p

Armin. Bracia Van Lander. Tom 2 - Agnieszka Lingas-Łoniewska

Kup ebooka

35.90 zł
29.07 zł (29,07 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

"Armin" to z jed­nej strony lekka, a z dru­giej za­wiła hi­sto­ria dwojga lu­dzi, któ­rzy skry­wają swoje de­mony przed świa­tem. Jest pełna ta­jem­nic, na­mięt­no­ści i za­ska­ku­ją­cych zwro­tów ak­cji. Od pierw­szej strony spra­wia, że nie można się od niej ode­rwać na­wet na chwilę! Je­śli lu­bi­cie nie­ba­nalne opo­wie­ści, które po­ka­zują, jak ważne są za­ufa­nie i ro­dzina oraz przy­jaźń i mi­łość to jest to lek­tura ide­alna dla Was!

Agnieszka Ryb­ska, @blon­derka

Męż­czy­zna, który igra z nie­bez­pie­czeń­stwem i ko­bieta, która na swo­jej dro­dze wciąż tra­fia na za­kręty. Uwiel­biam che­mię, która wi­ruje mię­dzy głów­nymi bo­ha­te­rami. Jest jak iskra, która musi w końcu wznie­cić po­żar. Szczypta hu­moru, mnó­stwo zwro­tów ak­cji i na­mięt­no­ści. Do­bra za­bawa gwa­ran­to­wana! Lekka i przy­jemna.

Anna Fi­cek, @fi­ce­kanna

Dilerka emo­cji po­now­nie wkra­cza do ak­cji, two­rząc hi­sto­rię ta­jem­ni­czą, pełną do­brego hu­moru i go­rą­cej na­mięt­no­ści, która roz­grzeje do czer­wo­no­ści.

Magda Jung, @ubo­okmi

Bra­cia van Lan­der po­wra­cają!

Je­żeli chcesz prze­żyć przy­godę pełną po­żą­da­nia i na­mięt­no­ści, to ta hi­sto­ria jest dla Cie­bie!

Tym ra­zem swoje dru­gie ob­li­cze od­kryje przed Tobą Ar­min.

Dasz się po­rwać?

Go­rąco po­le­cam!

Aneta Bin­kow­ska, @za­czy­ta­na­_op­ty­mistka

Naj­now­sza książka Agnieszki Lin­gas-Ło­niew­skiej to nie­sa­mo­wita opo­wieść, która in­try­guje i wciąga czy­tel­nika od pierw­szych stron. Pod­czas lek­tury po­zna­jemy cha­rak­te­ry­stycz­nych bo­ha­te­rów i ich de­mony z prze­szło­ści, głę­boko skry­wane se­krety oraz uczu­cie, które hip­no­ty­zuje i mami swoim ta­jem­ni­czym kli­ma­tem. Bo­ha­te­ro­wie za­kła­dają ma­ski nie tylko w klu­bie Black Mir­ror... I zde­cy­do­wa­nie warto od­kryć ich hi­sto­rię.

Do­mi­nika Ma­tu­szek, bo­ok­cof­fee @bo­ok_cof­fe­e_cake

Roz­dział 1

The Ve­rve Bit­ter Sweet Sym­phony

Lu­bi­łem spę­dzać czas nad tym je­zio­rem, mimo tego, co wy­da­rzyło się w tym miej­scu po­nad dwie de­kady temu. W ja­kiś dziwny spo­sób czu­łem się tu­taj jak u sie­bie, jak­bym przez krótką chwilę łą­czył się z Aleksą, moją sio­strą, która zgi­nęła tra­gicz­nie wła­śnie na tej plaży. Od jej śmierci przy­jeż­dża­łem tu­taj co naj­mniej raz do roku, w rocz­nicę tego kosz­mar­nego wy­padku, a także w jej uro­dziny, czyli siód­mego czerwca.

Dzi­siaj był wła­śnie ten dzień, a ja wie­dzia­łem, że przy­jadę na tę plażę i zo­sta­wię małą sto­krotkę na po­mo­ście. Mój brat, Mi­lan, był tu­taj nie­dawno, kiedy oświad­czył się Wik­to­rii, i te­raz szy­ko­wali się do ślubu, który mieli wziąć już za mie­siąc. Tempo na­rzu­cili sza­lone, ale Mi­lan wła­śnie taki był, jak mu na czymś za­le­żało, nie znał umiaru i w głę­bo­kim po­wa­ża­niu miał wszel­kie kon­we­nanse czy ogra­ni­cze­nia.

Ze mną sprawy miały się ina­czej. By­łem spo­kojny, uło­żony, po­go­dzony. Przy­naj­mniej tak wi­dzieli mnie moi bli­scy. Na­wet mój brat nie znał prawdy. Nie chcia­łem go obar­czać wła­snymi de­mo­nami, wie­dzia­łem bo­wiem, że jego sza­lona du­sza mo­głaby tego nie prze­żyć. Poza tym lu­bi­łem mo­jego we­wnętrz­nego de­mona trzy­mać na smy­czy, a wy­pusz­cza­łem go tylko wów­czas, gdy mia­łem taką po­trzebę. A ostat­nio owa po­trzeba po­ja­wiała się co­raz czę­ściej.

Czy przez to, że mój brat uło­żył so­bie ży­cie, zna­lazł ko­bietę, którą po­ko­chał ca­łym ser­cem, a ona od­wza­jem­niła tę mi­łość z na­wiązką? A ja na­dal by­łem sam. Ja i moje de­mony, które nie da­wały mi żyć w spo­koju? A może dla­tego, że wraz z po­ja­wie­niem się w na­szym świe­cie Wik­to­rii, po­ja­wiła się Na­ta­lia Groń­ska, jej przy­ja­ciółka. Od pierw­szego mo­mentu, gdy spoj­rza­łem w jej duże oczy w ko­lo­rze mlecz­nej cze­ko­lady, sie­działa mi gło­wie, a ja wie­dzia­łem, że to błąd. Zbyt wiele my­śli wę­dro­wało w stronę tej py­ska­tej praw­niczki, która sztur­mem po­ja­wiła się w moim ży­ciu, a te­raz, gdy mój brat że­nił się z jej naj­lep­szą przy­ja­ciółką, miała po­ja­wiać się jesz­cze czę­ściej.

Dla­tego mu­sia­łem się od tego od­ciąć, po­świę­cić pracy i mo­jej dru­giej dzia­łal­no­ści, która rów­nież przy­no­siła mi pro­fity. A także po­zwa­lała da­wać upust we­wnętrz­nym de­mo­nom.

Dzi­siaj je­cha­łem do domu brata, mie­li­śmy usta­lić kilka szcze­gó­łów do­ty­czą­cych jego szyb­kiego ślubu. Im­preza od­bę­dzie się oczy­wi­ście w na­szym klu­bie, który aku­rat na tę oko­licz­ność miał być za­mknięty.

By­łem szczę­śliwy, że Mi­lan zna­lazł w końcu uko­je­nie, że się za­ko­chał i ukła­dał so­bie ży­cie. Wik­to­ria była wspa­niałą dziew­czyną, także wiele prze­szła, a oko­licz­no­ści, w ja­kich się po­znali, nie uła­twiały im ni­czego. Mi­lan po­sta­no­wił zna­leźć win­nego śmierci na­szej ma­łej sio­strzyczki, który na­je­chał na nią mo­to­cy­klem i zbiegł. Kiedy oka­zało się, że zro­bił to Woj­tek, brat Wik­to­rii, który krótko po­tem znik­nął, Mi­lan za­rzu­cił swoją sieć ze­msty na dziew­czynę, lecz ona - jak się oka­zało - nie miała po­ję­cia, co zro­bił jej brat, i była prze­ko­nana, że chło­pak nie żyje.

Ro­dzinne se­krety mo­gły znisz­czyć każ­dego. Na szczę­ście to, co po­łą­czyło Mi­lana i Wik­to­rię, oka­zało się sil­niej­sze niż oso­bi­ste tra­ge­die, żale i dawne krzywdy. Mój brat bliź­niak na­prawdę się za­ko­chał i szcze­rze mó­wiąc, czu­łem, jakby ka­mień spadł mi z serca. Gdyż de­struk­cyjne za­cho­wa­nia Mi­lana i po­czu­cie winy, ja­kie go prze­peł­niało, nie­ustan­nie mnie mar­twiły. Wtedy przed laty to wła­śnie Mi­lan, wbrew woli na­szych ro­dzi­ców, za­brał Aleksę, a także na­mó­wił i mnie na wyj­ście nad to prze­klęte je­zioro, gdzie do­szło do wy­padku. Dla­tego przez całe ży­cie się oskar­żał. Ale te­raz osią­gnął względny spo­kój, dzięki Wik­to­rii i mi­ło­ści do niej.

Jed­nak prawda o tam­tym le­cie była cał­kiem inna, a zna­łem ją je­dy­nie ja. I dla­tego wie­dzia­łem, że nie za­słu­guję na nic do­brego. A na pewno nie na uczu­cie.

Mi­łość. Dziwna sprawa. Ale cza­sami na nie­któ­rych dzia­łała, jak wi­dać. Ja mia­łem inne spo­soby na roz­ła­do­wy­wa­nie na­pię­cia, fru­stra­cji i walki z de­mo­nami prze­szło­ści. Spo­soby, o któ­rych nikt nie miał po­ję­cia. Na­wet mój brat. Bo nikt nie wie­dział, że Ar­min van Lan­der, uło­żony pre­zes firmy Hi­gh­lan­der Com­pany ma dru­gie mroczne ży­cie, w któ­rym jest cał­ko­wi­cie ano­ni­mowy. I tam po­ka­zuje swoją drugą, a może i cał­kiem praw­dziwą twarz.

Kiedy do­je­cha­łem na Oł­ta­szyn, gdzie w jed­nym z apar­ta­men­tow­ców miesz­kał mój młod­szy o kilka se­kund uko­chany brat, było już późne po­po­łu­dnie. By­li­śmy bar­dzo ze sobą zwią­zani, po­dobno bliź­nięta tak mają, ale u nas było coś wię­cej. Wspólne prze­ży­cia, po­tem wspólne stu­dia, biz­nesy, to wszystko nas sca­liło i spra­wiło, że nie­ustan­nie mar­twi­łem się o Mi­lana. Ale te­raz chyba mo­głem już od­pu­ścić, brat nieco się wy­ci­szył, uspo­koił, na­dal jeź­dził na swoim mo­to­cy­klu, ale z Wik­to­rią, więc nie mar­twi­łem się o au­to­de­struk­cyjne za­cho­wa­nia.

Te­raz mo­głem ode­tchnąć. I za­jąć się bur­de­lem, jaki pa­no­wał w mo­jej wła­snej gło­wie.

Za­par­ko­wa­łem na strze­żo­nym osie­dlu i za­dzwo­ni­łem do­mo­fo­nem, brat na­wet nie za­py­tał kto, wie­dział, że jadę, gdyż wcze­śniej wy­sła­łem mu ese­mesa. Te­raz uda­łem się na trze­cie pię­tro, gdzie znaj­do­wało się dwu­po­zio­mowe prze­stronne miesz­ka­nie Mi­lana, w któ­rym od nie­dawna za­miesz­kała także Wika.

Gdy już zbli­ża­łem się do drzwi, usły­sza­łem gło­śny śmiech, który spra­wił, że przez całe moje ciało prze­biegł go­rący dreszcz. Do­sko­nale wie­dzia­łem, do kogo na­le­żał ten głos, i to na bank nie była moja przy­szła bra­towa. Wzią­łem głę­boki wdech i na­ci­sną­łem klamkę.

Kiedy zna­la­złem się w sze­ro­kim holu, Mi­lan pod­szedł do mnie i przy­wi­ta­li­śmy się uści­skiem.

- Do­brze, że je­steś. Har­pia wy­sysa ze mnie ostat­nie po­kłady cier­pli­wo­ści - mruk­nął.

- To przy­ja­ciółka two­jej przy­szłej żony, po­wi­nie­neś być bar­dziej wy­ro­zu­miały - od­par­łem spo­koj­nie, cho­ciaż w środku mnie wszystko wi­bro­wało.

- Yhm, je­stem znany z wy­ro­zu­mia­ło­ści wo­bec in­nych lu­dzi. - Mi­lan prze­wró­cił oczami.

We­szli­śmy do sa­lonu, gdzie w wy­god­nych fo­te­lach sie­działy Wik­to­ria i jej przy­ja­ciółka Na­ta­lia. Ko­bieta, która sta­now­czo zbyt czę­sto po­ja­wiała się w mo­jej gło­wie, w naj­mniej ocze­ki­wa­nych mo­men­tach. Kiedy mnie uj­rzała, lekko się uśmiech­nęła.

- O! Lep­szy brat nad­szedł!

Mi­lan rzu­cił jej mało przy­ja­zne spoj­rze­nie, pod­szedł do swo­jej na­rze­czo­nej i od razu jego twarz zła­god­niała. Uśmiech­ną­łem się pod no­sem. Gdyby ktoś mi jesz­cze rok temu po­wie­dział, że mój brat znaj­dzie ko­bietę, która bę­dzie umiała go nieco uła­go­dzić i spra­wić, że na jego po­nu­rej twa­rzy bę­dzie po­ja­wiał się uśmiech, dał­bym mu na­miar do do­brego le­ka­rza. Ale te­raz... sprawy miały się cał­kiem ina­czej. I wie­dzia­łem, że to, co on w tej chwili od­czuwa, jest szczere. I praw­dziwe. Już nie ukry­wał wła­snych od­czuć.

W prze­ci­wień­stwie do mnie.

Ja ży­łem cały czas w ukry­ciu.

Ma­ska.

To był mój ulu­biony ubiór na każdą oka­zję.

- Cześć, Wiki. - Pod­sze­dłem do mo­jej przy­szłej bra­to­wej i po­ca­ło­wa­łem ją w po­li­czek.

- Hej, Ar­min. - Uśmiech­nęła się do mnie cie­pło.

- Dzień do­bry, Na­ta­lio. - Kiw­ną­łem głową do sza­tynki, a ta mru­gnęła do mnie bez­czel­nie.

Cza­sami mnie roz­ba­wiała, czę­sto za­cie­ka­wiała. Pod­skór­nie wy­czu­wa­łem, że ona gra. Ukrywa coś. I wcale nie jest taka pewna sie­bie, za jaką chciała ucho­dzić. Ja­sne, w swoim świe­cie praw­ni­czym mu­siała grać ostrą za­wod­niczkę, także po to, aby nie dać się po­żreć przez zma­sku­li­ni­zo­wany świat. Ale... coś w niej tkwiło. Czy mia­łem za­miar od­kryć to, co ta py­skata praw­niczka ukrywa? Ta­jem­nice, każdy ja­kieś ma. A chyba nie chciał­bym, aby ktoś od­krył moje. Na przy­kład dłu­go­włosa i dłu­go­noga Na­ta­lia Groń­ska.

*

W kan­ce­la­rii mia­łam prze­je­bany ty­dzień. Dzi­siaj był pią­tek i udało mi się wyjść przez sie­dem­na­stą, od razu po­je­cha­łam do Wik­to­rii. Za nie­cały mie­siąc wy­cho­dziła za mąż za tego dupka, Mi­lana, "je­stem pa­nem świata", van Lan­dera. Zna­łam ich wspólną trudną i tra­giczną prze­szłość, dla­tego wie­dzia­łam, że uczu­cie, ja­kim ten ko­leś ob­da­rzył moją przy­ja­ciółkę, jest praw­dziwe i szczere. I mia­łam tylko na­dzieję, że dłu­go­włosy pan Mi­lan nie skrzyw­dzi mo­jej Wiki, bo ina­czej po­każę mu, co zna­czy słowo "har­pia".

Tak wła­śnie mnie na­zy­wał, cho­lerny ego­cen­tryk, co kie­dyś pod­słu­cha­łam, gdy roz­ma­wia­łam z moją przy­ja­ciółką przez te­le­fon, a on darł się z dru­giego końca domu: "Po­wiedz har­pii, że czeka na cie­bie go­rący to­war!". Chcia­łam wów­czas po­wie­dzieć coś zło­śli­wego, ale moja uprzejma za­wsze przy­ja­ciółka po­wie­działa, że musi koń­czyć, bo dzwoni ku­rier, i się roz­łą­czyła.

Cała Wiki, ro­biła wszystko, aby ni­kogo nie ura­zić, i ko­niecz­nie chciała, abym za­przy­jaź­niła się z jej przy­szłym mę­żem. Ciężka sprawa. Ja tak ła­two nie wy­ba­cza­łam. Wciąż pa­mię­ta­łam, co od­wa­lił Mi­lan van Lan­der, i cho­ciaż wie­dzia­łam, że wpadł we wła­sne si­dła i za­ko­chał się w mo­jej przy­ja­ciółce, obec­nie wiel­biąc zie­mię, po któ­rej stą­pała, to jed­nak stare prze­wi­nie­nia nie były tak ła­two przeze mnie za­po­mniane.

Co in­nego jego brat. Ar­min van Lan­der. Sto­no­wany, grzeczny, może na­wet za grzeczny jak na mój gust, za­wsze ele­gancki i uprzejmy. Gdyby nie był aż taki wy­gła­dzony, może na­wet chcia­ła­bym coś z nim zdzia­łać. Cza­sami go pod­pusz­cza­łam, uśmie­cha­łam się za­lot­nie, rzu­ca­łam ja­kiś na wpół nie­grzeczny żar­cik, ale on za­wsze od­po­wia­dał mi tą swoją sto­no­waną uprzej­mo­ścią. Na­zwa­ła­bym go nud­nym, gdyby nie to, że do końca coś mi w nim nie pa­so­wało. Na przy­kład te­raz.

Mia­łam na so­bie ołów­kową spód­nicę i białą bluzkę, ma­ry­narkę od­wie­si­łam na opar­cie krze­sła w wiel­kim sa­lo­nie Mi­lana. Było cho­ler­nie go­rąco, sier­pień da­wał czadu pod wzglę­dem tem­pe­ra­tur, więc od­pię­łam dwa górne gu­ziki biu­ro­wej bluzki. Wpraw­dzie u Mi­lana i Wiki w apar­ta­men­cie była kli­ma­ty­za­cja, ale mu­sia­łam ochło­nąć, bo w moim cho­ler­nym au­cie ze­psuła się klima, za­mie­rza­łam je­chać na warsz­tat ją na­bić, czy coś, tak więc droga z rynku na Oł­ta­szyn kosz­to­wała mnie pra­wie udar. I te­raz przy­ło­ży­łam szklankę na­peł­nioną chłodną wodą z cy­tryną do de­koltu i wes­tchnę­łam.

- Szkoda, że li­piec był taki piękny desz­czowy, szcze­gól­nie gdy by­łam na urlo­pie nad pol­skim mo­rzem - jęk­nę­łam.

Gdy zer­k­nę­łam na Ar­mina, ten pa­trzył na mnie, a w jego oczach przez uła­mek se­kundy do­strze­głam ja­kiś dziki blask. A może tylko mi się to wy­da­wało? Sama nie wiem. W każ­dym ra­zie wie­dzia­łam na pewno, że po­czu­łam dziwne la­ta­jące gów­niane mo­tylki w brzu­chu, co mnie bar­dzo, ale to bar­dzo zde­ner­wo­wało. Mia­łam zbyt wiele na gło­wie, aby da­wać się po­rwać ja­kimś fa­lom emo­cji, a już na pewno nie uczuć. A poza tym, se­rio? Nudny Ar­mi­nek?

- Po­goda ade­kwatna do two­jego cha­rak­teru - ode­zwał się zło­śli­wie Mi­lan. - Dziwne, że po­wo­dzi nie było.

Spoj­rza­łam na niego i zmru­ży­łam oczy.

- Idąc tym tro­pem, to za­raz po­winna ude­rzyć w nas trąba po­wietrzna. Cy­klon Mi­lan.

- Se­rio? - Wik­to­ria prze­wró­ciła oczami. - Mo­żemy ob­ga­dać szcze­góły na­szego ślubu czy bę­dzie­cie się te­raz prze­rzu­cać zło­śli­wo­ściami?

- Nie będą - ode­zwał się zwy­kle mil­czący Ar­min. - W klu­bie wszystko przy­go­to­wane. Urzęd­niczka Stanu Cy­wil­nego też już za­ła­twiona.

- Kiedy to zro­bi­łeś, bra­cie? - Mi­lan uśmiech­nął się do swo­jego bliź­niaka.

- Kiedy ty by­łeś za­jęty do­pro­wa­dza­niem do szału na­szych lu­dzi w dziale IT.

- Ni­kogo nie do­pro­wa­dza­łem do szału. Za ty­dzień mamy wdro­że­nie no­wej apki, a te­sty nie wy­szły tak, jak chcia­łem. - Van Lan­der wzru­szył ra­mio­nami.

- Bu­dy­nek jesz­cze stoi? - wtrą­ci­łam się uprzej­mie, a Mi­lan rzu­cił mi ja­do­wite spoj­rze­nie. - Okej, okej. - Unio­słam dło­nie w ge­ście pod­da­nia, bo nie chcia­łam spra­wiać przy­kro­ści mo­jej przy­ja­ciółce.

- Stoi - od­parł krótko Ar­min. - Wróćmy do me­ri­tum.

Zdjął ma­ry­narkę od gar­ni­turu, który pew­nie kosz­to­wał tyle co moja mie­sięczna pen­sja, i od­piął man­kiety ko­szuli, wy­cią­ga­jąc z nich onyk­sowe spinki. Kto te­raz nosi spinki do man­kie­tów? No tak. Ar­min van Lan­der, pie­przony bóg ele­gan­cji!

- Wy­sła­łam ci, Wiki, na­miar na pa­nią z tej kwia­ciarni na Bi­sku­pi­nie. Robi śliczne bu­kiety, a ja pod­sy­łam jej klien­tów, bo ciężko ostat­nio ta­kim ma­łym fir­mom, jak nowy pol­ski ład po­sta­no­wił je za­rżnąć - zwró­ci­łam się do przy­ja­ciółki.

- Tak, wi­dzia­łam, ju­tro do niej za­dzwo­nię i chyba się tam prze­jadę.

- W ra­zie czego, mogę po­je­chać z tobą, po week­en­dzie - za­ofe­ro­wa­łam się.

- Su­per. - Uśmiech­nęła się.

- A kak­tusy mają? - Mi­lan uniósł brew.

- Dla cie­bie ro­siczki - od­par­łam bły­ska­wicz­nie.

Ar­min par­sk­nął pod no­sem, a ja spoj­rza­łam na niego, bo na­prawdę ten fa­cet zda­wał się jakby wy­kuty z głazu po­zba­wio­nego po­czu­cia hu­moru i in­nych emo­cji. Ale na­tych­miast tego po­ża­ło­wa­łam. Ar­min pod­wi­nął rę­kawy ko­szuli z ja­kie­goś cho­ler­nie dro­giego ma­te­riału, od­sła­nia­jąc opa­lone przed­ra­miona, na­zna­czone gru­bymi ży­łami. Spoj­rza­łam na jego tors, za­pewne ukry­wał tam cho­lerny sze­ścio­pak mię­śni i te ape­tyczne skosy bio­der, które kie­dyś wi­dzia­łam u Mi­lana, jak by­li­śmy we trójkę na ba­se­nie. Aku­rat Mi­lan na mnie nie dzia­łał w TEN okre­ślony spo­sób, ale trzeba było przy­znać, że był świet­nie zbu­do­wany. A Ar­min... hmm, chęt­nie zo­ba­czy­ła­bym go bez tej ko­szuli. W ogóle... chęt­nie po­zna­ła­bym go bli­żej, bo by­łam wię­cej niż prze­ko­nana, iż wciąż ukrywa coś pod tą ma­ską sto­no­wa­nego pana pre­zesa.

- ...po­je­dziesz ze mną, Na­ta­lio? - Do­tarł do mnie ni­ski głos sie­dzą­cego na so­fie fa­ceta i zo­rien­to­wa­łam się, że to Ar­min coś do mnie mó­wił. A ja ga­pi­łam się na niego i ma­rzy­łam o jego...

- Hm, tak? - Za­mru­ga­łam i uśmiech­nę­łam się. - Do­kąd?

- Do hur­towni al­ko­holi. Może wy­bie­rzesz wina, ja w su­mie nie piję, więc...

- Są­dzisz, że ja łoję non stop? - Za­śmia­łam się.

- Praw­nicy po­dobno dużo piją. - Z po­mocą, któ­rej nikt nie chciał, nad­szedł oczy­wi­ście Mi­lan.

- Na pewno nie tyle, co twoi pra­cow­nicy z IT - bły­ska­wicz­nie od­bi­łam pi­łeczkę.

- Nata... - jęk­nęła Wik­to­ria.

- Okej, okej. - Po­krę­ci­łam głową i utkwi­łam wzrok w brą­zo­wych oczach Ar­mina. - Ja­sne, że po­jadę.

- Wcale nie chcia­łem ci uchy­bić, su­ge­ru­jąc, że mo­żesz nad­uży­wać al­ko­holu - po­wie­dział spo­koj­nym to­nem. - Uwa­żam, że jako świad­ko­wie po­win­ni­śmy się tym za­jąć, aby zrzu­cić z głów Wik­to­rii i Mi­lana cho­ciaż to - tłu­ma­czył jak roz­ka­pry­szo­nemu dziecku.

- Ja­sne, ja­sne. Po­wiedz tylko kiedy.

- Umó­wi­łem się ju­tro na dzie­siątą rano.

Za­je­bi­ście, no to się wy­spa­łam...

- Okej, a gdzie?

- Przy­jadę po cie­bie, będę o dzie­wią­tej trzy­dzie­ści pod twoim do­mem. - Ide­alny or­ga­ni­za­tor Ar­min uśmiech­nął się de­li­kat­nie.

- A wiesz, gdzie miesz­kam?

- Oczy­wi­ście.

No tak. Van Lan­de­ro­wie... Oni za­wsze wie­dzą wszystko.

- No, to mamy usta­lone. - Wik­to­ria kla­snęła w dło­nie. - Chodź­cie na ti­ra­misu i ka­wu­się. Sama ro­bi­łam! W sen­sie ti­ra­misu!

Po­sie­dzie­li­śmy jesz­cze przy pysz­nym de­se­rze, bo moja przy­ja­ciółka roz­wi­jała swoje ta­lenty cu­kier­ni­cze i na­wet zdra­dziła mi, że jej ma­rze­niem jest otwar­cie ma­łej lo­kal­nej ka­wia­renki z wła­snymi wy­pie­kami. Do­cho­dziła dwu­dzie­sta, kiedy za­czę­li­śmy się zbie­rać. Po­że­gna­łam się z Wiki, Mi­la­nowi prze­sła­łam bu­ziaka, któ­rego on zła­pał i wy­rzu­cił te­atral­nym ge­stem za okno.

Wy­szli­śmy ra­zem z Ar­mi­nem. Szłam pierw­sza i czu­łam, jak jego wzrok wy­pala mi dziurę w ple­cach. A może to była tylko moja pro­jek­cja? Cho­lera wie. Kiedy zna­leź­li­śmy się na par­kingu, uj­rza­łam jego czar­nego suva, Le­xusa RX, z ide­al­nie czy­ściutką ka­ro­se­rią, jakby wła­śnie wy­je­chał z myjni. Ką­tem oka spoj­rza­łam na moją ośmio­let­nią yari­skę, z wgniotką na pra­wym błot­niku, bo nie za­uwa­ży­łam słupka, i śla­dami byt­no­ści pta­ków na szy­bie.

- Pod­wieźć cię? - spy­tał uprzej­mie Ar­min, pa­trząc na mnie z góry. Był o ja­kieś pięt­na­ście, dwa­dzie­ścia cen­ty­me­trów wyż­szy. Pach­niał ide­al­nie piż­mo­wymi per­fu­mami z do­mieszką cy­tryny i gdy stał tak bli­sko, znowu po­czu­łam to dziwne ła­sko­ta­nie w brzu­chu. Cho­lera ja­sna!

- Nie, mam auto. - Wska­za­łam na se­le­dy­no­wego bru­dasa.

Brą­zowe oczy van Lan­dera, oko­lone gę­stymi czar­nymi rzę­sami, ob­jęły spoj­rze­niem mój odra­pany sa­mo­chód i wi­dzia­łam, że lekko za­drżał mu ką­cik ust.

Pie­przony snob!

- Wiem, że to nie li­mu­zyna, która wy­je­chała wła­śnie z sa­lonu, ale li­czy się to, że jeź­dzi i do­wozi mnie z punktu A do punktu B, więc nie mu­sisz być tak osten­ta­cyjny! - wark­nę­łam. Van Lan­de­ro­wie obaj za­czy­nali mnie wku­rzać.

Ar­min po­pa­trzył na mnie zdu­miony, a po­tem uśmiech­nął się lekko i po­my­śla­łam, że z tym uśmie­chem wy­gląda... fan­ta­stycz­nie. Po­chy­lił się do mnie, jego znie­wa­la­jący za­pach oto­czył mnie chmurą luk­susu, a Ar­min po­wie­dział, pa­trząc mi pro­sto w oczy:

- Na­ta­lio. To auto ide­al­nie do cie­bie pa­suje.

- Tak? Bo jest ufaj­dane? - rzu­ci­łam z wście­kło­ścią.

- Nie. Bo jest praw­dziwe i ma cha­rak­ter. I jest bar­dzo ładne. - Do­tknął lekko ko­smyka mo­ich dłu­gich ciem­nych wło­sów i mru­gnął. - Ju­tro dzie­wiąta trzy­dzie­ści. Nie spóź­nij się - do­dał i po­szedł do swo­jego wy­pa­sio­nego SUV-a.

A ja, po raz pierw­szy od lat, nie wie­dzia­łam, jak od­py­sko­wać.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki