na moim ojcu; gdyż nie przestając poruszać na los szachów, mówił do Heleny, swym głosem poważnym i przenikającym: "Zagraj tę sztukę, proszę cię, Heleno."

Niekiedy, lecz bardzo rzadko, kazał powtarzać dwa lub trzy razy tę samę sztukę, w tedy wspierał się łokciami na szachownicy, ukrywał głowę w obu ręku, i zdawał się najgłębiéj zbierać wszystkie swe myśli...

Pewnego dnia tylko, gdy powtórnie zażądał téj saméj pieśni, postrzegłem oczy jego łzami zwilgocone, skoro podniósł swą twarz szanowną, tak srodze pooraną cierpieniami.

Sztuki, które kazał Helenie tak często powtarzać były w bardzo małéj liczbie i niezmiernie dawne: pomiędzy innemi był Biedny Jakub, Kawatyna z Don Juana Mozarta, jedna z symfonii Betowna, i dwie lub trzy dumki Paesiello; jedna nadewszystko, pod tytułem Śmierć Elwiry, melodya prosta, łagodna i smutna, zdawała się na nim czynić głębsze jeszcze wrażenie niżeli wszystkie inne; niekiedy też, wydając ciężkie westchnienie, mówił: "Dosyć... Neleno... Dziękuję ci moje dziecię... "Natychmiast ustawała muzyka i znowu głęboka następowała cichość. Niezdołam wypowiedziéć jak niewysłowioną tęsknotę obudzała we mnie ta scena, która powtarzała się tak codziennie; z jak duszném uniesieniem słuchałem tych śpiewów starodawnych, tak prostych, śpiewanych, półgłosem przez Helenę, którego dźwięk odznaczał się taką czystością i taką świeżością.

Salon, w którym zgromadzaliśmy się co wieczór, nazywał się salą Krzyżowca, gdyż jeden z naszych przodków, noszący krzyż święty, znajdował się tam wystawiony w płaskorzeźbie po nad ogromnym kominkiem kamiennym; pokój ten był obszerny, cały powleczony ciemno-czerwonym adamaszkiem. Ponieważ wzrok mego ojca bardzo był osłabiony, stawiano na fortepianie dwie lampy, przysłonione daszkami z zielonéj materyi, które tylko uchylone były od strony pulpitu; cały też pokój pogrążony był w ciemności, tylko jedna Helena, siedząca u fortepianu, sama była jasno oświecona.

Widzę jeszcze jéj piękne jasne włosy, tak zgrabnie zaplecione, i jéj białą szyję tak świetnie odbijającą od czarnéj peleryny; potém mego ojca, siedzącego przed naszą szachownicą, z głową pochyloną na piersi, w postawie zadumania, oświeconego tylko, podobnie jak ja, czerwonym i migającym połyskiem ognia... przemyśliwał o bliskim swoim zgonie, który widział i czuł z wolna się zbliżający. Powiedziałem, że jego nauka była prawie encyklopedyczną; niemając też praktycznych znajomości w nauce lekarskiéj, znał ją tyle, na nieszczęście, aby znać stan swego zdrowia i sądzić o nim z pewnością...

Na ośm dni przed śmiercią, w osłupiałość wprawił swych doktorów, pewnością wspartą na rozumowaniach, z jaką przed niemi rozwinął skutki nieuchronnie śmiertelne swéj choroby, i ile mu jeszcze, podług wszelkiego podobieństwa, pozostaje czasu do życia! A jednakże, z owém straszliwém przekonaniem, że każdy dzień coraz bardziéj zbliża go do grobu, nigdy ani chwili słabości lub widocznego żalu! nigdy najmniejszéj skargi! nigdy ani słowa ściągającego się do tego okropnego losu! Milczenie i zawsze milczenie! A życie jego każdo-dzienne, aż do dnia śmierci, było takiém, jakém je skreślił.

Dniem pierwéj przed tym okropnym wypadkiem, z rzadką jasnością myśli, wybadał mnie głęboko jakowym sposobem zamyślam rządzić moim majątkiem; zdawał się zadowolony, i rzekł mi:

- Podwoiłem majątek jaki mi Ojciec zostawił; te ulepszenia były stałym celem mego życia, gdyż chodziło o twoję przyszłość. Używaj miernie tych bogactw jeśli możesz. Pamiętaj na to, mój synu, że wszystko mieści się w złocie: i honor i dobre mienie. Staraj się nadewszystko abyś mógł żyć sam: Na tém zależy ielka nauka życia... Gdybyś znalazł kobiétę, podobną do twéj matki, ożeń się z nią... Lecz strzeż się uwielbień, które wzbudzi twój majątek; słowem, niewierz żadnemu pozorowi, dopóki go do głębi nieprzenikniesz... - Potém, pokazując mi duże biurko, dodał: - Rozkażesz spalić ten mebel, taki jak jest, ze wszystkiém co w sobie zawiera; wyjąłem z niego nasze familijne papiery: reszta powinna być dla ciebie obojętną. Zegnam cię, synu; zawsze byłem kontent z ciebie. 

A że, wśród łez, mówiłem mu o wiekuistości mego żalu, gdybym był tak okropnie nieszczęśliwy iżbym go utracił, słabo się uśmiechnął, i rzekł mi, swoim głosem zawsze spokojnym i poważnym: - Moje dziecię... po co mi prawić podobne próżności?... Niema nic wiekuistego, a nawet trwałego w uczuciach ludzkich;... radość, szczęście, nie są trwałemi.. i boleść i smutek jeszcze daleko krócéj trwają... Pamiętaj dobrze o tém, drogi synu. Jesteś wspaniały i dobry... kochasz mnie tkliwie... okropnie dręczysz się w téj chwili na samę myśl że mnie stracisz... Teraźniejsza twoja boleść jest prawdziwie tak silna iż zdaje się całą twoję przyszłość żałobnym całunem powlekać... a jednakże, ta drażliwość tak przykra; nie może, trwać niepowinna: prędzéj czy późniéj po mojéj śmierci.. Zaczniesz mniéj mnie żałować... potém szukać roztargnień, potém pocieszać się... potém zapominać o mnie.

- Nigdy, - rzekłem rzucając się na kolana przed łóżkiem ojca, i rękę jego łzami skraplając. 

Oparł z czułością swą rękę, już zimną na mojém czole, i mówił daléj: - Biedne ukochane dziecię! Dla czegóż zaprzeczać oczywistości... dla czegóż chcieć się usunąć z pod nieubłaganego prawa, któremu rodzaj ludzki ulega?... Niema, widzisz, w owém stopniowém ostyganiu żalów, kończących się na zapomnieniu, nic ohydnego ani złego... Nic naturalniejszego, nic bardziéj ludzkiego... Owszem, kiedyś nawet, używając dóbr które ci pozostawię, niedoznasz najmniejszego smutku; pomyślisz, przypuszczam, kiedy niekiedy o mnie, lecz rzadko... i bez udręczenia... Moje wspomnienie nigdy liczoném nie będzie w twych radościach, w twych uciechach, w twoich codziennych zamiarach; słowem, nieukażę się już więcéj śród twego życia kwitnącego i pełnego siły, chyba tak jak drzewo, które czas swój przeżyło i służy za nawóz dostarczający soku swym odziomkom... Nic prostszego, bardziéj ludzkiego i naturalniejszego, powtarzam ci.

- Ach! Ojcze, nie wierz temu, - zawołałem przerażony... owe bogactwa będą mi nienawistnemi, boleść moja będzie niepocieszoną... 

Lecz Ojciec mój dodał:

- Znowu nierozważna obietnica, moje dziecię; ośmdziesiąt tysięcy liwrów dochodu nie są nigdy nienawistnemi, i największa boleść zawsze znajdzie pocieszenie... Czyż nie wiem, o tém z własnego doświadczenia? czyż niedoświadczałem tego po śmierci mego Ojca; czyż tego niedoświadczysz po mojéj śmierci?... A jeśli będziesz miał syna, czyż równie tego po tobie niedoświadczy? Wierzaj mi moje dziecię; ja sądzę, że prawdziwa mądrość na tém zależy, aby się śmiało wpatrywać w nieubłaganą rzeczywistość, i nieuwodzić płonnemi nadziejami. Gdy raz na tym punkcie staniemy... skoro raz prawda rozproszy fałszywe widziadła... nienawidzimy dla tego bardziéj ludzi... gdyż czujemy, że równie jak oni ludźmi jesteśmy; lecz żałujemy ich głęboko, litujemy się nad nimi, wspieramy ich, bo nieraz czujemy się sami tak bardzo nieszczęśliwi! jeśli są niewdzięczni... ach! wówczas śledzimy we własnéj duszy, i nieraz znajdujemy, że mamy sobie do wyrzucenia niewdzięczność, która przed nami ich niewdzięczność usprawiedliwia... Bo widzisz, biedne moje dziecię, wszystko przebaczać, jestto wszystko rozumieć. Nakoniec przybywa wiek, chwila, w któréj obraz ich nędz, o których niewiedzą, lub które pokrywają, tak mocno nas wzrusza, lub tak wielką wzbudza w nas odrazę, iż tak każdy musi zrobić jak ja zrobiłem... porzuca ich i żyje samotny... Wówczas, moje dziecię, zamiast mieć ciągle przed oczyma, nieustanny i boleśny widok moralnych nędz ludzkości, patrzemy tylko na własne nasze nędze.. a jeszcze przepyszny widok natury, zastanawianie się umysłu, niewyczerpane i macierzyńskie słodycze nauki, mogę nas nieraz wydrzeć niezupełnéj i biednéj naszéj ludzkiéj naturze".... 

 

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

 

Nazajutrz po téj rozmowie, Ojciec mój już nie żył...

 

Rozdział 3. OPOWIADANIE.

 

Po trzech dniach przebytych w Probostwie ** już tyle Proboszcz miał we mnie zaufania, iż mi całkiem powierzył to, co wiedziało osobach, które mnie tak szczególnie zajmowały; staram się naśladować tutaj jego poważną i prostą mowę.

- Już od lat czterech byłem Proboszczem w téj małéj parafii, gdy posiadłość, którąśmy zwiedzili, zakupiona została dla Hrabiego Artura**, którego Pan widziałeś portret; co do jego familijnego nazwiska, o tém nie wiem najzupełniéj: mogę się tylko domyślać, że Hrabia pochodził ze szlachetnego i dawnego domu, sądząc, przynajmniéj, po tytule, i religijnéj prawie czci, którą oddawał, jak nieraz widziałem, starożytnym portretom, zdobiącym jego gabinet. 

Nim Hrabia Artur (bo nigdy niesłyszałem aby go inaczéj nazywano) przybył do téj wioski, poprzedził go jego powiernik, w towarzystwie architekta i kilku Paryzkich rzemieślników, którzy przeistoczyli, pospolite i proste pomieszkanie, znajdujące się tutaj, w roskoszne siedlisko które pan podziwiałeś; skoro ukończono roboty, odjechali robotnicy i powiernik został sam ze swoim panem. Chociaż ani moje położenie, ani mój charakter nie zgadzały się z wypytywaniem o osoby przybywające zamieszkać w téj małéj wioseczce, niemogłem jednak zapobiedz aby pewne poszepty, rozgłoszone zapewne przez najętych robotników, niedoszły aż do mnie; wedle tych poszeptów, Hrabia, który był bardzo bogaty, przybywał zamieszkać pomiędzy nami z kobiétą, która niebyła jego żoną... Zresztą, powiadano iż życie tego szlachcica, tak było niemoralne, gorszące i rozwiązłe, iż, chociaż niezupełnie zmuszony usunąć się całkiem od świata, takowy jednak ku sobie wzbudzał odstręt, z powodu pewnych awantur, iż widział się zmuszony żyć odtąd samotnie.

Łatwo pan zapewne pojmujesz, że pierwsze moje wrażenie musiało być; jeśli niezupełnie nieprzyjazne, to przynajmniéj niebardzo przychylne dla tego cudzoziemca, którego nie znam wprawdzie, lecz który, jeśli te domysły lub pogłoski były na czém ugruntowane, który dawać tu będzie zły przykład, gdyż, w oczach naszych biednych górali, stopień i majątek nowo przybyłych, będzie się niejako zdawał upoważniać ich występne postępowanie.

Myśli te uczyniły mnie więc nadzwyczaj niedowierzającym względem Hrabiego, i przyrzekłem sobie jak najmocniéj, gdyby czasem przypadkiem, którego nawet przypuszczać niemożna było, zaczął względem mnie czynić jakowe osobiste kroki uprzedzającéj grzeczności, okazać przynajmniéj moją surową i nieubłaganą obojętnością, iż powstaję przeciwko niemoralności życia tak nagannego.

Będzie więc temu przeszło dwa lata, jak Hrabia tutaj osiadł, z młodą kobiétą i dziecięciem, których widziałeś portrety. W kilka dni potém, odebrałem od niego bilet, w którym mnie prosił, jak o największą łaskę, o chwilę rozmowy. Niemogłem odmówić, i Hrabia stawił się przedemną. Chociaż postanowienie moje, przywyknienia, charakter, zasady, i pewien sposób widzenia niektórych rzeczy i niektórych ludzi, musiały mnie nadzwyczaj źle względem niego uprzedzić, pomimowolnie uderzony jednak zostałem jego znakomitą powierzchownością, gdyż jego to portret pan przed chwilą widziałeś; potém jego obejściem się poważném, grzeczném i cechującém jak najlepsze wychowanie, a nadewszystko jego rozumem wzniosłymi wszystko ogarniającym, który mi wykrył w długiéj rozmowie którą mieliśmy ze sobą, zaraz dnia pierwszego.

Zaczął od powiedzenia mi, że przybywszy zamieszkać w wiosce**, uważał jako powinność i przyjemność dla siebie odwiedzić mnie, i że byłby mi jak najwdzięczniejszy, gdybym rozporządził summą piędziesięciu dukatów, które mi dawać będzie miesięcznie, bądź na zaspokojenie potrzeb ubogich z méj parafii, bądź na ulepszenia, które osądzę potrzebnemi, prosząc mnie także abym się porozumiał z doktorem wiejskim, który częściéj daleko, dodał, wie o nędzach i cierpieniach, o których my, kapłani, nie mamy nawet wyobrażenia; zaklinał mnie wreście, abym raczył wierzyć, że, każde żądanie, mające na celu ulżenie jakiego cierpienia lub uprzedzenie nieszczęścia, będzie przez niego przyjęte i spełnione z najżywszym pośpiechem.

I cóż więcéj panu powiem! Hrabia okazał filantropię tak rozsądną, tak wzniosłą, tak głęboko oświeconą, iż mimo uprzedzenia jakie miałem przeciwko niemu, przyjęty jednak zostałem podziwieniem i uwielbieniem prawie, widząc iż człowiek, tak młody jeszcze, i który, jak mówiono, tak wielce nadużył wszelkich rozkoszy bogaczów i szczęśliwych tego świata, posiadał znajomość tak smutną i tak prawdziwą boleści i nędzy gminu, i tego co potrzeba było czynić lub przedsięwziąść, aby im przynieść ulgę lub niezawodną pociechę.

Ależ, niestety! przy końcu téj rozmowy, która mnie tak niewysłowionym owładnęła urokiem, a któremu, wyznać muszę, długo się opierałem, uprzedzenia moje powróciły silniéjsze niż kiedykolwiek; i nie wiem teraz czy mam się z tego chlubić, czy za to płonić, gdyż Hrabia wyznał mi, równie bez wstydu jak i bezbożnéj zarozumiałości, że nienależał do Wiar naszych, lecz że czuł jednak dla nich zbyt wielkie poszanowanie aby sobie miał z nich czynić igraszkę, i że téj jedynie przyczynie powinienem przypisywać powód, który go wstrzymywał od chodzenia do kościoła.

Co chciał Hrabia rozumieć przez te słowa: ŻE NIENAŁEŻAł, DO NASZYCH? Dotąd nie wiem tego. Czy chciał mówić o religiach Europejskich? Czy przez to chciał dać poznać że niebył ani Katolikiem, ani protestantem, ani z żadnéj sekty dyssydenckiéj, które różniąc się od Katolicyzmu, trzymają się go zawsze jednakże jakimś korzeniem Chrześciańskim? W téj chwili nawet jeszcze niewiem tego, chociaż niestety! widziałem Hrabiego wystawionego na najokropniejsze doświadczenie!...

Lecz, jakiem panu powiedział! to postanowienie nieuczęszczania do kościoła i nieprzystępowania do naszych świętych tajemnic, oburzyło mnie; widziałem w niem zrazu pogardny tylko pozór, przeznaczony na pokrycie występnéj obojętności; również jak widziałem tylko politowanie bez żadnéj zasługi prawie, w wystawnéj jałmużnie, którą ogromny jego majątek dozwalał mu czynić, bez najmniejszéj ujmy dla siebie.

Błądziłem w tém, bo nie poprzestał tylko na oschłém daniu mi samego złota: długo ze mną rozmawiał o nędzach biednego, i szukał wraz ze inną najlepszego sposobu stania mu się użytecznym; lecz powtarzam panu, jego zupełne niewierzenie w naszę religię uczyniło mnie niesprawiedliwym... o! bardzo niesprawiedliwym, jak pan sam zobaczysz, gdyż wymierzyłem cios mego świętego oburzenia przeciwka osobie najzupełniéj niewinnéj.

W niedzielę, która nastąpiła po mojéj rozmowie z Hrabią, postrzegłem klęczącą w kościele młodą kobiétę która wraz z nim mieszkała, a która, jak mówiono, nienosiła jego nazwiska. To była prawda; zresztą dowiedziałem się późniéj o tém. Związek ten był występny w oczach Boga i ludzi, lecz niestety! jeśli zbrodnia tych nieszczęśliwych była wielką., kara ich była straszliwą!... Wybacz mi pan, jeśli się rozczulam na to wspomnienie. Powiadałem więc panu, - mówił daléj proboszcz obcierając łzy, - iż ujrzałem, pewnéj niedzieli damę tę klęczącą w kościele; wstąpiłem na kazalnicę, i posunąłem się aż do czynienia wprost zastosowań, okrutnych nawet, w kazaniu które mówiłem, do obmierzłéj niemoralności wielkich bogaczów téj ziemi, którzy sądzą, dodawałem, iż zmniejszają swe błędy, rzucając ubogim pogardną jałmużnę; wywyższałem nieszczęśliwego który się modli, wierzy i podziela chléb którego sam łaknie, z nędzniejszym jeszcze od siebie; i zdołałem zaledwie w najzimniejszych wyrazach pochwalić bogacza, dla którego dobroczynność jest tylko łatwym zbytkiem. Posunąłem się nawet jeszcze daléj; wychwalałem znowu spokojne i cnotliwe życie ubogiego, który szuka zapomnienia swych cierpień w słodyczy związku pobłogosławionego przez Boga, i powstawałem gwałtownie przeciwko bogaczom, zdającym się deptać nogami każdą przyjętą moralność i znajdującym niejako złośliwą roskosz powstawania tym sposobem przeciwko powinnościom, które uważają, w swéj bezbożnéj dumie, jako niegodne siebie, i przydatne tylko, jak mówią dla nędzników.

Ach! panie, nie mogę sobie wyrzucać goryczy tych wyrazów, gdyż wyrażały jak wielce brzydzę się postępowaniem, które i w téj chwili uważam za równie występne jak wówczas, a jednakże od owego czasu, miałem słabość żałować tego... Otóż dnia tego, słysząc te słowa, którym oburzenie moje wielką moc nadawało, oczy wszystkich naszych górali zwróciły się natychmiast ku téj nieszczęśliwéj kobiécie, pokornie klęczącéj w pośrodku nich: głowa jéj hardziéj się pochyliła; nasunęła na twarz fałdy swéj zasłony, i zdało mi się po przerywanych poruszeniach ramionami, że bardzo płakała... Tryumfowałem, gdyż sądziłem żem obudził zgryzotę, dotąd może uśpioną, w duszy występnéj. Po skończoném nabożeństwie, powróciłem do probostwa.

Nie lękając się bynajmniéj gniewu Hrabiego? który mógł się sądzić obrażony temi zastosowaniami, zajęty jednak byłem mimowolnie przypuszczaniem co może o tém pomyśleć; nazajutrz odwiedził mnie. Gdy siostra uwiadomiła mnie o jego przybyciu, niemogłem się uchronić od pewnego wzruszenia; lecz znalazłem jego obejście równie uprzejme jak zwykle: niewspomniał ani słówka o wczorajszém kazaniu, rozmawiał długo ze mną o potrzebach naszych ubogich, i mówił mi o zamiarze założenia szkółki pod moim dozorem; udzielił mi swych myśli względem tego przedmiotu, ustanowił rozsądny i odznaczającą się różnicę, pomiędzy wychowaniem które należy dawać ludziom przeznaczonym do prac fizycznych, i tém, które odebrać powinni ci, których powołaniem są sztuki wyzwolone, i rozwijając w téj rozmowie, która znowu podciągnęła mnie pod swój urok, widoki najszczytniejsze i najbardziéj rozprzestrzenione, okazał rozum najdojrzalszy i najobszerniejszy; potém odszedł.

Niestety! Panie, nędze i słabości naszéj natury są tak niewytłómaczalne, iż mnie uraziła prawie pozorna obojętność Hrabiego dla mego kazania; zamiast cobym powinien widzieć w jego umiarkowaném postępowaniu pełną uszanowania uległość, jaką mi nakazywały moje przekonania i charakter.

Niedługo potém zbliżyła się jedna z wielkich kościelnych uroczystości; udawałem się na nią pewnego dnia dla słuchania spowiedzi naszych górali, gdy, zbliżając się do mego konfesyonału, postrzegłem pomiędzy wieśniakami tę samę kobietę, pokornie klęczącą, podobnie jak oni na twardych i wilgotnych kamieniach: długo czekała; przystąpiła nakoniec do trybunału pokuty. Bynajmniéj nie byłem pobłażającym dla naszych wieśniaków; lecz sam niewiem dla czego czułem się usposobiony do większéj jeszcze surowości względem osoby, którą stopień przez nią zajmowany, zdawał się daleko wyżéj od nich umieszczać. Głos téj damy był drżący, wzruszony; jéj wyrazy nieśmiałe i łagodne; i niezdradzając tutaj jednéj z naszych największych, najświętszych tajemnic, ponieważ, niestety! uwiadamiam pana o wypadkach teraz publicznych i wykrytych przez okropne nieszczęście, poznałem od tego dnia, a późniéj jeszcze lepiéj, duszę najszlachetniejszą i najbardziéj żałującą, lecz także najsłabszą i najwystępniejszą, pod względem swego winowajczego przywiązania do Hrabi **: przywiązania, które mi się zdało posunięte aż do zapału, który bym ośmielił się nazwać świętym i religijnym, gdybym się nielękał znieważyć słów podobnych.

I cóż panu więcéj mam powiedzieć! Po sześciu-miesięcznym pobycie w naszych stronach, Hrabia i owa dama, którą górale nasi nazwali niezadługo, w prostocie swojéj wdzięczności, Aniołem Maryą (gdyż nikt nie słyszał aby ją inaczéj nazywano jak Maryą) Hrabia i owa dama byli tak miłosierni, iż nieliczyliśmy już ani jednego nieszczęśliwego w téj parafii; co bardziéj, tak dziwna była ufność, którą niewyczerpana i światła dobroczynność téj duszy tak pięknéj wzbudziła w naszych góralach, że jeśli niekiedy wystawiałem im hazardowną śmiałość ich niebezpiecznych łowów, przypominając im, jak smutną byłaby przyszłość ich rodzin, gdyby przypadkiem zginęli, odpowiadali mi: Mój Ojcze, Anioł Marya temu zapobieży! Słowem, ta dama stała się Opatrznością téj wioski, i równie polegano na jéj opatrzności, jak na Opatrzności Boga Najwyższego. Po upływie roku, osoba ta, tak kochana, tak błogosławiona, mocno zachorowała; na tę wiadomość, nie będę panu powiadał, obawy, rozpaczy naszych wieśniaków, modłów, ofiarek, które za nią składali, zatrwożenia które całą ogarnęło wioskę.

Lękając się narazić ścisłéj surowości mego charakteru, chociaż Hrabia prawie codziennie mnie odwiedzał, nigdy dotąd nie byłem u niego, lecz gdy ta dama bardzo zachorowała, zażądała abym do niéj przyszedł: niemogłem się od tego wymówić. Znalazłem ją prawie umierającą...

Była to straszliwa chwila, nigdy jéj pobożność nie wykryła się tak żarliwa i tak głęboka, mojéj duszy rozczulonéj. Pocieszałem ją, napominałem; przez ośm dni, byliśmy w jak największéj o nię obawie; wreszcie, młodość ją zbawiła.

Nie będę także Panu mówił o okropnéj niespokojności hrabiego, przez ciąg téj choroby. Pewnéj nocy nadewszystko gdy powątpiewano o życiu téj damy, przeraził mnie... gdyż, z kilku słów, które mu się wymknęły... zrozumiałem że ta śmierć, któréj się lękał, mogłaby go znowu strącić ze sfery najszlachetniejszych uczuć... w przepaść największego zepsucia, i w téj chwili uwierzyłem w rzeczywistość pogłosek, które rozsiewano o Hrabi...

Nakoniec, Anioł Marya powróciła do zdrowia; zwolna piękność zaczęła na nowo zakwitać na téj szlachetnéj i powabnéj twarzy, na któréj walczyła bezprzestannie zgryzota, pochodząca z popełnienia wielkiego błędu, i przekonanie o szczęściu dość wielkiém, aby mogło bezprzestannie passować się z tą zgryzotą... Niestety! łaskawy panie, postanowiłem niepowracać więcéj do tego domu, lękając się, jakem panu powiedział, zkompromitować powagę mego charakteru, a jednakże powróciłem doń... Byłem występnym, bez wątpienia, lecz może zdołam być wymówionym w oczach Boga! gdyż ta niewiasta i Hrabia tak byli litościwemi dla nieszczęśliwych! dzięki jemu, dzięki jéj, mogłem nieść ulgę tylu nieszczęściom, iż mam nadzieję, że Bóg raczy mi wybaczyć, iż nieodepchnąłem ręki, rozsiéwającéj dobrodziejstwa z takiém rozpoznaniem i dobrocią!.. A prócz tego, ja, biedny kapłan, lubiłem nauki, sztuki piękne, a nikogo nie było w całéj wiosce z kim bym mógł o nich mówić, gdy tymczasem znajdowałem w Hrabi jedno z najwyższych pojęć które nietylko znałem, ale nawet napotkałem w książkach. Wiadomości jego były obszerne, głębokie, prawie powszechne; zdawało się iż wiele widział i podróżował, że nie był obcy w interesach publicznych, gdyż rozstrzygał rzadkie zagadnienia polityczne, które przypadek nasuwał w naszych rozmowach, z potężny i energiczną zwięzłością; sąd jego był jasny, przenikliwy, zgłębiający do gruntu rzeczy, lecz wtém osobliwy i dziwny, iż zdawał się wolny, bądź przez rozwagę, bądź przez obojętność, bądź przez pogardę, od wszelkiego zabobonu, od wszelkiéj współ-czułości przyczyny lub stronnictwa: zdania jego nieraz okropnie przerażały nieparcyalnością, upewniam pana... Lecz to najbardziéj przerażało mnie w Hrabi, że nigdy niesłyszałem aby wymówił choć słowo, wykrywające najmniejszą wiarę religijną. Chociaż prawie stanęła pomiędzy nami milcząca umowa, że nigdy niedotkniemy tych groźnych zapytań, jeśli wciągu rozmowy wysunęło mu się jakie słówko w tym przedmiocie, zdawało się być tak zimno bezinteresowne, iż może wolałbym, dla jego zbawienia, gdyby powstawał przeciwko tym wiekuistym prawdom lub je zaprzeczał; gdyż zdawałoby mi się podobieństwem, iż może kiedyś nawrócić się do zasad religijnych, gdy przeciwnie owa lodowata obojętność zdawała się niepozostawiać najmniejszéj nadziei.

A jednakże praktyczne jego postępowanie było najobszerniejszém i najwspanialszém zastosowaniem zasad chrystyanizmu! był to jego duch bez pisma. Nigdy prócz tego niesłyszałem pomiędzy nim a Maryą żadnéj religijnéj rozmowy, chociaż dziecię ich było pobożnie wychowane przez swą matkę w naszéj wierze. Często jednakże widziałem, jak oczy Hrabiego rosiły się łzami gdy ta, którą kochał, składając rączki tego małego aniołka, kazała mu się modlić do Boga; lecz zdaje mi się, że Hrabia bardziéj był rozczulony zachwycającą twarzyczką tego aniołka i naiwnym wdziękiem jego głosu, niżeli religijnemi myślami które wyrażał.

Dama ta posiadała także gruntowną i urozmaiconą naukę, dowcip znakomity, a nade wszystko pewien rodzaj niewysłowionego pobłażania, który rozciągał się do wszystkiego! Jeśli Hrabia, swemi gorzkiemi i uszczypliwemi wyrazy, powstawał przeciwko jakiemu charakterowi lub faktowi historycznemu lub tegoczesnemu,... ona starała się zawsze znaleść, w chatakterze najczarniejszym, w najsmutniejszym wypadku, dobry jakowy instykt lub uczucie wspaniałe, które je nieco usprawiedliwiały... Wówczas łzy cisnęły mi się do oczu, pomnąc że to był zapewne srogi zwrot na siebie sumę, nieustająca zgryzota, które czyniły tę biedną niewiastę tak uprzejmą na wszystko, jak gdyby czuła niestety! że będąc sama występną, nie miała prawa oskarżać nikogo...

A Hrabia, łaskawy panie, gdybyś wiedział z jak głęboką i prawie pełną poszanowania czułością do niéj przemawiał! jak jéj słuchał! z jak delikatną dumą umiał oceniać i na jaw wykrywać wszystko, co tylko było szlachetnego i wzniosłego w umyśle i sercu téj, którą tak bardzo kochał! jak twarz jego promieniała gdy się jéj przypatrywał! Ileż to razy widziałem jak na nię patrzał długo i w milczeniu, a potém nagle, jak gdyby mu słów zabrakło do wyrażenia tego co czuł, wznosił oczy do nieba, składając ręce z wyrazem szczęścia i podziwienia nie wysłowionego.

Ach! Panie, ileż to długich i miłych wieczorów przepędziłem poufale z temi dwoma osobami tak występnemi i tak cnotliwemi zarazem!... Ileż to razy ta dziwaczna i nieszczęsna sprzeczność w nieład wprawiła cały mój rozum! Ileż to razy, w lecie wieczorem, rozstawszy się z niemi, zamiast powrócić do probostwa szedłem przechadzać się po naszych górach, aby zastanawiać się śród większéj cichości, bardziéj pod okiem Boga, jeśli tak rzec można! O Panie!... wołałem, widoki Twoje są nieprzeniknione!... Ta kobiéta jest cudzołożnica i występna; czuje własną swą winę, kiedy ją bezustannie opłakuje, bardzo jest występną zapewne w Twoich oczach i w oczach ludzi! a jednakże, czyjeż życie bardziéj przykładniejsze bardziéj dobroczynne! bardziéj praktycznie rozczulające i cnotliwe jak jéj życie! Ileż to razy słyszałem jak śpiewała hymny na cześć Twego imienia! głos jéj obwieszczał wiarę tak głęboką i tak religijną, iż wiara ta żadnym sposobem niemogła być udaną!.. O mój Boże! i cóż to więc jest występek i zbrodnia, kiedy przyodziewają te niebezpieczne pozory? Trzebaż je bardziéj nienawidzieć? trzebaż ich żałować? Trzebaż im raczéj przebaczyć? A on, ten człowiek dziwaczny, który, jak powiada, nie należy do żadnéj z nuszych religij! jakąż on więc wiarę wyznaje? jakaż to ta nieznana religia nakazuje mu życie tak wspaniałomyślne i dobroczynne, czyni go tak dobrym, kochanym i błogosławionym od wszystkich? W jakiémże nieznaném źródle wyczerpał te zasady ludzkości, tak rozsądnéj i tak wzniosłéj? A jednakże powiadają, że nic nie szanował z tego co było świętem i poważania godném w oczach ludzi, że tém pogardzał i zdeptał to nogami. I to być musi... gdyż teraźniejsza jego miłość jest występną... a niegdyś jeszcze daleko straszniéj był występnym... tak przynajmniéj sądzę; bo podobnie jak za błysk piorunu dozwala niekiedy dojrzeć cały ogrom przepaści, podobnież, w téj straszliwéj chwili, w któréj drżał iż utraci tę kobiétę... mogłem przeniknąć w głębinę jego duszy, i zadrżałem ze zgrozy... A jednakże szlachetność jego uczuć niezmieniła się ani na chwilę, O mój Boże! jakże widoki twoje są nieprzeniknione! powtarzałem bardziéj niepewny niż kiedykolwiek, korząc się zawsze przed tajemniczemi zamiarami Bóstwa, gdyż niezadługo miałem ujrzeć straszliwy dowód, że groźna jego sprawiedliwość umie dosięgnąć nieubłaganie występnego.

Niestety! łaskawy panie, opowiadanie moje zbliża się do końca, a koniec ten jest przerażający... Było to, trzy miesiące temu, wieczorem; rozmawiałem z moją siostrą o rzeczy, która mnie wielce niepokoiła: dwóch wieśniaków upewniało, iż widzieli starca z siwemi włosami, brwiami czarnemi, brunatną cerą, lecz siły rzadkiéj na wiek jego, wdzierającego się przez mur domu Hrabiego; potém, że niezadługo usłyszeli dwa wystrzały. Już gotowałem się sam pójść dowiedzieć coby to było takiego, skoro służący przybiegł spieszno prosząc abym się natychmiast udał do Hrabiego. Ach! Panie, sądź o mojém przerażeniu znalazłem ją i jego, każde z nich kulą przeszyte... jeden z tych dwóch wystrzałów dosięgnął także małą dziecinę, i leżała nieżywa, jak gdyby uśpiona, w swéj kolebce.

Hrabia miał jeszcze zaledwie dwie minuty do życia; to były ostatnie słowa które wyrzekł: - Marya ci wszystko powie... Miéj o niéj staranie... Potém obrócił się ku niéj i rzekł: - Bywaj zdrowa... Maryo!.. niestety!... na zawsze!... Ach! to moja wina! Gdybym ci był wierzył... jednakże! - I umarł.

Przeżyła go zaledwie kwadrans; i nim skonała, powierzyła mi tajemnicę téj straszliwéj przygody, abym oświecił sprawiedliwość i niedozwolił oskarżać i dręczyć niewinnych.

Słowem, jakieś już pan może tego doszedł, starzec był mężem téj nieszczęśliwéj: zażywając straszliwéj władzy, którą mu nadawało prawo, znalazłszy swą żonę i Hrabiego, siedzących przy kolebce swego syna, wystrzelił do obojgu; taż sama kula zabiła matkę i nieszczęśliwe dziecię...

- Lecz starzec cóż się z nim stało? - spytałem Proboszcza, którego opowiadanie tak bolesne uczyniło na mnie wrażenie. 

- Nic o nim niewiem, dowiedziałem się tylko że mały statek genueński, stojący od tygodnia w przystani, o milę ztąd, wypłynął pod żagle tegoż samego wieczora, gdy popełnioném zostało to potrójne zabójstwo..... 

 

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

 

Łatwo pojąć jak mocno mię zajęło to opowiadanie, i każdy także zrozumie, iż uwiadomiony o tym straszliwym wypadku, niemogłem się namyślić aby nabyć tę posiadłość, w któréj miały się zachować na zawsze tak smutne wspomnienia, a która wówczas zdała mi się być przeklętą.

Pozostałem w probostwie dopóki przewłoka dobrowolnéj sprzedaży nieupłynęła; nieszczęsna ta posiadłość przysądzona została kupcowi który się od handlu usunął, a który znalazłszy umeblowanie gotyckie, sprzedał je przez licytacyę.

Na pamiątkę tego smutnego wypadku, kupiłem na téj licytacyi arfę Maryi, jeden z mebli wysadzanych zagraniczném drzewem, i kilka przedmiotów niewielkiéj wartości, które prosiłem Proboszcza aby przyjąć raczył; gdyż, wedle woli Hrabiego, którą znaleziono wyrażoną w jego testamencie, prócz portretów które zostały spalone, cena domu i wszystkiego co się w nim znajdowało, miała należeć do gminy** i być użytą na dopomaganie biednym.

Opuściłem tę wioskę, mocno zajęty tém opowiadaniem, posłałem do domu mebel zakupiony.

Pewnego dnia, gdym mu się przyglądał ze smutną ciekawością, znalazłem w nim podwójne dno; w owéj kryjówce był dość gruby rękopism: był to dziennik hrabiego...

Ustępy te zdały mi się bardzo odznaczające swym duchem rozbiorowym i ciągiem przygód bardzo prostych, bardzo naturalnych, i godnych może zajęcia i rozważania, gdyż skreślają przypadki pospolite wżyciu prawie wszystkich ludzi.

Te to ustępy nastąpią teraz, i podaję je w całéj prostocie dziwnego sceptycyzmu który wykrywają.

Ten rodzaj pamiętnika obejmuje peryod blisko dwunasto letni.

Chociaż opowiada życie tego nieznajomego od dwudziestego roku jego wieku, i zdaje się, sądząc wedle daty, ciągnąć aż do dnia który zgon jego poprzedził, widać z przypisku, że opowiadanie tych siedmiu pierwszych lat napisane było przez Hrabię, zaledwie na pięć lat przed jego śmiercią, gdy tymczasem, pięć lat ostatnich pisane są jako dziennik, prawie dzień po dniu, i wedle wypadków.

Dziennik ten pisany był charakterem cienkim, poprawnym, często płynnym i pośpiesznym, jak gdyby ręka i myśl nieraz uniesione były popędem wspomnień. Niekiedy znowu pismo było spokojne i dobitne, jak gdyby je żelazna skreśliła prawica. Na marginesie tego rękopismu widać było mnóstwo portretów, sylwetek, skreślonych piórem, a które musiały być uderzające podobieństwem; nakoniec, wmieszczona w opowiadanie, znajdowała się tu i owdzie znaczna liczba listów, pisanych rozmaitym charakterem, które były niejako usprawiedliwiającemi dowodami tego szczególniejszego rękopismu.

 

Rozdział 5. HELENA.

 

Nie mam innego celu, przywodząc sobie te wspomnienia, tylko nieubłaganie rozpatrzyć się sam w sobie, z wierzchu aż wewnątrz, jeżeli tak rzec można; być obecnym jako widz zimny i bezinteressowany, scenom, odbywającym się w najgłębszych tajemnikach mych myśli, równie jak passowaniu się moich instynktów, tak złych jak dobrych, i nieusuwaniu żadnego, jakkolwiek byłby podłym.

Sądzę, iż nie jestem ani gorszym, ani lepszym, od ogółu innych ludzi; a co mi najbardziéj daje ten rodzaj odwagi wyznania przed sobą wszystkiego, to jest przekonanie, w którém pozostaję, że gdyby większa część ludzi zadała sobie te same zapytania które ja sobie zadałem, i szczerze odpowiedziała na nie, rozwiązanie ich byłoby bardzo często takie same jak ja uczyniłem.

Wracam do śmierci mego Ojca; boleść moja była głęboka, lecz nie ona brała nademną górę: był to zrazu osłupiający przestrach, widzieć się w dwudziestym drugim roku najzupełniéj wolnym i panem znacznego majątku. Potém doznałem także uczucia niewysłowionego zakłopotania, pomnąc, że odtąd zastaję bez żadnego naturalnego wsparcia; błędy czy wzorowe postępowanie, sława lub ukrycie, nic w życiu mojém nie miało już wzruszyć nikogo; zresztą, wyłączne życie mego Ojca, przez długi czas usunęło go od wszelkiego towarzystwa, iż przychodziło mi prawie jak cudzoziemcowi wchodzić w świat do którego koniecznie powoływało mnie moje położenie; przyszłość wówczas wydawała mi się jak obszerna pustynia, przerżnięta tysiącem rozmaitych ścieżek; lecz żadne wspomnienie, żaden interes, żadna opieka rodziny lub stronnictwa nie wskazywały mi drogi.

Jak zwykle, dzięki postępowi czasu, wrażenie to miało się zmniejszyć, potém najzupełniéj sprzeciwić samo sobie; lecz przejście to, z jednego uczucia do drugiego, było długie.

Późniéj, ten rodzaj postrachu połączył się z odcieniem dumy; wówczas pomyślałem że wielkie dobra rodziny do mnie należą, a jeśli ciężar rządzenia niemi zdawał mi się trudnym, kłopot ten miał sam w sobie swoje wynagrodzenie.

Bardzo młody, miałem już niejako zwyczaj widzieć się myślącym; skoro też ujrzałem ponurą moję boleść i głębokie zniechęcenie, przybierające ten pierwszy odcień osobistości, zadrżałem, przypomniałem sobie te straszliwe wyrazy umierającego Ojca: Jesteś szlachetnie myślący i dobry; kochasz mnie najczuléj a jednakie, prędzéj czy późniéj po mojéj śmierci, zaczniesz mnie mniéj żałować potém pocieszać się najzupełniéj, a wreście zapomnisz o mnie całkiem."

Przytaczają wiele przykładów ludzi, którym przepowiedziano zgon tragiczny i przedwczesny, a którzy, popchnięci niewytłomaczalną totalnością, sami na siebie brali urzeczywistnić te złowróżbne przepowiednie. Podobnież dzieje się jak sądzę, z pewnemi wyobrażeniami, które przeczuwamy chociaż są nam nienawistne, którym opieramy się nadaremnie, a którym jednakże w końcu stajemy się posłusznemi: tak się stało Z przepowiednią mego ojca: długo się jéj opierałem, uległem jéj wreście.

Lecz passowanie się to było bez wątpienia najprzykszejszemi chwilami w mém życiu: rozpoznać zwolna przerażającą próżność naszych żalów, srodze przekonać się o téj straszliwéj pospolitości: że uczucia najgłębiéj wkorzenione w serce przez naturę gasną, więdlą się, umierają i nikną pod lodowatym zawiéwem czasu: podobne myśli niepowinnyż rozdzierać duszy? Przeklinałem też, lecz na próżno, moję niewdzięczność...

Było to w Styczniu, gdyż przepędziłem zimę w Serval z ciotką i Heleną. Co rano wsiadałem na konia, i przejeżdżałem się po lesie trzy lub cztery godziny; to niebo szare, ciemne i zamglone, miało dla mnie powab; te obszerne aleje, okryte śniegiem lub zasnute opadłemi liściami, które wiatr w szybkich kłębach unosił, miały pozór smutku, zgadzającego się z niemi myślami. Opuściwszy cugle na szyje konia, postępowałem tak machinalnie, myśląc zaledwie o przeszłości, o drodze, którą się chciałem udać; nie czyniąc żadnego zamiaru, gdyż zbyt byłem jeszcze odurzony położeniem w jakiém się znajdowałem. Tak długo żyłem pod najzupełniejszą władzą mego ojca, nie mając innéj woli prócz woli jego, innych zamiarów prócz zamiarów które układał, - w podróży nawet, wola jego, wyobrażona przez wolę nauczyciela, tak nieustannie mi towarzyszyła, iż zupełna i nieograniczona wolność którą teraz posiadałem, udręczała mnie, powtarzam, i przerażała zarazem.

Gdym powracał z długich przechadzek, znajdowałem Helenę i matkę czekające na mnie; rozmawialiśmy o moim Ojcu, i ciotka nakłaniała mnie do przezwyciężenia wstrętu, jakiego doznawałem zajmować się mojemi interesami; lecz te szczegóły zbyt srodze przypominają mi rozmowy moje z ojcem w tym przedmiocie; niemogłem się jeszcze przekonać i poruczałem mojemu nauczycielowi to staraniu. We trzy miesiące późniéj, udręczenia moje wielce straciły ze swéj goryczy, zaczynałem niejako rozpoznawać się i spoglądać wokoło siebie, wyobrażenia moje stały się daleko czystszemi, bardziéj ustalonemi, względem sposobu jakim miałem użyć mojéj wolności. Wolność ta niepokoiła mnie jeszcze, lecz już więcéj nieprzerażała. Kierunek myśli niemoże się nieraz ustrzedz od wpływu rzeczy zewnętrznych i wprost fizycznych; doświadczyłem tego wówczas. Wiosna zbliżała się, i zdawało się jak gdyby z czarną zimą miała także przeminąć pierwsza gorycz mojéj boleści, i niepewne moje zamiary, lube nadzieje, odrodzić się z uśmiechającém zakwitnieniem maja.

Byliśmy w połowie Kwietnia; od śmierci ojca, niemogłem się przekonać aby pójść na smentarz wiejski, gdzie się wznosił grobowy pomnik naszéj rodziny, tak bardzo obawiałem się srogiego wrażenia jakiegom miał doznać; pewnego dnia przeklinałem właśnie moje słabość, gdy mi Helena rzekła: "Miejże nieco odwagi Arturze, pójdź, będę ci towarzyszyć."

Matka Heleny, będąc tego dnia cierpiąca, nie mogła pójść z nami, samiśmy więc poszli.

Wzruszenie moje było tak gwałtowne, iż drżałem; zaledwie mogłem się na nogach utrzymać. Helena, również może jak ja głęboko czująca daleko się jednak mniéj wzruszoną wydawała; przybywszy też pod kolumny grobowca, zemdlałem...

Gdym odzyskał zmysły, postrzegłem Helenę klęczącą przy mnie, uczułem jéj łzy roszące moje policzki, gdyż obu swemi rękami utrzymywała mi głowę. Pierwszy raz, nakoniec, rzecz dziwna! pomimo świętości miejsca, pomimo rozdzierających nieśli, które musiały mnie udręczać, pierwszy raz uderzony zostałem pięknością Heleny... Potém wrażenie to przeminęło szybkie jak sen, znowu ogarnęły mnie myśli jak najsmutniejsze, bardzo płakałem, i powróciliśmy do zamku.

Odtąd chodziliśmy z Heleną prawie codziennie na smentarz; zamiast cierpkiéj i dojmującéj boleści, uczuwałem coraz to bardziéj lubą tęsknotę, która nie była bez pewnego uroku... Uczułem najprzód w sobie z radością niewymowną wdzięczność ku pamięci mego ojca, i błogosławiłem go pobożnie i z podziwieniem za to, że mi okazywał przywiązanie tak głębokie, a nadewszystko tak przewidujące, pomimo straszliwego przekonania w którém zostawał o najzupełniejszém zapomnieniu, w jakie wpadają ci, co już zeszli z tego świata.

Wychodząc z méj osłupiałości, zaczynałem wreście oceniać świetne położenie jakie mi przysposobił; dla tego pewnie, aby mu dochować wieczną wdzięczność; lecz nakoniec, pojąwszy to położenie w całym jego przepychu, drżałem niekiedy, aby w głębi tego mocnego uczucia, niebyło straszliwego samolubnego ukontentowania.

Powiedziałem już, że przez długi czas niepostrzegłem piękności Heleny; chociaż to może będzie się zdawało rzeczą dziwną, lecz każdy to pojmie, że aż do téj chwili była dla mnie tylko siostrą; gdym ją opuścił, udając się w podróż, zostawała w klasztorze i była prawie jeszcze dziecięciem: potém, w ostatnich miesiącach życia mego Ojca, tak srodze byłem zajęty jego boleściami, a Helena okazywała dla niego przychylność tak poświęcającą się, jak gdyby własną była jego córką, iż to uczucie, zupełnie braterskie, zmienić się niemogło.

Helena o trzy lata odemnie młodsza: była jasno-włosa i blada; obejście jéj było uprzejme lecz zimne, a jéj wielkie błękitne oczy, nos orli, szerokie i piękne czoło, często pochylone, nadawały jéj postać wrażającą uszanowanie i pełną tęsknoty: jeszcze będąc dziecięciem. zawsze była zamyślona: był to charakter milczący i nielubiący udzielać swych wrażeń: obojętna na radość i przyjemność jéj wieku, zawsze niezmiernie lubiąca siedzieć i nie wiele używać poruszenia; śmiała się bardzo rzadko i często zamyślała; brwi jéj, popielato blond, daleko ciemniejsze niż blond włosy, rzadkiéj gęstości i długości, były zanadto może wydatne; powabna jéj nóżka, i ręka, nieco przydługa, tchnęły starożytną pięknością; kibić jéj wysoka, giętka i szczupła, rzadkiéj była doskonałości; lecz trzymała się bardzo źle, i przez gnuśność, pochylała prawie zawsze swe białe i okrągłe ramiona, pomimo ciągłych napomnień matki. Co do jéj dowcipu, ten mnie nigdy dotąd nieuderzył; była zawsze pełna uprzedzającéj grzeczności i delikatności w przywiązaniu które okazywała memu Ojcu, a jak powiedziałem, ze inną zupełnie jak siostra się obchodziła.

Słowem, była to przywiązana i czuła natura, litościwa i uprzejma dla wszystkich, lecz przybierająca podejrzliwą dumę i niezwykłą drażliwość, skoro mogła mniemać że czyniono najmniejsze zastosowanie do jéj ubóstwa.

Przypominam sobie zawsze, iż przed śmiercią mego Ojca, Helena bardzo długo i prawdziwie na seryo ze mną się kłóciła, gdyż nierozważnie i niedorzecznie wymówiłem się przed nią: że młode panienki, bez majątku, zawsze prawie nieszczęśliwie przeznaczone są od dzieciństwa starym podagrykom, którzy znudzeni światem, szukają młodej dobrze urodzonéj panienki, która odważyłaby się poświęcić i podzielić ich kłótliwą samotność.

Matka Heleny, a siostra mego Ojca, była kobiéta słaba, o nic niedbająca, lecz doskonale dobra, dowcipna i mająca jak najdystyngowańsze ułożenie. - Mąż jéj, długo zajmując wysokie dyplomatyczne urzędy, nadzwyczaj rozrzutny, wielki gracz, lubiący wystawność i zbytek, reprezentując swój dwór jak najszlachetniéj, z jak największą pompą, rozproszył prawie cały swój majątek, równie jak majątek żony; pozostała też, jeśli niezupełnie uboga, to przynajmniéj tylko przy zaszczytnym, lecz bardzo mierném utrzymaniu.

Nigdy w życiu niepomyślałem o nierówności majątku istniejącéj pomiędzy Heleną a mną; gdy piękność jéj uderzyła mnie, również i wtedy niemyślałem o tém, gdyż sądzę, że jednym z głównych rysów młodości, która widzi się bogatą bez pracy, jest, że tak powiem, ubarwiać wszystko odcieniami swego złotego pryzmu.

Od chwili w któréj postrzegłem że Helena była piękną, niezdając sobie sprawy z uczuć, których może bez własnéj doznawałem wiedzy, stałem się zupełnie innym; odtąd konne moje przejażdżki daleko były krótszemi, dbałem bardziéj o moje ubranie, i nieraz wstydziłem się, przypominając sobie mój dawniejszy ubiór, zbyt po bratersku zaniedbany.

Ciotka moja miała przyjaciółkę, wdowę także, i matkę córki, będącéj w wieku Heleny, która wprawiała ją w najokropniejszą niespokojność, gdyż miała piersi nadzwyczajnie nadwerężone. Słyszałem moję ciotkę mówiącą o téj przyjaciółce, i zgadującą na domysł, że łatwiéj było odosobnić się śród świata, niżeli w samotności; namówiłem moją ciotkę aby zaprosiła do siebie tę przyjaciółkę na mieszkanie wraz z córką, do Serval, którego powietrze tak nadzwyczaj było czyste; ciotka moja przychyliła się do tego z radością, i niezadługo pani de Verteuil i jéj córka, biedne ośmnasto-letnie dziewczę, niebardzo ładna, lecz mająca wyraz tak wielkiego poddania się swemu cierpieniu, iż głębokie wzbudzała zajęcie, przybyły do zamku.

 

Rozdział 7. LIST.

 

Trzy miesiące, które nastąpiły po naszém wyznaniu, upłynęły jak sen. Chwile te były bez wątpienia najpiękniejszemi i najszczęśliwszemi w mojém życiu; wszystko zdawało się być w harmonijnéj zgodności z tą młodą i niewinną miłością; lato było przepyszne, posiadłość nasza wspaniała i malownicza; wszystko co nas otaczało, było pełne zbytku i elegancyi, rodzaj poezyi podpadającéj pod oczy, zawsze nicoszacowanéj ceny; ramy złote, dodające jeszcze blasku najpiękniejszemu malowidłu!

W pośrodku zwierzyńca był staw ogromny; kazałem zrobić szeroką gondolę, opatrzoną w namioty, firanki, kobierce, miękkie wezgłowia i stolik do herbaty; często też, wieczorem, gdy noc była pogodna, Helena, jéj matka, Zofia i ja, odbywaliśmy długie przejażdżki po tém małém jeziorze. W pośrodku wznosiła się wyspa, gęstém okryta zaroślem, z salą muzykalną, i nieraz sprowadzałem z pobliskiego miasta, w którém stała załoga, trzech wybornych muzykantów niemieckich, którzy, umieszczeni w tym pawilonie, wykonywali do zachwycenia prześliczne trio na skrzypcach, flecie i harfie.

Abyśmy byli sami w gondoli i nie czuli wstrząśnienia, jakie sprawiało poruszanie wioseł, kazałem ją holować na długiéj linie, przez czółno, którém kierowało dwóch moich służących.

Ileż to razy, tak kołysany na falach, pogrążony w łagodném i rozkoszném dumaniu, przy lekkim szmerze kurzącego się samowaru, oddychając miłą wonią herbaty, lub odwilżając usta w śniegu sorbetów, słuchaliśmy z zachwyceniem téj dalekiéj harmonii, dolatującéj do nas chwilami z wysepki... gdy tymczasem księżyc zlewał srebrną swą światłość na obszerne łąki i wysokie drzewa zwierzyńca!

Ileż to długich wieczorów tak przepędziłem obok Heleny! z jakimż to współczuciem poiliśmy się tym zawiéwem melodyi, która raz śpiéwała tak łagodna i dźwięczna, a potém znowu nagle umilkła!... Przypominam sobie, że te raptowne przestanki wprawiały nas nadewszystko w smutek łagodny lecz wielki. Ucho przesyca się nakoniec dźwiękami, jakkolwiek by były harmonijne, lecz śpiéw, tak przerywany tu i owdzie milczeniem, dozwalającém nam podumać o tém, co nas przed chwilą zachwycało; czuć w głębi serca, jak gdyby osłabione echo tych jękliwych i ostatnich zabrzmieli; śpiéw tak przerywany daleko bardziéj znęca, i jeszcze żywiéj bywa upragniony...

Podczas tych chwil rozkosznych, zawsze siedziałem przy Helenie, trzymałem jéj rękę w mym ręku, a miłe ich ściśnięcie było dla nas językiem, dzięki któremu udzielaliśmy sobie wzajemnie naszych wrażeń, tak głębokich i tak urozmaiconych; niekiedy nawet, o upajająca i niewinna pieszczoto! korzystałem z chwili ciemności, aby oprzeć mą głowę na białém ramieniu Heleny, któréj kibić zdawała się wówczas z większém jeszcze omdleniem pochylać. 

 

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

 

Ależ, niestety! piękne te sny miały miéć niedługo swe przebudzenie... przebudzenie gorzkie i zawodne.

Było to przy końcu dnia Listopadowego; powracałem do zamku, pieszo, wraz z Heleną, Panną de Verteuil i moim nauczycielem, który teraz był zarządcą moich dóbr.

Niebo było pochmurne, słońce chyliło się do zachodu: szliśmy brzegiem lasu, już zaczynającego przybierać jesienną barwę. Srebrno-kore brzozy zdawały się sypać złote liście; ciernie, bluszcze i dzikie morwy, ubarwiały się jaskrawą czerwonością. Na prawo ciągnął się pagórek zaorany, którego ciemny odcień mocno odbijał na pasie pomarańczowego światła, który rzucało zachodzące słońce; powyżéj, wielkie massy chmur, błękitnawo popielate, rozciągały się ciężko, jakgdyby góry powietrzne. Kilka ogni, rozpalonych ze słomy, błyszczało tu i owdzie, porozkładanych na pochyłościach przymroczonych mgłą wieczorną, a lekkie kłęby ich dymów białawych, mięszały się zwolna z temi nagromadzonemi wyziewami. Nakoniec, szczytem tego pagórka, przechodziło zwolna, przy jedno-tonnym dźwięku dzwonków, stado wielkich wołów, które, odbijając się czarno na widnokręgu rozpłomienionym ostatniemi promieniami słońca, wydawały się ogromne przy tym niepewnym zmroku...

Sam nie wiem dla czego widok tego wieczora, tak spokojny i tęskny, bolesne na mnie zrobił wrażenie; Helena, również zamyślona, opierała się na mojém ramieniu.

Po długiém milczeniu, rzekła do mnie: - Nie zdołam wyrazić tego co czuję, lecz zdaje mi się że mi zimno w serce.

Będąc sam pogrążony w niewysłowionych i przykrych roztargnieniach, które ukrywałem przed Heleną, ta wspólność wrażeń mocno mię uderzyła. - Jestto zapewne wzruszenie nerwowe, - rzekłem, - pochodzące z tego posępnego i ponurego powietrza. - Potém znowu wpadliśmy w milczenie.

Doprawdy, wstyd mnie wyznać przyczynę mego smutku; była płonna, dziwaczna, ledwo że niepowiem szalona: był to pierwszy napad téj nieprzezwyciężonéj potrzeby niepodległości i samotności, któréj, późniéj, tak często wpływ uczuwałem, nawet pośród życia najbardziéj zagłuszającego i najbardziéj roztargnionego.

Kochałem Helenę aż do uwielbienia; każda chwila zdała od niéj przepędzona była męczarnią, a jednakże dnia tego, bez żadnego powodu, bez żadnéj urazy, gdyż Helena była dla mnie dobrą i uprzejmą jak zwykle, przez niewytłumaczalną sprzeczność, znajdowałem się nieszczęśliwym, prawdziwie nieszczęśliwym żem musiał pokazać się wieczór w salonie, czynić jego honory i odpowiadał na niemą czułość Heleny.

Po tym dniu, tak tęsknym, miło by mi było powrócić samotnie, módz przepędzić wieczór na dumaniu, rozważaniu, czytaniu, śród najgłębszego milczenia, jednéj z moich książek ulubionych; lecz przedewszystkiém pragnąłbym być sam zupełnie...

Nic bez wątpienia nieprzeszkadzało mi pójść do mego pokoju, lecz wiedziałem że będą goście; byłbym przymuszony dać powód mego oddalenia lub być wystawiony na pytania, uprzejme bez wątpienia, względem mego zdrowia, lecz które byłyby dla mnie nicznośnemi; słowem, powtarzam, w téj chwili, czułem się prawdziwe nieszczęśliwy żem niemógł sam się znajdować.

Dla tego tylko przytaczam ten nic nieznaczący wypadek, że ta kapryśna potrzeba samotności, tak dziwna śród wzruszeń których doznawałem, i tak niezwykła w wieku w jakim wówczas byłem, zdaje mi się być rodzajem szczególności dziedzicznéj.

Z tego powodu, przypominam sobie, że matka mówiła mi zawsze, że, nim osiadł w Serval, i z konieczności swego położenia, ojciec mój był zmuszony widywać wiele osób w Paryżu, jego posępność i zwykła odludkowatość, w owych dniach przyjmowania, dochodziły tło najwyższego stopnia; a jednakże, raz przystąpiwszy do dzieła, jeśli tak się wyrazić można, niepodobna przyjmować z większym wdziękiem, z większą uprzejmością, z doskonalszą i bardziéj wytworną delikatnością taktu: i właśnie to, mówiła mi matka, te przymuszone trzy lub cztero-godzinne kłamstwo, już go naprzód w takowy gniew wprawiało; a jednakże, widząc jego twarz tak przyjemną i szlachetną, jego obejście tchnące powagą tak uprzejmą i powabną, obce osoby ani przypuszczały nawet aby mógł żyć i podobać sobie gdzie indziéj jak w tym świecie, na którym ukazywał się z tylu rzadkiemi i wybornemi korzyściami.

Lecz powracam do tego smutnego dnia listopadowego, w którym pierwszy raz uczułem tak niepodobną do uwierzenia potrzebę osamotnienia się.

Przybyliśmy więc do zamku...

Gdym szedł do mego pokoju aby się ubrać, jedna z kobiét mojéj ciotki, poprosiła mnie w jéj imieniu, abym się raczył udać do niéj natychmiast. Niemiałem żadnego powodu obawiać się tego widzenia się z nią; doznałem jednakże wielkiego ściśnienia serca... Udałem się do méj ciotki; siedziała przy swym stoliczku od roboty, na którym ujrzałem list otwarty postrzegłem że musiała bardzo płakać.

- Mój przyjacielu, - rzekła do mnie, - są ludzie bardzo źli i bardzo niegodziwi... przeczytaj to pismo. Potém podała mi list, i znowu chustką zakryła oczy. 

Przeczytałem: było to ostrzeżenie przyjacielskie, którém uprzedzano miłosiernie matkę Heleny, że moje tak poufałe przestawanie z jéj córką zadało nienagrodzony cios jéj sławie; słowem, dawano jéj jasno zrozumieć, przez zagmatwanę frazeologię używaną zwykle w podobnym razie, że Helena uchodziła za moję ulubioną, i że, przez swą słabość niepodobną do darowania i swą o nic niedbającą obojętność, ciotka moja upoważniła te ohydne pogłoski.

To było fałszem, najzupełniejszym fałszem, była to ohydna potwarz; zgromiło mnie to jednakże, gdyż postrzegłem natychmiast że wszystkie pozory miały na nieszczęście nadawać straszliwą wiarę temu oskarżeniu.

Myślałem, że się ze snu przebudzałem, powiedziałem już, dałem się uwieść urokowi téj czystéj i skromnéj miłości, bez wyrachowania, bez rozwagi, z całém upająjącém nieprzewidywaniem szczęścia. Ten list przedstawił mi rzeczywitość przed oczy; zgromił mnie zupełnie.

Moje pierwsze wzruszenie było szlachetne i wspaniałe: podarłem ten list, mówiąc mojéj ciotce: - Wiérzaj mi, ciociu, że sława mojéj kuzynki Heleny będzie pomszczona jak być powinna.

Ciotka moja uśmiechnęła się smutnie i rzekła mi: - Mój przyjaciela, sam dobrze czujesz, iż po podobnym rozgłosie musimy się rozdzielić; bawiąc dłużéj w Serval było by to usprawiedliwiać podobne niegodziwości. Znam moję córkę, znam wzniosłość twoich uczuć, dosyć na tém. Lecz, moje dziecię, pozory są przeciwko nam; ufność moja tak słuszna i tak zaszczytnie w tobie położona, nazwana zostanie słabością i nieprzezornością. Niepomyślałam: niestety! iż życie najczystsze samo w sobie, ma zawsze świadków gotowych je oczernić... Wiesz dobrze, Helena jest uboga, nic nieposiada na świecie prócz swéj sławy... Dałby Bóg, aby te straszliwe potwarze niemiały już nie wynagrodzonego i nieszczęsnego rozgłosu!

- Czyż Helena jest o tém uwiadomioną? - spytałem ciotki. 

- Nie mój przyjacielu; lecz jéj charakter dość jest mocny, abym nic przed nią nieukrywała. 

- Kiedy tak, moja ciotko, wyświadcz że mi tę łaskę i przyrzecz mi, że jéj nic niepowiesz aż do jutra. 

Ciotka moja przystała na to, i powróciłem do siebie. Łatwo pojąć że błaha i ulotna potrzeba samotności któréj doznawałem, ustąpiła tak rzeczywistemu zajęciu.

Obiad był smutny, potém powróciliśmy do salonu. Helena zbyt kochała matkę, i mnie także za bardzo kochała aby niepostrzedz że mamy jakieś zmartwienie; zresztą, nieumiałem jeszcze wówczas ukrywać méj urazy.

Tysiąc zmięszanych myśli wiodło ze sobą walkę po mojéj głowie: niezatrzymywałem się na żadném postanowieniu, przypominałem sobie długie moje rozmowy z Heleną, nasze przechadzki nieraz samotne, lecz upoważnione poufałością pokrewieństwa, zasięgającą naszego dzieciństwa; przypominałem sobie nasze niewinne radości, pierwszeństwo prawie pomimowolne, które jéj ciągle przyznawałem: na przechadzce zawsze ją prowadziłem pod rękę; konno, zawsze jechałem obok niéj; słowem nieopuszczałem jéj nigdy. Postrzegłem wówczas, że, w oczach najmniéj nawet uprzedzonych, pierwszeństwo tak wytrwałe musiało znacznie nadwerężyć sławę Heleny. Potém przypominałem sobie tysiąc spojrzeń, tysiąc milczących znaków, umówionych i przesyłanych sobie nawzajem, niema i miłosna mowa, która niemusiała unikać zazdrosnego wszystko-widzenia osób, któreśmy przyjmowali; nieszczęsny urok pierwszéj miłości, lecz który tak wyłącznie nas zajmował, ze aniśmy myśleli o tém, co się działo po za jéj obrębem; powietrzo-krąg upajający, śród którego żyliśmy tak szczęśliwi tak o nic niedbający, iż sądziliśmy go niedościgłym dla obojętnych oczu!

W miarę jak zasłona, która dotąd pokrywała przedwmną moje postępowanie, uchylała się, pojmowałem moję niepojętą płochość; i jak każdy młody charakter, jeszcze je bardziéj sądziłem być nierozsądne... Ujrzałem przyszłość Heleny zupełnie straconą; gdyż, nie mając majątku, czystość jéj postępowania, nie mogąca podpaść najmniejszemu zarzutowi, podwójnie stawała się dla niéj szacowną. Potém, z uniesieniem przypominałem sobie jéj miłość, jéj przywiązanie tak czyste i tak poświęcające się, które sięgało aż dzieciństwa; jéj przymioty wzniosłe, jéj rozum, jéj łagodność, jéj piękność, jéj gust wytworny... Słowem, zacząłem myśleć, że Helena, chociaż niewinna, mogła wydawać się występną w oczach świata, i że ponieważ może zadałem niewynagrodzony cios jéj sławie, jedyném wynagrodzeniem imnie godném było ofiarować jéj moję rękę.

Wtenczas widziałem się szczęśliwym i spokojnym w tym zamka, żyjąc w nim przy niéj jak dotąd żyłem: był to widnokrąg cudownie spokojny i promieniejący; w miarę jak tak myślałem, dusza moja radowała się i zdawała się wznosić. Niewiem jaki głos wewnętrzny i uroczysty mówił mi: "Stoisz na wstępie życia; dwie drogi są przed tobą otwarte: jedna tajemnicza, niepewna, nieprzewidziana; druga stała i zapewniona: w téj, przeszłość zaręcza ci prawie za przyszłość; jestto rozpoczęte szczęście, którego używać dłużéj, zupełnie od ciebie zależy; patrz, co za życie łagodne, uśmiechające; spokojność wieśniacza, pamiątki rodzinne, pokój wewnętrzny. Dość jesteś bogaty aby żyć w pośród wszystkich uroków zbytku i błogosławieństw tych, którym dopomożesz, Helena kocha cię od dzieciństwa, ty ją także kochasz... Szczęście jest przy tobie... chwytaj go... Jeśli opuścisz tę jedynę sposobność, życie twoje wystawione będzie na wszystkie burze namiętności."

Z zachwyceniem słuchałem tego niejako objawienia; w téj chwili szczęście zdawało mi się niezawodném, jeśli się namyślę przepędzić tak całe życie z Heleną.

To przekonanie tak było lubem, iż czoło moje rozjaśniło się, twarz znowu zapromieniała najczystszém szczęściem; tak nakoniec byłem uniesiony radością, iż niemogłem się wstrzymać aby niezawołać głośno, odpowiadając na te wewnętrzne myśli:

- Tak jest, Heleno!:.. tak będzie... to jest przeznaczeniem mego życia! 

Łatwo pojąć zadziwienie mojéj ciotki, Pani de Verteuil, Zofii i Heleny, na to wykrzyknięcie tak nagłe, a tak dla nich niezrozumiałe.

- Arturze, tyś zwaryował, - powiedziała ciotka. 

- Nie, dobra moja ciotko, nigdy w życiu nie byłem rozsądniejszy... - Potém dodałem: - Pamiętaj na twoję obietnicę. - I całując rękę Heleny, powiedziałem jéj, jak zwykle każdego wieczora: - Dobra noc, Heleno. - Potém, wyszedłszy z salonu, powróciłem do siebie. 

Powiadałem że już od dawna nieotwierałem drzwiczek, zasłaniających obraz mego ojca, czułem się wówczas tak silny własném szczęściem, iż znalazłem odwagę wystawić się na wrażenie którego się lękałem.

A potém, zdawało mi się że w chwili tak uroczystéj, powinienem był nie jako zasięgnąć rady od jego wspomnienia; i drżąc, pomimo stałéj woli, roztwożyłem obraz...

 

ARTUR 

 

TOM I. 

 

PRZEDMOWA

 

Około środka roku 1537, gazeta jednego z departamentów południowéj Francyi opisała tragiczną śmierć kobiéty, mężczyzny i dziecięcia.

Niedokładnie objaśniona, gazeta umieściła kilka odmiennych opisów tego nieszczęsnego wypadku, kolejno przypisywanego nierozwadze, samobójstwu i zemście; lecz za wmięszaniem się potężnéj rodziny, któréj mocno szło o przytłumienie rozgłosu o tym opłakanym wypadku, dziennik wspomniony odwołał przytoczone wydarzenia, mieniąc je być bajką, o któréj nie zadługo zapomniano.

Autor, winien był jednakże pewnym wypadkom, iż uwiadomiony zostało prawdziwych szczegółach owéj tragedyi, która służy zarazem za wstęp i rozwiązanie téj oto książki.

Osoba Artura nie jest więc urojeniem jego charakter wynalazkiem pisarza, główne wypadki jego życia są opowiedziane prostodusznie, wszystkie prawie ich szczegóły są prawdziwe.

Pociągniony ku niemu ponętą, równie niewytłómaczalną jak oprzeć się jéj było niepodobna, lecz często zmuszony porzucać go, to raz z pewnym rodzajem zgrozy, to znowu z uczuciem bolesnéj litości, długo znałem, pocieszałem niekiedy, lecz zawsze głęboko żałowałem tego szczególniejszego i nieszczęśliwego człowieka.

Jeśli dla zgromadzenia tych świeżych wspomnień, wyrytych w mojéj pamięci, obrałem ten rodzaj pisania: - Dziennik nieznajomego, - to dlatego jedynie, iżem sądził że sposób potwierdzenia, że tak powiem osobistego, nada więcéj prawdy i indywidualności nowemu i dziwacznemu charakterowi Artura, którego te stronnice są dusznym, najwierniejszym odblaskiem.

W istocie, rzadka potęga: przynęta, skłonność nie zbyt pospolita, niedowierzanie sobie, - służą za podwójną sprężynę owéj wyłącznéj naturze, która przybiera całą swą oryginalność z połączenia ścisłego, a jednak niezwykłego tych dwóch sprzeczności.

W inszych wyrazach: - że człowiek obdarzony bardzo wielkiemi powaby jest, jeśli niezarozumiały, to przynajmniéj ufny w sobie, nic prostszego; - że człowiek bez pojęcia i powierzchowności niedowierza sam sobie, nic naturalniejszego.

Przeciwnie, ażeby człowiek, połączając przypadkiem dary rozumu, natury i fortuny, - podobał się, znęcał, lecz nie wierzył w urok jaki wznieca; gdyż znając swą nieudolność i swe samolubstwo, i sądząc o innych wedle siebie, niedowierza niczemu gdyż wątpi o własném sercu; obdarzony jednakże skłonnościami szlachetnemi i wzniosłemi, którym dozwala unosić się niekiedy, nie zadługo przytłumia je nielitościwie sam w sobie, z obawy aby nie stać się ich igraszką, gdyż według jego wyobrażenia o święcie, jeśli je nie sądzi śmiesznemi, to przynajmniéj niebezpiecznemi dlatego, kto im się oddaje; - owa sprzeczność niezdajeż się być ciekawym przedmiotem do zgłębiania?

Połączmy nakoniec z temi dwoma pierwotnemi podstawami charakteru - zachwycające instynkta czułości, zaufania, miłości i poświęcenia, którym bezustannie sprzeciwia się niedowierzanie nieuleczone, lub które więdli w ich zarodzie nieszczęsna i przedwczesna znajomość ran moralnych rodzaju ludzkiego; - umysł często znękany, niespokojny, skłopotany, wszystko rozbierający, lecz znowu niekiedy żywy, ironiczny i świetny; - dumę, lub raczéj podejrzliwość tak drażliwą i delikatną, iż się posuwa aż do zimnéj i nieubłaganéj złośliwości, jeśli się sądzi obrażoną, lub rozpływa się w żalach tkliwych i rozpacznych, skoro poznała niesprawiedliwość swych podejrzeń; - a będziemy mieli główne rysy owego charakteru.

Co do przydatków w około głównéj osoby téj powieści, co do scen życia światowego, pośród których widzimy ją działającą, autor téj książki uznaje zawczasu ich niepłodne ubóstwo; lecz sądzi iż obyczaje i towarzystwo teraźniejsze nie przedstawiają innych, lub przynajmniéj wyznaje że odkryć ich nie umiał.

To powiedziawszy z powodu tego dzieła, lub raczéj tego długiego, zbyt długiego może opisu biograficznego, - pójdźmy daléj.

Ponieważ pisarz nie ma innego sposobu odpowiedzenia na krytykę jednego dzieła, jak tylko w przedmowie do innego, powiem więc kilka słów względem zarzutu, do którego dało powód ostatnie moje dzieło uczynionego z przychylną uprzejmością przez jednych, z wielką i poważną surowością przez innych, tu z goryczą, tam z ironią, owdzie znowu z pogardą.

Pytanie to zależy na tém, aby wiedzieć: czy wyrzekam się przekonania, nazwanego wedle każdego z osobna, - paradoksem, - obmową towarzyską, - smutną prawdą, - nędzném szyderstwem, - lub, twierdzeniem niepłodném, - to jest aby się dowiedziéc, mówię, czy się wyrzekam tego przekonania: - Że tu, na téj ziemi, cnota jest nieszczęśliwa, a występek szczęśliwym.

A naprzód, chociaż nic nie jest dla niego tak przykrego jak mówić o sobie samym, autor téj książki niezdoła dosyć powtarzać, że niema najmniejszéj z tych pretensyj filozoficznych któremu przyznają, przypisują lub wyrzucają. - Ze w swych dziełach poważnych lub lekkich, bądź w historyi, komedyi lub romansie, nie chciał nigdy tworzyć systematu. - Że zawsze pisał, nakoniec, wedle tego co czuł, - co widział, - co czytał, nie chcąc nikomu narzucać swéj wiary.

Tylko, to co niegdyś było dla niego raczéj przewidywaniem instynktu niżeli przekonaniem pochodzącém z doświadczenia, przybrało w jego oczach nakazującą powagę prawdziwego wypadku.

Że jeśli, nakoniec, zdaje się wyrzekać nie swego smutnego przekonania, lecz wytykania, nawet we własnych swych dziełach, postrzeżeń lub niezaprzeczalnych dowodów które mógłby przytoczyć na poparcie swego przekonania, to dlatego że teraz, postąpiwszy bardziéj w życiu, wie iż pojęcie pospolite dostateczne jest na dokazanie aby błąd tryumfował... lecz że święty przywiléj uświęcania, rozszerzania prawd wiekuistych, jest zupełnie przeznaczony jeniuszowi lub Bóstwu...

Słowem, nie chcąc się ośmielić uczynić tutaj porównanie łatwe i bezbożne pomiędzy szczytném życiem i śmiercią haniebną boskiego Zbawiciela (prawdziwym symbolem jego myśli), uznaje w pokorze że tylko jeden Galileusz mógł powiedzieć zgłębi swego więzienia: E pur si muovę!

Eugeniusz Sue.

 

Chatenay, dnia 15 Października 1838 roku.