Rozdział 1
The Verve Bitter Sweet Symphony
Lubiłem spędzać czas nad tym jeziorem, mimo tego, co wydarzyło się w tym miejscu ponad dwie dekady temu. W jakiś dziwny sposób czułem się tutaj jak u siebie, jakbym przez krótką chwilę łączył się z Aleksą, moją siostrą, która zginęła tragicznie właśnie na tej plaży. Od jej śmierci przyjeżdżałem tutaj co najmniej raz do roku, w rocznicę tego koszmarnego wypadku, a także w jej urodziny, czyli siódmego czerwca.
Dzisiaj był właśnie ten dzień, a ja wiedziałem, że przyjadę na tę plażę i zostawię małą stokrotkę na pomoście. Mój brat, Milan, był tutaj niedawno, kiedy oświadczył się Wiktorii, i teraz szykowali się do ślubu, który mieli wziąć już za miesiąc. Tempo narzucili szalone, ale Milan właśnie taki był, jak mu na czymś zależało, nie znał umiaru i w głębokim poważaniu miał wszelkie konwenanse czy ograniczenia.
Ze mną sprawy miały się inaczej. Byłem spokojny, ułożony, pogodzony. Przynajmniej tak widzieli mnie moi bliscy. Nawet mój brat nie znał prawdy. Nie chciałem go obarczać własnymi demonami, wiedziałem bowiem, że jego szalona dusza mogłaby tego nie przeżyć. Poza tym lubiłem mojego wewnętrznego demona trzymać na smyczy, a wypuszczałem go tylko wówczas, gdy miałem taką potrzebę. A ostatnio owa potrzeba pojawiała się coraz częściej.
Czy przez to, że mój brat ułożył sobie życie, znalazł kobietę, którą pokochał całym sercem, a ona odwzajemniła tę miłość z nawiązką? A ja nadal byłem sam. Ja i moje demony, które nie dawały mi żyć w spokoju? A może dlatego, że wraz z pojawieniem się w naszym świecie Wiktorii, pojawiła się Natalia Grońska, jej przyjaciółka. Od pierwszego momentu, gdy spojrzałem w jej duże oczy w kolorze mlecznej czekolady, siedziała mi głowie, a ja wiedziałem, że to błąd. Zbyt wiele myśli wędrowało w stronę tej pyskatej prawniczki, która szturmem pojawiła się w moim życiu, a teraz, gdy mój brat żenił się z jej najlepszą przyjaciółką, miała pojawiać się jeszcze częściej.
Dlatego musiałem się od tego odciąć, poświęcić pracy i mojej drugiej działalności, która również przynosiła mi profity. A także pozwalała dawać upust wewnętrznym demonom.
Dzisiaj jechałem do domu brata, mieliśmy ustalić kilka szczegółów dotyczących jego szybkiego ślubu. Impreza odbędzie się oczywiście w naszym klubie, który akurat na tę okoliczność miał być zamknięty.
Byłem szczęśliwy, że Milan znalazł w końcu ukojenie, że się zakochał i układał sobie życie. Wiktoria była wspaniałą dziewczyną, także wiele przeszła, a okoliczności, w jakich się poznali, nie ułatwiały im niczego. Milan postanowił znaleźć winnego śmierci naszej małej siostrzyczki, który najechał na nią motocyklem i zbiegł. Kiedy okazało się, że zrobił to Wojtek, brat Wiktorii, który krótko potem zniknął, Milan zarzucił swoją sieć zemsty na dziewczynę, lecz ona - jak się okazało - nie miała pojęcia, co zrobił jej brat, i była przekonana, że chłopak nie żyje.
Rodzinne sekrety mogły zniszczyć każdego. Na szczęście to, co połączyło Milana i Wiktorię, okazało się silniejsze niż osobiste tragedie, żale i dawne krzywdy. Mój brat bliźniak naprawdę się zakochał i szczerze mówiąc, czułem, jakby kamień spadł mi z serca. Gdyż destrukcyjne zachowania Milana i poczucie winy, jakie go przepełniało, nieustannie mnie martwiły. Wtedy przed laty to właśnie Milan, wbrew woli naszych rodziców, zabrał Aleksę, a także namówił i mnie na wyjście nad to przeklęte jezioro, gdzie doszło do wypadku. Dlatego przez całe życie się oskarżał. Ale teraz osiągnął względny spokój, dzięki Wiktorii i miłości do niej.
Jednak prawda o tamtym lecie była całkiem inna, a znałem ją jedynie ja. I dlatego wiedziałem, że nie zasługuję na nic dobrego. A na pewno nie na uczucie.
Miłość. Dziwna sprawa. Ale czasami na niektórych działała, jak widać. Ja miałem inne sposoby na rozładowywanie napięcia, frustracji i walki z demonami przeszłości. Sposoby, o których nikt nie miał pojęcia. Nawet mój brat. Bo nikt nie wiedział, że Armin van Lander, ułożony prezes firmy Highlander Company ma drugie mroczne życie, w którym jest całkowicie anonimowy. I tam pokazuje swoją drugą, a może i całkiem prawdziwą twarz.
Kiedy dojechałem na Ołtaszyn, gdzie w jednym z apartamentowców mieszkał mój młodszy o kilka sekund ukochany brat, było już późne popołudnie. Byliśmy bardzo ze sobą związani, podobno bliźnięta tak mają, ale u nas było coś więcej. Wspólne przeżycia, potem wspólne studia, biznesy, to wszystko nas scaliło i sprawiło, że nieustannie martwiłem się o Milana. Ale teraz chyba mogłem już odpuścić, brat nieco się wyciszył, uspokoił, nadal jeździł na swoim motocyklu, ale z Wiktorią, więc nie martwiłem się o autodestrukcyjne zachowania.
Teraz mogłem odetchnąć. I zająć się burdelem, jaki panował w mojej własnej głowie.
Zaparkowałem na strzeżonym osiedlu i zadzwoniłem domofonem, brat nawet nie zapytał kto, wiedział, że jadę, gdyż wcześniej wysłałem mu esemesa. Teraz udałem się na trzecie piętro, gdzie znajdowało się dwupoziomowe przestronne mieszkanie Milana, w którym od niedawna zamieszkała także Wika.
Gdy już zbliżałem się do drzwi, usłyszałem głośny śmiech, który sprawił, że przez całe moje ciało przebiegł gorący dreszcz. Doskonale wiedziałem, do kogo należał ten głos, i to na bank nie była moja przyszła bratowa. Wziąłem głęboki wdech i nacisnąłem klamkę.
Kiedy znalazłem się w szerokim holu, Milan podszedł do mnie i przywitaliśmy się uściskiem.
- Dobrze, że jesteś. Harpia wysysa ze mnie ostatnie pokłady cierpliwości - mruknął.
- To przyjaciółka twojej przyszłej żony, powinieneś być bardziej wyrozumiały - odparłem spokojnie, chociaż w środku mnie wszystko wibrowało.
- Yhm, jestem znany z wyrozumiałości wobec innych ludzi. - Milan przewrócił oczami.
Weszliśmy do salonu, gdzie w wygodnych fotelach siedziały Wiktoria i jej przyjaciółka Natalia. Kobieta, która stanowczo zbyt często pojawiała się w mojej głowie, w najmniej oczekiwanych momentach. Kiedy mnie ujrzała, lekko się uśmiechnęła.
- O! Lepszy brat nadszedł!
Milan rzucił jej mało przyjazne spojrzenie, podszedł do swojej narzeczonej i od razu jego twarz złagodniała. Uśmiechnąłem się pod nosem. Gdyby ktoś mi jeszcze rok temu powiedział, że mój brat znajdzie kobietę, która będzie umiała go nieco ułagodzić i sprawić, że na jego ponurej twarzy będzie pojawiał się uśmiech, dałbym mu namiar do dobrego lekarza. Ale teraz... sprawy miały się całkiem inaczej. I wiedziałem, że to, co on w tej chwili odczuwa, jest szczere. I prawdziwe. Już nie ukrywał własnych odczuć.
W przeciwieństwie do mnie.
Ja żyłem cały czas w ukryciu.
Maska.
To był mój ulubiony ubiór na każdą okazję.
- Cześć, Wiki. - Podszedłem do mojej przyszłej bratowej i pocałowałem ją w policzek.
- Hej, Armin. - Uśmiechnęła się do mnie ciepło.
- Dzień dobry, Natalio. - Kiwnąłem głową do szatynki, a ta mrugnęła do mnie bezczelnie.
Czasami mnie rozbawiała, często zaciekawiała. Podskórnie wyczuwałem, że ona gra. Ukrywa coś. I wcale nie jest taka pewna siebie, za jaką chciała uchodzić. Jasne, w swoim świecie prawniczym musiała grać ostrą zawodniczkę, także po to, aby nie dać się pożreć przez zmaskulinizowany świat. Ale... coś w niej tkwiło. Czy miałem zamiar odkryć to, co ta pyskata prawniczka ukrywa? Tajemnice, każdy jakieś ma. A chyba nie chciałbym, aby ktoś odkrył moje. Na przykład długowłosa i długonoga Natalia Grońska.
*
W kancelarii miałam przejebany tydzień. Dzisiaj był piątek i udało mi się wyjść przez siedemnastą, od razu pojechałam do Wiktorii. Za niecały miesiąc wychodziła za mąż za tego dupka, Milana, "jestem panem świata", van Landera. Znałam ich wspólną trudną i tragiczną przeszłość, dlatego wiedziałam, że uczucie, jakim ten koleś obdarzył moją przyjaciółkę, jest prawdziwe i szczere. I miałam tylko nadzieję, że długowłosy pan Milan nie skrzywdzi mojej Wiki, bo inaczej pokażę mu, co znaczy słowo "harpia".
Tak właśnie mnie nazywał, cholerny egocentryk, co kiedyś podsłuchałam, gdy rozmawiałam z moją przyjaciółką przez telefon, a on darł się z drugiego końca domu: "Powiedz harpii, że czeka na ciebie gorący towar!". Chciałam wówczas powiedzieć coś złośliwego, ale moja uprzejma zawsze przyjaciółka powiedziała, że musi kończyć, bo dzwoni kurier, i się rozłączyła.
Cała Wiki, robiła wszystko, aby nikogo nie urazić, i koniecznie chciała, abym zaprzyjaźniła się z jej przyszłym mężem. Ciężka sprawa. Ja tak łatwo nie wybaczałam. Wciąż pamiętałam, co odwalił Milan van Lander, i chociaż wiedziałam, że wpadł we własne sidła i zakochał się w mojej przyjaciółce, obecnie wielbiąc ziemię, po której stąpała, to jednak stare przewinienia nie były tak łatwo przeze mnie zapomniane.
Co innego jego brat. Armin van Lander. Stonowany, grzeczny, może nawet za grzeczny jak na mój gust, zawsze elegancki i uprzejmy. Gdyby nie był aż taki wygładzony, może nawet chciałabym coś z nim zdziałać. Czasami go podpuszczałam, uśmiechałam się zalotnie, rzucałam jakiś na wpół niegrzeczny żarcik, ale on zawsze odpowiadał mi tą swoją stonowaną uprzejmością. Nazwałabym go nudnym, gdyby nie to, że do końca coś mi w nim nie pasowało. Na przykład teraz.
Miałam na sobie ołówkową spódnicę i białą bluzkę, marynarkę odwiesiłam na oparcie krzesła w wielkim salonie Milana. Było cholernie gorąco, sierpień dawał czadu pod względem temperatur, więc odpięłam dwa górne guziki biurowej bluzki. Wprawdzie u Milana i Wiki w apartamencie była klimatyzacja, ale musiałam ochłonąć, bo w moim cholernym aucie zepsuła się klima, zamierzałam jechać na warsztat ją nabić, czy coś, tak więc droga z rynku na Ołtaszyn kosztowała mnie prawie udar. I teraz przyłożyłam szklankę napełnioną chłodną wodą z cytryną do dekoltu i westchnęłam.
- Szkoda, że lipiec był taki piękny deszczowy, szczególnie gdy byłam na urlopie nad polskim morzem - jęknęłam.
Gdy zerknęłam na Armina, ten patrzył na mnie, a w jego oczach przez ułamek sekundy dostrzegłam jakiś dziki blask. A może tylko mi się to wydawało? Sama nie wiem. W każdym razie wiedziałam na pewno, że poczułam dziwne latające gówniane motylki w brzuchu, co mnie bardzo, ale to bardzo zdenerwowało. Miałam zbyt wiele na głowie, aby dawać się porwać jakimś falom emocji, a już na pewno nie uczuć. A poza tym, serio? Nudny Arminek?
- Pogoda adekwatna do twojego charakteru - odezwał się złośliwie Milan. - Dziwne, że powodzi nie było.
Spojrzałam na niego i zmrużyłam oczy.
- Idąc tym tropem, to zaraz powinna uderzyć w nas trąba powietrzna. Cyklon Milan.
- Serio? - Wiktoria przewróciła oczami. - Możemy obgadać szczegóły naszego ślubu czy będziecie się teraz przerzucać złośliwościami?
- Nie będą - odezwał się zwykle milczący Armin. - W klubie wszystko przygotowane. Urzędniczka Stanu Cywilnego też już załatwiona.
- Kiedy to zrobiłeś, bracie? - Milan uśmiechnął się do swojego bliźniaka.
- Kiedy ty byłeś zajęty doprowadzaniem do szału naszych ludzi w dziale IT.
- Nikogo nie doprowadzałem do szału. Za tydzień mamy wdrożenie nowej apki, a testy nie wyszły tak, jak chciałem. - Van Lander wzruszył ramionami.
- Budynek jeszcze stoi? - wtrąciłam się uprzejmie, a Milan rzucił mi jadowite spojrzenie. - Okej, okej. - Uniosłam dłonie w geście poddania, bo nie chciałam sprawiać przykrości mojej przyjaciółce.
- Stoi - odparł krótko Armin. - Wróćmy do meritum.
Zdjął marynarkę od garnituru, który pewnie kosztował tyle co moja miesięczna pensja, i odpiął mankiety koszuli, wyciągając z nich onyksowe spinki. Kto teraz nosi spinki do mankietów? No tak. Armin van Lander, pieprzony bóg elegancji!
- Wysłałam ci, Wiki, namiar na panią z tej kwiaciarni na Biskupinie. Robi śliczne bukiety, a ja podsyłam jej klientów, bo ciężko ostatnio takim małym firmom, jak nowy polski ład postanowił je zarżnąć - zwróciłam się do przyjaciółki.
- Tak, widziałam, jutro do niej zadzwonię i chyba się tam przejadę.
- W razie czego, mogę pojechać z tobą, po weekendzie - zaoferowałam się.
- Super. - Uśmiechnęła się.
- A kaktusy mają? - Milan uniósł brew.
- Dla ciebie rosiczki - odparłam błyskawicznie.
Armin parsknął pod nosem, a ja spojrzałam na niego, bo naprawdę ten facet zdawał się jakby wykuty z głazu pozbawionego poczucia humoru i innych emocji. Ale natychmiast tego pożałowałam. Armin podwinął rękawy koszuli z jakiegoś cholernie drogiego materiału, odsłaniając opalone przedramiona, naznaczone grubymi żyłami. Spojrzałam na jego tors, zapewne ukrywał tam cholerny sześciopak mięśni i te apetyczne skosy bioder, które kiedyś widziałam u Milana, jak byliśmy we trójkę na basenie. Akurat Milan na mnie nie działał w TEN określony sposób, ale trzeba było przyznać, że był świetnie zbudowany. A Armin... hmm, chętnie zobaczyłabym go bez tej koszuli. W ogóle... chętnie poznałabym go bliżej, bo byłam więcej niż przekonana, iż wciąż ukrywa coś pod tą maską stonowanego pana prezesa.
- ...pojedziesz ze mną, Natalio? - Dotarł do mnie niski głos siedzącego na sofie faceta i zorientowałam się, że to Armin coś do mnie mówił. A ja gapiłam się na niego i marzyłam o jego...
- Hm, tak? - Zamrugałam i uśmiechnęłam się. - Dokąd?
- Do hurtowni alkoholi. Może wybierzesz wina, ja w sumie nie piję, więc...
- Sądzisz, że ja łoję non stop? - Zaśmiałam się.
- Prawnicy podobno dużo piją. - Z pomocą, której nikt nie chciał, nadszedł oczywiście Milan.
- Na pewno nie tyle, co twoi pracownicy z IT - błyskawicznie odbiłam piłeczkę.
- Nata... - jęknęła Wiktoria.
- Okej, okej. - Pokręciłam głową i utkwiłam wzrok w brązowych oczach Armina. - Jasne, że pojadę.
- Wcale nie chciałem ci uchybić, sugerując, że możesz nadużywać alkoholu - powiedział spokojnym tonem. - Uważam, że jako świadkowie powinniśmy się tym zająć, aby zrzucić z głów Wiktorii i Milana chociaż to - tłumaczył jak rozkapryszonemu dziecku.
- Jasne, jasne. Powiedz tylko kiedy.
- Umówiłem się jutro na dziesiątą rano.
Zajebiście, no to się wyspałam...
- Okej, a gdzie?
- Przyjadę po ciebie, będę o dziewiątej trzydzieści pod twoim domem. - Idealny organizator Armin uśmiechnął się delikatnie.
- A wiesz, gdzie mieszkam?
- Oczywiście.
No tak. Van Landerowie... Oni zawsze wiedzą wszystko.
- No, to mamy ustalone. - Wiktoria klasnęła w dłonie. - Chodźcie na tiramisu i kawusię. Sama robiłam! W sensie tiramisu!
Posiedzieliśmy jeszcze przy pysznym deserze, bo moja przyjaciółka rozwijała swoje talenty cukiernicze i nawet zdradziła mi, że jej marzeniem jest otwarcie małej lokalnej kawiarenki z własnymi wypiekami. Dochodziła dwudziesta, kiedy zaczęliśmy się zbierać. Pożegnałam się z Wiki, Milanowi przesłałam buziaka, którego on złapał i wyrzucił teatralnym gestem za okno.
Wyszliśmy razem z Arminem. Szłam pierwsza i czułam, jak jego wzrok wypala mi dziurę w plecach. A może to była tylko moja projekcja? Cholera wie. Kiedy znaleźliśmy się na parkingu, ujrzałam jego czarnego suva, Lexusa RX, z idealnie czyściutką karoserią, jakby właśnie wyjechał z myjni. Kątem oka spojrzałam na moją ośmioletnią yariskę, z wgniotką na prawym błotniku, bo nie zauważyłam słupka, i śladami bytności ptaków na szybie.
- Podwieźć cię? - spytał uprzejmie Armin, patrząc na mnie z góry. Był o jakieś piętnaście, dwadzieścia centymetrów wyższy. Pachniał idealnie piżmowymi perfumami z domieszką cytryny i gdy stał tak blisko, znowu poczułam to dziwne łaskotanie w brzuchu. Cholera jasna!
- Nie, mam auto. - Wskazałam na seledynowego brudasa.
Brązowe oczy van Landera, okolone gęstymi czarnymi rzęsami, objęły spojrzeniem mój odrapany samochód i widziałam, że lekko zadrżał mu kącik ust.
Pieprzony snob!
- Wiem, że to nie limuzyna, która wyjechała właśnie z salonu, ale liczy się to, że jeździ i dowozi mnie z punktu A do punktu B, więc nie musisz być tak ostentacyjny! - warknęłam. Van Landerowie obaj zaczynali mnie wkurzać.
Armin popatrzył na mnie zdumiony, a potem uśmiechnął się lekko i pomyślałam, że z tym uśmiechem wygląda... fantastycznie. Pochylił się do mnie, jego zniewalający zapach otoczył mnie chmurą luksusu, a Armin powiedział, patrząc mi prosto w oczy:
- Natalio. To auto idealnie do ciebie pasuje.
- Tak? Bo jest ufajdane? - rzuciłam z wściekłością.
- Nie. Bo jest prawdziwe i ma charakter. I jest bardzo ładne. - Dotknął lekko kosmyka moich długich ciemnych włosów i mrugnął. - Jutro dziewiąta trzydzieści. Nie spóźnij się - dodał i poszedł do swojego wypasionego SUV-a.
A ja, po raz pierwszy od lat, nie wiedziałam, jak odpyskować.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki